[Z][T] Drugie Życie [48/48]

W świecie Harry'ego Pottera. [UWAGA! Dział slash widoczny jedynie dla zarejestrowanych użytkowników]

Moderatorzy: cathyhope, Sweetkawai

Re: [NZ][T] Drugie Życie [45.1/48]

Postprzez yasiria » 04 lip 2013, 11:37

Wyjątkowo szybko druga część rozdziału. Nie mam pojęcia kiedy następne, postaramy się żeby było szybko :)
45.2

Snape obserwował, jak Hermiona wchodzi po schodach na podium Ministra, ściskając kurczowo w dłoniach obraz Blacka. Pozwolił sobie na chwilę podziwu dla niej, podziwu zmieszanego z respektem, zmieszanego z ogromnym smutkiem, kiedy obserwował żonę wstającą rano z łóżka, jakby nie działo się nic nadzwyczajnego.
On leżał tam cichy i przerażony, nie mając pojęcia, czego może teraz od niego oczekiwać albo na jakie nowe, kreatywne sposoby może ją zawieść czy zniszczyć, nienawidząc siebie z każdym oddechem zarówno za to, co zrobił, jak i za to, czego nie zrobił poprzedniej nocy. W tym czasie ona wstała i zaczęła rozczesywać włosy, jakby jego tam w ogóle nie było.
A teraz wspinała się po schodach z wysoko uniesioną głową, jak każdego dnia, kiedy się tu pojawiali. Widział, jak szeptem rozmawia z Shackleboltem, zauważył, jak nieznacznie kiwa głową i udaje uśmiech, obserwował, jak wraca na swoje miejsce. Ich spojrzenia na chwilę się spotkały i chociaż wyraz jej twarzy się nie zmienił, poczuł się w jakiś sposób przeszyty jej spojrzeniem i odwrócił wzrok.
I tak to się znowu zaczęło, zupełnie tak samo jak poprzedniego dnia, z Shackleboltem stojącym przed nimi jak jakiś absurdalny kolorowy ptak. Rozłożył skrzydła.
- Sąd zbadał akta małżeństwa Severusa Snape’a i Hermiony Granger. Wygląda na to, że zostali sobie poślubieni w gabinecie dyrektora Hogwartu, Szkoły Magii i Czarodziejstwa, dziewiętnastego września tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego szóstego roku w wieczór siedemnastych urodzin panny Granger. Ceremonia była wykonana przez świadków w osobach: Albusa Dumbledore’a i Alastora Moody’ego. Sąd zamierza zacząć od przesłuchania byłego dyrektora Hogwartu Fineasa Nigellusa Blacka, który był obecny zarówno przy planowaniu ślubu, jak i ceremonii zawarcia związku małżeńskiego pomiędzy panem Snape’em a panną Granger.
Obraz Blacka został oparty w nieprawdopodobny sposób o podium Ministra, a sam Black wyglądał jednocześnie na okropnie zadowolonego i odrobinę zdenerwowanego.
- Proszę podać sądowi swoje nazwisko.
- Fineas Nigellus Black.
- Czy był pan obecny na ślubie Severusa Snape’a i Hermiony Granger?
- W chwili ich ślubu byłem martwy od siedemdziesięciu jeden lat. Jednak byłem obecny jako portret w gabinecie dyrektora.
- W rzeczy samej – powiedział Shacklebolt, brzmiąc na lekko zirytowanego. – Czy pańskim zdaniem pan Snape i panna Granger zawarli związek małżeński z wyboru?
- Cóż, nikt nie mierzył do nich różdżką, jeśli o to pytasz – odparł Black.
- Czy zawarli związek ze względu na jakąś wcześniejszą niedyskrecję?
- Zdecydowanie nie! – rzucił Black. – Severus Snape nigdy nie skalałby dobrego imienia domu Slytherina przez zadawanie się z uczennicą. Został przekonany do takiego działania przez Albusa Dumbledore’a.
- W jakim celu?
Black wykręcił szyję, ale nie mógł zobaczyć portretu Dumbledore’a, jako że ten wisiał za nim.
- Dumbledore miał kilka powodów.
- Muszę przypominać panu, że nie jest pan już związany przysięgą lojalności ani z Severusem Snape’em, ani z Albusem Dumbledore’em?
- Nie, nie, po prostu uważam, że może Dumbledore sam najlepiej przedstawiłby swoje rozumowanie. Wszystko, co powiem, musi być parafrazą jego…
Shacklebolt najwyraźniej zmiękł.
- W tej chwili wystarczy powiedzieć, że Dumbledore poprosił Snape’a, żeby ożenił się z panną Granger.
- Tak – powiedział Black z wyraźną ulgą.
- A panna Granger?
- Zostało jej to przedstawione jako opcja.
- Tylko jako opcja? Nie była w żaden sposób przymuszona?
- Dumbledore odwołał się do jej… gryfońskich słabości – odparł Black ze złośliwym uśmiechem. – Ale nie zmuszał jej.
- Zgodziła się z własnej, nieprzymuszonej woli?
- Jeśli mam być szczery, ostatecznie to ona przekonała Snape’a.
- Snape się wahał?
- Snape… to jest, profesor Snape… Obawiał się o jej honor.
- Rozumiem. Ale ostatecznie oboje się zgodzili.
- Tak. I profesorowie Moody i Dumbledore wykonali zaklęcia wiążące.
- Był pan świadkiem jakichś późniejszych interakcji między Snape’em a panną Granger?
- Nie widziałem profesora i pani Snape razem aż do samego końca wojny. Jednak działałem jako ich łącznik w okresie, kiedy pani Snape się ukrywała. – Po raz kolejny Snape musiał się uśmiechnąć, słysząc wyraźną dumę w głosie Blacka.
- To bardzo interesujące. Może pan podać przykład wiadomości, którą przekazywał pan pomiędzy panem Snape’em a panną Granger?
- Pani Snape okazjonalnie informowała dyrektora, gdzie ona i Harry Potter się znajdują, żeby mógł podawać informacje sprawiające wrażenie użytecznych dla… - obniżył głos – Voldemorta.
- Doprawdy? Panna Granger informowała go o miejscu swojego pobytu?
- Na początku informowała go jedynie o tym, gdzie była wcześniej. A później nadszedł moment, kiedy podawała aktualną lokalizację.
- Kiedy to było?
- Po Wigilii Bożego Narodzenia.
- Może pan podać powód tej zmiany?
- Pani Snape i pan Potter odwiedzili dolinę Godryka w Wigilię, gdzie zostali zaczepieni przez… Czarnego Pana. Jak zrozumiałem, profesor Snape ledwie zdołał ostrzec ją wystarczająco wcześnie, żeby uratować im życie. Po tym regularnie informowała go o lokalizacji.
- Z pana wiedzy wynika, że Snape kiedykolwiek odwiedzał pannę Granger, kiedy się ukrywała?
- Wiem o jednej takiej sytuacji, ale mogło być ich więcej.
- Może pan sprecyzować?
- Nowy rok. Dyrektor pojawił się w Forest of Dean, żeby doręczyć miecz Gryffindora Harry’emu Potterowi.
- Przyniósł im miecz Gryffindora? Jak to możliwe? Miecz Gryffindora powinien być wtedy w skrytce Lestrange’ów w Gringotcie.
- Profesor Snape wykonał bardzo wierną kopię miecza, która faktycznie znalazła się w skrytce Gringotta. Prawdziwy miecz został ukryty w gabinecie dyrektora.
- Fascynujące. - Shacklebolt przez chwilę wyglądał na zamyślonego. – Dostarczył broń Harry’emu Potterowi.
Black uśmiechnął się z satysfakcją.
- Tak.
- Jak scharakteryzowałby pan interakcje między Snapem a panną Granger, których był pan świadkiem.
- Po inicjacji?
- Tak, po ich ślubie.
Black przez chwilę spoglądał na Snape’a.
- Przyjacielska.
- Przyjacielska?
Black spojrzał prosto na Snape’a i nie odezwał się. Cisza trwała długo i wydawało się, że Shacklebolt zamierza powtórzyć pytanie, kiedy Snape skinął lekko głową w potwierdzeniu.
- Było dla mnie jasne, że szanowali się nawzajem.
- Może pan podać przykład?
- Po incydencie w dolinie Godryka, profesor Snape wrócił do gabinetu poważnie ranny. Prawdę mówiąc majaczył od utraty krwi. Jednak pierwszą rzeczą, którą zrobił przed zajęciem się ranami, było upewnienie się o bezpieczeństwie pani Snape.
- A panna Granger?
- Godzinami wołała do portretu, szukając profesora.
- Wierzy pan, że Severus Snape dzielił się informacjami, które otrzymywał od Hermiony Granger, z Czarnym Panem Voldemortem?
- Nie byłem wtajemniczony w spotkania profesora Snape’a z… Voldemortem. Jednak z jego rozmów z Albusem Dumbledore’em wnioskuję, że bardzo troszczył się zarówno o panią Snape, jak i informacje, które od niej otrzymywał. Nie mam powodu, żeby wierzyć, że dzielił się czymkolwiek więcej niż było konieczne, żeby pozostał szpiegiem.
- Wierzy pan, że Snape był szpiegiem dla Zakonu Feniksa?
- Byłem świadkiem setek rozmów między profesorem Snape’em a Dumbledore’em. Jestem tego całkowicie pewien.
- Rozumiem. Sąd może wezwać pana ponownie w przyszłości, w celu zeznawania w sprawie relacji Snape’a i Dumbledore’a. To jednak dotyczy innej części procesu. Dziękuję za pański czas, profesorze Black.
- Z pewnością - powiedział wyniośle Black. – Czy jest możliwe, żebym tym razem wrócił do domu moich przodków? To nie było… przyjemne… Podróż przez cały kraj w torebce.
- Sąd współczuje panu, ale jest pan proszony o pozostanie tutaj na czas procesu. Później zajmiemy się przeniesieniem pana do domu rodzinnego Blacków.
- Dziękuję – powiedział Black z taką ilością urażonej dumy, na jaką mógł zdobyć się portret, kiedy został zabrany z podium.
- Sąd wzywa do składania zeznań Hermionę Granger – powiedział Shacklebolt, a Snape poczuł, jak każdy mięsień jego ciała się spina, jakby nagle został oszołomiony. Odwrócił gwałtownie głowę, żeby zobaczyć, jak Hermiona wstaje z miejsca na ławie świadków. Wyglądała na spokojną, chociaż była blada.
- Panno Granger, gdyby była pani tak miła i przeszła na środek sali…
Hermiona posłała Shackleboltowi spojrzenie pełne zwątpienia, ale udała się na wskazane miejsce. Stała po lewej stronie Snape’a, mniej niż na długość ramienia od niego, i patrzyła na Ministra. Snape poczuł dziwną potrzebę złapania jej za rękę, żeby obronić ją przed tym, co nadchodziło, chociaż byłoby to śmieszne, nawet gdyby nie był przypięty do krzesła.
- Panno Granger, czy została pani zmuszona do poślubienia Severusa Snape’a?
Hermiona zawahała się i Snape poczuł, jak zaciska mu się gardło.
- Nie.
- Zeznaje pani, że jako szóstoklasistka chciała pani wyjść za mąż za pani nauczyciela eliksirów?
- Zeznaję, że nie byłam do tego zmuszona. Zostałam o to poproszona i zgodziłam się. Chęci, jak pan to ujął, nie miały z tym nic wspólnego.
- Mówi pani, że została poproszona. Kto prosił? Czy Severus Snape przedstawił pani ten pomysł?
- Nie. Profesor Dumbledore przedstawił konieczność mojego udziału w planie.
- Sąd jest ciekawy szczegółów planu Albusa Dumbledore’a, ale skupimy się na chwili pani ślubu. Czuła pani presję, żeby przejść przez ceremonię?
- Nie.
- Panno Granger, proszę mi wybaczyć, pani opowieść wydaje się być nieprawdopodobna. Była pani uczennicą, której przedstawiono plan wymagający od niej, żeby została nierozerwalnie związana z dużo starszym mężczyzną i jednak twierdzi pani, że nie była pani do tego przymuszona?
- Nie byłam też przymuszona do tego, żeby towarzyszyć Harry’emu Potterowi w jego drodze do zniszczenia Voldemorta. To była wojna. Robiłam to, co było konieczne.
- Rozumiem. Panno Granger, jestem pewien, że jest pani świadoma, że nie mogę cofnąć wiążącego zaklęcia pomiędzy panią a panem Snape’em. Czarodziejskie małżeństwa nie mogą być rozwiązane. Jednak są zaklęcia, które mogą unieważnić…
- To nie będzie konieczne.
- Panno Granger, zachowuje się pani bardzo dumnie, jednak świat czarodziejów nie może prosić pani, żeby trwała pani całe życie hamowana przez coś, co sama pani nazwała planem z okresu wojny. Zwykłe badanie w świętym Mungu mogłoby…
- Severus Snape nigdy nie zachował się wobec mnie niestosownie – powiedziała gorąco Hermiona, a Snape poczuł, jak wbrew jego woli, jego policzki pokrywają się rumieńcem i przypomniał sobie jej słowa z poprzedniej nocy. Myślisz, że bym ich tu wpuściła? Myślisz, że nie chroniłabym nas własnym życiem?
- W ekstremalnych przypadkach takich jak ten, panno Granger, badanie może zostać przeoczone. Niewymowny może zostać wezwany do wykonania zaklęcia…
- Nie.
- Panno Granger, nie ma konieczności, żeby to robić; sąd widzi pani lojalność do…
- Po raz ostatni mówię: nie. I byłabym wdzięczna, gdyby był pan łaskaw nazywać mnie moim prawdziwym nazwiskiem, Ministrze Shacklebolt.
Snape nie mógł spojrzeć na jej twarz podczas tej wymiany zdań. Częściowo ze względu na miejsce, w którym stała, a częściowo dlatego, że bał się tego, co mógł zobaczyć w jej oczach. Więc wpatrywał się w Shacklebolta i poczuł zadowolenie, kiedy mężczyzna zdawał się cofnąć w obliczu jej gniewu.
- Oczywiście. Jeszcze jedno pytanie, jeśli pani pozwoli. Czy był jeszcze ktoś… ktokolwiek… kto wiedział o pani małżeństwie? Poza Albusem Dumbledore’em i Alastorem Moodym?
Hermiona przez chwilę milczała.
- Hogwarcki skrzat domowy zwany Zgredkiem wiedział, ale zginął, ratując nas w dworze Malfoyów – powiedziała cicho. – I jak sądzę, Luna Lovegood.
- Skrzat domowy był wtajemniczony w sprawę?
- Zgredek był ulubionym skrzatem mojego męża – powiedziała Hermiona – i moim przyjacielem. Nie musieliśmy mu mówić. Mógł widzieć nasze pierścienie.
- Nosicie magiczne pierścienie?
Kątem oka Snape zobaczył, jak Hermiona zdejmuje z palca obrączkę i podnosi ją do góry.
Shacklebolt powoli pokiwał głową. Snape wstrzymał oddech, kiedy włożyła pierścień na palec.
- Rozumiem. Sąd wzywa na świadka Lunę Lovegood. Dziękuję panno… pani Snape, może pani usiąść.
Snape poczuł się, jakby ktoś uderzył go całkiem mocną klątwą osłabiającą, kiedy Hermiona i panna Lovegood minęły się tuż przed nim. Nie mógł wyjaśnić zamętu emocji, które towarzyszyły jej zeznaniom: czuł wrzącą furię i euforię i coś, czego nie chciał albo nie mógł nazwać, coś bladego i delikatnego. Dali jej koło ratunkowe, a ona go nie przyjęła.
- Panno Lovegood, proszę powiedzieć, jak dowiedziała się pani o małżeństwie Hermiony Granger i Severusa Snape’a.
- Z gazety – powiedziała z rozmarzeniem Lovegood. – Jestem pewna, że pan go widział. To był przerażający artykuł Rity Skeeter. Oczywiście nigdy nie można wierzyć w to, co się czyta w Proroku Codziennym. Nie byłam całkiem pewna, że to prawda, dopóki nie zobaczyłam wczoraj Hermiony z aktami.
- Proszę mi wybaczyć, panno Lovegood, jeśli sąd wezwał panią ze względu na błąd. Zeznaje pani, że nie wiedziała o ich małżeństwie w czasie wojny?
- Och, wiedziałam, że są parą. Po prostu nie wiedziałam, że są małżeństwem.
- A jak dowiedziała się pani, że pan Snape i panna Granger są parą?
- Ponieważ po wydarzeniach w dworze Malfoyów… Po tym jak profesor Snape wysłał Zgredka, żeby mnie uratował… Przyszedł do Muszelki, żeby uzdrowić Hermionę. Potrafił ją znaleźć.
- Wierzy pani, że Severus Snape wysłał skrzata domowego, żeby uratował panią z dworu Malfoyów?
- Tak. Znalazł mnie tam i wysłał Zgredka, żeby zabrał pana Ollivandera i mnie.
- Interesujące.
- Tak, tak myślę. Do tego momentu nie zdawałam sobie sprawy, że on jest po naszej stronie.
- I mówi pani, że przyszedł do Muszelki uzdrowić pannę Granger?
- Tak, był bardzo wzburzony, kiedy go znalazłam. Nie mógł zobaczyć domu, rozumie pan, więc nie mógł jej znaleźć. Wyobrażam sobie, że myślał o całej masie okropnych rzeczy, które mogły się jej przytrafić.
- Jak uzdrowił pannę Granger, jeśli nie mógł zobaczyć domu?
- Wprowadziłam go do środka.
- Wprowadziła pani Śmierciożercę do domu członka Zakonu, chronionego zaklęciem Fideliusa?
- Och nie. Nigdy bym tego nie zrobiła. Ale profesor Snape nie jest Śmierciożercą.
- Panno Lovegood, słyszała pani jego zeznania.
- Może pan to nazywać jak pan chce, tak sądzę. Ale żaden Śmierciożerca nie wysłałby po mnie pomocy tylko po to, żeby udawać szpiega. Nie jestem kimś. Nie jestem Harrym Potterem czy Hermioną Granger. Ale wrócił po mnie, tak jakbym była.
Snape spojrzał na smukłą dziewczynę stojącą obok niego i zaskoczyło go wyraźne wspomnienie z Muszelki, jej małej, białej dłoni sięgającej w ciemnościach po jego dłoń. Shacklebolt pozwolił sobie na kolejny moment ciężkiej ciszy.
- Dziękujemy za pani zeznania, panno Lovegood. Może pani wrócić na swoje miejsce. Sąd jest zainteresowany informacjami, które mogły albo nie mogły zostać przekazane przez Severusa Snape’a Śmierciożercom – wyrecytował Shacklebolt. - Żeby to zakończyć, wezwiemy kilkoro innych świadków…
Luna Lovegood lekko dotknęła jego ramienia, kiedy przechodziła obok niego w drodze na swoje miejsce, tak jak zrobiła w lochach dworu Malfoyów. Jej palce ledwie musnęły jego rękaw, a jednak poczuł jej palący dotyk i bladożółte uczucie ponownie w nim wzrosło. Spojrzał na Hermionę.
Stworek został wezwany na środek sali i zapytano go o naruszenia bezpieczeństwa na Grimmauld Place, podczas gdy Snape patrzył na żonę. Hermiona obserwowała Stworka i Ministra, jej oczy tańczyły między nimi, jak gdyby obserwowała raczej skomplikowaną partię szachów. Zastanawiał się, ile z tego zaplanowała, czyja tak naprawdę była to partia. Ale to nie miało znaczenia. Zrobiłby wszystko, o co by go poprosiła. Przez chwilę czuł całkowitą pewność i chciałby móc wstać, podejść do niej i powiedzieć to. O cokolwiek by poprosiła.
A później zerknął na Dumbledore’a, który siedział na swoim portrecie, udając drzemkę. Widok starego mężczyzny zdawał się dotknąć dziwnej struny w jego piersi. Bez względu na to, co zostało dzisiaj powiedziane, czarodzieje i czarownice siedzący za Ministrem czekali tylko na jedno.
Tyberiusz Ogden przerwał Shackleboltowi w połowie pytania o zaklęcia zatrzymujące nałożone na kwaterę główną Zakonu, zupełnie jakby w tym momencie czytał myśli Snape’a.
- Jak długo jeszcze będziemy musieli siedzieć tutaj i słuchać bełkotania portretów, dzieci i skrzatów domowych? Wiem, że jest pan nowy na tym stanowisku, Ministrze Shacklebolt, ale nie mamy całego roku na roztrząsanie tej sprawy. Proszę nam powiedzieć, kiedy zamierza pan przesłuchać Severusa Snape’a w sprawie morderstwa Albusa Dumbledore’a?
http://www.youtube.com/watch?v=SKjNtLUavR0 A Very Potter Musical
It is totally awesome ;)
yasiria
Nawiedzony Romantyk
Nawiedzony Romantyk
 
Posty: 52
Dołączył(a): 28 maja 2011, 12:55

Re: [NZ][T] Drugie Życie [46/48]

Postprzez yasiria » 31 lip 2013, 19:53

Rozdział 46


Na sali rozpraw zapanowała pełna napięcia cisza. Kingsley nie musiał podnosić rąk ani przekrzykiwać zebranych, bo członkowie Wizengamotu siedzieli prosto i sztywno, jakby zostali unieruchomieni. Minerwa drżała lekko na swoim siedzeniu obok Hermiony, zaciskając swoje wąskie wargi tak, że niemal zniknęły. Jak za każdym razem dotykała lekko kolana dziewczyny, mówiąc: Wszystko będzie dobrze, co tylko wzmagało jej niepokój.
Narcyza Malfoy była pierwsza na liście, jak powiedział Hermionie Kingsley trzy dni wcześniej. Na początku zwolnienie z Przysięgi Wieczystej, jak mówił. Nie pozwolimy, by później ich zaszokowała. Hermiona wtedy się zgodziła, ale teraz, kiedy obserwowała rozluźnioną i królewską postawę pani Malfoy wchodzącej na salę, jakby eskortowali ją jej adoratorzy zamiast aurorów, poczuła, że coraz ciężej jej się oddycha.
Narcyza zajęła miejsce, skrzyżowała nogi w kostkach i położyła przedramiona na oparciach krzesła. Lekki grymas niesmaku przeciął jej rysy, kiedy została do niego przywiązana. Miała na sobie taką samą bezkształtną, szarą szatę jak Lucjusz Malfoy i Yaxley, ale pani Malfoy nosiła ją tak, jakby była zrobiona z jedwabiu.
- Dwudziesty lipca, tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego ósmego roku. Ministerstwo Magii kontra Severus Snape. Dzisiaj sąd zajmie się morderstwem Albusa Dumbledore’a i działaniami Snape’a w czasie drugiej wojny.
Hermiona słyszała syknięcia i skrzypienie piór, które zaczęły sunąć po pergaminach. Członkowie Wizengamotu zdawali się usiąść jeszcze bardziej prosto, wpatrując się w środek sali. Severus siedział na swoim krześle, wysoki i niewzruszony. Zanim weszli, Hermiona założyła mu za ucho kosmyk włosów. Jego profil był ostry i wyraźnie widoczny dla jej oczu.
- Zaczniemy od zeznań Narcyzy Black-Malfoy. Jeśli pani pozwoli, gdzie była pani szesnastego czerwca tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego szóstego roku?
- Odwiedzałam Severusa Snape’a w… - odchrząknęła – jego domu w Manchesterze.
Hermiona westchnęła z ulgą. Kobieta najwyraźniej nie mogła wymówić słów Spinner’s End.
- Była to wizyta czysto towarzyska czy miała pani do omówienia jakąś oficjalną sprawę?
Narcyza uniosła brodę.
- Dowiedziałam się, że Czarny Pan wybrał mojego syna, Draco, na mordercę Albusa Dumbledore’a. Byłam, co chyba naturalne, zestresowana.
- Chciała pani ochronić życie dyrektora?
- Draco był jeszcze nieletni. Nawet nie zakończył nauki. Zdawałam sobie sprawę z tego, że nie będzie wystarczająco potężny, żeby wykonać zadanie, które mu przydzielono. A wiedziałam, że kara będzie… surowa.
- Rozumiem. Więc martwiła się pani tym, że pani syn zostanie zabity za niemożność wypełnienia poleceń?
- Tak.
- I dlaczego zwróciła się pani do Severusa Snape’a?
- W tamtym czasie Severus Snape był zatrudniony w Hogwarcie jako podwładny Dumbledore’a. Wiedziałam, że dyrektor mu ufał, wierzył, że szpieguje dla Zakonu Feniksa. Draco był pupilkiem Snape’a. Myślałam… Pomyślałam, że zechce ochronić Draco, użyje swojego wpływu i dostępu do dyrektora, żeby go zdjąć.
- Więc poszła pani prosić go o zastępstwo.
- Tak.
- Była pani sama?
- Towarzyszyła mi moja starsza siostra, Bellatrix Black-Lestrange.
- Pani siostrze też zależało na sprawie Draco?
Narcyza urwała na długą chwilę. Zdawała się dobierać słowa wyjątkowo starannie.
- Moja siostra była bardzo ostrożna w swoich osądach. Uważała Snape’a za… niegodnego zaufania.
- Pani siostra nie ufała Severusowi Snape’owi? Uważała go za zdrajcę Czarnego Pana?
Narcyza potrząsnęła głową, omiatając długimi, srebrzystymi włosami ramiona.
- Moja siostra była głęboko oddana Czarnemu Panu, a przy tym miała skłonność do ostrej krytyki. Czuła, że Snape nie osiągnął tego poziomu zaangażowania…
- Czy uważała, że jest szpiegiem?
- Nie użyła tego słowa.
- Dlaczego w takim razie towarzyszyła pani w domu Severusa Snape’a?
- Zamierzała mnie powstrzymać.
- Rozumiem. Ale zignorowała pani jej protest?
- Naprawdę bardzo potrzebowałam pomocy Snape’a.
- I o co poprosiła pani Severusa Snape’a?
- Poprosiłam go o to, żeby opiekował się moim synem, kiedy będzie wykonywał swoje obowiązki, żeby ochronił go przed krzywdą i… Żeby dopełnił zadania, jeśli Draco zawiedzie.
- A on się zgodził?
- Złożył Przysięgę Wieczystą.
W wyższych rzędach dało się słyszeć stłumione westchnienia. Hermiona siedziała cicho i spokojnie. Wiedziała, że to się stanie. Zarówno Kingsley, jak i Snape przygotowywali ją na to, że to usłyszy, jednak i tak brzmiało to ostro i potępiająco, kiedy wyszło z pięknych ust Narcyzy Malfoy. Przypomniała sobie noc, która zdawała się należeć do innego życia: bożonarodzeniowe przyjęcie u Slughorna. Noc, kiedy po raz pierwszy usłyszała o Przysiędze Wieczystej. Spojrzała na Snape’a. Wiedziała, do jakich wniosków doszła tamtej nocy.
- Zdawał się być chętny do złożenia przysięgi?
- Nie wahał się.
- Wierzy pani, że chciał zabić Albusa Dumbledore’a?
- Wyrażał się o nim kpiąco. Twierdził, że stary czarodziej już był ranny, że jego refleks jest spowolniony. Wtedy pomyślałam, że wierzył, że zabicie Dumbledore’a będzie łatwe.
Kingsley uśmiechnął się pełnym samozadowolenia uśmiechem.
- Dziękuję, pani Malfoy.
- Mój syn… - zaczęła Narcyza, kiedy do jej krzesła podeszli aurorzy. – Mój syn nie zabił Albusa Dumbledore’a. Nic nie zrobił. Był tylko dzieckiem…
- Pani syn będzie zeznawał dziś po południu, pani Malfoy.
- Ale musicie widzieć, że Draco nie jest…
- Draco będzie miał swoją chwilę przed sądem. Teraz nie jesteśmy przygotowani, żeby usłyszeć…
- Mój syn jest niewinny! Snape zabił Dumbledore’a!
- Wystarczy – powiedział łagodnie Kingsley, a ruch jego głowy powiedział Hermionie, że daje aurorom pozwolenie na uciszenie jej, jeśli będzie to konieczne.
Kingsley odwrócił się do Snape’a.
- Narcyza Malfoy zeznała, że pan przysiągł jej zabić Albusa Dumbledore’a.
- Ośmielam się mieć inne zdanie – powiedział gładko Snape. – Narcyza Malfoy zeznała, że przysiągłem pomóc jej synowi, chronić go i przejąć jego zadanie, gdybym odniósł wrażenie, że nie może go wykonać.
- Jego zadaniem było zabicie dyrektora – powiedział Kingsley niezrażony.
- W rzeczy samej – odparł Snape. – Jednak biorąc pod uwagę to, że już złożyłem Dumbledore’owi przysięgę, że go zabiję, przysięga Narcyzy zdaje się być relatywnie nieszkodliwa.
Miała wrażenie, że coś wybuchło w samym środku sali. Westchnienia po przesłuchaniu Narcyzy Malfoy zdawały się być jedynie szeptami. Hermiona słyszała Tyberiusza Ogdena i odległy piskliwy głos Rity Skeeter, która próbowała wykorzystać moment na dotarcie bliżej centrum akcji. Kingsley milczał, patrząc przed siebie, jakby w ogóle nie słyszał hałasu.
Hermiona popatrzyła na męża, który siedział niewzruszony i spokojny, tak samo jak Minister. Miała taką nadzieję… modliła się, żeby zobaczyć, jak podnosi dłonie, żeby ukryć w nich twarz, wiedzieć, że będzie walczył, że nie pozostanie spokojny w obliczu ich osądów, a jednak bała się. Jeśli miał walczyć i przegraliby… Ale nie chciała nawet o tym myśleć.
Kiedy Ogdenowi udało się uciszyć tłum, odezwał się Kingsley:
- Chciałbym przypomnieć, że przyrzekł pan odpowiadać na pytania zgodnie z prawdą.
- W moim składziku jest odpowiednia ilość Veritaserum, jeśli wątpi pan w to, co mówię.
- Dobrze pan wie, że nie możemy używać Veritaserum podczas rozpraw.
- To są pańskie reguły, Ministrze. Chcę podkreślić, że to proponowałem.
- Snape! Nic takiego nie zrobię, dziękuję bardzo.
- Wedle życzenia.
- Więc zeznaje pan, że Albus Dumbledore poprosił pana, żeby go zabił?
- Tak.
- W jakim celu?
Hermiona uważnie wpatrywała się w twarz Snape’a. Widziała chwilę, w której podjął decyzję.
- Wiedział, że Czarny Pan zamierza zmusić Draco Malfoya, żeby go zabił i chciał oszczędzić młodą duszę – powiedział z lekką ironią. – I pragnął, żebym pozostał w dobrych stosunkach z Czarnym Panem, aby zostać jego dyrektorem i chronić uczniów.
- Chciał, żeby został pan dyrektorem –powiedział Kingsley z niedowierzaniem.
- Nie, życzył sobie, żeby Voldemort uczynił mnie dyrektorem, czego nie zrobiłby, gdyby nie był pewien, że jestem wiernym Śmierciożercą.
- I chciał ochronić duszę Draco Malfoya?
- Powiedział, że nie chce oglądać, jak niewinna dusza jest rozdzierana na dwoje przez niego.
- A pańska dusza, Snape?
Rysy Snape’a stwardniały, gdy odpowiadał.
- Jestem pewien, że uznał moją duszę za tak skażoną, że jedna plama więcej nie robi dla niej różnicy.
- Kiedy przedstawił panu ten plan?
- Drugiego czerwca tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego szóstego roku. Powrócił tamtej nocy do szkoły, cierpiąc od skutków ciężkiej klątwy… Klątwy, która bez reakcji zabiłaby go. Jeśli mam być szczery, najprawdopodobniej zmarłby przed końcem roku, mimo moich wysiłków. Zostałem wezwany do jego gabinetu, żeby spróbować ją powstrzymać, co zrobiłem, zamykając ją w jego lewej ręce. Kiedy wydobrzał wystarczająco, żeby mówić, poinformował mnie o swoich zamiarach.
- Mówi pan, że był poważnie ranny?
- Tak.
- Czy to była ta sama rana, o której mówił pan z Narcyzą Malfoy w noc, kiedy złożył pan przysięgę wieczystą?
- Tak – odparł po prostu.
Kingsley pozwolił sobie na ciężką pauzę, po czym odwrócił się do wizengamotu. Po chwili wrócił do Snape’a.
- Dlaczego złożył pan przysięgę?
- Tego chciałby Dumbledore. To umacniało moją pozycję wśród Śmierciożerców. Mogło niemalże przekonać Bellatrix Lestrange, żeby mi zaufała. I naprawdę nie miało większego znaczenia. Dumbledore i ja już ustaliliśmy naszą małą umowę. Już byłem zmuszony, żeby to zrobić.
- Był pan zmuszony? Czy Dumbledore prosił pana o złożenie Przysięgi Wieczystej?
- Wystarczyło mu moje słowo.
- Rozumiem. Sąd jest zainteresowany planem Dumbledore’a.
- Więc proponuję zapytać Dumbledore’a.
- Za chwilę. To, o co według pana poprosił… Kto wiedział?
- Nikt.
- Nikt? Ale z pewnością ktoś musiał wiedzieć… Żeby zapobiec zabiciu pana przez członków Zakonu albo…
- Wiedział pan? – zapytał spokojnie Snape.
- Ja… Nie… ale…
- Nikt nie wiedział.
- Ale z pewnością musiał przewidzieć dzisiejsze wydarzenia. Dlaczego nie przygotował alibi dla swojego zaufanego…
- Ani Albus, ani ja nie mieliśmy większej nadziei na to, że przeżyję wojnę. Jednak poczynił pewne kroki mające na celu zapewnienie mi pomocy… Na wypadek, bardzo wątpliwy, że przeżyję.
- A tą pomocą był…
- Związał mnie z Hermioną Granger.
Kingsley przemówił ponad szeptami, które rozległy się wśród członków Wizengamotu:
- Chwilę temu zeznał pan, że nikt nie wiedział o planie dyrektora.
- Nikt nie wiedział. Mojej żonie powiedziano tylko tyle, że popełnię coś okrutnego, żeby sprawić wrażenie, że zdradziłem Zakon i że tylko ona będzie wiedzieć, że jest inaczej.
- Dlaczego Hermiona Granger?
- Jeśli pańskie doświadczenia z nią nie są wystarczające, jestem pewien, że są dziesiątki skrzatów domowych w Hogwarcie, które zeznają o jej… nieustępliwości… w kwestii sprawiedliwości.
Hermiona uśmiechnęła się. Ton Snape’a był zgryźliwy, a jednak wyczuwała w nim rodzaj ciepła, który pojawiał się jego tyradach długo przed tym, jak cień procesu pojawił się w ich życiu. Ale jej przyjemność szybko została przerwana przez głos Dumbledore’a, który ponownie wtrącił się do przesłuchania.
- Proszę mi wybaczyć, Ministrze Shacklebolt, że przerywam. Severus Snape nie mówi wam wszystkiego.
Ręka Hermiony bezwiednie wsunęła się do kieszeni, w której trzymała różdżkę. Jej umysł wrzał w oczekiwaniu. Jej serce biło, oddech był spokojny i pewny. Jeśli Dumbledore ją weźmie, nie zastanie już tej łatwej do zmanipulowania uczennicy, która stała w jego gabinecie i zgodziła się na plan.
- Sąd wysłucha Albusa Dumbledore’a. Proszę kontynuować.
Dumbledore pochylił się na krześle.
- Severus nie skłamał. Wręcz przeciwnie, powiedział wam całkowitą prawdę i wszystko to, o co prosiłem go drugiego czerwca. Ale nie mówi wam o tym, czego dowiedział się później, a co naprawdę stało za jego małżeństwem i czynem, o który go poprosiłem.
- Więc przyznaje pan, że poprosił Snape’a, żeby pana zabił?
- Och, tak. Zmusiłem go.
Ogden wtrącił się, wstając nagle i wypinając pierś okrytą śliwkową szatą. Wyglądał na wściekłego, obłąkanego z wściekłości.
- Chciałbym przypomnieć sądowi, że prośba Albusa Dumbledore’a nie ma żadnego prawnego znaczenia! Gdyby bo on mi kazał było obroną, nie mielibyśmy po co sądzić żadnego ze Śmierciożerców!
- Nie, Ogden, nie jest - powiedział spokojnie Kingsley. – Ale może to samo mogliśmy usłyszeć od Dumbledore’a. Chyba że masz jakiś problem z wysłuchaniem zeznań poprzedniego Naczelnego Maga Wizengamotu?
- Oczywiście, że nie – syknął Ogden. – Po prostu chcę, żeby było jasne, że żaden czarodziej nie ma prawa zezwalać na własne zabójstwo… Nawet Albus Dumbledore.
- Twoja uwaga została zanotowana. Albusie, powiedziałeś, że za twoją prośbą stały inne powody?
- W rzeczy samej. Jak wielu z was niewątpliwie wie, pokonałem Czarnoksiężnika Grindelwalda w kwietniu tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku.
- Czy wchodzimy w historię osiągnięć Dumbledore’a? Jak powiedziałem, nie ma znaczenia, kto prosił… Snape użył niewybaczalnej…
- Mój drogi Tyberiuszu. Bez wątpienia widziałeś wielu czarodziejów próbujących uciec przed zasłużoną karą. Jednak powinieneś pamiętać, że każdy przypadek jest inny i powinien być sądzony z otwartym umysłem i chęcią działania w duchu prawa. Chciałbym skończyć moje zeznanie.
Ogden burknął coś w odpowiedzi, podczas gdy Hermiona siedziała w czymś, co można opisać jedynie jako pełne zdumienia otępienie. Dumbledore zamierzał im powiedzieć o Czarnej Różdżce?
- Jak mówiłem, w tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym roku pokonałem Grindelwalda i zabrałem jego różdżkę. Była to różdżka o niezwykłej, wręcz legendarnej mocy. Różdżka, o której, jak wiedziałem, w końcu dowie się Voldemort i zapragnie ją posiąść.
- Proszę mi wybaczyć, jeśli nie nadążam. Poprosił pan Snape’a, żeby pana zabił, ponieważ wierzył pan, że posiada potężną różdżkę…
- Czarna Różdżka zmienia właściciela jedynie przez pokonanie jej pana. Nie można jej ukraść ani oddać dobrowolnie. Jej przywiązanie musi być zdobyte. Mówi się, że Czarna Różdżka jest niepokonana. Dostarcza swojemu panu ogromną moc.
- Więc chciał pan, żeby Snape przejął różdżkę przez zabicie pana?
- Tak. Chciałem, żeby zachował ją dla Harry’ego Pottera.
- A panna Granger?
- Chciałem, żeby Snape komunikował się z Harrym przez pannę Granger.
- Ale dlaczego nie powiedział pan im o swoich planach?
- Ponieważ bałem się, że zostaną porwani lub wykryci. Severus Snape jest rewelacyjnym oklumentą i jestem pewien, że dzięki jego naukom panna Granger… proszę wybaczyć, pani Snape jest równie dobra. Ale Czarny Pan ma swoje sposoby. Bałem się, że jakaś część planu zostanie odkryta i zniszczona, zanim w ogóle się zacznie.
- A jaki dokładnie był plan?
- Gazety już sporo napisały o horkruksach Voldemorta. Wielka magia… Jestem niezadowolony z tego, że zostało to opublikowane, ale plotki rozchodzą się, jak sądzę, bez względu na nasze najlepsze intencje. Harry Potter i jego przyjaciele poszukiwali horkruksów Voldemorta, żeby się upewnić, że kiedy Harry ostatecznie zmierzy się z nim, będzie on śmiertelny jak każdy człowiek.
- Ale jak różdżka…
- Harry sam w sobie był horkruksem. Jego blizna była nasycona częścią duszy Voldemorta, chociaż Voldemort nie planował tego ani nie wiedział nawet, że umieścił część siebie w chłopcu. Miałem nadzieję, że władza nad różdżką trafi do Harry’ego. Wiedziałem, że Voldemort będzie poszukiwał różdżki, że nie będzie miał oporów przed wydobyciem jej z mojego grobu. Miałem nadzieję, że będzie uważał siebie za władcę i spróbuje jej użyć przeciwko Harry’emu, jej panu, co zniszczy horkruksa i pozwoli Harry’emu przeżyć.
- Chciał pan, żeby Harry Potter przejął władzę nad różdżką od Severusa Snape’a?
- Miałem nadzieję, że moja śmierć da Harry’emu niezbędną motywację do… zabrania różdżki Severusowi. Byłem pewien, że nie odebrałby jej mnie.
W górnych rzędach podniósł się szum, rozległy się dźwięki przesuwania krzeseł, głośne oddechy, dziwne skupienie.
- Obawiam się, że nie rozumiem.
- W Snapie władza nad różdżką pozostałaby ukryta. Voldemort przyszedłby do mojego grobu, szukając różdżki i gdyby ją znalazł, uznałby się za jej pana.
- Ale jeśli Voldemort miał świadomość…
- Wtedy Snape miałby bardzo mało czasu, żeby pojawić się przed Harrym.
- A jego życie…
- Prawie na pewno zostałoby poświęcone, w ten czy inny sposób.
Znowu rozległy się szepty, ale nie można ich było nawet porównać do tych po zeznaniu Snape’a dotyczącym jego przysięgi. Hermiona poczuła bezsilną wściekłość, że myśl o zabiciu Dumbledore’a poruszyła tych ludzi, ale świadomość, że Dumbledore po prostu wysłał jej męża na pewną śmierć, została ledwie zarejestrowana. Hermiona pomyślała, że Kingsley wyglądał na lekko wstrząśniętego, mimo że słyszał tę historię już kilka razy.
- Rozumiem.
- Jednak mój plan trochę się zmienił. Draco Malfoy rozbroił mnie, zanim Severus miał szansę podążyć za planem. W ten sposób to on przejął władzę nad Czarną Różdżką.
Kingsley nadal wyglądając na poruszonego, powiedział:
- Dziękuję za pańskie wyjaśnienia, ale zatrzymam pana na chwilę. Sąd wzywa na świadka Draco Malfoya.
Ciężkie drzwi Sali sądowej otworzyły się raz jeszcze i wszedł Draco otoczony przez aurorów. Wyglądał na przerażonego. Na przerażonego i okropnie młodego, jak pomyślała Hermiona. Zastanowiła się przelotnie, jak ona wyglądała dla niego.
- Proszę podać sądowi swoje nazwisko.
- Draco Malfoy.
- Był pan obecny na Wieży Astronomicznej piętnastego czerwca tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego siódmego roku o północy?
- Tak.
- Kto jeszcze tam był?
- Na początku tylko Dumbledore. Później Carrowowie. Fenrir Greyback. – Draco rozejrzał się szybko, jakby sprawdzając, która z wymienionych osób może patrzeć.
- Co pan robił na Wieży Astronomicznej w czasie ciszy nocnej?
Draco lekko opuścił głowę.
- Dano mi zadanie do wykonania.
- W szkole?
- Zadanie od… Od Lorda Voldemorta. Chciał, żebym zabił dyrektora.
- Samodzielnie? To dość ważne zadanie jak dla kogoś tak młodego jak pan.
- Miałem pomoc. Inni Śmierciożercy…
- Zamek był bardzo dobrze chroniony. Jak udało się panu wprowadzić Śmierciożerców do szkoły?
- Znikająca szafa – powiedział cicho Draco. – Znaleźliśmy ją rok wcześniej. Była zepsuta, ale jej bliźniacza część znajdowała się u Borgina i Burkesa. Naprawiłem ją w Pokoju Życzeń.
- Rozumiem.
- Później wysłałem Mroczny Znak nad Wieżę Astronomiczną – powiedział Draco, najwyraźniej nie mogąc przerwać, skoro już zaczął mówić. – Wiedziałem, że pojawi się właśnie tam, kiedy wróci na teren szkoły. Rzuciłem Imperiusa na Madame Rosmertę w Trzech Miotłach. Miała zaczarowaną monetę. Powiedziała mi, kiedy Dumbledore był w drodze. Dołączyłem do niego chwilkę po tym, jak się pojawił. Rozbroiłem go. Ja… Ja…
- Był pan sam z pozbawionym różdżki Albusem Dumbledore’em na Wieży Astronomicznej – ponaglił go delikatnie Kingsley.
- Tak.
- I co wtedy się stało?
- Ja… Pozostali przybyli. Krzyczeli, rozpraszali mnie. Przyszedł Snape.
Hermiona zobaczyła, jak Draco patrzy bezsilnie na Snape’a.
- Snape przyszedł i on… Dumbledore powiedział: Severusie, proszę, a Snape…
- Snape co?
- Uderzył go klątwą zabijającą – szepnął Draco.
- Dziękuję panu, panie Draco. Bardzo pan pomógł. Jeszcze tylko kilka pytań. Zabrał pan tej nocy różdżkę Albusa Dumbledore’a?
- Nie. Nie, wychodziliśmy w pośpiechu. Nigdy więcej nie widziałem Dumbledore’a.
- Powiedział pan Lordowi Voldemortowi, że to nie pan rzucił klątwę zabijającą?
Draco ponownie spojrzał na Snape’a i Hermiona mogłaby przysiąc, że widzi wstyd w jego oczach.
- Tak. Powiedziałem mu, że Snape się pospieszył i ukradł moją chwałę.
- Rozumiem. Dziękuję, panie Malfoy. To by było wszystko.
Draco odwrócił się w stronę Hermiony, wychodząc z Sali. Palce jego lewej dłoni poruszyły się lekko, kiedy ją mijał, a ona w odpowiedzi nieznacznie uniosła brodę. Nie była pewna, co dokładnie, ale coś sobie zakomunikowali.
- Zeznanie Draco Malfoya potwierdza, że rozbroił on Albusa Dumbledore’a, zanim Severus Snape rzucił klątwę zabijającą. To potwierdza również, że Voldemort nie podejrzewał, że Malfoy mógł przejąć władzę nad różdżką Dumbledore’a.
- Wątpisz w moje słowa? – powiedział Dumbledore z lekkim rozbawieniem w głosie.
- To jest skomplikowana sprawa. Sąd zasługuje na prawo do sprawdzenia zeznań każdego świadka – warknął Kingsley.
- Oczywiście – powiedział spokojnie Dumbledore.
- Kiedy poinformował pan Snape’a, że plan poszedł na opak?
- Wierzę, że rozmawialiśmy o tym w marcu bieżącego roku.
- Czekał pan do marca z ujawnieniem planu Snape’owi? Ale dlaczego? Wiedziałby pan, że coś poszło źle, nawet zanim został pan… zabity.
- Jak powiedziałem, nie chciałem zostać odkryty przez Voldemorta. I wydawało mi się, że schowanie różdżki pod jeszcze jedną warstwą będzie jedynie zyskiem. Nawet gdyby Voldemort zrozumiał zasadę działania różdżki, zabiłby złą osobę, żeby ją uzyskać.
- Ale jeśli Snape nie był panem Czarnej Różdżki, nie mógł jej przekazać Harry’emu Potterowi.
- To prawda.
- Więc chciał pan ryzykować życie Pottera?
- Wybacz mi, Harry – powiedział Dumbledore, zerkając na tłum, zanim ponownie zwrócił się do Kingsleya. – Harry Potter to tylko jeden człowiek. Wojna zagrażała całemu czarodziejskiemu społeczeństwu, o czym dobrze wiemy. Z pewnością może pan pojąć, jak ważne było to, żeby Voldemort nie przejął władzy nad niemożliwą do pokonania różdżką.
Kingsley przez chwilę milczał. Cisza na sali rozpraw była wręcz namacalna, żywa. Hermiona spojrzała na Wizengamot. Czarownice i czarodzieje zdawali się być zmrożeni szokiem, mieli puste twarze i czekali na moment, w którym Dumbledore przyzna się do przejęzyczenia i powtórzy słowa tak, że nie będą przyznaniem się do chęci poświęcenia Harry’ego Pottera. Powoli mrugali i rozglądali się po sobie z uwagą. Głos Kingsleya ostro przeciął ciszę.
- Ale różdżka nie zadziałała przeciwko Harry’emu Potterowi – powiedział. – Jak pan zapewnił mu nad nią władzę?
- Nie zrobiłem tego – odparł po prostu Dumbledore. – O to musicie zapytać Severusa Snape’a.
Hermiona westchnęła wraz z całą salą. Dumbledore nie zmienił zdania.
- Panie Snape? – powiedział Kingsley, odwracając się dramatycznie z otwartymi dłońmi w stronę Snape’a.
- Dowiedziałem się o Czarnej Różdżce w marcu tego roku. Skonsultowałem to z Woodwardem Ollivanderem* i później z Dumbledore’em. Moja żona, Hermiona, była wtajemniczona w moją rozmowę z dyrektorem i to właściwie ona wpadła na pomysł, żeby odwiedzić dwór Malfoyów i spróbować zabezpieczyć władzę dla Pottera.
- Sąd wzywa na świadka Woodwarda Ollivandera.
Hermiona obserwowała, jak Ollivander wyjaśniał zasady działania różdżki, które mogły zmienić wszystko, wpłynąć na losy wojny. Wydawało jej się dziwne słyszeć wypowiadane publicznie to, co dotąd było sekretem. Zastanawiała się, czy było tak na sali rozpraw po raz pierwszy czy był to tylko jeden z setek razy. Odwróciła głowę, żeby spojrzeć na członków Wizengamotu, podczas gdy Ollivander opisywał losy różdżki, jej drogę od Gregorowicza do Dumbledore’a i była zaskoczona, widząc, jak wszyscy spokojnie siedzieli, jakby odkrycie, że różdżka samej śmierci krążyła między nimi było na porządku dziennym.
Spojrzała na Snape’a, na jego oświetloną twarz i spróbowała wyczuć jego emocje. Był ostrożny, może nawet niespokojny. Zdawał się spiąć, kiedy Kingsley pytał Ollivandera o to, kto przyszedł do niego po informacje o Czarnej Różdżce.
- Nie pamięta pan rozmowy ze Snape’em o Czarnej Różdżce?
- Nie. Panna Lovegood twierdzi, że rzucił na nas Obliviate zaraz po rozmowie. Zaklęcie najwyraźniej zadziałało na nią słabiej, może ze względu na jej młodość. Przez wiele dni twierdziła, że Snape był nas odwiedzić, chociaż ja uważałem, że ciemność zasnuwa jej umysł… w połowie pełna snu i strachu ta wirująca czerń tak ciemna, że umysł próbuje sam wytworzyć coś, aby ją wypełnić… A jednak skrzat domowy przybył, aby nas uratować. Ten sam skrzat, który według panny Lovegood towarzyszył Severusowi Snape’owi.
- Co sprawia, że wierzy pan, że przyszedł po informacje o Czarnej Różdżce?
- Znowu muszę powoływać się na pannę Lovegood. Ale wydaje się, że Potter przybył do dworu Malfoyów nie dalej jak tydzień później.
- Sąd wysłucha zeznania na temat wydarzeń w dworze Malfoyów. Panie Potter, proszę przejść na środek sali.
Harry wstał szybko i niemal zbiegł na środek pomieszczenia, stając tuż obok Snape’a.
- Jak dowiedział się pan o różdżce Dumbledore’a?
- W swoim testamencie Dumbledore zostawił Hermionie książkę. W niej był symbol. Nie do końca runa. Rozpoznałem go, bo Xenophilius Lovegood nosił go na szyi na weselu Billa i Fleur Weasleyów. Poszliśmy do pana Lovegooda, żeby nam to wyjaśnił, a on powiedział, że to między innymi symbol tej różdżki. Ja… Słyszał pan, że czasami miałem łączność z umysłem Voldemorta. Wiedziałem, że obsesyjnie poszukiwał wytwórców różdżek i że odwiedził Grindelwalda w Nurmengardzie. Stamtąd trop prowadził już do Dumbledore’a.
- A panna Granger przestawiła panu plan, żeby dostać się do dworu Malfoyów i przejąć władzę nad różdżką?
Harry uśmiechnął się.
- Hermiona potrafi sprawić, że wierzy pan, że sam pan coś wymyślił. Ale tak.
- Jaki był wasz plan?
- Dowiedzieliśmy się, że na imię Voldemorta nałożono Tabu. Wypowiedziałem słowo, mając nadzieję, że zostaniemy złapani przez szmalcowników i zabrani do dworu.
- To wydaje się być trochę lekkomyślne, panie Potter.
- Było takie. I przyznaję, że trochę się pospieszyłem, kiedy pojawił się ten pomysł. Jestem pewien, że Hermiona dopracowałaby plan. Ale dla mnie było jasne w chwili, w której przybyliśmy, że ktoś nam pomaga.
- Proszę wyjaśnić.
- Cóż, po pierwsze, kiedy Draco Malfoy został wezwany, żeby nas zidentyfikować, nie mógł tego zrobić… Został skonfundowany, jak sądzę. Później, po tym jak Bellatrix Lestrange usunęła nasze ochronne i maskujące zaklęcia za pomocą Finite Incantatem, ktoś uderzył we mnie zaklęciem tarczy. No i Zgredek przyszedł nam pomóc, zanim go wezwaliśmy.
- I wierzy pan, że pomoc uzyskaliście od Severusa Snape’a?
- Tak.
- Kto jeszcze był w dworze?
- Malfoyowie, Bellatrix Lestrange, Fenrir Greyback. Dwóch szmalcowników. Dean Thomas i Gryfek z Gringotta. Glizdo… Peter Pettigrew. I w piwnicy pan Ollivander z Luną Lovegood.
- Czuje pan pewność, że żadna z tych osób nie mogła działać na pańską korzyść?
- Właściwie tak. Zgredek przybył, zanim dotarliśmy do piwnicy i zabrał pana Ollivandera i Lunę do Billa i Fleur Weasleyów. A kiedy byliśmy w dworze, Snape zdobył dla nas trochę włosów Bellatrix Lestrange i jej klucz do skrytki w Gringotcie i dał je Hermionie. Wiedziała, że tam był, chociaż ja tego nie zauważyłem. Umożliwił nam zniszczenie kolejnego horkruksa.
- A panu udało się przejąć władzę nad różdżką od Draco Malfoya?
- Stoję tutaj, ponieważ zaklęcie tarczy, które rzucił na mnie Snape, umożliwiło mi rozbrojenie Draco Malfoya.
- Dziękuję, panie Potter.
- Ma pan świadomość, że bez Snape’a mógłbym nie dożyć konfrontacji z Voldemortem? Ani w ogóle przeżyć, jeśliby do niej doszło?
- Sąd wyciąga własne wnioski. Dziękuję ponownie za zeznania.
- Nie ma za co – odparł Harry niepewnie i powrócił na swoje miejsce.
- Panie Snape, wcześniej zeznał pan, że dowiedział się pan o Czarnej Różdżce w marcu. Czy wtedy szukał pan Ollivandera?
- Tak.
- A jak pan odkrył istnienie różdżki?
- Zostałem poinformowany przez moją koleżankę, Minerwę McGonagall.
- Ale jeśli Minerwa McGonagall nie była świadoma planu Dumbledore’a, musiała uważać pana za zdrajcę. Dlaczego miałaby zwrócić pańską uwagę na tak potężną różdżkę?
- Uświadomiła sobie, że moje życie jest w niebezpieczeństwie. I zaczęła podejrzewać, że śmierć Dumbledore’a mogła nie być tym, czym się wydawała.
Kingsley przez chwilę gładził się po brodzie, wyglądając na zamyślonego.
- Sąd wzywa na świadka Minerwę McGonagall.
Hermiona patrzyła, jak Minerwa niepewnie wstaje z miejsca. Była spięta, a jej kok był tak ciasny, że zdawał się trzymać jej twarz w permanentnym wyrazie dezaprobaty.
- Proszę podać swoje nazwisko oraz stanowisko.
- Minerwa McGonagall, nauczycielka transmutacji i zastępca dyrektora Hogwartu, szkoły magii i czarodziejstwa.
- Profesor McGonagall, jest pani też głową domu Gryffindor, czyż nie?
- Owszem.
- Od jak dawna zna pani Severusa Snape’a?
- Uczyłam go, kiedy był w Hogwarcie. I pracowaliśmy razem, od kiedy wrócił do szkoły jako nauczyciel w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym pierwszym roku.
- Jak opisałaby pani swoją relację z Severusem Snape’em?
Minerwa uśmiechnęła się lekko i Hermiona nie mogła powstrzymać uśmiechu w odpowiedzi.
- Byliśmy głowami rywalizujących domów. Nasza relacja musiała opierać się na rywalizacji. A jednak lubię myśleć, że nasze role sprawiały nam przyjemność.
- Powiedziałaby pani, że byliście dla siebie przyjaźni?
- W takim sensie, w jakim Snape był przyjazny dla kogokolwiek – odparła Minerwa ze złośliwym uśmiechem na twarzy.
- Jak pani się poczuła, kiedy dowiedziała się, że Snape zabił Albusa Dumbledore’a?
Minerwa zawahała się.
- Ciężko opisać to uczucie – powiedziała cicho.
- Mogłaby pani powiedzieć, że czuła złość? A może czuła się pani zdradzona?
- Między innymi, na pewno.
- Więc dlaczego poinformowała pani Snape’a o Czarnej Różdżce?
- Ja… Albus w swoim testamencie zostawił mi Wygaszacz. Jedną z jego funkcji jest lokalizowanie zagubionych. Wstyd mi powiedzieć, ale myślałam, że doprowadzi mnie do Harry’ego Pottera. Naciskałam przycisk kilka razy tamtego roku. Zawsze prowadził mnie do Severusa. W marcu on i ja odbyliśmy kłótnię. Zapytałam go, dlaczego to zrobił, a on powiedział, że myślał, że jest to całkowicie oczywiste. Wróciłam do moich komnat i zastanowiłam się nad tym. Jaki mógłby mieć powód? Co mogło go skłonić do zranienia Dumbledore’a? I dlaczego został wtedy w Hogwarcie, wiedząc, że będzie musiał z nami pracować? Dlaczego nie pozbył się większości z nas, nie wypełnił szkoły Śmierciożercami? I wtedy zrozumiałam.
- Co pani zrozumiała?
- Że on nas nie zdradził. Że Albus musiał poprosić, że zawarli umowę…
- I doszła pani do tego na podstawie kłótni?
- Tak… Cóż, i na podstawie działań Severusa jako dyrektora.
- Proszę wyjaśnić.
- Okropnie mi wstyd, że tego nie widziałam. Byłam tak wściekła, że… Ale to nieistotne. Snape od chwili kiedy został dyrektorem, przejął kontrolę nad dyscypliną w szkole za wyjątkiem punktów domów. Przyglądał się programom nauczania wszystkich nauczycieli, nawet tych z najdłuższym stażem…
- I to panią przekonało, że was nie zdradził?
- Wiem, ciężko to zauważyć. Gra rolę potwora zbyt dobrze, żeby miało mu to wyjść na dobre. Ale wśród personelu byli Śmierciożercy… którzy mogliby karać nasze dzieci… A on nalegał, że wszystkie kary mają trafiać do niego dla potwierdzenia. Neville Longbottom i Ginewra Weasley próbowali ukraść miecz Gryffindora z jego gabinetu i dostali za to ledwie szlaban z Hagridem. Z Hagridem! A kontrola naszych planów nauczania pozwalała mu na kontrolę ich, co dla Voldemorta byłoby przejawem przejęcia całkowitej odpowiedzialności za odnowę szkoły.
- Więc mówi pani, że czuła, że Severus Snape chronił uczniów Hogwartu przed Śmierciożercami.
- Tak! Nie mogę sobie wyobrazić… naprawdę nie mogę, panie Ministrze, jak byłoby, gdyby… Och, a my byliśmy dla niego okropni. Psuliśmy mu plany, kiedy tylko się dało. To, co osobiście powiedziałam… - odwróciła się na chwilę od Kingsleya i skupiła spojrzenie na Snapie. – Och, Severusie, przepraszam.
Hermiona niemal roześmiała się na widok miny męża. Wydawało się, że toczy wojnę pomiędzy poczuciem słuszności, rozbawieniem, przerażeniem i dziwnym wyrazem wdzięczności. Minerwa ponownie spojrzała na Kingsleya.
- Ale on nas po prostu ostrzegał w ten Severusowaty sposób, że powinniśmy uważać, bo nas wyrzuci… a teraz… Teraz widzę, że byliśmy dużo bezpieczniejsi właśnie tam.
- Więc kiedy doszła pani do takich wniosków, poinformowała pani Snape’a o Czarnej Różdżce.
- Tak.
- I co mu pani powiedziała?
- Powiedziałam mu, że wydaje mi się, że przez Albusa jest w wielkim niebezpieczeństwie. Od lat krążyły plotki pośród poszukiwaczy tej różdżki, że ma ją Albus Dumbledore. Jeśli nie było żadnych prób przejęcia jej, to chyba tylko dlatego, że Dumbledore był tak czczonym i onieśmielającym czarodziejem. Ale wydawało mi się, że jeśli plotki istniały, to jest kwestią czasu, że dotrą do Voldemorta. I wtedy on przyszedłby po Snape’a.
- Nie próbowała pani spotkać się z Dumbledore’em, żeby potwierdzić tę teorię?
- Byłam wtedy zbyt wściekła, żeby z nim rozmawiać.
- Wściekła? – Kingsley zmrużył oczy i wydał się Hermionie całkowicie zawzięty, jakby wiedział, że ma los procesu w dłoni i zamierzał ją ścisnąć.
- Nie prosisz człowieka o to, co musiał przejść Severus… Nie robisz z niego banity i pariasa wśród przyjaciół, nie zmuszasz do… Przepraszam. – Przerwała, żeby otrzeć oczy rękawem. – Nie można prosić kogoś o to, żeby zrobił te wszystkie rzeczy i wysyłać go bezlitośnie na pewną śmierć, nawet mu o tym nie mówiąc. To jest… To jest po prostu nieprzyzwoite.
Hermiona pochyliła głowę. Dotąd nie pozwoliła obecnym na zobaczenie jej łez i nie zamierzała tego zmieniać, ale zapiekły ją oczy i obraz na chwilę się rozmazał. To nie rozpacz ani radość ścisnęły jej serce, ale zwyczajna wdzięczność za to, że ktoś dzielił jej uczucia, że nie żyła w świecie pełnym dusz, których nie potrafiła zrozumieć. Harry zdawał się podzielać jej emocje i przysunął się do niej na ławce.
- Myślę, że się łamią – powiedział półgłosem. – Nie patrz. Będę twoimi oczami. Pani Marchbanks płacze. Wiesz, ta czarownica, która zawsze nosi fioletowy kapelusz?
Hermiona potaknęła, wciąż wpatrując się w kolana, w mokrą kropkę w miejscu, gdzie łza upadła na jej szatę. Przykryła plamkę dłonią.
- Patrzy na portret, jakby nigdy wcześniej nie widziała Dumbledore'a. Ludzie piszą. Słuchają, Hermiono. Trzymaj się.
Ponownie potaknęła i zamrugała, aż jej oczy się oczyściły, po czym podniosła wzrok.
Kiedy profesor Mcgonagall wróciła na swoje miejsce obok niej, młoda czarownica złapała jej rękę, tak jak tuż przed bitwą o Hogwart. Minerwa zacmokała, ale mimo to ona nie puściła.
- Pozostaje jedna z ostatnich kwestii – powiedział Kingsley. - Kwestia klątw niewybaczalnych.
Harry wstał nagle.
- Chcę własnego procesu.
- Siadaj – powiedział ostro Kingsley.
- Ministrze, proszę. Jeśli zamierza pan sądzić Snape'a za użycie klątw niewybaczalnych, chciałbym własnego procesu. Użyłem wszystkich trzech.
- Harry, ostrzegam cię. Bohater czy nie, to jest sala rozpraw i...
- Crucio na Śmierciożercy w Hogwarcie, Imperio na goblinie z Gringotta i Avada Kedavra na samym Voldemorcie. To była wojna, panie Ministrze. Wszyscy...
- Potter, nie czas na to! Po raz ostatni mówię, usiądź albo wyrzucę cię z sali rozpraw!
Harry i Kingsley patrzyli na siebie przez długą chwilę. Kingsley uniósł brew i Harry usiadł.
- Jak mówiłem, już wiecie, że Severus Snape przed procesem został pozbawiony magii. Departament aurorów przejął jego różdżkę i przez Priori Incantatem byliśmy w stanie poznać zaklęcia, których używał przez ostatnie półtora roku. Były dwa przypadki użycia klątwy zabijającej. O jednym usłyszeliśmy dzisiaj. Drugi dotyczył Bellatrix Lestrange.
Ginny pochyliła się i syknęła:
- Ostateczna bitwa!
Hermiona potaknęła. Echo głosu Ginny zdawało się poruszać wśród tłumu.
- Nie było śladu po klątwie Cruciatus ani Imperius.
Hermiona z trudem oddychała, kiedy Kingsley podszedł na środek sali. Stał przed zebranymi, jego wielokolorowe szaty lekko falowały. Na twarzy miał wyraz spokojnej determinacji.
Jeśli Kingsley kiedykolwiek zdawał się być niekompetentny, jeśli w jakiś sposób pokazywał brak doświadczenia, stało się jasne, że to była gra. Nie było nic zabawnego w mężczyźnie, który stał przed nimi. Hermiona zastanowiła się, czy użył jakiegoś zaklęcia czy też zawsze był tym mężczyzną, który nie przypominał Ministra Magii, lecz jakiegoś starożytnego wojowniczego króla. Jego głos rozległ się jak dźwięk wojny:
- Czarownice i czarodzieje Wizengamotu, usłyszeliście wiele zeznań podczas ostatnich kilku tygodni w związku z rolą Severusa Snape'a w drugiej wojnie przeciwko Voldemortowi. Nie można zaprzeczyć wydarzeniom, które miały miejsce na Wieży Astronomicznej Hogwartu. Pytanie, które teraz musimy sobie zadać, to czy czyn Snape'a nie zapobiegł większemu złu. Czy był zmotywowany, czy prowadził do zapobiegania większej szkodzie, którą można było wyrządzić dzieciom? Czy działał, żeby wzmocnić jasną stronę?
Hermiona usłyszała głos Ogdena, zanim zobaczyła jego postać, chociaż przepychał się przez innych czarodziejów, żeby opuścić swoje miejsce. Po prostu ciężko było skupić się na czymś innym niż Kingsley, który zdawał się promieniować bardzo jasnym światłem.
- Prawo nie działa w ten sposób, Ministrze! - krzyknął Ogden, napuszony i czerwony z gniewu. - Cokolwiek Snape twierdzi, był członkiem grupy, która zagrażała tym dzieciom! Nie można dołączyć do grupy, a później twierdzić, że mordowało się, aby zapobiec...
- Zakłada pan, że Snape był Śmierciożercą – powiedział Kingsley, wyglądając na niewzruszonego, podczas gdy dłonie Hermiony przypominały lód, a jej żołądek zwinął się w ciasny węzeł, tak że nie mogła nawet przełknąć śliny.
- Słyszał pan jego zeznanie! Był Śmierciożercą! Siedzi przed panem z Mrocznym Znakiem na ramieniu! Nie ma tu pytań czy...
- Ach, ale według mnie właśnie to jest pytanie, sędzio Ogdenie. W oczach Ministerstwa, Snape nie jest Śmierciożercą od tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego pierwszego, kiedy postanowił zostać szpiegiem.
- Podwiń rękaw! - wrzasnął Ogden.
- Snape, to nie będzie konieczne – powiedział Kingsley, zwracając się do Severusa.
- Podwiń rękaw! - powtórzył Ogden.
Hermiona z drżeniem obserwowała, jak Snape rozpina rękaw szaty, odsłaniając jasne, gładkie ciało.
- To o niczym nie świadczy – powiedział. - Znak zniknął, kiedy on umarł. Lucjusz Malfoy też nie będzie miał znaku.
- Znak zniknął – powiedział Kingsley, wyglądając na jeszcze bardziej triumfującego i pewnego siebie niż wcześniej. - Znak zniknął i jedyne, co pozostaje, to działania tego człowieka. Słyszeliście, o co poprosił go Albus Dumbledore...
- To nie robi żadnej różnicy i już o tym mówiłem! - na ustach Ogdena niemal pojawiła się piana, ale Kingsley mówił dalej, co zdawało się sprawiać, że drugi mężczyzna znika.
- ...chociaż wiedział, że to sprowadzi na niego hańbę i prawdopodobnie śmierć. Słyszeliście, że Dumbledore poprosił Snape'a, żeby położył swoje życie między Voldemortem a uczniami Hogwartu, pomiędzy Voldemortem a Harrym Potterem i słyszeliście, jakiego dokonał wyboru. Pytanie, które zadał sędzia Ogden, jest jedynym do rozpatrzenia. Czy Severus Snape był Śmierciożercą?
Głos Kingsleya zdawał się odbijać od kamiennych ścian sali rozpraw, otulając wszystkich kocem ciepłej, potężnej wibracji.
- Był? Czy Severus Snape był Śmierciożercą? Czy zdradził światło? Czy też był powodem, dzięki któremu Harry Potter przeżył, żeby pokonać Voldemorta?
Hermiona oderwała na chwilę wzrok od Kingsleya, żeby przyjrzeć się twarzom czarownic i czarodziejów siedzących nad nią. Byli tacy, który wyglądali na nieporuszonych, ale wielu miało w oczach duże zainteresowanie. Ich brwi były uniesione pytająco i miała wrażenie, że żaden inny widok nie był dla niej równie piękny.
- Sąd przesunie przesłuchanie, żeby dać czas Wizengamotowi na podjęcie decyzji. Zbierzemy się ponownie pierwszego sierpnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego ósmego roku, aby usłyszeć werdykt. To wszystko.
Zamknęła oczy, gdy ludzie wokół niej zaczęli się kręcić i wstawać. Poczuła łaskotanie na kręgosłupie, docierające do jej spiętych ramion. Proszę, pomyślała. Po prostu... Proszę.

o-o-o

Hermiona stała w drzwiach, obserwując Snape'a, który ukląkł przy kominku. Nosił swoje zwykłe domowe ubranie: dżinsy, których widok dawniej był dla niej strasznie dziwny, i poszarzałą koszulę rozpiętą przy szyi, z rękawami podwiniętymi do łokci. Włosy założył za ucho. Za nim na stoliku do kawy stała szklanka i resztki kanapki. Z jego postawy jasno dało się wyczytać, że nie ma pojęcia, że ona tam stoi. Obok niego na palenisku leżały zapałki, których zamierzał użyć do rozniecenia ognia. Pomimo upału na zewnątrz, w domu było ciemno i chłodno, więc czasami siadali obok siebie na sofie przed kominkiem i pozwalali, aby tańczące płomienie kołysały ich do snu.
Podejrzewała, że tej nocy szczególnie będą potrzebować pomocy.
Obserwowała go w ciszy, ucząc się tego nowego mężczyzny, który był jej mężem. Niezależnie od tego, kim mógł być na przykład w zamku albo daleko stąd, przemianowany i sprawdzony jak inni ludzie, to był Snape, którego miała teraz. To był jej mąż, odpoczywający, zabierający się za rozpalenie ognia.
Niepewnie wyciągnął prawą rękę i machnął palcami. Serce Hermiony zamarło, jej gardło stało się spięte i suche. Machnął ponownie. Nic. Westchnął i sięgnął po zapałki, gdy weszła do pokoju.
Wstał nagle, pozostawiając puste palenisko.
- Zamierzałem się położyć.
Stała tam niemal pół minuty, zanim się zorientowała, że prosił ją, żeby się dołączyła.
- Tak – powiedziała, ostrożnie starając się nie zmienić wyrazu twarzy. - Potrzebujemy snu.
Bez słowa skierował się na schody, a ona poszła za nim. Korytarz był ciemny, ale on nie włączył lamp, a gdy weszli do sypialni, rozebrał się i wszedł do łóżka, wciąż milcząc. Dołączyła do niego, kładąc się w ciemności na plecach. Jego ręka przekroczyła niewidzialną granicę biegnącą przez środek łóżka i złapała jej dłoń. Ścisnęła ją w odpowiedzi.
- Masz testament? - zapytał po chwili. Jego głos zdawał się być bardzo głośny w ciszy domu, a jego słowa zaskoczyły ją.
- Testament?
- Tak – powiedział oficjalnym tonem. - Zostawiłem testament.
- Och. Och, tak. Znaczy nie, nie mam go, ale tak, wiedziałam, że go zostawiłeś. Artur Weasley go wziął. Wierzę, że go zniszczył.
Snape milczał przez dłuższy czas.
- Przykro mi to słyszeć. Miałem wrażenie, że zaprzyjaźniłaś się z Kingsleyem Shackleboltem. Miałem nadzieję... Miałem nadzieję, że dałoby się go przekonać, żeby go uprawomocnił, kiedy ja...
- Severusie, przestań.
- Hermiono – odwrócił się do niej. - Byłaś... niebywała. Zrobiłaś więcej, niż mógłbym kiedykolwiek marzyć, więcej niż zapewne zasłużyłem. Musisz wiedzieć, że to nie będzie twoja wina. Nikt nie mógł...
- Przestań - powiedziała cicho. - Nie wywołujmy wilka z lasu. Poczekamy i zobaczymy, co się stanie.
- Wiesz, co się stanie. Nie jesteś głupia, nigdy nie byłaś, bez względu na to, co mogłem do ciebie mówić. Znasz nasz świat, wiesz, że oni nigdy...
- Kiedy przestaniesz się ze mną żegnać? - powiedziała zbyt zmęczona, żeby się złościć. - Jeśli przegramy, odwołam się. Będę się odwoływać wiele razy, aż poddadzą się, bo będą mieli mnie dość. Co muszę zrobić, żeby cię przekonać, że na to nie pozwolę?
- Jesteś prawdziwą Gryfonką, Hermiono – szepnął, a jeśli w jego głosie był żal, było w nim również coś w rodzaju podziwu. - Tak przekonana, że możesz zmienić świat tylko własną mocą, tak łatwo rzucasz się w bój. Słuchaj mnie. Nie chcę, żebyś się rozbiła o ścianę, której nie da się usunąć. Nie chcę być pracą twojego życia. Zasługujesz na więcej niż sale sądowe, artykuły w gazetach i osądy.
- Dlatego zrobimy to, co jest do zrobienia, i pójdziemy dalej.
Milczał tak długo, że pomyślała, że zasnął. Cieszyła się. Może musiał dać jej jakieś wyjście, po czym mógł zamknąć oczy. Lekko ścisnęła jego dłoń.
- Nie wiem, jak pójść dalej – powiedział tak miękko, że z trudem go rozumiała. - Spędziłem całe życie w cieniu Voldemorta.
Nie było nic do powiedzenia. Co wiedziała o tym, co będzie dalej? Tyle co on, a może nawet mniej. Cokolwiek się stanie, będzie w najlepszym wypadku banalne. Przysunęła się do niego i wtuliła w jego ramiona. Zaakceptował to bez wahania i przeleżeli tę długą noc razem.




*Imię za Autorką. Ollivander miał na imię Garrick.
http://www.youtube.com/watch?v=SKjNtLUavR0 A Very Potter Musical
It is totally awesome ;)
yasiria
Nawiedzony Romantyk
Nawiedzony Romantyk
 
Posty: 52
Dołączył(a): 28 maja 2011, 12:55

Re: [NZ][T] Drugie Życie [45/48]

Postprzez Puchacz » 11 sie 2013, 18:06

Dawno nie czytałam tego ff, ponieważ te rodziały, które pokrywają się z powieścią są dla mnie trochę dziwne, sama nie wiem dlaczego, bo przemknęło mi przez myśl, że są jednak ciekawsze niż oryginał. W każdym razie z przyjemnością wróciłam do tego fika, jest bardzo dobry.
„Ludzie, którzy woleliby umrzeć, niż nas opuścić.” Od razu skojarzyło mi się „lepiej umrzeć, niż zdradzić swoich przyjaciół”. Zdrada przyjmuje różne formy, więc nic dziwnego, że Hermiona się zdenerwowała. W kanonie dochodzą jeszcze inne przyczyny, ale tu… no cóż. Podoba mi się reakcja Harry’ego. To jak wytłumaczył Granger zachowanie ich przyjaciela, to takie zaskakujące u mężczyzny.
To dla mnie rozdział 31., to „rozdział Minerwy” jest taka kanoniczna, do bólu taka, jaką sobie wyobrażałam. Ciekawie rozwiązana jest sprawa insygniów. W ogóle – jest tu tyle ciekawych rozwiązań, że mogą przyćmić oryginał. Podoba mi się Dumbledore, który NIE JEST tym złym w opkowym sensie, ale… jest bardziej ludzki, jest człowiekiem popełniającym błędy, który czasem nie patrzy na straty. Taki chyba właśnie był, nie całkiem „jasny”. Wydarzenia u Malfoyów trochę się ciągnęły. Później wróciłam do tego wydarzenia, gdy Hermiona mówiła, że Snape nie podałby jej eliksiru – dla niego sprawa była ważniejsza. I była istotnie. Walczył, gryzł i pozwalał się poniżać dla ważniejszego celu. Uwielbiam.
Strasznie mi się podobała alternatywa wizyty w banku i to, że Gryfek nie okazał się łajzą. Sądziłam, że te rozdziały będę nudne – te które pokrywają się bardzo z Insygniami, bo już w początkowych rozdziałach dało się odczuć, że ff będzie trzymał się kanonu tak mocno jak się da – to jego mocna strona, ale jeszcze mocniejszą jest fakt odpowiedniego wykorzystania kanonu.
Zwróciłam uwagę na to, że Severus boi się umrzeć - a później jest zły, że przeżył. Nie mówię o tym, aby wskazać rozbieżność, tylko właśnie takie naturalne zachowanie. Pogodził się ze złym losem… a tu zupełnie coś innego. Alternatywa. I to jest tak niesamowicie wciągające.
Ale naprawdę ciekawie zrobiło się po bitwie. Od początku czekałam właśnie na to - na proces. Przygotowania, cała ta otoczka, przesłuchania itd. Zachowanie Severusa i pozostałych… to jest dopiero interesujące. Uwielbiam procesy, takie zboczenie… W każdym razie zawsze są interesujące. A proces Snape'a już w szczególności.
Ale ciekawiło mnie też przedstawienie „powrotu do normalności”. Tego, jak zachowuje się Harry, Weasleyowie i nowy minister.
Jakoś wszystko mi tu do siebie pasuje, jest logiczne, uzupełnia się.
Przyjemnie się czyta, płynnie i bez zgrzytów. Nawet zmienione imię mi nie przeszkadzało, błąkało mi się po głowie, że coś jest nie tak, ale nie zwróciłam na to specjalnej uwagi. Przy masie dobrego, takie minusiki uciekają.
Powinnam powiedzieć coś negatywnego, bo zalewam pochwałami… hm… szkoda, że na kolejny rozdział będzie trzeba długo czekać. : D

Uwielbiam tego fika, bardzo mi się podoba i cieszę się, że go tłumaczysz.
Wenuję i motywuję do tłumaczenia jak tylko mogę <machała pomponami>

Pozdrawiam
Puś
Obrazek

Podążaj za białym królikiem.
Modzi widzą przez peleryny niewidki.


Pusia lubiła swój zielony balonik...!
Avatar użytkownika
Puchacz
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 841
Dołączył(a): 11 kwi 2009, 23:05

Re: [NZ][T] Drugie Życie [45/48]

Postprzez yasiria » 04 maja 2014, 21:47

Tak... Nie bardzo wiem co napisać na swoją obronę, bo przerwanie tłumaczenia dwa rozdziały przed końcem jest tym czego nienawidzę najbardziej podczas czytania. Ale niestety, stało się ;)
Pozostaje powiedzieć: bardzo przepraszam, obiecuję że tym razem już skończę i postaram się zrobić to jak najszybciej.
Nie przedłużając... Przedostatni rozdział, betowany przez Morwenę :)

Rozdział 47

Hermiona stała w kuchni i wpatrywała się w otwartą szufladę. Schludnie ułożone widelce i łyżki powitały jej oczy razem ze stosem noży, a jednak nie miała pojęcia, dlaczego otworzyła szufladę ani teraz, ani chwilę wcześniej, kiedy wysuwała ją, trzymając delikatnie w ręce i słuchając brzęku srebra. To bardzo mugolskie, pomyślała, trzymać srebra w szufladzie. Nie miało to sensu, bo przecież czarodzieje podobnie jak wszyscy inni ludzie używali sztućców. A jednak nie mogła sobie przypomnieć, żeby wcześniej widziała je ułożone w taki sposób. Oprócz jej rodzinnego domu, gdzie porządek zapewniał plastikowy pojemnik. Zamknęła szufladę.
W nocy tak naprawdę nie spała. Słuchała oddechu Severusa; czuła lekki nacisk jego torsu, wilgotnego w miejscu, do którego przytulała swój policzek. On też nie spał, wiedziała to, bo nie wiercił się na materacu, a jego oddech nie był głęboki i powolny. Ale nawet taki odpoczynek wystarczył, żeby noc minęła szybko i bezmyślnie, tuż przed świtem bezlitośnie wywołując szybsze bicie jej serca i świadomość, że dzisiaj usłyszą werdykt.
Ponownie otworzyła szufladę. Było w niej coś, czego potrzebowała, ale nie mogła sobie przypomnieć co.
Usłyszała stąpanie bosych stóp Severusa na stopniach schodów i wyobraziła sobie jego długą, szczupłą stopę z ostrymi krawędziami paznokci i rzadkimi czarnymi włosami kontrastującymi z bladością skóry. Czuła, że on na nią patrzy, ale nie mogła odwzajemnić spojrzenia.
Zamknął szufladę.
- Jedz – powiedział. Zauważyła leżące na stole tosty, co zapewne tłumaczyło otwarcie szuflady. Zamierzała je pokroić.
Podniosła cały kawałek i ugryzła go, żeby zrobić cokolwiek. Okruszki spadły na blat.
Severus wziął do ręki drugi kawałek spalonego chleba i popatrzył na niego krytycznie.
- Nie mogłaś skończyć roboty i spalić całego budynku? - zapytał z rozbawieniem.
- Ja... Przepraszam. Nie...
- Nie poślubiłem cię dla twoich umiejętności prowadzenia domu – powiedział z cieniem uśmiechu, po czym wziął kubek z niemal zupełnie wystygłą herbatą, odwrócił się i poszedł w stronę schodów.
Nie, z pewnością nie, pomyślała smutno. I chociaż nie o to mu chodziło, ona jednak usłyszała w myślach powód, dla którego ją poślubił. Miała go od tego uwolnić. Obiecała. Obiecała, a nie potrafiła nawet zrobić śniadania.

o-o-o

Wyraz twarzy Kingsleya był zupełnie nieczytelny. Wiedział. Zdawała sobie sprawę z tego, że on wie, była tego pewna, a jednak nie dostrzegła żadnej wskazówki w ułożeniu jego ust czy kolorze oczu, która powiedziałaby jej to, czego chciała się dowiedzieć. Podał jej rękę dokładnie tak samo jak zawsze i nie zauważyła ani pośpiechu, ani wahania w sposobie, w jaki złapał ramię Snape'a, żeby teleportować go do Ministerstwa.
Percepcja Hermiony nagle w dziwny sposób się wyostrzyła: każdy kamień na ścianie holu był indywidualnie umieszczony i rzucający się w oczy. Zużyty dywan leżący na posadzce również przyciągał jej uwagę... Szczególnie sposób, w jaki czerwień rozmywała się w róż na samym środku, gdzie przechodziły po nim rzesze czarodziejów. A jednak widząc to wszystko, nie widziała nic i podskoczyła na siedzeniu, zaskoczona, gdy Kingsley wezwał obecnych do porządku.
Sala rozpraw pękała w szwach. Pojawiło się ponad dwa razy więcej osób niż poprzednio i dziennikarze tłoczyli się przy drzwiach, robiąc zdjęcia wchodzącym. Hermiona widziała pracowników Hogwartu, Molly Weasley zaganiającą na miejsca cały klan Weasleyów, Neville’a Longbottoma z babcią, Andromedę Tonks z małym Teddym na biodrze. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że wszyscy ci ludzie przyszli, żeby zobaczyć jej upadek, że przyszli, żeby czerpać przyjemność z porażki Snape'a.
Gdy zebrani zajęli miejsca, głos Kingsleya rozbrzmiał po raz kolejny:
- Pierwszy sierpnia, tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego ósmego roku. Ministerstwo Magii kontra Severus Snape. Chciałbym raz jeszcze podziękować sądowi za uważne rozpatrzenie faktów w tej skomplikowanej sprawie oraz wszystkim tym, którzy poświęcili swój czas na złożenie zeznań. Wizengamot podjął decyzję.
Ostatnie szepty ucichły. Hermiona spojrzała na czarodziejów i czarownice Wizengamotu, szukając wskazówki odnośnie tego, co miało się stać, ale ich twarze były puste i bez wyrazu.
- W sprawie zarzutu o członkostwo w organizacji terrorystycznej sąd uznaje oskarżonego za niewinnego.
- W sprawie zarzutu o zdradę stanu sąd uznaje oskarżonego za niewinnego.
- W sprawie zarzutu o współudział w porwaniu sąd uznaje oskarżonego za niewinnego.
Zarzuty zdawały się odpływać prosto w przeszłość. Hermiona oddychała ciężko, zauważając ułamkiem świadomości, że Harry ściska jej dłoń. Zastanowiła się bezwiednie, czy przypadkiem nie złamie jej kości, ale ból zupełnie nie pomógł jej się skupić.
- W sprawie zarzutu o szpiegostwo... wspomaganie i używanie klątw niewybaczalnych... używanie magii w obecności mugoli... spiskowanie w celu popełnienia morderstwa sąd uznaje oskarżonego za niewinnego.
Spiskowanie w celu popełnienia morderstwa, spiskowanie w celu popełnienia morderstwa. Próbowała uchwycić słowa, które przepływały jej przez umysł. Ale to musi oznaczać...
- W sprawie zarzutu o popełnienie morderstwa z użyciem klątwy niewybaczalnej sąd uznaje oskarżonego za niewinnego.
Harry potrząsnął nią gwałtownie; sala wrzała od szeptów. Hermiona słyszała dziennikarzy potrącających się nawzajem, żeby jak najbardziej się zbliżyć, jednak nie spuszczała wzroku z twarzy Kingsleya. Jeszcze nie skończyli.
- W sprawie zarzutu o celowe zniszczenie mienia i nieautoryzowane użycie zaklęcia pamięci sąd uznaje oskarżonego za winnego.
Gwałtownie wypuściła powietrze i opadła na oparcie krzesła. Harry z radością ciągnął ją za rękę.
- To tylko zniszczenie własności, Hermiono, i zaklęcia pamięci... To nic! Na Merlina, nie ześlą go do Azkabanu za zaklęcia pamięci! Wygrałaś!
To fakt. Wygrała tam, gdzie to miało znaczenie, i mimo wszystko z Severusem wszystko będzie dobrze. Nie pozwoliliby mu wyjść z sali rozpraw bez odciśnięcia na nim piętna. Nie zamierzali przyznać, że się mylili. Zniszczenie mienia i zaklęcia pamięci... Oczyścili go z zarzutu o popełnienie morderstwa, ale nie z rzucenia kilku zaklęć pamięci?
- Proszę o ciszę! Nie zawaham się usunąć każdego, kto wykaże się niesubordynacją... Nawet członków sądu! – krzyknął Kingsley, ze złością patrząc przez ramię na Wizengamot.
Kiedy zapadła cisza, odezwał się ponownie:
- Sąd skazuje Severusa Snape'a na dziewięćset godzin przymusowej, bezpłatnej pracy jako warzyciel eliksirów dla Szpitala św. Munga. Zebranie zostaje odroczone.
Spojrzała na portret, ale Dumbledore już zniknął.
Kingsley zaczął schodzić ze schodów, a wszyscy obecni wstali jak na komendę - oprócz Hermiony, która siedziała skamieniała na swoim miejscu, dopóki Harry nie pociągnął jej za rękę, zmuszając do podniesienia się.
Objął ją ramieniem i spróbował pokierować w stronę Weasleyów, którzy zbierali się z tyłu sali, ale ona wyrwała mu się, skupiona na tym, co działo się na środku.
Czarownice i czarodzieje przechodzili przez ogromną salę, omijając Snape'a i Ministra, jakby teraz, gdy widowisko dobiegło końca, woleli nie zbliżać się do głównych graczy.
Kingsley dotarł do Snape'a i usunął z krzesła łańcuchy. Hermiona patrzyła z lekko otwartymi ustami, jak dotyka różdżką bransolety na nadgarstku Severusa, po czym łapie ją, gdy zaczęła spadać. Nieświadomie poruszyła własnymi palcami. Snape wstał powoli i uścisnął dłoń Kingsleya, a ona niemal poczuła ten dotyk. Mimo zgiełku słyszała ich słowa, jakby szeptali wprost do jej uszu.
- …tylko żeby uzupełnić papiery. Eliksiry będą dostarczane bezpośrednio do św. Munga. Oczekują dostawy raz w tygodniu. Mam listę potrzebnych eliksirów. Nic zbyt skomplikowanego, oczywiście nie, żebyś... - Kingsley urwał. - Masz wszystkie składanki tam, gdzie teraz przebywasz? Czy też zamierzasz się gdzieś przenieść...
- Nie, mój dom rodzinny zupełnie wystarczy.
- Doskonale. Rozumiem, że chcesz przez pewien czas pozostać pod opieką zaklęcia?
- W rzeczy samej.
- Dobrze więc, sądzę, że to wszystko. Jeśli będziesz tak miły, zajdź do mojego gabinetu, zanim wyjdziesz. Och, Merlinie! Prawie zapomniałem! Twoja różdżka. - Minister wyciągnął ją z kieszeni.
Hermiona drgnęła, kiedy palce Severusa otoczyły różdżkę. Pojawiła się delikatna złota poświata. Wydawało się, że zjednoczenie dłoni i różdżki wywołało jakieś magiczne rozluźnienie.
- Dziękuję - powiedział Snape, a ona nie wiedziała, czy dziękuje Kingsleyowi za zwrot różdżki czy też za coś innego, ale Kingsley nic nie zauważył i odchodząc, rzucił na Snape'a zaklęcie ochronne.
Snape odwrócił się, żeby na nią spojrzeć, kiedy szła w jego stronę i ogromnym wysiłkiem utrzymała obojętny wyraz twarzy. Pozwoli mu, aby sam jej powiedział, jak ma zareagować. Będzie wściekła, jeśli on potrzebuje wściekłości, albo poniesie ciężar porażki w ciszy. Zgorzknienie, złość, akceptacja, spokój... Czegokolwiek będzie od niej oczekiwał.
Podniósł różdżkę i na ułamek sekundy zawahała się, ale wtedy machnął nią w swoją stronę i szepnął: Protego Horribilis. Przypomniała sobie własne słowa sprzed niemal dwóch lat: Więc mogę cię dotknąć, bo nie mam złych zamiarów?
Zaprosił ją do wnętrza tarczy.
Podchodząc, walczyła z mięśniami twarzy, które spięły się wbrew jej woli. Odwróciła się nieco, żeby ukryć łzy, ale złapał jej ramię i nagle była w jego uścisku, kurczowo trzymając w dłoniach jego szaty i słuchając świstu jego oddechu w jej włosach. Czuła magię przepływającą przez niego, gotującą się w jego krwi, czuła pod dłońmi, jakby fizycznie stawał się większy. Przytuliła się do niego, częściowo próbując stać się częścią tego, co właśnie się działo, a częściowo nie będąc pewną, czy jej kolana utrzymają ciężar ciała. Pod przerażeniem i złością było w niej coś ostrego i jasnego, co zagrażało jej sercu. To nie umarło. On czuł ją, a ona czuła jego.
Flesze rozbłysnęły wokół nich.

o-o-o

Sierpień był najgorszym miesiącem.
Snape wrócił na Spinner’s End z niemal szaloną potrzebą załatwienia wszystkich spraw naraz. Stało się dla niego jasne, gdy w gabinecie Shacklebolta podpisywał papiery i wysłuchiwał jego głupawych przeprosin, że nie, nie znaleźli Grangerów i nie, Snape nie może opuścić kraju, dopóki nie skończy się jego kara, że jedyną drogą naprzód było właśnie to.
Nie docierało do niego aż do drugiego tygodnia warzenia eliksiru antyalergicznego i kremu na trądzik – śmiesznie prostych eliksirów, które mógłby uwarzyć, będąc w drugiej klasie - że Shacklebolt wyświadczył mu przysługę.
Jego okryte rękawiczkami dłonie zręcznie pracowały nad czyrakobulwami, używając rękojeści noża, żeby je wycisnąć i za pomocą różdżki zbierały gęstą, białą ropę do fiolek. Przekłuć, ścisnąć, wypompować. To była praca. Dostał pracę, coś, co przypominało mu, kim mógł być, gdyby to wszystko się nie stało, co zajmowało jego umysł i sprawiało, że nie rozmyślał nad przeszłością. I, pomyślał Snape, to sprawiało, że jego eliksiry były bezpieczne. Mogły używać ich szpitale. Kiedy to się skończy, będzie większa szansa, że znowu znajdzie pracę.
Zamknął oczy i spróbował pozbyć się okropnej wizji, że być może naprawdę jest coś winien Shackleboltowi. Słyszał, jak Hermiona krząta się na górze. Nie lubił ostatnio jej wzroku. Przed procesem patrzyła na niego w opiekuńczy sposób. Czy już jadł, czy przyjdzie do łóżka, czy zaprotestuje, jeśli ona zasugeruje mu szary kapelusz? To był taki rodzaj spojrzenia. Teraz patrzyła, jakby na coś czekała, na jakąś wiadomość, której nie potrafił jej przekazać. W nocy leżała cicho w jego ramionach, ale nie spała. Myślał, że kiedy to się skończy, ona odpocznie, nie będzie dźwigać jego ciężaru i zacznie troszczyć się również o samą siebie, ale czasami miał wrażenie, że wygląda gorzej niż miesiąc wcześniej. Szczuplej, twardziej. Bardziej desperacko. Załamywała się.
Wiedział. Dobrze pamiętał swoje uczucia z pierwszego tygodnia w Hogwarcie po pierwszym upadku Czarnego Pana. Dumbledore chciał go mieć blisko, w granicach szkoły, ale jeszcze nie ubyło dzieci, obowiązków, a jedyne, co zawsze miał, to obowiązki. Misje. Miał wrażenie, że ktoś go rozstroił; krążył po swoich komnatach niczym zamknięty w klatce aż do pierwszego spotkania pracowników, na którym wszyscy patrzyli na niego jak na bardzo niebezpieczne dziecko.
Bardzo niebezpieczne dziecko. Podejrzewał, że to właśnie widzieli inni ludzie, kiedy ona wychodziła na zewnątrz. Ale w środku nie było lepiej niż na zewnątrz, ponieważ tu nie było nic do roboty, nic, co zajmowałoby bezczynny umysł. Wiedział, a jednak nie miał pojęcia, jak pomóc jej znaleźć to, czego potrzebowała, żeby ruszyć dalej, jak pomóc jej zdecydować, kim będzie, jeśli nie uczennicą, jeśli nie mugolaczką, jeśli nie wojowniczką.
Dni zlewały się ze sobą, tworząc coś, co można by nazwać rutyną. Gdyby warzył przez co najmniej siedem godzin dziennie, ukończenie wyznaczonej kary zajęłoby jedynie dziewiętnaście tygodni. Styczeń. Mógłby podróżować od stycznia. Każdego ranka budził się, brał prysznic, używał teraz już magicznego tostera i szedł do piwnicy, gdzie mógł usunąć zaklęcia podtrzymujące i rozpalić ogień pod kociołkami. Pracował do późnego ranka, kiedy przerywał, żeby znaleźć Hermionę i napić się z nią herbaty. Przygotowywał napój, po czym pili go, siedząc w milczeniu przy kuchennym stole. To była najlepsza część jego dnia, chociaż przyznawszy to przed samym sobą, poczuł się mały i słaby. Po wszystkim pracował, dopóki nie zgłodniał albo pudła z eliksirami na dany tydzień nie wyglądały na wystarczająco pełne, żeby móc zawstydzać.
Bo to, że był wdzięczny za pracę, nie miało znaczenia. I tak zamierzał ich zawstydzić.

o-o-o

Wrzesień był odrobinę lepszy. Czasami wychodziła. Do Nory, jak mówiła, albo żeby odwiedzić Pottera, który zamieszkał na Grimmauld Place. Czasami spotykała się z Minerwą na herbacie. Raz, bardzo zmieszana, pojawiła się na Spinner’s End z dziewczyną Lovegoodów, ale zostały tu krócej niż pół godziny, zanim Hermiona zaczęła wyglądać na bliską łez i aportowały się z powrotem. Chciał jej powiedzieć, że to było dobre, że nie chciał jej tu trzymać jak w więzieniu, ale przez następny tydzień była cicha i spłoszona.
Naprawił schody, ponieważ cieszyło go, gdy wyczuwał, że ona idzie, bez ich skrzypienia. To była dziwna przyjemność, ponieważ serce piekło go, niemal sprawiając ból, a za każdym razem kiedy podnosił wzrok, oczekując, że ją zobaczy i faktycznie ją widział, czuł falę czegoś, co mógł nazwać tylko wdzięcznością. Nie mógł się pozbyć uczucia paniki, gdy wychodziła, nawet jeśli powtarzał sobie ostro za każdym razem, że zachowuje się absurdalnie. Gdyby chciała odejść, przyjęłaby szczodrą ofertę Shacklebolta, żeby unieważnić małżeństwo.
Cieszyła go praca, nie tylko z tego powodu, że znów używał magii, ale również dlatego, że idealnie wpasowywała się w życie, które wybrał. Minęły lata, odkąd proszono go, żeby coś uwarzył i cieszyła go precyzja, z jaką kroił składniki, ekscytowało go to, że znowu był w czymś wyjątkowy, nawet jeśli było to coś tak banalnego jak eliksiry lecznicze. Pracował nad eliksirami na „a”: anestetykami, antygrzybicznymi maściami dla zawodników quidditcha i - niemal z żalem - antytoksynami. Wypełniał pudło za pudłem, aż chwiejne stosy sięgały sufitu. Mógł je transmutować od razu, ale cieszyło go patrzenie na rezultaty jego pracy, a szczególną przyjemność czerpał z wyobrażania sobie uzdrowiciela, który przyjmie dostawę, i pęk kluczy nagle zmieni się w ogromne, chlupoczące pudła pełne eliksirów.
Ścierał w moździerzu kolce jeżozwierza do eliksiru leczącego czyraki, kiedy nagle uświadomił sobie, że ona stoi w drzwiach i go obserwuje. Nie dał po sobie poznać, że ją zauważył natychmiast; skończył rozdrabnianie kolców i uważnie wsypał proszek do środkowego kociołka.
- Jeśli zamierzasz tam stać i mnie obserwować przez całe popołudnie, możesz równie dobrze się na coś przydać - powiedział i przesunął moździerz w jej stronę.
Zawahała się, po czym rzuciła na ręce zaklęcie czyszczące i podeszła do stołu.
- Ile? - zapytała.
- Zetrzyj wszystkie. W całości są bezużyteczne, a proszek można przechować - powiedział. Spojrzał na nią badawczo, próbując ocenić jej nastrój. - A ja zamierzam zrobić więcej eliksiru leczącego czyraki, niż święty Mungo może pomieścić. Dziewięćset godzin na tę listę? Mógłbym zaopatrzyć całą Brytanię.
Uśmiechnęła się lekko i włożyła kolec do kamiennej misy.
- To wyjaśnia, skąd aż tyle pudeł – odpowiedziała. Miał wrażenie, że było coś... coś żywego w jej oczach.
Stanął za nią i zamknął jej prawą dłoń w swojej.
- Popatrz - powiedział i zaczął trzeć tłuczkiem kolec, wykonując okrężne ruchy. Proszek pojawił się natychmiast.
- Dużo szybciej - zauważyła.
- W rzeczy samej.
Stał tak chwilę dłużej, ciesząc się jej bliskością i zapachem jej włosów, po czym puścił ją i zajął się krojeniem ogromnej ilości rogatych ślimaków. Praca była kojąca i miał nadzieję, że zadziała tak też na nią, że odnajdzie trochę spokoju w powtarzalności czy w prostym akcie tworzenia.
Obserwował ją z przyjemnością, której nigdy nie odczuwał jako jej nauczyciel i na którą nigdy nie pozwalał sobie jako jej nauczyciel i mąż jednocześnie. Głęboka zmarszczka pojawiła się między jej brwiami, a jednak kąciki jej ust uniosły się i zarumieniła się z wysiłku wkładanego w perfekcyjne wykonanie zadania. Była rzadko spotykanym typem człowieka, uznał. Pracowała równie ciężko, ścierając na proszek kolce jeżozwierza, jak ratując świat. Zastanowił się, czy było coś złego w tym, że ją kochał, kiedy odczuwała tak dużo bólu.
- Wystarczy - powiedział w końcu, kiedy jej strona stołu była pokryta białym proszkiem. - Chodź i pomóż mi z tymi ślimakami.
Podał jej cienki srebrny nóż i zaczęli działać według schematu: ona przecinała ślimaki na pół i podawała mu, aby pokroił je w kostkę. Na początku pracowali powoli, nieregularnie, po czym te czynności stały się grą: ona próbowała stworzyć stos, a on kroił tak szybko, jak mógł, żeby ją wyprzedzić. Pracowali, aż przełamali rutynę i coraz częściej zderzali się dłońmi. W końcu złapał jej nadgarstek i przez chwilę ściskał delikatnie palcami.
- Teraz mieszaj - powiedział.
Podniosła chochlę i zaczęła mieszać pierwszą miksturę w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Kiedy eliksir nabrał bladej, maślanej barwy, szybko wyciągnęła chochlę i osuszyła ją zaklęciem. Severus przelał środkowy eliksir do fiolek, które opisał i umieścił w pudle z pozostałymi. Mógł jej to dać, pomyślał. Mógł to z nią dzielić, jeśli tego potrzebowała. Przelotnie zastanowił się, czy tym właśnie było ich małżeństwo: ratowaniem się nawzajem.
- Reszta może poczekać - powiedział, rzucając zaklęcie podtrzymujące na pozostałe dwa kociołki. - Życzysz sobie... To znaczy, jesteś głodna?
- Głodna? - zapytała, wyglądając na zaskoczoną, jakby wyrwaną z marzeń. - Chyba tak.

o-o-o

Zanim doszedł według listy do wywaru ożywiającego, Hermiona zaczęła czekać rano w piwnicy z podwiniętymi rękawami i włosami związanymi w węzeł na karku. Nigdy nie zaczynała bez niego, tylko czekała na instrukcje. Tego ranka dał jej do obrania i pokrojenia imbir oraz granaty do wyciśnięcia, a sam zajął się oczami żuków, bo pamiętał z zajęć, że zawsze się przy nich krzywiła.
Pracowała jak zawsze w ciszy, uważnie krojąc imbir na cienkie, przezroczyste plastry. On liczył i oddzielał, liczył i oddzielał, używając ostrza noża, żeby przesunąć mokre, czarne oczy po blacie. Nagle zawładnęła nim dziwna potrzeba. Spojrzał na nią z zastanowieniem. W końcu rzucił w nią okiem.
Wzdrygnęła się, pisnęła i przetarła twarz dłonią, machając nią w powietrzu, jakby została skażona, ale uśmiechała się i najwyraźniej sama podjęła jakąś decyzję. Podniosła kawałek granatu i cisnęła w niego niezdarnie. Owoc upadł na blat z plaśnięciem, a sok trysnął prosto do kociołka i na jego koszulę. Z kociołka wydobył się słodki, różowy dym, ale zignorował to. Eliksir był do wyrzucenia, jednak sam dym nie szkodził. Severus sięgnął ręką do tyłu, zgarniając kilka kamieni księżycowych i zaczął w nią rzucać. Odchylała się i odskakiwała, jej śmiech dźwięczał w ciasnej piwnicy. W końcu trafiła go w twarz kawałkiem imbiru.
- Severusie! Severusie! To nie w porządku! Skończ z tymi oczami! - zawołała, nurkując na chwilę pod stół. Tam musiała trafić na zbiornik z gumochłonami, ponieważ nagle dwa z nich pojawiły się w powietrzu. Jej twarz wykrzywiła się z obrzydzenia, gdy wyskoczyła spod stołu, chociaż jej oczy błyszczały triumfalnie.
Zaśmiała się histerycznie, gdy zdjął jedno ze stworzeń ze swojego ramienia i włożył z powrotem do zbiornika.
- Musimy porozmawiać na temat wykorzystywania żywych zwierząt - powiedział szorstko, ale nie mógł powstrzymać uśmiechu, a ona oparła dłonie o stół, zwijając się ze śmiechu.
- O Boże. O Boże, Severusie, musiałbyś zobaczyć swoją minę, kiedy... - Nie mogła powiedzieć więcej, próbując złapać powietrze. W końcu po kilku minutach stanęła prosto. - Zniszczyliśmy eliksir - powiedziała grobowym tonem, wciąż się uśmiechając.
- Wypraszam to sobie - powiedział Snape, uśmiechając się ironicznie. - Sądzę, że ty[i] go zniszczyłaś.
- Co? Pewnie sama rzuciłam w siebie tym okiem żuka?
- Spadło - odpowiedział. - Nie biorę odpowiedzialności za ten bałagan. Chociaż ośmielę się powiedzieć, że święty Mungo jakoś sobie poradzi bez jednego pudła z eliksirem ożywiającym.
- Wiesz, że to, co robisz, jest podłe. Ludzie, którzy odbierają zamówienie... – powiedziała, mrużąc oczy.
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz. Święty Mungo zamówił eliksiry, ja zaledwie je dostarczam.
- Nie sądzę, żeby w tym, co robisz, cokolwiek można było opisać jako [i]zaledwie
- powiedziała, ale w jej głosie nie było wyrzutu. Złapała jego dłoń i pociągnęła go w stronę schodów. Kiedy weszli do kuchni, pozwolił sobie mieć nadzieję, że ona wraca, że to, co jej dawał, mogło wystarczyć.

o-o-o

Pewnego listopadowego poranka, w dniu, w którym mieli zacząć eliksir pamięci, siedzieli obok siebie na kanapie w salonie. Było już późno, mieli zacząć warzenie dużo wcześniej, ale była sobota. Nie wiedział, dlaczego to miało znaczenie, skoro każdego dnia robili to samo, ale z jakiegoś powodu uważał, że można zaakceptować przedłużanie śniadania w weekendy. Zawsze mogli pracować dłużej po obiedzie.
Miał nogi oparte o stolik, kubek kawy postawiony na oparciu kanapy i wpatrywał się w książkę, tak naprawdę nie czytając jej. Czerpał przyjemność z siedzenia z Hermioną, słuchania, jak odwraca strony Proroka Codziennego, w którym jakimś cudem nie było żadnej informacji o nich. Hermiona namówiła go na prenumeratę, jako że nawet gdyby ktoś byłby tak uparty, żeby zidentyfikować sowę, która dostarczała im gazetę i śledzić ją do Manchesteru, wciąż nie mógłby znaleźć ich domu. Uszczęśliwiło ją to, że się zgodził. Teraz męczyła go o podłączenie ich do sieci Fiuu, co według niego było zupełnie inną kwestią, ale ona twierdziła, że niebezpiecznie jest wysyłać ich sowę z coraz większymi pękami kluczy do świętego Munga.
- Co jeśli przetransmutują się w powietrzu? - powtarzała. - Barney może zginąć.
Przewrócił oczami. Nie miał pojęcia, dlaczego pozwolił jej na nazwanie tego niedorzecznego ptaka Barney. Jedyna dobra strona połączenia z siecią Fiuu, którą potrafił dostrzec, to taka, że nie musiałby już odbierać ingrediencji z apteki. Bawiło go, że święty Mungo wciąż zgadzał się na olbrzymie ilości składników, które zamawiał, ale nie lubił wysyłać Hermiony niemal codziennie po ich odbiór.
- Dlaczego przewracasz oczami? - zapytała z uśmiechem. - Jeszcze dzisiaj nie zrobiłam nic irytującego.
- Och, ale dzień jest jeszcze młody - powiedział, opierając głowę na zagłówku kanapy i odwracając w jej stronę.
Szturchnęła go stopą.
- Skoro o tym mowa... Myślałam trochę... Odpuśćmy sobie dzisiaj. Chodźmy... Sama nie wiem. Chodźmy do Esów i Floresów.
Spiął się lekko.
- Hermiono, ten dom jest pełen książek i w zasadzie żadne z nas nie ma w tej chwili dochodów.
- Nie musimy nic kupować. Możemy tylko się rozejrzeć. Albo pójść do parku. Mugolskiego, Severusie, nie czarodziejskiego... Moglibyśmy po prostu pospacerować, wyjść na chwilę z domu.
- Jeśli nie zauważyłaś, mamy listopad. Jest zimno.
- Więc moglibyśmy pójść na Grimmauld Place. Wciąż jest chronione zaklęciem. Harry się ucieszy z twojej wizyty. Ludzie się ucieszą na twój widok, Severusie. Moglibyśmy wysłać sowę do Minerwy, mogłaby nas spotkać...
- Hermiono - powiedział z nutą ostrzeżenia w głosie.
Patrzyła na niego przez dłuższą chwilę, po czym wstała i zaniosła kubek do kuchni.
- To była tylko luźna propozycja - powiedziała, odwracając się i wchodząc po schodach.
Westchnął. Wiedział, czego chciała; wiedział, że tęskniła za byciem normalną i nie miał pojęcia, jak powiedzieć jej, że on sam po raz pierwszy w życiu czuje się normalny. Nie chodziło o to, że wyjście z domu było dla niego jakimś ogromnym problemem. Nie do końca. Po prostu tutaj, czasami, kiedy tak dobrze im się razem pracowało, kiedy zmierzch zapadał w salonie, ogień buzował na kominku, a ona się śmiała... Czasami mógł zapomnieć, jak ludzie patrzą na niego na zewnątrz, zapomnieć, jak czuł się, siedząc przykuty do krzesła, obserwowany przez setki par oczu. Tutaj - w domu - znał delikatne muśnięcia szczęścia i bał się przesuwania jakichkolwiek granic z obawy, że zniszczy jakąś cenną równowagę i wszystko zniszczy.
Ale dużo ważniejsza była kwestia stycznia. Podczas długich, cichych, okropnych sierpniowych dni przyrzekł sobie, że będzie pracował codziennie, że nie pozwoli sobie na najmniejsze rozproszenie. Obiecał jej milcząco, że skończy te dziewięćset godzin najszybciej, jak zdoła. Nie mógł oddać jej większości tego, co zostało jej zabrane, ale zamierzał dać jej to, co mógł, a to oznaczało, że musi pracować.
Odłożył książkę na stolik do kawy i poszedł do piwnicy.
http://www.youtube.com/watch?v=SKjNtLUavR0 A Very Potter Musical
It is totally awesome ;)
yasiria
Nawiedzony Romantyk
Nawiedzony Romantyk
 
Posty: 52
Dołączył(a): 28 maja 2011, 12:55

Re: [NZ][T] Drugie Życie [45/48]

Postprzez Marionetka » 09 maja 2014, 18:12

Tak bardzo się cieszę, że w końcu zdecydowałaś się na przetłumaczenie dwóch ostatnich rozdziałów. Przyznam szczerze, że już na to straciłam nadzieję i zakwalifikowałam Drugie życie,które było moim ulubionym opowiadaniem, do tych porzuconych na zawsze. Tłumaczenie jak zawsze świetne, przynajmniej teraz mam porównanie, bo z racji, że tak długo zwlekałaś, postanowiłam przeczytać te dwa ostatnie rozdziały w oryginalnej wersji.
Co do samej treści - wydaje mi się, że opowiadanie powinno mieć swój finał właśnie teraz, lub we wcześniejszych rozdziałach, bo cała ta historia jest już trochę naciągana. Z drugiej strony, jak sobie o tym myślę, to pewnie nie kupiłabym takiego zakończenia, w którym to po skończonej rozprawie Snape rzuca się w objęcia Hermiony i przysięga jej, że będą razem do końca życia.. fu! na samą myśl o takiej dawce słodkości, chce mi się wymiotować. Dlatego też na korzyść przedostatniego rozdziału przemawia zdecydowanie to, że jest zachowane prawdopodobieństwo zdarzeń.

Cóż tu dłużej pisać - czekam z niecierpliwością na ostatni rozdział i życzę powodzenia i weny w tłumaczeniu :)

PS: Opowiadanie wraca do mojej zakładki potterowskich ulubieńców :)
Marionetka
 
Posty: 8
Dołączył(a): 13 lut 2013, 16:40

Re: [Z][T] Drugie Życie [48]

Postprzez yasiria » 16 maja 2014, 22:18

Ostatni rozdział.
Dziękuję wszystkim, którzy czytali i/lub komentowali. Dziękuję bardzo Morwenie, dzięki której to wszystko ma jakiś sensowny styl i da się to czytać :)
Raz jeszcze przepraszam za przerwę :)
Miłego czytania i do zobaczenia przy okazji innego tłumaczenia!

Rozdział 48

Kiedy nadszedł niezwykle zimny i śnieżny grudzień, kończyli warzyć ostatnią partię Eliksiru Pieprzowego. Snape uparł się, żeby Hermiona go zażyła, bo przez zmiany pogody wyglądała niewyraźnie. Później dokuczał jej bezlitośnie, kiedy z uszu buchała jej para, dopóki nie zmusiła go, żeby również trochę wypił. Zrobił to i poddał się jej śmiechowi, ponieważ miał nadzieję, że zabawa sprawi to, czego - jak się obawiał - nie mógł osiągnąć eliksir.
Ale kiedy przestała chichotać, ścisnęła mocno ręce i zapytała:
- W porządku. Co dalej?
Nie miał pojęcia, że można tęsknić za kimś, kto stoi tuż obok, kto do ciebie należy, kto nigdzie się nie wybiera. Pragnął powiedzieć jej, że został już niespełna miesiąc, że potem wszystko naprawi. Że opracował plan.
Wysłał sowę po ostatnie pieniądze, jakie miał jeszcze w skrytce. Teraz Hermiona była w drodze do Hogsmeade, żeby kupić prezenty świąteczne za to, co pozostało po spłaceniu Minerwy i rozpisaniu wydatków na kolejny miesiąc oraz… zaplanowaniu krótkiej wycieczki do Australii. Zaprotestowała, kiedy wcisnął jej w dłoń monety. Stwierdziła, że to nie jest konieczne, ale miała spędzić Święta w Norze, a nie podobała mu się myśl o wysłaniu tam żony z pustymi rękami. Ostatecznie zgodziła się po tym, jak zmierzył ją kilkoma groźnymi spojrzeniami.
Wszedł po schodach do pokoju, który razem zajmowali, i wyciągnął z szafy ciężki podróżny płaszcz. Minerwa przysłała wszystkie jego rzeczy i chociaż miał teraz tyle szat, ile tylko zapragnął, odkrył, że wcale nie chce ich nosić. Przez ostatnie miesiące zakładał jedynie koszulę. Teraz jednak szaty były niezbędne.
Zapinanie kamizelki było dziwne, obce, niemal ograniczające i zastanowił się przez chwilę, jak w ogóle kiedykolwiek pracował przy eliksirach, nosząc tyle ubrań.
Zarzucił płaszcz na ramiona i przygotował się mentalnie na to, co miał zrobić.
Snape wracał do Hogwartu.
Otworzył drzwi i przez chwilę stał w progu, rozkoszując się lodowatym, grudniowym powietrzem. Wiedział, że musi się spieszyć... Było wiele do zrobienia przed powrotem Hermiony, ale coś zatrzymało go na stopniach schodów. Uświadomił sobie, że nie czuł powiewu wiatru na twarzy od prawie czterech miesięcy. I nagle doznał olśnienia, że jego życie stało się dziwną mieszanką minionych wydarzeń i nowej rutyny w jego związku z nią.
Odetchnął głęboko i teleportował się.

o-o-o

Minerwa nie zdołała ukryć zaskoczenia i radości, kiedy pojawił się pod bramami. Zacisnęła usta i popatrzyła na niego ostro. Cmokała, krążąc wokół niego i zażądała odpowiedzi na pytanie, czy coś jadł. Skrytykowała go za ukrywanie się i spytała z niepokojem o Hermionę, gdy tylko dotarli do gabinetu, którego miał nadzieję nigdy więcej nie oglądać.
Kiedy sięgnęła do klamki, zatrzymał się.
- Nie chciałbym...
- Och. Och, Merlinie, tak. Momencik.
Usłyszał jej szept przez ciężkie drzwi, które nagle się przed nim otworzyły. Wszedł do środka, czując ulgę na widok, że wszystko tak bardzo się zmieniło, a portret był pusty.
Minerwa wskazała mu krzesło i zaproponowała napój, po czym zajęła miejsce za biurkiem.
- Co się dzieje? Coś z Hermioną? - zapytała.
- Hermiona? Nie, oczywiście, że nie. Z Hermioną wszystko w porządku.
- Wybacz mi, Severusie, ale nie spodziewałam się, że kiedyś się tu pojawisz.
- Nie pragnąłem tego - powiedział sztywno. - Ale jak jestem pewien, wiesz, moja kara dobiega końca. Będę potrzebował pracy.
- I chcesz wrócić? - Minerwa wyglądała na zszokowaną. - Ja... Oczywiście, oczywiście, Hogwart będzie więcej niż zachwycony...
- Nie bądź głupia - wycedził. - Wolałbym raczej zostać rozszarpany przez mantykorę.
Kobieta zdawała się być lekko urażona.
- Cóż, nie wiem, czy to jest aż tak zła opcja.
- Ostatnie cztery miesiące niezbyt pomogły mi w przypomnieniu sobie radości nauczania, a tym mniej urok tego zamku - powiedział. - Nie, chcę dostać od ciebie referencje.
Zanim skończył zdanie, trzymała już w ręku pióro.

o-o-o

Hermiona popchnęła drzwi biodrem, ponieważ ręce miała zajęte mnóstwem paczek. Niemal połowa z nich była opisana imieniem Severusa, co wzruszało ją bardziej, niż mogła to wyrazić słowami. Nora była ciepła, bliska i niemal przytłaczająca w porównaniu do spartańskiego oblicza Spinner's End. Jednak tęskniła za domem podczas tych kilku godzin spędzonych z dala od niego. Tęskniła za Severusem i za czymś w rodzaju przyjaznej ciszy, jaka między nimi panowała. Kochała Weasleyów, kochała Harry'ego, a jednak wydawało jej się, że cały wieczór pełen był wymuszonej serdeczności. Żadne z nich nie był w tak radosnym nastroju, jaki starali się upozorować. Byli zużytymi ludźmi próbującymi odbudować życia po katastrofie. Męczyły ją wymuszone wesołe rozmowy. Wspominanie wydawało się nie do przyjęcia; tego wieczora wszyscy kurczowo trzymali się teraźniejszości i obficie pili.
Wyszłaby wcześniej, ale Kingsley podszedł do niej po obiedzie i poprosił o rozmowę na osobności.
- Jestem w domu! - zawołała, kierując się do salonu, gdzie stanęła jak wryta, widząc męża siedzącego na kanapie pod niesamowicie ogromną choinką. Snape wydawał się zachowywać tak nonszalancko jak zwykle, ale pod tą maską widziała nagą nadzieję i obawę.
Pierwszą myślą było tylko, ile zaklęć musiał użyć, żeby w ogóle wnieść drzewko do domu. Drugą - nagła pewność, że wyszedł; poszedł gdzieś, żeby je zdobyć. A trzecią było coś krótszego od myśli, rozpoznanie wiszącej na szczycie choinki gwiazdy należącej do jej rodziców, jej zaokrąglone, poplamione brzegi wyglądały tak bardzo mugolsko i jednocześnie piękniej niż cokolwiek, co wcześniej widziała.
Jej oczy zaszkliły się od łez. Stała bez słowa, bez ruchu, patrząc jedynie na drzewko, które wyraźnie było prezentem, i na maleńki kawałek jej przeszłości na jego wierzchołku.
- Ja nie... - zaczął z wahaniem. - Nie wiem, czy dobrze to zrobiłem. Widziałem tylko te w Hogwarcie.
Nie mogła wydusić z siebie słowa. Skupiła się na mężczyźnie, który podniósł się i stanął przed nią, rozkładając ręce.
- W pudełku jest tego tak dużo i nie... Nie byłem pewien, co z tym wszystkim zrobić.
- Pudełko - powiedziała głupio. Pudełko.
- Wybacz mi, że naruszyłem... Że ruszałem twoje rzeczy.
Potrząsnęła głową, żeby odepchnąć przeprosiny.
- Tak często zamykałaś się w tym pokoju, że zacząłem się zastanawiać, co cię tam zatrzymuje.
Pokiwała głową.
Zrobił krok do przodu i wyjął jej z rąk paczki.
- Powiedz coś.
- Światełka - wyszeptała.
- Tak. Tak myślałem - rzucił, a jej przemknęła przez umysł pełna rozbawienia myśl, że to, co powiedziała, nie miało sensu. - Ale nie byłem pewien, co byś wolała i nie chciałem rzucać zaklęć, dopóki nie powiesz... Hermiono, jeśli ci się nie podoba, to wszystko zniszczę.
Uniosła różdżkę i wyczarowała lampki, które pamiętała z dzieciństwa: duże, ciężkie bańki, migotające powoli.
- Oczywiście, że mi się podoba - szepnęła i opadła na kanapę. - Skąd to wziąłeś?
Severus zgasił kinkiety, pozostawiając jedynie ciepłe, miękkie światło padające z choinki. Cienie na suficie migotały i zmieniały kształty. Położył paczki na podłodze pod choinką.
- Zakazany Las. Hagrid je wybrał. Minerwa stwierdziła, że jest zdecydowanie za duże, ale wyglądało jak drzewka w Hogwarcie...
- Byłeś w Hogwarcie? Kiedy?
- Gdy ty byłaś na zakupach. Bodajże w poniedziałek? Tuż po tym jak skończyliśmy eliksir wzmacniający.
- Ale dlaczego mi nie powiedziałeś? Pojechałabym z tobą.
- Kobieto, czy ty nigdy nie słyszałaś o czymś takim jak niespodzianka? A poza tym... Miałem tam inne sprawy.
- Usiądź, Severusie. O czym ty, na Merlina, gadasz?
Usiadł ostrożnie, jakby obawiał się, że może go uderzyć lub uciec.
- Skończyłem eliksir dezynfekujący rany.
- Beze mnie? Ale myślałam, że pokażesz mi, jak rozdzierać... - przerwała nagle. Eliksir dezynfekujący rany był ostatni na liście. - Czekaj, skończyłeś eliksir dezynfekujący rany?
- Bystra jak zawsze - powiedział z uśmieszkiem. - A teraz, kiedy odpokutowałem już społeczeństwu... Pomyślałem, że najlepiej będzie, jeśli zapewnię sobie jakieś zatrudnienie.
Czekała w milczeniu. Pójdzie za nim wszędzie. Jeśli powie jej, że znowu będą musieli mieszkać w tamtym miejscu, pójdzie tam razem z nim, chociaż nie mogła sobie tego wyobrazić.
- Severusie? - zapytała w końcu.
- Apteka. Płaca mizerna, ale chcą mnie zatrudnić i za to jestem... wdzięczny.
Wypuściła z płuc powietrze, chociaż nawet nie zdawała sobie sprawy, że je wstrzymywała.
- Przez chwilę myślałam, że mówisz...
- Nie.
Pokiwała głową, a krew przyspieszyła jej w żyłach na myśl, że może zostaną tu, na Spinner's End. Przez sieć Fiuu... Och, w końcu miała kartę przetargową, której potrzebowała! Przez sieć Fiuu mógł się przenosić do pracy, nie pokazując się publicznie. Lekko dotknęła jego ręki, a on natychmiast zamknął jej dłoń w swojej.
- Chcą, żebym zaczął za dwa tygodnie - powiedział. - Poprosiłem o to, żeby zostało nam wystarczająco dużo czasu na wyjazd do Australii.
Coś w niej zadrżało. Nie chodziło o to, że się tego nie spodziewała. Wiedziała, odkąd zadał Kingsleyowi pytanie po procesie. Ale nie pozwoliła sobie na myślenie o tym. Nie chciała mieć na to zbyt wielkiej nadziei ani też wiązać szczęścia z czymś, co mogło pójść bardzo źle. Spędziła ostatnie miesiące, próbując zbudować świat, w którym mogłaby żyć bez żalu, ale dopiero teraz zobaczyła, co miał na myśli, ubierając choinkę właśnie w taki sposób.
- Nie wiem, czy będę w stanie ich znaleźć, Hermiono. A nawet jeśli, nie wiem, czy to się da odwrócić. Ale chcę spróbować. Chcę spróbować dać ci chociaż tyle.
Idiota, pomyślała, na poły wściekle, na poły z czułością. Ścisnęła jego rękę i popatrzyła na niego.
- Nie waż się tak do mnie mówić - powiedziała cicho. Wyglądał, jakby go spoliczkowała. - Jakbym była jakimś długiem, którego nie da się spłacić. Nie chcę tego. Nie jestem Dumbledore’em ani Shackleboltem, ani... Ani nikim innym oprócz siebie.
Jego oczy były ciemne. Oboje wiedzieli, czego nie powiedziała.
- Kocham moich rodziców i chcę, żeby wrócili. Ale Severusie... Słuchaj mnie. Jeśli nie możemy ich znaleźć... Nie - powiedziała, kładąc dłoń na jego szczęce i odwracając jego twarz w swoją stronę. - Popatrz na mnie. Jeśli nie możemy ich znaleźć, niczego to nie zmieni. Wciąż będę twoją żoną. Wciąż będę cię kochać.
Potrząsnął głową, a ona zabrała rękę.
- Chcę, żebyś była szczęśliwa - powiedział. Zdumiało ją, że może brzmieć tak sztywno i jednocześnie, jakby był całkowicie zniszczony.
- Więc powiedz mi, że po powrocie nauczysz mnie, jak poprawnie rozdzierać korzenie stokrotek. Powiedz mi, że możemy podłączyć się do sieci Fiuu i że jeśli będę chciała pracować u Kingsleya, będziesz mnie za to nękał przez najbliższe sto lat, ale że nie będziesz tego tak naprawdę nienawidził. Ale nie waż się myśleć, że musisz zasłużyć na moje szczęście.
Zamknął oczy, a wyraz jego twarzy był zupełnie nieczytelny. Trochę jakby coś, czego nie znała, a co w nim było, nagle odeszło.

o-o-o

Poczuł, jak poruszyła całym jego światem – nagle tak zwiewnym i dziwnym jak drzewo stojące w rogu pokoju. Zastanawiał się, czy odważy się po to sięgnąć. Wydawało mu się, że będą musieli zacząć od początku, że będzie musiał znaleźć w sobie siłę, żeby zacząć ponownie... Czuł przerażenie na myśl o tym, ile może go to kosztować, na myśl o tym, że odważy się spróbować i polegnie.
Patrzył na jej poważną twarz i wyobraził sobie, jak wyglądała, stojąc przed namiotem w inny śnieżny, grudniowy wieczór, jeszcze nie zniszczona. Obserwował swoje ręce, wyciągając je delikatnie, żeby jej dotknąć. Znajome uczucie stykających się ciał było przerażające w swojej mocy. Przez sekundę jego serce zadrżało i niemal odsunął się, ale ścisnęła jego dłoń w milczącej akceptacji jego zaproszenia. Przerażenie i pożądanie mieszały się w jego ciele, gdy sięgnął po nią; pocieszył go fakt, że również drżała, gdy ją objął.
Cienie na ścianach zmieniały się i rozmywały. Miękkie czerwienie, zielenie i złoto. Snape czuł, jak Hermiona oddycha ciężko. Przeczesał dłonią jej włosy, a ona odchyliła głowę do tyłu, żeby na niego spojrzeć. Zamknął oczy, wydychając resztkę oporu i dotknął ustami jej warg. Dla niej, dla tego… zamierzał spróbować.
http://www.youtube.com/watch?v=SKjNtLUavR0 A Very Potter Musical
It is totally awesome ;)
yasiria
Nawiedzony Romantyk
Nawiedzony Romantyk
 
Posty: 52
Dołączył(a): 28 maja 2011, 12:55

Re: [Z][T] Drugie Życie [48/48]

Postprzez Marionetka » 29 maja 2014, 23:29

Na wstępie chciałam przeprosić, że dopiero teraz zabieram się za komentowanie ostatniego rozdziału, chociaż jego lekturę już dawno mam za sobą. Przede wszystkim zachwycam się nieustannie niebanalnym zakończeniem! nie spodziewałam się tego zupełnie, co prawda tajemniczość leży w naturze nietoperza, no jak się okazuje dzięki Hermionie, pozostając ciągle sobą jednocześnie staje się romatykiem, który chce zmienić swojej ukochanej życie.
Genialne opowiadanie - moje ulubione zresztą :)

Mam nadzieję, że znajdziesz jeszcze trochę czasu na przetłumaczenie jeszcze czegoś, bo chętnie coś twojego bym przeczytała.
Marionetka
 
Posty: 8
Dołączył(a): 13 lut 2013, 16:40

Poprzednia strona

Powrót do FanFiction

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość