II Stonoga! (1)

W świecie Harry'ego Pottera. [UWAGA! Dział slash widoczny jedynie dla zarejestrowanych użytkowników]

Moderatorzy: cathyhope, Sweetkawai

Re: II Stonoga! (1)

Postprzez morgan » 09 sie 2010, 23:29

Harry Potter był czułym mężem i odpowiedzialnym ojcem, cóż jednak mógł zrobić w obliczu takiego wydarzenia. Wobec niego czuł się totalnie bezradny i jak on będzie potem mógł spojrzeć innym w oczy?! - takie oto myśli chodziły po głowie starszego Pottera. Sprawę pogarszał fakt, ze jego żona wykazywała się totalnym niezrozumieniem, krzątała się właśnie jak zwykle po kuchni, podśpiewując pod nosem. Nawet ich kot łasił się jakby nigdy nic. Miauczał, mruczał, a Harry czuł jak popada w coraz większe zażenowanie.
- Ginny, no proszę cię - powiedział, wycierając spocone dłonie o spodnie.
- Przecież wiesz, że nie mogę! - odparła z uśmiechem.
Potter właśnie miał błagać żonę, aby wpłynęła na Molly, gdy do pokoju wpadł James i wskoczył w ramiona ojca.
- Tata, tato, ja chcę polatać i pójść na lody, odwiedzić babcię, zo... - krzyczał radośnie chłopiec, ale w połowie wyliczanki przerwała mu matka.
- Jim, powiedziałam ci, że jeśli nie przeprosić sąsiadki za ostatni psikus, to nigdzie nie wyjdziesz - rzekła, wymachując chochlą.
- Ale mamo... - Chłopczyk popatrzył na nią błagalnie, jednak matka jak zwykle była niewzruszona.
- Tato... - James postanowił zmienić front - powiedz, że to nie była moja wina, fajerwerki od wujka same poleciały w stronę jej okien, ja nie miałem na nie wpływu, prawda, tatusiu?
Ginny posłała mężowi spojrzenie, które bardzo wyraźnie mówiło: "Nie podważaj mojego autorytetu!"
- Mama ma rację, zabierz kota i idź go pomęczyć... znaczy, pobawić się z nim w ogrodzie, teraz! - ostatnie słowo wypowiedział w bardzo ojcowskim tonie.
Cóż więc mógł począć młody, kiedy ojciec zaproponował mu tak bajeczny pomysł? Zmarszczył brwi, wziął kota na ręce (po kuchni rozniosło się głośne, przerażone "miau!") i wymaszerował z pomieszczenia. Ginny tylko przerażona spojrzała na męża, lecz nic nie powiedziała.

***

- Koci-koci łapki... - podśpiewywał chłopiec, nie zwracając uwagi na piski i syki ciągniętego za łapy i ogon kota; nucenie było przykrywką, żeby nikt nie wpadł na to, że on obmyśla PLAN. I miał nadzieję, że uda mu się ukryć go przed rodzicami, przynajmniej do czasu, aż będzie gotowy do wprowadzenia go w życie. Wiedział, że do realizacji tego planu potrzebny jest mu Al albo Lily, w każdym razie ktoś, kto się rozryczy, gdy on będzie wprowadzał w życie etap pierwszy. W końcu ktoś musiał zając czymś rodziców, prawda? Wziął małą, żółtą żabkę w dłoń (kot natychmiast uciekł) i niezauważony wszedł do pokoju siostrzyczki. Wyciągnął z kieszeni pudełko z proszkiem wywołującym świąd, który dostał od wujka, posypał nim żabę i schował ją pod kołderkę siostrzyczki (dziewczynka bardzo lubiła urządzać sobie drzemki). Następnie udał się do pokoju Albusa, skąd zabrał jego ulubioną książkę o eliksirach. Ledwo wrócił do ogrodu, gdy jego rodzeństwo zaczęło równocześnie krzyczeć i płakać. Na ustach najbardziej psotnego z latorośli Potterów wykwitł zadowolony uśmieszek. Pobiegł do składzika na miotły, gdzie znajdowały się najciekawsze (czyli, naturalnie, zabronione przez rodziców) przedmioty. Jego uwagę zwrócił jaskrawo świecący napis umieszczony na kartonowym pudelku: "Nie otwierać". Wypowiedział cicho te słowa - brzmiały jak zaproszenie. A jak wiadomo, zakazany owoc smakuje najlepiej i James Potter nie był pod tym względem wyjątkiem. Już otworzył drzwi, już zobaczył miotłę ojca i tajemniczy błysk... gdy poczuł ciężką dłoń na swoim ramieniu, wiedział, że wpadł w jeszcze większe kłopoty.
- Jamesie Potterze - usłyszał za sobą głos przypominający warknięcie, - dlaczego nie zabezpieczyłeś miejsca zbrodni, jak cię uczyłem?!
- Bo jeszcze nie popełniłem zbrodni... - oburzył się chłopiec i oparł o ścianę, gdy zrozumiał: - och, Al! - nawet nie wiesz, jak mnie przestraszyłeś - nabrał powietrza i wypuścił je z głośnym świstem.
- Co kombinujesz, że aż tak cię "przestraszyłem"? - Brat uśmiechnął się, jakby się domyślał. James popatrzył na niego z lekkim wahaniem.
- Ale nie powiesz rodzicom, prawda? - Zrobił wielkie, kocie, błagalne oczy.
- Jeśli przyrzekniesz pod karą próbowania moich eliksirów, mogę postarać się nie wygadać - odpowiedział brat.
- Cóż, gorszy od wujka Neville'a w robieniu ich to ty chyba nie jesteś? - westchnął cierpiętniczo.
- Nie martw się, od niego nikt nie może być gorszy - zaśmiał się Al.
Jamie spojrzał na niego powątpiewająco i chciał przemilczeć nasuwającą się odpowiedź, ale w końcu dodał:
- Chyba, że ty albo tata.
- No! - zgrzytnął zębami - lepiej uważaj na słowa, bo zaraz odczujesz MOJE zdolności w eliksirach na własnej skórze...
- Okej, okej - burknął, a potem się roześmiał: - Skoro tak bardzo prosisz swojego braciszka, to ci pokażę coś, co znalazłem! Tak właściwie najpierw chciałem tylko "pożyczyć" miotłę taty, ale tutaj z pewnością jest coś znacznie ciekawszego! - wskazał na tajemnicze pudełko i po błysku w oczach Albusa rozpoznał, że napis "Nie otwierać" podziałał także na jego wyobraźnię. Ostrożnie uchylili wieczko, i ich oczy rozszerzyły się ze zdumienia - takiego widoku nie spodziewał się żaden z nich.
- Noż ja pie... - zaczął młodszy brat, na co starszy odpowiedział:
- Język, hamuj się!
- Tylko sprawdzałem twój stopień deprawacji - odciął się z wrednym uśmieszkiem Al.
Po tych słowach zamilkli, wpatrując się w dość długi przedmiot o obłych kształtach.
- Wszystko pięknie i zgrabnie, ale... James, co zamierzasz z tym zrobić? - Zmartwił się Al.

***
Tymczasem Harry ratował córkę i zamartwiał się swoim problemem. Żeby chociaż jeszcze Ginny potrafiła go zrozumieć, ale nie, jego ukochaną żonę nie obchodziło nic, poza ciastem i dziećmi. I czwartkowym seksem o czwartej nad ranem... Czasami tak bardzo przypominała własną matkę, że mężczyzna był tym przerażony. Wolał nie myśleć o Molly przywiązanej do łóżka i... (stop!) przecież to ta kobieta była jego problemem! Zamknął oczy, myślami powracając do rozmowy sprzed dwóch tygodni.

- I zrobiłam projekt mundurów dla twoich pracowników - powiedziała Molly, pokazując mu różowy, moherowy sweter z niebieskim, połyskującym napisem "Auror". Harry, spoglądając to na wdzianko, to na szczerą, uśmiechniętą twarz kobiety, gorączkowo zastanawiał się, jak jej powiedzieć że wolałby...nieco inny wzór.
- Tak, mamo, jest wspaniały! - przytaknęła Ginny, ściskając mocno starszą kobietę.
Harry nagle poczuł, że zaczyna boleć go głowa. Złapał się za skroń, kiedy nagle usłyszał donośny huk dobiegający z ogrodu.
- Gnomy, gnomy atakują! - dobiegł ich krzyk bliźniaków, biegnących w stronę domu: - GNOMY! RATUJ SIĘ, KTO MOŻE! Do środka wbiegł zdyszany George, jego wzrok padł na różowy strój, a usta wykrzywił złośliwy uśmiech.
- Jaki piękny sweter! Cudo normalnie. Jestem pewien, Harry, że twoi współpracownicy z ministerstwa będą nim zachwyceni - powiedział, ignorując wściekłe spojrzenie szwagra.
O ile wcześniej Molly promieniała szczęściem, słysząc słowa synów, tak pełne szczerego, zdawałoby się, zachwytu wydała z siebie entuzjastyczny pisk.
Chwilę później do pomieszczania wpadł syn Georga i dobrze rozszyfrowując minę ojca powiedział:
- Babciu, ja też chcę taki fajowski sweter!
Harry dyskretnie rozejrzał się za czymś ciężkim, czymś, co mogłoby narobić dużo hałasu. Albo za czymś, czym mógłby kogoś walnąć.
- Właściwie to myślałem o czymś mniej - "paskudnym" powiedział w myślach, a na głos dodał: - rzucającym się w oczy.
- Oczywiście, przy tajnych akcjach musicie zapewne ubierać się bardziej dyskretnie, ale na co dzień stróże prawa powinni być widoczni, nie sądzisz, mój drogi? Widzę, że się ze mną zgadzasz - zakończyła rozmowę. Gryfon tylko ciężko westchnął, stwierdzając, że jakikolwiek sprzeciw tylko pogorszy sprawę.

Harry pocałował w główkę Lily, która przestała płakać i udał się z nią do kuchni, głaszcząc jej rude loczki.
- Tatusiu - mała siąknęła nosem - a pójdziemy do cioci Hermiony i wujka Rona?
- Możesz mi wierzyć, moja kochana, że wujek z ciocią są bardzo zajęci... - Spojrzał małej w oczka, śmiejąc się i gilgocząc lekko, a potem dodał: - W tej chwili prawdopodobnie szukają Ciasteczkowego Potwora, który zjadł wszystkie słodycze ze słoika.
W ten oto sprytny sposób odwrócił uwagę dziewczynki od wizyty u ludzi, których raczej nie miał ochoty teraz oglądać. Ostatnio nie dogadywał się najlepiej ze swoimi starymi przyjaciółmi i choć go to bolało, postanowił ograniczyć kontakty z nimi do niezbędnego minimum. Nie chciał na razie zastanawiać się nad powodem nagłego oziębienia ich relacji - na chwile obecną liczyła się tylko Lily i nakarmienie jej słodyczami. Jego mała córeczka nie chciała być jednak głaskana, nie chciała siedzieć grzecznie na sofie (mimo że słodycze przyjęła z radością), w jej uroczych oczach kryły się wesołe iskierki, więc Harry zaczął się bać. Dumbledore patrzył na niego w ten sam sposób, gdy szykował jakąś paskudną "niespodziankę"...
Gadające głowy
Zanim dodacie temat, przeczytajcie: slash i f-f.
Avatar użytkownika
morgan
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 396
Dołączył(a): 12 maja 2009, 22:59
Lokalizacja: z podświadomości

Re: II Stonoga! (1)

Postprzez Puchacz » 10 sie 2010, 23:35

Harry Potter był czułym mężem i odpowiedzialnym ojcem, cóż jednak mógł zrobić w obliczu takiego wydarzenia. Wobec niego czuł się totalnie bezradny i jak on będzie potem mógł spojrzeć innym w oczy?! - takie oto myśli chodziły po głowie starszego Pottera. Sprawę pogarszał fakt, ze jego żona wykazywała się totalnym niezrozumieniem, krzątała się właśnie jak zwykle po kuchni, podśpiewując pod nosem. Nawet ich kot łasił się jakby nigdy nic. Miauczał, mruczał, a Harry czuł jak popada w coraz większe zażenowanie.
- Ginny, no proszę cię - powiedział, wycierając spocone dłonie o spodnie.
- Przecież wiesz, że nie mogę! - odparła z uśmiechem.
Potter właśnie miał błagać żonę, aby wpłynęła na Molly, gdy do pokoju wpadł James i wskoczył w ramiona ojca.
- Tata, tato, ja chcę polatać i pójść na lody, odwiedzić babcię, zo... - krzyczał radośnie chłopiec, ale w połowie wyliczanki przerwała mu matka.
- Jim, powiedziałam ci, że jeśli nie przeprosić sąsiadki za ostatni psikus, to nigdzie nie wyjdziesz - rzekła, wymachując chochlą.
- Ale mamo... - Chłopczyk popatrzył na nią błagalnie, jednak matka jak zwykle była niewzruszona.
- Tato... - James postanowił zmienić front - powiedz, że to nie była moja wina, fajerwerki od wujka same poleciały w stronę jej okien, ja nie miałem na nie wpływu, prawda, tatusiu?
Ginny posłała mężowi spojrzenie, które bardzo wyraźnie mówiło: "Nie podważaj mojego autorytetu!"
- Mama ma rację, zabierz kota i idź go pomęczyć... znaczy, pobawić się z nim w ogrodzie, teraz! - ostatnie słowo wypowiedział w bardzo ojcowskim tonie.
Cóż więc mógł począć młody, kiedy ojciec zaproponował mu tak bajeczny pomysł? Zmarszczył brwi, wziął kota na ręce (po kuchni rozniosło się głośne, przerażone "miau!") i wymaszerował z pomieszczenia. Ginny tylko przerażona spojrzała na męża, lecz nic nie powiedziała.

***

- Koci-koci łapki... - podśpiewywał chłopiec, nie zwracając uwagi na piski i syki ciągniętego za łapy i ogon kota; nucenie było przykrywką, żeby nikt nie wpadł na to, że on obmyśla PLAN. I miał nadzieję, że uda mu się ukryć go przed rodzicami, przynajmniej do czasu, aż będzie gotowy do wprowadzenia go w życie. Wiedział, że do realizacji tego planu potrzebny jest mu Al albo Lily, w każdym razie ktoś, kto się rozryczy, gdy on będzie wprowadzał w życie etap pierwszy. W końcu ktoś musiał zając czymś rodziców, prawda? Wziął małą, żółtą żabkę w dłoń (kot natychmiast uciekł) i niezauważony wszedł do pokoju siostrzyczki. Wyciągnął z kieszeni pudełko z proszkiem wywołującym świąd, który dostał od wujka, posypał nim żabę i schował ją pod kołderkę siostrzyczki (dziewczynka bardzo lubiła urządzać sobie drzemki). Następnie udał się do pokoju Albusa, skąd zabrał jego ulubioną książkę o eliksirach. Ledwo wrócił do ogrodu, gdy jego rodzeństwo zaczęło równocześnie krzyczeć i płakać. Na ustach najbardziej psotnego z latorośli Potterów wykwitł zadowolony uśmieszek. Pobiegł do składzika na miotły, gdzie znajdowały się najciekawsze (czyli, naturalnie, zabronione przez rodziców) przedmioty. Jego uwagę zwrócił jaskrawo świecący napis umieszczony na kartonowym pudelku: "Nie otwierać". Wypowiedział cicho te słowa - brzmiały jak zaproszenie. A jak wiadomo, zakazany owoc smakuje najlepiej i James Potter nie był pod tym względem wyjątkiem. Już otworzył drzwi, już zobaczył miotłę ojca i tajemniczy błysk... gdy poczuł ciężką dłoń na swoim ramieniu, wiedział, że wpadł w jeszcze większe kłopoty.
- Jamesie Potterze - usłyszał za sobą głos przypominający warknięcie, - dlaczego nie zabezpieczyłeś miejsca zbrodni, jak cię uczyłem?!
- Bo jeszcze nie popełniłem zbrodni... - oburzył się chłopiec i oparł o ścianę, gdy zrozumiał: - och, Al! - nawet nie wiesz, jak mnie przestraszyłeś - nabrał powietrza i wypuścił je z głośnym świstem.
- Co kombinujesz, że aż tak cię "przestraszyłem"? - Brat uśmiechnął się, jakby się domyślał. James popatrzył na niego z lekkim wahaniem.
- Ale nie powiesz rodzicom, prawda? - Zrobił wielkie, kocie, błagalne oczy.
- Jeśli przyrzekniesz pod karą próbowania moich eliksirów, mogę postarać się nie wygadać - odpowiedział brat.
- Cóż, gorszy od wujka Neville'a w robieniu ich to ty chyba nie jesteś? - westchnął cierpiętniczo.
- Nie martw się, od niego nikt nie może być gorszy - zaśmiał się Al.
Jamie spojrzał na niego powątpiewająco i chciał przemilczeć nasuwającą się odpowiedź, ale w końcu dodał:
- Chyba, że ty albo tata.
- No! - zgrzytnął zębami - lepiej uważaj na słowa, bo zaraz odczujesz MOJE zdolności w eliksirach na własnej skórze...
- Okej, okej - burknął, a potem się roześmiał: - Skoro tak bardzo prosisz swojego braciszka, to ci pokażę coś, co znalazłem! Tak właściwie najpierw chciałem tylko "pożyczyć" miotłę taty, ale tutaj z pewnością jest coś znacznie ciekawszego! - wskazał na tajemnicze pudełko i po błysku w oczach Albusa rozpoznał, że napis "Nie otwierać" podziałał także na jego wyobraźnię. Ostrożnie uchylili wieczko, i ich oczy rozszerzyły się ze zdumienia - takiego widoku nie spodziewał się żaden z nich.
- Noż ja pie... - zaczął młodszy brat, na co starszy odpowiedział:
- Język, hamuj się!
- Tylko sprawdzałem twój stopień deprawacji - odciął się z wrednym uśmieszkiem Al.
Po tych słowach zamilkli, wpatrując się w dość długi przedmiot o obłych kształtach.
- Wszystko pięknie i zgrabnie, ale... James, co zamierzasz z tym zrobić? - Zmartwił się Al.

***
Tymczasem Harry ratował córkę i zamartwiał się swoim problemem. Żeby chociaż jeszcze Ginny potrafiła go zrozumieć, ale nie, jego ukochaną żonę nie obchodziło nic, poza ciastem i dziećmi. I czwartkowym seksem o czwartej nad ranem... Czasami tak bardzo przypominała własną matkę, że mężczyzna był tym przerażony. Wolał nie myśleć o Molly przywiązanej do łóżka i... (stop!) przecież to ta kobieta była jego problemem! Zamknął oczy, myślami powracając do rozmowy sprzed dwóch tygodni.

- I zrobiłam projekt mundurów dla twoich pracowników - powiedziała Molly, pokazując mu różowy, moherowy sweter z niebieskim, połyskującym napisem "Auror". Harry, spoglądając to na wdzianko, to na szczerą, uśmiechniętą twarz kobiety, gorączkowo zastanawiał się, jak jej powiedzieć że wolałby...nieco inny wzór.
- Tak, mamo, jest wspaniały! - przytaknęła Ginny, ściskając mocno starszą kobietę.
Harry nagle poczuł, że zaczyna boleć go głowa. Złapał się za skroń, kiedy nagle usłyszał donośny huk dobiegający z ogrodu.
- Gnomy, gnomy atakują! - dobiegł ich krzyk bliźniaków, biegnących w stronę domu: - GNOMY! RATUJ SIĘ, KTO MOŻE! Do środka wbiegł zdyszany George, jego wzrok padł na różowy strój, a usta wykrzywił złośliwy uśmiech.
- Jaki piękny sweter! Cudo normalnie. Jestem pewien, Harry, że twoi współpracownicy z ministerstwa będą nim zachwyceni - powiedział, ignorując wściekłe spojrzenie szwagra.
O ile wcześniej Molly promieniała szczęściem, słysząc słowa synów, tak pełne szczerego, zdawałoby się, zachwytu wydała z siebie entuzjastyczny pisk.
Chwilę później do pomieszczania wpadł syn Georga i dobrze rozszyfrowując minę ojca powiedział:
- Babciu, ja też chcę taki fajowski sweter!
Harry dyskretnie rozejrzał się za czymś ciężkim, czymś, co mogłoby narobić dużo hałasu. Albo za czymś, czym mógłby kogoś walnąć.
- Właściwie to myślałem o czymś mniej - "paskudnym" powiedział w myślach, a na głos dodał: - rzucającym się w oczy.
- Oczywiście, przy tajnych akcjach musicie zapewne ubierać się bardziej dyskretnie, ale na co dzień stróże prawa powinni być widoczni, nie sądzisz, mój drogi? Widzę, że się ze mną zgadzasz - zakończyła rozmowę. Gryfon tylko ciężko westchnął, stwierdzając, że jakikolwiek sprzeciw tylko pogorszy sprawę.

Harry pocałował w główkę Lily, która przestała płakać i udał się z nią do kuchni, głaszcząc jej rude loczki.
- Tatusiu - mała siąknęła nosem - a pójdziemy do cioci Hermiony i wujka Rona?
- Możesz mi wierzyć, moja kochana, że wujek z ciocią są bardzo zajęci... - Spojrzał małej w oczka, śmiejąc się i gilgocząc lekko, a potem dodał: - W tej chwili prawdopodobnie szukają Ciasteczkowego Potwora, który zjadł wszystkie słodycze ze słoika.
W ten oto sprytny sposób odwrócił uwagę dziewczynki od wizyty u ludzi, których raczej nie miał ochoty teraz oglądać. Ostatnio nie dogadywał się najlepiej ze swoimi starymi przyjaciółmi i choć go to bolało, postanowił ograniczyć kontakty z nimi do niezbędnego minimum. Nie chciał na razie zastanawiać się nad powodem nagłego oziębienia ich relacji - na chwile obecną liczyła się tylko Lily i nakarmienie jej słodyczami. Jego mała córeczka nie chciała być jednak głaskana, nie chciała siedzieć grzecznie na sofie (mimo że słodycze przyjęła z radością), w jej uroczych oczach kryły się wesołe iskierki, więc Harry zaczął się bać. Dumbledore patrzył na niego w ten sam sposób, gdy szykował jakąś paskudną "niespodziankę"...
Potter zastanawiał się, czy zawsze musi walczyć - najpierw Voldemort, a później Molly w roli projektantki mody, nieczuła na jego cierpienie Ginny i nawet niewinna, mała Lily, gdy ciszę przerwał krzyk jego żony.
Obrazek

Podążaj za białym królikiem.
Modzi widzą przez peleryny niewidki.


Pusia lubiła swój zielony balonik...!
Avatar użytkownika
Puchacz
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 861
Dołączył(a): 11 kwi 2009, 23:05

Re: II Stonoga! (1)

Postprzez Draconia Maleficia » 12 sie 2010, 05:50

Harry Potter był czułym mężem i odpowiedzialnym ojcem, cóż jednak mógł zrobić w obliczu takiego wydarzenia. Wobec niego czuł się totalnie bezradny i jak on będzie potem mógł spojrzeć innym w oczy?! - takie oto myśli chodziły po głowie starszego Pottera. Sprawę pogarszał fakt, ze jego żona wykazywała się totalnym niezrozumieniem, krzątała się właśnie jak zwykle po kuchni, podśpiewując pod nosem. Nawet ich kot łasił się jakby nigdy nic. Miauczał, mruczał, a Harry czuł jak popada w coraz większe zażenowanie.
- Ginny, no proszę cię - powiedział, wycierając spocone dłonie o spodnie.
- Przecież wiesz, że nie mogę! - odparła z uśmiechem.
Potter właśnie miał błagać żonę, aby wpłynęła na Molly, gdy do pokoju wpadł James i wskoczył w ramiona ojca.
- Tata, tato, ja chcę polatać i pójść na lody, odwiedzić babcię, zo... - krzyczał radośnie chłopiec, ale w połowie wyliczanki przerwała mu matka.
- Jim, powiedziałam ci, że jeśli nie przeprosić sąsiadki za ostatni psikus, to nigdzie nie wyjdziesz - rzekła, wymachując chochlą.
- Ale mamo... - Chłopczyk popatrzył na nią błagalnie, jednak matka jak zwykle była niewzruszona.
- Tato... - James postanowił zmienić front - powiedz, że to nie była moja wina, fajerwerki od wujka same poleciały w stronę jej okien, ja nie miałem na nie wpływu, prawda, tatusiu?
Ginny posłała mężowi spojrzenie, które bardzo wyraźnie mówiło: "Nie podważaj mojego autorytetu!"
- Mama ma rację, zabierz kota i idź go pomęczyć... znaczy, pobawić się z nim w ogrodzie, teraz! - ostatnie słowo wypowiedział w bardzo ojcowskim tonie.
Cóż więc mógł począć młody, kiedy ojciec zaproponował mu tak bajeczny pomysł? Zmarszczył brwi, wziął kota na ręce (po kuchni rozniosło się głośne, przerażone "miau!") i wymaszerował z pomieszczenia. Ginny tylko przerażona spojrzała na męża, lecz nic nie powiedziała.

***

- Koci-koci łapki... - podśpiewywał chłopiec, nie zwracając uwagi na piski i syki ciągniętego za łapy i ogon kota; nucenie było przykrywką, żeby nikt nie wpadł na to, że on obmyśla PLAN. I miał nadzieję, że uda mu się ukryć go przed rodzicami, przynajmniej do czasu, aż będzie gotowy do wprowadzenia go w życie. Wiedział, że do realizacji tego planu potrzebny jest mu Al albo Lily, w każdym razie ktoś, kto się rozryczy, gdy on będzie wprowadzał w życie etap pierwszy. W końcu ktoś musiał zając czymś rodziców, prawda? Wziął małą, żółtą żabkę w dłoń (kot natychmiast uciekł) i niezauważony wszedł do pokoju siostrzyczki. Wyciągnął z kieszeni pudełko z proszkiem wywołującym świąd, który dostał od wujka, posypał nim żabę i schował ją pod kołderkę siostrzyczki (dziewczynka bardzo lubiła urządzać sobie drzemki). Następnie udał się do pokoju Albusa, skąd zabrał jego ulubioną książkę o eliksirach. Ledwo wrócił do ogrodu, gdy jego rodzeństwo zaczęło równocześnie krzyczeć i płakać. Na ustach najbardziej psotnego z latorośli Potterów wykwitł zadowolony uśmieszek. Pobiegł do składzika na miotły, gdzie znajdowały się najciekawsze (czyli, naturalnie, zabronione przez rodziców) przedmioty. Jego uwagę zwrócił jaskrawo świecący napis umieszczony na kartonowym pudelku: "Nie otwierać". Wypowiedział cicho te słowa - brzmiały jak zaproszenie. A jak wiadomo, zakazany owoc smakuje najlepiej i James Potter nie był pod tym względem wyjątkiem. Już otworzył drzwi, już zobaczył miotłę ojca i tajemniczy błysk... gdy poczuł ciężką dłoń na swoim ramieniu, wiedział, że wpadł w jeszcze większe kłopoty.
- Jamesie Potterze - usłyszał za sobą głos przypominający warknięcie, - dlaczego nie zabezpieczyłeś miejsca zbrodni, jak cię uczyłem?!
- Bo jeszcze nie popełniłem zbrodni... - oburzył się chłopiec i oparł o ścianę, gdy zrozumiał: - och, Al! - nawet nie wiesz, jak mnie przestraszyłeś - nabrał powietrza i wypuścił je z głośnym świstem.
- Co kombinujesz, że aż tak cię "przestraszyłem"? - Brat uśmiechnął się, jakby się domyślał. James popatrzył na niego z lekkim wahaniem.
- Ale nie powiesz rodzicom, prawda? - Zrobił wielkie, kocie, błagalne oczy.
- Jeśli przyrzekniesz pod karą próbowania moich eliksirów, mogę postarać się nie wygadać - odpowiedział brat.
- Cóż, gorszy od wujka Neville'a w robieniu ich to ty chyba nie jesteś? - westchnął cierpiętniczo.
- Nie martw się, od niego nikt nie może być gorszy - zaśmiał się Al.
Jamie spojrzał na niego powątpiewająco i chciał przemilczeć nasuwającą się odpowiedź, ale w końcu dodał:
- Chyba, że ty albo tata.
- No! - zgrzytnął zębami - lepiej uważaj na słowa, bo zaraz odczujesz MOJE zdolności w eliksirach na własnej skórze...
- Okej, okej - burknął, a potem się roześmiał: - Skoro tak bardzo prosisz swojego braciszka, to ci pokażę coś, co znalazłem! Tak właściwie najpierw chciałem tylko "pożyczyć" miotłę taty, ale tutaj z pewnością jest coś znacznie ciekawszego! - wskazał na tajemnicze pudełko i po błysku w oczach Albusa rozpoznał, że napis "Nie otwierać" podziałał także na jego wyobraźnię. Ostrożnie uchylili wieczko, i ich oczy rozszerzyły się ze zdumienia - takiego widoku nie spodziewał się żaden z nich.
- Noż ja pie... - zaczął młodszy brat, na co starszy odpowiedział:
- Język, hamuj się!
- Tylko sprawdzałem twój stopień deprawacji - odciął się z wrednym uśmieszkiem Al.
Po tych słowach zamilkli, wpatrując się w dość długi przedmiot o obłych kształtach.
- Wszystko pięknie i zgrabnie, ale... James, co zamierzasz z tym zrobić? - Zmartwił się Al.

***
Tymczasem Harry ratował córkę i zamartwiał się swoim problemem. Żeby chociaż jeszcze Ginny potrafiła go zrozumieć, ale nie, jego ukochaną żonę nie obchodziło nic, poza ciastem i dziećmi. I czwartkowym seksem o czwartej nad ranem... Czasami tak bardzo przypominała własną matkę, że mężczyzna był tym przerażony. Wolał nie myśleć o Molly przywiązanej do łóżka i... (stop!) przecież to ta kobieta była jego problemem! Zamknął oczy, myślami powracając do rozmowy sprzed dwóch tygodni.

- I zrobiłam projekt mundurów dla twoich pracowników - powiedziała Molly, pokazując mu różowy, moherowy sweter z niebieskim, połyskującym napisem "Auror". Harry, spoglądając to na wdzianko, to na szczerą, uśmiechniętą twarz kobiety, gorączkowo zastanawiał się, jak jej powiedzieć że wolałby...nieco inny wzór.
- Tak, mamo, jest wspaniały! - przytaknęła Ginny, ściskając mocno starszą kobietę.
Harry nagle poczuł, że zaczyna boleć go głowa. Złapał się za skroń, kiedy nagle usłyszał donośny huk dobiegający z ogrodu.
- Gnomy, gnomy atakują! - dobiegł ich krzyk bliźniaków, biegnących w stronę domu: - GNOMY! RATUJ SIĘ, KTO MOŻE! Do środka wbiegł zdyszany George, jego wzrok padł na różowy strój, a usta wykrzywił złośliwy uśmiech.
- Jaki piękny sweter! Cudo normalnie. Jestem pewien, Harry, że twoi współpracownicy z ministerstwa będą nim zachwyceni - powiedział, ignorując wściekłe spojrzenie szwagra.
O ile wcześniej Molly promieniała szczęściem, słysząc słowa synów, tak pełne szczerego, zdawałoby się, zachwytu wydała z siebie entuzjastyczny pisk.
Chwilę później do pomieszczania wpadł syn Georga i dobrze rozszyfrowując minę ojca powiedział:
- Babciu, ja też chcę taki fajowski sweter!
Harry dyskretnie rozejrzał się za czymś ciężkim, czymś, co mogłoby narobić dużo hałasu. Albo za czymś, czym mógłby kogoś walnąć.
- Właściwie to myślałem o czymś mniej - "paskudnym" powiedział w myślach, a na głos dodał: - rzucającym się w oczy.
- Oczywiście, przy tajnych akcjach musicie zapewne ubierać się bardziej dyskretnie, ale na co dzień stróże prawa powinni być widoczni, nie sądzisz, mój drogi? Widzę, że się ze mną zgadzasz - zakończyła rozmowę. Gryfon tylko ciężko westchnął, stwierdzając, że jakikolwiek sprzeciw tylko pogorszy sprawę.

Harry pocałował w główkę Lily, która przestała płakać i udał się z nią do kuchni, głaszcząc jej rude loczki.
- Tatusiu - mała siąknęła nosem - a pójdziemy do cioci Hermiony i wujka Rona?
- Możesz mi wierzyć, moja kochana, że wujek z ciocią są bardzo zajęci... - Spojrzał małej w oczka, śmiejąc się i gilgocząc lekko, a potem dodał: - W tej chwili prawdopodobnie szukają Ciasteczkowego Potwora, który zjadł wszystkie słodycze ze słoika.
W ten oto sprytny sposób odwrócił uwagę dziewczynki od wizyty u ludzi, których raczej nie miał ochoty teraz oglądać. Ostatnio nie dogadywał się najlepiej ze swoimi starymi przyjaciółmi i choć go to bolało, postanowił ograniczyć kontakty z nimi do niezbędnego minimum. Nie chciał na razie zastanawiać się nad powodem nagłego oziębienia ich relacji - na chwile obecną liczyła się tylko Lily i nakarmienie jej słodyczami. Jego mała córeczka nie chciała być jednak głaskana, nie chciała siedzieć grzecznie na sofie (mimo że słodycze przyjęła z radością), w jej uroczych oczach kryły się wesołe iskierki, więc Harry zaczął się bać. Dumbledore patrzył na niego w ten sam sposób, gdy szykował jakąś paskudną "niespodziankę"...
Potter zastanawiał się, czy zawsze musi walczyć - najpierw Voldemort, a później Molly w roli projektantki mody, nieczuła na jego cierpienie Ginny i nawet niewinna, mała Lily, gdy ciszę przerwał krzyk jego żony.
- Harry!!! Chodź tu, szybkooooo!!! - wrzask przybierał na sile.
Draconia Maleficia
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 386
Dołączył(a): 08 mar 2010, 00:59
Lokalizacja: Józefów

Re: II Stonoga! (1)

Postprzez Puchacz » 18 sie 2010, 16:37

Harry Potter był czułym mężem i odpowiedzialnym ojcem, cóż jednak mógł zrobić w obliczu takiego wydarzenia. Wobec niego czuł się totalnie bezradny i jak on będzie potem mógł spojrzeć innym w oczy?! - takie oto myśli chodziły po głowie starszego Pottera. Sprawę pogarszał fakt, ze jego żona wykazywała się totalnym niezrozumieniem, krzątała się właśnie jak zwykle po kuchni, podśpiewując pod nosem. Nawet ich kot łasił się jakby nigdy nic. Miauczał, mruczał, a Harry czuł jak popada w coraz większe zażenowanie.
- Ginny, no proszę cię - powiedział, wycierając spocone dłonie o spodnie.
- Przecież wiesz, że nie mogę! - odparła z uśmiechem.
Potter właśnie miał błagać żonę, aby wpłynęła na Molly, gdy do pokoju wpadł James i wskoczył w ramiona ojca.
- Tata, tato, ja chcę polatać i pójść na lody, odwiedzić babcię, zo... - krzyczał radośnie chłopiec, ale w połowie wyliczanki przerwała mu matka.
- Jim, powiedziałam ci, że jeśli nie przeprosić sąsiadki za ostatni psikus, to nigdzie nie wyjdziesz - rzekła, wymachując chochlą.
- Ale mamo... - Chłopczyk popatrzył na nią błagalnie, jednak matka jak zwykle była niewzruszona.
- Tato... - James postanowił zmienić front - powiedz, że to nie była moja wina, fajerwerki od wujka same poleciały w stronę jej okien, ja nie miałem na nie wpływu, prawda, tatusiu?
Ginny posłała mężowi spojrzenie, które bardzo wyraźnie mówiło: "Nie podważaj mojego autorytetu!"
- Mama ma rację, zabierz kota i idź go pomęczyć... znaczy, pobawić się z nim w ogrodzie, teraz! - ostatnie słowo wypowiedział w bardzo ojcowskim tonie.
Cóż więc mógł począć młody, kiedy ojciec zaproponował mu tak bajeczny pomysł? Zmarszczył brwi, wziął kota na ręce (po kuchni rozniosło się głośne, przerażone "miau!") i wymaszerował z pomieszczenia. Ginny tylko przerażona spojrzała na męża, lecz nic nie powiedziała.

***

- Koci-koci łapki... - podśpiewywał chłopiec, nie zwracając uwagi na piski i syki ciągniętego za łapy i ogon kota; nucenie było przykrywką, żeby nikt nie wpadł na to, że on obmyśla PLAN. I miał nadzieję, że uda mu się ukryć go przed rodzicami, przynajmniej do czasu, aż będzie gotowy do wprowadzenia go w życie. Wiedział, że do realizacji tego planu potrzebny jest mu Al albo Lily, w każdym razie ktoś, kto się rozryczy, gdy on będzie wprowadzał w życie etap pierwszy. W końcu ktoś musiał zając czymś rodziców, prawda? Wziął małą, żółtą żabkę w dłoń (kot natychmiast uciekł) i niezauważony wszedł do pokoju siostrzyczki. Wyciągnął z kieszeni pudełko z proszkiem wywołującym świąd, który dostał od wujka, posypał nim żabę i schował ją pod kołderkę siostrzyczki (dziewczynka bardzo lubiła urządzać sobie drzemki). Następnie udał się do pokoju Albusa, skąd zabrał jego ulubioną książkę o eliksirach. Ledwo wrócił do ogrodu, gdy jego rodzeństwo zaczęło równocześnie krzyczeć i płakać. Na ustach najbardziej psotnego z latorośli Potterów wykwitł zadowolony uśmieszek. Pobiegł do składzika na miotły, gdzie znajdowały się najciekawsze (czyli, naturalnie, zabronione przez rodziców) przedmioty. Jego uwagę zwrócił jaskrawo świecący napis umieszczony na kartonowym pudelku: "Nie otwierać". Wypowiedział cicho te słowa - brzmiały jak zaproszenie. A jak wiadomo, zakazany owoc smakuje najlepiej i James Potter nie był pod tym względem wyjątkiem. Już otworzył drzwi, już zobaczył miotłę ojca i tajemniczy błysk... gdy poczuł ciężką dłoń na swoim ramieniu, wiedział, że wpadł w jeszcze większe kłopoty.
- Jamesie Potterze - usłyszał za sobą głos przypominający warknięcie, - dlaczego nie zabezpieczyłeś miejsca zbrodni, jak cię uczyłem?!
- Bo jeszcze nie popełniłem zbrodni... - oburzył się chłopiec i oparł o ścianę, gdy zrozumiał: - och, Al! - nawet nie wiesz, jak mnie przestraszyłeś - nabrał powietrza i wypuścił je z głośnym świstem.
- Co kombinujesz, że aż tak cię "przestraszyłem"? - Brat uśmiechnął się, jakby się domyślał. James popatrzył na niego z lekkim wahaniem.
- Ale nie powiesz rodzicom, prawda? - Zrobił wielkie, kocie, błagalne oczy.
- Jeśli przyrzekniesz pod karą próbowania moich eliksirów, mogę postarać się nie wygadać - odpowiedział brat.
- Cóż, gorszy od wujka Neville'a w robieniu ich to ty chyba nie jesteś? - westchnął cierpiętniczo.
- Nie martw się, od niego nikt nie może być gorszy - zaśmiał się Al.
Jamie spojrzał na niego powątpiewająco i chciał przemilczeć nasuwającą się odpowiedź, ale w końcu dodał:
- Chyba, że ty albo tata.
- No! - zgrzytnął zębami - lepiej uważaj na słowa, bo zaraz odczujesz MOJE zdolności w eliksirach na własnej skórze...
- Okej, okej - burknął, a potem się roześmiał: - Skoro tak bardzo prosisz swojego braciszka, to ci pokażę coś, co znalazłem! Tak właściwie najpierw chciałem tylko "pożyczyć" miotłę taty, ale tutaj z pewnością jest coś znacznie ciekawszego! - wskazał na tajemnicze pudełko i po błysku w oczach Albusa rozpoznał, że napis "Nie otwierać" podziałał także na jego wyobraźnię. Ostrożnie uchylili wieczko, i ich oczy rozszerzyły się ze zdumienia - takiego widoku nie spodziewał się żaden z nich.
- Noż ja pie... - zaczął młodszy brat, na co starszy odpowiedział:
- Język, hamuj się!
- Tylko sprawdzałem twój stopień deprawacji - odciął się z wrednym uśmieszkiem Al.
Po tych słowach zamilkli, wpatrując się w dość długi przedmiot o obłych kształtach.
- Wszystko pięknie i zgrabnie, ale... James, co zamierzasz z tym zrobić? - Zmartwił się Al.

***
Tymczasem Harry ratował córkę i zamartwiał się swoim problemem. Żeby chociaż jeszcze Ginny potrafiła go zrozumieć, ale nie, jego ukochaną żonę nie obchodziło nic, poza ciastem i dziećmi. I czwartkowym seksem o czwartej nad ranem... Czasami tak bardzo przypominała własną matkę, że mężczyzna był tym przerażony. Wolał nie myśleć o Molly przywiązanej do łóżka i... (stop!) przecież to ta kobieta była jego problemem! Zamknął oczy, myślami powracając do rozmowy sprzed dwóch tygodni.

- I zrobiłam projekt mundurów dla twoich pracowników - powiedziała Molly, pokazując mu różowy, moherowy sweter z niebieskim, połyskującym napisem "Auror". Harry, spoglądając to na wdzianko, to na szczerą, uśmiechniętą twarz kobiety, gorączkowo zastanawiał się, jak jej powiedzieć że wolałby...nieco inny wzór.
- Tak, mamo, jest wspaniały! - przytaknęła Ginny, ściskając mocno starszą kobietę.
Harry nagle poczuł, że zaczyna boleć go głowa. Złapał się za skroń, kiedy nagle usłyszał donośny huk dobiegający z ogrodu.
- Gnomy, gnomy atakują! - dobiegł ich krzyk bliźniaków, biegnących w stronę domu: - GNOMY! RATUJ SIĘ, KTO MOŻE! Do środka wbiegł zdyszany George, jego wzrok padł na różowy strój, a usta wykrzywił złośliwy uśmiech.
- Jaki piękny sweter! Cudo normalnie. Jestem pewien, Harry, że twoi współpracownicy z ministerstwa będą nim zachwyceni - powiedział, ignorując wściekłe spojrzenie szwagra.
O ile wcześniej Molly promieniała szczęściem, słysząc słowa synów, tak pełne szczerego, zdawałoby się, zachwytu wydała z siebie entuzjastyczny pisk.
Chwilę później do pomieszczania wpadł syn Georga i dobrze rozszyfrowując minę ojca powiedział:
- Babciu, ja też chcę taki fajowski sweter!
Harry dyskretnie rozejrzał się za czymś ciężkim, czymś, co mogłoby narobić dużo hałasu. Albo za czymś, czym mógłby kogoś walnąć.
- Właściwie to myślałem o czymś mniej - "paskudnym" powiedział w myślach, a na głos dodał: - rzucającym się w oczy.
- Oczywiście, przy tajnych akcjach musicie zapewne ubierać się bardziej dyskretnie, ale na co dzień stróże prawa powinni być widoczni, nie sądzisz, mój drogi? Widzę, że się ze mną zgadzasz - zakończyła rozmowę. Gryfon tylko ciężko westchnął, stwierdzając, że jakikolwiek sprzeciw tylko pogorszy sprawę.

Harry pocałował w główkę Lily, która przestała płakać i udał się z nią do kuchni, głaszcząc jej rude loczki.
- Tatusiu - mała siąknęła nosem - a pójdziemy do cioci Hermiony i wujka Rona?
- Możesz mi wierzyć, moja kochana, że wujek z ciocią są bardzo zajęci... - Spojrzał małej w oczka, śmiejąc się i gilgocząc lekko, a potem dodał: - W tej chwili prawdopodobnie szukają Ciasteczkowego Potwora, który zjadł wszystkie słodycze ze słoika.
W ten oto sprytny sposób odwrócił uwagę dziewczynki od wizyty u ludzi, których raczej nie miał ochoty teraz oglądać. Ostatnio nie dogadywał się najlepiej ze swoimi starymi przyjaciółmi i choć go to bolało, postanowił ograniczyć kontakty z nimi do niezbędnego minimum. Nie chciał na razie zastanawiać się nad powodem nagłego oziębienia ich relacji - na chwile obecną liczyła się tylko Lily i nakarmienie jej słodyczami. Jego mała córeczka nie chciała być jednak głaskana, nie chciała siedzieć grzecznie na sofie (mimo że słodycze przyjęła z radością), w jej uroczych oczach kryły się wesołe iskierki, więc Harry zaczął się bać. Dumbledore patrzył na niego w ten sam sposób, gdy szykował jakąś paskudną "niespodziankę"...
Potter zastanawiał się, czy zawsze musi walczyć - najpierw Voldemort, a później Molly w roli projektantki mody, nieczuła na jego cierpienie Ginny i nawet niewinna, mała Lily, gdy ciszę przerwał krzyk jego żony.
- Harry!!! Chodź tu, szybkooooo!!! - wrzask przybierał na sile.
Potter wbiegł do kuchni, w której dziesięciu małych, brodatych, ciemnoskórych elfów tańczyło kankana, zobaczył jeszcze, jak Ginny przeżegnała się lewą ręką, gdy oskarżycielski palec wskazał na niego.
Obrazek

Podążaj za białym królikiem.
Modzi widzą przez peleryny niewidki.


Pusia lubiła swój zielony balonik...!
Avatar użytkownika
Puchacz
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 861
Dołączył(a): 11 kwi 2009, 23:05

Re: II Stonoga! (1)

Postprzez deedee » 18 sie 2010, 17:50

Harry Potter był czułym mężem i odpowiedzialnym ojcem, cóż jednak mógł zrobić w obliczu takiego wydarzenia. Wobec niego czuł się totalnie bezradny i jak on będzie potem mógł spojrzeć innym w oczy?! - takie oto myśli chodziły po głowie starszego Pottera. Sprawę pogarszał fakt, ze jego żona wykazywała się totalnym niezrozumieniem, krzątała się właśnie jak zwykle po kuchni, podśpiewując pod nosem. Nawet ich kot łasił się jakby nigdy nic. Miauczał, mruczał, a Harry czuł jak popada w coraz większe zażenowanie.
- Ginny, no proszę cię - powiedział, wycierając spocone dłonie o spodnie.
- Przecież wiesz, że nie mogę! - odparła z uśmiechem.
Potter właśnie miał błagać żonę, aby wpłynęła na Molly, gdy do pokoju wpadł James i wskoczył w ramiona ojca.
- Tata, tato, ja chcę polatać i pójść na lody, odwiedzić babcię, zo... - krzyczał radośnie chłopiec, ale w połowie wyliczanki przerwała mu matka.
- Jim, powiedziałam ci, że jeśli nie przeprosić sąsiadki za ostatni psikus, to nigdzie nie wyjdziesz - rzekła, wymachując chochlą.
- Ale mamo... - Chłopczyk popatrzył na nią błagalnie, jednak matka jak zwykle była niewzruszona.
- Tato... - James postanowił zmienić front - powiedz, że to nie była moja wina, fajerwerki od wujka same poleciały w stronę jej okien, ja nie miałem na nie wpływu, prawda, tatusiu?
Ginny posłała mężowi spojrzenie, które bardzo wyraźnie mówiło: "Nie podważaj mojego autorytetu!"
- Mama ma rację, zabierz kota i idź go pomęczyć... znaczy, pobawić się z nim w ogrodzie, teraz! - ostatnie słowo wypowiedział w bardzo ojcowskim tonie.
Cóż więc mógł począć młody, kiedy ojciec zaproponował mu tak bajeczny pomysł? Zmarszczył brwi, wziął kota na ręce (po kuchni rozniosło się głośne, przerażone "miau!") i wymaszerował z pomieszczenia. Ginny tylko przerażona spojrzała na męża, lecz nic nie powiedziała.

***

- Koci-koci łapki... - podśpiewywał chłopiec, nie zwracając uwagi na piski i syki ciągniętego za łapy i ogon kota; nucenie było przykrywką, żeby nikt nie wpadł na to, że on obmyśla PLAN. I miał nadzieję, że uda mu się ukryć go przed rodzicami, przynajmniej do czasu, aż będzie gotowy do wprowadzenia go w życie. Wiedział, że do realizacji tego planu potrzebny jest mu Al albo Lily, w każdym razie ktoś, kto się rozryczy, gdy on będzie wprowadzał w życie etap pierwszy. W końcu ktoś musiał zając czymś rodziców, prawda? Wziął małą, żółtą żabkę w dłoń (kot natychmiast uciekł) i niezauważony wszedł do pokoju siostrzyczki. Wyciągnął z kieszeni pudełko z proszkiem wywołującym świąd, który dostał od wujka, posypał nim żabę i schował ją pod kołderkę siostrzyczki (dziewczynka bardzo lubiła urządzać sobie drzemki). Następnie udał się do pokoju Albusa, skąd zabrał jego ulubioną książkę o eliksirach. Ledwo wrócił do ogrodu, gdy jego rodzeństwo zaczęło równocześnie krzyczeć i płakać. Na ustach najbardziej psotnego z latorośli Potterów wykwitł zadowolony uśmieszek. Pobiegł do składzika na miotły, gdzie znajdowały się najciekawsze (czyli, naturalnie, zabronione przez rodziców) przedmioty. Jego uwagę zwrócił jaskrawo świecący napis umieszczony na kartonowym pudelku: "Nie otwierać". Wypowiedział cicho te słowa - brzmiały jak zaproszenie. A jak wiadomo, zakazany owoc smakuje najlepiej i James Potter nie był pod tym względem wyjątkiem. Już otworzył drzwi, już zobaczył miotłę ojca i tajemniczy błysk... gdy poczuł ciężką dłoń na swoim ramieniu, wiedział, że wpadł w jeszcze większe kłopoty.
- Jamesie Potterze - usłyszał za sobą głos przypominający warknięcie, - dlaczego nie zabezpieczyłeś miejsca zbrodni, jak cię uczyłem?!
- Bo jeszcze nie popełniłem zbrodni... - oburzył się chłopiec i oparł o ścianę, gdy zrozumiał: - och, Al! - nawet nie wiesz, jak mnie przestraszyłeś - nabrał powietrza i wypuścił je z głośnym świstem.
- Co kombinujesz, że aż tak cię "przestraszyłem"? - Brat uśmiechnął się, jakby się domyślał. James popatrzył na niego z lekkim wahaniem.
- Ale nie powiesz rodzicom, prawda? - Zrobił wielkie, kocie, błagalne oczy.
- Jeśli przyrzekniesz pod karą próbowania moich eliksirów, mogę postarać się nie wygadać - odpowiedział brat.
- Cóż, gorszy od wujka Neville'a w robieniu ich to ty chyba nie jesteś? - westchnął cierpiętniczo.
- Nie martw się, od niego nikt nie może być gorszy - zaśmiał się Al.
Jamie spojrzał na niego powątpiewająco i chciał przemilczeć nasuwającą się odpowiedź, ale w końcu dodał:
- Chyba, że ty albo tata.
- No! - zgrzytnął zębami - lepiej uważaj na słowa, bo zaraz odczujesz MOJE zdolności w eliksirach na własnej skórze...
- Okej, okej - burknął, a potem się roześmiał: - Skoro tak bardzo prosisz swojego braciszka, to ci pokażę coś, co znalazłem! Tak właściwie najpierw chciałem tylko "pożyczyć" miotłę taty, ale tutaj z pewnością jest coś znacznie ciekawszego! - wskazał na tajemnicze pudełko i po błysku w oczach Albusa rozpoznał, że napis "Nie otwierać" podziałał także na jego wyobraźnię. Ostrożnie uchylili wieczko, i ich oczy rozszerzyły się ze zdumienia - takiego widoku nie spodziewał się żaden z nich.
- Noż ja pie... - zaczął młodszy brat, na co starszy odpowiedział:
- Język, hamuj się!
- Tylko sprawdzałem twój stopień deprawacji - odciął się z wrednym uśmieszkiem Al.
Po tych słowach zamilkli, wpatrując się w dość długi przedmiot o obłych kształtach.
- Wszystko pięknie i zgrabnie, ale... James, co zamierzasz z tym zrobić? - Zmartwił się Al.

***
Tymczasem Harry ratował córkę i zamartwiał się swoim problemem. Żeby chociaż jeszcze Ginny potrafiła go zrozumieć, ale nie, jego ukochaną żonę nie obchodziło nic, poza ciastem i dziećmi. I czwartkowym seksem o czwartej nad ranem... Czasami tak bardzo przypominała własną matkę, że mężczyzna był tym przerażony. Wolał nie myśleć o Molly przywiązanej do łóżka i... (stop!) przecież to ta kobieta była jego problemem! Zamknął oczy, myślami powracając do rozmowy sprzed dwóch tygodni.

- I zrobiłam projekt mundurów dla twoich pracowników - powiedziała Molly, pokazując mu różowy, moherowy sweter z niebieskim, połyskującym napisem "Auror". Harry, spoglądając to na wdzianko, to na szczerą, uśmiechniętą twarz kobiety, gorączkowo zastanawiał się, jak jej powiedzieć że wolałby...nieco inny wzór.
- Tak, mamo, jest wspaniały! - przytaknęła Ginny, ściskając mocno starszą kobietę.
Harry nagle poczuł, że zaczyna boleć go głowa. Złapał się za skroń, kiedy nagle usłyszał donośny huk dobiegający z ogrodu.
- Gnomy, gnomy atakują! - dobiegł ich krzyk bliźniaków, biegnących w stronę domu: - GNOMY! RATUJ SIĘ, KTO MOŻE! Do środka wbiegł zdyszany George, jego wzrok padł na różowy strój, a usta wykrzywił złośliwy uśmiech.
- Jaki piękny sweter! Cudo normalnie. Jestem pewien, Harry, że twoi współpracownicy z ministerstwa będą nim zachwyceni - powiedział, ignorując wściekłe spojrzenie szwagra.
O ile wcześniej Molly promieniała szczęściem, słysząc słowa synów, tak pełne szczerego, zdawałoby się, zachwytu wydała z siebie entuzjastyczny pisk.
Chwilę później do pomieszczania wpadł syn Georga i dobrze rozszyfrowując minę ojca powiedział:
- Babciu, ja też chcę taki fajowski sweter!
Harry dyskretnie rozejrzał się za czymś ciężkim, czymś, co mogłoby narobić dużo hałasu. Albo za czymś, czym mógłby kogoś walnąć.
- Właściwie to myślałem o czymś mniej - "paskudnym" powiedział w myślach, a na głos dodał: - rzucającym się w oczy.
- Oczywiście, przy tajnych akcjach musicie zapewne ubierać się bardziej dyskretnie, ale na co dzień stróże prawa powinni być widoczni, nie sądzisz, mój drogi? Widzę, że się ze mną zgadzasz - zakończyła rozmowę. Gryfon tylko ciężko westchnął, stwierdzając, że jakikolwiek sprzeciw tylko pogorszy sprawę.

Harry pocałował w główkę Lily, która przestała płakać i udał się z nią do kuchni, głaszcząc jej rude loczki.
- Tatusiu - mała siąknęła nosem - a pójdziemy do cioci Hermiony i wujka Rona?
- Możesz mi wierzyć, moja kochana, że wujek z ciocią są bardzo zajęci... - Spojrzał małej w oczka, śmiejąc się i gilgocząc lekko, a potem dodał: - W tej chwili prawdopodobnie szukają Ciasteczkowego Potwora, który zjadł wszystkie słodycze ze słoika.
W ten oto sprytny sposób odwrócił uwagę dziewczynki od wizyty u ludzi, których raczej nie miał ochoty teraz oglądać. Ostatnio nie dogadywał się najlepiej ze swoimi starymi przyjaciółmi i choć go to bolało, postanowił ograniczyć kontakty z nimi do niezbędnego minimum. Nie chciał na razie zastanawiać się nad powodem nagłego oziębienia ich relacji - na chwile obecną liczyła się tylko Lily i nakarmienie jej słodyczami. Jego mała córeczka nie chciała być jednak głaskana, nie chciała siedzieć grzecznie na sofie (mimo że słodycze przyjęła z radością), w jej uroczych oczach kryły się wesołe iskierki, więc Harry zaczął się bać. Dumbledore patrzył na niego w ten sam sposób, gdy szykował jakąś paskudną "niespodziankę"...
Potter zastanawiał się, czy zawsze musi walczyć - najpierw Voldemort, a później Molly w roli projektantki mody, nieczuła na jego cierpienie Ginny i nawet niewinna, mała Lily, gdy ciszę przerwał krzyk jego żony.
- Harry!!! Chodź tu, szybkooooo!!! - wrzask przybierał na sile.
Potter wbiegł do kuchni, w której dziesięciu małych, brodatych, ciemnoskórych elfów tańczyło kankana, zobaczył jeszcze, jak Ginny przeżegnała się lewą ręką, gdy oskarżycielski palec wskazał na niego.
- Możesz mi wytłumaczyć, co to, na gacie Merlina, ma znaczyć? - spytała, najwyraźniej przekonana, że to on zaprosił owych dziwacznych "tancerzy".
"Nie wiem nic. Jest wokoło ten rzeczy niepokój, Obrazek
który rzeki przesyca i morza obłoków,
który jest sam przez siebie, a ja ponad którym
jestem jak smutne dziecko przenoszące góry."

Krzysztof Kamil Baczyński; Rzeczy niepokój.
deedee
Renesansowy Obieżyświat
Renesansowy Obieżyświat
 
Posty: 95
Dołączył(a): 30 mar 2010, 21:05

Re: II Stonoga! (1)

Postprzez Puchacz » 18 sie 2010, 18:29

Harry Potter był czułym mężem i odpowiedzialnym ojcem, cóż jednak mógł zrobić w obliczu takiego wydarzenia. Wobec niego czuł się totalnie bezradny i jak on będzie potem mógł spojrzeć innym w oczy?! - takie oto myśli chodziły po głowie starszego Pottera. Sprawę pogarszał fakt, ze jego żona wykazywała się totalnym niezrozumieniem, krzątała się właśnie jak zwykle po kuchni, podśpiewując pod nosem. Nawet ich kot łasił się jakby nigdy nic. Miauczał, mruczał, a Harry czuł jak popada w coraz większe zażenowanie.
- Ginny, no proszę cię - powiedział, wycierając spocone dłonie o spodnie.
- Przecież wiesz, że nie mogę! - odparła z uśmiechem.
Potter właśnie miał błagać żonę, aby wpłynęła na Molly, gdy do pokoju wpadł James i wskoczył w ramiona ojca.
- Tata, tato, ja chcę polatać i pójść na lody, odwiedzić babcię, zo... - krzyczał radośnie chłopiec, ale w połowie wyliczanki przerwała mu matka.
- Jim, powiedziałam ci, że jeśli nie przeprosić sąsiadki za ostatni psikus, to nigdzie nie wyjdziesz - rzekła, wymachując chochlą.
- Ale mamo... - Chłopczyk popatrzył na nią błagalnie, jednak matka jak zwykle była niewzruszona.
- Tato... - James postanowił zmienić front - powiedz, że to nie była moja wina, fajerwerki od wujka same poleciały w stronę jej okien, ja nie miałem na nie wpływu, prawda, tatusiu?
Ginny posłała mężowi spojrzenie, które bardzo wyraźnie mówiło: "Nie podważaj mojego autorytetu!"
- Mama ma rację, zabierz kota i idź go pomęczyć... znaczy, pobawić się z nim w ogrodzie, teraz! - ostatnie słowo wypowiedział w bardzo ojcowskim tonie.
Cóż więc mógł począć młody, kiedy ojciec zaproponował mu tak bajeczny pomysł? Zmarszczył brwi, wziął kota na ręce (po kuchni rozniosło się głośne, przerażone "miau!") i wymaszerował z pomieszczenia. Ginny tylko przerażona spojrzała na męża, lecz nic nie powiedziała.

***

- Koci-koci łapki... - podśpiewywał chłopiec, nie zwracając uwagi na piski i syki ciągniętego za łapy i ogon kota; nucenie było przykrywką, żeby nikt nie wpadł na to, że on obmyśla PLAN. I miał nadzieję, że uda mu się ukryć go przed rodzicami, przynajmniej do czasu, aż będzie gotowy do wprowadzenia go w życie. Wiedział, że do realizacji tego planu potrzebny jest mu Al albo Lily, w każdym razie ktoś, kto się rozryczy, gdy on będzie wprowadzał w życie etap pierwszy. W końcu ktoś musiał zając czymś rodziców, prawda? Wziął małą, żółtą żabkę w dłoń (kot natychmiast uciekł) i niezauważony wszedł do pokoju siostrzyczki. Wyciągnął z kieszeni pudełko z proszkiem wywołującym świąd, który dostał od wujka, posypał nim żabę i schował ją pod kołderkę siostrzyczki (dziewczynka bardzo lubiła urządzać sobie drzemki). Następnie udał się do pokoju Albusa, skąd zabrał jego ulubioną książkę o eliksirach. Ledwo wrócił do ogrodu, gdy jego rodzeństwo zaczęło równocześnie krzyczeć i płakać. Na ustach najbardziej psotnego z latorośli Potterów wykwitł zadowolony uśmieszek. Pobiegł do składzika na miotły, gdzie znajdowały się najciekawsze (czyli, naturalnie, zabronione przez rodziców) przedmioty. Jego uwagę zwrócił jaskrawo świecący napis umieszczony na kartonowym pudelku: "Nie otwierać". Wypowiedział cicho te słowa - brzmiały jak zaproszenie. A jak wiadomo, zakazany owoc smakuje najlepiej i James Potter nie był pod tym względem wyjątkiem. Już otworzył drzwi, już zobaczył miotłę ojca i tajemniczy błysk... gdy poczuł ciężką dłoń na swoim ramieniu, wiedział, że wpadł w jeszcze większe kłopoty.
- Jamesie Potterze - usłyszał za sobą głos przypominający warknięcie, - dlaczego nie zabezpieczyłeś miejsca zbrodni, jak cię uczyłem?!
- Bo jeszcze nie popełniłem zbrodni... - oburzył się chłopiec i oparł o ścianę, gdy zrozumiał: - och, Al! - nawet nie wiesz, jak mnie przestraszyłeś - nabrał powietrza i wypuścił je z głośnym świstem.
- Co kombinujesz, że aż tak cię "przestraszyłem"? - Brat uśmiechnął się, jakby się domyślał. James popatrzył na niego z lekkim wahaniem.
- Ale nie powiesz rodzicom, prawda? - Zrobił wielkie, kocie, błagalne oczy.
- Jeśli przyrzekniesz pod karą próbowania moich eliksirów, mogę postarać się nie wygadać - odpowiedział brat.
- Cóż, gorszy od wujka Neville'a w robieniu ich to ty chyba nie jesteś? - westchnął cierpiętniczo.
- Nie martw się, od niego nikt nie może być gorszy - zaśmiał się Al.
Jamie spojrzał na niego powątpiewająco i chciał przemilczeć nasuwającą się odpowiedź, ale w końcu dodał:
- Chyba, że ty albo tata.
- No! - zgrzytnął zębami - lepiej uważaj na słowa, bo zaraz odczujesz MOJE zdolności w eliksirach na własnej skórze...
- Okej, okej - burknął, a potem się roześmiał: - Skoro tak bardzo prosisz swojego braciszka, to ci pokażę coś, co znalazłem! Tak właściwie najpierw chciałem tylko "pożyczyć" miotłę taty, ale tutaj z pewnością jest coś znacznie ciekawszego! - wskazał na tajemnicze pudełko i po błysku w oczach Albusa rozpoznał, że napis "Nie otwierać" podziałał także na jego wyobraźnię. Ostrożnie uchylili wieczko, i ich oczy rozszerzyły się ze zdumienia - takiego widoku nie spodziewał się żaden z nich.
- Noż ja pie... - zaczął młodszy brat, na co starszy odpowiedział:
- Język, hamuj się!
- Tylko sprawdzałem twój stopień deprawacji - odciął się z wrednym uśmieszkiem Al.
Po tych słowach zamilkli, wpatrując się w dość długi przedmiot o obłych kształtach.
- Wszystko pięknie i zgrabnie, ale... James, co zamierzasz z tym zrobić? - Zmartwił się Al.

***
Tymczasem Harry ratował córkę i zamartwiał się swoim problemem. Żeby chociaż jeszcze Ginny potrafiła go zrozumieć, ale nie, jego ukochaną żonę nie obchodziło nic, poza ciastem i dziećmi. I czwartkowym seksem o czwartej nad ranem... Czasami tak bardzo przypominała własną matkę, że mężczyzna był tym przerażony. Wolał nie myśleć o Molly przywiązanej do łóżka i... (stop!) przecież to ta kobieta była jego problemem! Zamknął oczy, myślami powracając do rozmowy sprzed dwóch tygodni.

- I zrobiłam projekt mundurów dla twoich pracowników - powiedziała Molly, pokazując mu różowy, moherowy sweter z niebieskim, połyskującym napisem "Auror". Harry, spoglądając to na wdzianko, to na szczerą, uśmiechniętą twarz kobiety, gorączkowo zastanawiał się, jak jej powiedzieć że wolałby...nieco inny wzór.
- Tak, mamo, jest wspaniały! - przytaknęła Ginny, ściskając mocno starszą kobietę.
Harry nagle poczuł, że zaczyna boleć go głowa. Złapał się za skroń, kiedy nagle usłyszał donośny huk dobiegający z ogrodu.
- Gnomy, gnomy atakują! - dobiegł ich krzyk bliźniaków, biegnących w stronę domu: - GNOMY! RATUJ SIĘ, KTO MOŻE! Do środka wbiegł zdyszany George, jego wzrok padł na różowy strój, a usta wykrzywił złośliwy uśmiech.
- Jaki piękny sweter! Cudo normalnie. Jestem pewien, Harry, że twoi współpracownicy z ministerstwa będą nim zachwyceni - powiedział, ignorując wściekłe spojrzenie szwagra.
O ile wcześniej Molly promieniała szczęściem, słysząc słowa synów, tak pełne szczerego, zdawałoby się, zachwytu wydała z siebie entuzjastyczny pisk.
Chwilę później do pomieszczania wpadł syn Georga i dobrze rozszyfrowując minę ojca powiedział:
- Babciu, ja też chcę taki fajowski sweter!
Harry dyskretnie rozejrzał się za czymś ciężkim, czymś, co mogłoby narobić dużo hałasu. Albo za czymś, czym mógłby kogoś walnąć.
- Właściwie to myślałem o czymś mniej - "paskudnym" powiedział w myślach, a na głos dodał: - rzucającym się w oczy.
- Oczywiście, przy tajnych akcjach musicie zapewne ubierać się bardziej dyskretnie, ale na co dzień stróże prawa powinni być widoczni, nie sądzisz, mój drogi? Widzę, że się ze mną zgadzasz - zakończyła rozmowę. Gryfon tylko ciężko westchnął, stwierdzając, że jakikolwiek sprzeciw tylko pogorszy sprawę.

Harry pocałował w główkę Lily, która przestała płakać i udał się z nią do kuchni, głaszcząc jej rude loczki.
- Tatusiu - mała siąknęła nosem - a pójdziemy do cioci Hermiony i wujka Rona?
- Możesz mi wierzyć, moja kochana, że wujek z ciocią są bardzo zajęci... - Spojrzał małej w oczka, śmiejąc się i gilgocząc lekko, a potem dodał: - W tej chwili prawdopodobnie szukają Ciasteczkowego Potwora, który zjadł wszystkie słodycze ze słoika.
W ten oto sprytny sposób odwrócił uwagę dziewczynki od wizyty u ludzi, których raczej nie miał ochoty teraz oglądać. Ostatnio nie dogadywał się najlepiej ze swoimi starymi przyjaciółmi i choć go to bolało, postanowił ograniczyć kontakty z nimi do niezbędnego minimum. Nie chciał na razie zastanawiać się nad powodem nagłego oziębienia ich relacji - na chwile obecną liczyła się tylko Lily i nakarmienie jej słodyczami. Jego mała córeczka nie chciała być jednak głaskana, nie chciała siedzieć grzecznie na sofie (mimo że słodycze przyjęła z radością), w jej uroczych oczach kryły się wesołe iskierki, więc Harry zaczął się bać. Dumbledore patrzył na niego w ten sam sposób, gdy szykował jakąś paskudną "niespodziankę"...
Potter zastanawiał się, czy zawsze musi walczyć - najpierw Voldemort, a później Molly w roli projektantki mody, nieczuła na jego cierpienie Ginny i nawet niewinna, mała Lily, gdy ciszę przerwał krzyk jego żony.
- Harry!!! Chodź tu, szybkooooo!!! - wrzask przybierał na sile.
Potter wbiegł do kuchni, w której dziesięciu małych, brodatych, ciemnoskórych elfów tańczyło kankana, zobaczył jeszcze, jak Ginny przeżegnała się lewą ręką, gdy oskarżycielski palec wskazał na niego.
- Możesz mi wytłumaczyć, co to, na gacie Merlina, ma znaczyć? - spytała, najwyraźniej przekonana, że to on zaprosił owych dziwacznych "tancerzy".
Harry natomiast miał innego winnego, więc krzyknął "Jim!!!", zanim zdał sobie sprawę z tego, w jak głupiej sytuacji się znaleźli.
Obrazek

Podążaj za białym królikiem.
Modzi widzą przez peleryny niewidki.


Pusia lubiła swój zielony balonik...!
Avatar użytkownika
Puchacz
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 861
Dołączył(a): 11 kwi 2009, 23:05

Re: II Stonoga! (1)

Postprzez morgan » 18 sie 2010, 21:18

Harry Potter był czułym mężem i odpowiedzialnym ojcem, cóż jednak mógł zrobić w obliczu takiego wydarzenia. Wobec niego czuł się totalnie bezradny i jak on będzie potem mógł spojrzeć innym w oczy?! - takie oto myśli chodziły po głowie starszego Pottera. Sprawę pogarszał fakt, ze jego żona wykazywała się totalnym niezrozumieniem, krzątała się właśnie jak zwykle po kuchni, podśpiewując pod nosem. Nawet ich kot łasił się jakby nigdy nic. Miauczał, mruczał, a Harry czuł jak popada w coraz większe zażenowanie.
- Ginny, no proszę cię - powiedział, wycierając spocone dłonie o spodnie.
- Przecież wiesz, że nie mogę! - odparła z uśmiechem.
Potter właśnie miał błagać żonę, aby wpłynęła na Molly, gdy do pokoju wpadł James i wskoczył w ramiona ojca.
- Tata, tato, ja chcę polatać i pójść na lody, odwiedzić babcię, zo... - krzyczał radośnie chłopiec, ale w połowie wyliczanki przerwała mu matka.
- Jim, powiedziałam ci, że jeśli nie przeprosić sąsiadki za ostatni psikus, to nigdzie nie wyjdziesz - rzekła, wymachując chochlą.
- Ale mamo... - Chłopczyk popatrzył na nią błagalnie, jednak matka jak zwykle była niewzruszona.
- Tato... - James postanowił zmienić front - powiedz, że to nie była moja wina, fajerwerki od wujka same poleciały w stronę jej okien, ja nie miałem na nie wpływu, prawda, tatusiu?
Ginny posłała mężowi spojrzenie, które bardzo wyraźnie mówiło: "Nie podważaj mojego autorytetu!"
- Mama ma rację, zabierz kota i idź go pomęczyć... znaczy, pobawić się z nim w ogrodzie, teraz! - ostatnie słowo wypowiedział w bardzo ojcowskim tonie.
Cóż więc mógł począć młody, kiedy ojciec zaproponował mu tak bajeczny pomysł? Zmarszczył brwi, wziął kota na ręce (po kuchni rozniosło się głośne, przerażone "miau!") i wymaszerował z pomieszczenia. Ginny tylko przerażona spojrzała na męża, lecz nic nie powiedziała.

***

- Koci-koci łapki... - podśpiewywał chłopiec, nie zwracając uwagi na piski i syki ciągniętego za łapy i ogon kota; nucenie było przykrywką, żeby nikt nie wpadł na to, że on obmyśla PLAN. I miał nadzieję, że uda mu się ukryć go przed rodzicami, przynajmniej do czasu, aż będzie gotowy do wprowadzenia go w życie. Wiedział, że do realizacji tego planu potrzebny jest mu Al albo Lily, w każdym razie ktoś, kto się rozryczy, gdy on będzie wprowadzał w życie etap pierwszy. W końcu ktoś musiał zając czymś rodziców, prawda? Wziął małą, żółtą żabkę w dłoń (kot natychmiast uciekł) i niezauważony wszedł do pokoju siostrzyczki. Wyciągnął z kieszeni pudełko z proszkiem wywołującym świąd, który dostał od wujka, posypał nim żabę i schował ją pod kołderkę siostrzyczki (dziewczynka bardzo lubiła urządzać sobie drzemki). Następnie udał się do pokoju Albusa, skąd zabrał jego ulubioną książkę o eliksirach. Ledwo wrócił do ogrodu, gdy jego rodzeństwo zaczęło równocześnie krzyczeć i płakać. Na ustach najbardziej psotnego z latorośli Potterów wykwitł zadowolony uśmieszek. Pobiegł do składzika na miotły, gdzie znajdowały się najciekawsze (czyli, naturalnie, zabronione przez rodziców) przedmioty. Jego uwagę zwrócił jaskrawo świecący napis umieszczony na kartonowym pudelku: "Nie otwierać". Wypowiedział cicho te słowa - brzmiały jak zaproszenie. A jak wiadomo, zakazany owoc smakuje najlepiej i James Potter nie był pod tym względem wyjątkiem. Już otworzył drzwi, już zobaczył miotłę ojca i tajemniczy błysk... gdy poczuł ciężką dłoń na swoim ramieniu, wiedział, że wpadł w jeszcze większe kłopoty.
- Jamesie Potterze - usłyszał za sobą głos przypominający warknięcie, - dlaczego nie zabezpieczyłeś miejsca zbrodni, jak cię uczyłem?!
- Bo jeszcze nie popełniłem zbrodni... - oburzył się chłopiec i oparł o ścianę, gdy zrozumiał: - och, Al! - nawet nie wiesz, jak mnie przestraszyłeś - nabrał powietrza i wypuścił je z głośnym świstem.
- Co kombinujesz, że aż tak cię "przestraszyłem"? - Brat uśmiechnął się, jakby się domyślał. James popatrzył na niego z lekkim wahaniem.
- Ale nie powiesz rodzicom, prawda? - Zrobił wielkie, kocie, błagalne oczy.
- Jeśli przyrzekniesz pod karą próbowania moich eliksirów, mogę postarać się nie wygadać - odpowiedział brat.
- Cóż, gorszy od wujka Neville'a w robieniu ich to ty chyba nie jesteś? - westchnął cierpiętniczo.
- Nie martw się, od niego nikt nie może być gorszy - zaśmiał się Al.
Jamie spojrzał na niego powątpiewająco i chciał przemilczeć nasuwającą się odpowiedź, ale w końcu dodał:
- Chyba, że ty albo tata.
- No! - zgrzytnął zębami - lepiej uważaj na słowa, bo zaraz odczujesz MOJE zdolności w eliksirach na własnej skórze...
- Okej, okej - burknął, a potem się roześmiał: - Skoro tak bardzo prosisz swojego braciszka, to ci pokażę coś, co znalazłem! Tak właściwie najpierw chciałem tylko "pożyczyć" miotłę taty, ale tutaj z pewnością jest coś znacznie ciekawszego! - wskazał na tajemnicze pudełko i po błysku w oczach Albusa rozpoznał, że napis "Nie otwierać" podziałał także na jego wyobraźnię. Ostrożnie uchylili wieczko, i ich oczy rozszerzyły się ze zdumienia - takiego widoku nie spodziewał się żaden z nich.
- Noż ja pie... - zaczął młodszy brat, na co starszy odpowiedział:
- Język, hamuj się!
- Tylko sprawdzałem twój stopień deprawacji - odciął się z wrednym uśmieszkiem Al.
Po tych słowach zamilkli, wpatrując się w dość długi przedmiot o obłych kształtach.
- Wszystko pięknie i zgrabnie, ale... James, co zamierzasz z tym zrobić? - Zmartwił się Al.

***
Tymczasem Harry ratował córkę i zamartwiał się swoim problemem. Żeby chociaż jeszcze Ginny potrafiła go zrozumieć, ale nie, jego ukochaną żonę nie obchodziło nic, poza ciastem i dziećmi. I czwartkowym seksem o czwartej nad ranem... Czasami tak bardzo przypominała własną matkę, że mężczyzna był tym przerażony. Wolał nie myśleć o Molly przywiązanej do łóżka i... (stop!) przecież to ta kobieta była jego problemem! Zamknął oczy, myślami powracając do rozmowy sprzed dwóch tygodni.

- I zrobiłam projekt mundurów dla twoich pracowników - powiedziała Molly, pokazując mu różowy, moherowy sweter z niebieskim, połyskującym napisem "Auror". Harry, spoglądając to na wdzianko, to na szczerą, uśmiechniętą twarz kobiety, gorączkowo zastanawiał się, jak jej powiedzieć że wolałby...nieco inny wzór.
- Tak, mamo, jest wspaniały! - przytaknęła Ginny, ściskając mocno starszą kobietę.
Harry nagle poczuł, że zaczyna boleć go głowa. Złapał się za skroń, kiedy nagle usłyszał donośny huk dobiegający z ogrodu.
- Gnomy, gnomy atakują! - dobiegł ich krzyk bliźniaków, biegnących w stronę domu: - GNOMY! RATUJ SIĘ, KTO MOŻE! Do środka wbiegł zdyszany George, jego wzrok padł na różowy strój, a usta wykrzywił złośliwy uśmiech.
- Jaki piękny sweter! Cudo normalnie. Jestem pewien, Harry, że twoi współpracownicy z ministerstwa będą nim zachwyceni - powiedział, ignorując wściekłe spojrzenie szwagra.
O ile wcześniej Molly promieniała szczęściem, słysząc słowa synów, tak pełne szczerego, zdawałoby się, zachwytu wydała z siebie entuzjastyczny pisk.
Chwilę później do pomieszczania wpadł syn Georga i dobrze rozszyfrowując minę ojca powiedział:
- Babciu, ja też chcę taki fajowski sweter!
Harry dyskretnie rozejrzał się za czymś ciężkim, czymś, co mogłoby narobić dużo hałasu. Albo za czymś, czym mógłby kogoś walnąć.
- Właściwie to myślałem o czymś mniej - "paskudnym" powiedział w myślach, a na głos dodał: - rzucającym się w oczy.
- Oczywiście, przy tajnych akcjach musicie zapewne ubierać się bardziej dyskretnie, ale na co dzień stróże prawa powinni być widoczni, nie sądzisz, mój drogi? Widzę, że się ze mną zgadzasz - zakończyła rozmowę. Gryfon tylko ciężko westchnął, stwierdzając, że jakikolwiek sprzeciw tylko pogorszy sprawę.

Harry pocałował w główkę Lily, która przestała płakać i udał się z nią do kuchni, głaszcząc jej rude loczki.
- Tatusiu - mała siąknęła nosem - a pójdziemy do cioci Hermiony i wujka Rona?
- Możesz mi wierzyć, moja kochana, że wujek z ciocią są bardzo zajęci... - Spojrzał małej w oczka, śmiejąc się i gilgocząc lekko, a potem dodał: - W tej chwili prawdopodobnie szukają Ciasteczkowego Potwora, który zjadł wszystkie słodycze ze słoika.
W ten oto sprytny sposób odwrócił uwagę dziewczynki od wizyty u ludzi, których raczej nie miał ochoty teraz oglądać. Ostatnio nie dogadywał się najlepiej ze swoimi starymi przyjaciółmi i choć go to bolało, postanowił ograniczyć kontakty z nimi do niezbędnego minimum. Nie chciał na razie zastanawiać się nad powodem nagłego oziębienia ich relacji - na chwile obecną liczyła się tylko Lily i nakarmienie jej słodyczami. Jego mała córeczka nie chciała być jednak głaskana, nie chciała siedzieć grzecznie na sofie (mimo że słodycze przyjęła z radością), w jej uroczych oczach kryły się wesołe iskierki, więc Harry zaczął się bać. Dumbledore patrzył na niego w ten sam sposób, gdy szykował jakąś paskudną "niespodziankę"...
Potter zastanawiał się, czy zawsze musi walczyć - najpierw Voldemort, a później Molly w roli projektantki mody, nieczuła na jego cierpienie Ginny i nawet niewinna, mała Lily, gdy ciszę przerwał krzyk jego żony.
- Harry!!! Chodź tu, szybkooooo!!! - wrzask przybierał na sile.
Potter wbiegł do kuchni, w której dziesięciu małych, brodatych, ciemnoskórych elfów tańczyło kankana, zobaczył jeszcze, jak Ginny przeżegnała się lewą ręką, gdy oskarżycielski palec wskazał na niego.
- Możesz mi wytłumaczyć, co to, na gacie Merlina, ma znaczyć? - spytała, najwyraźniej przekonana, że to on zaprosił owych dziwacznych "tancerzy".
Harry natomiast miał innego winnego, więc krzyknął "Jim!!!", zanim zdał sobie sprawę z tego, w jak głupiej sytuacji się znaleźli. Kiedy ów chłopiec przybiegł do ojca, ten nachylił się nad nim i wyszeptał:
- Miałeś z tym poczekać do naszej rocznicy! - i pociągnął go za ucho.
Gadające głowy
Zanim dodacie temat, przeczytajcie: slash i f-f.
Avatar użytkownika
morgan
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 396
Dołączył(a): 12 maja 2009, 22:59
Lokalizacja: z podświadomości

Re: II Stonoga! (1)

Postprzez Puchacz » 22 sie 2010, 13:31

Harry Potter był czułym mężem i odpowiedzialnym ojcem, cóż jednak mógł zrobić w obliczu takiego wydarzenia. Wobec niego czuł się totalnie bezradny i jak on będzie potem mógł spojrzeć innym w oczy?! - takie oto myśli chodziły po głowie starszego Pottera. Sprawę pogarszał fakt, ze jego żona wykazywała się totalnym niezrozumieniem, krzątała się właśnie jak zwykle po kuchni, podśpiewując pod nosem. Nawet ich kot łasił się jakby nigdy nic. Miauczał, mruczał, a Harry czuł jak popada w coraz większe zażenowanie.
- Ginny, no proszę cię - powiedział, wycierając spocone dłonie o spodnie.
- Przecież wiesz, że nie mogę! - odparła z uśmiechem.
Potter właśnie miał błagać żonę, aby wpłynęła na Molly, gdy do pokoju wpadł James i wskoczył w ramiona ojca.
- Tata, tato, ja chcę polatać i pójść na lody, odwiedzić babcię, zo... - krzyczał radośnie chłopiec, ale w połowie wyliczanki przerwała mu matka.
- Jim, powiedziałam ci, że jeśli nie przeprosić sąsiadki za ostatni psikus, to nigdzie nie wyjdziesz - rzekła, wymachując chochlą.
- Ale mamo... - Chłopczyk popatrzył na nią błagalnie, jednak matka jak zwykle była niewzruszona.
- Tato... - James postanowił zmienić front - powiedz, że to nie była moja wina, fajerwerki od wujka same poleciały w stronę jej okien, ja nie miałem na nie wpływu, prawda, tatusiu?
Ginny posłała mężowi spojrzenie, które bardzo wyraźnie mówiło: "Nie podważaj mojego autorytetu!"
- Mama ma rację, zabierz kota i idź go pomęczyć... znaczy, pobawić się z nim w ogrodzie, teraz! - ostatnie słowo wypowiedział w bardzo ojcowskim tonie.
Cóż więc mógł począć młody, kiedy ojciec zaproponował mu tak bajeczny pomysł? Zmarszczył brwi, wziął kota na ręce (po kuchni rozniosło się głośne, przerażone "miau!") i wymaszerował z pomieszczenia. Ginny tylko przerażona spojrzała na męża, lecz nic nie powiedziała.

***

- Koci-koci łapki... - podśpiewywał chłopiec, nie zwracając uwagi na piski i syki ciągniętego za łapy i ogon kota; nucenie było przykrywką, żeby nikt nie wpadł na to, że on obmyśla PLAN. I miał nadzieję, że uda mu się ukryć go przed rodzicami, przynajmniej do czasu, aż będzie gotowy do wprowadzenia go w życie. Wiedział, że do realizacji tego planu potrzebny jest mu Al albo Lily, w każdym razie ktoś, kto się rozryczy, gdy on będzie wprowadzał w życie etap pierwszy. W końcu ktoś musiał zając czymś rodziców, prawda? Wziął małą, żółtą żabkę w dłoń (kot natychmiast uciekł) i niezauważony wszedł do pokoju siostrzyczki. Wyciągnął z kieszeni pudełko z proszkiem wywołującym świąd, który dostał od wujka, posypał nim żabę i schował ją pod kołderkę siostrzyczki (dziewczynka bardzo lubiła urządzać sobie drzemki). Następnie udał się do pokoju Albusa, skąd zabrał jego ulubioną książkę o eliksirach. Ledwo wrócił do ogrodu, gdy jego rodzeństwo zaczęło równocześnie krzyczeć i płakać. Na ustach najbardziej psotnego z latorośli Potterów wykwitł zadowolony uśmieszek. Pobiegł do składzika na miotły, gdzie znajdowały się najciekawsze (czyli, naturalnie, zabronione przez rodziców) przedmioty. Jego uwagę zwrócił jaskrawo świecący napis umieszczony na kartonowym pudelku: "Nie otwierać". Wypowiedział cicho te słowa - brzmiały jak zaproszenie. A jak wiadomo, zakazany owoc smakuje najlepiej i James Potter nie był pod tym względem wyjątkiem. Już otworzył drzwi, już zobaczył miotłę ojca i tajemniczy błysk... gdy poczuł ciężką dłoń na swoim ramieniu, wiedział, że wpadł w jeszcze większe kłopoty.
- Jamesie Potterze - usłyszał za sobą głos przypominający warknięcie, - dlaczego nie zabezpieczyłeś miejsca zbrodni, jak cię uczyłem?!
- Bo jeszcze nie popełniłem zbrodni... - oburzył się chłopiec i oparł o ścianę, gdy zrozumiał: - och, Al! - nawet nie wiesz, jak mnie przestraszyłeś - nabrał powietrza i wypuścił je z głośnym świstem.
- Co kombinujesz, że aż tak cię "przestraszyłem"? - Brat uśmiechnął się, jakby się domyślał. James popatrzył na niego z lekkim wahaniem.
- Ale nie powiesz rodzicom, prawda? - Zrobił wielkie, kocie, błagalne oczy.
- Jeśli przyrzekniesz pod karą próbowania moich eliksirów, mogę postarać się nie wygadać - odpowiedział brat.
- Cóż, gorszy od wujka Neville'a w robieniu ich to ty chyba nie jesteś? - westchnął cierpiętniczo.
- Nie martw się, od niego nikt nie może być gorszy - zaśmiał się Al.
Jamie spojrzał na niego powątpiewająco i chciał przemilczeć nasuwającą się odpowiedź, ale w końcu dodał:
- Chyba, że ty albo tata.
- No! - zgrzytnął zębami - lepiej uważaj na słowa, bo zaraz odczujesz MOJE zdolności w eliksirach na własnej skórze...
- Okej, okej - burknął, a potem się roześmiał: - Skoro tak bardzo prosisz swojego braciszka, to ci pokażę coś, co znalazłem! Tak właściwie najpierw chciałem tylko "pożyczyć" miotłę taty, ale tutaj z pewnością jest coś znacznie ciekawszego! - wskazał na tajemnicze pudełko i po błysku w oczach Albusa rozpoznał, że napis "Nie otwierać" podziałał także na jego wyobraźnię. Ostrożnie uchylili wieczko, i ich oczy rozszerzyły się ze zdumienia - takiego widoku nie spodziewał się żaden z nich.
- Noż ja pie... - zaczął młodszy brat, na co starszy odpowiedział:
- Język, hamuj się!
- Tylko sprawdzałem twój stopień deprawacji - odciął się z wrednym uśmieszkiem Al.
Po tych słowach zamilkli, wpatrując się w dość długi przedmiot o obłych kształtach.
- Wszystko pięknie i zgrabnie, ale... James, co zamierzasz z tym zrobić? - Zmartwił się Al.

***
Tymczasem Harry ratował córkę i zamartwiał się swoim problemem. Żeby chociaż jeszcze Ginny potrafiła go zrozumieć, ale nie, jego ukochaną żonę nie obchodziło nic, poza ciastem i dziećmi. I czwartkowym seksem o czwartej nad ranem... Czasami tak bardzo przypominała własną matkę, że mężczyzna był tym przerażony. Wolał nie myśleć o Molly przywiązanej do łóżka i... (stop!) przecież to ta kobieta była jego problemem! Zamknął oczy, myślami powracając do rozmowy sprzed dwóch tygodni.

- I zrobiłam projekt mundurów dla twoich pracowników - powiedziała Molly, pokazując mu różowy, moherowy sweter z niebieskim, połyskującym napisem "Auror". Harry, spoglądając to na wdzianko, to na szczerą, uśmiechniętą twarz kobiety, gorączkowo zastanawiał się, jak jej powiedzieć że wolałby...nieco inny wzór.
- Tak, mamo, jest wspaniały! - przytaknęła Ginny, ściskając mocno starszą kobietę.
Harry nagle poczuł, że zaczyna boleć go głowa. Złapał się za skroń, kiedy nagle usłyszał donośny huk dobiegający z ogrodu.
- Gnomy, gnomy atakują! - dobiegł ich krzyk bliźniaków, biegnących w stronę domu: - GNOMY! RATUJ SIĘ, KTO MOŻE! Do środka wbiegł zdyszany George, jego wzrok padł na różowy strój, a usta wykrzywił złośliwy uśmiech.
- Jaki piękny sweter! Cudo normalnie. Jestem pewien, Harry, że twoi współpracownicy z ministerstwa będą nim zachwyceni - powiedział, ignorując wściekłe spojrzenie szwagra.
O ile wcześniej Molly promieniała szczęściem, słysząc słowa synów, tak pełne szczerego, zdawałoby się, zachwytu wydała z siebie entuzjastyczny pisk.
Chwilę później do pomieszczania wpadł syn Georga i dobrze rozszyfrowując minę ojca powiedział:
- Babciu, ja też chcę taki fajowski sweter!
Harry dyskretnie rozejrzał się za czymś ciężkim, czymś, co mogłoby narobić dużo hałasu. Albo za czymś, czym mógłby kogoś walnąć.
- Właściwie to myślałem o czymś mniej - "paskudnym" powiedział w myślach, a na głos dodał: - rzucającym się w oczy.
- Oczywiście, przy tajnych akcjach musicie zapewne ubierać się bardziej dyskretnie, ale na co dzień stróże prawa powinni być widoczni, nie sądzisz, mój drogi? Widzę, że się ze mną zgadzasz - zakończyła rozmowę. Gryfon tylko ciężko westchnął, stwierdzając, że jakikolwiek sprzeciw tylko pogorszy sprawę.

Harry pocałował w główkę Lily, która przestała płakać i udał się z nią do kuchni, głaszcząc jej rude loczki.
- Tatusiu - mała siąknęła nosem - a pójdziemy do cioci Hermiony i wujka Rona?
- Możesz mi wierzyć, moja kochana, że wujek z ciocią są bardzo zajęci... - Spojrzał małej w oczka, śmiejąc się i gilgocząc lekko, a potem dodał: - W tej chwili prawdopodobnie szukają Ciasteczkowego Potwora, który zjadł wszystkie słodycze ze słoika.
W ten oto sprytny sposób odwrócił uwagę dziewczynki od wizyty u ludzi, których raczej nie miał ochoty teraz oglądać. Ostatnio nie dogadywał się najlepiej ze swoimi starymi przyjaciółmi i choć go to bolało, postanowił ograniczyć kontakty z nimi do niezbędnego minimum. Nie chciał na razie zastanawiać się nad powodem nagłego oziębienia ich relacji - na chwile obecną liczyła się tylko Lily i nakarmienie jej słodyczami. Jego mała córeczka nie chciała być jednak głaskana, nie chciała siedzieć grzecznie na sofie (mimo że słodycze przyjęła z radością), w jej uroczych oczach kryły się wesołe iskierki, więc Harry zaczął się bać. Dumbledore patrzył na niego w ten sam sposób, gdy szykował jakąś paskudną "niespodziankę"...
Potter zastanawiał się, czy zawsze musi walczyć - najpierw Voldemort, a później Molly w roli projektantki mody, nieczuła na jego cierpienie Ginny i nawet niewinna, mała Lily, gdy ciszę przerwał krzyk jego żony.
- Harry!!! Chodź tu, szybkooooo!!! - wrzask przybierał na sile.
Potter wbiegł do kuchni, w której dziesięciu małych, brodatych, ciemnoskórych elfów tańczyło kankana, zobaczył jeszcze, jak Ginny przeżegnała się lewą ręką, gdy oskarżycielski palec wskazał na niego.
- Możesz mi wytłumaczyć, co to, na gacie Merlina, ma znaczyć? - spytała, najwyraźniej przekonana, że to on zaprosił owych dziwacznych "tancerzy".
Harry natomiast miał innego winnego, więc krzyknął "Jim!!!", zanim zdał sobie sprawę z tego, w jak głupiej sytuacji się znaleźli. Kiedy ów chłopiec przybiegł do ojca, ten nachylił się nad nim i wyszeptał:
- Miałeś z tym poczekać do naszej rocznicy! - i pociągnął go za ucho.
- Tato, ale o co chodzi? - zapytał go najstarszy syn, który nie widział dziwnych stworzeń.
Obrazek

Podążaj za białym królikiem.
Modzi widzą przez peleryny niewidki.


Pusia lubiła swój zielony balonik...!
Avatar użytkownika
Puchacz
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 861
Dołączył(a): 11 kwi 2009, 23:05

Re: II Stonoga! (1)

Postprzez Wiedźma » 29 sie 2010, 22:04

Harry Potter był czułym mężem i odpowiedzialnym ojcem, cóż jednak mógł zrobić w obliczu takiego wydarzenia. Wobec niego czuł się totalnie bezradny i jak on będzie potem mógł spojrzeć innym w oczy?! - takie oto myśli chodziły po głowie starszego Pottera. Sprawę pogarszał fakt, ze jego żona wykazywała się totalnym niezrozumieniem, krzątała się właśnie jak zwykle po kuchni, podśpiewując pod nosem. Nawet ich kot łasił się jakby nigdy nic. Miauczał, mruczał, a Harry czuł jak popada w coraz większe zażenowanie.
- Ginny, no proszę cię - powiedział, wycierając spocone dłonie o spodnie.
- Przecież wiesz, że nie mogę! - odparła z uśmiechem.
Potter właśnie miał błagać żonę, aby wpłynęła na Molly, gdy do pokoju wpadł James i wskoczył w ramiona ojca.
- Tata, tato, ja chcę polatać i pójść na lody, odwiedzić babcię, zo... - krzyczał radośnie chłopiec, ale w połowie wyliczanki przerwała mu matka.
- Jim, powiedziałam ci, że jeśli nie przeprosić sąsiadki za ostatni psikus, to nigdzie nie wyjdziesz - rzekła, wymachując chochlą.
- Ale mamo... - Chłopczyk popatrzył na nią błagalnie, jednak matka jak zwykle była niewzruszona.
- Tato... - James postanowił zmienić front - powiedz, że to nie była moja wina, fajerwerki od wujka same poleciały w stronę jej okien, ja nie miałem na nie wpływu, prawda, tatusiu?
Ginny posłała mężowi spojrzenie, które bardzo wyraźnie mówiło: "Nie podważaj mojego autorytetu!"
- Mama ma rację, zabierz kota i idź go pomęczyć... znaczy, pobawić się z nim w ogrodzie, teraz! - ostatnie słowo wypowiedział w bardzo ojcowskim tonie.
Cóż więc mógł począć młody, kiedy ojciec zaproponował mu tak bajeczny pomysł? Zmarszczył brwi, wziął kota na ręce (po kuchni rozniosło się głośne, przerażone "miau!") i wymaszerował z pomieszczenia. Ginny tylko przerażona spojrzała na męża, lecz nic nie powiedziała.

***

- Koci-koci łapki... - podśpiewywał chłopiec, nie zwracając uwagi na piski i syki ciągniętego za łapy i ogon kota; nucenie było przykrywką, żeby nikt nie wpadł na to, że on obmyśla PLAN. I miał nadzieję, że uda mu się ukryć go przed rodzicami, przynajmniej do czasu, aż będzie gotowy do wprowadzenia go w życie. Wiedział, że do realizacji tego planu potrzebny jest mu Al albo Lily, w każdym razie ktoś, kto się rozryczy, gdy on będzie wprowadzał w życie etap pierwszy. W końcu ktoś musiał zając czymś rodziców, prawda? Wziął małą, żółtą żabkę w dłoń (kot natychmiast uciekł) i niezauważony wszedł do pokoju siostrzyczki. Wyciągnął z kieszeni pudełko z proszkiem wywołującym świąd, który dostał od wujka, posypał nim żabę i schował ją pod kołderkę siostrzyczki (dziewczynka bardzo lubiła urządzać sobie drzemki). Następnie udał się do pokoju Albusa, skąd zabrał jego ulubioną książkę o eliksirach. Ledwo wrócił do ogrodu, gdy jego rodzeństwo zaczęło równocześnie krzyczeć i płakać. Na ustach najbardziej psotnego z latorośli Potterów wykwitł zadowolony uśmieszek. Pobiegł do składzika na miotły, gdzie znajdowały się najciekawsze (czyli, naturalnie, zabronione przez rodziców) przedmioty. Jego uwagę zwrócił jaskrawo świecący napis umieszczony na kartonowym pudelku: "Nie otwierać". Wypowiedział cicho te słowa - brzmiały jak zaproszenie. A jak wiadomo, zakazany owoc smakuje najlepiej i James Potter nie był pod tym względem wyjątkiem. Już otworzył drzwi, już zobaczył miotłę ojca i tajemniczy błysk... gdy poczuł ciężką dłoń na swoim ramieniu, wiedział, że wpadł w jeszcze większe kłopoty.
- Jamesie Potterze - usłyszał za sobą głos przypominający warknięcie, - dlaczego nie zabezpieczyłeś miejsca zbrodni, jak cię uczyłem?!
- Bo jeszcze nie popełniłem zbrodni... - oburzył się chłopiec i oparł o ścianę, gdy zrozumiał: - och, Al! - nawet nie wiesz, jak mnie przestraszyłeś - nabrał powietrza i wypuścił je z głośnym świstem.
- Co kombinujesz, że aż tak cię "przestraszyłem"? - Brat uśmiechnął się, jakby się domyślał. James popatrzył na niego z lekkim wahaniem.
- Ale nie powiesz rodzicom, prawda? - Zrobił wielkie, kocie, błagalne oczy.
- Jeśli przyrzekniesz pod karą próbowania moich eliksirów, mogę postarać się nie wygadać - odpowiedział brat.
- Cóż, gorszy od wujka Neville'a w robieniu ich to ty chyba nie jesteś? - westchnął cierpiętniczo.
- Nie martw się, od niego nikt nie może być gorszy - zaśmiał się Al.
Jamie spojrzał na niego powątpiewająco i chciał przemilczeć nasuwającą się odpowiedź, ale w końcu dodał:
- Chyba, że ty albo tata.
- No! - zgrzytnął zębami - lepiej uważaj na słowa, bo zaraz odczujesz MOJE zdolności w eliksirach na własnej skórze...
- Okej, okej - burknął, a potem się roześmiał: - Skoro tak bardzo prosisz swojego braciszka, to ci pokażę coś, co znalazłem! Tak właściwie najpierw chciałem tylko "pożyczyć" miotłę taty, ale tutaj z pewnością jest coś znacznie ciekawszego! - wskazał na tajemnicze pudełko i po błysku w oczach Albusa rozpoznał, że napis "Nie otwierać" podziałał także na jego wyobraźnię. Ostrożnie uchylili wieczko, i ich oczy rozszerzyły się ze zdumienia - takiego widoku nie spodziewał się żaden z nich.
- Noż ja pie... - zaczął młodszy brat, na co starszy odpowiedział:
- Język, hamuj się!
- Tylko sprawdzałem twój stopień deprawacji - odciął się z wrednym uśmieszkiem Al.
Po tych słowach zamilkli, wpatrując się w dość długi przedmiot o obłych kształtach.
- Wszystko pięknie i zgrabnie, ale... James, co zamierzasz z tym zrobić? - Zmartwił się Al.

***
Tymczasem Harry ratował córkę i zamartwiał się swoim problemem. Żeby chociaż jeszcze Ginny potrafiła go zrozumieć, ale nie, jego ukochaną żonę nie obchodziło nic, poza ciastem i dziećmi. I czwartkowym seksem o czwartej nad ranem... Czasami tak bardzo przypominała własną matkę, że mężczyzna był tym przerażony. Wolał nie myśleć o Molly przywiązanej do łóżka i... (stop!) przecież to ta kobieta była jego problemem! Zamknął oczy, myślami powracając do rozmowy sprzed dwóch tygodni.

- I zrobiłam projekt mundurów dla twoich pracowników - powiedziała Molly, pokazując mu różowy, moherowy sweter z niebieskim, połyskującym napisem "Auror". Harry, spoglądając to na wdzianko, to na szczerą, uśmiechniętą twarz kobiety, gorączkowo zastanawiał się, jak jej powiedzieć że wolałby...nieco inny wzór.
- Tak, mamo, jest wspaniały! - przytaknęła Ginny, ściskając mocno starszą kobietę.
Harry nagle poczuł, że zaczyna boleć go głowa. Złapał się za skroń, kiedy nagle usłyszał donośny huk dobiegający z ogrodu.
- Gnomy, gnomy atakują! - dobiegł ich krzyk bliźniaków, biegnących w stronę domu: - GNOMY! RATUJ SIĘ, KTO MOŻE! Do środka wbiegł zdyszany George, jego wzrok padł na różowy strój, a usta wykrzywił złośliwy uśmiech.
- Jaki piękny sweter! Cudo normalnie. Jestem pewien, Harry, że twoi współpracownicy z ministerstwa będą nim zachwyceni - powiedział, ignorując wściekłe spojrzenie szwagra.
O ile wcześniej Molly promieniała szczęściem, słysząc słowa synów, tak pełne szczerego, zdawałoby się, zachwytu wydała z siebie entuzjastyczny pisk.
Chwilę później do pomieszczania wpadł syn Georga i dobrze rozszyfrowując minę ojca powiedział:
- Babciu, ja też chcę taki fajowski sweter!
Harry dyskretnie rozejrzał się za czymś ciężkim, czymś, co mogłoby narobić dużo hałasu. Albo za czymś, czym mógłby kogoś walnąć.
- Właściwie to myślałem o czymś mniej - "paskudnym" powiedział w myślach, a na głos dodał: - rzucającym się w oczy.
- Oczywiście, przy tajnych akcjach musicie zapewne ubierać się bardziej dyskretnie, ale na co dzień stróże prawa powinni być widoczni, nie sądzisz, mój drogi? Widzę, że się ze mną zgadzasz - zakończyła rozmowę. Gryfon tylko ciężko westchnął, stwierdzając, że jakikolwiek sprzeciw tylko pogorszy sprawę.

Harry pocałował w główkę Lily, która przestała płakać i udał się z nią do kuchni, głaszcząc jej rude loczki.
- Tatusiu - mała siąknęła nosem - a pójdziemy do cioci Hermiony i wujka Rona?
- Możesz mi wierzyć, moja kochana, że wujek z ciocią są bardzo zajęci... - Spojrzał małej w oczka, śmiejąc się i gilgocząc lekko, a potem dodał: - W tej chwili prawdopodobnie szukają Ciasteczkowego Potwora, który zjadł wszystkie słodycze ze słoika.
W ten oto sprytny sposób odwrócił uwagę dziewczynki od wizyty u ludzi, których raczej nie miał ochoty teraz oglądać. Ostatnio nie dogadywał się najlepiej ze swoimi starymi przyjaciółmi i choć go to bolało, postanowił ograniczyć kontakty z nimi do niezbędnego minimum. Nie chciał na razie zastanawiać się nad powodem nagłego oziębienia ich relacji - na chwile obecną liczyła się tylko Lily i nakarmienie jej słodyczami. Jego mała córeczka nie chciała być jednak głaskana, nie chciała siedzieć grzecznie na sofie (mimo że słodycze przyjęła z radością), w jej uroczych oczach kryły się wesołe iskierki, więc Harry zaczął się bać. Dumbledore patrzył na niego w ten sam sposób, gdy szykował jakąś paskudną "niespodziankę"...
Potter zastanawiał się, czy zawsze musi walczyć - najpierw Voldemort, a później Molly w roli projektantki mody, nieczuła na jego cierpienie Ginny i nawet niewinna, mała Lily, gdy ciszę przerwał krzyk jego żony.
- Harry!!! Chodź tu, szybkooooo!!! - wrzask przybierał na sile.
Potter wbiegł do kuchni, w której dziesięciu małych, brodatych, ciemnoskórych elfów tańczyło kankana, zobaczył jeszcze, jak Ginny przeżegnała się lewą ręką, gdy oskarżycielski palec wskazał na niego.
- Możesz mi wytłumaczyć, co to, na gacie Merlina, ma znaczyć? - spytała, najwyraźniej przekonana, że to on zaprosił owych dziwacznych "tancerzy".
Harry natomiast miał innego winnego, więc krzyknął "Jim!!!", zanim zdał sobie sprawę z tego, w jak głupiej sytuacji się znaleźli. Kiedy ów chłopiec przybiegł do ojca, ten nachylił się nad nim i wyszeptał:
- Miałeś z tym poczekać do naszej rocznicy! - i pociągnął go za ucho.
- Tato, ale o co chodzi? - zapytał go najstarszy syn, który nie widział dziwnych stworzeń.
Harry zamrugał niepewnie, mając nadzieję, że Jimmy tylko udaje.
Jeśli ma się przyjaciół, a mimo to wszystko się traci, jest oczywiste, że przyjaciele ponoszą winę. Za to, co uczynili, względnie za to, czego nie uczynili. Za to, że nie wiedzieli, co należy uczynić.
A. Sapkowski, "Czas Pogardy"
Avatar użytkownika
Wiedźma
Przejściowy Pokój
Przejściowy Pokój
 
Posty: 29
Dołączył(a): 16 sie 2009, 20:15
Lokalizacja: Cmentarz

Re: II Stonoga! (1)

Postprzez Draconia Maleficia » 01 wrz 2010, 05:54

Harry Potter był czułym mężem i odpowiedzialnym ojcem, cóż jednak mógł zrobić w obliczu takiego wydarzenia. Wobec niego czuł się totalnie bezradny i jak on będzie potem mógł spojrzeć innym w oczy?! - takie oto myśli chodziły po głowie starszego Pottera. Sprawę pogarszał fakt, ze jego żona wykazywała się totalnym niezrozumieniem, krzątała się właśnie jak zwykle po kuchni, podśpiewując pod nosem. Nawet ich kot łasił się jakby nigdy nic. Miauczał, mruczał, a Harry czuł jak popada w coraz większe zażenowanie.
- Ginny, no proszę cię - powiedział, wycierając spocone dłonie o spodnie.
- Przecież wiesz, że nie mogę! - odparła z uśmiechem.
Potter właśnie miał błagać żonę, aby wpłynęła na Molly, gdy do pokoju wpadł James i wskoczył w ramiona ojca.
- Tata, tato, ja chcę polatać i pójść na lody, odwiedzić babcię, zo... - krzyczał radośnie chłopiec, ale w połowie wyliczanki przerwała mu matka.
- Jim, powiedziałam ci, że jeśli nie przeprosić sąsiadki za ostatni psikus, to nigdzie nie wyjdziesz - rzekła, wymachując chochlą.
- Ale mamo... - Chłopczyk popatrzył na nią błagalnie, jednak matka jak zwykle była niewzruszona.
- Tato... - James postanowił zmienić front - powiedz, że to nie była moja wina, fajerwerki od wujka same poleciały w stronę jej okien, ja nie miałem na nie wpływu, prawda, tatusiu?
Ginny posłała mężowi spojrzenie, które bardzo wyraźnie mówiło: "Nie podważaj mojego autorytetu!"
- Mama ma rację, zabierz kota i idź go pomęczyć... znaczy, pobawić się z nim w ogrodzie, teraz! - ostatnie słowo wypowiedział w bardzo ojcowskim tonie.
Cóż więc mógł począć młody, kiedy ojciec zaproponował mu tak bajeczny pomysł? Zmarszczył brwi, wziął kota na ręce (po kuchni rozniosło się głośne, przerażone "miau!") i wymaszerował z pomieszczenia. Ginny tylko przerażona spojrzała na męża, lecz nic nie powiedziała.

***

- Koci-koci łapki... - podśpiewywał chłopiec, nie zwracając uwagi na piski i syki ciągniętego za łapy i ogon kota; nucenie było przykrywką, żeby nikt nie wpadł na to, że on obmyśla PLAN. I miał nadzieję, że uda mu się ukryć go przed rodzicami, przynajmniej do czasu, aż będzie gotowy do wprowadzenia go w życie. Wiedział, że do realizacji tego planu potrzebny jest mu Al albo Lily, w każdym razie ktoś, kto się rozryczy, gdy on będzie wprowadzał w życie etap pierwszy. W końcu ktoś musiał zając czymś rodziców, prawda? Wziął małą, żółtą żabkę w dłoń (kot natychmiast uciekł) i niezauważony wszedł do pokoju siostrzyczki. Wyciągnął z kieszeni pudełko z proszkiem wywołującym świąd, który dostał od wujka, posypał nim żabę i schował ją pod kołderkę siostrzyczki (dziewczynka bardzo lubiła urządzać sobie drzemki). Następnie udał się do pokoju Albusa, skąd zabrał jego ulubioną książkę o eliksirach. Ledwo wrócił do ogrodu, gdy jego rodzeństwo zaczęło równocześnie krzyczeć i płakać. Na ustach najbardziej psotnego z latorośli Potterów wykwitł zadowolony uśmieszek. Pobiegł do składzika na miotły, gdzie znajdowały się najciekawsze (czyli, naturalnie, zabronione przez rodziców) przedmioty. Jego uwagę zwrócił jaskrawo świecący napis umieszczony na kartonowym pudelku: "Nie otwierać". Wypowiedział cicho te słowa - brzmiały jak zaproszenie. A jak wiadomo, zakazany owoc smakuje najlepiej i James Potter nie był pod tym względem wyjątkiem. Już otworzył drzwi, już zobaczył miotłę ojca i tajemniczy błysk... gdy poczuł ciężką dłoń na swoim ramieniu, wiedział, że wpadł w jeszcze większe kłopoty.
- Jamesie Potterze - usłyszał za sobą głos przypominający warknięcie, - dlaczego nie zabezpieczyłeś miejsca zbrodni, jak cię uczyłem?!
- Bo jeszcze nie popełniłem zbrodni... - oburzył się chłopiec i oparł o ścianę, gdy zrozumiał: - och, Al! - nawet nie wiesz, jak mnie przestraszyłeś - nabrał powietrza i wypuścił je z głośnym świstem.
- Co kombinujesz, że aż tak cię "przestraszyłem"? - Brat uśmiechnął się, jakby się domyślał. James popatrzył na niego z lekkim wahaniem.
- Ale nie powiesz rodzicom, prawda? - Zrobił wielkie, kocie, błagalne oczy.
- Jeśli przyrzekniesz pod karą próbowania moich eliksirów, mogę postarać się nie wygadać - odpowiedział brat.
- Cóż, gorszy od wujka Neville'a w robieniu ich to ty chyba nie jesteś? - westchnął cierpiętniczo.
- Nie martw się, od niego nikt nie może być gorszy - zaśmiał się Al.
Jamie spojrzał na niego powątpiewająco i chciał przemilczeć nasuwającą się odpowiedź, ale w końcu dodał:
- Chyba, że ty albo tata.
- No! - zgrzytnął zębami - lepiej uważaj na słowa, bo zaraz odczujesz MOJE zdolności w eliksirach na własnej skórze...
- Okej, okej - burknął, a potem się roześmiał: - Skoro tak bardzo prosisz swojego braciszka, to ci pokażę coś, co znalazłem! Tak właściwie najpierw chciałem tylko "pożyczyć" miotłę taty, ale tutaj z pewnością jest coś znacznie ciekawszego! - wskazał na tajemnicze pudełko i po błysku w oczach Albusa rozpoznał, że napis "Nie otwierać" podziałał także na jego wyobraźnię. Ostrożnie uchylili wieczko, i ich oczy rozszerzyły się ze zdumienia - takiego widoku nie spodziewał się żaden z nich.
- Noż ja pie... - zaczął młodszy brat, na co starszy odpowiedział:
- Język, hamuj się!
- Tylko sprawdzałem twój stopień deprawacji - odciął się z wrednym uśmieszkiem Al.
Po tych słowach zamilkli, wpatrując się w dość długi przedmiot o obłych kształtach.
- Wszystko pięknie i zgrabnie, ale... James, co zamierzasz z tym zrobić? - Zmartwił się Al.

***
Tymczasem Harry ratował córkę i zamartwiał się swoim problemem. Żeby chociaż jeszcze Ginny potrafiła go zrozumieć, ale nie, jego ukochaną żonę nie obchodziło nic, poza ciastem i dziećmi. I czwartkowym seksem o czwartej nad ranem... Czasami tak bardzo przypominała własną matkę, że mężczyzna był tym przerażony. Wolał nie myśleć o Molly przywiązanej do łóżka i... (stop!) przecież to ta kobieta była jego problemem! Zamknął oczy, myślami powracając do rozmowy sprzed dwóch tygodni.

- I zrobiłam projekt mundurów dla twoich pracowników - powiedziała Molly, pokazując mu różowy, moherowy sweter z niebieskim, połyskującym napisem "Auror". Harry, spoglądając to na wdzianko, to na szczerą, uśmiechniętą twarz kobiety, gorączkowo zastanawiał się, jak jej powiedzieć że wolałby...nieco inny wzór.
- Tak, mamo, jest wspaniały! - przytaknęła Ginny, ściskając mocno starszą kobietę.
Harry nagle poczuł, że zaczyna boleć go głowa. Złapał się za skroń, kiedy nagle usłyszał donośny huk dobiegający z ogrodu.
- Gnomy, gnomy atakują! - dobiegł ich krzyk bliźniaków, biegnących w stronę domu: - GNOMY! RATUJ SIĘ, KTO MOŻE! Do środka wbiegł zdyszany George, jego wzrok padł na różowy strój, a usta wykrzywił złośliwy uśmiech.
- Jaki piękny sweter! Cudo normalnie. Jestem pewien, Harry, że twoi współpracownicy z ministerstwa będą nim zachwyceni - powiedział, ignorując wściekłe spojrzenie szwagra.
O ile wcześniej Molly promieniała szczęściem, słysząc słowa synów, tak pełne szczerego, zdawałoby się, zachwytu wydała z siebie entuzjastyczny pisk.
Chwilę później do pomieszczania wpadł syn Georga i dobrze rozszyfrowując minę ojca powiedział:
- Babciu, ja też chcę taki fajowski sweter!
Harry dyskretnie rozejrzał się za czymś ciężkim, czymś, co mogłoby narobić dużo hałasu. Albo za czymś, czym mógłby kogoś walnąć.
- Właściwie to myślałem o czymś mniej - "paskudnym" powiedział w myślach, a na głos dodał: - rzucającym się w oczy.
- Oczywiście, przy tajnych akcjach musicie zapewne ubierać się bardziej dyskretnie, ale na co dzień stróże prawa powinni być widoczni, nie sądzisz, mój drogi? Widzę, że się ze mną zgadzasz - zakończyła rozmowę. Gryfon tylko ciężko westchnął, stwierdzając, że jakikolwiek sprzeciw tylko pogorszy sprawę.

Harry pocałował w główkę Lily, która przestała płakać i udał się z nią do kuchni, głaszcząc jej rude loczki.
- Tatusiu - mała siąknęła nosem - a pójdziemy do cioci Hermiony i wujka Rona?
- Możesz mi wierzyć, moja kochana, że wujek z ciocią są bardzo zajęci... - Spojrzał małej w oczka, śmiejąc się i gilgocząc lekko, a potem dodał: - W tej chwili prawdopodobnie szukają Ciasteczkowego Potwora, który zjadł wszystkie słodycze ze słoika.
W ten oto sprytny sposób odwrócił uwagę dziewczynki od wizyty u ludzi, których raczej nie miał ochoty teraz oglądać. Ostatnio nie dogadywał się najlepiej ze swoimi starymi przyjaciółmi i choć go to bolało, postanowił ograniczyć kontakty z nimi do niezbędnego minimum. Nie chciał na razie zastanawiać się nad powodem nagłego oziębienia ich relacji - na chwile obecną liczyła się tylko Lily i nakarmienie jej słodyczami. Jego mała córeczka nie chciała być jednak głaskana, nie chciała siedzieć grzecznie na sofie (mimo że słodycze przyjęła z radością), w jej uroczych oczach kryły się wesołe iskierki, więc Harry zaczął się bać. Dumbledore patrzył na niego w ten sam sposób, gdy szykował jakąś paskudną "niespodziankę"...
Potter zastanawiał się, czy zawsze musi walczyć - najpierw Voldemort, a później Molly w roli projektantki mody, nieczuła na jego cierpienie Ginny i nawet niewinna, mała Lily, gdy ciszę przerwał krzyk jego żony.
- Harry!!! Chodź tu, szybkooooo!!! - wrzask przybierał na sile.
Potter wbiegł do kuchni, w której dziesięciu małych, brodatych, ciemnoskórych elfów tańczyło kankana, zobaczył jeszcze, jak Ginny przeżegnała się lewą ręką, gdy oskarżycielski palec wskazał na niego.
- Możesz mi wytłumaczyć, co to, na gacie Merlina, ma znaczyć? - spytała, najwyraźniej przekonana, że to on zaprosił owych dziwacznych "tancerzy".
Harry natomiast miał innego winnego, więc krzyknął "Jim!!!", zanim zdał sobie sprawę z tego, w jak głupiej sytuacji się znaleźli. Kiedy ów chłopiec przybiegł do ojca, ten nachylił się nad nim i wyszeptał:
- Miałeś z tym poczekać do naszej rocznicy! - i pociągnął go za ucho.
- Tato, ale o co chodzi? - zapytał go najstarszy syn, który nie widział dziwnych stworzeń.
Harry zamrugał niepewnie, mając nadzieję, że Jimmy tylko udaje.
- No jak to... Przecież to twoja sprawka... - wydusił z trudem.
Draconia Maleficia
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 386
Dołączył(a): 08 mar 2010, 00:59
Lokalizacja: Józefów

Re: II Stonoga! (1)

Postprzez Puchacz » 01 wrz 2010, 15:34

Harry Potter był czułym mężem i odpowiedzialnym ojcem, cóż jednak mógł zrobić w obliczu takiego wydarzenia. Wobec niego czuł się totalnie bezradny i jak on będzie potem mógł spojrzeć innym w oczy?! - takie oto myśli chodziły po głowie starszego Pottera. Sprawę pogarszał fakt, ze jego żona wykazywała się totalnym niezrozumieniem, krzątała się właśnie jak zwykle po kuchni, podśpiewując pod nosem. Nawet ich kot łasił się jakby nigdy nic. Miauczał, mruczał, a Harry czuł jak popada w coraz większe zażenowanie.
- Ginny, no proszę cię - powiedział, wycierając spocone dłonie o spodnie.
- Przecież wiesz, że nie mogę! - odparła z uśmiechem.
Potter właśnie miał błagać żonę, aby wpłynęła na Molly, gdy do pokoju wpadł James i wskoczył w ramiona ojca.
- Tata, tato, ja chcę polatać i pójść na lody, odwiedzić babcię, zo... - krzyczał radośnie chłopiec, ale w połowie wyliczanki przerwała mu matka.
- Jim, powiedziałam ci, że jeśli nie przeprosić sąsiadki za ostatni psikus, to nigdzie nie wyjdziesz - rzekła, wymachując chochlą.
- Ale mamo... - Chłopczyk popatrzył na nią błagalnie, jednak matka jak zwykle była niewzruszona.
- Tato... - James postanowił zmienić front - powiedz, że to nie była moja wina, fajerwerki od wujka same poleciały w stronę jej okien, ja nie miałem na nie wpływu, prawda, tatusiu?
Ginny posłała mężowi spojrzenie, które bardzo wyraźnie mówiło: "Nie podważaj mojego autorytetu!"
- Mama ma rację, zabierz kota i idź go pomęczyć... znaczy, pobawić się z nim w ogrodzie, teraz! - ostatnie słowo wypowiedział w bardzo ojcowskim tonie.
Cóż więc mógł począć młody, kiedy ojciec zaproponował mu tak bajeczny pomysł? Zmarszczył brwi, wziął kota na ręce (po kuchni rozniosło się głośne, przerażone "miau!") i wymaszerował z pomieszczenia. Ginny tylko przerażona spojrzała na męża, lecz nic nie powiedziała.

***

- Koci-koci łapki... - podśpiewywał chłopiec, nie zwracając uwagi na piski i syki ciągniętego za łapy i ogon kota; nucenie było przykrywką, żeby nikt nie wpadł na to, że on obmyśla PLAN. I miał nadzieję, że uda mu się ukryć go przed rodzicami, przynajmniej do czasu, aż będzie gotowy do wprowadzenia go w życie. Wiedział, że do realizacji tego planu potrzebny jest mu Al albo Lily, w każdym razie ktoś, kto się rozryczy, gdy on będzie wprowadzał w życie etap pierwszy. W końcu ktoś musiał zając czymś rodziców, prawda? Wziął małą, żółtą żabkę w dłoń (kot natychmiast uciekł) i niezauważony wszedł do pokoju siostrzyczki. Wyciągnął z kieszeni pudełko z proszkiem wywołującym świąd, który dostał od wujka, posypał nim żabę i schował ją pod kołderkę siostrzyczki (dziewczynka bardzo lubiła urządzać sobie drzemki). Następnie udał się do pokoju Albusa, skąd zabrał jego ulubioną książkę o eliksirach. Ledwo wrócił do ogrodu, gdy jego rodzeństwo zaczęło równocześnie krzyczeć i płakać. Na ustach najbardziej psotnego z latorośli Potterów wykwitł zadowolony uśmieszek. Pobiegł do składzika na miotły, gdzie znajdowały się najciekawsze (czyli, naturalnie, zabronione przez rodziców) przedmioty. Jego uwagę zwrócił jaskrawo świecący napis umieszczony na kartonowym pudelku: "Nie otwierać". Wypowiedział cicho te słowa - brzmiały jak zaproszenie. A jak wiadomo, zakazany owoc smakuje najlepiej i James Potter nie był pod tym względem wyjątkiem. Już otworzył drzwi, już zobaczył miotłę ojca i tajemniczy błysk... gdy poczuł ciężką dłoń na swoim ramieniu, wiedział, że wpadł w jeszcze większe kłopoty.
- Jamesie Potterze - usłyszał za sobą głos przypominający warknięcie, - dlaczego nie zabezpieczyłeś miejsca zbrodni, jak cię uczyłem?!
- Bo jeszcze nie popełniłem zbrodni... - oburzył się chłopiec i oparł o ścianę, gdy zrozumiał: - och, Al! - nawet nie wiesz, jak mnie przestraszyłeś - nabrał powietrza i wypuścił je z głośnym świstem.
- Co kombinujesz, że aż tak cię "przestraszyłem"? - Brat uśmiechnął się, jakby się domyślał. James popatrzył na niego z lekkim wahaniem.
- Ale nie powiesz rodzicom, prawda? - Zrobił wielkie, kocie, błagalne oczy.
- Jeśli przyrzekniesz pod karą próbowania moich eliksirów, mogę postarać się nie wygadać - odpowiedział brat.
- Cóż, gorszy od wujka Neville'a w robieniu ich to ty chyba nie jesteś? - westchnął cierpiętniczo.
- Nie martw się, od niego nikt nie może być gorszy - zaśmiał się Al.
Jamie spojrzał na niego powątpiewająco i chciał przemilczeć nasuwającą się odpowiedź, ale w końcu dodał:
- Chyba, że ty albo tata.
- No! - zgrzytnął zębami - lepiej uważaj na słowa, bo zaraz odczujesz MOJE zdolności w eliksirach na własnej skórze...
- Okej, okej - burknął, a potem się roześmiał: - Skoro tak bardzo prosisz swojego braciszka, to ci pokażę coś, co znalazłem! Tak właściwie najpierw chciałem tylko "pożyczyć" miotłę taty, ale tutaj z pewnością jest coś znacznie ciekawszego! - wskazał na tajemnicze pudełko i po błysku w oczach Albusa rozpoznał, że napis "Nie otwierać" podziałał także na jego wyobraźnię. Ostrożnie uchylili wieczko, i ich oczy rozszerzyły się ze zdumienia - takiego widoku nie spodziewał się żaden z nich.
- Noż ja pie... - zaczął młodszy brat, na co starszy odpowiedział:
- Język, hamuj się!
- Tylko sprawdzałem twój stopień deprawacji - odciął się z wrednym uśmieszkiem Al.
Po tych słowach zamilkli, wpatrując się w dość długi przedmiot o obłych kształtach.
- Wszystko pięknie i zgrabnie, ale... James, co zamierzasz z tym zrobić? - Zmartwił się Al.

***
Tymczasem Harry ratował córkę i zamartwiał się swoim problemem. Żeby chociaż jeszcze Ginny potrafiła go zrozumieć, ale nie, jego ukochaną żonę nie obchodziło nic, poza ciastem i dziećmi. I czwartkowym seksem o czwartej nad ranem... Czasami tak bardzo przypominała własną matkę, że mężczyzna był tym przerażony. Wolał nie myśleć o Molly przywiązanej do łóżka i... (stop!) przecież to ta kobieta była jego problemem! Zamknął oczy, myślami powracając do rozmowy sprzed dwóch tygodni.

- I zrobiłam projekt mundurów dla twoich pracowników - powiedziała Molly, pokazując mu różowy, moherowy sweter z niebieskim, połyskującym napisem "Auror". Harry, spoglądając to na wdzianko, to na szczerą, uśmiechniętą twarz kobiety, gorączkowo zastanawiał się, jak jej powiedzieć że wolałby...nieco inny wzór.
- Tak, mamo, jest wspaniały! - przytaknęła Ginny, ściskając mocno starszą kobietę.
Harry nagle poczuł, że zaczyna boleć go głowa. Złapał się za skroń, kiedy nagle usłyszał donośny huk dobiegający z ogrodu.
- Gnomy, gnomy atakują! - dobiegł ich krzyk bliźniaków, biegnących w stronę domu: - GNOMY! RATUJ SIĘ, KTO MOŻE! Do środka wbiegł zdyszany George, jego wzrok padł na różowy strój, a usta wykrzywił złośliwy uśmiech.
- Jaki piękny sweter! Cudo normalnie. Jestem pewien, Harry, że twoi współpracownicy z ministerstwa będą nim zachwyceni - powiedział, ignorując wściekłe spojrzenie szwagra.
O ile wcześniej Molly promieniała szczęściem, słysząc słowa synów, tak pełne szczerego, zdawałoby się, zachwytu wydała z siebie entuzjastyczny pisk.
Chwilę później do pomieszczania wpadł syn Georga i dobrze rozszyfrowując minę ojca powiedział:
- Babciu, ja też chcę taki fajowski sweter!
Harry dyskretnie rozejrzał się za czymś ciężkim, czymś, co mogłoby narobić dużo hałasu. Albo za czymś, czym mógłby kogoś walnąć.
- Właściwie to myślałem o czymś mniej - "paskudnym" powiedział w myślach, a na głos dodał: - rzucającym się w oczy.
- Oczywiście, przy tajnych akcjach musicie zapewne ubierać się bardziej dyskretnie, ale na co dzień stróże prawa powinni być widoczni, nie sądzisz, mój drogi? Widzę, że się ze mną zgadzasz - zakończyła rozmowę. Gryfon tylko ciężko westchnął, stwierdzając, że jakikolwiek sprzeciw tylko pogorszy sprawę.

Harry pocałował w główkę Lily, która przestała płakać i udał się z nią do kuchni, głaszcząc jej rude loczki.
- Tatusiu - mała siąknęła nosem - a pójdziemy do cioci Hermiony i wujka Rona?
- Możesz mi wierzyć, moja kochana, że wujek z ciocią są bardzo zajęci... - Spojrzał małej w oczka, śmiejąc się i gilgocząc lekko, a potem dodał: - W tej chwili prawdopodobnie szukają Ciasteczkowego Potwora, który zjadł wszystkie słodycze ze słoika.
W ten oto sprytny sposób odwrócił uwagę dziewczynki od wizyty u ludzi, których raczej nie miał ochoty teraz oglądać. Ostatnio nie dogadywał się najlepiej ze swoimi starymi przyjaciółmi i choć go to bolało, postanowił ograniczyć kontakty z nimi do niezbędnego minimum. Nie chciał na razie zastanawiać się nad powodem nagłego oziębienia ich relacji - na chwile obecną liczyła się tylko Lily i nakarmienie jej słodyczami. Jego mała córeczka nie chciała być jednak głaskana, nie chciała siedzieć grzecznie na sofie (mimo że słodycze przyjęła z radością), w jej uroczych oczach kryły się wesołe iskierki, więc Harry zaczął się bać. Dumbledore patrzył na niego w ten sam sposób, gdy szykował jakąś paskudną "niespodziankę"...
Potter zastanawiał się, czy zawsze musi walczyć - najpierw Voldemort, a później Molly w roli projektantki mody, nieczuła na jego cierpienie Ginny i nawet niewinna, mała Lily, gdy ciszę przerwał krzyk jego żony.
- Harry!!! Chodź tu, szybkooooo!!! - wrzask przybierał na sile.
Potter wbiegł do kuchni, w której dziesięciu małych, brodatych, ciemnoskórych elfów tańczyło kankana, zobaczył jeszcze, jak Ginny przeżegnała się lewą ręką, gdy oskarżycielski palec wskazał na niego.
- Możesz mi wytłumaczyć, co to, na gacie Merlina, ma znaczyć? - spytała, najwyraźniej przekonana, że to on zaprosił owych dziwacznych "tancerzy".
Harry natomiast miał innego winnego, więc krzyknął "Jim!!!", zanim zdał sobie sprawę z tego, w jak głupiej sytuacji się znaleźli. Kiedy ów chłopiec przybiegł do ojca, ten nachylił się nad nim i wyszeptał:
- Miałeś z tym poczekać do naszej rocznicy! - i pociągnął go za ucho.
- Tato, ale o co chodzi? - zapytał go najstarszy syn, który nie widział dziwnych stworzeń.
Harry zamrugał niepewnie, mając nadzieję, że Jimmy tylko udaje.
- No jak to... Przecież to twoja sprawka... - wydusił z trudem.
- Jeszcze nic nie zrobiłem - oburzył się James - hej, nie kłamię!
Obrazek

Podążaj za białym królikiem.
Modzi widzą przez peleryny niewidki.


Pusia lubiła swój zielony balonik...!
Avatar użytkownika
Puchacz
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 861
Dołączył(a): 11 kwi 2009, 23:05

Re: II Stonoga! (1)

Postprzez Draconia Maleficia » 01 wrz 2010, 17:38

Harry Potter był czułym mężem i odpowiedzialnym ojcem, cóż jednak mógł zrobić w obliczu takiego wydarzenia. Wobec niego czuł się totalnie bezradny i jak on będzie potem mógł spojrzeć innym w oczy?! - takie oto myśli chodziły po głowie starszego Pottera. Sprawę pogarszał fakt, ze jego żona wykazywała się totalnym niezrozumieniem, krzątała się właśnie jak zwykle po kuchni, podśpiewując pod nosem. Nawet ich kot łasił się jakby nigdy nic. Miauczał, mruczał, a Harry czuł jak popada w coraz większe zażenowanie.
- Ginny, no proszę cię - powiedział, wycierając spocone dłonie o spodnie.
- Przecież wiesz, że nie mogę! - odparła z uśmiechem.
Potter właśnie miał błagać żonę, aby wpłynęła na Molly, gdy do pokoju wpadł James i wskoczył w ramiona ojca.
- Tata, tato, ja chcę polatać i pójść na lody, odwiedzić babcię, zo... - krzyczał radośnie chłopiec, ale w połowie wyliczanki przerwała mu matka.
- Jim, powiedziałam ci, że jeśli nie przeprosić sąsiadki za ostatni psikus, to nigdzie nie wyjdziesz - rzekła, wymachując chochlą.
- Ale mamo... - Chłopczyk popatrzył na nią błagalnie, jednak matka jak zwykle była niewzruszona.
- Tato... - James postanowił zmienić front - powiedz, że to nie była moja wina, fajerwerki od wujka same poleciały w stronę jej okien, ja nie miałem na nie wpływu, prawda, tatusiu?
Ginny posłała mężowi spojrzenie, które bardzo wyraźnie mówiło: "Nie podważaj mojego autorytetu!"
- Mama ma rację, zabierz kota i idź go pomęczyć... znaczy, pobawić się z nim w ogrodzie, teraz! - ostatnie słowo wypowiedział w bardzo ojcowskim tonie.
Cóż więc mógł począć młody, kiedy ojciec zaproponował mu tak bajeczny pomysł? Zmarszczył brwi, wziął kota na ręce (po kuchni rozniosło się głośne, przerażone "miau!") i wymaszerował z pomieszczenia. Ginny tylko przerażona spojrzała na męża, lecz nic nie powiedziała.

***

- Koci-koci łapki... - podśpiewywał chłopiec, nie zwracając uwagi na piski i syki ciągniętego za łapy i ogon kota; nucenie było przykrywką, żeby nikt nie wpadł na to, że on obmyśla PLAN. I miał nadzieję, że uda mu się ukryć go przed rodzicami, przynajmniej do czasu, aż będzie gotowy do wprowadzenia go w życie. Wiedział, że do realizacji tego planu potrzebny jest mu Al albo Lily, w każdym razie ktoś, kto się rozryczy, gdy on będzie wprowadzał w życie etap pierwszy. W końcu ktoś musiał zając czymś rodziców, prawda? Wziął małą, żółtą żabkę w dłoń (kot natychmiast uciekł) i niezauważony wszedł do pokoju siostrzyczki. Wyciągnął z kieszeni pudełko z proszkiem wywołującym świąd, który dostał od wujka, posypał nim żabę i schował ją pod kołderkę siostrzyczki (dziewczynka bardzo lubiła urządzać sobie drzemki). Następnie udał się do pokoju Albusa, skąd zabrał jego ulubioną książkę o eliksirach. Ledwo wrócił do ogrodu, gdy jego rodzeństwo zaczęło równocześnie krzyczeć i płakać. Na ustach najbardziej psotnego z latorośli Potterów wykwitł zadowolony uśmieszek. Pobiegł do składzika na miotły, gdzie znajdowały się najciekawsze (czyli, naturalnie, zabronione przez rodziców) przedmioty. Jego uwagę zwrócił jaskrawo świecący napis umieszczony na kartonowym pudelku: "Nie otwierać". Wypowiedział cicho te słowa - brzmiały jak zaproszenie. A jak wiadomo, zakazany owoc smakuje najlepiej i James Potter nie był pod tym względem wyjątkiem. Już otworzył drzwi, już zobaczył miotłę ojca i tajemniczy błysk... gdy poczuł ciężką dłoń na swoim ramieniu, wiedział, że wpadł w jeszcze większe kłopoty.
- Jamesie Potterze - usłyszał za sobą głos przypominający warknięcie, - dlaczego nie zabezpieczyłeś miejsca zbrodni, jak cię uczyłem?!
- Bo jeszcze nie popełniłem zbrodni... - oburzył się chłopiec i oparł o ścianę, gdy zrozumiał: - och, Al! - nawet nie wiesz, jak mnie przestraszyłeś - nabrał powietrza i wypuścił je z głośnym świstem.
- Co kombinujesz, że aż tak cię "przestraszyłem"? - Brat uśmiechnął się, jakby się domyślał. James popatrzył na niego z lekkim wahaniem.
- Ale nie powiesz rodzicom, prawda? - Zrobił wielkie, kocie, błagalne oczy.
- Jeśli przyrzekniesz pod karą próbowania moich eliksirów, mogę postarać się nie wygadać - odpowiedział brat.
- Cóż, gorszy od wujka Neville'a w robieniu ich to ty chyba nie jesteś? - westchnął cierpiętniczo.
- Nie martw się, od niego nikt nie może być gorszy - zaśmiał się Al.
Jamie spojrzał na niego powątpiewająco i chciał przemilczeć nasuwającą się odpowiedź, ale w końcu dodał:
- Chyba, że ty albo tata.
- No! - zgrzytnął zębami - lepiej uważaj na słowa, bo zaraz odczujesz MOJE zdolności w eliksirach na własnej skórze...
- Okej, okej - burknął, a potem się roześmiał: - Skoro tak bardzo prosisz swojego braciszka, to ci pokażę coś, co znalazłem! Tak właściwie najpierw chciałem tylko "pożyczyć" miotłę taty, ale tutaj z pewnością jest coś znacznie ciekawszego! - wskazał na tajemnicze pudełko i po błysku w oczach Albusa rozpoznał, że napis "Nie otwierać" podziałał także na jego wyobraźnię. Ostrożnie uchylili wieczko, i ich oczy rozszerzyły się ze zdumienia - takiego widoku nie spodziewał się żaden z nich.
- Noż ja pie... - zaczął młodszy brat, na co starszy odpowiedział:
- Język, hamuj się!
- Tylko sprawdzałem twój stopień deprawacji - odciął się z wrednym uśmieszkiem Al.
Po tych słowach zamilkli, wpatrując się w dość długi przedmiot o obłych kształtach.
- Wszystko pięknie i zgrabnie, ale... James, co zamierzasz z tym zrobić? - Zmartwił się Al.

***
Tymczasem Harry ratował córkę i zamartwiał się swoim problemem. Żeby chociaż jeszcze Ginny potrafiła go zrozumieć, ale nie, jego ukochaną żonę nie obchodziło nic, poza ciastem i dziećmi. I czwartkowym seksem o czwartej nad ranem... Czasami tak bardzo przypominała własną matkę, że mężczyzna był tym przerażony. Wolał nie myśleć o Molly przywiązanej do łóżka i... (stop!) przecież to ta kobieta była jego problemem! Zamknął oczy, myślami powracając do rozmowy sprzed dwóch tygodni.

- I zrobiłam projekt mundurów dla twoich pracowników - powiedziała Molly, pokazując mu różowy, moherowy sweter z niebieskim, połyskującym napisem "Auror". Harry, spoglądając to na wdzianko, to na szczerą, uśmiechniętą twarz kobiety, gorączkowo zastanawiał się, jak jej powiedzieć że wolałby...nieco inny wzór.
- Tak, mamo, jest wspaniały! - przytaknęła Ginny, ściskając mocno starszą kobietę.
Harry nagle poczuł, że zaczyna boleć go głowa. Złapał się za skroń, kiedy nagle usłyszał donośny huk dobiegający z ogrodu.
- Gnomy, gnomy atakują! - dobiegł ich krzyk bliźniaków, biegnących w stronę domu: - GNOMY! RATUJ SIĘ, KTO MOŻE! Do środka wbiegł zdyszany George, jego wzrok padł na różowy strój, a usta wykrzywił złośliwy uśmiech.
- Jaki piękny sweter! Cudo normalnie. Jestem pewien, Harry, że twoi współpracownicy z ministerstwa będą nim zachwyceni - powiedział, ignorując wściekłe spojrzenie szwagra.
O ile wcześniej Molly promieniała szczęściem, słysząc słowa synów, tak pełne szczerego, zdawałoby się, zachwytu wydała z siebie entuzjastyczny pisk.
Chwilę później do pomieszczania wpadł syn Georga i dobrze rozszyfrowując minę ojca powiedział:
- Babciu, ja też chcę taki fajowski sweter!
Harry dyskretnie rozejrzał się za czymś ciężkim, czymś, co mogłoby narobić dużo hałasu. Albo za czymś, czym mógłby kogoś walnąć.
- Właściwie to myślałem o czymś mniej - "paskudnym" powiedział w myślach, a na głos dodał: - rzucającym się w oczy.
- Oczywiście, przy tajnych akcjach musicie zapewne ubierać się bardziej dyskretnie, ale na co dzień stróże prawa powinni być widoczni, nie sądzisz, mój drogi? Widzę, że się ze mną zgadzasz - zakończyła rozmowę. Gryfon tylko ciężko westchnął, stwierdzając, że jakikolwiek sprzeciw tylko pogorszy sprawę.

Harry pocałował w główkę Lily, która przestała płakać i udał się z nią do kuchni, głaszcząc jej rude loczki.
- Tatusiu - mała siąknęła nosem - a pójdziemy do cioci Hermiony i wujka Rona?
- Możesz mi wierzyć, moja kochana, że wujek z ciocią są bardzo zajęci... - Spojrzał małej w oczka, śmiejąc się i gilgocząc lekko, a potem dodał: - W tej chwili prawdopodobnie szukają Ciasteczkowego Potwora, który zjadł wszystkie słodycze ze słoika.
W ten oto sprytny sposób odwrócił uwagę dziewczynki od wizyty u ludzi, których raczej nie miał ochoty teraz oglądać. Ostatnio nie dogadywał się najlepiej ze swoimi starymi przyjaciółmi i choć go to bolało, postanowił ograniczyć kontakty z nimi do niezbędnego minimum. Nie chciał na razie zastanawiać się nad powodem nagłego oziębienia ich relacji - na chwile obecną liczyła się tylko Lily i nakarmienie jej słodyczami. Jego mała córeczka nie chciała być jednak głaskana, nie chciała siedzieć grzecznie na sofie (mimo że słodycze przyjęła z radością), w jej uroczych oczach kryły się wesołe iskierki, więc Harry zaczął się bać. Dumbledore patrzył na niego w ten sam sposób, gdy szykował jakąś paskudną "niespodziankę"...
Potter zastanawiał się, czy zawsze musi walczyć - najpierw Voldemort, a później Molly w roli projektantki mody, nieczuła na jego cierpienie Ginny i nawet niewinna, mała Lily, gdy ciszę przerwał krzyk jego żony.
- Harry!!! Chodź tu, szybkooooo!!! - wrzask przybierał na sile.
Potter wbiegł do kuchni, w której dziesięciu małych, brodatych, ciemnoskórych elfów tańczyło kankana, zobaczył jeszcze, jak Ginny przeżegnała się lewą ręką, gdy oskarżycielski palec wskazał na niego.
- Możesz mi wytłumaczyć, co to, na gacie Merlina, ma znaczyć? - spytała, najwyraźniej przekonana, że to on zaprosił owych dziwacznych "tancerzy".
Harry natomiast miał innego winnego, więc krzyknął "Jim!!!", zanim zdał sobie sprawę z tego, w jak głupiej sytuacji się znaleźli. Kiedy ów chłopiec przybiegł do ojca, ten nachylił się nad nim i wyszeptał:
- Miałeś z tym poczekać do naszej rocznicy! - i pociągnął go za ucho.
- Tato, ale o co chodzi? - zapytał go najstarszy syn, który nie widział dziwnych stworzeń.
Harry zamrugał niepewnie, mając nadzieję, że Jimmy tylko udaje.
- No jak to... Przecież to twoja sprawka... - wydusił z trudem.
- Jeszcze nic nie zrobiłem - oburzył się James - hej, nie kłamię!
Potter głęboko nabrał powietrza i powoli, ze świstem wypuścił je z płuc.
Draconia Maleficia
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 386
Dołączył(a): 08 mar 2010, 00:59
Lokalizacja: Józefów

Re: II Stonoga! (1)

Postprzez morgan » 04 wrz 2010, 08:19

Harry Potter był czułym mężem i odpowiedzialnym ojcem, cóż jednak mógł zrobić w obliczu takiego wydarzenia. Wobec niego czuł się totalnie bezradny i jak on będzie potem mógł spojrzeć innym w oczy?! - takie oto myśli chodziły po głowie starszego Pottera. Sprawę pogarszał fakt, ze jego żona wykazywała się totalnym niezrozumieniem, krzątała się właśnie jak zwykle po kuchni, podśpiewując pod nosem. Nawet ich kot łasił się jakby nigdy nic. Miauczał, mruczał, a Harry czuł jak popada w coraz większe zażenowanie.
- Ginny, no proszę cię - powiedział, wycierając spocone dłonie o spodnie.
- Przecież wiesz, że nie mogę! - odparła z uśmiechem.
Potter właśnie miał błagać żonę, aby wpłynęła na Molly, gdy do pokoju wpadł James i wskoczył w ramiona ojca.
- Tata, tato, ja chcę polatać i pójść na lody, odwiedzić babcię, zo... - krzyczał radośnie chłopiec, ale w połowie wyliczanki przerwała mu matka.
- Jim, powiedziałam ci, że jeśli nie przeprosić sąsiadki za ostatni psikus, to nigdzie nie wyjdziesz - rzekła, wymachując chochlą.
- Ale mamo... - Chłopczyk popatrzył na nią błagalnie, jednak matka jak zwykle była niewzruszona.
- Tato... - James postanowił zmienić front - powiedz, że to nie była moja wina, fajerwerki od wujka same poleciały w stronę jej okien, ja nie miałem na nie wpływu, prawda, tatusiu?
Ginny posłała mężowi spojrzenie, które bardzo wyraźnie mówiło: "Nie podważaj mojego autorytetu!"
- Mama ma rację, zabierz kota i idź go pomęczyć... znaczy, pobawić się z nim w ogrodzie, teraz! - ostatnie słowo wypowiedział w bardzo ojcowskim tonie.
Cóż więc mógł począć młody, kiedy ojciec zaproponował mu tak bajeczny pomysł? Zmarszczył brwi, wziął kota na ręce (po kuchni rozniosło się głośne, przerażone "miau!") i wymaszerował z pomieszczenia. Ginny tylko przerażona spojrzała na męża, lecz nic nie powiedziała.

***

- Koci-koci łapki... - podśpiewywał chłopiec, nie zwracając uwagi na piski i syki ciągniętego za łapy i ogon kota; nucenie było przykrywką, żeby nikt nie wpadł na to, że on obmyśla PLAN. I miał nadzieję, że uda mu się ukryć go przed rodzicami, przynajmniej do czasu, aż będzie gotowy do wprowadzenia go w życie. Wiedział, że do realizacji tego planu potrzebny jest mu Al albo Lily, w każdym razie ktoś, kto się rozryczy, gdy on będzie wprowadzał w życie etap pierwszy. W końcu ktoś musiał zając czymś rodziców, prawda? Wziął małą, żółtą żabkę w dłoń (kot natychmiast uciekł) i niezauważony wszedł do pokoju siostrzyczki. Wyciągnął z kieszeni pudełko z proszkiem wywołującym świąd, który dostał od wujka, posypał nim żabę i schował ją pod kołderkę siostrzyczki (dziewczynka bardzo lubiła urządzać sobie drzemki). Następnie udał się do pokoju Albusa, skąd zabrał jego ulubioną książkę o eliksirach. Ledwo wrócił do ogrodu, gdy jego rodzeństwo zaczęło równocześnie krzyczeć i płakać. Na ustach najbardziej psotnego z latorośli Potterów wykwitł zadowolony uśmieszek. Pobiegł do składzika na miotły, gdzie znajdowały się najciekawsze (czyli, naturalnie, zabronione przez rodziców) przedmioty. Jego uwagę zwrócił jaskrawo świecący napis umieszczony na kartonowym pudelku: "Nie otwierać". Wypowiedział cicho te słowa - brzmiały jak zaproszenie. A jak wiadomo, zakazany owoc smakuje najlepiej i James Potter nie był pod tym względem wyjątkiem. Już otworzył drzwi, już zobaczył miotłę ojca i tajemniczy błysk... gdy poczuł ciężką dłoń na swoim ramieniu, wiedział, że wpadł w jeszcze większe kłopoty.
- Jamesie Potterze - usłyszał za sobą głos przypominający warknięcie, - dlaczego nie zabezpieczyłeś miejsca zbrodni, jak cię uczyłem?!
- Bo jeszcze nie popełniłem zbrodni... - oburzył się chłopiec i oparł o ścianę, gdy zrozumiał: - och, Al! - nawet nie wiesz, jak mnie przestraszyłeś - nabrał powietrza i wypuścił je z głośnym świstem.
- Co kombinujesz, że aż tak cię "przestraszyłem"? - Brat uśmiechnął się, jakby się domyślał. James popatrzył na niego z lekkim wahaniem.
- Ale nie powiesz rodzicom, prawda? - Zrobił wielkie, kocie, błagalne oczy.
- Jeśli przyrzekniesz pod karą próbowania moich eliksirów, mogę postarać się nie wygadać - odpowiedział brat.
- Cóż, gorszy od wujka Neville'a w robieniu ich to ty chyba nie jesteś? - westchnął cierpiętniczo.
- Nie martw się, od niego nikt nie może być gorszy - zaśmiał się Al.
Jamie spojrzał na niego powątpiewająco i chciał przemilczeć nasuwającą się odpowiedź, ale w końcu dodał:
- Chyba, że ty albo tata.
- No! - zgrzytnął zębami - lepiej uważaj na słowa, bo zaraz odczujesz MOJE zdolności w eliksirach na własnej skórze...
- Okej, okej - burknął, a potem się roześmiał: - Skoro tak bardzo prosisz swojego braciszka, to ci pokażę coś, co znalazłem! Tak właściwie najpierw chciałem tylko "pożyczyć" miotłę taty, ale tutaj z pewnością jest coś znacznie ciekawszego! - wskazał na tajemnicze pudełko i po błysku w oczach Albusa rozpoznał, że napis "Nie otwierać" podziałał także na jego wyobraźnię. Ostrożnie uchylili wieczko, i ich oczy rozszerzyły się ze zdumienia - takiego widoku nie spodziewał się żaden z nich.
- Noż ja pie... - zaczął młodszy brat, na co starszy odpowiedział:
- Język, hamuj się!
- Tylko sprawdzałem twój stopień deprawacji - odciął się z wrednym uśmieszkiem Al.
Po tych słowach zamilkli, wpatrując się w dość długi przedmiot o obłych kształtach.
- Wszystko pięknie i zgrabnie, ale... James, co zamierzasz z tym zrobić? - Zmartwił się Al.

***
Tymczasem Harry ratował córkę i zamartwiał się swoim problemem. Żeby chociaż jeszcze Ginny potrafiła go zrozumieć, ale nie, jego ukochaną żonę nie obchodziło nic, poza ciastem i dziećmi. I czwartkowym seksem o czwartej nad ranem... Czasami tak bardzo przypominała własną matkę, że mężczyzna był tym przerażony. Wolał nie myśleć o Molly przywiązanej do łóżka i... (stop!) przecież to ta kobieta była jego problemem! Zamknął oczy, myślami powracając do rozmowy sprzed dwóch tygodni.

- I zrobiłam projekt mundurów dla twoich pracowników - powiedziała Molly, pokazując mu różowy, moherowy sweter z niebieskim, połyskującym napisem "Auror". Harry, spoglądając to na wdzianko, to na szczerą, uśmiechniętą twarz kobiety, gorączkowo zastanawiał się, jak jej powiedzieć że wolałby...nieco inny wzór.
- Tak, mamo, jest wspaniały! - przytaknęła Ginny, ściskając mocno starszą kobietę.
Harry nagle poczuł, że zaczyna boleć go głowa. Złapał się za skroń, kiedy nagle usłyszał donośny huk dobiegający z ogrodu.
- Gnomy, gnomy atakują! - dobiegł ich krzyk bliźniaków, biegnących w stronę domu: - GNOMY! RATUJ SIĘ, KTO MOŻE! Do środka wbiegł zdyszany George, jego wzrok padł na różowy strój, a usta wykrzywił złośliwy uśmiech.
- Jaki piękny sweter! Cudo normalnie. Jestem pewien, Harry, że twoi współpracownicy z ministerstwa będą nim zachwyceni - powiedział, ignorując wściekłe spojrzenie szwagra.
O ile wcześniej Molly promieniała szczęściem, słysząc słowa synów, tak pełne szczerego, zdawałoby się, zachwytu wydała z siebie entuzjastyczny pisk.
Chwilę później do pomieszczania wpadł syn Georga i dobrze rozszyfrowując minę ojca powiedział:
- Babciu, ja też chcę taki fajowski sweter!
Harry dyskretnie rozejrzał się za czymś ciężkim, czymś, co mogłoby narobić dużo hałasu. Albo za czymś, czym mógłby kogoś walnąć.
- Właściwie to myślałem o czymś mniej - "paskudnym" powiedział w myślach, a na głos dodał: - rzucającym się w oczy.
- Oczywiście, przy tajnych akcjach musicie zapewne ubierać się bardziej dyskretnie, ale na co dzień stróże prawa powinni być widoczni, nie sądzisz, mój drogi? Widzę, że się ze mną zgadzasz - zakończyła rozmowę. Gryfon tylko ciężko westchnął, stwierdzając, że jakikolwiek sprzeciw tylko pogorszy sprawę.

Harry pocałował w główkę Lily, która przestała płakać i udał się z nią do kuchni, głaszcząc jej rude loczki.
- Tatusiu - mała siąknęła nosem - a pójdziemy do cioci Hermiony i wujka Rona?
- Możesz mi wierzyć, moja kochana, że wujek z ciocią są bardzo zajęci... - Spojrzał małej w oczka, śmiejąc się i gilgocząc lekko, a potem dodał: - W tej chwili prawdopodobnie szukają Ciasteczkowego Potwora, który zjadł wszystkie słodycze ze słoika.
W ten oto sprytny sposób odwrócił uwagę dziewczynki od wizyty u ludzi, których raczej nie miał ochoty teraz oglądać. Ostatnio nie dogadywał się najlepiej ze swoimi starymi przyjaciółmi i choć go to bolało, postanowił ograniczyć kontakty z nimi do niezbędnego minimum. Nie chciał na razie zastanawiać się nad powodem nagłego oziębienia ich relacji - na chwile obecną liczyła się tylko Lily i nakarmienie jej słodyczami. Jego mała córeczka nie chciała być jednak głaskana, nie chciała siedzieć grzecznie na sofie (mimo że słodycze przyjęła z radością), w jej uroczych oczach kryły się wesołe iskierki, więc Harry zaczął się bać. Dumbledore patrzył na niego w ten sam sposób, gdy szykował jakąś paskudną "niespodziankę"...
Potter zastanawiał się, czy zawsze musi walczyć - najpierw Voldemort, a później Molly w roli projektantki mody, nieczuła na jego cierpienie Ginny i nawet niewinna, mała Lily, gdy ciszę przerwał krzyk jego żony.
- Harry!!! Chodź tu, szybkooooo!!! - wrzask przybierał na sile.
Potter wbiegł do kuchni, w której dziesięciu małych, brodatych, ciemnoskórych elfów tańczyło kankana, zobaczył jeszcze, jak Ginny przeżegnała się lewą ręką, gdy oskarżycielski palec wskazał na niego.
- Możesz mi wytłumaczyć, co to, na gacie Merlina, ma znaczyć? - spytała, najwyraźniej przekonana, że to on zaprosił owych dziwacznych "tancerzy".
Harry natomiast miał innego winnego, więc krzyknął "Jim!!!", zanim zdał sobie sprawę z tego, w jak głupiej sytuacji się znaleźli. Kiedy ów chłopiec przybiegł do ojca, ten nachylił się nad nim i wyszeptał:
- Miałeś z tym poczekać do naszej rocznicy! - i pociągnął go za ucho.
- Tato, ale o co chodzi? - zapytał go najstarszy syn, który nie widział dziwnych stworzeń.
Harry zamrugał niepewnie, mając nadzieję, że Jimmy tylko udaje.
- No jak to... Przecież to twoja sprawka... - wydusił z trudem.
- Jeszcze nic nie zrobiłem - oburzył się James - hej, nie kłamię!
Potter głęboko nabrał powietrza i powoli, ze świstem wypuścił je z płuc.
- Ginny? - zapytał z trwogą, odwracając się do żony.
Gadające głowy
Zanim dodacie temat, przeczytajcie: slash i f-f.
Avatar użytkownika
morgan
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 396
Dołączył(a): 12 maja 2009, 22:59
Lokalizacja: z podświadomości

Re: II Stonoga! (1)

Postprzez Puchacz » 04 wrz 2010, 14:32

Harry Potter był czułym mężem i odpowiedzialnym ojcem, cóż jednak mógł zrobić w obliczu takiego wydarzenia. Wobec niego czuł się totalnie bezradny i jak on będzie potem mógł spojrzeć innym w oczy?! - takie oto myśli chodziły po głowie starszego Pottera. Sprawę pogarszał fakt, ze jego żona wykazywała się totalnym niezrozumieniem, krzątała się właśnie jak zwykle po kuchni, podśpiewując pod nosem. Nawet ich kot łasił się jakby nigdy nic. Miauczał, mruczał, a Harry czuł jak popada w coraz większe zażenowanie.
- Ginny, no proszę cię - powiedział, wycierając spocone dłonie o spodnie.
- Przecież wiesz, że nie mogę! - odparła z uśmiechem.
Potter właśnie miał błagać żonę, aby wpłynęła na Molly, gdy do pokoju wpadł James i wskoczył w ramiona ojca.
- Tata, tato, ja chcę polatać i pójść na lody, odwiedzić babcię, zo... - krzyczał radośnie chłopiec, ale w połowie wyliczanki przerwała mu matka.
- Jim, powiedziałam ci, że jeśli nie przeprosić sąsiadki za ostatni psikus, to nigdzie nie wyjdziesz - rzekła, wymachując chochlą.
- Ale mamo... - Chłopczyk popatrzył na nią błagalnie, jednak matka jak zwykle była niewzruszona.
- Tato... - James postanowił zmienić front - powiedz, że to nie była moja wina, fajerwerki od wujka same poleciały w stronę jej okien, ja nie miałem na nie wpływu, prawda, tatusiu?
Ginny posłała mężowi spojrzenie, które bardzo wyraźnie mówiło: "Nie podważaj mojego autorytetu!"
- Mama ma rację, zabierz kota i idź go pomęczyć... znaczy, pobawić się z nim w ogrodzie, teraz! - ostatnie słowo wypowiedział w bardzo ojcowskim tonie.
Cóż więc mógł począć młody, kiedy ojciec zaproponował mu tak bajeczny pomysł? Zmarszczył brwi, wziął kota na ręce (po kuchni rozniosło się głośne, przerażone "miau!") i wymaszerował z pomieszczenia. Ginny tylko przerażona spojrzała na męża, lecz nic nie powiedziała.

***

- Koci-koci łapki... - podśpiewywał chłopiec, nie zwracając uwagi na piski i syki ciągniętego za łapy i ogon kota; nucenie było przykrywką, żeby nikt nie wpadł na to, że on obmyśla PLAN. I miał nadzieję, że uda mu się ukryć go przed rodzicami, przynajmniej do czasu, aż będzie gotowy do wprowadzenia go w życie. Wiedział, że do realizacji tego planu potrzebny jest mu Al albo Lily, w każdym razie ktoś, kto się rozryczy, gdy on będzie wprowadzał w życie etap pierwszy. W końcu ktoś musiał zając czymś rodziców, prawda? Wziął małą, żółtą żabkę w dłoń (kot natychmiast uciekł) i niezauważony wszedł do pokoju siostrzyczki. Wyciągnął z kieszeni pudełko z proszkiem wywołującym świąd, który dostał od wujka, posypał nim żabę i schował ją pod kołderkę siostrzyczki (dziewczynka bardzo lubiła urządzać sobie drzemki). Następnie udał się do pokoju Albusa, skąd zabrał jego ulubioną książkę o eliksirach. Ledwo wrócił do ogrodu, gdy jego rodzeństwo zaczęło równocześnie krzyczeć i płakać. Na ustach najbardziej psotnego z latorośli Potterów wykwitł zadowolony uśmieszek. Pobiegł do składzika na miotły, gdzie znajdowały się najciekawsze (czyli, naturalnie, zabronione przez rodziców) przedmioty. Jego uwagę zwrócił jaskrawo świecący napis umieszczony na kartonowym pudelku: "Nie otwierać". Wypowiedział cicho te słowa - brzmiały jak zaproszenie. A jak wiadomo, zakazany owoc smakuje najlepiej i James Potter nie był pod tym względem wyjątkiem. Już otworzył drzwi, już zobaczył miotłę ojca i tajemniczy błysk... gdy poczuł ciężką dłoń na swoim ramieniu, wiedział, że wpadł w jeszcze większe kłopoty.
- Jamesie Potterze - usłyszał za sobą głos przypominający warknięcie, - dlaczego nie zabezpieczyłeś miejsca zbrodni, jak cię uczyłem?!
- Bo jeszcze nie popełniłem zbrodni... - oburzył się chłopiec i oparł o ścianę, gdy zrozumiał: - och, Al! - nawet nie wiesz, jak mnie przestraszyłeś - nabrał powietrza i wypuścił je z głośnym świstem.
- Co kombinujesz, że aż tak cię "przestraszyłem"? - Brat uśmiechnął się, jakby się domyślał. James popatrzył na niego z lekkim wahaniem.
- Ale nie powiesz rodzicom, prawda? - Zrobił wielkie, kocie, błagalne oczy.
- Jeśli przyrzekniesz pod karą próbowania moich eliksirów, mogę postarać się nie wygadać - odpowiedział brat.
- Cóż, gorszy od wujka Neville'a w robieniu ich to ty chyba nie jesteś? - westchnął cierpiętniczo.
- Nie martw się, od niego nikt nie może być gorszy - zaśmiał się Al.
Jamie spojrzał na niego powątpiewająco i chciał przemilczeć nasuwającą się odpowiedź, ale w końcu dodał:
- Chyba, że ty albo tata.
- No! - zgrzytnął zębami - lepiej uważaj na słowa, bo zaraz odczujesz MOJE zdolności w eliksirach na własnej skórze...
- Okej, okej - burknął, a potem się roześmiał: - Skoro tak bardzo prosisz swojego braciszka, to ci pokażę coś, co znalazłem! Tak właściwie najpierw chciałem tylko "pożyczyć" miotłę taty, ale tutaj z pewnością jest coś znacznie ciekawszego! - wskazał na tajemnicze pudełko i po błysku w oczach Albusa rozpoznał, że napis "Nie otwierać" podziałał także na jego wyobraźnię. Ostrożnie uchylili wieczko, i ich oczy rozszerzyły się ze zdumienia - takiego widoku nie spodziewał się żaden z nich.
- Noż ja pie... - zaczął młodszy brat, na co starszy odpowiedział:
- Język, hamuj się!
- Tylko sprawdzałem twój stopień deprawacji - odciął się z wrednym uśmieszkiem Al.
Po tych słowach zamilkli, wpatrując się w dość długi przedmiot o obłych kształtach.
- Wszystko pięknie i zgrabnie, ale... James, co zamierzasz z tym zrobić? - Zmartwił się Al.

***
Tymczasem Harry ratował córkę i zamartwiał się swoim problemem. Żeby chociaż jeszcze Ginny potrafiła go zrozumieć, ale nie, jego ukochaną żonę nie obchodziło nic, poza ciastem i dziećmi. I czwartkowym seksem o czwartej nad ranem... Czasami tak bardzo przypominała własną matkę, że mężczyzna był tym przerażony. Wolał nie myśleć o Molly przywiązanej do łóżka i... (stop!) przecież to ta kobieta była jego problemem! Zamknął oczy, myślami powracając do rozmowy sprzed dwóch tygodni.

- I zrobiłam projekt mundurów dla twoich pracowników - powiedziała Molly, pokazując mu różowy, moherowy sweter z niebieskim, połyskującym napisem "Auror". Harry, spoglądając to na wdzianko, to na szczerą, uśmiechniętą twarz kobiety, gorączkowo zastanawiał się, jak jej powiedzieć że wolałby...nieco inny wzór.
- Tak, mamo, jest wspaniały! - przytaknęła Ginny, ściskając mocno starszą kobietę.
Harry nagle poczuł, że zaczyna boleć go głowa. Złapał się za skroń, kiedy nagle usłyszał donośny huk dobiegający z ogrodu.
- Gnomy, gnomy atakują! - dobiegł ich krzyk bliźniaków, biegnących w stronę domu: - GNOMY! RATUJ SIĘ, KTO MOŻE! Do środka wbiegł zdyszany George, jego wzrok padł na różowy strój, a usta wykrzywił złośliwy uśmiech.
- Jaki piękny sweter! Cudo normalnie. Jestem pewien, Harry, że twoi współpracownicy z ministerstwa będą nim zachwyceni - powiedział, ignorując wściekłe spojrzenie szwagra.
O ile wcześniej Molly promieniała szczęściem, słysząc słowa synów, tak pełne szczerego, zdawałoby się, zachwytu wydała z siebie entuzjastyczny pisk.
Chwilę później do pomieszczania wpadł syn Georga i dobrze rozszyfrowując minę ojca powiedział:
- Babciu, ja też chcę taki fajowski sweter!
Harry dyskretnie rozejrzał się za czymś ciężkim, czymś, co mogłoby narobić dużo hałasu. Albo za czymś, czym mógłby kogoś walnąć.
- Właściwie to myślałem o czymś mniej - "paskudnym" powiedział w myślach, a na głos dodał: - rzucającym się w oczy.
- Oczywiście, przy tajnych akcjach musicie zapewne ubierać się bardziej dyskretnie, ale na co dzień stróże prawa powinni być widoczni, nie sądzisz, mój drogi? Widzę, że się ze mną zgadzasz - zakończyła rozmowę. Gryfon tylko ciężko westchnął, stwierdzając, że jakikolwiek sprzeciw tylko pogorszy sprawę.

Harry pocałował w główkę Lily, która przestała płakać i udał się z nią do kuchni, głaszcząc jej rude loczki.
- Tatusiu - mała siąknęła nosem - a pójdziemy do cioci Hermiony i wujka Rona?
- Możesz mi wierzyć, moja kochana, że wujek z ciocią są bardzo zajęci... - Spojrzał małej w oczka, śmiejąc się i gilgocząc lekko, a potem dodał: - W tej chwili prawdopodobnie szukają Ciasteczkowego Potwora, który zjadł wszystkie słodycze ze słoika.
W ten oto sprytny sposób odwrócił uwagę dziewczynki od wizyty u ludzi, których raczej nie miał ochoty teraz oglądać. Ostatnio nie dogadywał się najlepiej ze swoimi starymi przyjaciółmi i choć go to bolało, postanowił ograniczyć kontakty z nimi do niezbędnego minimum. Nie chciał na razie zastanawiać się nad powodem nagłego oziębienia ich relacji - na chwile obecną liczyła się tylko Lily i nakarmienie jej słodyczami. Jego mała córeczka nie chciała być jednak głaskana, nie chciała siedzieć grzecznie na sofie (mimo że słodycze przyjęła z radością), w jej uroczych oczach kryły się wesołe iskierki, więc Harry zaczął się bać. Dumbledore patrzył na niego w ten sam sposób, gdy szykował jakąś paskudną "niespodziankę"...
Potter zastanawiał się, czy zawsze musi walczyć - najpierw Voldemort, a później Molly w roli projektantki mody, nieczuła na jego cierpienie Ginny i nawet niewinna, mała Lily, gdy ciszę przerwał krzyk jego żony.
- Harry!!! Chodź tu, szybkooooo!!! - wrzask przybierał na sile.
Potter wbiegł do kuchni, w której dziesięciu małych, brodatych, ciemnoskórych elfów tańczyło kankana, zobaczył jeszcze, jak Ginny przeżegnała się lewą ręką, gdy oskarżycielski palec wskazał na niego.
- Możesz mi wytłumaczyć, co to, na gacie Merlina, ma znaczyć? - spytała, najwyraźniej przekonana, że to on zaprosił owych dziwacznych "tancerzy".
Harry natomiast miał innego winnego, więc krzyknął "Jim!!!", zanim zdał sobie sprawę z tego, w jak głupiej sytuacji się znaleźli. Kiedy ów chłopiec przybiegł do ojca, ten nachylił się nad nim i wyszeptał:
- Miałeś z tym poczekać do naszej rocznicy! - i pociągnął go za ucho.
- Tato, ale o co chodzi? - zapytał go najstarszy syn, który nie widział dziwnych stworzeń.
Harry zamrugał niepewnie, mając nadzieję, że Jimmy tylko udaje.
- No jak to... Przecież to twoja sprawka... - wydusił z trudem.
- Jeszcze nic nie zrobiłem - oburzył się James - hej, nie kłamię!
Potter głęboko nabrał powietrza i powoli, ze świstem wypuścił je z płuc.
- Ginny? - zapytał z trwogą, odwracając się do żony.
- H-h-harry - wyjąkała, a oczy rozszerzyły się jej w autentycznym przerażeniu - blizna.
Obrazek

Podążaj za białym królikiem.
Modzi widzą przez peleryny niewidki.


Pusia lubiła swój zielony balonik...!
Avatar użytkownika
Puchacz
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 861
Dołączył(a): 11 kwi 2009, 23:05

Re: II Stonoga! (1)

Postprzez Draconia Maleficia » 04 wrz 2010, 16:20

Harry Potter był czułym mężem i odpowiedzialnym ojcem, cóż jednak mógł zrobić w obliczu takiego wydarzenia. Wobec niego czuł się totalnie bezradny i jak on będzie potem mógł spojrzeć innym w oczy?! - takie oto myśli chodziły po głowie starszego Pottera. Sprawę pogarszał fakt, ze jego żona wykazywała się totalnym niezrozumieniem, krzątała się właśnie jak zwykle po kuchni, podśpiewując pod nosem. Nawet ich kot łasił się jakby nigdy nic. Miauczał, mruczał, a Harry czuł jak popada w coraz większe zażenowanie.
- Ginny, no proszę cię - powiedział, wycierając spocone dłonie o spodnie.
- Przecież wiesz, że nie mogę! - odparła z uśmiechem.
Potter właśnie miał błagać żonę, aby wpłynęła na Molly, gdy do pokoju wpadł James i wskoczył w ramiona ojca.
- Tata, tato, ja chcę polatać i pójść na lody, odwiedzić babcię, zo... - krzyczał radośnie chłopiec, ale w połowie wyliczanki przerwała mu matka.
- Jim, powiedziałam ci, że jeśli nie przeprosić sąsiadki za ostatni psikus, to nigdzie nie wyjdziesz - rzekła, wymachując chochlą.
- Ale mamo... - Chłopczyk popatrzył na nią błagalnie, jednak matka jak zwykle była niewzruszona.
- Tato... - James postanowił zmienić front - powiedz, że to nie była moja wina, fajerwerki od wujka same poleciały w stronę jej okien, ja nie miałem na nie wpływu, prawda, tatusiu?
Ginny posłała mężowi spojrzenie, które bardzo wyraźnie mówiło: "Nie podważaj mojego autorytetu!"
- Mama ma rację, zabierz kota i idź go pomęczyć... znaczy, pobawić się z nim w ogrodzie, teraz! - ostatnie słowo wypowiedział w bardzo ojcowskim tonie.
Cóż więc mógł począć młody, kiedy ojciec zaproponował mu tak bajeczny pomysł? Zmarszczył brwi, wziął kota na ręce (po kuchni rozniosło się głośne, przerażone "miau!") i wymaszerował z pomieszczenia. Ginny tylko przerażona spojrzała na męża, lecz nic nie powiedziała.

***

- Koci-koci łapki... - podśpiewywał chłopiec, nie zwracając uwagi na piski i syki ciągniętego za łapy i ogon kota; nucenie było przykrywką, żeby nikt nie wpadł na to, że on obmyśla PLAN. I miał nadzieję, że uda mu się ukryć go przed rodzicami, przynajmniej do czasu, aż będzie gotowy do wprowadzenia go w życie. Wiedział, że do realizacji tego planu potrzebny jest mu Al albo Lily, w każdym razie ktoś, kto się rozryczy, gdy on będzie wprowadzał w życie etap pierwszy. W końcu ktoś musiał zając czymś rodziców, prawda? Wziął małą, żółtą żabkę w dłoń (kot natychmiast uciekł) i niezauważony wszedł do pokoju siostrzyczki. Wyciągnął z kieszeni pudełko z proszkiem wywołującym świąd, który dostał od wujka, posypał nim żabę i schował ją pod kołderkę siostrzyczki (dziewczynka bardzo lubiła urządzać sobie drzemki). Następnie udał się do pokoju Albusa, skąd zabrał jego ulubioną książkę o eliksirach. Ledwo wrócił do ogrodu, gdy jego rodzeństwo zaczęło równocześnie krzyczeć i płakać. Na ustach najbardziej psotnego z latorośli Potterów wykwitł zadowolony uśmieszek. Pobiegł do składzika na miotły, gdzie znajdowały się najciekawsze (czyli, naturalnie, zabronione przez rodziców) przedmioty. Jego uwagę zwrócił jaskrawo świecący napis umieszczony na kartonowym pudelku: "Nie otwierać". Wypowiedział cicho te słowa - brzmiały jak zaproszenie. A jak wiadomo, zakazany owoc smakuje najlepiej i James Potter nie był pod tym względem wyjątkiem. Już otworzył drzwi, już zobaczył miotłę ojca i tajemniczy błysk... gdy poczuł ciężką dłoń na swoim ramieniu, wiedział, że wpadł w jeszcze większe kłopoty.
- Jamesie Potterze - usłyszał za sobą głos przypominający warknięcie, - dlaczego nie zabezpieczyłeś miejsca zbrodni, jak cię uczyłem?!
- Bo jeszcze nie popełniłem zbrodni... - oburzył się chłopiec i oparł o ścianę, gdy zrozumiał: - och, Al! - nawet nie wiesz, jak mnie przestraszyłeś - nabrał powietrza i wypuścił je z głośnym świstem.
- Co kombinujesz, że aż tak cię "przestraszyłem"? - Brat uśmiechnął się, jakby się domyślał. James popatrzył na niego z lekkim wahaniem.
- Ale nie powiesz rodzicom, prawda? - Zrobił wielkie, kocie, błagalne oczy.
- Jeśli przyrzekniesz pod karą próbowania moich eliksirów, mogę postarać się nie wygadać - odpowiedział brat.
- Cóż, gorszy od wujka Neville'a w robieniu ich to ty chyba nie jesteś? - westchnął cierpiętniczo.
- Nie martw się, od niego nikt nie może być gorszy - zaśmiał się Al.
Jamie spojrzał na niego powątpiewająco i chciał przemilczeć nasuwającą się odpowiedź, ale w końcu dodał:
- Chyba, że ty albo tata.
- No! - zgrzytnął zębami - lepiej uważaj na słowa, bo zaraz odczujesz MOJE zdolności w eliksirach na własnej skórze...
- Okej, okej - burknął, a potem się roześmiał: - Skoro tak bardzo prosisz swojego braciszka, to ci pokażę coś, co znalazłem! Tak właściwie najpierw chciałem tylko "pożyczyć" miotłę taty, ale tutaj z pewnością jest coś znacznie ciekawszego! - wskazał na tajemnicze pudełko i po błysku w oczach Albusa rozpoznał, że napis "Nie otwierać" podziałał także na jego wyobraźnię. Ostrożnie uchylili wieczko, i ich oczy rozszerzyły się ze zdumienia - takiego widoku nie spodziewał się żaden z nich.
- Noż ja pie... - zaczął młodszy brat, na co starszy odpowiedział:
- Język, hamuj się!
- Tylko sprawdzałem twój stopień deprawacji - odciął się z wrednym uśmieszkiem Al.
Po tych słowach zamilkli, wpatrując się w dość długi przedmiot o obłych kształtach.
- Wszystko pięknie i zgrabnie, ale... James, co zamierzasz z tym zrobić? - Zmartwił się Al.

***
Tymczasem Harry ratował córkę i zamartwiał się swoim problemem. Żeby chociaż jeszcze Ginny potrafiła go zrozumieć, ale nie, jego ukochaną żonę nie obchodziło nic, poza ciastem i dziećmi. I czwartkowym seksem o czwartej nad ranem... Czasami tak bardzo przypominała własną matkę, że mężczyzna był tym przerażony. Wolał nie myśleć o Molly przywiązanej do łóżka i... (stop!) przecież to ta kobieta była jego problemem! Zamknął oczy, myślami powracając do rozmowy sprzed dwóch tygodni.

- I zrobiłam projekt mundurów dla twoich pracowników - powiedziała Molly, pokazując mu różowy, moherowy sweter z niebieskim, połyskującym napisem "Auror". Harry, spoglądając to na wdzianko, to na szczerą, uśmiechniętą twarz kobiety, gorączkowo zastanawiał się, jak jej powiedzieć że wolałby...nieco inny wzór.
- Tak, mamo, jest wspaniały! - przytaknęła Ginny, ściskając mocno starszą kobietę.
Harry nagle poczuł, że zaczyna boleć go głowa. Złapał się za skroń, kiedy nagle usłyszał donośny huk dobiegający z ogrodu.
- Gnomy, gnomy atakują! - dobiegł ich krzyk bliźniaków, biegnących w stronę domu: - GNOMY! RATUJ SIĘ, KTO MOŻE! Do środka wbiegł zdyszany George, jego wzrok padł na różowy strój, a usta wykrzywił złośliwy uśmiech.
- Jaki piękny sweter! Cudo normalnie. Jestem pewien, Harry, że twoi współpracownicy z ministerstwa będą nim zachwyceni - powiedział, ignorując wściekłe spojrzenie szwagra.
O ile wcześniej Molly promieniała szczęściem, słysząc słowa synów, tak pełne szczerego, zdawałoby się, zachwytu wydała z siebie entuzjastyczny pisk.
Chwilę później do pomieszczania wpadł syn Georga i dobrze rozszyfrowując minę ojca powiedział:
- Babciu, ja też chcę taki fajowski sweter!
Harry dyskretnie rozejrzał się za czymś ciężkim, czymś, co mogłoby narobić dużo hałasu. Albo za czymś, czym mógłby kogoś walnąć.
- Właściwie to myślałem o czymś mniej - "paskudnym" powiedział w myślach, a na głos dodał: - rzucającym się w oczy.
- Oczywiście, przy tajnych akcjach musicie zapewne ubierać się bardziej dyskretnie, ale na co dzień stróże prawa powinni być widoczni, nie sądzisz, mój drogi? Widzę, że się ze mną zgadzasz - zakończyła rozmowę. Gryfon tylko ciężko westchnął, stwierdzając, że jakikolwiek sprzeciw tylko pogorszy sprawę.

Harry pocałował w główkę Lily, która przestała płakać i udał się z nią do kuchni, głaszcząc jej rude loczki.
- Tatusiu - mała siąknęła nosem - a pójdziemy do cioci Hermiony i wujka Rona?
- Możesz mi wierzyć, moja kochana, że wujek z ciocią są bardzo zajęci... - Spojrzał małej w oczka, śmiejąc się i gilgocząc lekko, a potem dodał: - W tej chwili prawdopodobnie szukają Ciasteczkowego Potwora, który zjadł wszystkie słodycze ze słoika.
W ten oto sprytny sposób odwrócił uwagę dziewczynki od wizyty u ludzi, których raczej nie miał ochoty teraz oglądać. Ostatnio nie dogadywał się najlepiej ze swoimi starymi przyjaciółmi i choć go to bolało, postanowił ograniczyć kontakty z nimi do niezbędnego minimum. Nie chciał na razie zastanawiać się nad powodem nagłego oziębienia ich relacji - na chwile obecną liczyła się tylko Lily i nakarmienie jej słodyczami. Jego mała córeczka nie chciała być jednak głaskana, nie chciała siedzieć grzecznie na sofie (mimo że słodycze przyjęła z radością), w jej uroczych oczach kryły się wesołe iskierki, więc Harry zaczął się bać. Dumbledore patrzył na niego w ten sam sposób, gdy szykował jakąś paskudną "niespodziankę"...
Potter zastanawiał się, czy zawsze musi walczyć - najpierw Voldemort, a później Molly w roli projektantki mody, nieczuła na jego cierpienie Ginny i nawet niewinna, mała Lily, gdy ciszę przerwał krzyk jego żony.
- Harry!!! Chodź tu, szybkooooo!!! - wrzask przybierał na sile.
Potter wbiegł do kuchni, w której dziesięciu małych, brodatych, ciemnoskórych elfów tańczyło kankana, zobaczył jeszcze, jak Ginny przeżegnała się lewą ręką, gdy oskarżycielski palec wskazał na niego.
- Możesz mi wytłumaczyć, co to, na gacie Merlina, ma znaczyć? - spytała, najwyraźniej przekonana, że to on zaprosił owych dziwacznych "tancerzy".
Harry natomiast miał innego winnego, więc krzyknął "Jim!!!", zanim zdał sobie sprawę z tego, w jak głupiej sytuacji się znaleźli. Kiedy ów chłopiec przybiegł do ojca, ten nachylił się nad nim i wyszeptał:
- Miałeś z tym poczekać do naszej rocznicy! - i pociągnął go za ucho.
- Tato, ale o co chodzi? - zapytał go najstarszy syn, który nie widział dziwnych stworzeń.
Harry zamrugał niepewnie, mając nadzieję, że Jimmy tylko udaje.
- No jak to... Przecież to twoja sprawka... - wydusił z trudem.
- Jeszcze nic nie zrobiłem - oburzył się James - hej, nie kłamię!
Potter głęboko nabrał powietrza i powoli, ze świstem wypuścił je z płuc.
- Ginny? - zapytał z trwogą, odwracając się do żony.
- H-h-harry - wyjąkała, a oczy rozszerzyły się jej w autentycznym przerażeniu - blizna. Potter przez chwilę poczuł strach - mimo że blizna nie dawała oznak od kilku dobrych lat - teraz najwyraźniej miało się to zmienić.
Draconia Maleficia
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 386
Dołączył(a): 08 mar 2010, 00:59
Lokalizacja: Józefów

Re: II Stonoga! (1)

Postprzez morgan » 05 wrz 2010, 10:40

Harry Potter był czułym mężem i odpowiedzialnym ojcem, cóż jednak mógł zrobić w obliczu takiego wydarzenia. Wobec niego czuł się totalnie bezradny i jak on będzie potem mógł spojrzeć innym w oczy?! - takie oto myśli chodziły po głowie starszego Pottera. Sprawę pogarszał fakt, ze jego żona wykazywała się totalnym niezrozumieniem, krzątała się właśnie jak zwykle po kuchni, podśpiewując pod nosem. Nawet ich kot łasił się jakby nigdy nic. Miauczał, mruczał, a Harry czuł jak popada w coraz większe zażenowanie.
- Ginny, no proszę cię - powiedział, wycierając spocone dłonie o spodnie.
- Przecież wiesz, że nie mogę! - odparła z uśmiechem.
Potter właśnie miał błagać żonę, aby wpłynęła na Molly, gdy do pokoju wpadł James i wskoczył w ramiona ojca.
- Tata, tato, ja chcę polatać i pójść na lody, odwiedzić babcię, zo... - krzyczał radośnie chłopiec, ale w połowie wyliczanki przerwała mu matka.
- Jim, powiedziałam ci, że jeśli nie przeprosić sąsiadki za ostatni psikus, to nigdzie nie wyjdziesz - rzekła, wymachując chochlą.
- Ale mamo... - Chłopczyk popatrzył na nią błagalnie, jednak matka jak zwykle była niewzruszona.
- Tato... - James postanowił zmienić front - powiedz, że to nie była moja wina, fajerwerki od wujka same poleciały w stronę jej okien, ja nie miałem na nie wpływu, prawda, tatusiu?
Ginny posłała mężowi spojrzenie, które bardzo wyraźnie mówiło: "Nie podważaj mojego autorytetu!"
- Mama ma rację, zabierz kota i idź go pomęczyć... znaczy, pobawić się z nim w ogrodzie, teraz! - ostatnie słowo wypowiedział w bardzo ojcowskim tonie.
Cóż więc mógł począć młody, kiedy ojciec zaproponował mu tak bajeczny pomysł? Zmarszczył brwi, wziął kota na ręce (po kuchni rozniosło się głośne, przerażone "miau!") i wymaszerował z pomieszczenia. Ginny tylko przerażona spojrzała na męża, lecz nic nie powiedziała.

***

- Koci-koci łapki... - podśpiewywał chłopiec, nie zwracając uwagi na piski i syki ciągniętego za łapy i ogon kota; nucenie było przykrywką, żeby nikt nie wpadł na to, że on obmyśla PLAN. I miał nadzieję, że uda mu się ukryć go przed rodzicami, przynajmniej do czasu, aż będzie gotowy do wprowadzenia go w życie. Wiedział, że do realizacji tego planu potrzebny jest mu Al albo Lily, w każdym razie ktoś, kto się rozryczy, gdy on będzie wprowadzał w życie etap pierwszy. W końcu ktoś musiał zając czymś rodziców, prawda? Wziął małą, żółtą żabkę w dłoń (kot natychmiast uciekł) i niezauważony wszedł do pokoju siostrzyczki. Wyciągnął z kieszeni pudełko z proszkiem wywołującym świąd, który dostał od wujka, posypał nim żabę i schował ją pod kołderkę siostrzyczki (dziewczynka bardzo lubiła urządzać sobie drzemki). Następnie udał się do pokoju Albusa, skąd zabrał jego ulubioną książkę o eliksirach. Ledwo wrócił do ogrodu, gdy jego rodzeństwo zaczęło równocześnie krzyczeć i płakać. Na ustach najbardziej psotnego z latorośli Potterów wykwitł zadowolony uśmieszek. Pobiegł do składzika na miotły, gdzie znajdowały się najciekawsze (czyli, naturalnie, zabronione przez rodziców) przedmioty. Jego uwagę zwrócił jaskrawo świecący napis umieszczony na kartonowym pudelku: "Nie otwierać". Wypowiedział cicho te słowa - brzmiały jak zaproszenie. A jak wiadomo, zakazany owoc smakuje najlepiej i James Potter nie był pod tym względem wyjątkiem. Już otworzył drzwi, już zobaczył miotłę ojca i tajemniczy błysk... gdy poczuł ciężką dłoń na swoim ramieniu, wiedział, że wpadł w jeszcze większe kłopoty.
- Jamesie Potterze - usłyszał za sobą głos przypominający warknięcie, - dlaczego nie zabezpieczyłeś miejsca zbrodni, jak cię uczyłem?!
- Bo jeszcze nie popełniłem zbrodni... - oburzył się chłopiec i oparł o ścianę, gdy zrozumiał: - och, Al! - nawet nie wiesz, jak mnie przestraszyłeś - nabrał powietrza i wypuścił je z głośnym świstem.
- Co kombinujesz, że aż tak cię "przestraszyłem"? - Brat uśmiechnął się, jakby się domyślał. James popatrzył na niego z lekkim wahaniem.
- Ale nie powiesz rodzicom, prawda? - Zrobił wielkie, kocie, błagalne oczy.
- Jeśli przyrzekniesz pod karą próbowania moich eliksirów, mogę postarać się nie wygadać - odpowiedział brat.
- Cóż, gorszy od wujka Neville'a w robieniu ich to ty chyba nie jesteś? - westchnął cierpiętniczo.
- Nie martw się, od niego nikt nie może być gorszy - zaśmiał się Al.
Jamie spojrzał na niego powątpiewająco i chciał przemilczeć nasuwającą się odpowiedź, ale w końcu dodał:
- Chyba, że ty albo tata.
- No! - zgrzytnął zębami - lepiej uważaj na słowa, bo zaraz odczujesz MOJE zdolności w eliksirach na własnej skórze...
- Okej, okej - burknął, a potem się roześmiał: - Skoro tak bardzo prosisz swojego braciszka, to ci pokażę coś, co znalazłem! Tak właściwie najpierw chciałem tylko "pożyczyć" miotłę taty, ale tutaj z pewnością jest coś znacznie ciekawszego! - wskazał na tajemnicze pudełko i po błysku w oczach Albusa rozpoznał, że napis "Nie otwierać" podziałał także na jego wyobraźnię. Ostrożnie uchylili wieczko, i ich oczy rozszerzyły się ze zdumienia - takiego widoku nie spodziewał się żaden z nich.
- Noż ja pie... - zaczął młodszy brat, na co starszy odpowiedział:
- Język, hamuj się!
- Tylko sprawdzałem twój stopień deprawacji - odciął się z wrednym uśmieszkiem Al.
Po tych słowach zamilkli, wpatrując się w dość długi przedmiot o obłych kształtach.
- Wszystko pięknie i zgrabnie, ale... James, co zamierzasz z tym zrobić? - Zmartwił się Al.

***
Tymczasem Harry ratował córkę i zamartwiał się swoim problemem. Żeby chociaż jeszcze Ginny potrafiła go zrozumieć, ale nie, jego ukochaną żonę nie obchodziło nic, poza ciastem i dziećmi. I czwartkowym seksem o czwartej nad ranem... Czasami tak bardzo przypominała własną matkę, że mężczyzna był tym przerażony. Wolał nie myśleć o Molly przywiązanej do łóżka i... (stop!) przecież to ta kobieta była jego problemem! Zamknął oczy, myślami powracając do rozmowy sprzed dwóch tygodni.

- I zrobiłam projekt mundurów dla twoich pracowników - powiedziała Molly, pokazując mu różowy, moherowy sweter z niebieskim, połyskującym napisem "Auror". Harry, spoglądając to na wdzianko, to na szczerą, uśmiechniętą twarz kobiety, gorączkowo zastanawiał się, jak jej powiedzieć że wolałby...nieco inny wzór.
- Tak, mamo, jest wspaniały! - przytaknęła Ginny, ściskając mocno starszą kobietę.
Harry nagle poczuł, że zaczyna boleć go głowa. Złapał się za skroń, kiedy nagle usłyszał donośny huk dobiegający z ogrodu.
- Gnomy, gnomy atakują! - dobiegł ich krzyk bliźniaków, biegnących w stronę domu: - GNOMY! RATUJ SIĘ, KTO MOŻE! Do środka wbiegł zdyszany George, jego wzrok padł na różowy strój, a usta wykrzywił złośliwy uśmiech.
- Jaki piękny sweter! Cudo normalnie. Jestem pewien, Harry, że twoi współpracownicy z ministerstwa będą nim zachwyceni - powiedział, ignorując wściekłe spojrzenie szwagra.
O ile wcześniej Molly promieniała szczęściem, słysząc słowa synów, tak pełne szczerego, zdawałoby się, zachwytu wydała z siebie entuzjastyczny pisk.
Chwilę później do pomieszczania wpadł syn Georga i dobrze rozszyfrowując minę ojca powiedział:
- Babciu, ja też chcę taki fajowski sweter!
Harry dyskretnie rozejrzał się za czymś ciężkim, czymś, co mogłoby narobić dużo hałasu. Albo za czymś, czym mógłby kogoś walnąć.
- Właściwie to myślałem o czymś mniej - "paskudnym" powiedział w myślach, a na głos dodał: - rzucającym się w oczy.
- Oczywiście, przy tajnych akcjach musicie zapewne ubierać się bardziej dyskretnie, ale na co dzień stróże prawa powinni być widoczni, nie sądzisz, mój drogi? Widzę, że się ze mną zgadzasz - zakończyła rozmowę. Gryfon tylko ciężko westchnął, stwierdzając, że jakikolwiek sprzeciw tylko pogorszy sprawę.

Harry pocałował w główkę Lily, która przestała płakać i udał się z nią do kuchni, głaszcząc jej rude loczki.
- Tatusiu - mała siąknęła nosem - a pójdziemy do cioci Hermiony i wujka Rona?
- Możesz mi wierzyć, moja kochana, że wujek z ciocią są bardzo zajęci... - Spojrzał małej w oczka, śmiejąc się i gilgocząc lekko, a potem dodał: - W tej chwili prawdopodobnie szukają Ciasteczkowego Potwora, który zjadł wszystkie słodycze ze słoika.
W ten oto sprytny sposób odwrócił uwagę dziewczynki od wizyty u ludzi, których raczej nie miał ochoty teraz oglądać. Ostatnio nie dogadywał się najlepiej ze swoimi starymi przyjaciółmi i choć go to bolało, postanowił ograniczyć kontakty z nimi do niezbędnego minimum. Nie chciał na razie zastanawiać się nad powodem nagłego oziębienia ich relacji - na chwile obecną liczyła się tylko Lily i nakarmienie jej słodyczami. Jego mała córeczka nie chciała być jednak głaskana, nie chciała siedzieć grzecznie na sofie (mimo że słodycze przyjęła z radością), w jej uroczych oczach kryły się wesołe iskierki, więc Harry zaczął się bać. Dumbledore patrzył na niego w ten sam sposób, gdy szykował jakąś paskudną "niespodziankę"...
Potter zastanawiał się, czy zawsze musi walczyć - najpierw Voldemort, a później Molly w roli projektantki mody, nieczuła na jego cierpienie Ginny i nawet niewinna, mała Lily, gdy ciszę przerwał krzyk jego żony.
- Harry!!! Chodź tu, szybkooooo!!! - wrzask przybierał na sile.
Potter wbiegł do kuchni, w której dziesięciu małych, brodatych, ciemnoskórych elfów tańczyło kankana, zobaczył jeszcze, jak Ginny przeżegnała się lewą ręką, gdy oskarżycielski palec wskazał na niego.
- Możesz mi wytłumaczyć, co to, na gacie Merlina, ma znaczyć? - spytała, najwyraźniej przekonana, że to on zaprosił owych dziwacznych "tancerzy".
Harry natomiast miał innego winnego, więc krzyknął "Jim!!!", zanim zdał sobie sprawę z tego, w jak głupiej sytuacji się znaleźli. Kiedy ów chłopiec przybiegł do ojca, ten nachylił się nad nim i wyszeptał:
- Miałeś z tym poczekać do naszej rocznicy! - i pociągnął go za ucho.
- Tato, ale o co chodzi? - zapytał go najstarszy syn, który nie widział dziwnych stworzeń.
Harry zamrugał niepewnie, mając nadzieję, że Jimmy tylko udaje.
- No jak to... Przecież to twoja sprawka... - wydusił z trudem.
- Jeszcze nic nie zrobiłem - oburzył się James - hej, nie kłamię!
Potter głęboko nabrał powietrza i powoli, ze świstem wypuścił je z płuc.
- Ginny? - zapytał z trwogą, odwracając się do żony.
- H-h-harry - wyjąkała, a oczy rozszerzyły się jej w autentycznym przerażeniu - blizna. Potter przez chwilę poczuł strach - mimo że blizna nie dawała oznak od kilku dobrych lat - teraz najwyraźniej miało się to zmienić.
- Co z nią? - Dotknął z obawą czoła, pocierając znak wnętrzem dłoni.
Gadające głowy
Zanim dodacie temat, przeczytajcie: slash i f-f.
Avatar użytkownika
morgan
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 396
Dołączył(a): 12 maja 2009, 22:59
Lokalizacja: z podświadomości

Re: II Stonoga! (1)

Postprzez Puchacz » 05 wrz 2010, 12:48

Harry Potter był czułym mężem i odpowiedzialnym ojcem, cóż jednak mógł zrobić w obliczu takiego wydarzenia. Wobec niego czuł się totalnie bezradny i jak on będzie potem mógł spojrzeć innym w oczy?! - takie oto myśli chodziły po głowie starszego Pottera. Sprawę pogarszał fakt, ze jego żona wykazywała się totalnym niezrozumieniem, krzątała się właśnie jak zwykle po kuchni, podśpiewując pod nosem. Nawet ich kot łasił się jakby nigdy nic. Miauczał, mruczał, a Harry czuł jak popada w coraz większe zażenowanie.
- Ginny, no proszę cię - powiedział, wycierając spocone dłonie o spodnie.
- Przecież wiesz, że nie mogę! - odparła z uśmiechem.
Potter właśnie miał błagać żonę, aby wpłynęła na Molly, gdy do pokoju wpadł James i wskoczył w ramiona ojca.
- Tata, tato, ja chcę polatać i pójść na lody, odwiedzić babcię, zo... - krzyczał radośnie chłopiec, ale w połowie wyliczanki przerwała mu matka.
- Jim, powiedziałam ci, że jeśli nie przeprosić sąsiadki za ostatni psikus, to nigdzie nie wyjdziesz - rzekła, wymachując chochlą.
- Ale mamo... - Chłopczyk popatrzył na nią błagalnie, jednak matka jak zwykle była niewzruszona.
- Tato... - James postanowił zmienić front - powiedz, że to nie była moja wina, fajerwerki od wujka same poleciały w stronę jej okien, ja nie miałem na nie wpływu, prawda, tatusiu?
Ginny posłała mężowi spojrzenie, które bardzo wyraźnie mówiło: "Nie podważaj mojego autorytetu!"
- Mama ma rację, zabierz kota i idź go pomęczyć... znaczy, pobawić się z nim w ogrodzie, teraz! - ostatnie słowo wypowiedział w bardzo ojcowskim tonie.
Cóż więc mógł począć młody, kiedy ojciec zaproponował mu tak bajeczny pomysł? Zmarszczył brwi, wziął kota na ręce (po kuchni rozniosło się głośne, przerażone "miau!") i wymaszerował z pomieszczenia. Ginny tylko przerażona spojrzała na męża, lecz nic nie powiedziała.

***

- Koci-koci łapki... - podśpiewywał chłopiec, nie zwracając uwagi na piski i syki ciągniętego za łapy i ogon kota; nucenie było przykrywką, żeby nikt nie wpadł na to, że on obmyśla PLAN. I miał nadzieję, że uda mu się ukryć go przed rodzicami, przynajmniej do czasu, aż będzie gotowy do wprowadzenia go w życie. Wiedział, że do realizacji tego planu potrzebny jest mu Al albo Lily, w każdym razie ktoś, kto się rozryczy, gdy on będzie wprowadzał w życie etap pierwszy. W końcu ktoś musiał zając czymś rodziców, prawda? Wziął małą, żółtą żabkę w dłoń (kot natychmiast uciekł) i niezauważony wszedł do pokoju siostrzyczki. Wyciągnął z kieszeni pudełko z proszkiem wywołującym świąd, który dostał od wujka, posypał nim żabę i schował ją pod kołderkę siostrzyczki (dziewczynka bardzo lubiła urządzać sobie drzemki). Następnie udał się do pokoju Albusa, skąd zabrał jego ulubioną książkę o eliksirach. Ledwo wrócił do ogrodu, gdy jego rodzeństwo zaczęło równocześnie krzyczeć i płakać. Na ustach najbardziej psotnego z latorośli Potterów wykwitł zadowolony uśmieszek. Pobiegł do składzika na miotły, gdzie znajdowały się najciekawsze (czyli, naturalnie, zabronione przez rodziców) przedmioty. Jego uwagę zwrócił jaskrawo świecący napis umieszczony na kartonowym pudelku: "Nie otwierać". Wypowiedział cicho te słowa - brzmiały jak zaproszenie. A jak wiadomo, zakazany owoc smakuje najlepiej i James Potter nie był pod tym względem wyjątkiem. Już otworzył drzwi, już zobaczył miotłę ojca i tajemniczy błysk... gdy poczuł ciężką dłoń na swoim ramieniu, wiedział, że wpadł w jeszcze większe kłopoty.
- Jamesie Potterze - usłyszał za sobą głos przypominający warknięcie, - dlaczego nie zabezpieczyłeś miejsca zbrodni, jak cię uczyłem?!
- Bo jeszcze nie popełniłem zbrodni... - oburzył się chłopiec i oparł o ścianę, gdy zrozumiał: - och, Al! - nawet nie wiesz, jak mnie przestraszyłeś - nabrał powietrza i wypuścił je z głośnym świstem.
- Co kombinujesz, że aż tak cię "przestraszyłem"? - Brat uśmiechnął się, jakby się domyślał. James popatrzył na niego z lekkim wahaniem.
- Ale nie powiesz rodzicom, prawda? - Zrobił wielkie, kocie, błagalne oczy.
- Jeśli przyrzekniesz pod karą próbowania moich eliksirów, mogę postarać się nie wygadać - odpowiedział brat.
- Cóż, gorszy od wujka Neville'a w robieniu ich to ty chyba nie jesteś? - westchnął cierpiętniczo.
- Nie martw się, od niego nikt nie może być gorszy - zaśmiał się Al.
Jamie spojrzał na niego powątpiewająco i chciał przemilczeć nasuwającą się odpowiedź, ale w końcu dodał:
- Chyba, że ty albo tata.
- No! - zgrzytnął zębami - lepiej uważaj na słowa, bo zaraz odczujesz MOJE zdolności w eliksirach na własnej skórze...
- Okej, okej - burknął, a potem się roześmiał: - Skoro tak bardzo prosisz swojego braciszka, to ci pokażę coś, co znalazłem! Tak właściwie najpierw chciałem tylko "pożyczyć" miotłę taty, ale tutaj z pewnością jest coś znacznie ciekawszego! - wskazał na tajemnicze pudełko i po błysku w oczach Albusa rozpoznał, że napis "Nie otwierać" podziałał także na jego wyobraźnię. Ostrożnie uchylili wieczko, i ich oczy rozszerzyły się ze zdumienia - takiego widoku nie spodziewał się żaden z nich.
- Noż ja pie... - zaczął młodszy brat, na co starszy odpowiedział:
- Język, hamuj się!
- Tylko sprawdzałem twój stopień deprawacji - odciął się z wrednym uśmieszkiem Al.
Po tych słowach zamilkli, wpatrując się w dość długi przedmiot o obłych kształtach.
- Wszystko pięknie i zgrabnie, ale... James, co zamierzasz z tym zrobić? - Zmartwił się Al.

***
Tymczasem Harry ratował córkę i zamartwiał się swoim problemem. Żeby chociaż jeszcze Ginny potrafiła go zrozumieć, ale nie, jego ukochaną żonę nie obchodziło nic, poza ciastem i dziećmi. I czwartkowym seksem o czwartej nad ranem... Czasami tak bardzo przypominała własną matkę, że mężczyzna był tym przerażony. Wolał nie myśleć o Molly przywiązanej do łóżka i... (stop!) przecież to ta kobieta była jego problemem! Zamknął oczy, myślami powracając do rozmowy sprzed dwóch tygodni.

- I zrobiłam projekt mundurów dla twoich pracowników - powiedziała Molly, pokazując mu różowy, moherowy sweter z niebieskim, połyskującym napisem "Auror". Harry, spoglądając to na wdzianko, to na szczerą, uśmiechniętą twarz kobiety, gorączkowo zastanawiał się, jak jej powiedzieć że wolałby...nieco inny wzór.
- Tak, mamo, jest wspaniały! - przytaknęła Ginny, ściskając mocno starszą kobietę.
Harry nagle poczuł, że zaczyna boleć go głowa. Złapał się za skroń, kiedy nagle usłyszał donośny huk dobiegający z ogrodu.
- Gnomy, gnomy atakują! - dobiegł ich krzyk bliźniaków, biegnących w stronę domu: - GNOMY! RATUJ SIĘ, KTO MOŻE! Do środka wbiegł zdyszany George, jego wzrok padł na różowy strój, a usta wykrzywił złośliwy uśmiech.
- Jaki piękny sweter! Cudo normalnie. Jestem pewien, Harry, że twoi współpracownicy z ministerstwa będą nim zachwyceni - powiedział, ignorując wściekłe spojrzenie szwagra.
O ile wcześniej Molly promieniała szczęściem, słysząc słowa synów, tak pełne szczerego, zdawałoby się, zachwytu wydała z siebie entuzjastyczny pisk.
Chwilę później do pomieszczania wpadł syn Georga i dobrze rozszyfrowując minę ojca powiedział:
- Babciu, ja też chcę taki fajowski sweter!
Harry dyskretnie rozejrzał się za czymś ciężkim, czymś, co mogłoby narobić dużo hałasu. Albo za czymś, czym mógłby kogoś walnąć.
- Właściwie to myślałem o czymś mniej - "paskudnym" powiedział w myślach, a na głos dodał: - rzucającym się w oczy.
- Oczywiście, przy tajnych akcjach musicie zapewne ubierać się bardziej dyskretnie, ale na co dzień stróże prawa powinni być widoczni, nie sądzisz, mój drogi? Widzę, że się ze mną zgadzasz - zakończyła rozmowę. Gryfon tylko ciężko westchnął, stwierdzając, że jakikolwiek sprzeciw tylko pogorszy sprawę.

Harry pocałował w główkę Lily, która przestała płakać i udał się z nią do kuchni, głaszcząc jej rude loczki.
- Tatusiu - mała siąknęła nosem - a pójdziemy do cioci Hermiony i wujka Rona?
- Możesz mi wierzyć, moja kochana, że wujek z ciocią są bardzo zajęci... - Spojrzał małej w oczka, śmiejąc się i gilgocząc lekko, a potem dodał: - W tej chwili prawdopodobnie szukają Ciasteczkowego Potwora, który zjadł wszystkie słodycze ze słoika.
W ten oto sprytny sposób odwrócił uwagę dziewczynki od wizyty u ludzi, których raczej nie miał ochoty teraz oglądać. Ostatnio nie dogadywał się najlepiej ze swoimi starymi przyjaciółmi i choć go to bolało, postanowił ograniczyć kontakty z nimi do niezbędnego minimum. Nie chciał na razie zastanawiać się nad powodem nagłego oziębienia ich relacji - na chwile obecną liczyła się tylko Lily i nakarmienie jej słodyczami. Jego mała córeczka nie chciała być jednak głaskana, nie chciała siedzieć grzecznie na sofie (mimo że słodycze przyjęła z radością), w jej uroczych oczach kryły się wesołe iskierki, więc Harry zaczął się bać. Dumbledore patrzył na niego w ten sam sposób, gdy szykował jakąś paskudną "niespodziankę"...
Potter zastanawiał się, czy zawsze musi walczyć - najpierw Voldemort, a później Molly w roli projektantki mody, nieczuła na jego cierpienie Ginny i nawet niewinna, mała Lily, gdy ciszę przerwał krzyk jego żony.
- Harry!!! Chodź tu, szybkooooo!!! - wrzask przybierał na sile.
Potter wbiegł do kuchni, w której dziesięciu małych, brodatych, ciemnoskórych elfów tańczyło kankana, zobaczył jeszcze, jak Ginny przeżegnała się lewą ręką, gdy oskarżycielski palec wskazał na niego.
- Możesz mi wytłumaczyć, co to, na gacie Merlina, ma znaczyć? - spytała, najwyraźniej przekonana, że to on zaprosił owych dziwacznych "tancerzy".
Harry natomiast miał innego winnego, więc krzyknął "Jim!!!", zanim zdał sobie sprawę z tego, w jak głupiej sytuacji się znaleźli. Kiedy ów chłopiec przybiegł do ojca, ten nachylił się nad nim i wyszeptał:
- Miałeś z tym poczekać do naszej rocznicy! - i pociągnął go za ucho.
- Tato, ale o co chodzi? - zapytał go najstarszy syn, który nie widział dziwnych stworzeń.
Harry zamrugał niepewnie, mając nadzieję, że Jimmy tylko udaje.
- No jak to... Przecież to twoja sprawka... - wydusił z trudem.
- Jeszcze nic nie zrobiłem - oburzył się James - hej, nie kłamię!
Potter głęboko nabrał powietrza i powoli, ze świstem wypuścił je z płuc.
- Ginny? - zapytał z trwogą, odwracając się do żony.
- H-h-harry - wyjąkała, a oczy rozszerzyły się jej w autentycznym przerażeniu - blizna. Potter przez chwilę poczuł strach - mimo że blizna nie dawała oznak od kilku dobrych lat - teraz najwyraźniej miało się to zmienić.
- Co z nią? - Dotknął z obawą czoła, pocierając znak wnętrzem dłoni. Wtedy to wyczuł - blizna w kształcie błyskawicy rozszerzyła i wydłużyła się.
Obrazek

Podążaj za białym królikiem.
Modzi widzą przez peleryny niewidki.


Pusia lubiła swój zielony balonik...!
Avatar użytkownika
Puchacz
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 861
Dołączył(a): 11 kwi 2009, 23:05

Re: II Stonoga! (1)

Postprzez Draconia Maleficia » 05 wrz 2010, 13:25

Harry Potter był czułym mężem i odpowiedzialnym ojcem, cóż jednak mógł zrobić w obliczu takiego wydarzenia. Wobec niego czuł się totalnie bezradny i jak on będzie potem mógł spojrzeć innym w oczy?! - takie oto myśli chodziły po głowie starszego Pottera. Sprawę pogarszał fakt, ze jego żona wykazywała się totalnym niezrozumieniem, krzątała się właśnie jak zwykle po kuchni, podśpiewując pod nosem. Nawet ich kot łasił się jakby nigdy nic. Miauczał, mruczał, a Harry czuł jak popada w coraz większe zażenowanie.
- Ginny, no proszę cię - powiedział, wycierając spocone dłonie o spodnie.
- Przecież wiesz, że nie mogę! - odparła z uśmiechem.
Potter właśnie miał błagać żonę, aby wpłynęła na Molly, gdy do pokoju wpadł James i wskoczył w ramiona ojca.
- Tata, tato, ja chcę polatać i pójść na lody, odwiedzić babcię, zo... - krzyczał radośnie chłopiec, ale w połowie wyliczanki przerwała mu matka.
- Jim, powiedziałam ci, że jeśli nie przeprosić sąsiadki za ostatni psikus, to nigdzie nie wyjdziesz - rzekła, wymachując chochlą.
- Ale mamo... - Chłopczyk popatrzył na nią błagalnie, jednak matka jak zwykle była niewzruszona.
- Tato... - James postanowił zmienić front - powiedz, że to nie była moja wina, fajerwerki od wujka same poleciały w stronę jej okien, ja nie miałem na nie wpływu, prawda, tatusiu?
Ginny posłała mężowi spojrzenie, które bardzo wyraźnie mówiło: "Nie podważaj mojego autorytetu!"
- Mama ma rację, zabierz kota i idź go pomęczyć... znaczy, pobawić się z nim w ogrodzie, teraz! - ostatnie słowo wypowiedział w bardzo ojcowskim tonie.
Cóż więc mógł począć młody, kiedy ojciec zaproponował mu tak bajeczny pomysł? Zmarszczył brwi, wziął kota na ręce (po kuchni rozniosło się głośne, przerażone "miau!") i wymaszerował z pomieszczenia. Ginny tylko przerażona spojrzała na męża, lecz nic nie powiedziała.

***

- Koci-koci łapki... - podśpiewywał chłopiec, nie zwracając uwagi na piski i syki ciągniętego za łapy i ogon kota; nucenie było przykrywką, żeby nikt nie wpadł na to, że on obmyśla PLAN. I miał nadzieję, że uda mu się ukryć go przed rodzicami, przynajmniej do czasu, aż będzie gotowy do wprowadzenia go w życie. Wiedział, że do realizacji tego planu potrzebny jest mu Al albo Lily, w każdym razie ktoś, kto się rozryczy, gdy on będzie wprowadzał w życie etap pierwszy. W końcu ktoś musiał zając czymś rodziców, prawda? Wziął małą, żółtą żabkę w dłoń (kot natychmiast uciekł) i niezauważony wszedł do pokoju siostrzyczki. Wyciągnął z kieszeni pudełko z proszkiem wywołującym świąd, który dostał od wujka, posypał nim żabę i schował ją pod kołderkę siostrzyczki (dziewczynka bardzo lubiła urządzać sobie drzemki). Następnie udał się do pokoju Albusa, skąd zabrał jego ulubioną książkę o eliksirach. Ledwo wrócił do ogrodu, gdy jego rodzeństwo zaczęło równocześnie krzyczeć i płakać. Na ustach najbardziej psotnego z latorośli Potterów wykwitł zadowolony uśmieszek. Pobiegł do składzika na miotły, gdzie znajdowały się najciekawsze (czyli, naturalnie, zabronione przez rodziców) przedmioty. Jego uwagę zwrócił jaskrawo świecący napis umieszczony na kartonowym pudelku: "Nie otwierać". Wypowiedział cicho te słowa - brzmiały jak zaproszenie. A jak wiadomo, zakazany owoc smakuje najlepiej i James Potter nie był pod tym względem wyjątkiem. Już otworzył drzwi, już zobaczył miotłę ojca i tajemniczy błysk... gdy poczuł ciężką dłoń na swoim ramieniu, wiedział, że wpadł w jeszcze większe kłopoty.
- Jamesie Potterze - usłyszał za sobą głos przypominający warknięcie, - dlaczego nie zabezpieczyłeś miejsca zbrodni, jak cię uczyłem?!
- Bo jeszcze nie popełniłem zbrodni... - oburzył się chłopiec i oparł o ścianę, gdy zrozumiał: - och, Al! - nawet nie wiesz, jak mnie przestraszyłeś - nabrał powietrza i wypuścił je z głośnym świstem.
- Co kombinujesz, że aż tak cię "przestraszyłem"? - Brat uśmiechnął się, jakby się domyślał. James popatrzył na niego z lekkim wahaniem.
- Ale nie powiesz rodzicom, prawda? - Zrobił wielkie, kocie, błagalne oczy.
- Jeśli przyrzekniesz pod karą próbowania moich eliksirów, mogę postarać się nie wygadać - odpowiedział brat.
- Cóż, gorszy od wujka Neville'a w robieniu ich to ty chyba nie jesteś? - westchnął cierpiętniczo.
- Nie martw się, od niego nikt nie może być gorszy - zaśmiał się Al.
Jamie spojrzał na niego powątpiewająco i chciał przemilczeć nasuwającą się odpowiedź, ale w końcu dodał:
- Chyba, że ty albo tata.
- No! - zgrzytnął zębami - lepiej uważaj na słowa, bo zaraz odczujesz MOJE zdolności w eliksirach na własnej skórze...
- Okej, okej - burknął, a potem się roześmiał: - Skoro tak bardzo prosisz swojego braciszka, to ci pokażę coś, co znalazłem! Tak właściwie najpierw chciałem tylko "pożyczyć" miotłę taty, ale tutaj z pewnością jest coś znacznie ciekawszego! - wskazał na tajemnicze pudełko i po błysku w oczach Albusa rozpoznał, że napis "Nie otwierać" podziałał także na jego wyobraźnię. Ostrożnie uchylili wieczko, i ich oczy rozszerzyły się ze zdumienia - takiego widoku nie spodziewał się żaden z nich.
- Noż ja pie... - zaczął młodszy brat, na co starszy odpowiedział:
- Język, hamuj się!
- Tylko sprawdzałem twój stopień deprawacji - odciął się z wrednym uśmieszkiem Al.
Po tych słowach zamilkli, wpatrując się w dość długi przedmiot o obłych kształtach.
- Wszystko pięknie i zgrabnie, ale... James, co zamierzasz z tym zrobić? - Zmartwił się Al.

***
Tymczasem Harry ratował córkę i zamartwiał się swoim problemem. Żeby chociaż jeszcze Ginny potrafiła go zrozumieć, ale nie, jego ukochaną żonę nie obchodziło nic, poza ciastem i dziećmi. I czwartkowym seksem o czwartej nad ranem... Czasami tak bardzo przypominała własną matkę, że mężczyzna był tym przerażony. Wolał nie myśleć o Molly przywiązanej do łóżka i... (stop!) przecież to ta kobieta była jego problemem! Zamknął oczy, myślami powracając do rozmowy sprzed dwóch tygodni.

- I zrobiłam projekt mundurów dla twoich pracowników - powiedziała Molly, pokazując mu różowy, moherowy sweter z niebieskim, połyskującym napisem "Auror". Harry, spoglądając to na wdzianko, to na szczerą, uśmiechniętą twarz kobiety, gorączkowo zastanawiał się, jak jej powiedzieć że wolałby...nieco inny wzór.
- Tak, mamo, jest wspaniały! - przytaknęła Ginny, ściskając mocno starszą kobietę.
Harry nagle poczuł, że zaczyna boleć go głowa. Złapał się za skroń, kiedy nagle usłyszał donośny huk dobiegający z ogrodu.
- Gnomy, gnomy atakują! - dobiegł ich krzyk bliźniaków, biegnących w stronę domu: - GNOMY! RATUJ SIĘ, KTO MOŻE! Do środka wbiegł zdyszany George, jego wzrok padł na różowy strój, a usta wykrzywił złośliwy uśmiech.
- Jaki piękny sweter! Cudo normalnie. Jestem pewien, Harry, że twoi współpracownicy z ministerstwa będą nim zachwyceni - powiedział, ignorując wściekłe spojrzenie szwagra.
O ile wcześniej Molly promieniała szczęściem, słysząc słowa synów, tak pełne szczerego, zdawałoby się, zachwytu wydała z siebie entuzjastyczny pisk.
Chwilę później do pomieszczania wpadł syn Georga i dobrze rozszyfrowując minę ojca powiedział:
- Babciu, ja też chcę taki fajowski sweter!
Harry dyskretnie rozejrzał się za czymś ciężkim, czymś, co mogłoby narobić dużo hałasu. Albo za czymś, czym mógłby kogoś walnąć.
- Właściwie to myślałem o czymś mniej - "paskudnym" powiedział w myślach, a na głos dodał: - rzucającym się w oczy.
- Oczywiście, przy tajnych akcjach musicie zapewne ubierać się bardziej dyskretnie, ale na co dzień stróże prawa powinni być widoczni, nie sądzisz, mój drogi? Widzę, że się ze mną zgadzasz - zakończyła rozmowę. Gryfon tylko ciężko westchnął, stwierdzając, że jakikolwiek sprzeciw tylko pogorszy sprawę.

Harry pocałował w główkę Lily, która przestała płakać i udał się z nią do kuchni, głaszcząc jej rude loczki.
- Tatusiu - mała siąknęła nosem - a pójdziemy do cioci Hermiony i wujka Rona?
- Możesz mi wierzyć, moja kochana, że wujek z ciocią są bardzo zajęci... - Spojrzał małej w oczka, śmiejąc się i gilgocząc lekko, a potem dodał: - W tej chwili prawdopodobnie szukają Ciasteczkowego Potwora, który zjadł wszystkie słodycze ze słoika.
W ten oto sprytny sposób odwrócił uwagę dziewczynki od wizyty u ludzi, których raczej nie miał ochoty teraz oglądać. Ostatnio nie dogadywał się najlepiej ze swoimi starymi przyjaciółmi i choć go to bolało, postanowił ograniczyć kontakty z nimi do niezbędnego minimum. Nie chciał na razie zastanawiać się nad powodem nagłego oziębienia ich relacji - na chwile obecną liczyła się tylko Lily i nakarmienie jej słodyczami. Jego mała córeczka nie chciała być jednak głaskana, nie chciała siedzieć grzecznie na sofie (mimo że słodycze przyjęła z radością), w jej uroczych oczach kryły się wesołe iskierki, więc Harry zaczął się bać. Dumbledore patrzył na niego w ten sam sposób, gdy szykował jakąś paskudną "niespodziankę"...
Potter zastanawiał się, czy zawsze musi walczyć - najpierw Voldemort, a później Molly w roli projektantki mody, nieczuła na jego cierpienie Ginny i nawet niewinna, mała Lily, gdy ciszę przerwał krzyk jego żony.
- Harry!!! Chodź tu, szybkooooo!!! - wrzask przybierał na sile.
Potter wbiegł do kuchni, w której dziesięciu małych, brodatych, ciemnoskórych elfów tańczyło kankana, zobaczył jeszcze, jak Ginny przeżegnała się lewą ręką, gdy oskarżycielski palec wskazał na niego.
- Możesz mi wytłumaczyć, co to, na gacie Merlina, ma znaczyć? - spytała, najwyraźniej przekonana, że to on zaprosił owych dziwacznych "tancerzy".
Harry natomiast miał innego winnego, więc krzyknął "Jim!!!", zanim zdał sobie sprawę z tego, w jak głupiej sytuacji się znaleźli. Kiedy ów chłopiec przybiegł do ojca, ten nachylił się nad nim i wyszeptał:
- Miałeś z tym poczekać do naszej rocznicy! - i pociągnął go za ucho.
- Tato, ale o co chodzi? - zapytał go najstarszy syn, który nie widział dziwnych stworzeń.
Harry zamrugał niepewnie, mając nadzieję, że Jimmy tylko udaje.
- No jak to... Przecież to twoja sprawka... - wydusił z trudem.
- Jeszcze nic nie zrobiłem - oburzył się James - hej, nie kłamię!
Potter głęboko nabrał powietrza i powoli, ze świstem wypuścił je z płuc.
- Ginny? - zapytał z trwogą, odwracając się do żony.
- H-h-harry - wyjąkała, a oczy rozszerzyły się jej w autentycznym przerażeniu - blizna. Potter przez chwilę poczuł strach - mimo że blizna nie dawała oznak od kilku dobrych lat - teraz najwyraźniej miało się to zmienić.
- Co z nią? - Dotknął z obawą czoła, pocierając znak wnętrzem dłoni. Wtedy to wyczuł - blizna w kształcie błyskawicy rozszerzyła i wydłużyła się.
- Czy on... - zająknęła się - ... znowu się odrodził?
Draconia Maleficia
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 386
Dołączył(a): 08 mar 2010, 00:59
Lokalizacja: Józefów

Re: II Stonoga! (1)

Postprzez Puchacz » 17 wrz 2010, 23:34

Harry Potter był czułym mężem i odpowiedzialnym ojcem, cóż jednak mógł zrobić w obliczu takiego wydarzenia. Wobec niego czuł się totalnie bezradny i jak on będzie potem mógł spojrzeć innym w oczy?! - takie oto myśli chodziły po głowie starszego Pottera. Sprawę pogarszał fakt, ze jego żona wykazywała się totalnym niezrozumieniem, krzątała się właśnie jak zwykle po kuchni, podśpiewując pod nosem. Nawet ich kot łasił się jakby nigdy nic. Miauczał, mruczał, a Harry czuł jak popada w coraz większe zażenowanie.
- Ginny, no proszę cię - powiedział, wycierając spocone dłonie o spodnie.
- Przecież wiesz, że nie mogę! - odparła z uśmiechem.
Potter właśnie miał błagać żonę, aby wpłynęła na Molly, gdy do pokoju wpadł James i wskoczył w ramiona ojca.
- Tata, tato, ja chcę polatać i pójść na lody, odwiedzić babcię, zo... - krzyczał radośnie chłopiec, ale w połowie wyliczanki przerwała mu matka.
- Jim, powiedziałam ci, że jeśli nie przeprosić sąsiadki za ostatni psikus, to nigdzie nie wyjdziesz - rzekła, wymachując chochlą.
- Ale mamo... - Chłopczyk popatrzył na nią błagalnie, jednak matka jak zwykle była niewzruszona.
- Tato... - James postanowił zmienić front - powiedz, że to nie była moja wina, fajerwerki od wujka same poleciały w stronę jej okien, ja nie miałem na nie wpływu, prawda, tatusiu?
Ginny posłała mężowi spojrzenie, które bardzo wyraźnie mówiło: "Nie podważaj mojego autorytetu!"
- Mama ma rację, zabierz kota i idź go pomęczyć... znaczy, pobawić się z nim w ogrodzie, teraz! - ostatnie słowo wypowiedział w bardzo ojcowskim tonie.
Cóż więc mógł począć młody, kiedy ojciec zaproponował mu tak bajeczny pomysł? Zmarszczył brwi, wziął kota na ręce (po kuchni rozniosło się głośne, przerażone "miau!") i wymaszerował z pomieszczenia. Ginny tylko przerażona spojrzała na męża, lecz nic nie powiedziała.

***

- Koci-koci łapki... - podśpiewywał chłopiec, nie zwracając uwagi na piski i syki ciągniętego za łapy i ogon kota; nucenie było przykrywką, żeby nikt nie wpadł na to, że on obmyśla PLAN. I miał nadzieję, że uda mu się ukryć go przed rodzicami, przynajmniej do czasu, aż będzie gotowy do wprowadzenia go w życie. Wiedział, że do realizacji tego planu potrzebny jest mu Al albo Lily, w każdym razie ktoś, kto się rozryczy, gdy on będzie wprowadzał w życie etap pierwszy. W końcu ktoś musiał zając czymś rodziców, prawda? Wziął małą, żółtą żabkę w dłoń (kot natychmiast uciekł) i niezauważony wszedł do pokoju siostrzyczki. Wyciągnął z kieszeni pudełko z proszkiem wywołującym świąd, który dostał od wujka, posypał nim żabę i schował ją pod kołderkę siostrzyczki (dziewczynka bardzo lubiła urządzać sobie drzemki). Następnie udał się do pokoju Albusa, skąd zabrał jego ulubioną książkę o eliksirach. Ledwo wrócił do ogrodu, gdy jego rodzeństwo zaczęło równocześnie krzyczeć i płakać. Na ustach najbardziej psotnego z latorośli Potterów wykwitł zadowolony uśmieszek. Pobiegł do składzika na miotły, gdzie znajdowały się najciekawsze (czyli, naturalnie, zabronione przez rodziców) przedmioty. Jego uwagę zwrócił jaskrawo świecący napis umieszczony na kartonowym pudelku: "Nie otwierać". Wypowiedział cicho te słowa - brzmiały jak zaproszenie. A jak wiadomo, zakazany owoc smakuje najlepiej i James Potter nie był pod tym względem wyjątkiem. Już otworzył drzwi, już zobaczył miotłę ojca i tajemniczy błysk... gdy poczuł ciężką dłoń na swoim ramieniu, wiedział, że wpadł w jeszcze większe kłopoty.
- Jamesie Potterze - usłyszał za sobą głos przypominający warknięcie, - dlaczego nie zabezpieczyłeś miejsca zbrodni, jak cię uczyłem?!
- Bo jeszcze nie popełniłem zbrodni... - oburzył się chłopiec i oparł o ścianę, gdy zrozumiał: - och, Al! - nawet nie wiesz, jak mnie przestraszyłeś - nabrał powietrza i wypuścił je z głośnym świstem.
- Co kombinujesz, że aż tak cię "przestraszyłem"? - Brat uśmiechnął się, jakby się domyślał. James popatrzył na niego z lekkim wahaniem.
- Ale nie powiesz rodzicom, prawda? - Zrobił wielkie, kocie, błagalne oczy.
- Jeśli przyrzekniesz pod karą próbowania moich eliksirów, mogę postarać się nie wygadać - odpowiedział brat.
- Cóż, gorszy od wujka Neville'a w robieniu ich to ty chyba nie jesteś? - westchnął cierpiętniczo.
- Nie martw się, od niego nikt nie może być gorszy - zaśmiał się Al.
Jamie spojrzał na niego powątpiewająco i chciał przemilczeć nasuwającą się odpowiedź, ale w końcu dodał:
- Chyba, że ty albo tata.
- No! - zgrzytnął zębami - lepiej uważaj na słowa, bo zaraz odczujesz MOJE zdolności w eliksirach na własnej skórze...
- Okej, okej - burknął, a potem się roześmiał: - Skoro tak bardzo prosisz swojego braciszka, to ci pokażę coś, co znalazłem! Tak właściwie najpierw chciałem tylko "pożyczyć" miotłę taty, ale tutaj z pewnością jest coś znacznie ciekawszego! - wskazał na tajemnicze pudełko i po błysku w oczach Albusa rozpoznał, że napis "Nie otwierać" podziałał także na jego wyobraźnię. Ostrożnie uchylili wieczko, i ich oczy rozszerzyły się ze zdumienia - takiego widoku nie spodziewał się żaden z nich.
- Noż ja pie... - zaczął młodszy brat, na co starszy odpowiedział:
- Język, hamuj się!
- Tylko sprawdzałem twój stopień deprawacji - odciął się z wrednym uśmieszkiem Al.
Po tych słowach zamilkli, wpatrując się w dość długi przedmiot o obłych kształtach.
- Wszystko pięknie i zgrabnie, ale... James, co zamierzasz z tym zrobić? - Zmartwił się Al.

***
Tymczasem Harry ratował córkę i zamartwiał się swoim problemem. Żeby chociaż jeszcze Ginny potrafiła go zrozumieć, ale nie, jego ukochaną żonę nie obchodziło nic, poza ciastem i dziećmi. I czwartkowym seksem o czwartej nad ranem... Czasami tak bardzo przypominała własną matkę, że mężczyzna był tym przerażony. Wolał nie myśleć o Molly przywiązanej do łóżka i... (stop!) przecież to ta kobieta była jego problemem! Zamknął oczy, myślami powracając do rozmowy sprzed dwóch tygodni.

- I zrobiłam projekt mundurów dla twoich pracowników - powiedziała Molly, pokazując mu różowy, moherowy sweter z niebieskim, połyskującym napisem "Auror". Harry, spoglądając to na wdzianko, to na szczerą, uśmiechniętą twarz kobiety, gorączkowo zastanawiał się, jak jej powiedzieć że wolałby...nieco inny wzór.
- Tak, mamo, jest wspaniały! - przytaknęła Ginny, ściskając mocno starszą kobietę.
Harry nagle poczuł, że zaczyna boleć go głowa. Złapał się za skroń, kiedy nagle usłyszał donośny huk dobiegający z ogrodu.
- Gnomy, gnomy atakują! - dobiegł ich krzyk bliźniaków, biegnących w stronę domu: - GNOMY! RATUJ SIĘ, KTO MOŻE! Do środka wbiegł zdyszany George, jego wzrok padł na różowy strój, a usta wykrzywił złośliwy uśmiech.
- Jaki piękny sweter! Cudo normalnie. Jestem pewien, Harry, że twoi współpracownicy z ministerstwa będą nim zachwyceni - powiedział, ignorując wściekłe spojrzenie szwagra.
O ile wcześniej Molly promieniała szczęściem, słysząc słowa synów, tak pełne szczerego, zdawałoby się, zachwytu wydała z siebie entuzjastyczny pisk.
Chwilę później do pomieszczania wpadł syn Georga i dobrze rozszyfrowując minę ojca powiedział:
- Babciu, ja też chcę taki fajowski sweter!
Harry dyskretnie rozejrzał się za czymś ciężkim, czymś, co mogłoby narobić dużo hałasu. Albo za czymś, czym mógłby kogoś walnąć.
- Właściwie to myślałem o czymś mniej - "paskudnym" powiedział w myślach, a na głos dodał: - rzucającym się w oczy.
- Oczywiście, przy tajnych akcjach musicie zapewne ubierać się bardziej dyskretnie, ale na co dzień stróże prawa powinni być widoczni, nie sądzisz, mój drogi? Widzę, że się ze mną zgadzasz - zakończyła rozmowę. Gryfon tylko ciężko westchnął, stwierdzając, że jakikolwiek sprzeciw tylko pogorszy sprawę.

Harry pocałował w główkę Lily, która przestała płakać i udał się z nią do kuchni, głaszcząc jej rude loczki.
- Tatusiu - mała siąknęła nosem - a pójdziemy do cioci Hermiony i wujka Rona?
- Możesz mi wierzyć, moja kochana, że wujek z ciocią są bardzo zajęci... - Spojrzał małej w oczka, śmiejąc się i gilgocząc lekko, a potem dodał: - W tej chwili prawdopodobnie szukają Ciasteczkowego Potwora, który zjadł wszystkie słodycze ze słoika.
W ten oto sprytny sposób odwrócił uwagę dziewczynki od wizyty u ludzi, których raczej nie miał ochoty teraz oglądać. Ostatnio nie dogadywał się najlepiej ze swoimi starymi przyjaciółmi i choć go to bolało, postanowił ograniczyć kontakty z nimi do niezbędnego minimum. Nie chciał na razie zastanawiać się nad powodem nagłego oziębienia ich relacji - na chwile obecną liczyła się tylko Lily i nakarmienie jej słodyczami. Jego mała córeczka nie chciała być jednak głaskana, nie chciała siedzieć grzecznie na sofie (mimo że słodycze przyjęła z radością), w jej uroczych oczach kryły się wesołe iskierki, więc Harry zaczął się bać. Dumbledore patrzył na niego w ten sam sposób, gdy szykował jakąś paskudną "niespodziankę"...
Potter zastanawiał się, czy zawsze musi walczyć - najpierw Voldemort, a później Molly w roli projektantki mody, nieczuła na jego cierpienie Ginny i nawet niewinna, mała Lily, gdy ciszę przerwał krzyk jego żony.
- Harry!!! Chodź tu, szybkooooo!!! - wrzask przybierał na sile.
Potter wbiegł do kuchni, w której dziesięciu małych, brodatych, ciemnoskórych elfów tańczyło kankana, zobaczył jeszcze, jak Ginny przeżegnała się lewą ręką, gdy oskarżycielski palec wskazał na niego.
- Możesz mi wytłumaczyć, co to, na gacie Merlina, ma znaczyć? - spytała, najwyraźniej przekonana, że to on zaprosił owych dziwacznych "tancerzy".
Harry natomiast miał innego winnego, więc krzyknął "Jim!!!", zanim zdał sobie sprawę z tego, w jak głupiej sytuacji się znaleźli. Kiedy ów chłopiec przybiegł do ojca, ten nachylił się nad nim i wyszeptał:
- Miałeś z tym poczekać do naszej rocznicy! - i pociągnął go za ucho.
- Tato, ale o co chodzi? - zapytał go najstarszy syn, który nie widział dziwnych stworzeń.
Harry zamrugał niepewnie, mając nadzieję, że Jimmy tylko udaje.
- No jak to... Przecież to twoja sprawka... - wydusił z trudem.
- Jeszcze nic nie zrobiłem - oburzył się James - hej, nie kłamię!
Potter głęboko nabrał powietrza i powoli, ze świstem wypuścił je z płuc.
- Ginny? - zapytał z trwogą, odwracając się do żony.
- H-h-harry - wyjąkała, a oczy rozszerzyły się jej w autentycznym przerażeniu - blizna. Potter przez chwilę poczuł strach - mimo że blizna nie dawała oznak od kilku dobrych lat - teraz najwyraźniej miało się to zmienić.
- Co z nią? - Dotknął z obawą czoła, pocierając znak wnętrzem dłoni. Wtedy to wyczuł - blizna w kształcie błyskawicy rozszerzyła i wydłużyła się.
- Czy on... - zająknęła się - ... znowu się odrodził?
Harry walczył z samym sobą, rozum mówił mu, że to niemożliwe, aby Tom się odrodził (niby jak?), ale serce... ono czuło wokół coś, co zionie czarną magią.
Obrazek

Podążaj za białym królikiem.
Modzi widzą przez peleryny niewidki.


Pusia lubiła swój zielony balonik...!
Avatar użytkownika
Puchacz
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 861
Dołączył(a): 11 kwi 2009, 23:05

Re: II Stonoga! (1)

Postprzez Draconia Maleficia » 18 wrz 2010, 17:32

Harry Potter był czułym mężem i odpowiedzialnym ojcem, cóż jednak mógł zrobić w obliczu takiego wydarzenia. Wobec niego czuł się totalnie bezradny i jak on będzie potem mógł spojrzeć innym w oczy?! - takie oto myśli chodziły po głowie starszego Pottera. Sprawę pogarszał fakt, ze jego żona wykazywała się totalnym niezrozumieniem, krzątała się właśnie jak zwykle po kuchni, podśpiewując pod nosem. Nawet ich kot łasił się jakby nigdy nic. Miauczał, mruczał, a Harry czuł jak popada w coraz większe zażenowanie.
- Ginny, no proszę cię - powiedział, wycierając spocone dłonie o spodnie.
- Przecież wiesz, że nie mogę! - odparła z uśmiechem.
Potter właśnie miał błagać żonę, aby wpłynęła na Molly, gdy do pokoju wpadł James i wskoczył w ramiona ojca.
- Tata, tato, ja chcę polatać i pójść na lody, odwiedzić babcię, zo... - krzyczał radośnie chłopiec, ale w połowie wyliczanki przerwała mu matka.
- Jim, powiedziałam ci, że jeśli nie przeprosić sąsiadki za ostatni psikus, to nigdzie nie wyjdziesz - rzekła, wymachując chochlą.
- Ale mamo... - Chłopczyk popatrzył na nią błagalnie, jednak matka jak zwykle była niewzruszona.
- Tato... - James postanowił zmienić front - powiedz, że to nie była moja wina, fajerwerki od wujka same poleciały w stronę jej okien, ja nie miałem na nie wpływu, prawda, tatusiu?
Ginny posłała mężowi spojrzenie, które bardzo wyraźnie mówiło: "Nie podważaj mojego autorytetu!"
- Mama ma rację, zabierz kota i idź go pomęczyć... znaczy, pobawić się z nim w ogrodzie, teraz! - ostatnie słowo wypowiedział w bardzo ojcowskim tonie.
Cóż więc mógł począć młody, kiedy ojciec zaproponował mu tak bajeczny pomysł? Zmarszczył brwi, wziął kota na ręce (po kuchni rozniosło się głośne, przerażone "miau!") i wymaszerował z pomieszczenia. Ginny tylko przerażona spojrzała na męża, lecz nic nie powiedziała.

***

- Koci-koci łapki... - podśpiewywał chłopiec, nie zwracając uwagi na piski i syki ciągniętego za łapy i ogon kota; nucenie było przykrywką, żeby nikt nie wpadł na to, że on obmyśla PLAN. I miał nadzieję, że uda mu się ukryć go przed rodzicami, przynajmniej do czasu, aż będzie gotowy do wprowadzenia go w życie. Wiedział, że do realizacji tego planu potrzebny jest mu Al albo Lily, w każdym razie ktoś, kto się rozryczy, gdy on będzie wprowadzał w życie etap pierwszy. W końcu ktoś musiał zając czymś rodziców, prawda? Wziął małą, żółtą żabkę w dłoń (kot natychmiast uciekł) i niezauważony wszedł do pokoju siostrzyczki. Wyciągnął z kieszeni pudełko z proszkiem wywołującym świąd, który dostał od wujka, posypał nim żabę i schował ją pod kołderkę siostrzyczki (dziewczynka bardzo lubiła urządzać sobie drzemki). Następnie udał się do pokoju Albusa, skąd zabrał jego ulubioną książkę o eliksirach. Ledwo wrócił do ogrodu, gdy jego rodzeństwo zaczęło równocześnie krzyczeć i płakać. Na ustach najbardziej psotnego z latorośli Potterów wykwitł zadowolony uśmieszek. Pobiegł do składzika na miotły, gdzie znajdowały się najciekawsze (czyli, naturalnie, zabronione przez rodziców) przedmioty. Jego uwagę zwrócił jaskrawo świecący napis umieszczony na kartonowym pudelku: "Nie otwierać". Wypowiedział cicho te słowa - brzmiały jak zaproszenie. A jak wiadomo, zakazany owoc smakuje najlepiej i James Potter nie był pod tym względem wyjątkiem. Już otworzył drzwi, już zobaczył miotłę ojca i tajemniczy błysk... gdy poczuł ciężką dłoń na swoim ramieniu, wiedział, że wpadł w jeszcze większe kłopoty.
- Jamesie Potterze - usłyszał za sobą głos przypominający warknięcie, - dlaczego nie zabezpieczyłeś miejsca zbrodni, jak cię uczyłem?!
- Bo jeszcze nie popełniłem zbrodni... - oburzył się chłopiec i oparł o ścianę, gdy zrozumiał: - och, Al! - nawet nie wiesz, jak mnie przestraszyłeś - nabrał powietrza i wypuścił je z głośnym świstem.
- Co kombinujesz, że aż tak cię "przestraszyłem"? - Brat uśmiechnął się, jakby się domyślał. James popatrzył na niego z lekkim wahaniem.
- Ale nie powiesz rodzicom, prawda? - Zrobił wielkie, kocie, błagalne oczy.
- Jeśli przyrzekniesz pod karą próbowania moich eliksirów, mogę postarać się nie wygadać - odpowiedział brat.
- Cóż, gorszy od wujka Neville'a w robieniu ich to ty chyba nie jesteś? - westchnął cierpiętniczo.
- Nie martw się, od niego nikt nie może być gorszy - zaśmiał się Al.
Jamie spojrzał na niego powątpiewająco i chciał przemilczeć nasuwającą się odpowiedź, ale w końcu dodał:
- Chyba, że ty albo tata.
- No! - zgrzytnął zębami - lepiej uważaj na słowa, bo zaraz odczujesz MOJE zdolności w eliksirach na własnej skórze...
- Okej, okej - burknął, a potem się roześmiał: - Skoro tak bardzo prosisz swojego braciszka, to ci pokażę coś, co znalazłem! Tak właściwie najpierw chciałem tylko "pożyczyć" miotłę taty, ale tutaj z pewnością jest coś znacznie ciekawszego! - wskazał na tajemnicze pudełko i po błysku w oczach Albusa rozpoznał, że napis "Nie otwierać" podziałał także na jego wyobraźnię. Ostrożnie uchylili wieczko, i ich oczy rozszerzyły się ze zdumienia - takiego widoku nie spodziewał się żaden z nich.
- Noż ja pie... - zaczął młodszy brat, na co starszy odpowiedział:
- Język, hamuj się!
- Tylko sprawdzałem twój stopień deprawacji - odciął się z wrednym uśmieszkiem Al.
Po tych słowach zamilkli, wpatrując się w dość długi przedmiot o obłych kształtach.
- Wszystko pięknie i zgrabnie, ale... James, co zamierzasz z tym zrobić? - Zmartwił się Al.

***
Tymczasem Harry ratował córkę i zamartwiał się swoim problemem. Żeby chociaż jeszcze Ginny potrafiła go zrozumieć, ale nie, jego ukochaną żonę nie obchodziło nic, poza ciastem i dziećmi. I czwartkowym seksem o czwartej nad ranem... Czasami tak bardzo przypominała własną matkę, że mężczyzna był tym przerażony. Wolał nie myśleć o Molly przywiązanej do łóżka i... (stop!) przecież to ta kobieta była jego problemem! Zamknął oczy, myślami powracając do rozmowy sprzed dwóch tygodni.

- I zrobiłam projekt mundurów dla twoich pracowników - powiedziała Molly, pokazując mu różowy, moherowy sweter z niebieskim, połyskującym napisem "Auror". Harry, spoglądając to na wdzianko, to na szczerą, uśmiechniętą twarz kobiety, gorączkowo zastanawiał się, jak jej powiedzieć że wolałby...nieco inny wzór.
- Tak, mamo, jest wspaniały! - przytaknęła Ginny, ściskając mocno starszą kobietę.
Harry nagle poczuł, że zaczyna boleć go głowa. Złapał się za skroń, kiedy nagle usłyszał donośny huk dobiegający z ogrodu.
- Gnomy, gnomy atakują! - dobiegł ich krzyk bliźniaków, biegnących w stronę domu: - GNOMY! RATUJ SIĘ, KTO MOŻE! Do środka wbiegł zdyszany George, jego wzrok padł na różowy strój, a usta wykrzywił złośliwy uśmiech.
- Jaki piękny sweter! Cudo normalnie. Jestem pewien, Harry, że twoi współpracownicy z ministerstwa będą nim zachwyceni - powiedział, ignorując wściekłe spojrzenie szwagra.
O ile wcześniej Molly promieniała szczęściem, słysząc słowa synów, tak pełne szczerego, zdawałoby się, zachwytu wydała z siebie entuzjastyczny pisk.
Chwilę później do pomieszczania wpadł syn Georga i dobrze rozszyfrowując minę ojca powiedział:
- Babciu, ja też chcę taki fajowski sweter!
Harry dyskretnie rozejrzał się za czymś ciężkim, czymś, co mogłoby narobić dużo hałasu. Albo za czymś, czym mógłby kogoś walnąć.
- Właściwie to myślałem o czymś mniej - "paskudnym" powiedział w myślach, a na głos dodał: - rzucającym się w oczy.
- Oczywiście, przy tajnych akcjach musicie zapewne ubierać się bardziej dyskretnie, ale na co dzień stróże prawa powinni być widoczni, nie sądzisz, mój drogi? Widzę, że się ze mną zgadzasz - zakończyła rozmowę. Gryfon tylko ciężko westchnął, stwierdzając, że jakikolwiek sprzeciw tylko pogorszy sprawę.

Harry pocałował w główkę Lily, która przestała płakać i udał się z nią do kuchni, głaszcząc jej rude loczki.
- Tatusiu - mała siąknęła nosem - a pójdziemy do cioci Hermiony i wujka Rona?
- Możesz mi wierzyć, moja kochana, że wujek z ciocią są bardzo zajęci... - Spojrzał małej w oczka, śmiejąc się i gilgocząc lekko, a potem dodał: - W tej chwili prawdopodobnie szukają Ciasteczkowego Potwora, który zjadł wszystkie słodycze ze słoika.
W ten oto sprytny sposób odwrócił uwagę dziewczynki od wizyty u ludzi, których raczej nie miał ochoty teraz oglądać. Ostatnio nie dogadywał się najlepiej ze swoimi starymi przyjaciółmi i choć go to bolało, postanowił ograniczyć kontakty z nimi do niezbędnego minimum. Nie chciał na razie zastanawiać się nad powodem nagłego oziębienia ich relacji - na chwile obecną liczyła się tylko Lily i nakarmienie jej słodyczami. Jego mała córeczka nie chciała być jednak głaskana, nie chciała siedzieć grzecznie na sofie (mimo że słodycze przyjęła z radością), w jej uroczych oczach kryły się wesołe iskierki, więc Harry zaczął się bać. Dumbledore patrzył na niego w ten sam sposób, gdy szykował jakąś paskudną "niespodziankę"...
Potter zastanawiał się, czy zawsze musi walczyć - najpierw Voldemort, a później Molly w roli projektantki mody, nieczuła na jego cierpienie Ginny i nawet niewinna, mała Lily, gdy ciszę przerwał krzyk jego żony.
- Harry!!! Chodź tu, szybkooooo!!! - wrzask przybierał na sile.
Potter wbiegł do kuchni, w której dziesięciu małych, brodatych, ciemnoskórych elfów tańczyło kankana, zobaczył jeszcze, jak Ginny przeżegnała się lewą ręką, gdy oskarżycielski palec wskazał na niego.
- Możesz mi wytłumaczyć, co to, na gacie Merlina, ma znaczyć? - spytała, najwyraźniej przekonana, że to on zaprosił owych dziwacznych "tancerzy".
Harry natomiast miał innego winnego, więc krzyknął "Jim!!!", zanim zdał sobie sprawę z tego, w jak głupiej sytuacji się znaleźli. Kiedy ów chłopiec przybiegł do ojca, ten nachylił się nad nim i wyszeptał:
- Miałeś z tym poczekać do naszej rocznicy! - i pociągnął go za ucho.
- Tato, ale o co chodzi? - zapytał go najstarszy syn, który nie widział dziwnych stworzeń.
Harry zamrugał niepewnie, mając nadzieję, że Jimmy tylko udaje.
- No jak to... Przecież to twoja sprawka... - wydusił z trudem.
- Jeszcze nic nie zrobiłem - oburzył się James - hej, nie kłamię!
Potter głęboko nabrał powietrza i powoli, ze świstem wypuścił je z płuc.
- Ginny? - zapytał z trwogą, odwracając się do żony.
- H-h-harry - wyjąkała, a oczy rozszerzyły się jej w autentycznym przerażeniu - blizna. Potter przez chwilę poczuł strach - mimo że blizna nie dawała oznak od kilku dobrych lat - teraz najwyraźniej miało się to zmienić.
- Co z nią? - Dotknął z obawą czoła, pocierając znak wnętrzem dłoni. Wtedy to wyczuł - blizna w kształcie błyskawicy rozszerzyła i wydłużyła się.
- Czy on... - zająknęła się - ... znowu się odrodził?
Harry walczył z samym sobą, rozum mówił mu, że to niemożliwe, aby Tom się odrodził (niby jak?), ale serce... ono czuło wokół coś, co zionie czarną magią.
- Co teraz? - zapytała Ginny zduszonym głosem.
Draconia Maleficia
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 386
Dołączył(a): 08 mar 2010, 00:59
Lokalizacja: Józefów

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do FanFiction

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron