[Z][T] Drugie Życie [48/48]

W świecie Harry'ego Pottera. [UWAGA! Dział slash widoczny jedynie dla zarejestrowanych użytkowników]

Moderatorzy: cathyhope, Sweetkawai

[Z][T] Drugie Życie [48/48]

Postprzez yasiria » 28 maja 2011, 14:12

Witam na forum. Troszkę się obawiam dodania tutaj swojego tłumaczenia, ale jak dotąd spotkało się raczej z pozytywnymi komentarzami, więc odważę się :)

Drugie życie
Tytuł oryginału: Second Life
Autor: Lariope
Link do oryginału: http://ashwinder.sycophanthex.com/views ... ?sid=17863
Zgoda autora: Jest
Tłumacz: Yasiria
Gatunek: za autorką: Drama, Angst, Romance, Alternate Universe, Hurt/Comfort
Rating:R
Parring:
HG/SS

Spoiler: pokaż
Dumbledore poprosił Hermionę aby wyszła za Snape'a, co ma pomóc w jego działaniach jako szpiega. Dość kanoniczna (na tyle na ile paring pozwala) wizja szóstego i siódmego tomu z perspektywy Hermiony.


Spis treści:
Spoiler: pokaż
Rozdział pierwszy
Rozdział drugi
Rozdział trzeci
Rozdział czwarty
Rozdział piąty
Rozdział szósty
Rozdział siódmy
Rozdział ósmy
Rozdział dziewiąty
Rozdział dziesiąty
Rozdział jedenasty
Rozdział dwunasty
Rozdział trzynasty
Rozdział czternasty
Rozdział piętnasty
Rozdział szesnasty
Rozdział siedemnasty
Rozdział osiemnasty
Rozdział dziewiętnasty
Rozdział dwudziesty
Rozdział dwudziesty pierwszy
Rozdział dwudziesty drugi
Rozdział dwudziesty trzeci
Rozdział dwudziesty czwarty
Rozdział dwudziesty piąty
Rozdział dwudziesty szósty
Rozdział dwudziesty siódmy
Rozdział dwudziesty ósmy
Rozdział dwudziesty dziewiąty
Rozdział trzydziesty
Rozdział trzydziesty pierwszy
Rozdział trzydziesty drugi
Rozdział trzydziesty trzeci


Rozdział pierwszy

Severus Snape automatycznie usunął zabezpieczenia ze swojego gabinetu. Pchnął drzwi i przeszedł szybko przez pokój, opadając na duże, skórzane krzesło, na którym siedział, kiedy otrzymał wezwanie od Dumbledore'a. Wycelował różdżką w drzwi, zatrzasnął je i ponownie zabezpieczył, dodając warstwę wymagającą podania hasła. Później pozwolił głowie opaść i oparł ją na rękach. Przez palce widział otwartą książkę i nabazgrane notatki, które porzucił, kiedy, wydawałoby się wieki temu, pojawił się lśniący kształt przypominający feniksa.
?-Severusie, potrzebuje cię teraz"- powiedział zaniepokojony głos. Snape błyskawicznie porzucił swoją pracę i przez kominek przeszedł do gabinetu Dumbledore'a. Tam znalazł starego mężczyznę zwiniętego na orientalnym dywaniku przed biurkiem. Natychmiast zobaczył, że jego lewą rękę objęła klątwa. To był cud, że w ogóle udało mu się wywołać Patronusa. Głupi, głupi człowiek! pomyślał, kiedy wziął rękę Dumbledore'a w swoje własne ręce. Rzucił zaklęcie hamujące na łokieć czarodzieja, mając nadzieję że w ten sposób kupi trochę czasu.
-Zgredku!- zawołał. Skrzat domowy z trzaskiem pojawił się przed nim.
-Proszę pana?- zapytał bojaźliwie.
-Eliksiry! Moje komnaty.. Potrzebuję eliksir uzupełniający krew, maść na oparzenia, bloker klątw, mój najsilniejszy eliksir uzdrawiający i Vita Secundus? Natychmiast!
Zgredek nie zwlekał na tyle długo, żeby odpowiedzieć. Zniknął z trzaskiem, zostawiając Snape'a samego z Albusem i coraz głośniejszym głosem w jego umyśle, który krzyczał i bełkotał, że Albus Dumbledore umierał. Albus Dumbledore zamierzał zostawić go tutaj samego i, kiedy to zrobi, co wtedy? Dla kogo wtedy będzie szpiegował ? Będzie niczym więcej niż Śmierciożerca. Jego ręce drżały, kiedy podciągał rękaw szaty dyrektora. Rzucił zaklęcie diagnozujące, krzywiąc się gdy otrzymał wynik.
Zgredek przybył, obładowany butelkami.
- Sir- powiedział. Snape wziął od skrzata najmniejszą fiolkę i wyczarował czarkę. Przelał do niej zawartość fiolki i dodał trochę eliksiru uzdrawiającego z największej butelki, pomijając pozostałe. Mikstura była ciężka i gęsta, ale tak miało być. Przyłożył naczynie do ust Dumbledore'a, zauważając z ulgą, że dyrektor odruchowo przełknął. Snape rzucił różne zaklęcia żeby przyspieszyć działanie eliksirów, po czym zorientował się że nie zwolnił skrzata.
-To wszystko Zgredku, dziękuję.
-Ale sir.. Dyrektor Dumbledore??- Zgredek kołysał się nerwowo w przód i w tył.
-Będzie dobrze- powiedział ostro Snape.- A ty nikomu o tym nie powiesz.- Skrzat obrzucił go powątpiewającym spojrzeniem, ale deportował się natychmiast. Snape rozejrzał się po pokoju, mając nadzieję na jakieś wskazówki co do tego, gdzie dyrektor mógł spotkać tak złośliwą klątwę. Skupił się na pierścieniu, który leżał zmiażdżony i pęknięty obok miecza Gryffindora. Przesunął się, żeby go dotknąć, jednak zamiast tego odwrócił się z powrotem do Dumbledore'a, który zaczynał się poruszać.
-Dlaczego- powiedział Snape bez wstępów,- dlaczego włożyłeś ten pierścień? Jest obłożony klątwą, jestem pewien że sobie to uświadamiałeś. Dlaczego w ogóle go dotknąłeś?
Dumbledore nie odpowiedział.
-To jest cud, że dałeś radę tu wrócić!- kontynuował z wściekłością Snape.- Ten pierścień powoduje klątwę o niezwykłej mocy. Jedyne co mogę zrobić to zahamować ją. Zamknąłem ją w jednej ręce do czasu?- Dumbledore podniósł swoją wyschniętą, czarniejącą rękę przed twarz, żeby ją obejrzeć. Snape obserwował go, pełen strachu, bólu i obrzydzenia. Te wszystkie lata. Przez te wszystkie lata należał do Dumbledore'a, ufał, że odkupi swoją duszę. I teraz, zanim wojna naprawdę się zaczęła, teraz Dumbledore mógł ponownie zostawić go samego, samego z jego przeszłością. Snape nigdy nie wmawiał sobie że jest lubiany albo nawet uznawany za godnego zaufania przez innych członków Zakonu Feniksa. Tylko upór Dumbledore'a chronił jego miejsce pośród nich. Teraz nie będzie miał do nich dostępu, żadnej pomocy. Nic nie pozostanie do zrobienia, jedynie czekanie na moment, kiedy zostanie zdemaskowany. Czekanie na śmierć. Jak stary czarodziej mógł być tak nieostrożny ze swoim własnym życiem, skoro od niego zależało tak wiele innych?
-Świetnie się spisałeś Severusie. Jak myślisz, ile czasu mi zostało?
Snape odwrócił się od otwartej, ufnej twarzy Dumbledore'a. Miał ochotę go uderzyć.
-Nie mogę powiedzieć. Może rok. Nie można zatrzymać takiego zaklęcia na zawsze. W końcu się rozprzestrzeni. To jest typ klątwy, które z czasem robią się silniejsze.
-Cóż, to zdecydowanie ułatwia sprawy- powiedział Dumbledore.
-Słucham?- odpowiedział Snape, odsuwając się.- Nie nadążam.
-Mówię, oczywiście, o planie Voldemorta, żeby biedny Draco Malfoy mnie zabił.
-Jak już ci mówiłem, Albusie, Czarny Pan nie chce, żeby mu się udało. To prosty plan torturowania Lucjusza, za jego dawne pomyłki. Żeby zmusić rodzinę do przyglądania się porażce chłopca? I jego karze.
-A jak sądzę, ty masz wykonać jego zadanie, kiedy zakończy się porażką?
Snape zawahał się. Voldemort nigdy nie powiedział tego wprost, jednak, w jakiś sposób, on wiedział, że to prawda.
-Myślę, że taki jest plan.
Dumbledore potaknął.
-Cóż, będę wdzięczny za uwolnienie od tortur spowodowanych klątwą- powiedział prosto.
-Nie zamierzasz chyba pozwolić Malfoyowi na zabicie ciebie?
-Oczywiście że nie!- odpowiedział Dumbledore.- Ty musisz to zrobić.
Oczywiście. Oczywiście. Ponieważ do czego potrzebni są szpiedzy, kiedy przychodzi co do czego? Możesz rozpieszczać ich i ubierać w szaty nauczycieli. Możesz wprowadzić ich do sekretnych stowarzyszeń i prosić o uleczenie nieuleczalnego. Możesz zająć ich opieką nad dziećmi. Ale na końcu zawsze oczekujesz od nich żeby zabijali. Oni zawsze są bronią. Nigdy tarczą.
-Powinienem zrobić to teraz, czy chcesz kilka chwil na napisanie epitafium?- Snape usiadł na krześle i przywołał na twarz ironiczną obojętność. Dumbledore zachichotał.
-Ośmielę się powiedzieć, że ten moment nadejdzie w odpowiednim czasie.
-Jeśli zamierzasz umrzeć, dlaczego nie pozwolić Draco zrobić tego i uchronić go przed gniewem Czarnego Pana?
-Ponieważ dusza Draco nie jest jeszcze zbyt zniszczona. Wolałbym nie być powodem rozdarcia jej na pół.
-A moja dusza, Dumbledore?
Zawsze na brzegach jego umysłu pozostawał strach, wspomnienie twarzy Dumbledore'a, kiedy ten plunął na niego i szepnął ?Obrzydzasz mnie". Zawsze zostawało podejrzenie, że mimo całej opieki, Dumbledore wciąż go nienawidzi, uznając za niewartego pogardy. Teraz prawda wyszła na jaw, pomyślał Snape z dotychczas nieznaną goryczą.
-Sam wiesz, jak bardzo zrani twoją duszę pomoc staremu mężczyźnie w uniknięciu bólu i upokorzenia- powiedział Dumbledore.
-Świetnie- odparł lodowatym tonem i do chłodu w jego głosie dopasowała się nagła, zimna pewność, że to zawsze był plan.- A kiedy zamierzasz poinformować Zakon?
-Na pewno masz świadomość, że to musi być nasz sekret?- powiedział Dumbledore.- Hogwart upadnie. A kiedy to się stanie, ty musisz być całkowicie wkupiony w łaski Voldemorta. Nie może być więcej tańca między stronami. W jaki inny sposób zostaniesz wybrany na dyrektora? Liczę, że ochronisz dzieci.
Ochrona dzieci, rzeczywiście.
-Czyli zamierzasz nazwać mnie zdrajcą i zwrócić Czarnemu Panu- stwierdził Snape beznamiętnym tonem. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji i przypominała maskę.- A mam przeżyć??
Dumbledore zawahał się i przez moment Snape zderzył się z świadomością, że nie było planu na tą szczególną możliwość, że dług, który miał u Lily Potter zostanie w końcu spłacony razem z odsetkami. Nikt nie oczekiwał, że on przeżyje wojnę. Na pewno nie oczekiwał tego Dumbledore i, jeśli być szczerym, on sam tego nie oczekiwał. Ale przez lata, zaczął myśleć, że to możliwe, że ktoś, nawet jeśli on sam na to nie liczył, mógł mieć nadzieję że on przeżyje. Myślał, że Dumbledore mógł mieć taką nadzieję.
-Rozumiem- mruknął.
-Severusie- powiedział łagodnie Dumbledore.- Mój drogi Severusie. Wiem o co cię proszę. Na pewno nie myślałeś, że zostawię cię bez żadnej deski ratunku? Obaj wiemy, że twoje szanse na przeżycie tej wojny są prawie tak marne jak moje. Ale myślę, że jest sposób na ochronienie naszego sekretu i zabezpieczenie dla ciebie szans na życie.
Usta Snape'a ścisnęły się a podbródek uniósł się lekko. Nikt, kto nie znał go blisko nie zauważyłby ulgi na jego twarzy, ale można było ją dostrzec w sposobie w jakim wyginały się jego brwi i w bladości skóry.
-Powiedz Albusie- wycedził.
Dumbledore chwiejnie pochylił się do przodu. Snape prawie wybuchnął, żeby powiedzieć mu, żeby się zrelaksował i oszczędzał siły. Ale czuł w tym momencie, że jego egzystencja balansuje na małym, niewidzialnym punkcie i chce dowiedzieć się tego, zanim punkt odwróci się i rozedrze go na kawałki.
-Chcę żebyś poślubił Hermionę Granger.
Snape zbladł i odpowiedział dopiero po chwili.
-I jak małżeństwo z wspaniałą, gryfońską Wiem-To-Wszystko zapewni mi szanse na życie?- zapytał.- Życie warte przeżycia w każdym razie- dodał niegrzecznie.
Dumbledore przechylił lekko głowę, w zrozumieniu zdenerwowania Snape'a zanim kontynuował.
-Hermiona nie jest członkiem Zakonu. Nie jest zobowiązana do dzielenia się jego, lub własnymi sekretami. A jednak jest ikoną Jasnej strony i jestem pewien, że stanie się nią jeszcze bardziej w trakcie wojny. Jej zaufanie tobie- urwał- może wiele mówić.
-Powinienem się oświadczyć natychmiast?- zapytał sarkastycznie Snape.- Moje komnaty, oczywiście, będą odpowiednim domem dla każdego z moich uczniów.
-Panna Granger ukończy siedemnaście lat w ciągu najbliższych trzech miesięcy.- powiedział Dumbledore, jakby rozmawiali o pogodzie lub ostatnim meczu quidditcha.- Jeśli ty się zgodzisz, ja jej to zaoferuję. Najwyraźniej to będzie po prostu jeden sekret więcej. Oboje będziecie żyć jak dawniej.
Jedyna myśl, która trzymała Snape'a przy zdrowym rozsądku to prosty i dodający otuchy fakt, że Hermiona Granger nigdy w życiu nie zgodzi się poślubić tłustowłosego mistrza eliksirów, nietoperza z lochów o czarnym sercu. Nagle stał się głęboko wdzięczny osobie, którą zmuszony był być przez te lata. Dumbledore rzeczywiście sądził, że ma rację. Wydawało się, że przemyślał to i doszedł do wniosku, przez jakiś niezmierzony proces, że to jest dobry pomysł.
-A jak zamierzasz ją w moim imieniu zachęcić?- zakpił.- Panno Granger, wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! Jak miło cię widzieć! Profesor Snape zamierza mnie zabić. Wyjdź za niego i udowodnij, że był z Zakonem przez cały czas, dobrze?
Dumbledore zachichotał.
-Severusie, radzisz sobie ze słowami. Chciałbym móc ci pozwolić żebyś sam przekonał pannę Granger.
Snape prychnął.
-Ponieważ jestem pewien, że to jest niemożliwe, zamierzam przedstawić to jej tak jak tobie: jako konieczność. Hermiona jest blisko zaznajomiona z poświęceniem i ma bardzo rozwinięte poczucie sprawiedliwości. Pamiętasz, jak sądzę, rok, w którym skrzaty domowe prawie zaczęły strajkować? Ona rozumie stawkę i jestem pewien, że zrobi wszystko co w jej mocy, żeby zobaczyć że jesteś odpowiednio uznany.
-Panna Granger jest gryfonką, Albusie i jak powiedziałeś, ma ścisłe poglądy na sprawiedliwość. Nie będzie stała i patrzyła jak cię zabijam.- jego głos zniżył się i było słychać w nim odcień żalu, że sam nie może być tym, kto tak się zachowa.- Będzie wolała umrzeć.
Dumbledore otrzeźwiał.
-W tym wypadku myślę że masz rację. Jednak nie widzę potrzeby mówienia pannie Granger o tej konkretnej części planu. Musimy tylko ją poinformować, że ty będziesz sprawiać wrażenie jakbyś powrócił do Śmierciożerców, że popełnisz trochę okrucieństw które zapewnią ci akceptację w ich środowisku i że nikt oprócz niej nie będzie znał prawdy w tej kwestii.
Snape spojrzał na niego z ukosa.
-Wiedziałem, że manipulowałeś ludźmi w imię wyższego dobra dawniej, ale to wydaje się zbyt podstępne nawet jak na ciebie, Albusie. Tu nie ma wyższego dobra. Moje dobre imię nie jest powodem do skazania młodej dziewczyny na?
-Gdybym nie znał cię tak dobrze, pomyślałbym że bardzo rycersko ochraniasz młodej dziewczynie?
-Młodej dziewczynie? MŁODA dziewczyna! Odłóżmy wszystkie dowcipne przekomarzania się na bok. To jest niedorzeczne! Ona nie ma jeszcze 17 lat! Jest moją uczennicą! Skoro nalegasz, żebym się ożenił, to dlaczego nie z kimś starszym, bardziej odpowiednim?
-Jestem pewien, że to dla ciebie nie jest strata, że bardziej odpowiednie czarownice nie żyją- powiedział ostro Dumbledore. W duchu Snape cofnął się przed jego słowami, jak przed uderzeniem. Dyrektor wywołał Lily bez wypowiedzenia jej imienia. ? Ci, którym moglibyśmy zaufać zginęli w pierwszym starciu ? kontynuował.- i kilkoro dzieci urodziło się w czasie wojny?
-Jest jeszcze Nimfadora- Snape wykrzywił się mówiąc to .
-Ona jest przyrzeczona?
-Mówisz o wilkołaku? Bo on nie wydaje się zbyt chętny... jeśli wybaczysz zwrot*...do ożenienia się z nią. Dumbledore popatrzył na niego gniewnie po raz pierwszy tego wieczoru.
-Nimfadora kocha Remusa. Bez względu na to czy uczucie jest odwzajemnione. Nigdy by się nie zgodziła?
-Więc rezygnujemy z czarownicy, która mogłaby, całkiem słusznie, bronić swoich marzeń, na rzecz przekonania młodszego i bardziej plastycznego obiektu?- zapytał Snape jadowicie.
-Jeśli nalegasz, żeby patrzeć na to w ten sposób.
Dwóch mężczyzn siedziało w milczeniu, patrząc na siebie przez jakiś czas. Dumbledore westchnął.
-Wybacz, że to mówię, Severusie, ale jest prawdopodobieństwo, że zmienimy jej życie bardzo mało, jeśli w ogóle. Szanse że?
-Nie mam złudzeń co do mojej długowieczności- splunął Snape.
-Więc nie widzę powodu dla twojego sprzeciwu.
Nagle Snape poczuł się bardzo głupio, broniąc panny Granger. Powinno być dla niego jasne, że Dumbledore nigdy nie zaryzykowałby swojej drogocennej gryfońskiej księżniczki, gdyby naprawdę uważał, że jej życie mogłoby być zniszczone. Ona, oczywiście, nigdy by nie została przeznaczona na stracenie.
-I nic w moim życiu się nie zmieni?- zapytał dosadnie.- Będę żył dokładnie jak wcześniej?
-Przydzielając jej tyle szlabanów, ile, jestem pewien, przydzielałbyś w innym wypadku, Severusie.
-Więc, jak sądzę, nie ma już nic do powiedzenia w tej kwestii- powiedział, wstając.- Porozmawiaj z panną Granger jeśli musisz, jednak szczerze wątpię że się zgodzi- podszedł do biurka, żeby zebrać butelki i ampułki porozrzucane po nim. Dumbledore złapał wąską, nieoznaczoną fiolkę, kiedy Snape po nią sięgnął. Nauczyciel pomyślał, że dyrektor był niesamowicie szybki, jak na kogoś, kto zaledwie pół godziny wcześniej był na krawędzi śmierci. Stary czarodziej podniósł fiolkę do światła zanim zaczął mówić w ciszy. Jego napięty głos powiedział Snape'owi, że jest wściekły.
-Czy to jest Vita Secundum?- i zanim Snape zdążył odpowiedzieć, kontynuował- O nie. Nie. Powiedz, że nie zrobiłeś?
-Jest pełna, jak możesz wyraźnie zobaczyć. Chyba że klątwa pogorszyła twój wzrok?- zapytał Snape z ironiczną troską.
-Dlaczego to jest w tym gabinecie?
-Poprosiłem Zgredka, żeby to wziął razem z innymi eliksirami. Tymi, które uratowały ci życie, jeśli wolno zauważyć.
-Severusie, myślałem, że wyraziłem się jasno, w kwestii Vita. To jest przeznaczone tylko i wyłącznie dla Harry'ego. Niczyje życie nie jest ani trochę?
-Ważne. Tak, wiem- powiedział kwaśno Snape.- Widzę, że moja troska o twoje zdrowie, była niesłuszna.
-Nie spędziliśmy lat nad tym eliksirem, żeby wyrzucić go na bzdury!- syknął Dumbledore.
-Jestem pewien, że lepiej będę się czuł z twoim brakiem szacunku do własnego życia, kiedy zabiorę to od ciebie- powiedział Snape, zabierając fiolkę z uchwytu Dumbledore'a i wyszedł z pomieszczenie, powiewając szatami.
***
Wciąż siedząc w swoim wytartym, skórzanym fotelu, Snape podniósł głowę z rąk i spojrzał na komnatę. Wszystko było zupełnie normalne, niezmienione. Sterta zwiniętych pergaminów na biurku, ogień dogasający na palenisku, abisyński dywanik jego matki na kamiennej podłodze, gdzie leżał od czasu kiedy Snape dołączył do nauczycieli Hogwartu i zajął te pokoje. A jednak, mimo że najprawdopodobniej miesiące miną zanim coś się zmieni, Severus Snape czuł że jego życie, takie jakie znał, właśnie się skończyło.


(*)W oryginale ?He hardly seems to be chomping at the bit to marry her" - nie wiem jak przetłumaczyć ten żart słowny tak żeby oddać sens-' chomp' znaczy mlaskać, przeżuwać, ciamkać, a 'chomping at the bit' palić się, być chętnym do zrobienia czegoś- Snape wyraźnie nawiązuje do zwyczajów wilkołaka. Postanowiłam zostawić po prostu znaczenie idiomu bez gry słownej.
Ostatnio edytowano 16 maja 2014, 22:19 przez yasiria, łącznie edytowano 18 razy
http://www.youtube.com/watch?v=SKjNtLUavR0 A Very Potter Musical
It is totally awesome ;)
yasiria
Nawiedzony Romantyk
Nawiedzony Romantyk
 
Posty: 52
Dołączył(a): 28 maja 2011, 12:55

[NZ][T] Drugie Życie [2/48]

Postprzez yasiria » 28 maja 2011, 14:42

Rozdział drugi

Hermiona Granger siedziała w Wielkiej Sali pomiędzy Harrym i Ronem, z przyjemnością jedząc śniadanie składające się z jajek i bekonu. Były jej 17 urodziny. Harry już dał jej prezent- niezręcznie zapakowaną książkę o numerologii, a Ron zarumienił się i wcisnął jej pudełko czekoladek z Miodowego Królestwa. Była wesoła i nie mogła się doczekać przybycia sowiej poczty, która z pewnością dostarczy jej prezent urodzinowy od rodziców.
-Na Merlina, Hermiono? Siedemnaście lat. Jesteś pełnoletnia. Możesz uczyć się teleportacji!- powiedział Ron z ustami pełnymi jedzenia. Zacisnęła wargi z udawaną dezaprobatą i odpowiedziała.
-Nie zacznę się uczyć szybciej niż ty. Skończysz siedemnaście lat przed następnym terminem i będziemy zdawać razem.
-A ja w ogóle nie będę się uczył w tym roku- powiedział ponuro Harry.
Ron przerwał ciąg myśli Harrego, robiąc bardziej wszechstronną listę tego, co Hermiona może robić jako pełnoletnia czarownica.- Możesz głosować. Możesz kupować Ognistą Whisky. Możesz wyjść za mąż. Możesz iść do Działu Ksiąg Zakazanych bez pozwolenia... Hej! Możesz zamawiać z sekretnej części katalogu Esów floresów? Hermiono, jeśli damy ci trochę pieniędzy?
Hermiona zaczęła się śmiać.
-Nie, Ron. Nie będę kupować dla was niegrzecznych książek. Tak naprawdę, po za głosowaniem, jestem pewna, że nie będę robić żadnej z tych rzeczy!
Harry uniósł brew.
-Żadnych wizyt w Dziale Ksiąg Zakazanych?
-No tak, ale nie po?
Wtedy sowy wleciały do Sali.
Do stołu Gryfonów podleciały trzy sowy. Dwie dźwigały pomiędzy sobą paczkę a trzecia wyraźnie była sową dyrektora. Hermiona odwiązała paczkę i nakarmiła plasterkami bekonu dwie sowy, które dostarczały jej przesyłkę. Założyła, że sowa Dumbledora była dla Harrego, jednak kiedy na nią zerknęła, zauważyła, że sowa stąpa przed nią dumnie. Kiedy skupiła na niej uwagę, wyciągnęła do niej nóżkę, żeby odwiązała zwinięty kawałek pergaminu.
-Co Dumbledore do ciebie pisze?- zapytał Ron.
-Nie wiem, myślałam, że to do Harry'ego.- powiedziała Hermiona, odwijając pergamin i natychmiast zapominając o prezencie urodzinowym.
-Może to z okazji urodzin- odezwał się Harry.
-Tak, ale ja nigdy nie dostałam od niego nic na moje? Droga panno Granger.- przeczytała.- Dano mi do zrozumienia, że dzisiaj staje się pani pełnoletnia. Proszę przyjąć moje życzenia urodzinowe i nadzieję, że nie spędzi pani zbyt wielu dodatkowych godzin w Dziale Ksiąg Zakazanych. Pani Pince już została poinformowana. Gdyby zechciała pani zajść do mojego gabinetu o 19:30, miałbym sprawę, którą chcę z panią przedyskutować. Hasło brzmi musy świstusy. Ciesz się swoim dniem!
Albus Dumbledore.
-Jak myślisz, czego on chce?- zapytał Harry.
-Nie mam pojęcia. To pewnie jakieś sprawy w związku z wchodzeniem w pełnoletniość, albo coś związanego z prefektami- odpowiedziała Hermiona. Skierowała uwagę na paczkę od rodziców, podczas gdy Harry wziął list od dyrektora i przeczytał ponownie.
-Myślisz, że zamierza przyjąć cię do Zakonu?- zapytał, a ona pomyślała, że słyszy odrobinę zazdrości w jego głosie.
-Chociaż dalej jestem uczennicą? Nie bądź śmieszny. Jeśli byłoby to coś ważnego, jestem pewna że zaprosiłby najpierw ciebie- powiedziała zdejmując papier do pakowania z pudełka i usuwając go za pomocą różdżki. ?Ooch! Otworzyli mi kredyt na koncie w Esach Floresach!- wykrzyknęła.- I nowe pióra i? Och!- podniosła złożoną, bladozieloną szatę wieczorową z pudełka.
Ron westchnął, a ona się zarumieniła. Szata była prosta, jedwabna, ale dopasowana, głęboko wycięta i wyraźnie bardzo droga.
-Nie musieli- wymamrotała i podniosła kartkę z dna pudełka.
Najdroższa Hermiono,
Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! Tatuś i ja nie byliśmy pewni co do czarodziejskiej tradycji wchodzenia w dorosłość, ale pomyśleliśmy że każda młoda dama (młoda czarownica?) powinna mieć odpowiednią suknię. Może będziesz miała kolejny bal w Boże Narodzenie? W każdym razie mam nadzieję, że ci się podoba. Profesor McGonagall pomogła nam w zakupach w tym roku, więc pamiętaj żeby jej podziękować. Jesteśmy z ciebie bardzo dumni, kochanie, i myślimy o tobie w twoim dniu.
Buziaki
Mama


Hermiona dotknęła tkaninę szaty jeszcze raz zanim włożyła ją z powrotem do pudełka. Rzuciła na nie zaklęcie redukujące i włożyła do swojej szkolnej torby. Harry i Ron siedzieli, najwyraźniej nie wiedząc co powiedzieć o sukni przyjaciółki. Hermiona potrząsnęła głową i uśmiechnęła się.
-Chodźcie.- powiedziała.- spóźnimy się na zaklęcia.
Chociaż przy Harrym i Ronie udawała nonszalancję, Hermiona była zdenerwowana, kiedy szła korytarzem prowadzącym do gabinetu dyrektora. Nigdy dotąd nie była poproszona o wizytę u Dumbledore'a sama.
-Musy świstusy- powiedziała do gargulca, a on odsunął się żeby ją przepuścić. Idąc po kręconych schodach, Hermiona powiedziała sobie ostro, że nie ma się o co martwić. Nie zrobiła nic złego. Ale mała część jej umysłu martwiła się o inne możliwości. Dyrektor odkrył co ukradła ze składziku Snape'a na pierwszym roku. Ministerstwo dowiedziało się do czego użyła zmieniacza czasu. Zostanie wyrzucona.
Uniosła rękę żeby zapukać.
-Proszę wejść panno Granger!- usłyszała głos Dumbledore'a zza drzwi.
Pchnęła drzwi i zdziwiła się widząc profesora Snape'a i Szalonookiego Moody'ego obecnych w gabinecie. O rany, co ja takiego zrobiłam? Profesor Snape wyraźnie unikał patrzenia na nią.
-Profesorze Dumbledore, profesorze Snape, eem, profesorze Moody- powiedziała.
-Nigdy nie miałem przyjemności bycia pani nauczycielem, panno Granger- warknął Moddy ze swojego siedzenia przed biurkiem.
-Witaj Hermiono. Chodź, siadaj- powiedział Dumbledore, wskazując jej krzesło między dwoma mężczyznami.
Hermiona usiadła ostrożnie, rozchwiana zarówno fizycznie jak i myślowo. Czy Dumbledore właśnie zwrócił się do niej po imieniu?
-Jestem pewien, że jesteś ciekawa, dlaczego cię dzisiaj zaprosiłem.- powiedział przyjaźnie Dumbledore.
-Tak, sir.
-A więc, moja droga, wygląda na to, że muszę prosić cię o przysługę.
Poczuła ulgę. Więc nie zostanie wyrzucona.
-Cokolwiek, profesorze- powiedziała, a kolory powróciły na jej twarz.
-Może powinna pani zaczekać z odpowiedzią aż usłyszy pani na czym polega przysługa?- powiedział lodowatym tonem profesor Snape. Wydawało jej się, że słyszy jak mamrocze ?Gryfoni", pod nosem.
-Chociaż doceniam pani chęć do pomocy, profesor Snape ma rację- powiedział Dumbledore.- Proszę mnie wysłuchać, zanim podejmie pani decyzję.
Hermiona zauważyła, że zarówno Snape jak i Moody patrzą wściekle w przestrzeń. Nie mogła zdecydować czy ich wściekłość była skierowana na nią czy na Dumbledore'a.
-Oczywiście, sir.- odpowiedziała.
-Pani i Harry staliście się sobie bliscy przez te lata.
-Tak?- powiedziała, zdziwiona pewnością w jego tonie. Co z Harrym? Czy on coś zrobił? Czy oni oczekiwali, że ujawni coś?
-Czy wy, to znaczy, czy jest coś? więcej niż przyjaźń między wami?
Krótki, zirytowany dźwięk dobiegł z kierunku Snape'a, ale Hermiona była tak zdumiona pytaniem, że zlekceważyła to.
-Pomiędzy mną i Harrym? Nie, proszę pana. Ale? Jeśli to panu nie przeszkadza, chciałabym wiedzieć? Dlaczego?
Przez chwilę Hermiona miała wrażenie, że Dumbledore odczuł ulgę, jednak nie mogła znaleźć powodu dla którego pytał, ani dla którego miałby czuć ulgę ze względu na jej odpowiedź.
-Tylko dlatego, że wiem, że Harry nie ufa profesorowi Snape'owi.
Aha. Więc o to chodziło. Prawie zaplątał jej się język, kiedy szybko odpowiedziała:
-Nie może pan tak myśleć!- powiedziała.- Wie pan, jak bardzo Harry jest? surowy w emocjach i reakcjach. On ufa pańskiemu osądowi, profesorze, i nigdy nie zrobiłby nic, żeby zdradzić Profesora Snape'a albo?
Dumbledore potaknął, patrząc z namysłem.
-A ty, Hermiono? Czy ty zdradziłabyś Profesora Snape'a?
-Nie! Nigdy bym? Czy jest coś, co zrobiłam, że?
-Nie. Nie, oczywiście że nie, moja droga.
-Całkowicie szanuję?- ponownie Snape prychnął z irytacją i Hermiona odwróciła się, patrząc na niego gniewnie.- Profesora Snape'a.
-Pozwól mi zadać trochę inne pytanie.- Dumbledore czekał aż potaknie, po czym kontynuował.- Czy mogłabyś zachować tajemnicę przed Harrym?
Zachować sekret przed Harrym? Dlaczego miałby oczekiwać, że zachowa sekret przed Harrym? Dumbledore już pozwolił Harry'emu, żeby powtarzał jej i Ronowi wszystko, o czym rozmawiali, więc dlaczego? Chyba że to dotyczyło Snape'a?
-To zależałoby od tajemnicy, proszę pana- powiedziała powoli.- Nigdy nie zrobiłabym niczego, żeby skrzywdzić Harry'ego i nigdy nie zachowałabym w sekrecie czegoś, jeśli mogłoby to zranić go lub osłabić jego szanse przeciwko? Voldemortowi.
Przez ułamek sekundy Dumbledore wyglądał niemal triumfująco.
-Ale jeśli to byłaby jakaś duża potrzeba, coś co nie skrzywdziłoby Harry'ego, ale pomogło komuś innemu?
Zawahała się przez chwilę i odpowiedziała:
-Jeśli byłby dobry powód i Harry nie straciłby na tym? Wtedy tak. Jeśli chce pan, żebym to zrobiła, to tak.
Nagle Dumbledore zmienił temat.
-Hermiono, jestem pewien że wiesz, że Profesor Snape spędził ostatnie 16 lat jako podwójny szpieg dla naszej sprawy.
Hermionie zakręciło się w głowie, ale skinęła głową dyrektorowi i posłała coś, co jak miała nadzieję było uspokajającym spojrzeniem do Snape'a, który po prostu odwrócił oczy i powrócił do gapienia się w ścianę.
-Oczywiście Śmierciożercy wierzą, że on szpieguje dla nich.
-Naturalnie- odpowiedziała.
-Tak. Cóż. Nadchodzi czas, kiedy Profesor Snape będzie musiał zerwać związek z Zakonem i powrócić do Voldemorta.
Hermiona nie westchnęła, chociaż niewiele jej brakowało do tego. Powrócić do Voldemorta? Chociaż nie lubiła sarkastycznego, cynicznego mężczyzny siedzącego obok niej, naprawdę mu współczuła, że był zmuszony do życia wśród Śmierciożerców i słuchania rozkazów morderczego wariata. Popatrzyła na niego, szukając jakiś oznak uczuć związanych z tym oświadczeniem, ale nie zobaczyła nic po za jego zwykłą, nachmurzoną miną.
-Rozumiem.
-Nikt nie może wiedzieć, że to planujemy. To musi wyglądać tak, jakby Profesor Snape nas zdradził. W innym wypadku ryzyko, że Voldemort odkryje jego prawdziwą przynależność będzie zbyt duże. Każdy członek Zakonu, który zostanie złapany, ryzykowałby życiem Severusa i naszym jedynym dostępem do Śmierciożerców.
Hermiona kiwnęła głową.
-Ale dlaczego pan mówi to mnie? Jest takie same prawdopodobieństwo że złapią mnie, jak każdego?- wyprostowała się.- Myślę że powinien pan rzucić na mnie Obliviate.
Moody zachichotał.
-Nigdy nie słyszałem o żadnym ochotniku do wymazania sobie pamięci.- powiedział.- Miałeś rację Albusie, ona jest odważna.
Hermiona nie zwróciła na niego uwagi.
-Naprawdę, profesorze, musi pan rzucić na mnie Obliviate. Nie mogłabym nic poradzić, jeśli przypadkiem? A dlaczego profesor Moody wie?
-Czy insynuujesz, że nie potrafię trzymać ust zamkniętych?- zapytał Moody.
-Alastorze- rzucił Dumbledore ostrzegawczo.- Hermiono, jak pamiętasz, zgodziłaś się wysłuchać mnie, zanim podejmiesz jakąś decyzję.
Hermiona zaczerwieniła się i oparła na krześle.
-Oczywiście. Przepraszam.
-Wszystko w porządku. Jeśli nadal będziesz chciała Obliviate pod koniec naszego spotkania, to będzie twoja decyzja. Jednak chciałbym powiedzieć trochę więcej o przysłudze o jaką proszę.
-Proszę kontynuować.
-Myślę, że jest bardzo mało prawdopodobne żebym przeżył wojnę- powiedział Dumbledore.- Obecnie jestem świadomy, że Voldemort tworzy plan, żeby zabić mnie przed końcem tego roku.
-Ale przecież jest pan chroniony tutaj a Voldemort zawsze bał się?
Dumbledore podniósł rękę.
-Jednak czuję, że mój czas się kończy. Jak już wyjaśniłem, Severus będzie musiał udawać, że odwraca się od Zakonu i powraca do Voldemorta.
Zrozumienie napłynęło chłodno do ciała Hermiony. Poczuła lodowe igiełki które zaczęły od jej pośladków i zdawały się otoczyć całą klatkę piersiową, zanim ogarnęły jej serce. Jeśli Dumbledore umrze, nie pozostanie nikt, kto będzie wiedział, że Snape nie zdradził ich faktycznie. Będzie wyrzutkiem, prawdopodobnie zabity lub pojmany jako Śmierciożerca i zesłany do Azkabanu. Nie mogła usunąć pamięci. Musiała zachować sekret Snape'a i być przygotowana do jego obrony po skończeniu wojny.
-Zrobię to- powiedziała.
Snape odwrócił się powoli w jej stronę.
-Co pani zrobi, jeśli mogę spytać?- syknął.
-Zachowam pański sekret. Zacznę pracować teraz, nad sprawą pańskiej niewinności, którą rozpowiemy tak szybko jak?
-Zrozumiała pani główną myśl, moja droga- powiedział Dumbledore.- Ale obawiam się, że to o co proszę, jest trochę bardziej skomplikowane.
Hermiona popatrzyła na starego czarodzieja pytająco.
-Zdajesz sobie sprawę, że profesor Snape będzie musiał popełnić pewne czyny, które doprowadzą go bezpiecznie do przeciwników?
-Tak??
-Jeśli zdecydujesz się chronić profesora i jego tajemnicę, muszę być pewien, że twoja wiara w niego nie złamie się, bez względu na to co będzie musiał zrobić opuszczając Zakon. Muszę być pewien, że doskonale rozumiesz, że wszystko, co zrobił profesor Snape, zrobił dla jasnej strony. Ja i on zdecydowaliśmy się na to wspólnie, ponieważ wierzymy, że będziemy w stanie chronić Harry'ego lepiej z drugiej strony.
Hermiona przez chwilę milczała. Jeśli Snape miał kontynuować ochronę Harry'ego, to cokolwiek musiał zrobić, nie mogło zranić Harry'ego zbyt mocno.
-Co mam zrobić, żeby przekonać pana, że będę nosić ten ciężar chętnie i ufać profesorowi Snape'owi bez zastrzeżeń?
-Proszę cię, żebyś go poślubiła.
Poślubić go! Poślubić go? Nagle Hermiona zobaczyła jak zgrabnie Dumbledore wykorzystał jej uczucia. Jak zwykle musieli oczekiwać że to zrobi? Ale poślubić go? Jej nauczyciela? Mężczyznę, który spędził ostatnie 5 lat na niedocenianiu jej, doprowadzaniu jej do łez? On jej nienawidził. Z pewnością nie chciałby?
Hermiona była zbyt zaskoczona żeby mówić. Nie westchnęła ani zaprotestowała, czego najwyraźniej oczekiwał Snape, biorąc pod uwagę sposób w jaki na nią patrzył, ale nie powiedziała nic tak długo, że dziwne, pulsujące napięcie wypełniło pokój. Myśli kręciły się jej po głowie. Ron. Zawsze myślała, że wyjdzie za Rona. Nie tak powinno to działać? Wyszłaby za Rona i? myśli popłynęły niechcący w stronę tajemnicy, tego marzenia jej serca. Ona w kremowej sukni, Ron w ciemnej, niebieskiej szacie. Ogród w Norze skąpany w kwiatach. W marzeniach spojrzała na twarz ukochanego czarodzieja i zamiast tego zobaczyła ironiczny uśmiech Severusa Snape'a. Poślubić go? Niemożliwe. Nikt nie mógł od niej naprawdę wymagać? Ale pomyślała o tym, jak po raz pierwszy zobaczyła go na Grimmauld Place na spotkaniu Zakonu. Nowa informacja, że on jest szpiegiem. Pomyślała, o Syriuszu, który po latach w Azkabanie wyglądał jak chodzący zmarły. Nie mogła skazać tego mężczyzny- okropnego czy nie!- na karę, na którą nie zasługiwał.
To Snape w końcu przełamał ciszę. Wykrzywiając górną wargę w złośliwym uśmiechu, powiedział:
-Gdzie wszystkie gryfońskie przechwałki, panno Granger? Przed chwilą mówiłaś o noszeniu ciężarów bez zastrzeżeń.- odwrócił się do Dumbledora.- Mówiłem ci, że się nie zgodzi. Nigdy nie są tak odważni, jak twierdzą.
-Severusie!- powiedział ostro Dumbledore.
Kiedy Hermiona odzyskała głos, powiedziała cicho i ostrożnie.
-Nie wepchnie mnie pan w to, Profesorze. Jeśli się zgodzę, to będzie na moich własnych warunkach. A pan nie ma powodu, żeby wątpić w moją odwagę. Prosi mnie pan o oddanie reszty mojego życia. Jestem świadoma, że czarodziejskie małżeństwa nie mogą być zerwane.
-Pani warunki, panno Granger? A jakież one są?
Hermiona zignorowała go i odwróciła się do Dumbledore'a.
-Mam pytania- powiedziała spokojnie.
-Pytaj, moja droga.
-Wcześniej zapytał mnie pan, czy mogę zachować sekret przed Harrym. Czy to będzie sekret? Czy oczekujecie że będę?- w końcu jej nerwy załamały się na chwilę, ale przerwała i uspokoiła się.- To znaczy, czy ktokolwiek będzie wiedział że jesteśmy małżeństwem?
-Nikt, oprócz Alastora Moody'ego.- powiedział Dumbledore wskazując czujnego czarodzieja.- On byłby świadkiem waszego ślubu. On byłby również odpowiedzialny za ukrycie tego przed ministerstwem.
-Ukrycie przed ministerstwem?
-Na pewno wie pani, że wszystkie czarodziejskie małżeństwa są zapisywane w Ministerstwie, panno Granger. Niech sobie pani wyobrazi nagłówki gazet, gdyby ktoś dostał się do naszego zapisu? Skandal w Hogwarcie: Profesor poślubił szóstoroczną prefekt!- popatrzył na nią z ukosa..
-Rozumiem- potaknęła.- Więc nasze małżeństwo byłoby sekretem aż do końca wojny.
-Dokładnie- powiedział Dumbledore.
-A później?
-Przepraszam?- powiedział Snape.
-A co później?- rzuciła ostro.- Więc wojna się skończy i ja przygotuję pańską obronę. Zagramy wspaniałą parę przez pewien czas? Harry i Ron nigdy więcej się do mnie nie odezwą? moi rodzice zapewne mnie wydziedziczą? i co później? Czy spędzę resztę życia w zamku z panem? Co?
-Szczerze wątpię, żeby Hogwart chciał kontynuować moje zatrudnienie po uznaniu mnie za Śmierciożercę- wycedził Snape.
Gdyby mogła tupnąć, zrobiłaby to.
-Wie pan o co mi chodziło! Czy będziemy kontynuować intrygę do końca naszego życia, czy?
-Panno Granger- powiedział Snape powoli.- Czy pani naprawdę oczekuje, że zgodziłbym się? ożenić z panią? gdybym myślał, że przeżyję wojnę?
Gapiła się na niego nie wierząc w to co słyszy.
-Skoro jest pan tak pewien, że pan nie przeżyje, po co w ogóle ten plan?
-Zapewniam panią, to nie był mój pomysł.
-Rozumiem- ostrożnie zamknęła oczy.
-Na pewno?
-Jednak- zaczęła ponownie z pełną siłą.- Na wypadek, gdyby jednak pan przeżył? Chciałabym pewnego ubezpieczenia.
-Ha!- Snape splunął.- Więc teraz widzimy panią w prawdziwych barwach. Pieniężne ubezpieczenie jak sądzę? Na ile galeonów, panno Granger, wycenia pani swoją duszę?
-To obrzydliwe- powiedziała cicho Hermiona.- Ani moja dusza ani moje życie nie jest na sprzedaż. Jeśli zdecyduję się pana poślubić, profesorze, chciałabym mieć pewność, że oba pozostaną moją własnością.
-Nie mam użytku z żadnego, więc nie widzę problemu
-A będzie pan? Będzie pan chciał potomka?
Snape popatrzył na nią, niedowierzanie malowało się na jego twarzy.
-Uważasz mnie za gwałciciela? Zapewniam cię, że mam tak samo mało użytku z twojego ciała jak z duszy.
-Więc nie będziemy zmuszeni do?
-Absolutnie nie.
-Severusie- zaczął Dumbledore.
-Co?- odparł ostro.
-Wiesz, że aby związać to małżeństwo, co zapobiegnie anulowaniu go w wypadku gdyby zostało wykryte?
- Nie, Albusie.. Nie. Wolałbym być pocałowany przez Dementora.
Hermiona siedziała cicho, słuchając. Prawdopodobnie będzie uratowana, mimo wszystko. W tej chwili ryzykowała nie tylko jeden rodzaj honoru. Tak bardzo jak każda jej komórka chciała zbuntować się przeciwko pomysłowi, tak wiedziała, że nie zostawi Snape'a bez powrotu. Ale jeśli on wybierze zerwanie? To nikt nie będzie mógł jej winić.
Ale to nie była prawda. O ile nie zgodzą się wymazać jej pamięci, ona będzie wiedzieć. Będzie się winić.
-Proszę to rozważyć ponownie, profesorze- powiedziała. Przez chwilę bełkotał.
-Naprawdę, panno Granger. Ja? Naprawdę, chyba nie chce pani?- Wtedy chyba doszedł do siebie ponownie.- Czy pan Weasley jest niewystarczający dla pani potrzeb?
Hermiona zarumieniła się a Moody podniósł się z krzesła.
-Snape! Nie ma potrzeby kwestionować?
-W porządku profesorze Moody. Przyzwyczaiłam się- powiedziała. Odwróciła się do Snape'a i rzuciła słodko- Profesorze, nie wiem dlaczego jest pan zainteresowany moim życiem prywatnym, ale pana źródła są błędne. Nie spotykam się, ani nigdy nie spotykałam z Weasleyem. I zapewniam pana, że pańskie ciało nie interesuje mnie bardziej niż wielka kałamarnica. Po prostu pomyślałam, że jeden stosunek, jak okropny by nie był, nie może być powodem do skazania pana na śmierć.
-Preferuję śmierć- powiedział zimno Snape. Hermiona zaczerwieniła się.
-W takim wypadku? Profesorze Dumbledore, czy chciał pan coś jeszcze?
-Hermiono, proszę usiąść. Severusie, rozluźnij się trochę, jeśli możesz. Nie wyobrażam sobie, że nie uświadomiłeś sobie, że to będzie konieczność.
-Przeciwnie, Albusie. Po prostu myślałem, że twój szacunek do panny Granger uchroni cię przed zrobieniem z niej rasowej dziwki.
-Severus!- wybuchnął Sumbledore. Moody podniósł swoją różdżkę.
-Żona nie jest dziwką- powiedziała spokojnie Hermiona.
-Dziecko nie jest żoną- odparł Snape.
-Profesorze Dumbledore. Z całym szacunkiem, jeśli profesor Snape jest przeciwny, nie widzę powodu żeby ciągnąć tą rozmowę. Proszę rzucić na mnie Obliviate, żebym mogła wrócić do Dormitorium.
Dumbledore podniósł rękę żeby ją zatrzymać.
-Severusie, zgodziłeś się na ten plan- powiedział gwałtownie.- To ważne, żebyś miał sposób na skontaktowanie się z Harrym Potterem. Muszę ci przypominać, że?
Snape oparł się na krześle i skrzyżował swoje długie nogi. Jego głos był spokojny i gładki, ale Hermiona pomyślała, że mogła usłyszeć w nim nienawiść, czystą i zimną.
-Och nie, Albusie. Nie. Nie ma potrzeby przypominania mi niczego. Zróbmy to teraz, jeśli takie jest twoje życzenie.
Hermiona pobladła. Teraz? Tutaj?
Dumbledore zwrócił ciężkie, zmęczone oczy na Hermionę.- Hermiono?
Popatrzyła na profesora Snape'a. Było coś dziwnego w sposobie w jakim siedział, w jego wzroku. Czuła, chociaż nie mogła wyjaśnić dlaczego, że został właśnie bardzo boleśnie zraniony.
-Profesorze?- powiedziała.
-Nie uratuję cię teraz, jeśli o to prosisz- jego oczy były puste.
-Nie, ja? nie- zaczerwieniła się.- Co muszę zrobić?
Snape stanął obok niej.- Podwiń rękawy- powiedział, a ona się rozluźniła. Doskonale wiedziała jak odbierać jego instrukcje. Popatrzył na nią łaskawie.
-Wyceluj różdżkę we mnie- powiedział. Zrobiła to, wzdrygając się lekko, kiedy on wycelował różdżkę w nią.
-Nie przeklnę pani, panno Granger- powiedział.- Przynajmniej nie w znaczeniu tradycyjnym.- Jej usta wykrzywiły się w ciepłym uśmiechu i pomyślała, że widzi w jego oczach szok.
-Weź moją rękę- powiedział, zamykając jej lewą rękę w swojej. Profesor Moody stanął z ich lewej strony a profesor Dumbledore z prawej.
-Skup się- powiedział.- Musisz powtórzyć przysięgę.- kiwnęła głową.
-Ja, Severus Snape, biorę sobie ciebie, Hermiono Granger, na żonę. Od tego dnia moja krew będzie twoją krwią; mój dom twoim domem; moje życie twoim życiem.
Hermiona odetchnęła głęboko i powtórzyła:
-Ja, Hermiona Granger, biorę sobie ciebie, Severusie Snape na męża. Od tego dnia moja krew będzie twoją krwią; mój dom twoim domem; moje życie twoim życiem.
Profesorowie Dumbledore i Moody dotknęli ich złączonych dłoni różdżkami i mocny, ciepły ucisk rozpłynął się po jej ramieniu z punktu w którym ich zaklęcie połączyło się. Poczuła że więź przenika jej głowę, później przesuwa się nad jej lewym ramieniem, w dół, do serca i przez jej prawe ramie, do różdżki, gdzie zniknęła i, jak przypuszczała, wniknęła do Snape'a. Poczuła, jak zaklęcie przechodzi w nią z jego różdżki, tworząc magiczne kółko. On skrzywił i musnął powierzchownie ustami jej usta i zaklęcie skończyło się.
-Mój Boże, miej litość nad moją duszą- powiedział.
http://www.youtube.com/watch?v=SKjNtLUavR0 A Very Potter Musical
It is totally awesome ;)
yasiria
Nawiedzony Romantyk
Nawiedzony Romantyk
 
Posty: 52
Dołączył(a): 28 maja 2011, 12:55

[NZ][T] Drugie Życie [3/48]

Postprzez yasiria » 28 maja 2011, 15:01

Rozdział 3

Nie chcąc czekać na kolejne komentarze Dumbledore'a, Snape złapał ramię Hermiony, ledwie dając jej czas na złapanie torby, zanim pociągnął ją do kominka. Potykając się wyszła za nim w jego gabinecie, gdzie uwolnił jej rękę i przeszedł przez pomieszczenie. Więc miał ją tutaj. Dziecko. Żonę. W swoim gabinecie. I co, na Merlina, miał teraz robić?
Bogowie, nigdy wcześniej nie był tak wściekły na Albusa. Najgorsze było to, że dał się oszukać do tego stopnia, że naprawdę wierzył, że starszy mężczyzna stworzył ten obrzydliwy scenariusz, żeby go chronić. To ważne, żebyś miał sposób na skontaktowanie się z Harrym Potterem... Powinien sobie wcześniej uświadamiać, że to wszystko było dla Pottera. I dlaczego był zaskoczony? Czyż akceptacja Dumbledore'a nie opierała się na tym, że on zawsze będzie ochraniał Pottera?
Problemem było to, że zgodziłby się gdyby Albus postawił sprawę jasno. Walczyłby, to oczywiste, ale na końcu zgodziłby się niechętnie, jak zawsze. Dumbledore wspomniałby Lily i on nie potrafiłby odmówić. Czego nie mógł zaakceptować, to fakt, że Dumbledore w jakiś sposób widział, wiedział, jak bardzo on chce przetrwać wojnę. I wykorzystał to.
Odwrócił się, patrząc na Hermionę, która rozglądała się po jego gabinecie.
I ta dziewczyna? Biedna, głupia dziewczyna, tak zaślepiona swoją odwagą, że nie zauważyła jak zgrabnie Dumbledore wpakował ją w swój plan. Na Merlina, pod koniec spierała się z nim, nalegając na tą farsę. Ile czasu minie, zanim zorientuje się co zrobiła?
-Panno Granger- powiedział formalnie. Spojrzała na niego, sprawiając wrażenie przestraszonej.- Wszystko w porządku?
-Tak, proszę pana- szarpała palec serdeczny lewej ręki.
-Otrzymałaś pierścionek- zauważył.
-Dlaczego nie mogę go zobaczyć?
-Jest zaczarowany. Dumbledore i Moody zaczarowali go w trakcie wiązania.- ściągnął własny pierścień z palca- Są materialne i stają się widoczne, kiedy się je ściągnie- dodał, podając jej go, żeby mogła się przyjrzeć.- Ale są niewidzialne, kiedy się je nosi- ponownie założył pierścień i dotknął go różdżką. ? Czujesz to?
-Jest ciepły- mruknęła.
-Twoja zdolność percepcji zawsze mnie zadziwiała- prychnął, a ona zmarszczyła brwi.- Na pierścieniach jest zaklęcie Proteusza. Jeśli będziesz musiała się ze mną skontaktować, dotknij pierścionka różdżką. Będzie parzył, aż go zdejmę. Po wewnętrznej stronie znajdę twoją wiadomość.
Zdjęła pierścionek z palca i przeczytała słowa, które przesłał. Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. Spojrzała na niego pytająco.
-Czyż nie są twoje urodziny?- przytaknęła. ? Więc nigdy nie będziesz miała problemów z zapamiętaniem dnia w którym Albus Dumbledore wciągnął cię do piekła.
-Słucham?
-Żal mi pani, panno Granger. Jak łatwo dałaś się oszukać? On wykorzystał każde szlachetne uczucie w twoim żałosnym, gryfońskim sercu. Uratować profesora Snape'a, rzeczywiście.
-Więc co?
-Potter, głupia dziewczyno! To wszystko dla Pottera! Musiał się upewnić, że będę miał szansę na skontaktowanie się z nim, kiedy on odejdzie. Wie, że Potter nie będzie mnie słuchał; idiota wierzy, że jestem lojalnym śmierciożercą. Dumbledore zawsze był między nami. Teraz ty będziesz w tej roli.
Hermiona słuchała w ciszy. Snape rozpoznał jej spojrzenie, to które widział u niej tak często przez lata. Składała wszystko w jedną całość. Tym razem odrobinę wolniej niż zwykle. Jej mózg był w porządku. Piętą Achillesową było serce.
-W takim wypadku to nie ma znaczenia- powiedziała gładko.
-Słucham?
-To nie ma znaczenia. Zrobiłabym to nawet, gdyby przedstawił to w ten sposób.
Patrzył na nią długo i twardo, oceniając dziewczynę która była jego żoną. W jej oczach było widać surową nieustępliwość. W końcu było trochę chłodnej pewności w fakcie, że myślała, że robi to dla niego.
-Ja również, panno Granger.
Jej wzrok złagodniał.
-Też pan nie wiedział- powiedziała.
-Nie, aż do samego końca.
-Więc to wyjaśnia?
-Co?
-Nic.
Stali w ciszy przez chwilę. Hermiona najwyraźniej nie wiedziała co powinna zrobić, podobnie jak on. W końcu odezwała się.
-Więc musimy?
-Na to wygląda- i ponieważ nie chciał przestraszyć dziewczyny bardziej niż było to konieczne, zapytał- Napije się piani herbaty?
-Herbaty?- wyglądała, jakby nigdy wcześniej nie słyszała tego słowa.
-Tak, herbaty. To ciepły napój, który robi się namaczając fusy herbaciane w gorącej wodzie. Jestem pewien, że słyszała pani o tym.
Uśmiechnęła się lekko i potrząsnęła głową.
-Nigdy pan nie przestaje? I nie, dziękuję. Myślę, że raczej powinniśmy zrobić co trzeba.
Potaknął i podszedł do niej bliżej, na co wzdrygnęła się.
-Mówiłem poważnie, kiedy stwierdziłem, że nie jestem gwałcicielem, panno Granger.- rzucił.- Zgadza się pani na to, czy też nie?
-Oczywiście że tak. Przepraszam, jeśli?- zaczęła z szelmowskim uśmiechem. Nagle spojrzał w jej oczy, które były jednocześnie osłonięte i przestraszone. Była dziewicą, to było wypisane na jej twarzy. Dobry Boże. Jak, na Slytherina, uspokoić ją na tyle żeby przez to przejść? Przypomniał sobie, że w gabinecie Dumbledore'a wyraźnie się rozluźniła, kiedy zaczął dawać jej polecenia.
-Czy byłoby ci łatwiej- zapytał cicho, jeśli nie grzecznie- gdybyśmy zrealizowali to na warunkach akademickich?
-Ja? Nie jestem pewna czy wiem co ma pan na myśli.
-Po prostu to, że zawsze znałaś mnie jako profesora. Czy będzie łatwiej, jeśli? Będę cię pouczał? Dawał instrukcje?
Popatrzyła na niego z wdzięcznością.
-Tak, proszę pana- powiedziała, niemal bezgłośnie.
-Są eliksiry, które możemy zażyć- rzucił, ale pokręciła głową.
-Jak mogę się uczyć, jeśli nie będę wiedziała czy reaguje pan na mnie czy na eliksir?
No, to z pewnością będzie pouczające doświadczenie- pomyślał zgryźliwie, ale malutka, niekontrolowana myśl przesunęła się przez jego umysł. Ona chce się nauczyć mnie zadowalać?
-Świetnie. Chodź za mną- poprowadził ją do salonu i zamknął za nimi drzwi, zabezpieczając je. Nie było takiej potrzeby, nikt nie mógł wejść do salonu bez wejścia do jego kwater, co byłoby nie możliwe dla każdego, oprócz niego- wtedy przypomniał sobie ich przysięgę i dodał ?i jej". Ale pomyślał, że będzie bardzo podatna na zranienia przez następne kilka godzin. Każda gwarancja prywatności jaką mógł jej zapewnić, mogła tylko ułatwić znoszenie niekomfortowej sytuacji. Rozpalił ogień na kominku, co było rzadkie w pokoju, w którym nie otrzymywał wezwań, i usiadł na długiej, twardej, aksamitnej kanapie, zapraszając ją gestem. Usiadła sztywno obok niego, gapiąc się prosto przed siebie.
-Kiedy zaczyna się ten rodzaj doświadczeń, trzeba pamiętać, żeby nie rzucać się na nieuniknioną przyjemność- powiedział.- Pierwszy dotyk nie może być nigdy dotykiem seksualnym. Pierwszy dotyk jest tylko zaproszeniem.
Kiwnęła głową, ale wciąż była spięta.
-Jak podobają ci się zajęcia z Obrony Przed Czarną Magią w tym semestrze?- zapytał.
Popatrzyła na niego zaskoczona.
-Z Obrony Przed Czarną Magią?
Zacisnął wargi i obrzucił ją cierpliwym spojrzeniem.
-Tak. Podobają ci się zajęcia?
-Tak, proszę pana- odparła, wciąż wyraźnie zdezorientowana.
-Czy bardzo się różnią od tych z poprzednich lat?
Powoli, powoli, jej kręgosłup zaczął się wyginać w trakcie gdy mówiła, pozwalając jej na oparcie się na kanapie. Wyjaśniała swoje myśli na temat praktycznych kwestii Obrony, czasów, kiedy uważała, że praca nad ruchem różdżką była ważniejsza niż praca nad słowami zaklęć i czasów, kiedy uważała, że jest odwrotnie. Potakiwał. Zaczęła mówić z podnieceniem o różnicach między prostymi czarami a czarną magią i o tym, jak, żeby naprawdę bronić się przed ciemnością, trzeba balansować na linii między tymi dwoma. Chociaż Snape był pewien, że nie zdawała sobie z tego sprawy, wyciągnęła nogi na kanapie i pochyliła się ku niemu, o włos od dotknięcia jego twarzy, mówiła.
-Czy czujesz różnicę, kiedy wykonujesz zaklęcia niewerbalne, podczas gdy, jak powiedziałaś, balansujesz na linii pomiędzy jasną a ciemną stroną?- zapytał, zamierzając pozwolić jej mówić, aby wciąż się relaksowała.
-Czy czuję różnicę, w jaki sposób? Ma pan na myśli, niepewna, wabiona przez ciemność, czy inaczej w sensie fizycznym, w sensie bólu głowy?
-Oba- powiedział, chociaż duchowo jęknął. Jak, na Merlina, skończył z Hermioną Granger w swoim salonie i jak wpadł na żałosny pomysł, żeby uwieść ją, pozwalając jej mówić? Jednak, jak zauważył, zgadzał się z jej zdaniem na temat uroków. Zaczął szukać jakiegoś wyjścia, jakiegoś uzasadnionego rozpoczęcia tego, co mieli zrobić.
-Nie, ale zauważyłam, że kiedy rzucam zaklęcie bez użycia słów, wydaje się to wychodzić z innej części mnie, niż kiedy używam inkantacji.
-Więc dobrze ci idzie z magią niewerbalną?- zapytał, a ona spojrzała na niego niechętnie. Zasłużenie, zapewne. Była pierwszą osobą na roku, której udało się to zrobić. Nie żeby to wtedy zauważył.
-Tak.
-Więc powiedz mi. Skąd te zaklęcia wydają się pochodzić?
-Przy użyciu inkantacji, czuję że to jest tu- dotknęła gardła, po czym pozwoliła ręce opaść w dół.- Bez słów? To bardziej?- zastanowiła się przez chwilę, po czym przesunęła dłoń nad punkt tuż pod jej klatką piersiową.- Tutaj.
Niezobowiązująco przesunął się i dotknął jej gardła, w miejscu które wskazała.
-Tutaj?- zapytał.
-Tak, proszę pana- przełknęła głośno.
-U mnie, osobiście, słowa pochodzą stąd - powiedział, przesuwając dłoń w dół jej szyi, ściskając w tym samym czasie jej ramiona. Wyglądała na zainteresowaną, wbrew sobie.
-Jest pani spięta, panno Granger.
-Może mnie pan winić?
-Odwróć się.- Niechętnie odwróciła się na kanapie, tak że siedziała plecami do niego. Położył obie ręce na jej ramionach.
-Mogę?- zapytał, mając nadzieję, że ona zrozumie. To będzie jedyny raz, kiedy poprosi o pozwolenie tej nocy. Nie chciał przechodzić przez to jak niepewny, bełkoczący uczniak.
-Jasne.
Naciskał opuszkami palców na jej mięśnie, usuwając napięcie jakie się w nich czaiło. Zatrzymał się, żeby podnieść różdżkę z kanapy i rzucił zaklęcie ogrzewające na swoje ręce. Zauważył z zadowoleniem, że kiedy powrócił do masażu, poddała się naciskowi jego palców.
-Podniesiesz swoje włosy?
-Włosy?
-Ich waga, jak sądzę, jest jednym z powodów, dla których twój kark jest taki sztywny.
Złapała je obiema rękoma i skręciła wysoko na głowie. W końcu przesunął się nad wdzięczną krzywiznę jej karku, zatapiając palce w jej włosach. Pochylił się do przodu, pozwalając jej czuć swój oddech na jej skórze. Mógł poczuć różne rodzaje napięcia, budujące się w jej ciele, kiedy ją masował. Powrócił dłońmi na jej ramiona i rytmicznie ściskał jej bicepsy, zmuszając ją do opuszczenia rąk. Wypuściła włosy i przez chwilę masował jej ręcę w górę i w dół.
Wtedy, cud nad cudami, pochyliła się do jego klatki piersiowej, pozwalając głowie spoczywać na jego obojczyku. Naprawdę, to była ta piekielna, gryfońska odwaga. Jej determinacja, do zrobienia co trzeba, jak powiedziała. Był zaskoczony jak bardzo jest jej wdzięczny za pomoc w ciągnięciu tego. Zaakceptowała zaproszenie. Szybko się uczy. Gdzieś, w głębokim zakamarku umysłu, zarejestrował delikatny dotyk jej loków na gardle, ciepły nacisk jej ciała i dźwięk jej oddechu, teraz powolny i głęboki. Delikatnie zaczął kreślić palcem po jej twarzy i szyi.
-A niewerbalne?- zapytał.- Jak mówiłaś?

-Tutaj- powiedziała miękko, biorąc jego rękę i kładąc ją na żebrach. Ich palce splotły się.

-Dla mnie jest tak samo- szepnął, muskając ustami zewnętrzną część małżowiny jej ucha. Poczuł, że jej palce zacieśniają się wokół jego nadgarstka i początkowo, błędnie zrozumiał to jako ?stój", ale w końcu zorientował się, że ona odpowiada.
Odpowiada! Słodki Merlinie, ta dziewczyna naprawdę była dzielna. Tak często te usta wypowiadały słowa mające ranić, a teraz ona pozwalała im dotykać gładkiej skóry ucha.
Użył wolnej ręki, żeby przechylić jej głowę i odsłonić szyję. Przesuwał usta po jej gładkim, młodym ciele, aż znalazł miejsce, w którym jej szyja przechodziła w ramię i? teraz ostrożnie, nie możesz jej wystraszyć? ugryzł ją.
Poczuł jak wciąga powietrze i wygina się w jego stronę. Odwrócił ją delikatnie w swoich ramionach, tak, że mógł znaleźć ustami jej usta. Jej pocałunek był naturalny i szczery. Jej miękkie wargi ustępowały pod nim. Przypomniała mu się Lily i jedyny pocałunek jaki jej skradł, w lochach, w czasie jej piątego roku. Wspomnienie zabolało, ale było też słodkie, gdyż odnajdywał je tutaj, po tym całym czasie.
Snape wziął jej rękę i położył na swoim karku, żeby dać sobie lepszy dostęp do niej, ale zabrała ją, przesuwając po gardle do twarzy. Jej palce odkrywały go niepewnie. Delikatny dotyk, niemal muśnięcie piórkiem na jego powiekach, u nasady nosa, wzdłuż konturu jego warg. W końcu wsunęła palce w jego włosy i poczuł się dziwnie, jakby był kimś innym.
Może był kimś innym. Co innego mogło tłumaczyć fakt, że trzymał w ramionach księżniczkę Gryffindoru, że jej palce wplatały się w tłuste włosy, które, jak wiedział, były dla niej odrażające? Tam było ciepło, tam, gdzie tego nie oczekiwał, ciepło wrzało między nimi, jak kociołek pozostawiony na wolnym ogniu. Rozszerzało się, kiedy penetrował językiem jej usta.
W jej pocałunku pojawił się jakiś pośpiech, i jej język odkrywał jego usta, słodkimi i niepewnymi pchnięciami. Snape zorientował się, że głaska jej nogi, które podkuliła na kanapie, a drugą ręką tuli jej głowę, żeby upewnić się, że nie ucieknie ustami spod ochrony jego ust. W końcu odsunął się. Popatrzył w jej ciemne oczy, oczekując że teraz, kiedy nacisk ustał, powróci strach. Potrzebował zobaczyć strach ponownie, żeby wiedzieć, że on jest Snapem a ona Granger i że świat nie przestał w jakiś sposób istnieć.
Powoli, głód w jej oczach zmienił się w pytanie. Instrukcje. Dziewczyna czekała na instrukcje. Nie przestając patrzeć jej w oczy, odchrząknął, odnalazł jedwabisty, nauczycielski głos i powiedział:
-Jak widzę jest pani gotowa na drugą lekcję, panno Granger.
Tak lepiej. To było drżenie, którego oczekiwał. Najwyraźniej zorientowała się, że leży rozrzucona w poprzek kanapy i ruszyła się, żeby się podnieść. Położył rękę na jej ramieniu, żeby ją zatrzymać.
Powolnymi, rozważnymi ruchami, odpiął zapinki jej szaty i zsunął ją z jej ramion. Była całkowicie ubrana, oczywiście. Strząsnęła bez wdzięku szatę z rąk, wyglądając całkowicie na niedoświadczoną uczennicę, którą była. Popatrzył lekceważąco na jej szatę, która spadła na jego kolana.
-Powinnam ją zabrać?- zapytała.
-Zostaw. Teraz, musisz sobie poradzić z moją.
-Twoją?
-Czy wolałabyś żebym je zostawił?- uniósł brew.
Jej palce trzęsły się, kiedy szperała w ubraniu. Nie zrobił żadnego ruchu, żeby jej pomóc; wcześniej czy później musiała się nauczyć jak zdejmować męską szatę. W końcu pokonała zatrzask i prześliznęła palcami pod ciężką, czarną pelerynę, na koszulę pod spodem. Podniósł jej twarz w górę, czując ciepło jej ust, przyćmione teraz przez strach, ale grzejące. Ich pocałunek uderzył i załamał się, kiedy z pośpiechem zajęła się rozpinaniem jego szat.
-Cierpliwości- mruknął, a ona popatrzyła na niego pytająco jak wcześniej. Zsunął przeszkadzający materiał z rąk i wplątał dłonie w jej włosy. Trącił krzywiznę jej karku, zwilżając ją językiem, po czym delikatnie szarpnął jej włosy w górę i polizał ciepłe wgłębienie na jej szyi.
Mógł poczuć jak jej puls przyśpiesza pod jego ustami, ale nie słyszał nic, co wskazywało na jej podniecenie.
-Czy wstrzymuje pani oddech, panno Granger?
Wypuściła powietrze z długim westchnięciem.
-Jeśli nie będziesz mówić, przynajmniej oddychaj, żebym wiedział co cię zadowala.
-Powinnam? mówić?
-Tylko jeśli ci to odpowiada. Jak powiedziałem, zmiany w twoim oddechu mogą mówić za ciebie. Powinnaś słuchać mojego oddechu.
-Dobrze, proszę pana.
Jego usta zadrżały lekko. Jakie to dziwne, że pamiętała o przekazaniu że rozumie nawet teraz. Mimo, że przestał nazywać ją ?panna Granger". Zastanawiał się jak się zachowa, kiedy nazwie ją po imieniu i zanotował w pamięci, żeby sprawdzić to później.
Przesunął ponownie twarz do jej karku -teraz oddychała regularnie- i wdychał głęboko, zapamiętując jej woń. Pachniała pergaminem i drewnem z drobną domieszką miodu, co wydało mu się? przyjemne.
Powrócił do atakowania jej skóry, szczypiąc delikatne, gładkie ciało u nasady jej szyi. Słuchał jak jej oddech przyśpiesza i zręcznie zaczął odpinać guziki jej bluzki.
-Proszę pana?- powiedziała niepewnie.
-Tak?- jego palce zatrzymały się. Czyżby była jedną z tych nieznośnych kobiet, które nie mogły znieść, że na nie patrzono? Cóż, będzie musiał ją tego oduczyć.
-Ja tylko? Co powinnam robić?
Przerwał i odsunął się, ponownie podziwiając jej odwagę.
-Jeśli będzie coś konkretnego, czego będę oczekiwał, powiem ci. Do tego czasu, wyobraź sobie że tańczymy i pozwalasz mi prowadzić. Jeśli czujesz potrzebę działania- powiedział powoli- odwzajemnij się.
Potaknęła. W tym momencie oboje siedzieli sparaliżowani, patrząc się na siebie, nie mogąc znaleźć drogi powrotnej do miejsca w którym byli. Wtedy uśmiechnęła się szeroko, potrząsnęła głową, odrzucając włosy i powiedziała
-Dobrze, jak pan sobie życzy.
Prychnął- tak blisko śmiechu jak czasem bywał, i zanurzył twarz w chmurze włosów rozsypanych na jej ramieniu. Był lekko zaskoczony, czując jej palce odpinające guziki koszuli i wsuwające się pod nią. Jej dotyk spowodował mały dreszcz przenikający jego ciało, budząc jego nerwy i podniecenie. Zamknął oczy i pocałował ją, ssąc najpierw górną wargę, a następnie dolną. Kiedy jęknęła lekko w jego usta, dreszcz stał się bardziej intensywny, aż zaczął z trudem łapać powietrze. Dobry Boże, skąd to się wzięło? Jak mogła ta? Ta uczennica? Być panią jego zmysłów, powodując że budzi się nagi jakby był podrostkiem? Zaatakował guziki jej bluzki i szarpnięciem wyciągnął ją z pod spódnicy, ślizgając ręce po gładkiej płaszczyźnie jej żeber. Słyszał jej urywany oddech, jednak jej mięśnie nie spinały się pod jego palcami. Jego dłonie poruszały się po jej plecach, zjeżdżając w dół i wtedy? Och, nagły i miękki nacisk jej ust na jego karku. Oddech uwiązł mu w gardle, a ona to usłyszała. Przyśpieszyła ruchy, jej język zaznaczał wilgotne ósemki na jego skórze.
-Nie? Powoli- wydyszał a jej usta przesunęły się powolnym, wężowym ruchem w górę, aż znalazła jego ucho i delikatnie polizała jego brzeg.
Oooch, kurwa? Jego ręce szukały odpięcia jej spódnicy. Kurwa. Szczypała małżowinę jego ucha, a on rozpiął rozporek i objął rękami jej talię. Przyciskając usta do jego ust podniosła się z kanapy i zdjęła spódnicę z nieznanym wcześniej opanowaniem. Robi to, pomyślał, jakbym rzucił zaklęcie ?Odwdzięcz się". Wtedy zsunęła dłonie niżej, odpięła guzik i uwolniła jego erekcję, naprężającą się przed nią. Ich usta wciąż były złączone, jego język plądrował jej usta, kiedy wspięła się na jego kolana. Byłoby łatwo- tak łatwo! ? ściągnąć jej majtki i wepchnąć, żeby dotrzeć samemu w jej słodkiej głębi?
Nie. Zbyt wcześnie. Musi być przyjemność dla niej, przed bólem. Wytrzyma, aż lekcja się skończy. Przerwał pocałunek.
-Myślę, że przejdziemy dalej- wydyszał. Zamrugała i wszystkie uczucia pojawiły się na jej twarzy. Zapomniał jak bolesne jest najmniejsze poczucie odrzucenia, kiedy wszystko jest odkryte. Ujął jej podbródek w dłoń. Co powiedzieć, żeby ją uspokoić?
-Sypialnia- mruknął. Wstała z jego kolan. Otworzył drzwi, a ona weszła do środka. Potrzebował chwili, żeby zająć się ubraniem, ponieważ nie chciał, żeby zobaczyła jak idzie przez pokój zaplątany w spodnie. Patrzył jak się porusza wchodząc do jego sypialni, ubrana jedynie w rozpiętą koszulę, majtki i skarpetki. Bał się, że nie będzie mógł działać, kiedy zobaczył jej mundurek i na początku myślał o przetransmutowaniu go. Jednak teraz poświęcał temu nie więcej uwagi niż myśli, że najlepiej zdejmie to z niej najszybciej jak się da. Jakoś, w czasie tej farsy przestał myśleć o niej jak o uczennicy. Przynajmniej na pewien czas.
-Połóż się na łóżku- zawołał, podnosząc ich rozrzucone szaty i kładąc je ostrożnie na oparciu kanapy. Musiał się uspokoić przez chwilę, jeśli miał kontynuować to uwodzenie nie dochodząc w jej rękach jak piątoklasista. Złożył jej spódnicę i położył na wierzchu ich szat, później zdjął spodnie i dodał je do sterty. W końcu wziął głęboki oddech i wszedł do sypialni. Było ciemno i zamrugał żeby się przyzwyczaić. Mógł zobaczyć niewyraźny kontur łóżka i usłyszeć jej oddech, ale wchodzenie do ciemnego pokoju było nie zgodne z jego instynktami. Zapalił świece w kinkietach za pomocą różdżki, a kiedy upewnił się że nie ma nikogo oprócz wciąż okropnie ubranej panny Granger, odłożył różdżkę na stolik.
W migającym świetle świecy, jej skóra była niewyraźna i ciepła. Wygiął się i przycisnął twarz do jej nagiego brzucha, liżąc go od mostka do pępka. Wiła się pod jego dotykiem.
-Masz łaskotki?- zapytał, a ona potaknęła.
Zsunął jej majtki i upuścił je na podłogę. Kiedy odwrócił się do niej, jej kolana były ciasno złączone.
Nacisnął jej nogi, oczekując że się rozsuną, ale to się nie stało. Ach. Kwestia światła. Cóż, to nie pomagało. Musiał zobaczyć jej twarz. Położył się na łóżku, tak że była wyciągnięta obok niego. Pocałował ją, długo i głęboko, tak że oboje stracili oddech. Wsunął dłoń pod jej odpiętą koszulę, dotykając jedwabistego ciężaru piersi i przesuwając usta do ich wierzchołka. Ssał chciwie, biorąc sutek między zęby i torturując go językiem. Wydała z siebie dźwięk trochę podobny do gwizdka czajnika, ale w tej chwili był to dla niego cudowny dźwięk. Piskliwy oddech powiedział mu, że może rozchylić jej nogi bez problemu. Przesunął się i wśliznął między jej kolana. Mógł poczuć jej napięcie, kiedy przesuwał dłońmi w górę wewnętrznej strony jej ud. Pozostawił je tam na chwilę, pozwalając jej przyzwyczaić się do uczucia, że był blisko jej najbardziej intymnej części. Powoli pochylił się, opierając się na rękach, leżących na jej udach i zbliżając twarz do jej wzgórka łonowego.
-Profesorze- szepnęła.
-Mhm?- odparł, podnosząc wzrok. Zmarszczyła brwi i przygryzła dolną wargę.
-Potrzebuję instrukcji- mógł wyczytać obawę z jej twarzy. Obdarzył ją płonącym spojrzeniem, które miało wyrazić, jak bardzo chce ją zadowolić. I w końcu nie jestem zdegustowany tym co zamierzam zrobić. To jest normalne, między mężczyzną a kobietą.
-Musisz tylko pamiętać o oddychaniu, panno Granger- powiedział i przykrył dłonią jej wzgórek, zagłębiając palce. Syknęła chętnie, kiedy pocierał jej pożądliwe, okrągłe wargi. Palec penetrował jej krocze, ślizgając się łatwo po wilgotnym ciele. Ponownie zassała oddech zaciskając zęby, ale nie drgnęła, ani nie wyrwała się. Jak mogła tak bardzo mu ufać? Teraz, kiedy rozsunął jej wargi palcami, teraz była tak wrażliwa jak tylko może być kobieta, naga i wyeksponowana, zdana na jego litość. Pochylił się i polizał ją, przesuwając językiem po jej fałdkach, oczekując dźwięku który powie mu co lubi najbardziej.
Jego język wirował, tańcząc blisko łechtaczki, ale nie angażując jej jeszcze. Wiła się pod nim, ponaglając go bardziej i bardziej, aż w końcu uległ jej żądzy i obrysował ją koniuszkiem języka. Szybko wycofał się, zassał jej wargi, później wsunął język w jej centrum. Zgiął jej nogi w kolanach i przysunął ją bliżej siebie, patrząc na jej twarz. Wygięła się w łuk, pod jego dotykiem, drżała z narastających wrażeń. Czuł, że dąży do ulgi, że aktywnie jej szuka, chociaż nie wiedział, czy wie czego dokładnie szuka. Pozwolił sobie na powrót do łechtaczki. Lizał ją długimi ruchami, później nagle zataczał kółeczka i ssał.
Popatrzył na nią. Jej podbródek uniósł się, a mięśnie jej karku były mocno napięte. W pięści ścisnęła prześcieradło, zwijając je w rulonik, a jej spojrzenie było jednocześnie intensywne i bezmyślne, tak jakby zaczęła odcumowywać wszystko, oprócz doznań pomiędzy nogami. Powrócił do zadania z nowym entuzjazmem, wsuwając w nią dwa, długie, smukłe palce, rozkoszując się wysokim, żarliwym dźwiękiem powitania. Jego język wciąż tańczył dookoła łechtaczki i mógł poczuć jak blisko jest, jak szybko mogłaby rozpaść się? Dla nich przepływała obok mielizny, obok tego co mogłaby zrobić dla niego lub Pottera i teraz przewracali się w ich malutkiej łódce, na wielkiej fali żądzy. Triumf wypełnił go, gdy zadrżała pod nim, kiedy wydała z siebie lekki szloch w chwili ulgi- to była jego łódka, był kapitanem i panem tego naczynia, jej ciała.
Położył policzek na jej udzie i poczekał, aż jej oddech stanie się regularny. Jedna z jej rąk przesunęła się nieuważnie po jego włosach. Kiedy jej puls zwolnił a jej mięśnie zaczęły rozluźniać i ściskać się pod nim, zapytał:
-Gotowa, żeby kontynuować, panno Granger?
http://www.youtube.com/watch?v=SKjNtLUavR0 A Very Potter Musical
It is totally awesome ;)
yasiria
Nawiedzony Romantyk
Nawiedzony Romantyk
 
Posty: 52
Dołączył(a): 28 maja 2011, 12:55

[NZ][T] Drugie Życie [4/48]

Postprzez yasiria » 29 maja 2011, 13:54

Rozdział czwarty

Minęła chwila zanim jego słowa dotarły do jej świadomości. Leżała w poprzek łóżka, nie myśląc o swojej nagości, o tym jak dziwne jest przebywanie w sypialni Snape'a, ani o samym Snapie i jego głowie opierającej się na jej udzie. Jej umysł był cudownie pusty, kiedy jej ciało przestało dygotać i spinać się. Przez chwilę wydawało jej się, że zrozumiała jakąś bardzo istotną sprawę, lub biegła szybciej niż ktokolwiek przed nią. Teraz leżała po wszystkim i starała się pamiętać o oddychaniu.
Ale powoli jego słowa zaczynały do niej docierać.
-Gotowa żeby kontynuować, panno Granger?
Kontynuować. Mogło być więcej? Wiedziała, że jeszcze nie związali małżeństwa, ale wydawało się niemożliwe że może być więcej przyjemności na świecie niż to co on właśnie jej dał.. Jej głos wydawał się być zardzewiały od nieużywania, ale udało jej się wykrztusić.
-Tak.
Tak. Snape podniósł się z pomiędzy jej nóg i usiadł obok niej. Kiedy pochylił się, żeby ją pocałować, mogła wyczuć swoją woń, wysychającą na jego twarzy. To był słodki, bogaty zapach, dużo przyjemniejszy niż sądziła. Tak smakuje chwała- pomyślała bezsensownie kiedy przykrył jej usta swoimi, rozsuwając wargi językiem.
Objęła jego ciało, zauważając że jego koszula zniknęła, zrzucona, jak sądziła gdzieś w ciągu ostatnich piętnastu minut, w czasie których nie zauważała nic po za jego rękami, językiem i oddechem. Jego skóra była delikatniejsza niż sądziła, bardziej giętka i ciepła. Chciwie poznawała go dłońmi. Meszek na jego klatce piersiowej, ostry punkt na ramieniu, delikatna krzywizna pośladka.
-Dotknij mnie- szepnął. Zmartwiała. Nie miała pojęcia jak go dotykać. Nie miała pojęcia jak zrobić to co on robił jej, jak zredukować go do ledwie ludzkiego, drżącego kawałka, każdym skrawkiem nerwów naciągającego się z pożądania. I miała to zrobić bez magii, tylko kilkoma umiejętnościami dłoni i ust, których się nigdy nie uczyła. Nie mogłaby znieść, gdyby go zawiodła, ale nie mogła też mu odmówić. Patrzyła na niego z szeroko otwartymi, wystraszonymi oczami, a on odsuwał twarz od niej. Jego wzrok był? Zrezygnowany. Wbiła palce w jego skórę, tak mocno jak tylko się dało. Przechyliła głowę i musnęła wargami jego wargi.
-Pokaż mi- westchnęła w jego usta. Jego pocałunek stał się dziki i nieuważny i jego wargi zatrzymały się na niej, kiedy przesunął ramię, żeby złapać jej rękę. Poprowadził ją do penisa, który wbijał jej się w biodro i owinął jej palce wokół niego. Nakrył jej palce swoimi i ścisnął lekko, żeby pokazać siłę nacisku. Powoli zaczął ruszać jej ręką w górę i w dół całej długości, ściskając na dole wirując na górze. Kiedy uwolnił jej rękę, nie mogła się powstrzymać przed odkrywaniem go; wyczuwaniem faktury jąder, grubszej skóry u podstawy i delikatniejszego, miękkiego ciała na główce. Obserwowała jego twarz, kiedy go dotykała. Zacisnął oczy i usta. Pomyślała, że bolało go, skoro nie wyczuwała drżenia. Kiedy zaczęła go gładzić, wydał z siebie nierówne westchnięcie i zdziwiła się, jaki efekt na nim wywiera. Profesor Snape zdany na jej litość. Był teraz bezbronny, otwarty na jej dotyk, pozwalając na to żeby kontrolowała jego zmysły. To była uderzająca do głowy myśl.
Niepewnie położyła się na łóżku. Popatrzył na nią nagle. Ona również na niego popatrzyła z mieszaniną strachu i determinacji. Kiedy jej twarz była na poziomie jego członka, zerknęła na niego i wyszeptała:
-Masz mi pomagać.- Potaknął.
Musnęła ustami niesamowicie miękką skórę na jego główce, przesuwając językiem, żeby go posmakować. Jęknął. Uśmiechnęła się, liżąc go, poznając piżmowy, słonawy smak jego skóry w tym miejscu. Przesunęła się w dół, jej język wibrował wzdłuż długości krocza, między jądrami i w górę jego męskości, jeszcze raz.
-Mogłabyś? W ustach??- wykrztusił.
Jej ręka kontynuowała ruch, którego ją nauczył, podczas gdy zamknęła usta na jego główce. Mięśnie jego ud napięły się, kiedy niepewnie zaczęła ssać. Powoli, zaczęła się poruszać, kierowana instynktem i jego urywanym oddechem. Wzięła go do ust tak bardzo jak mogła, bez zadławienia. Uczucie jego wbijającego się w jej gardło nie było do końca przyjemne, ale kiedy zobaczyła, że nagle umilkł i zesztywniał? To było wystarczającą zachętą żeby kontynuować. Wirowała językiem dookoła członka a następnie cofała się i ssała ponownie jego nabrzmiałą główkę. Kiedy to robiła, wyczuła w jego zapachu coś niesamowitego, nieznanego i całkowicie męskiego. To było uwięzione i uwolniło się przez grubą, żylastą skórę, czarne loczki otaczające jego penisa. Użyła wolnej ręki do ugniatania ich zanurzając się w silnym zapachu podniecenia. Nagle uniósł się lekko i dotknął jej ramienia. Spojrzała na niego.
-Przestań.
-Przestać?- zapytała niepewnie. Wydawało jej się że dobrze sobie radzi. Jego oddech?
-Jest pani świetna, panno Granger- powiedział, po wzięciu kilku gwałtownych wdechów . Rozluźniła się. ?Ale nadszedł czas na ostatnią lekcję. Dreszcz przebiegł przez jej ciało i myśli. To wciąż ją przerażało, ale przerażenie było zakopane pod warstwami przyjemności. W tej chwili chciała czuć jego ciepłą skórę pocierającą o jej ciało, czuć jego członka wypełniającego ją, patrzeć w te bezdenne, czarne oczy i wiedzieć, że pożądanie, które zobaczyła, dotyczy jej. Zaczerwieniła się, siadając na piętach, częściowo zażenowana faktem, że jest tak bardzo wyeksponowana, a częściowo zadowolona z tego jak patrzył na jej ciało, z dzikiego spojrzenia drapieżcy, który odnalazł swoją ofiarę.
-Chodź tu- powiedział. Przypomniał jej się jego nauczycielski ton, a po za tym była zbyt zmęczona, żeby odmówić. Podsunęła się obok niego, kładąc głowę w zgięciu jego ramienia. Jak dziwne było to, że wydawała się tam pasować; jak niemożliwy był fakt, że użył swojego śmiesznego nosa, przesuwając jej twarz, tak, żeby ją pocałować. Jak nieprawdopodobne, że nacisk jego ust budził w niej jakiś niezaspokojony głód. Wsunęła dłoń po karku w jego włosy i wbiła palce w skórę, przyciskając jego usta do swoich, w milczeniu błagając go aby przeszedł do następnej lekcji. Odsunął się, kiedy ją całował, podnosząc się na jednym biodrze, wysuwając się nad nią delikatnie. Była wystraszona. Ale to było też dobre, widzieć światło świec, przesuwające się po jego klatce piersiowej; widzieć jego twarz, bezmyślnie głodną, zasłoniętą czarnymi, długimi włosami; i jego erekcję, sterczącą przed nią z dumą. Dotknęła jego ramienia, przyciągnęła go do siebie i rozsunęła nogi, robiąc między nimi miejsce. Oparł się na kolanach i rękach nad nią, a ona patrzyła mu w oczy, próbując zrozumieć powód niemożliwego. Trzęsła się, ale było w tym tyle strachu ile oczekiwania. Balansował na jednej ręce, podczas gdy druga zniknęła na chwilę. Później poczuła jak ustawia penisa przy jej wejściu.
-Gotowa?- szepnął, a ona przytaknęła.
Kiedy pchnął do wewnątrz, jego twarz wykrzywiła się i wydyszał słowa ?O tak, o kurwa?" nie sprawiając wrażenia jakby mówił. Zabolało, dość mocno- poczuła jakby rozdzierał w niej otwór, ale słowa były balsamem, który złagodził jej ból i powtórzyła je ponownie w myślach. ?O tak, o kurwa?" A w pamięci widziała słodki grymas na jego twarzy i wiedziała, że w końcu zadowoliła go ponad miarę. To była moc. To był triumf. A jeśli nie było jeszcze przyjemności, była swego rodzaju mentalna ekstaza ze względu na to, że on był wewnątrz niej, poruszając się powoli a ona wyginała się w łuk, pozwalając mu na większą swobodę. Wciągał powietrze wypełniając ją a ona uśmiechnęła się gwałtownie i pomyślała, że w końcu wie, o co w tym wszystkim chodzi. Zredukować takiego mężczyznę jak Snape, do westchnień i szlochów? Jaka lepsza magia mogłaby istnieć?
Uderzał biodrami w jej biodra zgodnie z rytmem, który czuła w każdej komórce. Stopniowo tarcie pomiędzy nimi zaczęło rosnąć, aż przerosło ból i mogła podążyć za nim do miejsca pomiędzy ich umysłami, gdzie jedyną rzeczą która istniała, była bolesna przyjemność ich złączonych ciał. Zamknęła oczy, uniosła kolana i skrzyżowała łydki na jego plecach, popychając go głębiej piętami. Wsunął ramiona pod nią i przytrzymał jej ramiona, opierając się jej pchnięciom i kołysał biodrami, przynosząc jej z powrotem podniecenie, które straciła przez ból.
Pochylił głowę i ich policzki przycisnęły się do siebie. Pot spływał pomiędzy ich ciasno splecione, gorące ciała. Jego włosy dostały się do jej ust; mogła posmakować ich ostrego aromatu. Przesuwała dłonie w dół jego pleców, wyczuwając blizny, których nigdy nie widziała i zapamiętywała kontur jego kręgosłupa.
Uniósł się na rękach ponownie, kiedy ich rytm załamał się. Otworzyła oczy. Jego usta były wilgotne i zaciśnięte, oczy miał zamknięte a oddech płytki.
-Hermiono!- zaszlochał, a jej serce wybuchło.
To nie była fala przyjemności, nie jak wcześniej. Po prostu poczuła, że to znalazła, dla niego, drżącego nad nią. Uczucie, gdy był spełniony w jej ramionach, dźwięk jej imienia, przyniosły jej inny rodzaj satysfakcji. Zrobiła to i to było lepsze niż magia, lepsze niż zwycięstwo, lepsze niż cokolwiek.
Patrzyła ze smutkiem, jak on dochodzi do siebie i schodzi z niej. Jego twarz była teraz pusta, ale nie tak częściowo bezmyślna, jak wtedy gdy się kochali, ale wystudiowanie pusta, taka jaką od zawsze znała. Zamknęła oczy i przesunęła się w jego stronę, chcąc przedłużyć uczucie słodyczy jak się da najbardziej. Objął ją ramieniem, a ona leżała cicho, bojąc się, że jeśli się poruszy, on przypomni sobie, tak jak ona zaczynała, w jaki sposób się tu znaleźli i będzie nalegał żeby wyszła.
Słuchała jego oddechu i myślała o tym, co zrobili. Teraz była jego. Nie było drogi powrotnej. Zawahała się, oczekując powrotu paniki, ale nic takiego się nie stało. Wszystko co czuła, to pewne mentalne i fizyczne wyczerpanie, przeszkadzające w myśleniu. Zrobione- pomyślała i, na chwilę, zasnęła.
***
Kiedy się obudziła, zobaczyła, że on leży dokładnie tak jak wcześniej, gapiąc się? ze złością?... w sufit. Popatrzyła na niego z ciekawością. Jego czarne włosy były rozrzucone na poduszce, jego długie, blade ciało całkowicie wyciągnięte, miękki penis otoczony włoskami na udach. Kim jest mężczyzna, którego poślubiłam? Do czego dąży i co kocha? Pomyślała, czując ze zdziwieniem ponownie wzrastające pożądanie; ciepło buzujące w jej żyłach.
-Witam ponownie, panno Granger- powiedział gładko, a ona spanikowała. Jak będą teraz ze sobą rozmawiać?
-Sir.
-Wszystko w porządku?
Czy wszystko w porządku? Nie miała pojęcia.
-Tak.
-Myślisz, że będziesz potrzebowała eliksiru uzdrawiającego?
-Słucham?
-Czy coś cię boli? Czujesz się? potłuczona? Wolałbym nie wysyłać cię z powrotem do wieży Gryffindoru, jeśli będziesz pokryta siniakami.
Wysłać ją z powrotem do wieży. Słowa uderzyły w nią, ale to było zupełnie bezsensowne- W jakie inne miejsce mogłaby pójść? Oczywiście że wróci do wieży. To nie było małżeństwo, to był plan i właśnie wykonali pierwszy krok, nie zabijając się wzajemnie, dzięki Bogu.
-Wszystko w porządku, proszę pana. Ale może powinnam wziąć trochę ze sobą, w razie gdyby coś się pojawiło?
Potaknął i podniósł się. Cieszyła się, że wychodzi, że nie będzie musiała ubierać się przy nim. Zapięła koszulę, wsunęła majtki i przeszła do salonu, gdzie znalazła spódnicę i szkolne szaty złożone porządnie na kanapie. Już zapinała zapinki szaty, kiedy wrócił, na szczęście również ubrany. Podał jej dwie fiolki.
-Wypij tą teraz. To eliksir antykoncepcyjny. Drugi jest zwykłym eliksirem uzdrawiającym.
Potaknęła i otworzyła fiolkę wlewając jej zawartość do ust. Ciecz była lepka i nieprzyjemna. Odwróciła się i schowała drugą fiolkę do torby, która leżała obok, jak pamiątka po dawnym życiu.
-Która godzina?- zapytała.
-Jedenasta- odparł krótko.- Jestem pewien, że Potter i Weasley już się niepokoją. Użyje pani sieci fiuu, żeby wrócić do dormitorium. Prefekt nie powinien wałęsać się po lochach po godzinach.
Więc jego pokoje były w lochach. Zawsze tak sądziła, jednak te pomieszczenia nie były tak chłodne i wilgotne, tak straszne jak oczekiwała.
-Ale jak mogę użyć proszku fiuu? Sieć nie?
-Nasza przysięga, panno Granger. Nie zwróciła pani na nią uwagi? Przyrzekła pani swój dom mnie. Pani pokój jest teraz przedłużeniem mojego. Fiuknie się pani tam bez problemu.
-Dobrze, proszę pana.- Wydawało się nieprawdopodobne, jak szybko powrócili do poprzednich stosunków? i, Boże, Harry i Ron! Jak, na Merlina wytłumaczy gdzie była? I zajęcia! Jutro miała Obronę Przed Czarną Magią. Jak da radę siedzieć obok Harrego i patrzeć na Snape'a bez?
-Profesorze?
-Tak?
-Czy mogłabym? Znaczy? Czy to nie będzie problem, jeśli opuszczę obronę jutro?
-Nie sądzę żeby prefekci powinni opuszczać zajęcia. Tym bardziej pani nie jest taką osobą.
Czy on naprawdę był tak ograniczony? Potrzebowała czasu, żeby przejść nad tym do porządku dziennego, zanim powróci na zajęcia grając rolę jego przerażonej uczennicy.
-Rozumiem, ale ze względu na okoliczności?
-Ze względu na okoliczności tym bardziej powinna pani być na tych zajęciach. Sama pani powiedziała, że musi się nauczyć balansować na linii między światłem a ciemnością. Czarny Pan powrócił i?
-Daj spokój!- wykrzyknęła.- Nikt nie wie o tym lepiej niż ja i, chociaż tego nie przyznasz, mogłabym rzucić sześć różnych uroków na każdego w tej grupie! Nie powiesz na tych nieszczęsnych zajęciach nic czego nie wiem i zdajesz sobie z tego sprawę!
-Minus piętnaście punktów dla Gryffindoru, za użycie nieodpowiedniego języka- warknął.- Wciąż jestem pani nauczycielem, panno Granger.
-Ma pan rację- rzuciła ostro i zdjęła z gzymsu słoik z proszkiem fiuu, odkręcając pokrywkę.- I bardzo doceniam pańską lekcję pieprzenia, profesorze Snape.
-Jeszcze nie dotarło do pani, że musi się pani nauczyć ukrywać uczucia? Reszta naszego życia będzie oparta na tej farsie i musi pani współpracować. Zaczynając od jutrzejszych zajęć z obrony?
Wrzuciła proszek w płomienie i obserwowała, jak robią się zielone. Ostatnią rzeczą, jaką usłyszała, kiedy wchodziła w nie, był złośliwy ton Snape'a, kiedy mówił:
-Zabiorę kolejne piętnaście punktów? Wydawało mi się, że daje pani lekcje uprawiania miłości...
http://www.youtube.com/watch?v=SKjNtLUavR0 A Very Potter Musical
It is totally awesome ;)
yasiria
Nawiedzony Romantyk
Nawiedzony Romantyk
 
Posty: 52
Dołączył(a): 28 maja 2011, 12:55

[NZ][T] Drugie Życie [5/48]

Postprzez yasiria » 29 maja 2011, 14:13

Rozdział piąty

Kiedy wyszła z pokoju następnego ranka, spotkała Harry'ego i Rona, czekających na nią z niepokojem w pokoju wspólnym.
-Hermiona!- Ron wstał, kiedy do nich podeszła.- Gdzie byłaś? Nie wróciłaś z gabinetu Dumbledore'a. Czekaliśmy tu do północy!
Harry patrzył na nią ostrożnie. Wiedziała, że zastanawia się czy Dumbledore powiedział jej o czymś, o czym nie powiedział jemu. Wiedziała, że powinna się z nim solidaryzować; biedny Harry nie miał żadnego przewodnika oprócz Dumbledore'a i bardzo zazdrośnie chronił ich relacje. Ale w tej chwili nie miała nastroju na solidaryzowanie się z kimkolwiek. Harry powinien powstrzymać zazdrość. Nie miał pojęcia, o co ją poproszono. Westchnęła.
-Przepraszam. Profesor Dumbledore chciał, żebym pomogła mu z mugolskimi krzyżówkami. Miał ochotę je rozwiązywać, a ja chętnie mu pomogłam. Wydaje mi się, że pomyślał, że to będzie dla mnie coś w rodzaju prezentu urodzinowego. Zatrzymał mnie do późna, więc zgodził się, żebym przeszła przez kominek do wieży. Byłam tak padnięta, że od razu zasnęłam.
Tak naprawdę, po podziękowaniu Merlinowi, że Lavender i Parvati spały kiedy wróciła, Hermiona siedziała przez pół nocy wspominając wieczór w komnatach profesora Snape'a i starając się wymyślić jakąś wymówkę, na tyle prostą i nudną, żeby Harry i Ron zapomnieli o całej sprawie. W końcu doszła do wniosku, że krzyżówki będą wystarczająco naukowe żeby ich odrzucić, wystarczająco mugolskie, żeby wytłumaczyć jej udział i całkowicie w stylu Dumbledore'a. Wciąż nie mogąc zasnąć o 3 nad ranem, przemknęła się korytarzami do sowi arni i wysłała dyrektorowi wiadomość wyjaśniającą jej historię.
Harry zaśmiał się i opowiedział im jeszcze raz o tym, jak Dumbledore zainteresował się wzorami do robótek na drutach podczas ich wizyty u profesora Slughorna, jakby chcąc pokazać, że on też ma wiedzę na temat niezwykłych pasji dyrektora. Hermiona westchnęła. Przynajmniej kupili jej historię.
W czasie śniadania Hermiona otrzymała kolejną sowę od Dumbledore'a. Odwiązała pergamin od nóżki ptaka i poczęstowała go tostem. Sama nie miała apetytu.
Droga panno Granger,
Dziękuję za wczorajszą pomoc z krzyżówkami. Była pani bardzo pomocna. Powinienem zająć się badaniami mugolskiego Goethego, tak jak pani polecała, gdyż wciąż jestem pod wrażeniem cytatu, który był wskazówką ?Zgodnie z autorem Fausta, co jest nieskończonym długiem, który może zostać rozliczony jedynie w wieczności- 10 liter" (na wypadek gdyby pani zapomniała). Nigdy nie wpadłbym samodzielnie na odpowiedź. Jestem Twoim dłużnikiem, moja droga.
Albus Dumbledore.

Harry przeczytał liścik nad jej ramieniem.
-Co to ma znaczyć?- zapytał.
-Takie mugolskie powiedzenie- odparła i odwróciła się od nich, żeby nie zauważyli łez w jej oczach. Zamrugała.
-Nigdy go nie słyszałem. Jaka jest odpowiedź?
-Małżeństwo- szepnęła.
-Wszystko w porządku Hermiono?- zapytał Ron.- Marnie wyglądasz.
-Jestem po prostu zmęczona. To była długa noc- odpowiedziała.
-Wygląda na to, że nie tylko ty miałaś długą noc. Snape jest jeszcze bardziej ponury niż zwykle.- zauważył Harry wskazując stół nauczycielski widelcem.- Czy on nie zdaje sobie sprawy z faktu, że potrzebuje prysznica?
Wściekłość zawrzała w niej ?Jak on śmie?", ale przypomniała sobie, że ona też wściekała się na dawnego Mistrza Eliksirów
-Obleśny, stary gnojek- powiedział Ron uprzejmie- co mi przypomina, Hermiono? Skoro już skończyłaś pomagać dyrektorowi w zadaniach domowych, przejrzałabyś mój esej z obrony?
***
Weszła do klasy OPCM mając Harry'ego i Rona po obu stronach. Wśliznęła się na swoje zwykłe miejsce pomiędzy nimi bez rozglądania się i udawała przez kilka długich chwil, że szuka w torbie pióra. Wszystko, co pozwoli nie patrzeć na twarz mężczyzny, którego tak pochopnie zgodziła się ochraniać, który doprowadził ją na tak rozkoszny szczyt poprzedniej nocy i teraz minął ją bez słowa, bez rady czy próby rozluźnienia.
-Cisza- powiedział.
Hermiona zerknęła szybko dookoła siebie i zobaczyła, że jak zwykle w pomieszczeniu zapadła cisza; każda twarz była zwrócona w stronę Snape'a. Szybko również na niego popatrzyła.
-Ponieważ wielu z was udowodniło, że jesteście niezdolni do używania magii niewerbalnej, zdaje się że rozważniej będzie, jeśli zajmiemy się przez pewien czas zaklęciami tarczy.- Nikt się nie odezwał.- Najpopularniejszym zaklęciem tarczy jest oczywiście ?protego". Jednak są trzy różne wersje tego zaklęcia. Zapewne nikt z was nie ma pojęcia o czym mówię?
Odetchnęła głęboko i uniosła rękę. Chciał żeby było normalnie? Będzie normalna. Snape odegrał przesadzony pokaz, rozglądając się po pomieszczeniu, zanim westchnął i powiedział:
-Dobrze więc. Panna Granger?
-Trzy rodzaje zaklęcia tarczy to zwykłe Protego, Protego Horribilis i Protego Totalum.
Lekko pokiwał głową. Cóż, to znacznie odbiegało od jego zwykłych, złośliwych komentarzy, pomyślała. Zamiast poczuć się wdzięczna, poczuła obawę. Nie może być odstępstw od ich normalnego zachowania- ten dupek sam jej to powiedział! Dlatego siedziała tutaj, w klasie, zamiast w dormitorium liżąc rany!
Ponownie podniosła rękę.
-Tak?- rzucił ostro.
-Ja?- powiedziała, dodając na pokaz trochę drżenia do głosu- Pomyślałam, że będzie chciał pan wiedzieć, co każde z nich robi.
-Zapewniam panią, panno Granger, wiem doskonale co każde z nich robi. Prawdopodobnie, proszę wybaczyć tą sugestię, lepiej niż każdy kto po prostu zapamiętał definicję z książki. Byłbym wdzięczny, gdyby pozwoliła mi pani uczyć pozostałych.
Tak. Tak było lepiej. Jej policzki naturalnie się zaczerwieniły, co było prawie że odruchem Pawłowa na jego bezlitosne słowa. Teraz byli ponownie na odpowiedniej drodze.
-Poste zaklęcie protego- zaczął Snape, patrząc złośliwie na Harry'ego, który oczywiście był biegły w tej kwestii-jest jednorazowym zaklęciem. Odbija urok, który został rzucony i wtedy znika. Ma trochę większą trwałość przy fizycznym czy mugolskim ataku, ale jeśli nikt z was nie jest na tyle durny, żeby rzucać się w bójkę na pięści, jego użyteczność jest ograniczona. Dużo lepsze są pozostałe typy, Protego Horribilis i Protego Totalum.
Harry podniósł rękę. Hermiona popatrzyła na niego kątem oka i zauważyła z zadowoleniem, że ściska ze złością różdżkę.
-Potter?
-Nie wspomniał pan, że zaklęcie Protego może odbić urok na tyle dokładnie, żeby trafić nim w rzucającego.- powiedział. Wiedziała, że Harry przywołuje swoją katastrofalną lekcję oklumencji.
-Wątpię, żeby takie wypadki były istotne- odparł Snape.- Nigdy nie słyszałem, żeby zaklęcie działało w ten sposób konsekwentnie.
-Najwyraźniej nie jest pan wystarczająco w nim dobry- mruknął ponuro Harry. Snape rzucił mu mordercze spojrzenie, które powiedziało Hermionie, że to usłyszał.
-Powinniśmy to wypróbować, Potter?- zapytał, unosząc brew.
Harry podniósł się natychmiast, wyciągając różdżkę żeby rzucić zaklęcie, ale Snape zaśmiał się chłodno.
-O nie. Naprawdę pan sądził, że pozwolę panu przekląć mnie? Jeśli jest pan tak pewien działania zaklęcia, dlaczego nie pozwoli mi pan, żebym ja przeklął pana?
Harry sztywno kiwnął głową, przygotowując się do rzucenia zaklęcia tarczy. Snape machnął różdżką w kierunku Harrego, który krzyknął ?Protego!".
Nagle Harry uniósł się w powietrze. Hermiona obserwowała z przerażeniem jak zatrzymuje się, zwisając w powietrzu powieszony za jedną nogę. Szaty zsunęły mu się do pasa.
-Może doceni pan zaklęcia niewerbalne, skoro osobiście doświadczył pan ich przewagi?- uśmiechnął się ironicznie Snape.
Dzięki Bogu on nosi spodnie, pomyślała Hermiona i machnęła różdżką, krzycząc ?Liberacorpus!". Jej myśli podążyły do podręcznika eliksirów Księcia Półkrwi. Harry niedawno uczył się tego zaklęcia.
-Panno Granger!- krzyknął Snape, kiedy Harry zwalił się na podłogę.
-Słucham, proszę pana?- zapytała z wściekłością.
-Nie zauważyłem, żeby dostała pani pozwolenie na uwolnienie Pottera.
-Nie zauważyłam, żeby rzucanie uroków na uczniów było akceptowaną częścią nauczania w Hogwarcie- odparła.
-Minus 20 punktów dla Gryffindoru- zagrzmiał.- I szlaban w moim gabinecie o ósmej.
-Za zwolnienie przekleństwa?
-Hermiono- syknął Ron, kładąc jej rękę na ramieniu. Nagle Snape wzdrygnął się, rzucając im dziwne spojrzenie. Skrzyżował ramiona, wsuwając dłonie w fałdy szaty. Co się właśnie stało? Zerknęła na Rona, ale on najwyraźniej nie zauważył nic niezwykłego. Harry pozbierał się z podłogi i wśliznął do ławki obok niej.
-W porządku?- szepnęła. Potaknął, gapiąc się przed siebie.
-Przykro mi że dostałaś szlaban- powiedział ściszonym głosem, a ona kiwnęła głową jakby mówiąc ?mniejsza o to". Popatrzyła na Snape'a, przybierając swój zwykły, wściekły, ale zainteresowany wyraz twarzy.
O Boże, szlaban. Jakim perwersyjnym torturom zamierza ją poddać, biorąc pod uwagę okoliczności? Próbowała skoncentrować się na wykładzie Snape'a, nawet robiąc notatki o korzyściach używania różnych wersji protego, ale jej umysł płynął w kierunku lochów.
Zapukała do drzwi gabinetu Snape'a punktualnie o ósmej. Drzwi otworzyły się pod jej dotykiem. Mój dom twoim domem pomyślała smutno, kiedy wchodziła do pomieszczenia. Nie zamierzała kulić się przed nim prywatnie, chociaż musiała to robić publicznie.
Snape siedział przy biurku zawalonym pergaminami.
-Dobry wieczór- powiedział, bez podnoszenia wzroku.
-Sir- odparła.
-Przepraszam, jeśli byłem zbyt szorstki wczoraj wieczorem- rzucił, nadal nie unosząc twarzy.- Dzisiaj grałaś doskonale.
-Dziękuję, profesorze. Jednak nie nazwałabym tego grą. I tak uwolniłabym Harry'ego.
-Dokładnie, panno Granger. Gdyby to miało jakikolwiek związek ze mną, byłbym ? rozczarowany. Wierzę, że teraz rozumie pani dlaczego nalegałem na pani obecność na zajęciach?
-Czy przydzielił mi pan szlaban, żeby napawać się triumfem? ? dupek.
-Oczywiście że nie. Przydzieliłem pani szlaban, bo właśnie to robię. I ponieważ trzeba wyczyścić kociołki pierwszaków.- Hermiona walczyła z uśmiechem. Przynajmniej był z nią szczery.
-Mogę użyć magii?
-Naturalnie.- Hermiona zajęła się czyszczeniem kociołków. Snape wrócił do przeglądania pergaminów z biurka. Z rozbawieniem zauważyła, że mężczyzna mruczy cicho w czasie pracy. To nie była melodia, raczej ciągły pomruk dezaprobaty.
Kilka kociołków było niemal roztopionych. Przypomniała sobie Neville'a na pierwszym roku, jak nie potrafił uwarzyć nawet najprostszego eliksiru bez okropnych wyników. Bez słów rzuciła zaklęcie wzmacniające na słabsze kociołki, mając nadzieję, że biedni uczniowie poradzą sobie lepiej na następnych zajęciach.
-Powiedz, wzmacniasz wszystkie gryfońskie kociołki, czy tylko ten Longbottoma?
Poderwała się gdy dźwięk głosu Snape'a przeciął ciszę. Kiedy się odwróciła, ze wstydem, żeby popatrzeć na niego, zauważyła, że zwinął ostatni pergamin i siedział na krześle bez zajęcia. Zastanawiała się od jak dawna ją obserwował.
-Profesorze?
-Zastanawiałem się jak kociołek Weasleya przetrwał jego ostatnią próbę uwarzenia wywaru czkawkowego.
Uśmiechnęła się, wspominając. Ron dodał ciemiernik przed ślazem, co spowodowało, że jego eliksir stał się niestabilny. Kiedy dodał sproszkowane kolce jeżozwierza spowodował przerażający wybuch.
-Myślałem, że mówiłaś, że nie ma nic między tobą a Weasleyem- powiedział Snape, odchylając się na krześle.
-Bo nie ma- odpowiedziała.
-Naprawdę?- zapytał znudzonym tonem.- Większość ludzi nie patrzy czule w dal na samą myśl o kimś, kim się nie przejmują.
-Nigdy nie powiedziałam, że się nim nie przejmuję. Ron jest jednym z moich najlepszych przyjaciół. Po prostu powiedziałam, że nie ma niczego? Romantycznego? Między nami.
-Kłamczucha.
-Nie kłamię! I szczerze, nie rozumiem dlaczego to pana obchodzi.
-Dlaczego obchodzi mnie, czy mnie okłamujesz? Bo moje życie jest w twoich rękach! Muszę wiedzieć, że mogę ci zaufać!
Prawie jęknęła sfrustrowana.
-Może mi pan ufać. Nie rozumiem, dlaczego obchodzą pana moje stosunki z Ronem!
-Ponieważ nie lubię kiedy ludzie dotykają mojej własności, panno Granger.
Jego własności?
-Co to niby miało znaczyć?
-Kiedy dotknął cię w klasie, mój pierścień zaświecił na złoto- odparł Snape.- Stał się widzialny, nawet jeśli tylko na chwilę. Pierścienie są zaczarowane i wykrywają zdradę, jak, czego jestem pewien, wiesz. Ktokolwiek, kto dotyka cię z? romantycznymi intencjami? uaktywnia zaklęcie.
Zatkało ją. Ron? Czuł coś do niej? Dotknął jej z? romantycznymi intencjami? Na moment serce podeszło jej do gardła, po czym spadło w dół jej klatki piersiowej, kiedy zrozumiała, dlaczego to już nie ma znaczenia. Wszystkie godziny poprawiania jego prac, układania włosów, umawiania się z śmiesznym Wiktorem Krumem? Wszystko to na marne. Wygrała go i teraz nie mogła go mieć. Zacisnęła wargi i przybrała obojętny wyraz twarzy, nie pozwalając sobie na płacz.
-Nie skłamię panu, profesorze Snape. Nie ma niczego pomiędzy mną i Ronem i nigdy nie było. Ja? Cóż, pociągał mnie przez kilka lat, ale nigdy nie było wzajemności. To wszystko.
Snape wyprostował się i część zmarszczek na jego czole wygładziła się. Coś przypominającego wstyd przedarło się przez jego maskę i zniknęło tak szybko, że pomyślała iż tylko sobie to wyobraziła.
-Najwyraźniej myliłaś się- powiedział cicho.- W każdym razie to trochę komplikuje sprawy. Nie możemy pozwolić, żeby mój pierścień stawał się widoczny za każdym razem kiedy Weasley podaje ci masło.
Potaknęła.
-Wiem, profesorze. Ja? Cóż, nie wiem co zrobię. Pomarudzę o jego zadaniach domowych i przestanę sprawdzać jego eseje. Będę wyśmiewać Armaty Chudleya?- kąciki ust Snape'a uniosły się.
-Obawiam się że to nie zadziała. Jeśli pociągasz jakiegoś chłopca, on po prostu potraktuje to jako wyzwanie. Nie, musisz znaleźć mu kogoś innego do migdalenia się.
-Do migdalenia?
-Poważnie, jest jakaś kobieta na waszym roku, oprócz ciebie, która by się nim zajęła?
-Nie wiem, profesorze. Ale popytam.
-Zrób to. I? Panno Granger?
-Słucham?
-Zrób to szybko. W ten sposób będzie mniej bolało.- popatrzyła na niego z ciekawością na twarzy.- Możesz iść- powiedział szorstko, zbierając pergaminy i wstając.
Kiedy Hermiona przeszła przez dziurę za portretem, zobaczyła Harry'ego i Rona czekających na nią w pokoju wspólnym. Chociaż wiedziała, że robią to co zawsze robili, czekając ze współczuciem na tego z ich trójki kogo Snape ukarał szlabanem, jednak, wewnętrznie westchnęła. Gdyby mogła po prostu pójść do dormitorium bez opowiadania o ostatniej półtorej godziny, czułaby się? Cóż, czułaby się jak w niebie.
-Co kazał ci robić?- zapytał Harry, kiedy do nich podeszła. Zmusiła się do ciepłego uśmiechu. W rzeczy samej, co kazał mi robić?
-Nic strasznego. Tylko czyszczenie kociołków pierwszaków.
-Z magią czy bez?- zapytał Ron.
-Bez, oczywiście- odparła.- I sądząc po ich wyglądzie, nowi pierwszoroczni są prawie tak utalentowani jak Neville. Ale i tak mogło być gorzej.
-Nie wierzę w to!- rzucił Harry.- Rzucił na mnie urok w połowie zajęć? Planował to! Wiedział, że nie zdążę się przygotować!
-Zgadzam się, że to było złe- powiedziała.- Ale w pewnym sensie to potwierdza jego opinię o magii niewerbalnej? Czarujący naprawdę ma ułamek sekundy?
-Wiem!- wrzasnął Harry.- Myślisz, że nie robię tego, bo mi nie zależy? Nie potrafię tego zrobić!
-Potrafisz, Harry.- uspokoiła go Hermiona.- Po prostu jeszcze tego nie załapałeś. Popracujemy nad tym. Nawet pozwolę ci trenować na mnie.
-Czy też mogę trenować?- zapytał Ron i Hermiona zastanowiła się jak mogła być tak ślepa. Ron Weasley proszący o dodatkowe lekcje? Powinno być dla niej oczywiste, że w końcu się zakochał. Od jak dawna to trwało? Musiała szybko zająć się przekierowaniem jego zainteresowania.
-Oczywiście- odpowiedziała.- Może poproszę?
Wtedy Lavender i Parvati weszły do pokoju wspólnego rozsiewając zapach kadzidła i szalenie chichocząc.
-Właśnie wracamy od profesor Trelawney- powiedziała Parvati.- Przepowiedziała, że Lavender będzie rzucona na kolana przez przystojną gwiazdę Quidditcha.
Harry popatrzył na nie, niezadowolony. Zaczerwienił się.
Lavender. To mogło zadziałać. Była ładna i energiczna i tak niezainteresowana szkołą, za wyjątkiem wróżbiarstwa oczywiście, jak sam Ron. Naturalnie, Parvati odpadała. Ron tak schrzanił randkę z jej siostrą, Padmą, na balu Bożonarodzeniowym na czwartym roku, że prawie z nim nie rozmawiała od tego czasu.
-Lavender!
-Tak?- blondynka popatrzyła na nią podejrzliwie.
-Właśnie mówiłam że chłopcy potrzebują trochę pomocy z magią niewerbalną i pomyślałam, że może chciałabyś trenować z nami?- dziewczyna patrzyła ostrożnie na Harry'ego i Rona. Później najwyraźniej przypomniała sobie ?przepowiednię" Trelawney i jej twarz pojaśniała.
-Jasne! Sama chętnie się trochę lepiej przygotuję!
-Cudownie!- Hermiona zignorowała pytające spojrzenia Harry'ego i Rona.
-Cóż, pójdziemy już na górę- rzuciła Parvati, wyraźnie chcąc uwolnić się od obecności Rona.
-Pójdę z wami- poderwała się z siedzenia. Wiedziała, że wszyscy w pokoju byli tym zdziwieni, więc nie patrzyła na nikogo tylko szybko weszła po schodach do dormitorium dziewcząt.
-Co tam, Hermiono?- zapytała z zakłopotaniem Lavender, kiedy weszły do sypialni.
-Nic. Po prostu na dzisiaj mam dość ich towarzystwa- westchnęła ciężko, pokazując jak trudne może być przebywanie z Harrym i Ronem. Parvati prychnęła z aprobatą. Złap przynętę, Lavender, pomyślała. Złap ją.
-A ja myślę, że masz szczęście- powiedziała Lavender.- Harry i Ron chodzą za tobą wszędzie.
Tak! Pomyślała triumfalnie.
-Cóż, pewnie byłoby inaczej gdybyśmy się spotykali. Ale tak, chcą mnie, żebym sprawdzała ich zadania domowe.
Lavender kiwnęła głową z sympatią.
-Czy ty? No wiesz? Czy któryś z nich ci się podoba?
-Nie. Nie, ciągle jestem z Wiktorem- skłamała.
-Zazdroszczę!- zawołała Lavender.- Powiedz, on jest tak mroczny i tajemniczy na jakiego wygląda?
Wiktor? Mroczny i tajemniczy? Cóż, pewnie mógł tak wyglądać, dla tych którzy nie musieli starać się zrozumieć każdego słowa które wypowiedział przez sześć miesięcy.
-Tak, jest bardzo? Silny- odparła.
-Masz takie szczęście! ? ponownie wykrzyknęła Lavender.
Hermiona spuściła wzrok uśmiechając się lekko, mając nadzieję, że wygląda na skromną i zachwyconą.
-Tak, cóż? On sprawia, że czuję się szczęśliwa. Ale, gdybym nie miała Wiktora,- dodała- uznałabym Rona za świetny wybór.
-Ron?- mruknęła Parvati.- Ron jest nieczułym prostakiem! Na balu bożonarodzeniowym?
-Ale to było lata temu- przerwała jej.- Naprawdę? Naprawdę wydoroślał od tego czasu?- pozwoliła głosowi cichnąć, sugerując wiele nieprzyzwoitych rzeczy, które prawdopodobnie były nieprawdziwe.
-Naprawdę? Myślałam o Harrym?- powiedziała Lavender.
-Nie, nie Harry. Harry jest zbyt zajęty, rozumiesz? Pomiędzy Tym-Którego-imienia-Nie-Wolno-Wymawiać a Quidditchem? Cóż, nie sądzę, żeby był szczególnie aktywnym chłopakiem. I jest trochę niski, nie sądzicie?- dodała, czując się jak zdrajca.
-Cóż? O tym nie pomyślałam- wymamrotała Lavender.- I on ciągle, w pewnym sensie, wychodzi z mody i do niej wraca, prawda? Ron jest bardziej konsekwentny.
-Racja- zgodziła się Hermiona, zdumiona, że można rozważać, czy ktoś jest modny czy nie.
-Dzięki Hermiono!- rozjaśniła się Lavender i zrzuciła szatę. ? Wiesz, jeśli kiedyś będziesz potrzebować rady w kwestii Wiktora, albo?
-Dowiesz się pierwsza- odparła.
Hermiona opadła na łóżko z czterema kolumienkami. Wydarzenia dnia wypełniły jej umysł. Więc wepchnęła Rona Lavender. Było to łatwiejsze niż sądziła, chociaż zdawała sobie sprawę z faktu, że nie będzie pewna, dopóki nie zobaczy ich razem. Ale na pewno Snape miał rację- lepiej mieć to już za sobą. A wydawało się to takie dziwne, kiedy jej to mówił. Wyglądał tak? Tęsknie. Jakby przekazywał jej radę, którą sam kiedyś z trudem wykonał. Czy tobie jest przykro z jego powodu Hermiono Granger? Pomyślała. Po tym, jak rzucił urok na Harry'ego i dał ci szlaban? Żeby nie wspomnieć? Cóż.. Ale nie był taki zły, prawda? Nawet z nią żartował w swoim stylu, mówiąc że dał jej szlaban, bo nie chciało mu się czyścić kociołków. On cię zmiękcza pomyślała ostro. Zmiękcza cię więc będzie mógł uderzyć mocniej następnym razem, a ty nie możesz mu na to pozwolić. Odpłynęła w senne marzenia pośród zwątpienia plączącego się w jej myślach.
***
Po powrocie do komnat, Snape chodził niespokojnie po pokojach. Dlaczego pozwolił jej zobaczyć tak dużo swojego domu? Teraz nie było miejsca w którym mógł usiąść i po prostu przebywać bez wspomnień jej bladych, delikatnych dłoni i ciepłych, chętnych ust. I tego śmiesznego siana, które nazywa włosami pomyślał gwałtownie. Nie mówiąc o jej zębach. Najwyraźniej nie jest tak bystra, jak wszyscy twierdzą, skoro nie dostrzegła, że Weasley za nią łazi.
Odtwarzał w myślach jej szlaban, próbując usatysfakcjonować się tym, że zagrał część z Mistrzem Eliksirów o czarnym sercu tak dobrze jak zwykle. Mimo niezwykłych okoliczności, nie mógł pozwolić jej na przejrzenie tego wizerunku. Pewnie powinien być dla niej bardziej szorstki. Po prostu miło było pomyśleć, że w końcu jest ktoś w tych murach, kto prowadzi podwójne życie. Ktoś, zapewne, komu może zaufać.
Nie wolno ci na niej polegać. Ona może ci ufać powiedział sobie twardo, ale ona nigdy nie będzie chciała się z tobą przyjaźnić, ani tym bardziej nic więcej. To byłoby dla niej niewyobrażalne. I to nigdy nie było bardziej oczywiste niż podczas ich dzisiejszej rozmowy. Nawet nie przyszło jej do głowy zapytać, kto mógł być nim zainteresowany, kto mógł rozświetlić jej cholerny pierścionek. Kto mógłby kochać Severusa Snape'a? pomyślałaby, gdyby jej to zasugerował. Wyglądało na to że nikt. Nawet jego żona. Ale jakie to miało znaczenie? To będzie tylko kilka dodatkowych miesięcy tortur a następnie promienna cisza wieczności.

W końcu usiadł przy biurku i zaczął pracować.
http://www.youtube.com/watch?v=SKjNtLUavR0 A Very Potter Musical
It is totally awesome ;)
yasiria
Nawiedzony Romantyk
Nawiedzony Romantyk
 
Posty: 52
Dołączył(a): 28 maja 2011, 12:55

[NZ][T] Drugie Życie [6/48]

Postprzez yasiria » 29 maja 2011, 14:38

Rozdział szósty

Po jej szlabanie życie w Hogwarcie wróciło do normy i cała sprawa zdawała się być dziwnym snem. Zajęcia były kontynuowane- całkiem podobały jej się starożytne runy i numerologia, a nawet OPCM szło gładko. Razem ze Snapem powrócili do warczenia na siebie w klasie, a ona była coraz lepsza w zaklęciach niewerbalnych. Oczywiście starała się unikać Rona i była bardziej wdzięczna niż zwykle, że? ee? pomogła mu? dostać się do drużyny Quidditcha, jako że on i Harry spędzali dużo czasu na treningach.
Profesor Slughorn również zapewniał jej schronienie, i chociaż często myślała, że umrze jeśli zje jeszcze jednego ananasa w cukrze, cieszyła się z czasu spędzonego z Harrym i Ginny bez konieczności unikania dotyku Rona. Właściwie jedyna myśl związana z jej sytuacją, jaka pojawiała się ostatnio, to nadzieja, że Lavender pośpieszy się i reszta jej życia powróci do normalności. Tęskniła za prostym koleżeństwem, które łączyło ją z chłopcami.
Pewnej piątkowej nocy, kiedy Hermiona po astronomii wracała z kuchni, gdzie byli razem na wieczornej przekąsce, poczuła, że jej pierścień staje się ciepły aż w końcu zaczął ją parzyć. Zacisnęła lewą rękę w pięść i zaczęła rozglądać się za miejscem w którym mogłaby zniknąć.
-Nie wiem- mówił Harry- Jest dobry, to prawda, ale nie chciałem pytać go zanim nie porozmawiałem z tobą? wiesz, on jest chłopakiem Ginny i tak dalej?
Ron skrzywił się i włożył dłonie do kieszeni szaty.
-To chyba nie ma znaczenia- odparł ponuro.- To znaczy, chodzi o to, żeby pokonać Slytherin? Więc jeśli musisz? Ale ciągle mam nadzieję, że pozwolisz mi opuścić drużynę.
Nagle zobaczyła przed sobą odpowiedź.
-Idźcie, ja muszę szybko skoczyć do łazienki- powiedziała, pragnąc zdjąć pierścionek z palca. Zastanawiała się, czy magiczne oparzenia mogą zostawiać blizny.
-Do zobaczenia w wierzy- powiedział Harry i odwrócił się do Rona.- Wiem, ale, chłopie, pokażemy Malfoyowi nawet jeśli?- jego głos ucichł, gdy drzwi zamknęły się za nią. Szarpnięciem zdjęła pierścionek z palca i uniosła go do światła.
Gabinet dyrektora. Sama. Szybko.
Chłodny dreszcz przebiegł przez nią. Ani razu przez ostatnie cztery tygodnie Snape nie użył pierścionka żeby się z nią skontaktować. A kiedy się nad tym zastanowiła, nie było go na posiłkach w Wielkiej Sali od? Od poniedziałku? Zaczęła panikować. Gdzie on był? Wsunęła pierścień z powrotem na palec i pobiegła w kierunku gabinetu dyrektora, wybierając drogę przez korytarz obok klasy zaklęć, żeby nie spotkać Harry'ego i Rona.
Kiedy zatrzymała się przed gargulcem, uświadomiła sobie, że nie zna hasła.
-Musy świstusy?- zapytała z nadzieją. Gargulec nie poruszył się. ? Cholera- syknęła, wyciągając różdżkę z kieszeni. Dotknęła nią pierścionka, myśląc ?hasło?" całą mocą. Sekundę później, obrączka ogrzała się, więc przyjrzała się jej. Kąciki jej ust uniosły się, mimo przerażenia.
-Lodowa mysz- powiedziała, a gargulec usunął się jej z drogi. Wbiegła na górę, pokonując po dwa schodki na raz i wpadła do gabinetu bez pukania. Zobaczyła Dumbledore'a stojącego nad profesorem Snapem, który nieprzytomny zwisał z wyściełanego krzesła. Jego szaty były pokryte krwią, jednak nie mogła zobaczyć jej źródła. Dumbledore trzymał w jednej ręce pierścień Snape'a a w drugiej różdżkę. Uświadomiła sobie, że musiał użyć pierścienia do wezwania jej bo Snape był wyraźnie ciężko ranny, ale mimo tego czuła ulgę kiedy włożył go z powrotem na palec Snape'a.
-Profesorze? Co??
-Dziękuję, że przyszłaś tak szybko, Hermiono- powiedział Dumbledore przechodząc obok niej, żeby zamknąć drzwi. ? Jak widzisz, profesor Snape został ranny.
-Czy on? Czy to był? Voldemort?
-Tak. Profesor Snape został wezwany we wtorek rano. Dopiero teraz wrócił do zamku. Całe szczęście zdołał to zrobić.
-Dlaczego on nie jest w skrzydle szpitalnym? Powinnam wezwać panią Pomfrey?
-Raczej nie- odparł Dumbledore.- Pani Pomfrey jest doskonałą uzdrowicielką, ale nie ma doświadczenia w radzeniu sobie z czarną magią? a efekt Cruciatusa jest raczej nie do pomylenia z innym czarem. Byłaby zaniepokojona i zadawała ogromne ilości pytań. Nie, zwykle sam zajmuję się profesorem Snapem.
Wydało jej się, że jej ciało drętwieje kiedy powiedział ?cruciatus".
-Więc o co chodzi? Potrzebuje pan pomocy?
-Obawiam się, że potrzebuję dużo pomocy. Zostałem wezwany w pewnych? Sprawach Harry'ego.- odparł, patrząc na nią znacząco.- Nie mogę czekać. Muszę prosić cię o zajęcie się profesorem.
-Zająć się nim? Ale skoro Madame Pomfrey nie może?
-Mam do pani duże zaufanie- powiedział, ignorując jej protest. ? Zostawiłem wszystko czego może pani potrzebować: niektóre zaklęcia uzdrawiające, chociaż jestem pewien, że już je pani zna, esencję z dyptamu i szczuroszczeta, żeby go uspokoić i uzdrowić rany, jednak uważaj żeby nie przedawkować żadnej, i eliksir słodkiego snu. Już podałem mu dawkę, jak widzisz. Musisz zwracać uwagę na chłód lub gorączkę. Chłód oznacza szok-ogrzej go, poruszając kończynami. Gorączka zwykle wskazuje na infekcje. Wtedy przerwij podawanie wyciągu ze szczuroszczeta i zwiększ dawkę dyptamu. A chłodne okłady nie zaszkodzą.
-Ale, sir?
-Hermiono, nie prosiłbym cię o to, gdyby to nie było konieczne.- powiedział cicho.- Cruciatus zwykle powoduje koszmary senne i skurcze mięśni. Opiekuj się nim i masuj go, kiedy pojawią się jakieś skurcze.
-Ale, proszę pana? Jego rany? Skąd się wzięły?
-Chłosta. Różne, okropne rodzaje. Voldemort opanował klątwy, które torturują przez godziny po zakończeniu. Będzie czuł każde uderzenie ponownie, tym razem, jakby robiono to ogniem. Dlatego dałem mu eliksir słodkiego snu. Jeszcze nie znalazłem lekarstwa na ten ból. Będzie krzyczał, więc pamiętaj o rzuceniu zaklęcia wyciszającego na jego komnaty.
-Jego komnaty?
-Musi odpocząć w łóżku. A jeśli znajdzie się we własnym pokoju, oboje znikniecie z mapy Harry'ego. Pomogę ci przenieść go przez kominek, ale później muszę znikać.
Hermiona była prawie sparaliżowana ze strachu, ale nie mogła być nieposłuszna dyrektorowi, ani zostawić Snape'a w agonii, więc zarzuciła sobie jego lewą rękę na ramiona, tak jak postąpił Dumbledore z prawą. Prawie ugięła się pod jego ciężarem, ale zmusiła się do wysiłku, przesuwając się do kominka. Popatrzyła na Dumbledore'a czekając aż aktywuje sieć fiuu, ale on pokręcił głową.
-Jesteś jedyną osobą, która może to zrobić.
Ach tak. Jej drugi dom. Czy to dlatego ją wezwał? Bo nie mógł wejść do komnat Snape'a bez niej? Odepchnęła te dziwną myśl. Bez względu na powód, Snape bardzo potrzebował opieki.
Kiedy ułożyli go w łóżku, Dumbledore odwrócił się i rzucił do niej:
-Musisz wyczyścić i zamknąć rany zanim zaczną się drgawki. Mam nadzieję, że wrócę do rana. Jeśli się obudzi, Hermiono, może być ślepy. Postaraj się nie panikować, to zawsze mija.
-Profesorze, ale? Co z Harrym i Ronem? Na pewno będą mnie szukać!
-Zajmę się tym, panno Granger- powiedział krótko.- Teraz? Profesor Snape potrzebuje pani.- mówiąc to wszedł w płomienie. Zniknął, a Hermiona, ponownie została sama ze Snapem w jego sypialni. Nie myśl-powiedziała sobie. Po prostu działaj.
Rzuciła zaklęcie wyciszające na apartament i za pomocą różdżki zdjęła jego ubrania, jęcząc na widok rozmiaru ran. Niemal każdy cal jego ciała był pokryty napuchniętymi, zaczerwienionymi pręgami, z których większość wciąż krwawiła. Wygląda jak mugolska mapa drogowa pomyślała i zacisnęła na chwilę oczy, nie mogąc patrzeć na porozdzieraną ohydę, która powinna być skórą jej profesora? jej męża.
Hermiona zebrała się w sobie i wyczarowała miskę z wodą i najbardziej miękkie szmatki, jakie zdołała. Rzuciła ogólne zaklęcie czyszczące a później delikatnie zajęła się oczyszczaniem każdej rany osobno. Snape rzucał się lekko i jęczał cicho kiedy dotykała jego wrażliwego ciała. On nie powinien odczuwać bólu, powinien sobie z nim radzić! Spojrzała na notatki, które Dumbledore zostawił na stoliku nocnym i, zadowolona że doskonale radzi sobie z zaklęciami, zaczęła łączyć różdżką jego skórę. Pracowała starannie, wiedząc że kończy jej się czas. Musiała zaleczyć rany zanim zaczną się konwulsje- nie tylko dlatego, że trudniej pracowałoby się, gdyby on się poruszał, ale ze względu na ryzyko, że rany otworzą się ponownie i pogorszą. Starała się pracować szybko, trzymając w lewej ręce słoik wyciągu ze szczuroszczeta, podczas uzdrawiania prawą. Wolała zachować dyptam dopóki nie będzie niezbędny. Bez kogoś, kto mógłby jej pomóc, obawiała się spowodować reakcję. Delikatnymi ruchami rozprowadzała esencję po całej, świeżo wyleczonej skórze. Kilka razy syknął, ale Hermiona nie potrafiła określić czy był to wyraz bólu czy ulgi. Tak delikatnie jak tylko potrafiła, złapała go za ramię i biodro i przewróciła na brzuch. Zapłakał, a ona wymamrotała przeprosiny. Zauważyła, że mówienie do niego ją uspokaja, więc paplała cicho lecząc jego plecy, gdzie rany były głębsze i dłuższe.
-Tak mi przykro profesorze Snape. Przyrzekam, że nie chcę pana skrzywdzić. Profesor Dumbledore musiał wyjechać; wiem, że zwykle on to robi dla pana. Jestem pewna, że byłoby to dla pana dużo bardziej komfortowe, gdyby on tu był zamiast mnie- przerwała i zaśmiała się nerwowo.- Chociaż i tak wszystko widziałam wcześniej. To znaczy pańskie ciało, nie rany. Nigdy nie widziałam czegoś takiego jak te rany. Profesor Dumbledore powiedział, że był pan chłostany. Nie mogę uwierzyć, że ktokolwiek? Ktokolwiek? Może być tak okrutny żeby zrobić to innej osobie. Nie zasłużył pan na to, profesorze. Mogę mieć tylko nadzieję, że trochę panu pomagam.
Gadała, pozwalając głosowi uspokajać myśli. Była tak przerażona, że wiedziała, że jeśli rozważy sytuacje zbyt dokładnie, nie będzie mogła działać. Co jeśli sprawiała mu więcej bólu? Co jeśli on umrze przed powrotem Dumbledore'a? Co jeśli...-i to zabolało tak głęboko, że nie mogła nawet myśleć o tym wprost, ale wciąż krążyło to po zakamarkach jej umysłu.- Co jeśli to się stało, bo Voldemort w jakiś sposób dowiedział się o niej?
Ledwie zamknęła ostatnie rozdarcie na skórze, gdy jego ręce zaczęły drżeć. Szybko przewróciła go z powrotem na plecy i przyłożyła policzek do jego czoła, żeby sprawdzić temperaturę, tak jak robiła to jej mama, kiedy była małym dzieckiem. Ciepłe i wilgotne, dzięki Merlinowi. Gdyby miał gorączkę, byłoby gorące i mokre. Więc mogła podać mu więcej eliksiru słodkiego snu i esencji ze szczuroszczeta. Odmierzyła dawkę eliksiru i wlała powoli do jego ust, pozwalając żeby spłynął do gardła. Kaszlnął lekko, ale przełknął, kiedy pomasowała jego szyję.
-Wszystko jest w porządku- szepnęła.- Jestem tu i nie zostawię cię.
Jego prawa ręka wciąż drżała, więc wzięła ją w swoje dłonie i głaskała kciukiem, próbując rozluźnić mięśnie. Delikatnie poruszała jego palcami, prostując i zginając każdy z nich, a następnie ogrzewając je dłonią. Chociaż widziała, że dwa palce są złamane, niektóre z twardych linii na jego twarzy rozluźniły się. Masaż działał. Mogła poskładać kości później.
Zaczął ruszać nogami i zobaczyła jak mięśnie jego łydek tworzą ciasne wiązki. Z jego ust wydobył się przeszywający, błagalny dźwięk. Użyła całych resztek woli, żeby zatrzymać to, łapiąc jego lewą stopę i przytrzymując jego nogę mimo oporu. Nachyliła dłonią jego palce, zmuszając stopę do wyprostowania się. Wiedziała, że to musi boleć, ale to był jedyny sposób żeby pokonać skurcze mięśni- musiała je utrzymać naciągnięte. Powoli ustawiła jego prawą nogę w tej samej pozycji. Usztywniła stopy, opierając się o nie żebrami, kiedy pocierała jego nogi dłońmi, żeby zachować ciepło. Kiedy przesuwała ręce po świeżych bliznach, które sama zrobiła, pomyślała o tamtej nocy? O ich nocy poślubnej i bliznach, które wyczuła na jego plecach. Od jak dawna przeżywał takie cierpienie? Było jej wstyd, że nigdy nie pomyślała, jakie naprawdę jest życie Śmierciożercy. Och, wiedziała, że ochrania ją i innych uczniów, ale tak naprawdę nigdy nie zastanawiała się nad tym, przed czym ich ochrania. Jak często był w takim stanie u Dumbledore'a? Jak często ledwie zauważała, że nie ma go na posiłkach, kiedy tak naprawdę był tutaj, krzycząc z bólu, torturowany przez niewidzialnego pana, który nigdy nie popuszczał więzów?
Siedząc z brzegu łóżka, Hermiona zajęła się ponownie jego rękami, które zaciskały pięści, powoli zginając je w łokciach. Jego głowa kiwała się niespokojnie na poduszce. Wiedziała, że musi okropnie boleć. Przerwała swoje działania, żeby odświeżyć wodę w misce i zamoczyć w niej jeden ze świeżych ręczników. Zwinęła go i położyła na jego czole, odsuwając jego włosy z twarzy. Och, Boże, nos też miał złamany. To naprawiła szybko, słysząc jak jego kości się składają. Pomyślała, że w przeciwieństwie do palców, jest małe prawdopodobieństwo, żeby złamał się ponownie podczas spazmów.
W końcu nie mogła dłużej powstrzymać skurczy. Kolana Snape'a unosiły się, podczas kiedy ona wciąż próbowała poradzić sobie z mięśniami jego karku. Jego ramiona spinały się i krzyżowały, podczas gdy mięśnie brzucha zgięły go wpół. Dyszał z wysiłku i bólu. Nie miała pojęcia co robić. Nagle krzyknął a jego całe ciało zesztywniało, jakby radząc sobie z ciosem, którego nie mogła zobaczyć. Nie, pomyślała. Nie ciosy następcze. Nie jestem na nie przygotowana.
Łzy płynęły z jego oczu, chociaż nie szlochał. Jej ręce poruszały się bezsensownie po jego nogach; widziała, że jego ręce macały po omacku pościel, zredukowane do bezużytecznych kleszczy. Sfrustrowana, zrzuciła buty i wyciągnęła się obok niego, usztywniając jego stopy swoimi, używając swojej długości, do utrzymania go bez ruchu. Jego ciało, pod jej dotykiem, było zimne. Zimno- szok! Pomyślała i odwróciła się, łapiąc różdżkę i rzuciła zaklęcie ogrzewające na łóżko, jego ciało, nawet na siebie. Nie mogła ruszać jego kończynami kiedy był w taki stanie, ale mogła spróbować ochronić go przed zamarznięciem.
Szlochy wydostawały się z jego ust, tak niedaleko jej uszu, ale nie śmiała ich stłumić. Musiała wiedzieć co on czuje, żeby próbować pomóc. Owijając ramiona dookoła niego zaczęła masować mu plecy. Czuła każde uderzenie, kiedy wtulał się w jej ciało. Czasami jego palce wbijały się w jej skórę; czasami kopał i machał nogami, uderzając ją z zadziwiającą siłą, jak na człowieka w takim stanie.
-Ciii-szepnęła bezsensu do jego ucha.- Już po wszystkim. Jesteś w swoim łóżku. To tylko ciosy następcze. Nikt cię już nie krzywdzi.
To brzmiało jak kłamstwo. Ktoś stanowczo go krzywdził, a mimo uderzeń, które otrzymywała przypadkiem, chciała stanąć pomiędzy nim a tym niematerialnym katem, żeby przejąć chociaż część jego bólu.
Szamotał się godzinami. Były rzadkie okresy, kiedy paląca chłosta kończyła się, a ona mogła wrócić do rozluźniania mięśni jego karku czy ud, kiedy nagle wszystko ponownie się zaczynało z nową siłą a ona chciałaby zachować się jak ludzka kamizelka kuloodporna. W pewnej chwili zauważyła nowe stróżki krwi, cieknące na poduszkę, chociaż nie widziała ran, aż zorientowała się, że to była jej krew. Uderzył jej łuk brwiowy podbródkiem, wystarczająco mocno, żeby ją skaleczyć. Nie odważyła się rzucić na siebie zaklęcia leczącego, szczególnie, kiedy nie mogła zobaczyć rany. Otarła krew z twarzy i przycisnęła do niej jedną ze szmatek. Powinno pomóc.
Sprawdziła czas. Czwarta rano. Gdzie, do cholery, był Dumbledore? Hermiona była tak wyczerpana, że jej własne mięśnie drżały. Jej skóra była sucha i napięta przez zmęczenie, a jej łuk brwiowy piekł w miejscu skaleczenia. Płacz Snape'a ustał na chwilę. Popatrzyła na jego twarz i zobaczyła że jego oczy są otwarte.
-Profesorze- szepnęła.- jest pan przytomny?
Nie odpowiedział, jedynie ścisnął ją mocno i ponownie zacisnął oczy. Światło! Pomyślała, przypominając sobie jego ból głowy. Szybko przygasiła lampy, co spowodowało, że leżała w ciemności, słuchając jego oddechu, aż jej oczy się przyzwyczaiły.
Wydawało się, że w końcu się zrelaksował. Przesunął się, jak sądziła, żeby zmniejszyć nacisk na swoje sponiewierane plecy i jęknął lekko. Jego oddech był płytki, ale regularny.
Hermiona zaczęła szlochać, zwolniona z obowiązku przez fakt, że wydawał się zapaść w bardziej naturalną drzemkę. Płakała, aż poczuła się pusta. Wtedy zwaliła się nieporadnie obok niego i zasnęła.
***
Kiedy się obudził, nie miał pojęcia gdzie jest albo która może być godzina. Było ciemno, ale to o niczym nie świadczyło, biorąc pod uwagę, że wiele razy budził się, żeby odkryć, że cierpi na tymczasową ślepotę w następstwie cruciatusa.
Cruciatus, tak. Powoli wszystko wracało. Wyszedł we wtorek rano, wezwany przez okropne pieczenie Mrocznego Znaku. Nie miał pojęcia przez całe trzy dni, że coś było nie tak. Voldemort często wzywał Śmierciożerców do siebie tylko po to żeby sprawić im kłopot. Podobało mu się, że muszą rzucić wszystko, żeby zdążyć na jego spotkanie. Spędzał czas warząc eliksiry, sądząc że Voldemort pragnie i bawi się wspomnieniem styranizowanego młodego Pottera. Ale w piątek Voldemort stał się ponury i Snape zaczął podejrzewać, że w jakiś sposób podpadł ohydnemu czarodziejowi.
-Myślałem o usunięciu cię z Hogwartu- powiedział, obserwując go czerwonymi, gadzimi oczami, oczekując odpowiedzi.
-Naprawdę?- odparł Snape znudzonym tonem.- Jeśli nie potrzebujesz dłużej szpiega w Hogwarcie, nie powiem, że będę płakał. Tegoroczni nowi uczniowie są po prostu beznadziejni.
-Nie chodzi o to, że nie potrzebuję szpiega w Hogwarcie, Severusie- syknął Voldemort.- Po prostu zaczynam się zastanawiać czy ty w ogóle szpiegujesz.
-Jesteś niezadowolony z mojej pracy, Panie?
-Dlaczego nie ma nowych wieści? Co planują zrobić z Potterem? Dlaczego nie dowiaduję się niczego po za miejscem w którym przebywa wilkołak, albo o działaniach tego starego głupca Moody'ego?
-Ponieważ oni są głupcami, mój panie. Nic nie planują; starają się myśleć tak jak ty, tymi ich marnymi, dziecinnymi móżdżkami. Myślą tylko o bezpieczeństwie członków- gdzie ukryć takich jak Lupin czy Moody- i nie poświęcają uwagi wojnie. Nie doceniają twojego talentu władzy i dominacji.
Voldemort wyglądał na udobruchanego, ale nagle pochylił się w stronę Snape'a i ujął jego twarz w swoje trupie ręce. Czerwone oczy zajrzały w czarne i syknął ?Legilimens!"
Ściana była zbudowana dopiero w połowie. Snape nie był jakimś pokręconym idiotą, bez elementarnej wiedzy o oklumencji, jednak Voldemort wziął go z zaskoczenia i kiedy ochraniał myśli przed intruzem, wiedział, że niektóre sekrety się wymknęły.
-Co to za dziewczyna?
Snape wiedział, że nie ma sensu maskować się. Jeśli Voldemort był zaciekawiony, zobaczył więcej niż twarz w klasie.
-Przyjaciółka Pottera- powiedział swobodnie.
-Co ona robiła w twoich komnatach?
-Miałem wrażenie, że chcesz, żebym szpiegował- odparł gładko.- Więc szpiegowałem.
-Crucio!- syknął Voldemort.- Nie będę tolerował impertynencji! Wyjaśnij się.
Kiedy Snape znów mógł mówić, wymamrotał:
-Ona jest przyjaciółką Pottera, mój Panie, i wierzy, że jestem godny zaufania. Pozwoliłem jej, żeby zobaczyła jak gram członka zakonu. Zapewni informacje, te, których pragniesz, zapewne więcej niż ci, którzy boją się mówić w mojej obecności. Staram się ocieplić nasze stosunki i wkupić się w jej łaski.
-Ocieplić stosunki, mówisz? Od jak dawna, Severusie?
-Od początku roku szkolnego, mój Panie.
-Więc dlaczego dowiaduję się o tym dopiero teraz?
-Myślałem? Chciałem zorientować się, czego mogę się od niej dowiedzieć i przynieść to tobie, jako prezent.
-Szpiegowanie jest twoją pracą. To, co robisz nie jest prezentem tylko obowiązkiem.
-Tak, mój panie.
-Muszę cię ukarać, Severusie. Nie mogę pozwolić, żebyś niszczył moje plany swoim idiotycznym podlizywaniem się.
-Tak, mój panie.
-Ale możesz zająć się dziewczyną, tak długo jak nie będzie to kolidowało z twoimi obowiązkami. Oczekuję szczegółowego? i natychmiastowego? raportu o czymkolwiek co może wiedzieć w związku z naszą sprawą.
Ostatnie ?tak, mój panie" przeszło w krzyk, kiedy Voldemort rzucił cruciatus jeszcze raz.
Był już ledwie przytomny gdy Voldemort usunął ubrania z jego drżącego ciała i zaczął go chłostać klątwą.
Po tym nie było nic. Ale fakt, że był w łóżku i mógł się delikatnie poruszać bez krzyku, powiedział mu, że musiało mu się udać wrócić do Hogwartu. Słyszał cichy oddech po prawej stronie. Musiał być w fatalnym stanie, skoro Dumbledore został na noc.
Nagle był pożerany przez ogień. Okropny, gryzący płomień wił się po jego plecach aż do pośladków. Westchnął i zwinął się z bólu kopiąc w przestrzeń, chcąc trafić w jego źródło. To chłosta pomyślał, oszczędzaj siły. Ale to zabolało ponownie, tym razem w prawym ramieniu i nie mógł powstrzymać uderzania powietrza, chciał wyrzucić atakującego. Jego pięść trafiła w coś miękkiego i podatnego, coś, co krzyknęło, a jego opanował triumf- tam coś było! Pokona to, zabije to!
Poczuł, że miękka rzecz się odsuwa, ale pieczenie nie ustawało. Teraz przeszło na jego nogi, podeszwy stóp. Teraz na klatkę piersiową i kark. Rozrywał skórę, próbując pozbyć się ognia, uderzał pięściami w łóżko. Ból! Skąd on się wziął? Dlaczego nie przestawał? Pokój rozpłynął się, przejęty przez płomienie i mękę. Machnął rękami beznadziejnie, jakby poddał się majakom.
***
Po godzinach?... Minutach?... nie mógł powiedzieć dokładnie, poczuł kostki lodu wsuwane delikatnie do jego ust i wilgotne palce obrysowujące jego wargi. Woda. Tak. Woda. Ssał chciwie, aż zakrztusił się.
-Cii- usłyszał kobiecy głos.- Powoli. Chcę dać ci trochę tego zanim to się znowu zacznie. Odwodniłeś się.
-Lily?- wychrypiał, ale świat znowu zniknął, zasłonięty dźwiękiem jego własnych ochrypłych szlochów. Ogień powrócił z pełną siłą, chociaż miał wrażenie że czuje delikatne dłonie gładzące jego skórę, odpychające malutkie fragmenty bólu.
Następnym razem kiedy się obudził, ktoś tam był. Nie widział dobrze, ale zobaczył ciemny kształt pochylający się nad nim.
-Albus?- ale to nie mógł być on. Wyczuwał pergamin i miód ponad potem i strachem. To było dziwnie znajome.
-Nie? To ja? Hermiona.
-Panna Granger- szepnął, a ciemny kształt, który był Hermioną chwycił jego rękę w swoje i opadł na kolana obok łóżka.
-Profesor Snape, dzięki Bogu- powiedziała, podnosząc jego rękę do swojej twarzy.- Dzięki Bogu wszystko w porządku.
Ból był natychmiastowy i promieniujący? Powiedziałby jej, że dwa jego palce są złamane, ale był inny ból, coś co cięło i uderzało bardziej niż chłosta: jej łzy. Czuł jak spływają po jego ręce, a jej oddech przechodzi w krótkie westchnięcia, ochładzające wilgoć na jego skórze.
-Tak się bałam; myślałam, że się pan nigdy nie obudzi. Co mogę zrobić? Czego pan potrzebuje?
Nie mógł mówić. Wydawało się, że jego serce wyrwało się z klatki piersiowej i zakrztusi się. Jej obawa brzmiała tak szczerze i prawdziwie. Czy naprawdę bała się że on może umrzeć? Nie powinna być wdzięczna, że umarł, bo to by ją uwolniło?
-Proszę mi powiedzieć, profesorze; Zastanawiałam się od dawna i boję się, że sprawiam panu ból. Co powinnam zrobić?
Jakimś cudem dobył głosu, zachrypniętego od krzyku, i powiedział:
-Moje palce, panno Granger.
-Och!- krzyknęła, uwalniając jego dłoń i powodując, że nie chciał już nigdy nic powiedzieć.- Bardzo przepraszam, kiedy uderzenia następcze się zaczęły, całkowicie zapomniałam!- wstała i podniosła jego rękę ponownie, tym razem naciskając inaczej.- Nie chcę już pana bardziej krzywdzić, ale zamierzam nastawić pana palce, zanim połączę kość.
Potaknął, szepcząc:
-Bądź ostrożna, proszę. To moja ręka od różdżki.
-Wiem, i potrzebuje pan zręczności do robienia eliksirów. Obiecuję, że zrobię to tak szybko i dokładnie jak mogę- mówiąc to ostro szarpnęła, a on skrzywił się kiedy kości zajęły odpowiednie miejsce.
-Doskonale-powiedział, kiedy mamrotała inkantację żeby zasklepić pęknięcie.
-Co mogę dać panu na ból? Chce pan więcej eliksiru słodkiego snu?
-Tak. Ale najpierw, dlaczego tu jesteś? Gdzie Dumbledore?
-Został wezwany- powiedziała. ? Powiedział coś o sprawach Harry'ego.
Oczywiście, pomyślał gorzko.
-Jak długo tu pani była?
-Prawie dwa dni.
-Zostawił cię tu na dwa dni?- Dobry Boże, co ona musiała widzieć?
-Nie powiedział jak długo zostać? I nie mogłam pana zostawić w takim stanie. Chociaż nie wiedziałam co dobrego robię.
-Poradziłaś sobie nieźle, wciąż tu jestem- odparł prosto.
-Czy wyleczy się pan? Może pan widzieć?
-Wszystko będzie dobrze, panno Granger. Kiedy było ostatnie? uderzenie następcze, jak je nazwałaś?
-Godzinę temu. Myślę, że od tego czasu pan spał.
-To mogło być ostatnie. Mogę widzieć światło i mrok. Poczuję się lepiej jak odpocznę.
Usłyszał ruch i poczuł łyżkę przy ustach.
-Eliksir słodkiego snu, profesorze.
Zawahał się i ponownie pomyślał, o tym, jak bardzo jest teraz podobna do niego. Też wiodła osamotnione, sekretne życie, pełne horrorów jak ten, w którym była przez ostatnie dwa dni. Niedługo będzie mogła służyć jako szpieg i dostarczać wiadomości z drugiej strony. Tak bardzo chciał jej zaufać.
-Zostaniesz?- zapytał.
-Oczywiście.
Wypił i owładnęła go nieświadomość.
***
-Profesorze?- delikatna dłoń popychała jego ramię. Panna Granger.- Profesorze?
-Tak?- powiedział, czując się jakby wynurzał się z bardzo głębokiego jeziora. Słyszał jak wzdycha z ulgą.
-Profesor Dumbledore wrócił. Dał znać przez kominek. Pójdę po niego. Przepraszam, że pana obudziłam, ale nie chciałam, żeby się pan obudził sam.
-Dziękuję- odparł krótko. Jeszcze nie otworzył oczu. Słyszał jak przechodzi przez pokój, zanim ponownie zanurzył się pod wodę.
***
-Świetnie wygląda, Hermiono, dobrze się spisałaś- Snape usłyszał głos Dumbledore'a, jakby dochodził z daleka.
-Nie wiem, profesorze. Boję się, że nie pomogłam wystarczająco.
-Nonsens. Wiem, że zrobiłaś wszystko co mogłaś. Teraz, jeśli zajmiesz się swoimi sprawami, jestem pewien że Harry i Ron z niecierpliwością na ciebie czekają.
-Co pan im powiedział, sir?
-Czas był po naszej stronie, chociaż raz. Nie musiałem mówić im dużo. Jak może pamiętasz, wczoraj był mecz quidditcha. Harry i Ron byli raczej zajęci. Gryffindor wygrał, rozumiesz. I zaplanowałem lekcję Harry'ego ze mną dziś rano, więc ma dużo do rozważania. Jestem pewien, że będzie miał ci dużo do opowiedzenia, kiedy wrócisz do wieży.
-Wrócił pan dziś rano?- to było wszystko co powiedziała.
-Raczej wczoraj, późną nocą.
-Rozumiem.
Snape otworzył oczy, tak, żeby spojrzeć na Dumbledore'a. Był w zamku od wczorajszej nocy i zostawił biedną dziewczynę tutaj, opiekującą się szaleńcem i funkcjonującą tylko dzięki nerwom? Dumbledore zdradzał zaufanie Panny Granger, przypominając mu, jak stary czarodziej kłócił się żeby ta sytuacja miała miejsce i jakie to było lekkomyślne zaufać komukolwiek
Jego oczy skupiły się powoli na Albusie i więdnącej, czarniejącej ręce, która zawsze go zdumiewała.
-Profesor Snape- powiedziała cicho Hermiona, zauważając go.
Słodki Merlinie, co się jej stało? Przeszukał dokładnie swoje wspomnienia. Czy zabrał ją ze sobą z jakiegoś powodu? Była torturowana? Kto się nią zajmował przez ten czas? Jego umysł był pusty. Nie mógł wymyślić powodu, dla którego krew oblepiała jej prawe oko, albo dlaczego miała ogromne siniaki na ramionach i twarzy. Włosy miała potargane, ale to nie było nic nowego. Nowy był śmieszny sposób w jaki stała, przytulając swoją lewą rękę i wyraźnie preferując prawą stopę. Co się tu działo?
-Panno Granger, co na Merlina się pani stało?- szepnął.
Zaczerwieniła się i przesunęła lekko, patrząc na nich z zakłopotaniem i determinacją.
-Nic, wszystko w porządku. Jestem pewna, że profesor Dumbledore zajmie się tym zanim wrócę do domu. Jak się pan czuje, profesorze?
Co ukrywała? Dlaczego miałaby mu nie powiedzieć? Nie powinna mieć sekretów po? tamtej nocy. Wtedy odpowiedź zaczęła się kształtować w jego umyśle. On to zrobił. W jakiś sposób on jej to zrobił. Była na tyle głupia że mu zaufała, że się o niego troszczyła. Niszczył każdego, kto kiedykolwiek się troszczył. Nawet nieprzytomny mógł ją rozedrzeć.
-Czy twoje obrażenia są wynikiem...?- zaczął sztywno.
-To była moja wina- powiedziała.- Majaczył pan; Wiem, że nie chciał mnie pan skrzywdzić. Próbowałam powstrzymać pana przed skrzywdzeniem siebie i? cóż? To się zdarzyło po drodze.
-Zdarzyło się po drodze? Ze wszystkich głupot? Panno Granger, myślałem, że ma pani lepsze poczucie?
-Przepraszam- powiedziała, a to zabolało bardziej niż świadomość, że zdradził ją wbrew swojej woli. Zranił ją a ona wciąż go przepraszała. Kiedy ona się nauczy? Kiedy zacznie się bronić przed bólem, który ludzie będą jej sprawiać raz za razem?
-Zabieraj swoje rzeczy- powiedział ostro.
-Profesorze?
-Wyjdź.
-Severusie- zaczął Dumbledore.
-Nie. Zostawiłeś mnie pod opieką kogoś, kto nawet nie potrafi zadbać o siebie. Chcę, żeby zeszła mi z oczu.
Popatrzyła na niego, nieosłonięta, a on prawie to odwołał.
-Przepraszam- powtórzyła. Odwrócił się w stronę ściany, nie mogąc dłużej patrzeć na tą otwartą twarz.
-Nikomu o tym nie powiesz!- krzyknął, słysząc jak się cofają.
-Nie powiem- potwierdziła.- Niech pan wraca do zdrowia, profesorze- dodała, jakby modląc się.
-Wynocha!
Jego głowa ponownie opadła na poduszkę. Ona już nigdy więcej mu nie zaufa.
http://www.youtube.com/watch?v=SKjNtLUavR0 A Very Potter Musical
It is totally awesome ;)
yasiria
Nawiedzony Romantyk
Nawiedzony Romantyk
 
Posty: 52
Dołączył(a): 28 maja 2011, 12:55

[NZ][T] Drugie Życie [7/48]

Postprzez yasiria » 30 maja 2011, 19:04

Tekst pogrubiony jest cytatem z książki "Harry Potter i Książę Półkrwi"
Rozdział siódmy

Lavender, dzięki Merlinowi, w końcu wykonała ruch. To stało się, jak przypuszczała Hermiona, jakoś przez ostatnie dwa dni, kiedy ona zajmowała się profesorem Snape'm. Całe szczęście, szczególnie że Ron nie interesował się za bardzo gdzie była albo co robiła przez ten weekend. Tak naprawdę, chyba nie interesował się za bardzo niczym, oprócz badania migdałków Lavender, co wywnioskowała po tym jak spotkała ich w drodze powrotnej do wieży Gryffindoru. Hermiona poczuła ostre ukłucie zazdrości na ich widok, jednak szybko zamieniło się ono w uczucie ulgi. Po prostu miała jedną rzecz, o którą musiała się martwić, z głowy.
Harry pokazał trochę więcej zainteresowania jej obecnością niż Ron. Złapał ją za ręce, kierując na kanapę, kiedy tylko się pojawiła. Wydawał się nie zauważać bladości jej skóry, podkrążonych oczu czy cienkiej blizny przecinającej je prawą brew. Dumbledore usunął siniaki i zaleczył rozcięcie nad jej okiem. Pomyślał nawet o odświeżeniu jej ubrania i uporządkowaniu włosów zaklęciem, zanim wróciła, ale nie mógł usunąć bólu kości, który czuła, kiedy jej przyjaciel przygotowywał się do zwierzeń.
-Hermiono! Gdzie byłaś? Spotkałem dzisiaj rano Dumbledora!
Zebrała ostatnie rezerwy siły- to zabawne, sądziła że już ich nie ma- i zaczęła słuchać.
-Tak? Co się stało?
-Pokazał mi Voldemorta? Jako dziecko!
-W myślodsiewni?
-Tak! Był sierotą. Dumbledore poszedł do sierocińca, żeby dać mu list?
Kiedy Harry opowiadał szczegóły wspomnienia Dumbledora, Hermiona zmusiła się do uwagi. To były informacje, które powinna zapamiętać i chronić tak, jak powinna chronić sekret profesora Snape'a. Nagle poczuła się bardzo młoda i mała, bezbronna w starciu z Czarnym Panem, który kontrolował ich życia i wzbudzał przerażenie.
Więc on, również, był kiedyś dzieckiem, podobnie jak Harry sierotą, i dorastał w miejscu pozbawionym miłości. Wydawało się nie możliwe, że młody mężczyzna którego opisywał Harry, nie ważne jak okrutny i zimny, mógł wyrosnąć na coś tak nieludzkiego. Jak mogli w ogóle go pokonać? Wydawało się szaleństwem nawet próbować. Jakaś jej część chciała wyrzucić różdżkę i wrócić do domu, udając że to był długi i chwilami cudowny sen. Ale patrzyła na poważną twarz Harry'ego, tak kochaną i znajomą, ale noszącą znak tego nienawistnego drania. Pomyślała o profesorze Snapie, torturowanym, bitym ale wciąż ludzkim, wciąż walczącym.
Nigdy się nie poddam, pomyślała gwałtownie. Chociaż mnie to zabija, zobaczę jego klęskę. I wyciągnę z tego was obu żywych.
-Hermiono? Wyglądasz, jakbyś była milion mil stąd.
-W porządku- odpowiedziała.- Po prostu myślę o tobie. Też byłeś sierotą. Nikt nie pokazał ci, jak być skromnym, prawdomównym czy miłym. A jednak taki jesteś.
-Nie lubię myśleć o tym tak, że jesteśmy tacy sami.
-Nie jesteście tacy sami. Nie moglibyście się bardziej różnić.- I wtedy, chyba z powodu zmęczenia, zaczęła lekko płakać.
-Hermiono!- zawołał z niepokojem Harry.
-Wszystko w porządku, Harry- odparła, wycierając oczy.- Myślę, że po prostu muszę się położyć. Mam sporo do przemyślenia.
-Czy to? Jest ci przykro przez Rona?
-Przez Rona?
-No wiesz? Eee? Ron chyba myśli, że możesz się przejmować nim i Lavender.
-Czy jest coś co powinnam wiedzieć o Ronie i Lavender?- zapytała, udając nieświadomość.
-Chyba? Po meczu.. Cóż, chyba coś z tego będzie.
Starała się wyglądać na zamyśloną.
-Ron i Lavender? Chyba do siebie pasują.
-Ale nie jest ci przykro?
-Dlaczego miałoby mi być przykro?
-No po prostu? Ron powiedział, że jesteś w nim trochę zadurzona.
-Ron powiedział, że jestem w nim trochę zadurzona?- To było po prostu upokarzające. Od jak dawna wiedział?
-Słuchaj, nie wściekaj się Hermiono. On się po prostu martwił, że?
-Ron powiedział, że jestem w nim trochę zadurzona?- a teraz temu dupkowi było przykro z jej powodu? Niewiarygodne. Poderwała się z kanapy.
-Cholera. Hermiono. Najwyraźniej niechcący się w to wtrąciłem. Po prostu zapomnij, że to powiedziałem.
-Myślał, że się w nim zadurzyłam, tak? Nie mógł się bardziej mylić. I tylko po to, żeby pokazać mu, że totalnie nie przeszkadza mi jeśli chce wysysać twarz Lavender Brown, chyba zaproszę Cormaca McLaggena na imprezę gwiazdkową.
-Nie. Przestań? Hermiona!- krzyknął Harry kiedy odwróciła się na pięcie i poszła w kierunku dormitorium.
To był oczywiście beznadziejny pomysł. Nic nie mogło bardziej upewnić Rona w tym, że ona usycha z tęsknoty za nim, niż to, że wpadała w szał za każdym razem kiedy go widziała. A teraz musiała uciekać przed McLaggenem co kilka minut. Nie mogłaś po prostu powiedzieć ?Dlaczego, na Merlina, miałby tak myśleć"? zapytała się z wściekłością, szarpiąc loki grzebieniem. Kiedy przelała wystarczająco dużo frustracji na włosy, wzięła do ręki różdżkę i za jej pomocą wygładziła je i zwinęła w luźny kok.
Ubrała się w zieloną, jedwabną sukienkę, którą przysłali jej rodzice na urodziny i z zadowoleniem przejrzała się w lustrze. Zzieleniejesz z zazdrości Ronie Weasley. Pomyślała. Wtedy przypomniała sobie o McLaggenie, który pewnie czekał już na nią u stóp schodów i westchnęła. Może powinna włożyć trochę mniej wysiłku w swój wygląd tej nocy. Nie potrzebowała nikogo o ?romantycznych intencjach".
McLaggen faktycznie czekał na nią w pokoju wspólnym, kiedy wyszła z dormitorium. Powitał ją pożądliwym spojrzeniem. Musiała walczyć ze sobą, żeby nie odwrócić się i nie uciec do pokoju. Na Merlina, coś ty zrobiła Hermiono? Pomyślała.
-Cormac- powiedziała serdecznie
-Wyglądasz olśniewająco- powiedział i ciężko jej było nie czuć zadowolenia. Zaoferował jej ramię, ale wiedziała, że nie może go dotknąć.
-Nie bądź głupi- powiedziała. ? Czarownica dzisiaj może chodzić bez pomocy.- Wyglądał jakby poczuł się trochę odepchnięty, ale szedł obok niej bez dalszych komentarzy.
To było dziwne; spędziła tyle czasu w ostatnich latach myśląc o Ronie, a kiedy zaczęła się obawiać że on nie odwzajemnia jej uczuć, wyrobiła w sobie nawyk oceniania różnych czarodziejów z jej roku jako potencjalnych partnerów. Teraz szła z McLaggenem marząc jedynie, żeby w jakiś sposób niezauważalnie zniknął. Próbowała wmówić sobie, że to przez to, że był tak arogancki? kiedy zwróciła na niego uwagę na chwilę, zorientowała się, że opowiada różne wygrane w Quidditcha, więc szybko powróciła do własnych myśli. Ale, tak naprawdę, nie była za bardzo zainteresowana żadnym czarodziejem od początku roku. To też jest pozytywne pomyślała ostro. Ostatnia rzecz, jakiej potrzebujesz, to wywołanie jakiegoś idiotycznego zauroczenia. Jesteś mężatką!
Mężatka. Ta myśl była wciąż dla niej tak obca jak jedzenie ślimaków. Starała się o tym nie myśleć, bo każda wzmianka sprawiała, że czuła się jakby się dusiła.
-Więc złapałem jego pałkę i uderzyłem tłuczek najmocniej jak mogłem. Oczywiście nadal wisiałem do góry nogami na miotle, ale?
Westchnęła. Ta noc nie skończy się zbyt szybko.
***
Gabinet profesora Slughorna jakimś cudem powiększył się trzykrotnie od kiedy ostatnio go widziała i był całkowicie zapełniony dorosłymi i uczniami w bożonarodzeniowych szatach.
-Mógłbyś przynieść mi coś do picia?- zapytała McLaggena, rozglądając się w poszukiwaniu Harry'ego i Luny. Kiedy zniknął w tłumie, zaczęła iść przy ścianie, mając nadzieję że wpadnie na kogoś kogo zna.
-Panna Granger!- zagrzmiał profesor Slughorn, chwytając jej ramię i wciągając do kółka, które zawierało Gwenog Jones, kapitankę Harpii z Hollyhead, Arsiniusa Jiggera, sławnego twórcę eliksirów i, raczej niespodziewanie, profesor Trelawney. ? To jest Hermiona Granger- powiedział.- Droga przyjaciółka Harry'ego Pottera, wiecie, i świetna uczennica! Mówią, że jest najbystrzejszą uczennicą, która pojawiła się w Hogwarcie od dwóch dekad!
Hermiona zaczerwieniła się i zastygła, nie mając pojęcia jak zacząć rozmowę po takim wstępie.
-Jak się macie?- zapytała grzecznie, ale wtedy Slughorn powrócił do kółka ciągnąc za sobą Harry'ego. Ściskał dłoń Luny i uśmiechał się sztucznie.
-A tu jest czarodziej o którym wszyscy rozmawiamy!- zawołał.- Harry Potter! Tak się cieszę, że do nas dołączyłeś, mój chłopcze!- Harry podawał ręce wszystkim dookoła, aż w końcu pochylił się do Hermiony.
-Gdzie byłaś?- wyszeptał.- Slughorn oprowadza mnie jak jakieś zwierzę w cyrku. Już dwa razy zgubiłem Lunę!
-Unikałam McLaggena- odparła.- Próbował zaciągnąć mnie pod jemiołę przez całą noc. To znaczy, kiedy nie mówił o Quidditchu.
-Dalej nie rozumiem, dlaczego go zaprosiłaś?- zaczął Harry, ale Hermiona już przeciskała się przez tłum, wciskając się między dwie, ogromne czarownice, które krzyczały radośnie. Widziała McLaggena kierującego się w stronę Harry'ego, więc poszła w kierunku drzwi, żeby wpaść na Argusa Filcha ciągnącego za ucho Draco Malfoya.
Prawie wszyscy w okolicy zatrzymali się, obserwując jak Filch prowadzi Draco do profesora Slughorna.
-Znalazłem go piętro wyżej. Mówił, że był zaproszony na twoje przyjęcie, ale jest odrobinę źle ubrany.
-W porządku, nie byłem zaproszony!- warknął Draco.- Próbowałem się jakoś wbić, szczęśliwy?
Hermiona uznała, że zamieszanie jest świetną okazją do wyjścia i wyśliznęła się z Sali. Wątpiła, żeby mogła uciec wracając do wieży; to wymagałoby zbyt wielu przeprosin i wyjaśnień. Gdyby tylko mogła znaleźć jakieś miejsce do ukrycia się na chwilę? Klasy na pewno były zamknięte o tej porze. Nagle sobie przypomniała. Mój dom twoim domem. Gabinet Snape'a był zaledwie kilka drzwi dalej. Jeśli osłony zaakceptują jej?
Zaakceptowały. Wśliznęła się do jego gabinetu, zamykając za sobą drzwi i zorientowała się, że nie wie co ze sobą zrobić. Nie mogła siedzieć na jego krześle, chociaż myśl o siedzeniu za biurkiem rozbawiła ją. Przeszła przez pokój, żeby obejrzeć półkę z książkami. Mężczyzna nie wypowiedział do niej ani jednego, cywilizowanego słowa od tego popołudnia, kiedy Dumbledore zwolnił ją z obowiązku opiekowania się nim, chociaż nie przydzielał jej już szlabanów. Gdyby tylko dał jej pozwolenie na korzystanie z tych książek? Co wydawało się być ostatnią rzeczą, którą mógłby zrobić? Tam było tyle ciekawych książek, których nie widziała w bibliotece? Przejechała dłonią po okładkach, ciesząc się dotykiem wytartej skóry. Wtedy usłyszała odgłos kroków i spanikowana, schowała się za biurkiem Snape'a.
Jej serce starało się wyrwać z jej klatki piersiowej. Była tylko jedna osoba na całym świecie, która mogła przejść przez te drzwi. Pytanie, czy powinna się natychmiast ujawnić i modlić żeby jej nie zabił, czy?
-?Nie możesz popełniać błędów, Draco, bo jeśli zostaniesz wyrzucony?
Cholera! Pomyślała. To była wystarczająca odpowiedź. Utknęła schowana za jego biurkiem. Nie mogła się pokazać Malfoyowi. Wiedziałby, że jakoś przełamała osłony Snape'a. Tak cicho jak mogła rzuciła na siebie zaklęcie kameleona. Całe szczęście opanowała zaklęcia niewerbalne.
Krew pulsowała jej w uszach tak silnie, że z trudem słyszała. Snape i Malfoy najwyraźniej się kłócili, chociaż nie rozumiała sensu ich słów.
-Jakie myśli próbujesz ukryć przed twoim panem, Draco?
-Nic nie próbuję przed nim ukryć! Po prostu nie chcę żebyś się w to mieszał!

Przed nim. Harry od miesięcy naciskał, że Malfoy dołączył do Śmierciożerców. Pewnie teraz musiała przyznać że miał rację, jakkolwiek nieprawdopodobnie to brzmiało. Jak ktoś kogo znała, z kim chodziła na zajęcia i posiłki, mógł przyjąć Mroczny Znak? Nie miało znaczenia że nie lubi Draco; nie lubiła wielu ludzi? Włączając Cormaca McLaggena? Ale nie oczekiwałaby, że dołączą do Voldemorta. Mimo że wiedziała, że powinien ją obrzydzać, w tej chwili było jej go żal. Biedny Draco? Ile czasu minie zanim się zorientuje co zrobił?
-Słuchaj mnie- powiedział Snape.- Staram ci się pomóc. Przysiągłem twojej matce że będę cię chronił. Złożyłem Wieczystą Przysięgę, Draco?
Kiedy to usłyszała, wszystko w niej ogarnął mrok. Przysięga wieczysta. Spojrzała w dół, jakby sprawdzając czy wciąż istnieje i nie zdziwiła się, kiedy zobaczyła jedynie podłogę. Snape złożył wieczystą przysięgę Narcyzie Malfoy. Sztywna postawa jaką zachowywała zniknęła, a ona opadła na podłogę, zamykając oczy. Nie.
Usłyszała w myślach głos Dumbledore'a. Muszę być pewien, że twoja wiara w niego nie złamie się, bez względu na to co będzie musiał zrobić opuszczając Zakon. Muszę być pewien, że doskonale rozumiesz, że wszystko, co zrobił profesor Snape, zrobił dla jasnej strony. Ale czy on wiedział? Cokolwiek Snape obiecał? a wyraźnie miało to związek z tym co Voldemort rozkazał Draco? czy Dumbledore wiedział? Czy on ich zdradzał? Co ona poślubiła?
-Jakie to ma znaczenie?- mówił Draco.- Obrona przed czarną magią? To jest tylko żart, czyż nie? Gra. Jakby ktokolwiek z nas potrzebował ochrony przed czarną magią?
-To gra kluczowa dla sukcesu, Draco!- powiedział Snape.- Gdzie według ciebie byłbym przez te lata gdybym nie potrafił udawać?

Jej serce przewróciło się i zapiekło. Nie uświadamiała sobie jak bardzo zaczęła polegać na Snapie, jak jej umysł zaczął przyzwyczajać się do ich więzi, bez względu na to jak dziwna była. Poczuła się jak latawiec spychany od rzeczy, których się naprawdę trzymała.
Nie wiesz powiedziała cicho do siebie. Nie wiesz. Sam powiedział, że jest aktorem; może tylko udaje! Pewnie Dumbledore wysłał go, żeby odkrył plan Draco? Ale dlaczego miałby nie znać tego planu skoro szpieguje wśród Śmierciożerców?
Usłyszała stuk zamykanych drzwi kiedy Draco i Snape opuścili gabinet, zapewne aby powrócić na przyjęcie. Ona też musiała tam iść. Nie mogła się tu chować. Co powiedział jej Snape?
Reszta naszego życia będzie oparta na tej farsie i musi pani współpracować.
Hermiona wstała chwiejnie i usunęła zaklęcie kameleona. Wygładziła sukienkę i wyszła z gabinetu z głową uniesioną tak wysoko, jak tylko zdołała, biorąc pod uwagę okoliczności.
Kiedy ponownie weszła do gabinetu Slughorna zaczynały się tańce. McLaggen stał obok drzwi, najwyraźniej czekając na jej powrót.
-Tu jesteś! Już zaczynałem myśleć, że uciekłaś!
-Och nie. Wiesz.. Łazienka?- powiedziała niejasno.
-Zatańczysz?
Wiedziała, że nie mogła pozwolić mu żeby ją dotknął, ale nie miała więcej energii na wykręcanie się. A po za tym czuła się trochę buntowniczo. Kim był Snape, żeby ustalać zasady? Najwyraźniej nie potrafił zmusić Malfoya do przestrzegania jakichkolwiek.
-Oczywiście- powiedziała, podając mu rękę.
McLaggen zaprowadził ją na parkiet i otoczył ją rękami. Zespół zagrał foxtrota i Hermiona zorientowała się że trafiła na raczej niepozbieranego choć entuzjastycznego partnera. Kiedy wirowali po parkiecie jej myśli popłynęły w kierunku gabinetu Snape'a. Co, na Merlina, planował Malfoy? Zaczęła się zastanawiać, czy to roztropne mówić Harry'emu o całej sprawie. Nie chodziło tylko o to, że on zawsze doszukiwał się najgorszych rzeczy w kontaktach Malfoya ze Snapem, ale również o to, że musiałaby wytłumaczyć jak dostała się do gabinetu. A po za tym? Co jeśli poinformowanie Harry'ego (a więc także Dumbledore'a) w jakiś sposób zagroziłoby Snape'owi? Westchnęła i zamknęła oczy.
Kiedy McLaggen zrobił chwiejny krok w lewo i zatrzymał się, otworzyła oczy napotykając czarne tęczówki Profesora Snape'a.
-Mogę?- zapytał, wyciągając prawą rękę. Lewa chował w rękawie.
-Profesor Snape- powiedział niepewnie McLaggen.
-W rzeczy samej- odparł Snape.- Panno Granger?
-Eee? Tak, oczywiście- drżąc lekko złapała rękę Snape'a i z zaskoczeniem poczuła, że z łatwością zamyka ją w ramionach i prowadzi do walca.
-Powinienem założyć, że pozwoliłaś się dotykać temu bełkoczącemu idiocie, bo martwisz się tym co przed chwilą usłyszałaś w moim gabinecie?- powiedział zniżając głos.
-Co? Ja?
-Nie trudź się zaprzeczaniem. A jeśli już decydujesz się, żeby wypróbować moją cierpliwość przez uwidacznianie mojego pierścienia, zrób to, z czystej uprzejmości, kiedy nie będziemy w pokoju pełnym ludzi.
-Dobrze, proszę pana. Chociaż, jeśli chce pan pozostać niezauważony, nie polecałabym tańca. Ludzie się gapią.
-Niech się gapią. Są rzeczy o których najwyraźniej musimy porozmawiać. Później zatańczę z profesor McGonagall, później z profesor Sprout, a później, zapewne, z tą dziwaczną panną Lovegood. Nikt nie zapamięta nic po za faktem, że tańczyłem.
-Pańscy koledzy może nie zauważą nic szczególnego, ale mogę pana zapewnić, Harry zauważy.
-Może to pani uznać za małą zemstę, panno Granger. Sprawiła mi pani kłopot, więc teraz też będzie pani miała kłopot. A skoro już jesteśmy w temacie niedyskrecji, twoje węszenie doprowadziło cię do niezłej zagadki, czyż nie? Albo mi zaufasz i nie powiesz nic o tym co słyszałaś, uznając że to prawdopodobnie miało związek z moim nauczaniem, albo pobiegniesz do Dumbledore'a, udowadniając mu, że już zawaliłaś to o co cię prosił.
Hermiona nie mogła wymyślić żadnej odpowiedzi, bo całkiem treściwie nakreślił problem tak, jak go widziała.
-Nie węszyłam- powiedziała, patrząc na niego z gniewem.
Ostro zakręcił, a ona podążyła za nim z sukienką powiewającą za nią.
-Nie? Jak nazwałabyś naruszanie czyjegoś prywatnego gabinetu bez jego wiedzy lub zgody?
-Próbowałam uciec McLaggenowi. Tak, żeby nie sprawić panu kłopotu.
-A zastanawiałaś się nad tym jak niegodziwie traktujesz biednego pana McLaggena? Najpierw zapraszasz go na przyjęcie, jak przypuszczam żeby wzbudzić zazdrość Weasleya; później spędzasz wieczór na uciekaniu przed nim, żeby w końcu wpaść mu w ramiona w chwili niepewności? Jak bardzo? ślizgońsko? z pani strony, panno Granger.
Poczuła, że się czerwieni. Nie pomyślała o tym w ten sposób.
-Och, przykro mi że skrzywdziłam jego uczucia- odparła.- Powinnam iść go przytulić, żeby naprawić moje okropne zachowanie?
-Nie sądzę- powiedział Snape.- W tej chwili zamierzam się upewnić, że nasz? Kontrakt? dalej obowiązuje.
-Cóż, gdyby pan zechciał po prostu wyjaśnić?
-Dlaczego miałbym się przed panią tłumaczyć? Usłyszała pani coś, co nie jest pani sprawą, a teraz się pani tym martwi. Nie widzę potrzeby uspokajać osoby, która?
-Ne potrzebuję być uspokojona, muszę tylko wierzyć, że?
-Nie obchodzi mnie w co pani wierzy. Obchodzi mnie natomiast co pani zamierza zatrzymać dla siebie.
-Daj mi powód dla którego powinnam to zrobić.
-Och, mogę dać pani nawet trzy powody, panno Granger. Po pierwsze- pochylił ją lekko, odwracając się na obcasie- i chyba najważniejsze? bo złożyła pani obietnicę. Po drugie, ponieważ nie rozumie pani tego co usłyszała. I po trzecie- szepnął, pochylając się do jej ucha.- ponieważ jestem po twojej stronie ty nieznośna mała gąsko.
Pomimo jego słów jej ręka zacisnęła się na jego ręce. Muzyka przyśpieszała, a on prowadził ją coraz szybciej i szybciej dookoła pokoju. Próbowała przejąć kontrolę nad sytuacją, ale było to tak ciężkie przez muzykę, taniec i jego oddech na szyi? Pewnie o to mu chodziło. Miała wrażenie, że zauważyła niedowierzanie na twarzy stojącego przy ścianie Harry'ego. Snape miał rację, oczywiście. Obiecała. A Dumbledore mu wierzył, była tego pewna, inaczej nigdy nie poprosiłby jej?
-Mogę potraktować pani milczenie jako zgodę?
-Tak, profesorze- powiedziała cicho, chociaż pomyślała póki co?
-Świetnie. Profesor Dumbledore prosił mnie, żebym dowiedział się jakie ma pani plany na ferie.
-Plany na ferie?
-Jakie to urocze, kiedy powtarza pani wszystko co powiem.
Popatrzyła na niego ostro, ale nie poluźniła uchwytu na jego ręce.
-Zamierzałam wrócić do domu, do rodziny.
-Więc nie zrobi pani tego.
-Słucham?
-Jestem pewien, że rozumie pani, że ze względu na pani mugolskie pochodzenie i pani przyjaźń z Potterem, Czarny Pan jest panią specjalnie zainteresowany.
Zbladła lekko, ale czekała aż będzie mówił dalej.
-Dumbledore sądzi, że najlepiej byłoby, gdyby została pani na święta w Hogwarcie, co zapewni pani bezpieczeństwo i stworzy dystans między panią i pani rodziną.
-Ale dlaczego miałabym?
-Pierwsza lekcja dwulicowości, dla pani, panno Granger, jest taka: musi pani udawać nienawiść do wszystkiego na czym pani najbardziej zależy. To jedyny sposób na zabezpieczenie tego.
Muzyka umilkła, a ona odsunęła się od Snape'a.
-Co mam powiedzieć dyrektorowi?
-Proszę mu powiedzieć, że zostanę.
-Świetnie. W takim razie porozmawiamy później- powiedział i zostawił ją zaskoczoną na środku parkietu.
-Minerwo- powiedział gładko- zechcesz zatańczyć?
Musi pani udawać nienawiść do wszystkiego na czym pani najbardziej zależy. Słowa Snape'a wciąż brzmiały w jej głowie, kiedy podszedł do niej Harry.
-Hermiono- syknął.- Co to, do cholery, miało być?
http://www.youtube.com/watch?v=SKjNtLUavR0 A Very Potter Musical
It is totally awesome ;)
yasiria
Nawiedzony Romantyk
Nawiedzony Romantyk
 
Posty: 52
Dołączył(a): 28 maja 2011, 12:55

[NZ][T] Drugie Życie [8/48]

Postprzez yasiria » 30 maja 2011, 19:19

Rozdział 8
Harry przeciągnął ją przez dziurę za portretem. Szedł w ciszy, z zaciśniętymi ustami przez korytarz i schody, trzymając ciasno jej rękę. Zdążyła jedynie popatrzeć przepraszająco na McLaggena, zanim Harry wyciągnął ją z pokoju.
-Harry, to boli!- Powiedziała próbując nadążyć za nim na swoich absurdalnie wysokich obcasach, ale on nie zwrócił na nią uwagi. Kiedy bezpiecznie dotarli do pokoju wspólnego Gryffindoru, wybuchnął.
-Byłabyś łaskawa powiedzieć mi dlaczego tańczyłaś ze Snapem?
-Profesorem Snapem- poprawiła go automatycznie. Jego twarz, która już miała niebezpieczny odcień zdawała się jeszcze silniej poczerwienieć.
-Niech będzie profesor Snape.
-Miał dla mnie wiadomość od Dumbledore'a- odpowiedziała.- Powiedział, że Dumbledore chce, żebym została na święta w zamku.
-Nie mógł ci tego powiedzieć osobiście?
-Nie było go tam, jakbyś nie zauważył- warknęła, czując że buzuje w niej złość.- A ostatni dzień żeby wpisać się na listę osób które zostają jest jutro.
-Mógł ci przysłać sowę? Jak robił często w tym semestrze!
-O co ci dokładnie chodzi Harry Potterze? Myślisz, że podobał mi się taniec z profesorem Snapem? Myślisz, że po prostu marzyłam o tym, żeby mnie poprosił do tańca? Dobrze wiesz, że zrobił to tylko po to, żeby mnie upokorzyć. Bo wiedział, że nikt nie da mi tego zapomnieć? A już na pewno nie ty!
Odwróciła się i wbiegła po schodach do dormitorium dziewcząt.
Parvati siedziała na swoim łóżku. Lavender, jak sądziła, migdaliła się z Ronem w jakimś zacisznym korytarzu.
-Wszystko w porządku?- zapytała Parvati.
-W porządku- warknęła Hermiona, niepotrzebnie silnym szarpnięciem rozpinając suknię.
-A McLaggen jest tak samo ?w porządku" jak ty?
-Cholerny McLaggen.
-Potraktuję to jako tak.
-Słuchaj, jeśli musisz wiedzieć, a jestem pewna, że i tak do jutra się dowiesz, profesor Snape poprosił mnie do tańca.
-Profesor Snape!- wykrzyknęła Parvati.- Co powiedziałaś?
-A co mogłam powiedzieć?
-Więc tańczyłaś z nim?
-Musiałam.
-Cóż, w takim razie miałaś całkiem niezłą noc.
-Całkiem.
-A jak Harry to przyjął?
-Tak dobrze jak mogłabyś się spodziewać.
-Przykro mi.
-Cóż. Po prostu chcę, żeby ten wieczór już się skończył- powiedziała Hermiona.- Muszę napisać do rodziców, a później idę spać.
Parvati wróciła do nauki, podczas gdy Hermiona siadła z pergaminem w ręce i starała się wymyślić jak wytłumaczyć rodzicom, że mimo wszystko nie wróci na święta do domu.
***
Snape z wściekłością szedł przez korytarze i tylko Bóg mógł pomóc uczniom, których przyłapał na przebywaniu w miejscu w którym nie powinni być. Zabrał 20 punktów przerażonemu puchonowi, który wyraźnie wracał do dormitorium z imprezy Slughorna, za bycie na korytarzu po godzinach.
Co Granger chciała osiągnąć przez chowanie się w jego biurze? Co chciała znaleźć? Od razu wiedział że tam jest, chociaż nie widział jej. Ale czuł ją tam, czuł charakterystyczną mieszankę zapachów miodu i strachu, którą skojarzył z jej obecnością. Dzięki Merlinowi miała na tyle rozumu żeby się nie pokazać.
Od dawna zamierzał wziąć Draco na rozmowę i nie mógł z tego zrezygnować mimo głupiej dziewczyny, która chowała się pod jego biurkiem. Jakby potrzebował więcej problemów, niż prosty fakt, że Draco Malfoy biegał po zamku w amoku i knuł, bez względu na to co mówił, głupie i nierealne plany.
-Wata cukrowa- powiedział ze złością, kiedy dotarł do gargulca. Szybko wszedł po schodach i zapukał do drzwi Dumbledore'a, wchodząc natychmiast kiedy usłyszał odpowiedź.
-Draco twierdzi że nie ma nic wspólnego z naszyjnikiem, chociaż z pewnością kłamie- powiedział Snape bez wstępu.
Stary głupiec usiadł wygodniej w fotelu i złożył dłonie, czekając na dalszy ciąg.
-Dalej odmawia ujawnienia planu. Chyba sądzi, że próbuję ukraść jego chwałę.
-Próbuj dalej Severusie- powiedział łagodnie Dumbledore.
-Jakbym miał jakiś wybór. Ale, co trochę komplikuje sprawy, niezrównana panna Granger jakoś dostała się do mojego gabinetu zanim tam wszedłem z Draco i schowała się. Słyszała wystarczająco żeby zacząć się tym martwić.
-Załagodziłeś jej obawy jak sądzę?
-Dlaczego miałbym to robić? Gdyby nie węszyła, nie usłyszałaby ani słowa. Zostaw ją, niech się martwi.
-Przyznaję, że panna Granger nie powinna być w twoim gabinecie. Ale, tak czy inaczej, zmartwiony uczeń może być niebezpieczny, jak się okazuje. A ty nie możesz pozwolić żeby Harry wtrącił się w obowiązki Draco. Ryzyko, że zostanie ukarany przez Voldemorta i tak jest już ogromne.
-Ale Albusie?
-Nie. Jeśli nie dla spokoju ducha panny Granger, to dla Draco. To musi być zrobione.
Snape potaknął mimo że wewnątrz był wściekły. Dumbledore zawsze potrafił tak poprzekręcać sprawy, że przyciskał go do muru.
-Rozmawiałeś z nią o feriach?
-To jest załatwione.
-Doskonale. Możesz więc z nią porozmawiać. Ale, Severusie, zadbaj żeby nie zdradzić nic na temat planów Draco.
-Dajesz mi takie proste polecenia, Albusie? Uspokój ją, ale nic jej nie mów.
-Jestem pewien że podołasz temu zadaniu. Oczywiście zajmiesz się uczeniem jej?
-W moim wolnym czasie- odparł Snape kwaśno.
-Przestań, musisz przyznać, że to nie było takie straszne. Świetnie się tobą zajęła, kiedy mnie nie było. Sam powiedziałeś, że rzadko tak szybko dochodzisz do siebie. Chociaż pewnie nie musiałaby pracować tak ciężko, gdybyś nie?
Jakby tortura nie wystarczała, miał świadomość, że ją naraził? Naraził wszystkich.
-Panna Granger jest nad wiek dojrzała- powiedział.
-Tak, jest świetną młodą kobietą- odpowiedział Dumbledore, świadomie źle interpretując jego słowa.
-Czego mam ją nauczyć?- Nie było sensu unikać tego. Kiedy stary człowiek wpadł na jakiś pomysł, było niemal niemożliwe odmówić.
-Zaklęcia ukrywające, oklumencja, zaklęcia tarczy, zaklęcia rozszerzające, powtórkę z najpowszechniejszych eliksirów, trochę lecznictwa, może ludzką transmutację, ze szczególnym uwzględnieniem maskowania?
-Jest cokolwiek, o czym nie koniecznie muszę mówić?
-Nie widzę potrzeby wprowadzania wróżbiarstwa i mugoloznawstwa, jako że panna Granger nie cierpi pierwszego i jest świetnie zorientowana w drugim.
Snape prychnął.
-Zdajesz sobie sprawę, że twoja niewielka lista dodatkowego programu nauczania, może podsunąć mi pomysł co do tego czym ona będzie się zajmować?
-Proponuję żebyś się nad tym za dużo nie zastanawiał. Twoją pracą jest jedynie przygotować ją.
-Jak mam ją przygotować skoro nie wiem do czego ją przygotowuję?- warknął niecierpliwie.
-Im mniej wiesz, tym lepiej, drogi chłopcze. Jestem pewien, że to jest całkiem jasne. A teraz robię się zmęczony. Skontaktujesz się z panną Granger, gdy uczniowie wyjadą?
-Nie poinformowano mnie że mam wybór.
-Racja, oczywiście. Nie masz. Dobranoc, Severusie.
***
Wielka sala była cicha podczas obiadu po tym jak uczniowie wyjechali na ferie. Snape zajął swoje zwykłe miejsce przy stole nauczycielskim, pomiędzy Albusem a Minervą. Kiedy nałożył sobie jedzenie, rozejrzał się po czterech stołach, wyjątkowo pustych w tym roku. Jedynie kilku uczniów zdecydowało się zostać na święta. W obliczu nadchodzącej wojny, rodziny najwyraźniej chciały trzymać dzieci blisko siebie.
Stół Gryffindoru był pusty, jeśli nie liczyć Granger. Siedziała i jadła z cichą determinacją, nie dołączając do uczniów przy innych stołach, chociaż z pewnością nikt nie uznałby tego za coś dziwnego. Zwyczaje domów były znacznie mniej przestrzegane w czasie ferii. Zrobiło mu się prawie przykro, kiedy spojrzał na nakryty stół gryfonów. Dziewczyna nałożyła sobie chociaż odrobinkę wszystkiego, a reszta stała na stole, jak oczywiste przypomnienie nieobecnych.
Odprowadzał uczniów na stację tego ranka. Potter i Weasley nie podeszli do niej, chociaż pojawiła się, żeby ich pożegnać. Poczuł leciutkie ukłucie wyrzutów sumienia, że spowodował takie spięcie między nią a Potterem. Myślał jedynie o tym, żeby zawstydzić ją, tak jak ona zawstydziła jego i żeby ukarać ją za włamanie do jego gabinetu; powinien sobie uświadomić, że nienawiść Pottera przejdzie na wszystko czego dotknął. Chociaż, zastanowił się szpieg w nim, chociaż był to niewątpliwie pechowe, sytuacja miała sporo zalet. Jak inaczej mógłby odizolować ją tak całkowicie? Będzie odkryta, podatna, samotna. Jeśli okaże najmniejszą uprzejmość, złapie się na to, jej głupie, gryfońskie serce nie przywykło do własnego towarzystwa. Lekcje pozwolą mu na ukształtowanie jej w coś, co będzie odpowiadać jego potrzebom.
Kilka razy pomyślał, że zobaczył jak ze złością zerka na niego. Za ostatnim razem złapał jej wzrok i rzucił jej tak wściekłe spojrzenie, że zmusił ją do spuszczenia oczu i wpatrzenia się w talerz. Będzie musiał ją tego oduczyć. Będzie musiała się nauczyć być świadomą jego obecności, tak jak on był świadomy jej, pomyślał, przypominając sobie, jak jego zmysły zamrowiły kiedy wszedł do gabinetu z Draco.
Kiedy wrócił do biura dotknął różdżką pierścienia i wezwał ją, rzucając na siebie zaklęcie kameleona i muffliato, tak, żeby nie mogła usłyszeć jego kroków. Usłyszał pukanie do drzwi, ale nic nie powiedział. Po chwili drzwi się otworzyły, tak jak sądził. Panna Granger najwyraźniej miała problemy z trzymaniem się z daleka od pokojów innych ludzi. Jej twarz była spięta i ostrożnie rozejrzała się po pokoju. Przypomniał sobie jedyne okoliczności w jakich była wezwana przez pierścień i poczuł się winny. Co spodziewała się tu znaleźć? Zganił się za swoją idiotyczną sympatię. Nie potrzebowała sympatii. Potrzebowała nacisku, treningu.
Oczekiwał, że okrąży pomieszczenie? dotykając rzeczy, bez wątpienia? albo przynajmniej zajrzy do drugiego pomieszczenia, więc był bardzo zaskoczony kiedy usiadła na krześle przed jego biurkiem i spokojnie skrzyżowała nogi. Przesunął się w stronę kominka, skąd mógł obserwować jej twarz. Ciągle wyglądała na przestraszoną, co było zadowalające, ale nie ruszyła się, żeby go szukać. Po kilku chwilach, powiedziała konwersacyjnym tonem:
-Cóż, jeśli nie zamierza się pan pokazać, chyba wrócę do dormitorium.
Zdjął zaklęcia, czując się niepewnie. Zamierzał ją zaskoczyć, nauczyć ciągłej czujności. Skąd wiedziała że tam był?
-Ach, tu pan jest. Ależ ma pan czuły wyraz twarzy.
Popatrzył na nią ze złością.
-Świetnie, panno Granger. Skąd pani wiedziała, że tu byłem?
-Nie wiem. Jakoś pana poczułam? Może pański zapach? Nie potrafię dokładnie powiedzieć. Dlaczego się pan ukrywał?
-Żeby pokazać pani, że nie może pani ryzykować plotek albo wykrycia przez gapienie się na mnie jak bezmyślna uczennica w czasie posiłków. Zamierzałem pokazać pani jak po prostu być świadomą mojej obecności. Ale wygląda na to, że już się pani zestroiła z moją? naturą. Proszę opisać co pani czuła, kiedy weszła pani do pokoju.
-Eee? Najpierw po prostu wiedziałam że ktoś tu jest. Myślałam, że gdzieś tu jest Dumbledore, jak ostatnio. Ale pomyślałam, że nie, on by się pokazał. Wtedy poczułam coś w rodzaju swędzenia? i wyczułam zioła i wełnę i wiedziałam że to musi być pan.
-Rozumiem. Może pani wyczuć obecność innych?
-Nie wiem. Większość ludzi nie chowa się kiedy zaproszą mnie do siebie.
-Zaskakujące- powiedział. Zjeżyła się.
-Jest jakiś cel tej wizyty, czy po prostu zamierzał mnie pan tu ściągnąć i niemal śmiertelnie wystraszyć, obrazić i odesłać?
-Zacznie pani dodatkowe lekcje ze mną od jutra. Dumbledore zasugerował plan nauczania i polecił mi poinstruowanie pani. Czy dziewiąta pani pasuje?
-Więc daje mi pan wybór co do czasu, ale nie co do samych lekcji?
-Mogę po prostu wyznaczyć pani czas, jeśli nie jest pani zdolna do podjęcia samodzielnej decyzji.
-Dziewiąta będzie dobra.
-Fenomenalnie- uśmiechnął się szyderczo.- Miłego wieczoru, panno Granger.
Podniosła się i skierowała do drzwi, ale kiedy dotarła do progu, odwróciła się mówiąc:
-Wierzę, że moje lekcje będą zawierały wyjaśnienie tego, co, na Merlina, pan planuje z Draco Malfoyem.
Miał ochotę roześmiać się jej w twarz i powiedzieć, żeby pilnowała własnego nosa. Z ledwie skrywaną złośliwością powiedział
-Nie widzę potrzeby tłumaczenia się przed panią. Jednak porozmawiamy o tym co pani słyszała.
-Fenomenalnie- rzuciła naśladując go i wyszła.
Nieznośna, zadufana w sobie, triumfująca, mała idiotka. A jednak, była jakaś część w nim, której podobało się ich starcie. Zawsze byli studenci? gryfoni, poprawił się? którzy chcieli mu odpyskować, ale nigdy nikt nie skorzystał z okazji z tak szlachetną pewnością siebie. Panna Granger nie obawiała się uderzyć i nie krzywiła się kiedy odpowiadał. To prawda, wydawała się nie mieć trudności kiedy sobie przygadywali. Jej twarz rumieniła się i wydawało się, że jest? w swoim żywiole. O czym ty myślisz? Zapytał się gwałtownie i zajął się przygotowywaniem planu na lekcję. Dziecko jest jedynie kolejnym problemem z jakim utknąłeś. Każda przyjemność jaką odczuwasz w jej towarzystwie, jedynie wepchnie was oboje w większe niebezpieczeństwo.
***
Hermiona pojawiła się w gabinecie Snape'a punktualnie o dziewiątej rano, niezbyt zaskoczona faktem że znowu go nie ma.
-Profesorze, to się robi męczące- zaczęła, przechodząc przez pokój, ale wtedy promień czerwonego światła uderzył w podłogę tuż przed jej stopą. Odskoczyła krzycząc:
-Protego!
-Nie protego, panno Granger. Zaklęcie już zostało rzucone. Spróbuj jeszcze raz.
-Impedimento!- powiedziała, celując różdżką w stronę jego biurka, skąd słyszała jego głos.
-Patrz skąd pochodzą moje zaklęcia, a nie słuchaj mojego głosu- powiedział. Kolejny błysk czerwonego światła trafił w ścianę obok niej. Ponownie odskoczyła.
-Expelliarmus!- skierowała różdżkę w stronę kominka. Była pewna, że mignęła jej przed oczami jego różdżka.
-Zbyt wolno- zadrwił i kolejne zaklęcie uderzyło w obraz nad jej głową, powodując że mieszkańcy zaczęli biegać w poszukiwaniu schronienia.
-Wybitnie kiepsko celujesz- powiedział, wysyłając zaklęcie galaretowatych nóg w punkt obok drzwi.- Gdybym chciał cię uderzyć, zapewniam cię, zrobiłbym to.
-Rictusempra!
-Och, lubisz to, prawda?
-Drętwota!
-Myślałem, że już jesteśmy za etapem idiotycznego wykrzykiwania zaklęć.
Acha! Tu cię mam! Pomyślała, odwracając się i widząc lekki ruch tapety pokazujący jego ślad. Przywołała całą swoją koncentrację i pomyślała: Incarcerous!
Snape chrząknął z zaskoczeniem i usłyszała stłumiony odgłos upadku.
-Profesorze?
-Bądź tak miła i usuń więzy, panno Granger- warknął.
-Oczywiście, proszę pana. Relashio!
-Zaczynałem wątpić czy kiedykolwiek mnie pani złapie- powiedział, zadowolony z jej zwycięstwa, kiedy wstał.- Gdybym był pani wrogiem, natychmiast byłaby pani rozbrojona i związana.
-Spróbujemy jeszcze raz?- zapytała oschle.
-Nie teraz. Kluczowy jest element zaskoczenia. Może przypomina sobie pani ostatnią lekcję o zaklęciach tarczy?
Zaczerwieniła się. Protego totalum. Jak mogła zapomnieć? Cóż, nie będzie tak głupia następnym razem.
-Jaki jest plan na dzisiaj, profesorze?
-Maskowanie się- powiedział, siadając za biurkiem i wskazując jej krzesło przed nim.
-Dlaczego dyrektor chce żebym uczyła się maskować?- zapytała, chociaż była zachwycona. Zaklęcia maskujące! Ledwie zaczęli uczyć się o ludzkiej transmutacji w poprzednim semestrze. Na pewno, czegokolwiek zamierzał ją nauczyć, będzie dużo bardziej zaawansowane.
-Nie wolno mi o tym mówić.
Rzuciła mu długie, wyważone spojrzenie i niemal otworzyła usta żeby zaprotestować, kiedy powiedział:
-Dyrektor nie życzy sobie żebym znał jego plan dla pani. Wydaje mi się, że to nazywa się ?podwójna ślepota". Im mniej wiem o pani planach, tym mniej mogę zdradzić, jeśli Czarny Pan mnie złamie? Tym mniej może wyrwać z mojego umysłu.
-Rozumiem.
-Z tego samego powodu nie mogę wyjaśnić co pani słyszała tamtej nocy, dlaczego muszę prosić panią żeby pani o tym nie myślała. Podwójna ślepota panno Granger. Tak chronimy się wzajemnie przed wykryciem.
-Ale nie rozumiem. Już znam część waszego planu?
-To jest ryzyko jakie musimy podjąć dla Pottera. Będą chwile, kiedy pozna pani sekrety śmierciożerców, żeby móc go ochronić i chwile, kiedy ja będę musiał wiedzieć co mogę zrobić żeby zapewnić sukces Zakonowi. Ale utrzymamy dzielenie się wiedzą na minimalnym poziomie.
-Im mniej wiesz, tym mniej można z ciebie wyciągnąć na torturach?- szepnęła. Jak on znosi tego koszmarnego czarodzieja? Pomyślała o nim, tak cierpiącym, tamtej nocy. Narażali jego ciało, ponownie i ponownie, ale nie mogli narażać jego umysłu.
-Dokładnie. A im dłużej nasze działania są zagadką dla Czarnego Pana, tym większe mamy szanse sukcesu? I przetrwania.- pochylił się, z wyrazem twarzy którego nigdy wcześniej u niego nie widziała. To wyglądało jak szczerość.- Proszę mi wierzyć, panno Granger, dyrektor jest świadomy wszystkiego czym dzielę się z Malfoyem. Rób co do ciebie należy. Pozwól mi robić co należy do mnie.
-Tak, proszę pana- powiedziała, czując się zawstydzona. Miał rację. Po pierwsze nie powinna być w jego gabinecie. A teraz miała informacje, które mogły go zranić, informacje, które próbował przed nią ukryć, nie żeby ich zdradzić, ale żeby zapewnić im obojgu bezpieczeństwo.
-Możemy przejść do zaklęć maskujących?- zapytał.
-Proszę tak zrobić.
Wziął do ręki różdżkę i celując w swoją twarz powiedział 'Dissimulo Adversus'. Gapiła się z otwartymi ustami, niezdolna do ukrycia zdziwienia. Profesor Snape stał się nagle blond włosym czarodziejem o płaskim nosie. Jego usta były pełne, skóra miała ciepły odcień a sylwetka stała się tęga.
-Najszybszym i najlepszym zaklęciem maskującym jest Dissimulo Adversus. Przemienia zaczarowaną osobę w jej dokładne przeciwieństwo. Gdzie jestem ciemny, moje ?magiczne ja" jest jasne. Gdzie jestem szczupły, on jest gruby. Działa na cztery strefy najczęściej używane przy rozpoznawaniu. Nos, usta, kolor włosów i kształt ciała.- wstał.- Jak może pani zobaczyć, zaklęcie sprawiło również że wydaję się być niższy.
To było zdumiewające. Ale nie podobało jej się. Było coś bardzo ?snape'owego" w nim, coś, co nigdy nie pasowałoby do takiego ciała. To sprawiało, że głowa bolała ją gdy się mu przyglądała.
-Czy rozpoznałaby mnie pani?
-Nie- powiedziała szczerze- ale wiedziałabym, że coś jest? Nie tak. Jest coś pańskiego w panu.
-Dobrze- odparł i machnął różdżką przy twarzy.- Dissimulo Juvenis!- Nagle Snape był w jej wieku, wyższy i chudszy niż kiedykolwiek. Skóra była pryszczata, a jego postura się zmieniła. Przyglądał się jej zza kurtyny długich, prostych włosów.
-Wspaniałe- jedynie tyle zdołała wymamrotać. Snape? Cóż, wyglądał jakby jeszcze nie był Snapem. Był tam, ale jedynie potencjalnie. ? Czy tak pan właśnie wyglądał?
-Tak- powiedział krótko.- Rozpoznałaby mnie pani?
-Wyglądałby pan znajomo- powiedziała próbując opisać swoje odczucia tak jasno jak mogła.- Ale jest coś zupełnie innego w pańskiej energii.
-Może pani nazwać rzecz, która się nie zmieniła?
Popatrzyła twardo na jego twarz.
-Proszę się wyprostować- zarządziła. Wyprostował się.- Mogę zobaczyć poprzednie jeszcze raz?
-Dissimulo Adversus.
Było coś? Miała to na końcu języka. Coś snape'owego, co nie mogłoby się zmienić. Ciekawe, gdyby nie widziała jego przemian, powiedziałaby, że zawsze rozpoznałaby go po nosie, ale to wyraźnie nie było to. Jego głębia, jego Snape to?
-Oczy!- wykrzyknęła.
-Dziesięć punktów dla Gryffindoru- powiedział.- Żadne zaklęcie maskujące nie może zmienić oczu. Accio lusterko.
Pozłacane lusterko przyleciało z łazienki. Zdobienia na nim były zawikłane. Hermiona pomyślała, że ciężko uwierzyć, że Snape posiada taką rzecz. Nie wyglądał na osobę która chętnie na siebie patrzy.
Podał jej do ręki lusterko i polecił wypróbować zakręcie.
-Dissimulo Adversus- powiedziała i przyglądała się w lusterku, jak jej nos wydłuża się, jej włosy prostują i stają ciemniejsze. Skóra stała się trupio blada, a usta cienkie. Dobry Boże, wyglądała jak? Ale odepchnęła od siebie tą myśl. Podniosła głowę żeby spojrzeć na niego. Jej wciąż brązowe oczy szukały jego czarnych.
Przyglądał się jej nic nie mówiąc, ale czuła, jak jego oczy przemykają się po każdym calu jej twarzy. W końcu nie mogła tego znieść.
-Profesorze?
-Staram się to zapamiętać. Jeśli kiedyś to zobaczę, muszę wiedzieć że to pani.
Potaknęła i ponownie spojrzała w lusterko. Mogłaby być jego siostrą. To było niesamowicie żenujące. Podniosła różdżkę, żeby usunąć dziwny wygląd.
-Dissimulo Juvensis!
Zanim zdążyła zajrzeć w lusterko, zobaczyła skrzywioną twarz Snape'a.
-Finite Incantatem!- powiedział, machając różdżką w jej stronę.- Jest pani wystarczająco młoda.
Ach tak. Zapewne mężczyzna, który ożenił się z dużo młodszą kobietą, nie ma potrzeby oglądania żony jako dziecka.
-Cuticolorus zmieni kolor pani skóry- powiedział szybko odwracając się od niej.- Pillarius doda włosy. Poćwiczy pani te zaklęcia i wróci tu jutro.
Hermiona poczuła ukłucie. Powinna być zadowolona z perspektywy spędzenia dnia na nauce zaklęć maskujących nawet jeśli były to lekcje bez Snape'a.
-Oczywiście- powiedziała, wstając z krzesła.- Dziewiąta?
Kiwnął głową. Jego twarz była zamknięta jak zatrzaśnięte drzwi.
http://www.youtube.com/watch?v=SKjNtLUavR0 A Very Potter Musical
It is totally awesome ;)
yasiria
Nawiedzony Romantyk
Nawiedzony Romantyk
 
Posty: 52
Dołączył(a): 28 maja 2011, 12:55

Re: [NZ][T] Drugie Życie [9/48]

Postprzez yasiria » 30 maja 2011, 20:59

Rozdział dziewiąty

Snape siedział przy biurku, kiedy pojawiła się następnego ranka. Z zadowoleniem zauważył, że trzyma uniesioną różdżkę, gotowa do rzucenia Protego Totalum.
-Często przychodzisz do gabinetów innych ludzi, przygotowana do tego, żeby ich przekląć?- zapytał złośliwie. Uśmiechnęła się szeroko, bezczelna, mała idiotka, i schowała różdżkę do kieszeni szaty, zanim zajęła miejsce w fotelu przed biurkiem. Zabawne, nie prosił jej, żeby czuła się jak u siebie w domu.
-Zobaczmy, czego się nauczyłaś.
Podniosła się i odwróciła od niego, mrucząc coś pod nosem. Kiedy ponownie na niego spojrzała, z trudem powstrzymał się od sięgnięcia po różdżkę i usunięcia iluzji, jak to zrobił dzień wcześniej. Jej włosy były długie i jedynie lekko falowane, w kolorze blond. Jej nos był jakimś cudem bardziej zadarty niż zwykle a skóra opalona i w okolicy nosa pokryta piegami. Zdawało się że jest niższa, stała się mniejsza, drobna? Śmieszna dziewczyna zrobiła się piękna.
A jednak to nie było piękne. Och, zdarzało mu się widzieć, że maskowanie może rozpraszać uwagę, i chociaż nigdy by jej tego nie powiedział, to było świetne posunięcie. Dziewczyna przed nim nie miała w sobie ani odrobiny zamiłowania do książek czy pracowitości; sprawiłaby, że mężczyzna kupowałby śliczne głupstwa i stanąłby przed innym, żeby móc ją ochraniać. Ale te oczy? Te oczy nie należały do takiej twarzy, a umiejscowienie ich w tej fałszywej piękności, było niemal bolesne do zniesienia. Gdzie była panna Granger, która uśmiechała się obrażając go i drżała z niecierpliwości przed lekcjami? Gdzie była ta przerażona, nieprawdopodobnie urocza dziewczyna, która rozciągnęła się pod nim, doprowadzając go do?
-Usuń to- warknął. Uniosła różdżkę i zdjęła zaklęcie, patrząc na niego pytająco.- Gdzie znalazłaś takie zaklęcie?
-Ja? Zrobiłam je.
Ona je zrobiła?
-Wyjaśnij.
-Cóż, proszę pana, podstawą zaklęć, które mi pan pokazał, było Dissimulo, co jest wystarczająco łatwe. Ruch różdżki dla obu był taki sam: unieść i dźgnąć. Różnica leży w parametrze. Użyłam podstawowego zaklęcia upiększającego i zmodyfikowałam, tak żeby pasowało do podstawy Dissimulo. Widzi pan, to strzepnięcie na końcu? I działa.
-Nie użyłaś biblioteki?
-Pani Pince jest w tej chwili na mnie trochę zdenerwowana, profesorze.
Zdusił chichot. Pani Pince narzekała na Hermionę Granger bezustannie przez ostatnie sześć lat. Snape czasami sądził, że stara czarownica najchętniej zamknęłaby bibliotekę i nie wpuszczała do niej nikogo. ?Więc wypróbowałaś nieznane zaklęcie? które sama stworzyłaś? Na sobie?- zapytał z niedowierzaniem.
Zacisnęła usta i uniosła brodę, patrząc na niego.
-Zadziałało, czyż nie?
-Od teraz, jeśli będziesz chciała eksperymentować z nowymi zaklęciami, będziesz to robić pod moją kontrolą. Czy to jest jasne?
-Tak, profesorze.
-Dobrze. Dziesięć punktów dla Gryffindoru- dodał mimochodem.
Wyczuła, że nie powinna okazać triumfu.
-Będziemy dalej zajmować się zaklęciami maskującymi?
-Sądzę że nie. Ma już pani dwa działające zaklęcia do użycia. Chociaż, panno Granger, powinienem panią ostrzec, że nie może pani zamaskować Pottera w taki sposób. Jego oczy i blizna nie zmienią się. Ktokolwiek, kto posiada choć połowę mózgu będzie szukał chłopca z blizną i okularami. Prawdopodobnie najbezpieczniejszą opcją byłoby oszpecenie Pottera- powiedział z uśmieszkiem.- Ale teraz, jako że mamy ograniczony czas, chciałbym przejść do maskowania umysłu.
-Oklumencja- westchnęła.
-W rzeczy samej.
Nie mógł się doczekać tej lekcji. Po pierwsze i najważniejsze, mówił sobie, to ochroni go na wypadek gdyby została złapana przez Czarnego Pana. Uczenie jej oklumencji osobiście upewni go, że jej umysł jest tak chroniony jak może być. Ale, dodatkowo, pragnął przejrzeć jej wspomnienia, choćby skrótowo i zobaczyć co cały czas przed nim ukrywała. Do czasu kiedy nauczy ją bronić myśli, wszystkiego się dowie.
-Potter opisywał swoje lekcje?
Wyprostowała się niewygodnie na siedzeniu, ale nie opuściła wzroku, głupia dziewczyna. Niewątpliwie wiedziała, że droga do jej umysłu prowadziła przez oczy.
-Tak.
-Więc wiesz co robić. Opróżnij umysł, panno Granger.
Kiedy wyglądała na stosunkowo rozluźnioną, pochylił się gwałtownie w jej stronę i syknął ?Legilimens!"
Obrazy pokazywały przeszłość. Kędzierzawe dziecko siedzące na ramieniu ojca; ulica Pokątna i dziewczyna- już starsza, przymierzająca szkolne szaty. Serce trzepotało jej z nerwów i podniecenia; zadowolenie z bycia wybraną do Gryffindoru; wściekłość na Weasleya, ale wściekłość zmieszana z? nie.. ponaglił ostatni obraz. Gdzie były wspomnienia, których szukał? Chwytał je garściami i po zerknięciu odsuwał je, wdzierając się głębiej, głębiej? Tam gdzie trzymała serce?
Zmieniacz czasu- wiedział to chociaż nikt by tego nie potwierdził!... Czyste zmęczenie, uczucie napięcia, które powiedziało mu, że była blisko łez; strach rosnący w niej gdy szła do wrzeszczącej chaty; dziewczyna z Potterem i Weasleyem, oszalała w ministerstwie, wciąż pewna swojej wiedzy, pełna ufności, której się nie spodziewał i pewnego, niesłabnącego poczucia, że będzie dalej walczyć?
Czy ona go okludowała? Dlaczego nie mógł znaleźć czego szukał? Och, ale mignęło? Jego własna twarz, wykrzywiona z wściekłości na Albusa. Nie czuł jej odrazy tylko dziwny rodzaj sympatii. Litość? Zapytał gwałtownie jej myśli, ale nie, to nie była litość? Później przerażenie i ten sam rodzaj ślepego zdecydowania, który wyczuł w niej w ministerstwie. Później ściana. Próbował zagłębić się dalej, naciskając na kamienie, naciskając chyba mocniej niż było roztropne. Złapał powiew czegoś, przypominającego żądzę i zobaczył jej usta przyciskającego się do jego. Sięgnął jej umysłu swoim, kopiąc jak tylko mógł? Przez ile samotnych nocy odtwarzał to wspomnienie wciąż na nowo, a teraz mógł mieć je od niej? Jego krew wezbrała, szybko i gorąco; sięgnął? i zobaczył zamknięte drzwi.
Wycofał się, sfrustrowany.
-Co pani ukrywa, panno Granger? Co to jest, to czego nie pozwala mi pani zobaczyć?
-Proszę wybaczyć, ale miałam wrażenie, że powinnam pana zablokować. Czy nie o to chodzi w oklumencji?
Czy ona musi być tak dobra we wszystkim?
-Nie postawiła pani ściany, aż do momentu kiedy oglądałem? Mniej odległe wspomnienia.
Lekko się zaczerwieniła.
-Nie mogłam wymyślić jak to zrobić, aż do tego czasu. Myślałam, że przegląda pan moje wspomnienia, żeby znaleźć takie, które mogą mnie zawstydzić, że zmusza mnie pan do wymyślenia jak ukryć te rzeczy przed panem. Czy nie tak robił pan z Harrym?
-Dlaczego miałaby pani uznać te wspomnienia za zawstydzające? Z pewnością zdaje sobie pani sprawę z tego, że też takie mam.
-Oczywiście- odpowiedziała szorstko.- Ale termin ?podwójna ślepota" dotyczy również tego, prawda? Szczerze wątpię, żeby pozwolił mi pan doświadczyć pańskich wrażeń z tamtej nocy.
Prychnął.
-Racja.
-Więc, potrzebuję instrukcji.
-Słucham?- o czym, na Merlina, ona mówiła? Czy przebywając w jej umyśle uwolnił coś, co sprawiło że miała wrażenie, że on chce?
-Wpuściłam pana zdecydowanie za daleko, zanim zaczęłam się bronić. Proszę pokazać jak zrobić to lepiej.
Niczego nie oczekiwała.
-Twoje metody były surowe, ale działały. To zapewni ochronę wspomnień, ale taka ściana może być rozebrana, a drzwi połamane, przez tych, którzy mają czas i nie przejmują się zniszczeniem twojego umysłu. Pani tarcza musi być zrobiona z czegoś jednocześnie trwałego i ulotnego. Ja, osobiście, zwykle używam nocnego nieba. Możesz także spróbować z powierzchnią jeziora- cokolwiek, co nie zostanie skruszone lub rozbite pod naciskiem.
Potaknęła.
-Ćwiczenia pomogą ci traktować taką tarczę jak rękę. Czarny Pan nie ostrzega przed wdarciem się do umysłu.
-Wiem, profesorze. Jestem gotowa, żeby spróbować ponownie.
Tak bardzo różniła się od Pottera, któremu zupełnie nie zależało na tym, czego mógł spróbować go nauczyć. Obserwował jak celowo spowalnia oddech, relaksując się. Dał jej chwilę na przygotowanie się? już niedługo nie będzie tak miły? i krzyknął:
-Legilimens!
Chmury płynące po niebie? Dobrze, ale tam był strach, strach, który mógł wychwycić? Podążył za strachem, pod niebo i znalazł noc, kiedy Dumbledore zaczarował ją i umieścił w jeziorze? Zimna woda, niechęć do oddychania? później ciemność? nicość.
Wycofując się powiedział:
-Lepiej. Mogłem zobaczyć wspomnienia, ale im bliżej byłem, tym bardziej nie do przebicia stawał się obraz.
Uśmiechnęła się, ale pomyślał, że wygląda trochę blado. Oklumencja była niesamowicie wyczerpująca. To był po części powód dla którego był tak podatny na ataki fizyczne Voldemorta; kiedy tylko pojawiał się przed Czarnym Panem, natychmiast był infiltrowany. Sięgnął do szuflady biurka i wyciągnął tabliczkę czekolady. Ułamał kawałek i podał jej.
-Zjedz to. Musisz nabrać sił.
Kiedy zjadła, powiedział:
-Zamierzam zacząć atakować cię bez uprzedzenia.
-Postaram się dać radę.
-W międzyczasie, myślę, że zrobimy szybą lekcję z zaklęć rozciągających.
-Rozszerzenie wewnętrznej wielkości obiektu bez zmieniania zewnętrznej wielkości?
Prychnął.
-Definicja wyrwana ze ?Standardowej księgi zaklęć, poziom szósty" jak sądzę?
-Czy to sprawia że jest mniej poprawna?
-Nie chcę, żeby pani zakuwała, panno Granger; chcę żeby pani zrozumiała.
-Więc proszę mi wyjaśnić.
-Zaklęcia rozciągające są jednymi z najbardziej użytecznych zaklęć ukrywających, ponieważ ministerstwo je toleruje? Głównie dla własnego zysku. Chodź tutaj.
Podniosła się i przeszła za biurko.
-Co widzisz?
-Ee? Pańskie biurko, profesorze.
-Precyzyjnie- powiedział, wyciągając szufladę, ujawniając akta.- Biurko. Jednak, w tej szufladzie, mam notatki na temat każdego ucznia, jakiego miałem nieszczęście uczyć. Każdego ucznia z ostatnich szesnastu lat- pociągnął, otwierając ją bardziej i ciągle bardziej.
Sięgnęła, żeby dotknąć teczek, jakby chcąc potwierdzić, że nie są iluzją.
-Panno Granger- warknął, a ona wycofała rękę, wyglądając na winną.- Panno Granger- powtórzył, a kiedy jej oczy uniosły się dodał:- Legilimens!
Teraz miał ją tam gdzie chciał ją mieć, zaskoczoną, tak blisko jego ciała, że nie mogła powstrzymać myśli o nim. Teraz? Wdarł się w jej umysł i zobaczył płomienie ognia w kominku, jego ręce przesuwające się po jej nogach i poczuł? tak? słodkie pożądanie, delikatne, ale obecne. To nie była gra. Teraz, wspięła się na jego kolana, a on rozpinał jej spódnicę? Nagle obraz zafalował i zaczął stawać się powierzchnią jeziora, ale on wdarł się pod wodę, obserwując jej palce przesuwające się pod jego koszulą, czując żar i zakłopotanie wirujące wokół w jej myślach i słysząc swój głos mówiący ?sypialnia". Zobaczył ich splecione ciała, jego twarz zanurzoną między jej nogami. Poczuł jej potrzebę; poczuł jej orgazm; poczuł?
Upadła, uderzając biodrem o jego biurko.
Cholera? Co ja zrobiłem?
Natychmiast uświadomił sobie, że nie może jej wziąć do skrzydła szpitalnego. Poppy na pewno zadałaby całą masę pytań o jej lekcje, pytań, na które nie mógłby odpowiedzieć więc podniósł jej giętkie ciało i przeniósł przez kominek do swoich komnat, gdzie położył ją na kanapie przed kominkiem. Przykrył ją kocem i sprawdził czas. Piętnasta. Prawdopodobnie była w takim stanie od jakichś czterech minut, więc?
Piętnasta?
Jak długo walczyli o kontrolę jej umysłu? Ominęła lunch, to było pewne, a po za tym nie miał pojęcia, czy jadła śniadanie. Nie pojawił się w wielkiej Sali tego ranka.
-Zgredek!- zawołał.
Zgredek pojawił się obok niego natychmiast, a kiedy zobaczył Pannę Granger, przypadł do niej, dygocząc.
-Co się stało panience?
-Jest wycieńczona- powiedział Snape, odmawiając przyznania, że mógł mieć duży wkład w męczenie jej.- Potrzebuje jedzenia. I przynieś trochę herbaty i soku z dyni.
-Oczywiście, sir- skrzat zniknął z trzaskiem.
Snape szybko przeszedł do laboratorium, przyglądając się półkom. Eliksir pieprzowy, tak, oprócz tego wzmacniający? I trochę eliksiru pamięci może się przydać, chociaż, Boże pomóż, jeśli zniszczył jej umysł?
Powrócił do niej i delikatnie odsunął jej włosy z twarzy. Lekko się pociła, ale nie czuł oznak gorączki. Co, na Merlina, jest z nim nie tak? Co tak desperacko chciał znaleźć, że walczył z dziewczyną tak mocno? Miał, jak wspomniał jej wcześniej, swoje własne wspomnienia i jeśli nie mógł im wierzyć? Jej oddech, gęsty, bogaty zapach jej podniecenia? Czemu mógł wierzyć? To było absurdalne i niszczące, tak silnie popychać jej nowe umiejętności. Z pewnością, kiedy się obudzi, będzie wściekła?
Zgredek pojawił się ponownie, wytrącając go z zamyślenia.
-Zgredek przyniósł jedzenie dla panienki- powiedział.- Czy Zgredek powinien przyprowadzić panią Pomfrey?
-To nie będzie konieczne- mruknął Snape, biorąc tacę z jedzeniem od skrzata. ? Ona potrzebuje po prostu jedzenia i odpoczynku. Nie ma potrzeby komukolwiek o tym mówić- dodał, wiedząc że to wystarczy aby zmusić skrzata do milczenia.- To wszystko.
Kiedy znowu zostali sami, wziął różdżkę i wycelował ją w nieprzytomną dziewczynę, mówiąc:
-Rennervate!
Otworzyła oczy ostrożnie, zauważając jego obecność, pokój i jedzenie i zastanawiając się nad ich znaczeniem, zanim się odezwała. Zajął się nią. Zaatakował jej umysł i próbował wyrwać to co szczególnie próbowała przed nim ukryć, ale się nią zajął.
-Co się stało?
-Ja? Zbyt ostro sprawdzałem twoje zdolności. Zemdlałaś.
Siedziała przez chwilę w milczeniu, przyglądając się wspomnieniom, które oglądał, zanim świat pokryła ciemność.
-Mógł pan zapytać. Powiedziałabym wszystko, co chciał pan wiedzieć.
-O co zapytać? Wypij sok dyniowy. Podniesie ci poziom cukru we krwi. Majaczysz.
-Nie prawda- powiedziała, chociaż upiła łyk soku.- Mogłam zobaczyć to czego pan szukał.
-Ominęłaś lunch i, ośmielę się powiedzieć biorąc pod uwagę twoją reakcję, ominęłaś też śniadanie. Proszę jeść, panno Granger. Wszystko się zrobi bardziej sensowne za chwilę.
Popatrzyła na niego ze złością, ale ostrożnie sięgnęła po kanapkę.
-Będziesz sobie doskonale radzić z oklumencją- zaczął.- Przepraszam, że tak mocno naciskałem. Pani determinacja okazała się czymś dużo większym niż oczekiwałem.
-Nie doceniał mnie pan przez lata, profesorze Snape. Przywykłam. Mam tylko nadzieję, że będę w stanie poradzić sobie z bardziej? wrogim obserwatorem.
Potaknął i nalał więcej soku do jej szklanki. Wypiła łapczywie.
-Jak się czujesz?
-Lepiej- powiedziała.- Dziękuję.
Prychnął z irytacją.
-Raczej nie powinnaś być mi wdzięczna.
-Nie, pewnie nie. Dlaczego, na Merlina, był pan tak zdeterminowany żeby dotrzeć do tych wspomnień?- uzyska odpowiedź, nie mógł jej zwodzić wiecznie. Poczuła dziwne ukłucie nadziei w piersiach, którego nie mogła wyjaśnić.
-Ponieważ Czarny Pan już podejrzewa nasze relacje. Tego będzie szukał, jeśli uda mu się dostać panią w swoje ręce.
Poczuła, że świat znowu zaczyna wirować, a on wcisnął jej fiolkę z eliksirem do ręki.
-Pieprzowy- powiedział krótko. Wypiła.
Kiedy ponownie mogła mówić bez obawy że zwróci posiłek, zapytała:
-Skąd pan wie?
-Ponieważ moja własna tarcza zawiodła kiedy ostatnio byłem przed nim. Zobaczył niewiele, ale? zobaczył ciebie.
Nie, Boże, nie. Noc, kiedy wrócił do Hogwartu?
-Czy to był powód?
-W skrócie.
-Profesorze Snape, ja? o Boże, niedobrze mi.- wstała, rozglądając się i przypominając sobie, że łazienka była za sypialnią. Potknęła się przechodząc przez drzwi, ale zdążyła.
Kiedy oddała lunch, zaczęła się modlić. Boże, proszę, jak mogę to rozwiązać? On znosi już wystarczająco dużo? Nie może być torturowany przeze mnie. Jego sekrety? oparła się o ścianę. Chłód płytek powoli dotarł do jej skóry i oczyścił myśli. Nie mogę tego rozwiązać, teraz ani nigdy. Jedyne co mamy to oklumencja. Spraw, żeby nasze tarcze były grube, nie do przebicia. Pozwól mi nie sprawiać mu więcej bólu. Pomyślała o bezsensownym płomieniu ogarniającym jej pierś, kiedy stało się jasne, że chciał wspomnień z tej nocy. Nie waż się więcej mieć na to nadziei, Hermiono Granger. Nawet przez sekundę? Gdyby mu na tobie zależało? To by oznaczało śmierć.
Kiedy mogła wstać, wróciła do salonu, gdzie Snape nerwowo chodził przed kominkiem.
-Nie powinienem podawać ci eliksiru pieprzowego- powiedział.- Z pewnością zareagował z?
-Już w porządku- odparła.
-Proszę usiąść, panno Granger. Jest pani w szoku, potrzebuje pani?
-Powiedziałam, wszystko w porządku- warknęła.- Wrócę do dormitorium i się położę- przeszła przez pokój w stronę kominka, tak pewnie jak tylko mogła. Wyglądał na zaskoczonego i lekko ukłutego; później jego twarz stała się standardowo beznamiętna.
-Oczekuję pani jutro rano. Proszę najpierw coś zjeść.
-Tak- powiedziała.- Najwyraźniej muszę się wzmocnić- mówiąc to weszła w ogień.
http://www.youtube.com/watch?v=SKjNtLUavR0 A Very Potter Musical
It is totally awesome ;)
yasiria
Nawiedzony Romantyk
Nawiedzony Romantyk
 
Posty: 52
Dołączył(a): 28 maja 2011, 12:55

Re: [NZ][T] Drugie Życie [9/48]

Postprzez sile » 31 maja 2011, 14:27

No i się nie dziwię, że spotkało się z pozytywnym przyjęciem gdzie indziej. Tak samo wiele zależy od umiejętności językowych, jak od odpowiedniego doboru tekstu do tłumaczenia. Jedno i drugie jak widzę - jest obecne. Mam takie nieskromne pytanie: Ile rozdziałów udało Ci się już przetłumaczyć? A może zdołałaś opracować już całość? Zdobyłaś we mnie fankę ;)

Uwielbiam tę parę Hermiona/Severus. Historia niezwykle dynamiczna, ale logiczna i spójna - urzekło mnie, iż całkiem nieźle wplecione są wątki z szóstego i siódmego tomu. Dzięki temu całość jest bardziej oryginalna (tak, właśnie tak!;) i dramatyczna.

Strona techniczna - kilka kosmetycznych poprawek, parę literówek, etc.

Pozdrawiam ślicznie i z niecierpliwością czekam na kolejne rozdziały.
Uczciwie przyznaję się, że pisanie sensownych komentarzy sprawia mi pewną trudność.

Nigdy nie kłócę się z głupcami. Najpierw ściągną mnie do swojego poziomu, a potem pokonają doświadczeniem.
sile
Średniowieczny Brudas
Średniowieczny Brudas
 
Posty: 108
Dołączył(a): 14 kwi 2009, 16:52

[NZ][T] Drugie Życie [10/48]

Postprzez yasiria » 31 maja 2011, 19:43

Sile mam przetłumaczone 20 rozdziałów. Pozostałymi zajmę się po sesji, bo na razie nie mam na to czasu ;)
Postaram się dodawać po kilka odcinków, a później zrobię chwilową przerwę.
Cieszę się, że się podoba :)

Rozdział dziesiąty

Zapukała. Kiedy nie usłyszała odpowiedzi, niewerbalnie rzuciła na siebie Protego Totalum i weszła z uniesioną różdżką.
-Drętwota!- powiedział. Zaklęcie odbiło się od powietrza przed nią i zniknęło. Uśmiechnęła się szeroko.
-Expelliarmus!- odparła, ale on też miał na sobie zaklęcie tarczy i jej zaklęcia było bezsensowne.
-Teraz rozmawiamy o unikaniu zaklęcia tarczy- usłyszała głos Snape'a gdzieś po lewej stronie.
-Pokaż się- rzuciła.- Dekoncentruje mnie przyjmowanie poleceń od pustej przestrzeni.
-Ach, przecież powinna mnie pani wyczuć, panno Granger.
Przewróciła oczami i odwróciła się w stronę drzwi, gdzie, jak przypuszczała, stał nauczyciel.
-Tutaj!- powiedział a złośliwy uśmieszek był wyraźnie wyczuwalny w jego głosie.
Odwróciła się. Nagle mogła go wyczuć, dokładnie przed sobą. Zioła i wełna. Wyciągnęła rękę i poczuła ciężki materiał jego szat, chociaż nie mogła ich zobaczyć.
-Ale jak??
-Ponieważ rzuciłem Protego Horribilis.
-Więc mogę pana dotknąć, ponieważ nie zamierzam pana zranić?
-Najwyraźniej.
-Ale Expelliarmus?
-Każde zaklęcie, które z założenia ma ranić, lub, jak w wypadku Expelliarmusa, rozbroić mnie, będzie odbite, niezależnie od intencji. Protego Horribilis byłoby doskonałym wyborem, gdyby musiała pani odnaleźć się wśród śmierciożerców.
-Więc gdybym rzuciła coś nieszkodliwego, lub coś co mogłoby panu pomóc, przeniknęłoby tarczę?
-Co na przykład?
-Zaklęcie kameleona. Niech pan je usunie. Chcę zobaczyć czy mogę je na pana rzucić.
Snape pojawił się przed nią. Machnęła różdżką i ponownie zniknął. To był naprawdę dziwny widok. Hermiona jak dotąd rzucała zaklęcie kameleona tylko na siebie; nie zdawała sobie sprawy z tego, że nieprzyjemne wrażenie bycia powoli pochłanianym ma swój odpowiednik wizualny.
Uśmiechnęła się do siebie. Gdyby została porwana, Snape mógłby rzucać zaklęcia żeby jej pomóc. Mógł również rzucać na nią uroki, które nie zadziałają, chroniąc swoją rolę szpiega. To była ważna informacja. Pomyślała o lekcjach które jej dał. Ma już pani dwa działające zaklęcia do użycia? Jeśli to zobaczę, muszę wiedzieć że to pani? Ja, osobiście, używam nocnego nieba? Protego Horribilis byłoby doskonałym wyborem, pozwoliłoby pani odnaleźć się między śmierciożercami. Snape uczył ją przetrwać, czegokolwiek życzył sobie Dumbledore.
Nagle Hermiona poczuła się dużo lżej niż przez ostatnie tygodnie. Wszystko będzie w porządku. Zrobiła dobrą rzecz. Snape był? Cóż, był Snapem i nic tego nie zmieni. Ale mógł jej pomóc, a ona mogła pomóc jemu. I działali tak dobrze jak można było oczekiwać, czyż nie? Musiała przyznać, że podobały jej się ich słowne przepychanki. To nie było małżeństwo, przynajmniej nie na dłuższą metę, ale to był plan.
-Proszę usunąć zaklęcie, panno Granger- powiedział, a ona zrobiła to, ujawniając go.
-Miałem na myśli Protego Totalum- mruknął z ironią w głosie.
W momencie gdy uniosła różdżkę, syknął z bólu i zacisnął oczy.
-Profesorze! Przysięgam nic nie?
-Użyj mózgu!- warknął.- Wciąż mam na sobie zaklęcie tarczy.
-Więc co??
-Jestem wzywany.
Wydawało jej się, że jej serce opadło na dno żołądka. Wezwany.
Snape szybko usunął zaklęcie tarczy i powiedział:
-Accio szaty i maska.
W cichym przerażeniu patrzyła jak rzeczy śmierciożercy przelatują przez pokój prosto w jego ręce.
-Musi pani poinformować dyrektora- powiedział, przemykając obok niej i przygotowując się do wyjścia.
-Czekaj- powiedziała, łapiąc jego ramię. Odwrócił się do niej, ale nie zobaczyła w jego oczach nic z mężczyzny którego znała przez kilka ostatnich dni. Szybko go puściła.
-Tak?
-Jeśli on wie? Nie będzie pan potrzebował czegoś dla niego?- nie mogła pozwolić odejść mu bez historii. Spędził ostatnie dni na przygotowywaniu jej; teraz ona musi przygotować jego.
-Co pani bredzi, panno Granger? Im dłużej zwlekam tym gorzej?
-Sądzę że powiedział mu pan, że używa mnie do zdobycia informacji o Harrym? że pan mnie? uwodzi?
Nie odpowiedział, ale patrzył nagląco w jej oczy.
-Weź to- powiedziała i rozpięła zapinki szaty.
-Panno Granger!
-Zaufaj mi- powiedziała lekko i zdjęła krawat. Odpięła kilka górnych guzików koszuli i ponownie złapała jego ramię, patrząc z uwielbieniem w jego oczy.
-Profesorze Snape, Harry podejrzewa że Draco Malfoy coś zamierza! Śledzi go po całym zamku? Myśli że Draco może mieć coś wspólnego z naszyjnikiem który przeklął Katie Bell! Boję się, profesorze. Zajmie się pan tym?
Oczy Snape'a były niemożliwe do odczytania, ale przesunął delikatnie dłonią po jej włosach i powiedział:
-Proszę się nigdy nie bać, panno Granger. Oczywiście, zajmę się tym. Ale powiedz panu Potterowi, żeby nie robił niczego pochopnie. Draco Malfoy ma duże znajomości. Nie ma sensu się w coś wplątywać, jeśli o niego chodzi.
-Dziękuję panu.- uśmiechnęła się sztucznie.
-Dziękuję pani, panno Granger- odpowiedział a ona nie była pewna czy to część scenki, którą w takim pośpiechu wymyśliła, czy coś innego.
Snape nie powiedział nic więcej, jedynie szybko wyszedł z gabinetu, zostawiając ją samą. Stała tam przez kilka minut, niepewna co właśnie się stało. Scenka nie zmniejszyła dławiącej paniki która ją ogarnęła. Proszę, Boże, pomyślała. Proszę, proszę, Boże. Niezdolna do zniesienia żadnej myśli więcej, niezdolna do stania w miejscu bezczynnie ani chwili dłużej, zapięła koszulę, zawiązała krawat, założyła szatę i poszła do gabinetu profesora Dumbledore'a.
***
Kiedy szedł korytarzem, jego myśli były ściśnięte z bólu i zdziwienia. Jeśli schody będą współpracować, zostało tylko kilka minut do punktu aportacyjnego i nareszcie skończy się ból w jego lewym przedramieniu. Czekał zbyt długo, ból już zaczynał powodować uderzenia gorąca. Pamiętał pierwsze wezwanie od Czarnego Pana, po tym jak powróciła jego moc. Tej nocy Snape musiał czekać godzinę, zanim do niego dołączył. To był ból, którego nie chciałby nigdy czuć ponownie, a każda kolejna sekunda powodowała że wspomnienia wracały. Czego, do cholery, mógł chcieć Voldemort? Nie powinien być wezwany w czasie ferii; Czarny Pan zgodził się, że przy tak małej ilości osób w zamku, jego nieobecność zostanie zauważona dużo wyraźniej niż kiedy korytarze są zapełnione uczniami. Poczuł ukłucie lęku.
Mimo wszystko wciąż czuł mrowienie w miejscu, które dotknęła Panna Granger. Dziewczyna zbiła go z tropu. Nie dlatego, że tak szybko zorientowała się czego potrzebują? Przez cały czas jego marudzenia o generalnej idei, ani razu nie wydawało się że naprawdę ją rozumie? ale to, że była gotowa tak całkowicie się poniżyć. To nie mieściło mu się w głowie. On był jedynie pół krwi i z tego powodu przez całe życie miał wiele trudności, żeby nie znaleźć się w niekorzystnej sytuacji. A ona, urodzona wśród mugoli, której wartość zawsze będzie podważana, była gotowa sprawiać wrażenie naiwnej i głupiej przed tak potężnym czarodziejem jak Czarny Pan? Cóż, nie wiedział czy podziwiać ją, czy krytykować. Zapewne to było genialne; zapewne uspokoi tego złego dupka, upewni go w samouwielbieniu, ale wciąż uważał, że to było okropnie ryzykowne. Nigdy by jej o to nie poprosił; wymyśliłby inny sposób, jakoś by się wykręcił?
Pomyślał jeszcze raz o jej słowach. Harry podejrzewa że Draco Malfoy coś zamierza! Jasna sprawa. Wydawało się, że pojęła najważniejszą lekcję ze wszystkich, mimo, że nawet o tym nie wspomniał: zawsze kłam, mówiąc część prawdy.
Kiedy opuścił zamek, niemal pobiegł do Zakazanego Lasu. Zarzucił na siebie szatę gdy tylko wszedł między drzewa, zakrył twarz maską i dotknął mrocznego znaku różdżką. Ból skończył się jednocześnie z naciskiem deportacji, pozostawiając w nim uczucie pustki i mdłości. Kiedy dotarł na miejsce, nie był pewien gdzie się znajduje. Pokój był ogromny a ściany były kamienne. Inni śmierciożercy byli obecni i wśliznął się bezgłośnie między nich, ale natychmiast został zauważony.
-Severus!
Wysunął się do przodu, upadł na kolana i uniósł skraj szaty Czarnego Pana, zniżając twarz, żeby ją pocałować.
-Spóźniłeś się.
-Wybacz mi, mój Panie. Zajęło mi chwilę zanim zdołałem wymknąć się niezauważony.
-Mam nadzieję, że przejawiasz wystarczająco dużo inteligencji, żeby umotywować swoją obecność w Hogwarcie.
Snape podniósł wzrok, patrząc w wężowate oczy czarodzieja, czekając na nieuniknione.
-Jeszcze nie, Severusie- zaśmiał się lodowato Voldemort.- Tak wielu moich lojalnych sług ryzykuje tak wiele, podczas kiedy ty trwasz pod opieką szkoły. Dzisiejszej nocy, chcę żeby usłyszeli co mi przynosisz, żeby wiedzieć co się dzieje za tymi murami..
-Doskonale, mój Panie- powiedział, myśląc Lucjusz. Lucjusz szeptał do ucha Czarnego Pana. Bajki o tym, że przeszkadzał w planie Draco, zapewne, lub coś więcej. Jego zazdrość nie była chybiona; siedział w Azkabanie, gdy Snape żył w przyzwoitych warunkach? Nie żeby Azkaban był horrorem jak dawniej; dementorzy byli po stronie Czarnego Pana, a ministerstwo powoli również było przenikane. Wiadomości przesyłano w obie strony z łatwością i Snape pomyślał gorzko, że Lucjusz powinien uznać to za wakacje czy coś w ten deseń. Żył w zamknięciu, co sprawiało że był dość bezpieczny i musiał robić niewiele więcej niż pokutowanie, żeby uznano go za lojalnego.
-Potter razem z Weasleyem pojechał do Nory na ferie. Jest tam sporo członków Zakonu.
-Więc nie zostali Hogwarcie?
-Nie, mój Panie. Dumbledore często jest nieobecny. Nie sądzę, że chciałby żeby Potter pozostawał tam kiedy jego nie ma.
-Gdzie jest Dumbledore? Sądziłem, że niechętnie zostawia swoją cenną szkołę bez opieki?
-Wyjeżdża żeby zając się wilkołakiem i metamorfomagiem. Uważa, że szkoła jest wystarczająco chroniona.
-Głupi, głupi?
-W rzeczy samej, mój Panie. Zakon nie zbiera członków tak szybko jak mieli nadzieję. Ich pozycja w ministerstwie się nie zmienia. Nie powołali Pottera, ani żadnego z jego miłośników.
-Interesujące.
-Jednak skupiają się głównie na Potterze. Uzbierali sporo przepowiedni, chociaż wydaje się że nimi gardzą. Jestem pewien, że Dumbledore daje chłopcu prywatne instrukcje, których nie powierza nawet Zakonowi. Sądzę, że to ma coś wspólnego z jego nieobecnościami.
-Musisz się tego dowiedzieć. Nie będę tolerował?
-Tak, mój Panie. Zajmuję się źródłem.
-Przyjaciółka Pottera?
Usłyszał kilka zduszonych mruknięć wśród śmierciożerców.
-Tak mój panie.
-Czy ona jest w jakikolwiek sposób przydatna?
Snape uśmiechnął się złośliwie.
-Tak. Dzisiaj rano powiedziała mi, że Potter podejrzewa Draco Malfoya co coś w rodzaju zdrady i że śledzi go. Powiedziałem jej, żeby zostawiła to mnie, że się tym zajmę i żeby nie pozwoliła mu iść z tym do Dumbledore'a.
Czarny Pan kiwnął głową i popatrzył na niego z namysłem swoimi czerwonymi oczami.
-Spałeś z nią?
Snape uniósł kąciki ust w lubieżnym uśmieszku.
-Jakkolwiek jest obrzydliwe kopulowanie ze szlamą, nie ma szybszej drogi do serca głupiej, młodej dziewczyny. One utożsamiają przyjemność z miłością.
Usłyszał kilka aprobujących śmiechów.
Voldemort najwyraźniej nie mógł czekać dłużej. Ujął twarz Snape'a w swoje ręce i syknął
-Legillimens!
Snape był gotowy. Podejrzewał, że bez względu na to co mówi Czarny Pan, będzie chciał zobaczyć dowody jego działań.
Kiedy czarodziej penetrował jego umysł, pozwolił wypłynąć na powierzchnię obrazowi dziewczyny; jak wyglądała, kiedy leżała na jego kanapie po lekcji oklumencji- przestraszona, ale wciąż ufna. Powoli podstawiał migawki z ich nocy poślubnej: nagą nogę, wzdychające usta, gładki dotyk skóry. Dał mu jej twarz, otwartą i pytającą, później zrelaksowaną i zadowoloną, a na koniec odtworzył jej prezent dla niego, jej słowa. Boję się, profesorze. Zajmie się pan tym?
Nagle uwaga Voldemorta odwróciła się. Snape poczuł, jak przerzuca jego wspomnienia, szukając czegoś. Dumbledore polecający mu trenowanie panny Granger. Draco, nalegający że nie potrzebuje pomocy. Potter przeklęty w środku zajęć. Czarny Pan poruszał się coraz szybciej przez jego myśli, najwyraźniej niezadowolony tym co tam znalazł. W końcu Snape niechętnie oddał wspomnienie, które miał nadzieję zatrzymać: Panna Granger śpiąca, wtulona w zgięcie jego ramienia. Później myśli, że Draco mógł mieć coś wspólnego z naszyjnikiem, który przeklął Katie Bell!
Voldemort wycofał się szybko.
-Słyszałem o klątwie rzuconej na uczennicę w Hogwarcie- warknął Voldemort.- Chociaż Dumbledore starał się jak mógł, żeby to ukryć. Powiedz, Severusie, czy to sprawka Draco?
-On twierdzi że nie, mój Panie.
-Ale ty sądzisz, że jest inaczej.
-Spekulacje nie są moim zajęciem. Działania Draco są pomiędzy wami.
-Jednak naciskałeś żeby wyjawił ci szczegóły swojego plany.
-Zamierzałem jedynie mu pomóc, mój Panie.
-Narcyza powiedziała mi o twojej przysiędze.
-Gdybym nie był pewien że ona to zrobi, sam powiedziałbym ci bezzwłocznie.
-Doprawdy? Ostatnio zdajesz się być? tajemniczy.
-Mój Panie, otwieram przed tobą umysł. Jakie tajemnice mógłbym ukryć?
-Dlaczego nie mogłem znaleźć dowodów przysięgi w twoich wspomnieniach?
-Czyż ich brak nie powinien cię upewnić?- zapytał Snape jedwabiście.- Gdybym czuł, że zrobiłem coś, co może cię rozgniewać, gdybym starał się to ukryć, legilimenta z twoimi zdolnościami natychmiast by to znalazł.
Voldemort zmierzył go spojrzeniem, ale kiwnął głową.
-Świetnie. Akceptuję twoje informacje. Ale ostrzegam cię, Severusie. Nie wtrącaj się w sprawy Draco Malfoya. Jak sam powiedziałeś, ja go kontroluję.
Snape wiedział, że wygrał, chociaż nie śmiał zastanawiać się jakim kosztem. Czarny Pan oddalił komentarze Lucjusza jako bezzasadne. Co do reszty? Wydawało mu się że rozpoznaje Yaxleya, McNaira i Bellatrix Lestrange wśród nich? byli zadowoleni, że wciąż im służy. Jednak bał się o Draco. Jego pomyłka z Katie Bell została ujawniona i teraz Lucjusz, ze swoim wężowym językiem stanie się, ponownie, obiektem gniewu Czarnego Pana.
-Tak, mój Panie.
-Bellatrix! Zbliż się.
Snape obserwował, jak różni Śmierciożercy są wzywani do zdania raportu ze swoich działań, tak jak on to zrobił. Powstrzymał potrzebę przestąpienia z nogi na nogę. Lepiej nie zwracać na siebie złości Czarnego Pana, po tym jak włożyło się tyle wysiłku w uniknięcie tego? Nie żeby działania McNaira były szczególnie porywające. Jednak wiedział, że musi zapamiętać każde słowo. Będzie musiał zanieść je drugiemu panu zaraz po powrocie.
***
Wspinał się powoli po kręconych schodach i starał się być wdzięczny, że w ogóle może po nich wejść. Było coraz trudniej wierzyć, że robi cokolwiek dobrego. Wszystkie sekrety, wszystkie raporty. Łatwo było pogubić się w tym dla kogo szpiegował. Lepiej żeby Dumbledore zrobił to szybko. Tęsknił za ciszą własnych komnat, filiżanką herbaty, może szklaneczką czegoś mocniejszego. I za odpoczynkiem.
Zapukał i wszedł. Zobaczył Dumbledore'a jak zwykle siedzącego przy biurku.
-Dobrze się czujesz?- zapytał stary czarodziej.
-Jak można było się spodziewać.
-Hermiona przyszła godziny temu. Przyznam, że zaczynałem się martwić.
Snape uniósł brew.
-Nie zawracaj sobie tym głowy.
-Zakładam, że pytał o nią?
-Pytał.
-I?
-Dałem mu czego chciał? Informacje, które mogłem dostać jedynie od niej.
-Czyli?
-Że Potter podejrzewa Malfoya.
-Severusie!
-Nie zaczynaj. To był pomysł twojej drogocennej panny Granger. Dała mi to wspomnienie tuż przed wyjściem.
-Czy nie zgodziliśmy się, że zachowasz plan Draco przed Hermioną?- Dumbledore zaczynał się denerwować.
-Zachowałem twoje sekrety, starcze. Nic nie wie o planie Draco.
-Więc dlaczego miałaby sugerować coś takiego?
-Może dlatego, że to prawda? Potter nigdy nie robił nic po za podejrzewaniem Draco i wszystkich ślizgonów! Ona powiedziała, że łazi za Draco po zamku, obserwując go. Chyba sądziła, a ja się z nią zgadzam, że to jest to, co Czarny Pan chciałby usłyszeć z jej ust. Nie plany i strategie! Zwykłe bzdury o kłótniach nastolatków.
-Rozumiem.
Snape usiadł, czując wściekłość. Jak on śmiał kwestionować jego metody? To z jego polecenia został szpiegiem, dołączył do zakonu, poślubił dziewczynę. To z rozkazu Dumbledore'a miał go zabić i zostać następcą. Ochraniać Malfoya. Ochraniać Granger. Ochraniać Pottera. Jesteś zbyt pewny siebie Dumbledore! Może zmieniłem zdanie!
-Dałeś mi słowo Severusie.
-I dochowałem go! Mimo wszystko dochowałem go.
I ponieważ był zbyt zmęczony żeby walczyć, ponieważ to nie miałoby znaczenia, nawet gdyby nie był, powiedział:
-Bellatrix Lestrange przeniosła coś należącego do Czarnego Pana do swojej skrytki u Gringotta.- Później wstał i wszedł w płomienie kominka.
***
Była gdzieś w jego komnatach. Wiedział to instynktownie gdy tylko wyszedł z kominka. Czy węszenie i szpiegowanie się nigdy nie skończy? Co to ona mówiła dzień wcześniej? Mogłeś zapytać. Powiedziałabym ci wszystko co chciałbyś wiedzieć. Udawała ufną i szczerą, ale wkradała się tu ukradkiem, kiedy on ryzykował życie żeby ją chronić. Cóż, znajdzie ją. A kiedy to zrobi, wystraszy ją na śmierć i przypomni jej kim jest.
Jak robił często podczas tych ferii, Snape rzucił na siebie zaklęcie kameleona i muffliato. Przeszedł z gabinetu do salonu, patrząc na regały z książkami, gdzie oczekiwał ją znaleźć. Sypialnia? Wszedł do sypialni, zastanawiając się co zrobi jeśli znajdzie ją w swoim łóżku. Ale tam też jej nie było. Czyżby się mylił? Może po prostu miał nadzieję, że ona tam będzie?
Wrócił do salonu i zaczął rozważać sprawdzenie łazienki, kiedy ją zobaczył. Leżała zwinięta w kłębek, przykryta kocem, który przyniósł dla niej dzień wcześniej. Spała. Jej usta były uchylone a włosy rozrzucone po oparciu kanapy. Wyglądała dla niego jednocześnie jak wyczerpane dziecko i wyczerpany anioł. Usiadł na fotelu naprzeciwko niej i przez pewien czas obserwował jak śpi, wdzięczny czarom które sprawiały że był bezgłośny i niewidzialny. Co ona tu robiła? Powiedział sobie, że chciała się zwyczajnie upewnić, że nie zdradził zbyt wiele o ich relacjach Voldemortowi. Była przerażona, kiedy się dowiedziała, że mroczny czarodziej wie o niej; na pewno chciała zapewnienia, że nie była bardziej zagrożona niż wcześniej. To było zaskakujące, że Dumbledore nie zaoferował jej takiej pewności po odprawieniu go, ale? była tutaj. Był wdzięczny że spała, że nie będzie więcej ostrych słów dzisiaj, że będzie mógł udawać, że ktoś czekał tak wiele godzin, żeby się upewnić, że wszystko z nim w porządku.
Przyglądał się przez chwilę jak śpi. Przesunął jej włosy na jedną stronę. Pomyślał, że lepiej nie zastanawiać się nad ukłuciem straty, kiedy tak wiele poplątanych loków zniknęło z pola widzenia.
-Wróciłeś- wymruczała.
Uśmiechnął się ponuro, chociaż nie mogła go zobaczyć.
-Dobrze się pan czuje? Zranił pana?- podniosła się i natężenie jej głosu zwiększyło się jednocześnie.- Profesorze? Gdzie pan jest?
Usunął czar i stanął przed nią. Jej oczy chłonęły go, przesuwając się po jego skórze, cal za calem. Kiedy wydała się być usatysfakcjonowana, że był cały, westchnęła i opadając ponownie na kanapę powiedziała:
-Dzięki Bogu.
Oparł się plecami o kanapę i machnął różdżką w kierunku kominka, wzniecając na nim ogień. Wpatrywała się w płomienie aż w końcu odpłynęła. On sam patrzył w ogień przez dość długi czas, zanim również zasnął.
http://www.youtube.com/watch?v=SKjNtLUavR0 A Very Potter Musical
It is totally awesome ;)
yasiria
Nawiedzony Romantyk
Nawiedzony Romantyk
 
Posty: 52
Dołączył(a): 28 maja 2011, 12:55

Re: [NZ][T] Drugie Życie [9/48]

Postprzez yasiria » 31 maja 2011, 19:59

Rozdział 11

Usiadła, słysząc głos Dumbledore'a i zobaczyła jego twarz, wyglądającą z płomieni. Gdzie była? I jak długo śliniła się na ramieniu Snape'a?
-Dzień dobry, Severusie, Hermiono- powiedział surowo.- Severusie, sugerowałbym, żebyś natychmiast wysłał Hermionę do pokoju. Skrzaty domowe zastanawiają się gdzie przynieść jej prezenty świąteczne.
Święta? Och, dobry Boże. Spała tu całą noc?
Snape mrugnął i powiedział spokojnie:
-Oczywiście Albusie. To wszystko?
-Tak- odparł dyrektor.- To wszystko. I wesołych świąt.- później zniknął.
-Przepraszam profesorze Snape. Nie zamierzałam?
Machnął ręką lekceważąco.
-Co? Być jedyną osobą w tym zamku, która pokazała odrobinę zainteresowania moim stanem? Nie myśl o tym. Wybaczam ci.
Wstała w ciszy, nie mając pomysłu na odpowiedź. To był Snape jakiego nigdy wcześniej nie widziała i czuła że powinna uciekać zanim zacznie miotać klątwami. Złożyła koc, kładąc go na kanapie i wzięła do ręki torbę.
-O której powinnam wrócić?- zapytała.
-Wrócić?
-Na moją lekcję?
Snape potrząsnął głową.
-Jest Boże Narodzenie.
Kiwnęła głową, czując się dziwnie odrzucona.
Idąc w stronę kominka zatrzymała się i odwróciła.
-Wesołych świąt profesorze.
-I tobie również- jego twarz pozostała pusta, ale w jego głosie nie było jadu.
Weszła w płomienie.
***
Pojawiła się w wielkiej Sali na śniadaniu, ale nie rozglądała się za nim, zamiast tego kiwając lekko głową w stronę dyrektora, kiedy siadała przy stole Gryfonów. Jadła sama, jak stało się zwyczajem w czasie ferii, chociaż tym razem nie sprawiło mu to takiej przyjemności jak wcześniej. Chociaż stół został znacznie pomniejszony, wyglądała na bardzo małą, kiedy tam siedziała.
Poza pobieżnym ?dzień dobry", Dumbledore nie odzywał się do niego w czasie śniadania. Snape wymienił grzecznościowe powitania z resztą nauczycieli i zjadł posiłek w ciszy. Nie cieszyły go te świąteczne poczęstunki i przymus biesiadowania. Wolałby zjeść w swoich komnatach, ale pomyślał, że lepiej będzie nie irytować dyrektora jeszcze bardziej.
Kiedy skończył jedzenie, życzył kolegom wesołych świąt i szybko opuścił pomieszczenie. Pokonując liczne schody doszedł do wieży astronomicznej. Cienka warstwa śniegu pokryła w nocy błonia i chciał popatrzeć na nie, kiedy były puste, bez uczniów i ich śmieci. Cieszył się ciszą szkoły przykrytej śniegiem. To, jak niewiele rzeczy, powodowało że czuł się bezpiecznie.
Owijając pelerynę ciasno dookoła siebie, wszedł na wieżę. Powietrze było przejmująco zimne, ale zdawało się oczyszczać. Bez względu na nastrój, zawsze czuł się odświeżony przez ostry, zimowy wiatr.
Zakazany las błyszczał szronem, a on pomyślał, że zupełnie inaczej wygląda to w nocy. Wszystko wydawało się zmieniać. To co zwykle było rozpadającą się chatką Hagrida, teraz przypominało po prostu wzgórze, a jezioro zostało zaklęte przez lód i śnieg. Oparł się o mur zamku i oddychał głęboko, czując chłodny wiatr w swoim gardle i płucach. Chociaż tym co kochał w czystym, świeżym poranku, był fakt że był samotną duszą, przeżywającą to piękno, pomyślał niejasno o pannie Granger i jej nieznośnej paplaninie, które uczyniłyby dzień prawdziwie świątecznym.
Jakby wezwał ją myślami, zobaczył jak idzie przez błonia, ciemna plamka na bezkresnym, śnieżnym polu. Na szaty zarzuciła ciężką pelerynę, szyję owinęła szalikiem w barwach domu, a jej włosy powiewały na wietrze niczym orzechowa chmura. Uśmiechnął się złośliwie. Trochę przypominały wierzbę bijącą. Żałował że nie zgodził się z jej sugestią przeprowadzenia lekcji. Nie miał ochoty poprawiać wypracowań, albo ważyć eliksirów dla skrzydła szpitalnego. Nie miał rodziny z którą mógłby świętować, żadnych prezentów do rozdania, żadnych świątecznych posiłków, poza szkolnymi, a jednak czuł dziwną potrzebę spędzenia tego dnia z dala od wszystkich. Uczenie jej mogłoby być niemal świętowaniem.
Odwróciła się i stopiła śnieg w jednym miejscu. Powoli, w miejscu gdzie dotąd było jedynie trochę zimowej bieli, pojawiła się ławka. Obserwował jak siada, najwyraźniej zamierzając patrzeć jak wiatr rozwiewa śnieg po zamarzniętej tafli jeziora. Nie zastanawiał się dłużej, po prostu podjął decyzję. Szybkim krokiem podążył w kierunku swoich komnat.
***
Kiedy wszedł do salonu, podszedł do regałów z książkami. Czuł, że powinien się pośpieszyć, na wypadek, gdyby odeszła, nie korzystając z tej doskonałej okazji do nauczenia się rozpoznawania jadalnych roślin i grzybów. Nikt inny nie wyjdzie na błonia w taką pogodę, więc mógł dać jej lekcję praktyczną bez ryzyka, że kogoś to zainteresuje. Chwycił znaleziony tom i poszedł w kierunku błoni.
Światło niemal oślepiało, odbijając się od śniegu. Zatrzymał się i zmrużył oczy szukając znajomego koloru. Tam. Wciąż siedziała na ławce, nie zważając na wiatr i mróz. Ponownie uderzyło go, jak mała się wydaje; mała, jasna plamka na ogromnym i raczej bezlitosnym żywym obrazie. Podszedł do niej, z trudem brnąc przez śnieg.
-Panno Granger- powiedział, wyrywając ją z rozmyślań.
Odwróciła głowę i uśmiechnęła się.
-Profesor Snape. Właśnie podziwiałam pogodę.
Prychnął.
-Będziesz miała szczęście jeśli jeszcze nie przymarzłaś do ławki. Ubrałaś się odpowiednio?
-Słucham?
-Nie jest ci zimno?
-Nie, proszę pana. Rzuciłam zaklęcie ogrzewające. Ja? Lubię patrzeć na śnieg. Świat wydaje się być czysty. Nowy.
Krótko kiwnął głową.
-Zastanawiałem się, czy nie chciałabyś lekcji o jadalnych dzikich roślinach. Kiedy skończysz podziwiać zamarznięte kropelki wody, oczywiście.
Przez chwilę patrzyła na niego z pewnym rozbawieniem. W końcu podniosła się z ławki.
-Oczywiście proszę pana.
-Dobrze. Chodź.- poprowadził ją w kierunku zakazanego lasu. Kiedy dotarli do drzew, gdzie warstwa śniegu była cieńsza, użył różdżki, żeby oczyścić ścieżkę.
-Co widzisz?
-Buki. Zeschnięte liście. Błoto. Grzyby.
Popatrzył na nią pogardliwie.
-A co z tego wszystkiego może być użyteczne?
-Cóż, drewno buka jest czasami używane do produkcji różdżek, chociaż niezbyt często. I grzyby, jak sądzę? Chociaż nie wiedziałabym które można bezpiecznie zjeść.
-Przy pniu buka często można znaleźć mnóstwo jadalnych grzybów, które mogą się przydać gdy ktoś szuka pożywienia. Ten- powiedział, wskazując na pomarańczowego grzyba z cienkim kapeluszem pod którym widać było drobne, niebieskawe żyłki- to pieprznik jadalny(1). Jest jadalny i stosunkowo smaczny. Widzisz inne?
-Tutaj- powiedziała.
-Jeśli to pani zje, panno Granger, będzie pani bardzo chora, zanim minie godzina. Szturchnął grzyb stopą.- To jest Jack o' Latern (2). Zauważ, że zamiast żyłek ma blaszki.
Schyliła się i przyjrzała.
-Rozumiem.
-Zapamiętaj- powiedział. Potaknęła, wyglądając jakby żałowała że nie ma pergaminu.
-Jeśli będzie pani potrzebowała takiego pożywienia, panno Granger, bardzo prawdopodobne, że nie będzie miała pani pod ręką notatek. Musi pani to po prostu zapamiętać- oczyścił kolejny kawałek ziemi ze śniegu.- tutaj- rzucił, pokazując na stożkowatego grzyba, z nieregularnymi wnękami pokrywającymi owocnię.- To smardz, którego też znajdziesz w lesie bukowym. Można go spokojnie jeść, ale trzeba uważać, żeby nie pomylić go z ?fałszywym smardzem"(3) -przeciął grzyb wzdłuż trzonka, pokazując że jest pusty w środku.- Fałszywy smardz będzie pełny włochatej substancji. Zjedzenie powoduje śmierć.
-Profesorze? ? zapytała, a jej twarz była poważna i skupiona, tak jakby wyjaśniał jej sposób uwarzenia eliksiru żywej śmierci.
-Tak?
-Czy to? Chodzi o to, że? Czy Dumbledore chciał żeby mnie pan tego nauczył?
-Pyta mnie pani, czy wybrałbym spędzenie moich ferii świątecznych na szukaniu grzybów w śniegu?
Popatrzyła na niego ze złością, ale jej głos wciąż był spokojny i poważny.
-Pytam pana, czy sądzi pan, że będę zmuszona szukać jedzenia w runie leśnym w najbliższym czasie.
-Doskonale pani wie, że nie mam pojęcia co dla pani planuje dyrektor.
-Nie pytam co pan wie. Pytam co pan myśli.
-Prosił mnie, żebym o tym nie myślał. Podwójna ślepota, panno Granger.
Patrzyła na niego przez chwilę, tak długą, że miał ochotę odwrócić wzrok, ale nie zrobił tego.
-Nie chcę narażać siebie ani pana, ale wydaje mi się, że to obraża nas oboje, wyobrażenie, że nie zobaczymy co to musi oznaczać.
-Co tylko podkreśla znaczenie tej lekcji- odpowiedział krótko. Nienawidził siebie w tej chwili. To było oczywiste: maskowanie, oklumencja, zaklęcia tarczy, lekcje o jedzeniu i lecznictwie. Będzie musiała uciekać. A jednak, nie powie? nie może powiedzieć? jej o tym, nie może jej upewnić. Może jedynie ją uczyć.
Potaknęła i oczyściła większą przestrzeń ze śniegu, tak żeby mogli usiąść. Pochylił się powoli, obawiając momentu w którym zimno przesączy się do jego stawów, ale z ulgą odkrył, że rzuciła na zamarzniętą glebę zaklęcia amortyzujące i ogrzewające, co dało im komfortowe warunki do pracy. Skrzyżował nogi i otworzył książkę.
-Tu jest lista grzybów występujących w Wielkiej Brytanii- powiedział.- Wybrałem lasek bukowy nie tylko dlatego, że jest niedaleko, ale ponieważ jest popularny i ponieważ nie sądzę, żeby była pani w stanie przyswoić sobie cały ten tekst. Chyba lepiej będzie jeśli skupi się pani na jednym siedlisku.
Panna Granger położyła książkę na kolanach i pochyliła się nad nią. Jej oczy przesuwały się szybko po tekście.
-Accio grzyby!- powiedział i prawie się roześmiał, kiedy zostali obsypani latającymi grzybami. Ona się zaśmiała i zabrzmiało to jak dzwonki w zimowym wietrze. Patrzył jak podnosi jeden z jasnych, pomarańczowych kapeluszy i przygląda mu się dokładnie.
-Jack O'Latern- powiedziała, odkładając go na bok.
-Proszę go oznaczyć, panno Granger. Nie chciałaby pani żeby któryś z pani durnych towarzyszy zjadł go przez przypadek.
Popatrzyła na niego ostro, po czym uśmiechnęła się złośliwie i usunęła go za pomocą różdżki. Pokiwał głową, a ona wybrała fioletowego grzyba o lekko wypukłym kapeluszu i przewróciła strony książki, szukając jego nazwy.
-Gąsówka naga? (4)- zapytała.
-W rzeczy samej. Trzeba go gotować, ale jest jadalny. Niektórzy ludzie uważają że całkiem smaczny.
Położyła go w fałdach szaty leżącej jej na kolanach. Poszukała wszystkich, które go przypominały i po dokładnym przyjrzeniu się dodała je do stosu.
Pracowała bezustannie, poznając gatunek po gatunku; sprawdzając je w książce, a następnie usuwając bądź dodając do sterty. Przyglądał się jak pracuje, czasami potwierdzając jej opinię lub dodając komentarz o przygotowaniu lub smaku. Jej czoło marszczyło się, a włosy opadały bezładnie na twarz. Kilka razy przerwała żeby zwinąć je w węzeł na karku, ale nie dawało to większego efektu i pukle wciąż były targane przez wiatr i unosiły się nad jej głową. Jej nos i policzki zaczerwieniły się od kontaktu z płatkami śniegu. To właśnie najbardziej w niej lubił. Nigdy nie narzekała na bzdury, albo pytała jak długo będą to robić. Po prostu zajęła się segregacją z zainteresowaniem, zdeterminowana, żeby zakończyć lekcję.
Kiedy masa grzybów dookoła nich została zredukowana niemal w całości, a stosik na jej kolanach urósł do ilości która mogłaby pożywić troje zdesperowanych nastolatków, zatrzymał ją.
-Świetnie- powiedział, przytrzymując jej rękę, którą wyciągnęła po kolejnego grzyba.- Ten, oczywiście to muchomor czerwony, grzyb z opowieści. Całkiem prosty do rozpoznania i całkiem trujący. Usuń go.- Wykonała polecenie i odwróciła się w jego stronę. Kosmyk jej włosów musnął jego usta.
-Następnym etapem lekcji, oczywiście, po dobrej identyfikacji, jest?
-Zjeść jednego.
-Mniej więcej.
Wybrała ze sterty smardza. Przecięła różdżką nóżkę i sprawdziła, czy wnętrze jest puste.
-Nie ma włóknistej substancji- powiedziała.- A blaszki są jednoznaczne. Powinien być zjadliwy.
Odcięła kawałek grzyba i uniosła do ust. Nagle spanikował.
-Nie!- krzyknął a ona prawie upuściła kawałek.
-Co? Zgodziłeś się ze mną! To smardz.
-Daj mi- sięgnął po grzyba, ale ona potrząsnęła gwałtownie głową.
-Nie. Pańskie życie jest ważniejsze niż moje, profesorze. Ja go zjem.
-Nikt go nie zje- powiedział twardo.
-Zwariował pan? Sam pan powiedział, że to część lekcji! Jaki jest cel uczenia mnie jak znaleźć jedzenie, jeśli nie mogę tego wykorzystać? Wierzę w swój osąd, profesorze. Zjem to.
-Jeśli wierzy pani w swój osąd, nie powinna się pani obawiać o moje?
-Nie? Proszę? pan?- patrzyła na niego ostrożnie, jakby zastanawiała się jak może zinterpretować jej słowa.- Już i tak za bardzo pan ryzykuje przeze mnie.
Poczuł chłód. Pamiętał sposób w jaki na niego patrzyła poprzedniej nocy. Jej oczy przeszukiwały go tak dokładnie i systematycznie. Przyglądała się nie tylko szukając krwi, ale bólu, był pewien, przypominając sobie jak utkwiła wzrok w jego twarzy, oceniając jej wyraz. A później, jak bezwładnie opadła na kanapę, z tak wyraźną ulgą.
-Oboje zjemy- powiedział. Oczami wyobraźni zobaczył dziwny obrazek- jak z mugolskiego Szekspira, oni oboje kończą martwi w śniegu, niczym jacyś perwersyjni Romeo i Julia. To wydało mu się dziwnie pociągające.
Potaknęła i ponownie przecięła grzyba, podając mu kawałek. Przeżuł i połknął, nie spuszczając wzroku z jej twarzy gdy robiła to samo.
-Teraz co?
-Teraz czekamy.
Usiedli w ciszy obserwując śnieg opadający z drzew. Kilka zimowych szpaków przeleciało nad ich głowami. Pochyliła się do tyłu, opierając się na łokciach.
-Jak pan zwykle spędza ferie?- zapytała.
-Słucham?
-Jak pan spędza ferie? Kiedy nie uczy pan nieznośnych Gryfonów jak przeżyć w lesie?
Jego oczy utkwiły w jego twarzy i zobaczył, że się z nim drażni. Nieznośna, mała impertynentka. Uśmiechnął się i potrząsnął głową w jej stronę.
-Zwykle zajmuję się dużo bardziej radosnym sprawdzaniem esejów.- powiedział, a ona uśmiechnęła się szeroko.
-Zawsze pan tu zostaje?
-Nie lubię gotować- odparł po prostu.
Cisza od czasu do czasu była przerywana szelestem zwierząt albo skrzypieniem lodu. Słońce było wysoko nad ich głowami, ale w lesie, gdzie siedzieli, robiło się już ciemno.
-A ty?- zapytał w końcu.
-Dorastałam niedaleko Londynu- powiedziała.- Rodzice są dentystami. To rodzaj mugolskiego lekarza od zębów.
-Mój ojciec był mugolem- rzucił cicho Snape.- Wiem kim jest dentysta.
-Och! Nie wiedziałam. Cóż, moi rodzice zamykają gabinet na kilka dni w święta. Robimy tradycyjne rzeczy. Dużo jedzenia, prezentów i tak dalej.
Przez chwilę było mu jej żal; spędzała Boże Narodzenie z dala od rodziny, jedząc grzyby w śniegu, zamiast ciepłego, pysznego posiłku przygotowanego przez matkę.
-Myślałam, że będę tęsknić za domem- powiedziała nagle.- Ale cieszę się, że nie pojechałam. Dziwnie jest wrócić do świata bez magii.
-Faktycznie. Wielu mugolaków ma z tym problem.
-Naprawdę? Chyba nie wiem czego oczekiwać po odejściu z Hogwartu.
-Większość woli jeden bądź drugi świat i wybiera konsekwentnie. Jak powiedziałaś, ciężko jest żyć pomiędzy.
Nie zaznaczył, że jest wojna, że raczej nie będzie miała dużego wyboru jeśli zatriumfują śmierciożercy: porzucić magię i ukrywać się, albo walczyć i ukrywać się. Nie powiedział również, że jej wybór został właściwie podjęty kiedy zgodziła się go poślubić.
-Ale pan dorastał pomiędzy- rzuciła, nieświadoma jego myśli.
-Tak- powiedział krótko.- Wolę magię.
-Ja chyba też.
Nie był zaskoczony jej oświadczeniem. Rzadko spotykał mugolaka tak bardzo zajętego magią jak ona. To nie był tylko talent, ale sposób w jaki wybrała Pottera za przyjaciela, zajmując widoczne miejsce w wojnie, która toczyła się na długo zanim ona poznała magię, na długo zanim się urodziła.
-Myślę, że możemy spokojnie założyć, że nie umrzemy w męczarniach za sprawą zatrucia grzybami- mruknął, podnosząc się z ziemi, jakby nie mógł znieść swoich rozmyślań ani chwili dłużej.
Podał jej rękę, żeby pomóc jej wstać, a ona złapała ją. Kiedy wstała, stos grzybów spadł z jej kolan.Gdy zgięła się, żeby otrzepać szaty, podmuch wiatru rozburzył jej włosy. Zmrużyła oczy kiedy latały dookoła niej, całkowicie ją oślepiając. Puściła jego dłoń unosząc ręce do twarzy, żeby ogarnąć rozwiane włosy, a on wpatrywał się w nią z rozbawieniem, kiedy walczyła z nimi. Poczuł jakiś napływ uczuć do tej głupiej, niemożliwej dziewczyny; tej uroczej, nieznośniej dziewczyny; jego dzielnej Gryfonki, która uniosła obie ręce starając się przytrzymać włosy z dala od oczu. Wtedy, łapiąc jej twarz w obie dłonie, pochylił się i pocałował ją.
Jej wargi były lodowato zimne i językiem szukał ciepłej głębi jej ust. Jej ręce zacisnęły się na jego płaszczu; podeszła bliżej, otaczając go ramionami, przyciągając bliżej, mocniej w jego objęciach, kiedy pogłębiał pocałunek. Słyszał gwałtowny dźwięk wiatru, albo może dudnienie krwi w swoich skroniach, bo każda część jego ciała wydawała się nagle przebudzić.
Co on do cholery wyprawiał?
Odsunął się od niej gwałtownie.
-Przepraszam panno Granger. To było bardzo niestosowne.
-Niestosowne?- wymamrotała.
-Ja? Proszę mi wybaczyć.- wcisnął książkę w jej ręce.- Proszę to wziąć.
Wzięła, wciąż patrząc na niego ze zdumieniem. Odwrócił się i szybko poszedł w stronę zamku.
-Profesorze Snape!
Słyszał jej głos w wietrze, ale szedł nie oglądając się za siebie. Co on sobie myślał? Całować uczennicę? Nie uczennicę? Żonę! Jego umysł bełkotał i słusznie. Pomyślał ponownie jak malutka była na tle ośnieżonego lasu.
Ta dziewczyna będzie jego zgubą.
*

(1) Pieprznik jadalny to swojska kurka :), ale możliwe że chodziło o Cantharellus amethysteus, czyli pieprznik ametystowy. I to i to jest potocznie nazywane chantarelle.

(2)Jack o'Latern: kielichowiec pomarańczowy, czyli Omphalotus olearius. Nie występuje w Polsce, bo potrzebuje cieplejszego klimatu, tym bardziej więc nie występuje w Szkocji, gdzie klimat jest bardziej stabilny ale chłodniejszy. Prędzej spotka się go na południu Europy. Ale niech Autorce będzie, szczególnie że podoba mi się etymologia nazwy potocznej, czyli Jack o'Latern- tak nazywane są hallowenowe lampy zrobione z wydrążonej dyni, oraz z czego wywodzi się tradycja tych lamp błędne ogniki, które miały być duszami zmarłych Irlandia Co ma do tego kielichowiec pomarańczowy? Jego owocnik świeci w ciemności.

(3) Piestrzenica kasztanowata , Gyromitra esculenta

(4) Gąska naga, Wood blewit
http://www.youtube.com/watch?v=SKjNtLUavR0 A Very Potter Musical
It is totally awesome ;)
yasiria
Nawiedzony Romantyk
Nawiedzony Romantyk
 
Posty: 52
Dołączył(a): 28 maja 2011, 12:55

[NZ][T] Drugie Życie [12/48]

Postprzez yasiria » 02 cze 2011, 23:58

Tekst pogrubiony jest cytatem z książki "Harry Potter i Książę Półkrwi"

Rozdział dwunasty

Przez następne kilka dni pukała do jego drzwi punktualnie o dziewiątej. Wiedziała że był w środku; mogła wyczuć że tam jest, ale nie zaprosił jej. Wiedziała, że mogła po prostu wejść. Ochrony przepuściłyby ją. Albo mogła pójść do Dumbledore'a, który zmusiłby go do kontynuowania zajęć. Ale tak jak nie chciała tłumaczyć dyrektorowi co spowodowało jego zachowanie, nie chciała narzucać się Snape'owi. Kiedy będzie gotowy, powtarzała sobie, odpowie i wszystko będzie jak dawniej, jak przed popołudniem w zakazanym lesie. A ona będzie pukać aż do tego czasu.
Hermiona była tak samotna jak nigdy wcześniej. Wiedziała jak to jest nie mieć przyjaciół, jak to jest być uznaną za irytującą, arogancką kujonkę. Wiedziała jak to jest mieć przyjaciół, ale być z dala od nich; każdej chwili którą spędzała w świecie mugoli towarzyszyła tęsknota za Harrym i Ronem. Wiedziała jak to jest tęsknić za domem, czuć się samotnie bez rodziny, kiedy była w szkole, a także tęsknić za światem magii kiedy była w domu. Ale nigdy dotąd nie znała uczucia, które ją ogarnęło i ścisnęło jej serce. Wydawało się, że jakiś jej fragment został oderwany i ciśnięty w dal, prawie jakby tęskniła za sobą samą. Nie wiedziała czy Snape miał brakujący kawałek, czy też sam nim był, ale wydawało się jasne, że nic nie było dobrze od kiedy zostawił ją samą w lesie. I cokolwiek to było, przyciągało ją każdego ranka do lochów.
Nie pomagała ani nauka, ani czytanie i czuła, że zniknęły jej umiejętności, w których szkoliła się przez lata, dzięki którym mogła być spokojna i bezpieczna. Zawsze czuła, jakby była na krawędzi paniki. Miała ochotę uderzać w drzwi, żądając żeby wyszedł się z nią zobaczyć. Chciała błagać go, obiecać, że to nie miało znaczenia, że nic nie zrobi jeśli tylko on zgodzi się nauczyć ją jeszcze trochę więcej. Ale, oczywiście, to był Snape i nie mogła zachować się w ten sposób. Wyobrażała sobie jego spojrzenie, pełne chłodnej pogardy, gdyby ośmieliła się okazać jakąkolwiek emocję. Zmiażdżyłby ją.
Czwartego dnia odpowiedział na jej pukanie.
-Wejść.
Weszła do gabinetu, trzęsąc się lekko i ściskając w ręce skórzaną, malutką torebkę. Kiedy podeszła do biurka, zrozumiała co robił kiedy nie chciał jej widzieć. Z powrotem stał się jej profesorem. Jednym słowem, wejść, dał jej do zrozumienia, że nie będzie więcej przyjacielskich pojedynków słownych czy na zaklęcia, żadnych dodatkowych lekcji czy rozmów. Była po prostu kolejnym z jego przerażonych uczniów przynoszących mu swoją pracę do sprawdzenia.
-Panna Granger. Czemu zawdzięczam tą... przyjemność?- wypowiedział słowo ?przyjemność" z takim powątpiewaniem, że miała ochotę zripostować, ale wiedziała, że nie może tego zrobić.
-Skończyłam mój projekt o zaklęciach rozszerzających- powiedziała cicho, wyciągając skórzany woreczek.
Snape otworzył sakiewkę i wyjął z niej jej podręczniki. Ułożył je na biurku.
-Wystarczające- powiedział znudzonym tonem.- Oczywiście taka sakiewka spowoduje ciekawość. Dlaczego ją pani ma? Co jest w środku? Dużo bardziej niepozorna byłaby jakaś zwykła torebka na ramię... Coś po czym oko się prześlizgnie- zauważy, ale zignoruje...
-Tak, profesorze- powiedziała. Czuła się dziwnie odsłonięta kiedy stała przed jego biurkiem, jednak nie powiedział, żeby usiadła.
Nieuważnie odłożył sakiewkę na biurko, a ona zaczęła się zastanawiać, czy powinna wziąć ją i ponownie spakować do niej książki. Spuścił głowę, wracając do pergaminu, który przeglądał. Włosy zasłoniły mu twarz, więc nie widziała żadnej emocji. Cieszył się z jej zakłopotania, czy sam był zażenowany?
-To wszystko?- zapytał, nie unosząc głowy.
-Tak, profesorze- powiedziała i zebrała książki, niezręcznie omijając go. Spakowała książki do sakiewki patrząc na nie z pewnym smutkiem. Bardzo się nad tym namęczyła; to była jedyna rzecz na jakiej mogła się skoncentrować przez ostatnie dni. Myślała, że idea sakiewki była błyskotliwa, bo mogła rozszerzyć otwór, tak żeby pasował do wielu kształtów. Przyniosła ją, chociaż się do tego przed sobą nie przyznawała, jako prezent. Prezent związany z jej umysłem i talentem. To, że uznał ją za bezwartościową, sprawiło że znienawidziła ją.
-Więc oczekuję zobaczyć panią na zajęciach z obrony przed czarną magią w następnym semestrze.
Czyli nie będzie więcej lekcji. Zaprosił ją, żeby zwolnić ją na resztę ferii. Kiedy zapakowała torbę, odwróciła się do wyjścia.
-Panno Granger.
Zatrzymała się.
-Po dokładnym rozważeniu wydarzeń tamtego dnia, odwołuję moje przeprosiny.
Jej serce podskoczyło. Czy on mówił, że...
-Wyraźnie było to spowodowane lekkim zatruciem grzybami. W związku z tym nie widzę potrzeby przepraszania za działania, które były po za moją kontrolą.
Jakoś, jednym oświadczeniem, zdołał dać do zrozumienia, że pomyliła się przy rozpoznawaniu grzybów i zatruła go, oraz, że uważa ją za tak odrażająca, że jedynie neurotoksyna mogła go zmusić do pocałowania jej.
Hermiona patrzyła na niego uważnie, rozważając opcje. Zauważenie, że ona jadła tego samego grzyba i nie zachorowała nie wydawało się całkiem dobrym rozwiązaniem. Podobnie rozpłakanie się i wybiegnięcie z gabinetu. Wciąż na niego patrząc sięgnęła w głąb siebie i wypchnęła dalej chłodną wdzięczność, że ledwie orientowała się że ją opętał.
-Jestem pewna, że ma pan rację- powiedziała łagodnie. Później przerwała i dodała: - proszę sobie wyobrazić, co mogło się stać, gdybyśmy zjedli całość.
Kątem oka zauważyła, że jego policzki zaczerwieniły się, kiedy odwróciła się i spokojnie wyszła.
Dopiero po wejściu na drugie piętro i przejściu do innego skrzydła zamku uznała że jest wystarczająco daleko i rozpłakała się.
***
Hermiona siedziała w pokoju wspólnym, kiedy wrócił Harry, przechodząc przez dziurę za portretem i kierując się w jej stronę. Była tak zadowolona, że już jej nie ignoruje... ostatnie kilka dni były okrutnie długie i samotne... że nawet nie pomyślała, żeby zażądać przeprosin.
-Harry! Jak ci minęły ferie?
Rzucił się na kanapę obok niej.
-Było całkiem nieźle... Mam ci sporo do opowiedzenia. I... Eee... Przepraszam za to jak cię potraktowałem zanim wyjechałem... Miałem kiepski okres... Widzisz.. Usłyszałem...
Machnęła nieuważnie ręką.
-Co usłyszałeś?
-Tej nocy, kiedy byliśmy na imprezie u Slughorna... Śledziłem Malfoya i Snape'a! Poszli do gabinetu Snape'a i...
Jej serce zadrżało i zatrzymało się. Co on słyszał?
-Malfoy coś planuje! Coś dla Voldemorta... I Snape zaoferował mu pomoc!
Hermiona słuchała w ciszy gdy Harry mówił jej to co podsłuchał pod drzwiami gabinetu. Starała się spokojnie myśleć. Musiała ściągnąć Harry'ego z tej ścieżki, ale jak?
-Czy nie sądzisz...- zaczęła.
-Że udawał chęć pomocy, tak żeby mógł zmusić Malfoya do powiedzenia mu co robi?
-Cóż... Tak.

-Tak mówią wszyscy- odparł niecierpliwie.- Ale to dowodzi że miałem rację i Malfoy jest w coś wmieszany! Mówiłem ci to od wieków!
-Zdecydowanie tak- powiedziała, ale Harry nie zwrócił uwagi na jej ton.
-I to dowodzi, że jest śmierciożercą.
-Czy on powiedział, że pracuje dla Voldemorta?
Harry spochmurniał, próbując sobie przypomnieć.
-Nie jestem pewien... Snape na pewno powiedział ?twój pan", a o kim innym mógłby mówić?
-Nie wiem- powiedziała Hermiona, przygryzając wargę.- Może jego ojciec?

-Dlaczego jesteś tak bardzo zdeterminowana żeby wierzyć, że Malfoy jest niewinny?
-Nie mówię, że wierzę, że Malfoy jest niewinny... Po prostu uważam, że jeśli profesor Snape jest świadomy sytuacji, musimy wierzyć, że...
-Proszę cię- zaczął ze złością Harry.- Snape nie za bardzo udowadnia że jest godny zaufania. Ten facet jest śmierciożercą, Hermiono!. Nie wiem dlaczego zawsze go bronisz.
Hermiona pomyślała o wszystkim co usłyszała tamtej nocy w gabinecie Snape'a. Tak naprawdę nie mogła winić Harry'ego za jego zmartwienie; sama była wściekła i przerażona kiedy to usłyszała. Ale prawda była taka, że zawsze wierzyła w Snape'a. Przez lata Harry mówił o nim okropne rzeczy, ale czy on się nie pojawiał zawsze kiedy go potrzebowali? Nawet we Wrzeszczącej Chacie myślał, że ich chroni... Chroni Harry'ego przed mężczyzną, który sprzedał jego rodziców. W trakcie tej okropnej nocy w ministerstwie, kiedy stracili Syriusza , to właśnie Snape wysłał im pomoc. Przypomniała sobie co powiedział jej kiedy pytała o plan Draco: Proszę mi wierzyć, panno Granger, dyrektor jest świadomy wszystkiego czym dzielę się z Malfoyem. Rób co do ciebie należy. Pozwól mi robić co należy do mnie.

O cokolwiek chodziło w tym gabinecie musiała mu wierzyć że to była część planu. Czyż nie było wielu takich części, których nie rozumiała? Dlaczego została związana ze Snapem? Dlaczego Dumbledore przygotowywał ją, i z tego co Snape sugerował w lesie, Harry'ego i Rona, do życia w ukryciu? Musiała mieć wiarę, wierzyć, że plan ich jakimś cudem ocali. Harry nie powinien wtrącać się w to co robi Snape.
-Słuchaj... Jeśli nie wierzysz Snape'owi idź do Dumbledore'a. Jestem pewna, że już wszystko wie, więc będzie mógł cię uspokoić.
-Jesteś niewiarygodna, wiesz?- powiedział, potrząsając głową.- Zobaczymy kto ma rację. Odszczekasz te słowa, Hermiono.
-Możliwe- powiedziała, - ale myślałam że masz większe zaufanie do opinii Dumbledore'a.
Wtedy Ron i Lavender weszli do pokoju wspólnego.
-Strasznie się za tobą stęskniłam Mon- Ron!- Lavender wisiała na Ronie jak śliczny blond rzep.
Harry popatrzył na Hermionę przepraszająco, ale ona wzruszyła ramionami.
-Jeśli to go uszczęśliwia...
Wyglądał jakby poczuł ulgę.
-Myślisz, że wy dwoje się jakoś dogadacie?
-Zapewne.
-Cudownie!- Harry powiedział, najwyraźniej wybaczając jej wcześniejszą niechęć do oczerniania Snape'a i Malfoya. ? Jeśli o tym mowa, pokłóciłem się z Rufusem Scrimgeourem...
Kiedy Harry zatopił się w opowieści o swojej sprzeczce z ministrem magii, Hermiona zaczęła się wiercić. Musiała ostrzec Snape'a że Harry podsłuchiwał. Wiedziała, że nie udało jej się odsunąć uwagi Harry'ego od tropienia Malfoya, a nie chciała, żeby Snape myślał, że powiedziała mu co usłyszała. I chciała żeby się przygotował na to, że chłopak może się wtrącić...
Kiedy tylko uznała, że wyjście nie będzie niegrzeczne, usprawiedliwiła się koniecznością skorzystania z toalety. Uderzyło ją, że spędziła ostatnie dni z niecierpliwością czekając na towarzystwo, a kiedy w końcu je miała, kombinowała znowu żeby uciec. Wbiegła po schodach do pokoju. Parvati jeszcze nie wróciła, a Lavender wciąż była w pokoju wspólnym z Ronem. Wycelowała różdżkę w pierścionek i pomyślała Harry coś usłyszał. Muszę się z tobą zobaczyć.
***
Snape bezskutecznie starał się skupić na dokumentach przez cały dzień. Od kiedy panna Granger pojawiła się na chwilę w jego gabinecie, nie mógł myśleć o niczym poza subtelnie uniesioną brwią i chłodem w jej głosie kiedy mówiła proszę sobie wyobrazić, co mogło się stać, gdybyśmy zjedli całość. Bezczelna dziewucha! Czy postanowiła go torturować? O co jej w ogóle chodziło?
W końcu odłożył pracę, bo zrozumiał, że już nic nie osiągnie. Przygotowywał się na wizytę w pokoju wspólnym Slytherinu, żeby przywitać powracających uczniów, kiedy jego pierścień zrobił się ciepły. Co znowu? pomyślał, zdejmując go.
Harry coś usłyszał. Muszę się z tobą zobaczyć. Słowa były malutkie i musiał obrócić pierścień kilkukrotnie, zanim je odczytał. Zanotował w pamięci, żeby nauczyć ją jakichś skrótów zanim odpowiedział.
Ósma. Moje komnaty.
Kolacja była przykrym obowiązkiem. Snape wyładował część swojej frustracji i niepokoju na ślizgonach, ale kiedy wszedł do wielkiej sali wszystko powróciło, pogłębione przez widok jej zgniecionej między Potterem i Weasleyem przy stole Gryffindoru. Więc złota trójca pocałowała się na zgodę. I teraz mają ponownie jej uszy, mogąc je napełniać całą masą kłamstw i insynuacji na jego temat. Co takiego powiedział jej Potter, że poprosiła go o spotkanie?
Odchrząknął, gdy Dumbledore wygłaszał mowę powitalną. Pomimo jego ostrzeżeń dziewczyna patrzyła na niego kilkukrotnie, chociaż nie mógł jej upomnieć, jako że wszystkie oczy były zwrócone na stół nauczycielski. Ich oczy się spotkały i odwrócił się. Co, na Merlina, ona mu robiła?
Niespokojnie, wciąż w morderczym nastroju wyszedł z sali i podążył do komnat. Kiedy dotarł na miejsce uznał, że najlepiej będzie jeśli zajmie miejsce przy biurku, pozorując brak czasu, kiedy ona się pojawi. Otworzył książkę i zamknął ją. Zamówił herbatę od skrzata domowego, a następnie ostro ją skrytykował, gdy okazała się być wystarczająco gorąca żeby parzyć- tak jak lubił.
Kiedy przybyła przez sieć fiuu, punktualnie o ósmej, był przygotowany na warczenie na nią aż zacznie płakać.
-Profesorze Snape- powiedziała- Dziękuję za przyjęcie mnie.
Nic nie powiedział, jedynie patrzył na nią bezlitośnie, czując lekki triumf, kiedy zaczęła wyglądać na przestraszoną.
-Ja... Ja nie chciałam panu przeszkadzać, ale Harry wrócił od Weasleyów i wygląda na to...- splotła dłonie przed sobą, przestępując nerwowo z nogi na nogę.
-Niech pani to wykrztusi, panno Granger. Nie mam na to całego wieczoru.
-Wygląda na to że on podsłuchiwał tamtej nocy na przyjęciu u Slughorna.
Przez chwilę pomyślał, że mówi o czymś co stało się między nimi. Później dotarło do niego, że miała na myśli rozmowę z Malfoyem. Ilu gryfonów węszyło pod jego gabinetem tamtej nocy?
-Rozumiem.
-Po prostu pomyślałam... Cóż, pomyślałam, że powinien pan wiedzieć, że on uważa to za dowód przystąpienia Malfoya do śmierciożerców, i...
-I jak zwykle wierzy że pomagam mu w jakimś nikczemnym planie.
-Mniej więcej- powiedziała, najwyraźniej czując ulgę.
-Co mu pani powiedziała?- zapytał gwałtownie.
-Nic, proszę pana. Zapytałam go, czy Malfoy faktycznie powiedział, że pracuje dla Voldemorta, czego nie zrobił, profesorze. I powiedziałam mu, że na pewno ma pan udawać współpracę z Malfoyem, żeby dowiedzieć się co on planuje. Zasugerowałam mu, żeby poszedł do Dumbledore'a jeśli nie potrafi panu uwierzyć.
-A co zamierzała pani osiągnąć mówiąc mi to?
-Nic, profesorze. Pomyślałam, że powinien pan wiedzieć na wypadek gdyby Harry zamierzał utrudniać pańskie zadanie...
-Ludzie zakładają, że Gryfoni i Ślizgoni są przeciwieństwami, ale myślę że są oni bardziej podobni do siebie, niż odważyłaby się pani przyznać: knujący, egoistyczni, zawsze gotowi do oszukiwania i kłamania, łamią zasady i opowiadają bajki żeby zdobyć to co chcą. Wolę ślizgonów, bo są wystarczająco dzielni, żeby się do tego przyznać. Gryfoni zawsze udają że robią to dla kogoś innego. Czego pani chce, panno Granger?
Wyglądała na zranioną i urażoną.
-Zapewniam pana, myślałam jedynie o pana bezpieczeństwie. Co jeśli Harry zrobi coś w wyraźnej odpowiedzi na to co usłyszał? Co jeśli będzie próbował powstrzymać Malfoya a Voldemort pomyśli, że pan...- jej głos lekko się załamał.- Co jeśli on pomyśli, że pan powiedział mi coś czego nie powinien pan mówić i że ja...- zacisnęła zęby i gwałtownie zamrugała.
Więc udało mu się doprowadzić ją do płaczu. Poczuł wstręt do samego siebie, ale nie zamierzał się wycofać w obliczu jej łez.
-Więc przyszła się pani upewnić, że ochronię panią przed Czarnym Panem?
-Nie!- wydała z siebie dźwięk udręczenia i frustracji.- Przyszłam powiedzieć panu, żeby obserwował pan Harry'ego. Trzymał go z dala od Malfoya. Żeby był pan bezpieczny.
Wtedy zaczęła szczerze płakać, może ze względu na to, że też poczuła do siebie wstręt, bo zrobiła coś, czego nikt inny nigdy dotąd nie zrobił. Zdradziła Pottera dla niego.
Wstał zza biurka jakby wynurzając się z pod wody. Powietrze wydawało się być zbyt gęste żeby oddychać. Stanął przed nią, a ona się wzdrygnęła. Przekląłby siebie, gdyby udało mu się zachować jasność umysłu.
-Panno Granger.
Potrząsnęła głową i otarła oczy.
-Przepraszam, profesorze. Pójdę już.
-Panno Granger- położył dłoń na jej ramieniu. Popatrzyła na niego. Zauroczyło go, jak łzy uformowały jej rzęsy w ciężkie, ciemne kolce.
-Hermiono- powiedział i jakoś znalazła się w jego ramionach. Jej drobne ciało drżało od szlochu. Pogłaskał jej okropne włosy... Merlinie, jak mógł tak szybko zapomnieć jak są miękkie?... Poczuł jej gorące łzy przez materiał koszuli. Powinien być obrzydzony; nawet starał się poczuć obrzydzenie, ale wszystko co mógł uzyskać to coś w rodzaju głębokiego bólu, więc objął ją mocniej.
-Hermiono.
-Nie możesz- wykrztusiła, próbując wyrwać się z jego ramion.- Chcę cię tak bardzo, ale nie możesz. To zbyt niebezpieczne.
-Naprawdę myślisz, że pozwoliłbym im cię teraz skrzywdzić?
-Nie mnie, ty cholerny kretynie! On cię zabije. Dowie się i zabije cię.
Coś w nim pękło, kiedy odepchnęła go i wbiegła w kominek. Obserwował jak jej szaty wirują, kiedy znikała w płomieniach. Zatoczył się w kierunku fotela i opadł na niego. Patrzył jej w oczy i nie potrzebował legilimencji żeby odczytać w nich prawdę. Troszczyła się o niego.
http://www.youtube.com/watch?v=SKjNtLUavR0 A Very Potter Musical
It is totally awesome ;)
yasiria
Nawiedzony Romantyk
Nawiedzony Romantyk
 
Posty: 52
Dołączył(a): 28 maja 2011, 12:55

[NZ][T] Drugie Życie [13/48]

Postprzez yasiria » 03 cze 2011, 00:34

Tekst pogrubiony jest cytatem z książek "Harry Potter i Kamień Filozoficzny" i "Harry Potter i Książę Półkrwi"

Rozdział 13

Kolejne tygodnie mijały jakby okryte mgłą, przez którą jedynie chwilami przeświecało słońce. Hermiona była tak wyczerpana jak w czasie trzeciej klasy, gdy używała zmieniacza czasu, a może nawet bardziej. Kiedy nie była na zajęciach, była z Harrym, próbując powstrzymać go od śledzenia Malfoya; kiedy nie była z Harrym siedziała w bibliotece szukając informacji o Horkruksach.
Harry poprosił ją o to po jednej z lekcji z Dumbledorem. Wyglądało na to, że starzec chce, żeby Harry zdobył wspomnienie od profesora Slughorna... Wspomnienie o Horkruksach. Czymkolwiek były, profesor Slughorn nie chciał przyznać, że wie o nich cokolwiek, w związku z czym sądziła, że chodziło o czarną magię. Dlatego siedziała w dziale ksiąg zakazanych, godzina po godzinie, przedzierając się przez Najbardziej złowrogą magię, co było niezbyt pomocne. Wszystko co znalazła to wzmianka, że horkruksy były ?najbardziej niegodziwymi magicznymi wynalazkami", co nie rozjaśniło jej w głowie. Miała wrażenie, że Dumbledore, jak jakiś perwersyjny kolorowy muzykant (1) zamierza poprowadzić Harry'ego taką ścieżką jak poprowadził ją we wrześniu, ścieżką pełną złych omenów i kopców usypanych wzdłuż drogi, nie pozwalając mu się zatrzymać i zastanowić, zamiast tego wypełniając ich umysły wzniosłymi ideałami i wzmacniającymi słowami. Napełnił Harry'ego determinacją i siłą, ale po co? Nawet nie powiedział mu przeciwko czemu dokładnie działają. W związku z tym szukała.
Harry, ze swojej strony, był bardziej zainteresowany Snapem i Malfoyem i miał poparcie Rona. Obaj siedzieli ciągle nad mapą Huncwotów, szukając małej, czarnej kropki oznaczonej jako Malfoy. Często jej brakowało. Hermiona trochę niepokoiła się tą nieobecnością, ale nie chciała obserwować jego ruchów tak samo obsesyjnie jak chłopcy, twardo postanawiając zostawić to Snape'owi.
Jasnymi punktami jej życia, chwilami w których czuła się naprawdę przytomna, były te spędzone ze Snapem, chociaż spotykała go nieregularnie i prawie nigdy samotnie. Coś się między nimi zmieniło tej nocy, kiedy poszła ostrzec go, że Harry jest tak zdeterminowany do przerwania planu Malfoya i chociaż zabroniła mu troszczyć się o nią, wiedziała, że nie może zmienić jego uczuć, tak jak nie mogła zmienić własnych. Kiedy mijała go na korytarzu jej serce podskakiwało boleśnie w piersi i odwracała głowę żeby uniknąć jego oczu. Atakował ją wściekle na obronie przed czarną magią a jednak wydawało jej się, że jad w jego głosie jest dowodem zmiany uczuć.
Hermiona była przerażona perspektywą pierwszych zajęć z obrony w nowym semestrze. Snape tak wytrącił ją z równowagi w swoim gabinecie, najpierw wściekłym przepytywaniem, później spojrzeniem jakim ją obrzucił, pełnym szczerej wrażliwości, i sposobem w jaki wypowiedział jej imię, że nie miała pojęcia czego się spodziewać. Udając odwagę weszła do klasy przed innymi i zajęła swoje zwykłe miejsce. Nie wierciła się, nie udawała zainteresowania podręcznikiem- po prostu siedziała cicho i spokojnie, czekając na rozpoczęcie lekcji.
Tego dnia tematem były zaklęcia ukrywające, które świetnie opanowała. Podczas gdy pozostali uczniowie z trudem starali się rzucić zaklęcie kameleona na siebie, ona zrobiła się niewidzialna i chodziła cicho między Gryfonami, szepcząc im rady.
Właśnie skradała się za Nevillem, kiedy wyraźnie usłyszała głos Snape'a:
-Panno Granger!
Poderwała głowę, chociaż nikt z klasy nie mógł tego widzieć. Cofnęła się czując się winna.
Snape przeszedł przez pomieszczenie jak drapieżnik, a Neville, przestraszony zaczął się cofać.
-Z kim przed chwilą rozmawiałeś?
Neville wymamrotał, że z nikim nie rozmawiał, ale Snape już go wyminął, zmierzając w stronę miejsca w którym stała Hermiona. Zaczęła się poruszać, omijając szybko ławki i idąc w stronę stołów Ślizgonów, ale on również się odwrócił, wydając się powtarzać każdy jej ruch.
-Jaki jest sens niewidzialności, panno Granger, jeśli powoduje pani, że pani położenie jest tak oczywiste?
Hermiona uśmiechnęła się do siebie. Wyczuwał ją, żeby podążać za nią, używając czegoś czego jedynie oni oboje mogli być świadomi. Upokorzy ją, tak jak musiał to zrobić. Ale zrobi to wiedząc co jest między nimi.
-Finite Incantatem!- powiedział, celując różdżką w coś, co musiało wyglądać jak pusta przestrzeń. Kiedy nagle pojawiła się przed nimi, Ślizgoni zachichotali głośno.
-Zaklęcie kameleona jest bezużyteczne, jeśli nieuważnie zaplanujesz swoje ruchy- wycedził.- Musisz być cicha; musisz być trudna do wykrycia. Przede wszystkim musisz być subtelna. Co powoduje że jest to raczej zły wybór dla Gryfonów, bez względu na to jak usilnie będą zakuwać zaklęcia.
Hermiona wiedziała, że ją prowokuje, zapewne mając nadzieję, że złapie przynętę i zarobi sobie szlaban.
Rzucił zaklęcie kameleona na kilku uczniów- między innymi na nią, Malfoya i Neville'a i kazał im szukać innych. Nikt nie wykazał w tym zdolności, włączając Hermionę. Zamiast tego było dużo hałasu, przewracania się o rzeczy i wpadania na niewidzialnych ludzi. Hermiona przypomniała sobie coś, co Dumbledore powiedział Harry'emu jeszcze w pierwszej klasie. ?Zabawne jak krótkowzrocznym może uczynić cię niewidzialność".Mimo to niewidzialny nauczyciel nie miał problemów ze znalezieniem jej, a ona jego ponownie i ponownie. Czasami po prostu muskał jej rękaw ręką, kiedy się mijali. Kilka razy dźgnął ją różdżką, a raz złapał jej włosy. Krew zadudniła jej w uszach i musiała pokonać chęć złapania jego ramienia i przyciągnięcia go do siebie. Ale wtedy wypuścił ją, lekko popychając i wróciła do szukania ostrzegawczych znaków niewidzialnych osób: pergaminu unoszącego się w powietrzu, skrobania krzesła w miejscu gdzie nikogo nie było.
Snape rzucił ostatnie Finite Incantatem na pokój, ujawniając wielu zakłopotanych studentów w różnych miejscach. Neville stał na jednym ze stolików Gryfonów, wyglądając jednocześnie na przerażonego i zawstydzonego a Hermiona czając się w kącie szła szybko w stronę Harry'ego i Rona.
-Sądzę, że ciężko jest oszukiwać, panno Granger, kiedy nie można zobaczyć kolegów- wycedził Snape.- Longbottom, zejdź ze stołu. Boję się myśleć co się z wami stanie za murami zamku.
Hermiona podała rękę Neville'owi, który bez wdzięku zeskoczył ze stołu, ku rozbawieniu Ślizgonów.
-Opanuj się, Draco- powiedział, raczej nieoczekiwanie Snape.- Czy to nie ty przewróciłeś krzesło? Zabawne, nie zauważyłem że meble też stają się niewidzialne.
Hermiona zdusiła uśmiech, ale pozostali Gryfoni nie zrobili tego. Harry wyglądał na podekscytowanego.
-Kłopotliwe- rzucił Snape.- Rzeczywiście kłopotliwe. Zbliżają się wasze OWTMy, a co ważniejsze wciąż trwa wojna. Jednak wielu z was zupełnie nie przejmuje się przetrwaniem- przeszedł przez salę, a szaty załopotały za nim. Hermiona z trudem powstrzymała uśmiech. To co ją w nim najbardziej przerażało, teraz wydawało się oczywiste i proste. Ostro zakręcił i straciła go na chwilę z oczu, wyobrażając sobie jak ćwiczy ten onieśmielający szelest szaty. Nagle poczuła, że jest blisko, zbyt blisko niej w miejscu publicznym i przywróciła uwagę w momencie kiedy złapał ją od tyłu i przyłożył różdżkę do jej gardła.
-Co teraz pani zrobi, panno Granger?
Jego lewe ramie trzymało ją mocno, przyciskając do krzesła. Jednak wciąż miała niewielkie pole do ruchu ręką od różdżki. Nieostrożna pomyślała, chociaż musiał planować zrobienie tego.
-Puść ją.- powiedział Harry a rozbawienie zniknęło z jego twarzy. Podszedł do Snape'a.
-Opanuj się, Potter.
Hermiona widziała determinację na twarzy Harry'ego. Nie ważne co sugerował Snape, Harry wziął to na poważnie. Wyglądał jak zapewne wyglądałby gdyby naprawdę przed nim stał śmierciożerca trzymając ją. Poczuła dwie rzeczy, niemal całkowicie różne. Pierwszą był nagły przypływ miłości do Harry'ego. Walczyłby, stanąłby przeciwko wszystkiemu, zanim zobaczyłby ją zranioną. Cokolwiek mieli zrobić, była z nim bezpieczna. Drugą była wściekłość, że on nie potrafi zobaczyć co Snape chce mu przekazać. Tutaj, całkowicie bezpieczny, miał okazję żeby pomyśleć jak zachować się, gdyby któreś z nich zostało pojmane. Snape trenował go tak poważnie jak robił z nią przez zimę. Dlaczego był tak zaślepiony przez starannie dopasowaną szatę i złośliwość?
Hermiona delikatnie przesunęła prawą rękę, wyciągając różdżkę, w chwili gdy Harry uniósł swoją.
-Puść ją- powtórzył.
-Podejdź bliżej, to rzucę na nią urok.
-Nie ośmielisz się.
-Doprawdy?- Snape wbił różdżkę, raczej boleśnie, w jej kark.
-Expe...
-Harry, nie! Expelliarmus rozbroi także mnie!
-Accio Sn...
-Niewerbalnie, Harry, albo wcale! On mnie zabije zanim zdążysz dokończyć zaklęcie!
-Cisza, panno Granger.
Delikatnie uniosła różdżkę myśląc ?drętwota" i wiedziała, że osiągnęła cel kiedy Snape zesztywniał przy niej. Oswobodziła się z jego uścisku i zastanowiła się czy powinna zabrać jego różdżkę. To było tylko ćwiczenie, oczywiście, i on wścieknie się, jeśli rozbroi go przed klasą... Ale czy nie chodziło o traktowanie tego jakby było rzeczywistością? Wysunęła jego różdżkę z jego dłoni zanim usunęła zaklęcie.
Snape mrugnął dwa razy, najwyraźniej oceniając sytuację. Cicho, tak strasznie cicho powiedział:
-Moja różdżka, jeśli pani pozwoli- wyciągając dłoń. Podała mu różdżkę, nagle czując że ściska jej się gardło. Czekała na odjęcie punktów i szlaban, co jak była pewna miało nastąpić.
-Mogłem zabić panią trzy razy w czasie który poświęciła pani na krzyczenie instrukcji do pani... przyjaciela.
Przełknęła. Miał rację, oczywiście, ale to była dobra lekcja. Miała po prostu nadzieję, że Harry się czegoś nauczył. Rzuciła mu spojrzenie; kipiał z wściekłości.
-Harry- zaczęła, ale już przesuwał się w stronę Snape'a z uniesioną różdżką. ? Harry, stój!
-Jak śmiesz?- zagrzmiał.- To jest obrona przed czarną magią jeśli nie zauważyłeś! Nie masz prawa...
-Harry!
-Nie, proszę kontynuować, Potter. Nie mam prawa... do czego?
-Dotykać jej!- wrzasnął Harry a Hermiona wzdrygnęła się, wyobrażając sobie jak musiało to zabrzmieć dla Snape'a.
Snape jednak był niewzruszony.
-Och, zapewniam cię, mam prawo-warknął.- Minus pięćdziesiąt punktów dla Gryffindoru, za pański wybuch, Potter. I mam nadzieję, że może pan myśleć o lepszej obronie, kiedy będzie stał przed prawdziwym wrogiem.
Na szczęście lekcja się skończyła i Hermiona musiała siłą wyciągnąć Harry'ego z lochów.
-Obrzydliwy, ohydny dupek!- wściekał się chłopak, kiedy wspinali się po marmurowych schodach.
-Dobrze się czujesz Hermiono?- zapytał Ron.
-Świetnie- warknęła.- On mnie nie skrzywdził. On uczył.
-Nazywasz to nauczaniem? On cię terroryzował! Idę do Dumbledore'a. Nie ujdzie mu to na...
-Więc nie ma znaczenia co ja o tym sądzę? Mówicie że byłam terroryzowana? Jestem wdzięczna za to co dzisiaj zrobił i wy też powinniście.
-Wdzięczna?- rzucił Ron.- Zwariowałaś? Dlaczego mielibyśmy być wdzięczni?
-Och, nie wiem. Może dlatego, że dał nam okazję do wyobrażenia sobie co moglibyśmy zrobić, gdyby jedno z nas faktycznie zostało pochwycone? Ponieważ pokazał mi jak myśleć jasno i użyć odwrócenia uwagi jako mojej zalety, nawet jeśli się boję? Na Merlina, za co tu być wdzięcznym?- Przeskoczyła kilka stopni i chłopcy musieli się pośpieszyć żeby za nią nadążyć.
-Tak, ale gdyby powiedział, wtedy moglibyśmy...- zaczął Ron.
-Wyobrażasz sobie, że Lucjusz Malfoy albo Bellatrix Lestrange dadzą ci czas, ostrzegając cię wcześniej? Panie Weasley, proszę zwrócić uwagę co zrobię pana małej, uwięzionej przyjaciółce. Co pan zrobi?
-Brzmisz jak on- powiedział Harry z obrzydzeniem.
Mogli spieprzać. Była daleko od momentu kiedy potraktowałaby porównanie do Snape'a jako zniewagę.
-Świetnie! Cieszę się że tak myślisz, biorąc pod uwagę, że on jest jedyną osobą w okolicy która faktycznie martwi się o przetrwanie. Abstynencja!- wrzasnęła na Grubą Damę, która skrzywiła się słysząc jej ton.
-Posłuchaj, Hermiono- zaczął Harry.
-Nie, ty posłuchaj. Możesz go nienawidzić jak bardzo chcesz Harry. Możesz go wyzywać, możesz wierzyć że jest zdrajcą i czego tam jeszcze potrzebujesz do trzymania się z dala od myślenia o prawdziwym wrogu. Ale ja zamierzam go słuchać, zamierzam się od niego uczyć. I zobaczymy kto odszczeka swoje słowa.
***
Stosunki między nią a Harrym i Ronem znacznie się ochłodziły na kilka tygodni. Wciąż razem jedli posiłki, siadali w klasach, a Hermiona nadal szukała informacji o Horkruksach, ale linia została zaznaczona i chociaż już o tym nie mówili, wszyscy wiedzieli, że ona jest po przeciwnej stronie.
Ranek w dniu urodzin Rona był ciemny i chłodny. Hermiona przewracała się w łóżku i podjęła ledwie świadomą decyzję żeby spać dalej. Była sobota a ona była na nogach do trzeciej nad ranem, przeszukując dział ksiąg zakazanych. Harry'emu nie poszczęściło się w przekonywaniu profesora Slughorna żeby dał mu wspomnienie, głównie, jak sądziła, ponieważ był takim idiotą, że postąpił zgodnie z radą Rona. Była bardziej niż lekko zirytowana, bo jego niemożność zdobycia wspomnienia po prostu oznaczała więcej siedzenia do późna dla niej. Na pewno zdołają przetrwać śniadanie bez niej. Da Ronowi prezent w czasie lunchu. Zagłębiła się w poduszki i powróciła umysłem do cudownego snu, jaki miała. W nim walczyła ze Snapem i w momencie kiedy podniosła różdżkę żeby go przekląć, porwał ją w ramiona i...
Jej pierścień zrobił się ciepły. Kurwa. Zdjęła obrączkę z palca i przyjrzała mu się zmęczonymi oczami.
Skrzydło szpitalne.
Natychmiast wyskoczyła z łóżka i założyła wczorajsze dżinsy. Wsunęła buty na stopy. Och nie. Och, proszę, Boże, nie. zarzuciła na siebie szatę i zbiegła po schodach, przebiegła przez pokój wspólny, przeskoczyła przez dziurę za portretem i wpadła na kogoś w znajomej, czarnej pelerynie.
Snape złapał ją mocno obiema rękami i przytrzymał aż stanęła pewnie.
-Panna Granger. Wygląda pani na przestraszoną.
-Co? Myślałam...- zatrzymała się.- Co miałeś na myśli mówiąc ?skrzydło szpitalne"?- syknęła z wściekłością.
-Weasley- powiedział krótko. ? Trucizna. Zorientowałem się, że mogłaś pomyśleć o czymś innym, więc przyszedłem.
-Co się stało? Jak się czuje?
-Nie znam szczegółów, ale jest stabilny. Potter najwyraźniej nauczył się czegoś co próbowałem mu przekazać i wepchnął mu do gardła bezoar. Pani Pomfrey zajmuje się nim. Pomyślałem że chciałabyś wiedzieć.
-Tak, oczywiście. Dziękuję.
Szybkim krokiem poszła w stronę skrzydła szpitalnego. Snape szedł obok niej.
-Profesorze, nie sądzi pan że będzie lepiej...
Popatrzył na nią dziwnie.
-W rzeczy samej. Przepraszam za wystraszenie pani.
-Nie przepraszaj. Jestem wdzięczna.
Nie odpowiedział, tylko skręcił w najbliższy korytarz. Cóż, to było pechowe. Nie miała na myśli... ale to nie pomogłoby. Nie mogła tracić czasu żeby biec za Snapem, kiedy Ron był zatruty. Gdzie mógł otrzymać truciznę? Jej umysł podążył w stronę Draco... jeśli Snape miał rację i Draco był zamieszany w wypadek Katie Bell... Usunęła myśl. Podwójna ślepota. Ale jeśli Ron był w niebezpieczeństwie, na pewno nie oczekiwał że ona nie...
Wpadła do Skrzydła Szpitalnego, gdzie znalazła Weasleyów i Harry'ego zgromadzonych wokół łóżka Rona
-Co się stało? Przyszłam jak tylko usłyszałam!- zbyt późno uświadomiła sobie, że nie może powiedzieć gdzie to usłyszała, ale na szczęście nikt jej nie zapytał.
Usiadła obok Harry'ego i wysłuchała uważnie jak opowiadał, zapewne po raz setny, historię, zaczynającą się od czekoladowych kociołków (ostrzegałam cię! nie mogła powstrzymać wtrącenia) i zabrania Rona do gabinetu Slughorna. Mało brakowało jej do zrobienia szyderczej uwagi na temat niemożności Księcia Półkrwi do pomocy w uwarzeniu antidotum, ale powstrzymała się, kiedy uświadomiła sobie, że bez tej cholernej książki do eliksirów, Harry nie miałby pojęcia jak uratować życie Rona. Skupiła się na sprzecznej modlitwie dziękczynnej do Księcia, kimkolwiek on był.
-Ale wyjdzie z tego?- zapytała, kiedy chłopak skończył opowiadać.
-Profesor Slughorn i pani Promfey mówią że tak. Będzie musiał zostać jakiś tydzień... Wciąż przyjmuje wywar z ruty...

Hermiona zaczęła płakać. Jej serce wciąż waliło a to było zbyt wiele. Jak to się stało, że tak się od siebie oddalili? Mogła zobaczyć jak te wydarzenia następowały po sobie... Romilda i te zatrute czekoladki, zaklęty naszyjnik, urodziny Rona, książka księcia półkrwi.. wszystko było dziwnie sensowne dla jej wciąż zaspanego i ogarniętego poczuciem winy umysłu. Jak mogła to przeoczyć? Czy to by się stało, gdyby wstała i poszła na śniadanie? Dlaczego ostatnio się nimi nie zajmowała? Odrzuciła ich przez ich głupie podejście do Malfoya! A najgorszy był fakt, fakt do którego ledwie przyznawała się przed sobą, że była dużo bardziej przestraszona, kiedy myślała że to Snape jest w skrzydle szpitalnym. Czy nie miała serca? Jej najlepszy przyjaciel leży nieprzytomny a ona wciąż była zdenerwowana przypadkowym zlekceważeniem Snape'a w korytarzu. Co jest z nią nie tak?
Harry niezręcznie objął ją, wyraźnie wierząc że jest przejęta troską o Rona. Zaszlochała głośniej nienawidząc swojego zdradzieckiego umysłu i głupiego serca. Ona zawsze była tą rozsądną. Nie znosiła fantazjowania, nie biegała nierozważnie jak Harry i Ron; wierzyła w logikę, rozsądek i naukę. Wyznaczała priorytety. A jednak, nagle, wyglądało na to, że jej priorytety poplątały się i pomieszały przez złośliwego, cynicznego mężczyznę dwa razy od niej starszego, który spędzał połowę czasu na rozwścieczaniu jej, a drugą połowę na udowadnianiu w kółko, na różne sposoby, że mimo jej wieku, jej domu, jej usposobienia... mimo wszystko się o nią troszczył.
Ginny podeszła i objęła ją z drugiej strony. Jak to możliwe żeby nienawidzić się tak gwałtownie i czuć się tak przewrotnie szczęśliwą w tym samym czasie? Pozwoliła sobie wtulić się w przyjaciół i płakać ze wszystkich powodów które w niej narastały. Wszyscy tutaj, wszyscy których kochała byli w, cytując zegar pani Weasley, śmiertelnym zagrożeniu. Zatrucie Rona było z pewnością jedynie wstępem do horrorów z jakimi mieli się zmierzyć. Niedługo ona, Ron i Harry opuszczą Hogwart. Zapewne następnym razem gdy jedno z nich będzie ranne, ona będzie leczyć rany. To wystarczało, żeby wariować ze strachu i zwątpienia. A jednak czuła się komfortowo dzięki Harry'emu i Ginny, a jeszcze lepiej przez mężczyznę który uczył ją jak przetrwać. Jeśli im się uda, podziękują Snape'owi. Ale co z jego przetrwaniem? Kto będzie leczył jego rany, martwił się przy jego łóżku? Kiedy powróci do śmierciożerców, kto w ogóle będzie się troszczył, że on jest w niebezpieczeństwie?
-Wyjdzie z tego, Hermiono- szepnął Harry.
Pociągnęła nosem ostatni raz i wstała.
-Mam taką nadzieję- powiedziała, chociaż to nie o Ronie myślała.

(1) chodzi o pied pipe, czyli ?flecistę z Hameln", bohatera baśni ludowej spisanej min. przez braci Grimm- wg legendy w XIII wieku miasteczko Hameln miała opanować plaga szczurów. Wynajęty przez mieszkańców szczurołap za pomocą muzyki płynącej z cudownego fletu wywabił gryzonie z miasta. Kiedy po wykonanej pracy nie dostał wynagrodzenia, w podobny sposób wyprowadził w nieznane wszystkie dzieci z Hameln. Myślę że autorce chodzi o zdolność Dumbledore'a do omamiania dzieci i prowadzenia ich wg swojej woli. Kolorowy, bo wg podań flecista ubierał się w kolorowe ciuszki. Pojawił się podobno w ?Fauście" Goethego.
http://www.youtube.com/watch?v=SKjNtLUavR0 A Very Potter Musical
It is totally awesome ;)
yasiria
Nawiedzony Romantyk
Nawiedzony Romantyk
 
Posty: 52
Dołączył(a): 28 maja 2011, 12:55

[NZ][T] Drugie Życie [14/48]

Postprzez yasiria » 05 cze 2011, 21:24

Rozdział 14

Kiedy znak zapłonął, Snape wiedział, że nie jest wezwany na przesłuchanie. Pojawił się ból, tak, uczucie czegoś obcego i złego w skórze, ale był zagłuszony przez mrowienie... Przyjemne mrowienie, obiecujące coś innego. Nie lubił odpowiadać na takie wezwania, ale czuł, że ze względu na ostatnie niezadowolenie Czarnego Pana, mądrzej było skapitulować. Dlatego poszedł do sypialni i bardzo uważnie wybrał strój: jego najlepsza szata wyjściowa w bogatym, ciemno zielonym kolorze, na nią zarzucona najcięższa peleryna i, oczywiście, maska, którą zmniejszył i ukrył w kieszeni. Szybko napisał liścik do Dumbledore'a, wyjaśniający gdzie i dlaczego jest i zatrzymał się zastanawiając się, czy powinien skontaktować się z panną Granger.
Była w nim jakaś część, która chciała wypróbować ich nowo odkrytą więź. Gdyby powiedział jej gdzie idzie, czy zastałby ją po powrocie czekającą w jego komnatach? Czy byłby w stanie przyjąć pocieszenie i siłę, które oferowała, jeśli zdołałby zmusić ją do udowodnienia, ponownie, że jej zależało? Uniósł różdżkę i zawahał się. Wiedział, że nie będzie torturowany, przynajmniej nie w sposób do jakiego przywykł. Byłoby błędem niepokoić ją, szczególnie że nie miał pojęcia kiedy może wrócić. Tego typu zebrania często przeciągały się przez całą noc. Jednak chyba nie był w stanie się powstrzymać.
Wezwano mnie wysłał przez pierścień i podążył do punktu teleportacyjnego.
Był trochę zawiedziony, kiedy nie odpowiedziała, chociaż wiedział, że prawdopodobnie wciąż była w pokoju pełnym ludzi w którym zostawił ją kilka godzin wcześniej. Sprawdził pierścień jeszcze raz przed odejściem, chociaż nie czuł ciepła, założył maskę i deportował się.
Pojawił się w pokoju o oszałamiającej wielkości. Sufit wydawał się dążyć do nieba, a ciężkie, kamienne ściany były pokryte masywnymi, misternie haftowanymi gobelinami. Delikatne światło świec migotało z każdej ściany a pomieszczenie było nasycone hałasem i zapachami. Wyczuwał pieczony drób, cynamon, gotowane warzywa i woń drogiego czerwonego wina. Dźwięki muzyki wypełniały powietrze, chociaż nie widział orkiestry w tłumie czarownic i czarodziejów.
Narcyza Malfoy błyszcząca w pięknej, szafirowej sukni zbliżyła się do niego natychmiast. Wyglądała lepiej niż w ostatnim czasie, a na pewno lepiej niż podczas ich spotkania na Spinner's End. Jej włosy były jasne i błyszczące, a skóra promienna. Jednak było w jej twarzy coś, co kazało mu podejrzewać, że włożyła sporo zaklęć i wysiłku w swój wygląd. Jej wzrok był ciężki i ponury, jakby właśnie otrzymała niepokojące informacje.
-Severusie, mój drogi. Tak się cieszę, że mogłeś się pojawić. Pozwól że wezmę twój płaszcz.
Więc był w Malfoy Manor, tak jak podejrzewał.
-Narcyza- powiedział, podając jej okrycie.- Wyglądasz olśniewająco jak zawsze. Powiedz mi, czemu zawdzięczamy twoją przemiłą gościnność?
Zarumieniła się pięknie. Nigdy nie przestawało go zadziwiać jak czystokrwiści trzymali się starych sposobów, starych manier w każdej sytuacji. Jej mąż był uwięziony w Azkabanie, jej nastoletni syn zajmował się obowiązkiem zbyt dużym nawet dla dorosłego czarodzieja, a jednak Narcyza flirtowała z nim w swojej sali balowej. Poczuł niechętny podziw do jej odwagi.
-Najwyraźniej Draco doprowadził do przełomu- powiedziała.- Jestem pewna, że miałeś z tym coś wspólnego, Severusie. Zawsze będę twoją dłużniczką.
-Nonsens- odparł.- Draco jest zasłużony dla rodziny. Samowystarczalny, rozsądny... Cieszę się słysząc, że plan zbliża się do pozytywnego zakończenia.
-Jestem pewna. Skończysz z nauczaniem, czyż nie? Zajmiesz pozycję dyrektora?
-Tak, jeśli takie będzie życzenie Czarnego Pana.
-Oczywiście, mój drogi. Zjedz coś- powiedziała, kiedy pojawił się skrzat domowy z przystawkami. Wziął figę, posypaną serem mascarpone i zawiniętą w plasterek prosciutto.
-Fascynujące- powiedział, przyglądając się przekąsce nieufnie, zanim ją zjadł.- I przepyszne. Chociaż nie spodziewałem się niczego innego.
Obdarzyła go łaskawym uśmiechem i owinęła jego ramię ręką.
-Z pewnością chcesz oddać hołd- powiedziała i poprowadziła go przez tłum.
Czarny Pan siedział w ogromnym fotelu, choć zapewne bardziej adekwatną nazwą byłby tron, na końcu sali balowej. Snape uśmiechnął się w duchu widząc przepych i widowiskowość czarodzieja, ale musiał przyznać, że było coś królewskiego w atmosferze w pokoju. Kiedy przechodził wraz z Narcyzą, pozostali śmierciożercy z szacunkiem cofali się, aby zrobić im miejsce. Czuł, że jego ciężka, jedwabna szata sunie za nim po kamiennej podłodze, a suknia Narcyzy powiewała za nią delikatnie. Wiedział, że muszą wyglądać niesamowicie, bo widział zazdrość na twarzach niektórych gości, zarówno kobiet jak i mężczyzn. Było coś satysfakcjonującego w czci, jaką darzyli go inni śmierciożercy. Wiedział doskonale, że było kilku, jak na przykład Bellatriks, którzy wciąż go podejrzewali, ale tu nie wolno im było tego pokazać. Tu był Severusem Snapem, zaufanym szpiegiem Czarnego Pana. Tutaj był szanowany tak, że nie mógłby tego kupić za żadne pieniądze, bardziej nawet niż Lucjusz Malfoy... Nawet w jego własnym domu, z jego żoną przy boku... Był prawą ręką Lorda Voldemorta. To było zupełnie inne od spotkań jasnej strony, na których był spychany na tył pokoju, ignorowany. Kiedy podawano obiad, był zawsze ostatnim obsłużonym gościem. Nikt go nie witał, ani nie przesuwał się, żeby go przepuścić. Na zebrania zakonu wślizgiwał się. Nie można było tego inaczej określić. Ale tutaj... Tutaj podchodził.
Snape ukląkł przed Czarnym Panem.
-Severus. Cieszę się, że mogłeś się pojawić.
-Ja również, mój panie. W zamku było zamieszanie. Młody Weasley został otruty. Wszyscy skupili się na nim, więc mogłem wyjść niezauważony.
-Otruty, mówisz?
-W rzeczy samej, mój panie. Podejrzewam, że to był... wypadek. Ale nie pozwól nam się nad tym rozwodzić. Czas na świętowanie! Narcyza wspomniała, że otrzymaliśmy dobre wiadomości.
-Z pewnością już wiesz o sukcesie Draco. Już ma szafę w odpowiednim miejscu, czekamy tylko na nieobecność Dumbledore'a. Twoje informacje o jego poczynaniach były bardzo pomocne. Draco pozyskał barmankę, która zawiadomi nas, gdy dyrektor opuści zamek.
-Doskonale, mój panie- powiedział Snape. Szafa?
-Całkiem. A teraz, Severusie, wygląda na to że czarownice ustawiają się w kolejce żeby z tobą zatańczyć. Wierzę że ich nie zawiedziesz.
-Cokolwiek zadowoli mojego pana- odparł Snape, odwracając się i kłaniając Narcyzie, która stała po jego prawej stronie. Wyciągnął rękę, a ona podała mu delikatną dłoń, pozwalając, aby poprowadził ją na parkiet.
-Bellatriks martwi się tym jak potraktowała cię tego lata- powiedziała Narcyza, kiedy zaczęli tańczyć powolnego walca.
-Powiedz jej żeby się tym nie przejmowała, bo ja się nie przejąłem.- odpowiedział.
-Na pewno ulży jej, że to powiedziałeś, Severusie. Może z nią zatańczysz? To na pewno ją uspokoi.
-Z pewnością. Taniec z obiema siostrami Black jednego wieczoru... Rozpieszczasz mnie, Narcyzo. Co u Lucjusza?
Nie był pewien czy mu się nie wydawało, ale chyba zesztywniała lekko na jego słowa.
-Ma się tak dobrze, jak może będąc w Azkabanie.
-Wybacz, moja droga. Nie zamierzałem cię zmartwić.
-Nie, Severusie, dziękuję że zapytałeś i oczywiście przekażę mu pozdrowienia. Po prostu... Nie mam ochoty dzisiaj o nim myśleć- powiedziała i ponownie, nie był pewien czy to jego wyobraźnia, czy Narcyza Malfoy mocniej się do niego przytuliła.
Kiedy tańczyli, Snape przyglądał się kobietom dookoła niego, przypominając je sobie, gdy miały po siedemnaście lat, ledwo po zakończeniu Hogwartu: młode, bogate, wykwintne, ambitne. Bellatriks Black z burzą pięknych, czarnych włosów i bezczelnym uśmiechem; Maia Selwynn, która w szkole była ponurym molem książkowym, ale rozkwitła czymś w rodzaju surowego blasku po dołączeniu do śmierciożerców; Delphine Rosier, z domu Prewett, która tak pięknie tańczyła; Marigold Parkinson, której długie rzęsy i głęboka sakiewka popychały mężczyzn do najbardziej żałosnych popisów.
Wtedy wydawało się, że pieniądze muszą tworzyć piękno, więc każdy bal pełen był delikatnych, uprzywilejowanych kobiet, ubranych w jedwabne suknie, zawsze wyglądających piękniej niż poprzednio. Spoglądał na kolejne twarze. Mógł mieć każdą, którą chciał; wystarczyło żeby powiedział słowo, tak wpływowy był, od razu po przyłączeniu się. Ale myślał wtedy jedynie o Lily. Jakoś, pomimo jej zaskakująco jaskrawo rudych włosów i tanich, mugolskich ubrań, sprawiała, że one wszystkie wyglądały jak malowane nierządnice.
Piosenka skończyła się, więc Snape uwolnił z ramion raczej niechętną Narcyzę. Bellatriks pojawiła się w zasięgu jego wzroku, więc podszedł do niej, ponownie wyciągając rękę.
-Bella- powiedział ciepło.
-Severus.
-Zechcesz zatańczyć?
-Dlaczego nie. To dla mnie przyjemność- wyglądała na lekko skruszoną.
Kiedy Bellatriks wsunęła się w jego ramiona, zaskoczyło go jak smukła jest. Nawet teraz była w niej szalona energia i gracja, którą miała we krwi, ale kości policzkowe był zbyt wystające, a włosy... Patrzenie na nie niemal bolało. Doskonale pamiętał jej włosy. Były jak jedwab w odcieniu atramentu. Teraz były przetykane szorstkimi, białymi pasmami i chociaż wyraźnie upiększone czarami, były zaledwie cieniem dawnego piękna i elegancji. Bellatriks była zaledwie osiem lat starsza, ale czas odcisnął na niej piętno. Chociaż na nim zapewne też. Czas spędzony w Azkabanie był widoczny na jej twarzy.
Dawniej krążyły pogłoski łączące go z tą czy tamtą czarownicą. Również Bella była jedną z jego rzekomych kochanek, zanim poślubiła Rudolfa. To było doprawdy śmieszne. Żadna z nich ani trochę nie interesowała Snape'a. To czego chciał, nie było w tym pomieszczeniu ani wtedy ani teraz. Wszystko, o czym marzył, od kiedy pamiętał, to żeby być chcianym. Nie pożądanym, nie potrzebnym, chociaż to mogło być przyjemne, ale po prostu chcianym. Po prostu mieć kogoś, kto go wybierze wiele razy jedynie przez to że jest sobą. Kobiety w tym pokoju nie potrafiły oceniać mężczyzny inaczej niż ze względu na jego krew, pozycję społeczną i stan konta u Gringotta. Były świetnie wychowanymi czarownicami szczególnego rodzaju. Miłość się nie liczyła w obliczu sojuszy..
Przyszedł do Voldemorta z otwartą raną po tym, jak Lily wyszła za Pottera. Aż do dnia ich ślubu wierzył, że może ją przekonać. Mieli tak wiele wspólnych wspomnień i dla niego wydawało się jasne, że ona może być tym czego najbardziej potrzebował. Lily Evans nie dbałaby o to że jest biedny, brzydki i pół krwi. Lily znała go od kiedy był niezręcznym, nieudolnym dzieckiem w niedopasowanych, mugolskich ubraniach. Jeśli ktoś mógł nie zwracać uwagi na jego wady, musiała to być Lily Evans, z jej dzielnym, gryfońskim sercem i sposobem w jaki zdawała się wyciągać to co było najlepsze w człowieku. Ale wybrała Pottera. Nawet myślenie o nim powodowało mdłości. Nigdy nie rozumiał, co sprawiało że ten dureń był dla niej tak atrakcyjny. Nie widział w nim ani odwagi, ani szczerości ani ciepła. Nic z tego co miała w sobie Lily. Kiedy myślał o Potterze widział bogatego, zepsutego bachora pobłogosławionego od narodzin świetnym wyglądem, złotem i sprawnością fizyczną. Potter nie przykładał się do szkoły, nigdy nie miał stałej pracy; nie myślał o niczym po za figlami i Quidditchem. Był jak te czarownice z którymi Snape tańczył tego wieczora: przyjemny dla oka i całkowicie nieistotny. Myślał, że Lily jest warta dużo więcej. Szczerze mówiąc, myślał że sam jest wart dużo więcej.
Więc w końcu dołączył do Voldemorta, przygotowując się do sukcesu, który nie śnił się nikomu w najśmielszych marzeniach, przygotowując się do pokazania jej co straciła. Z jego inteligencją i mocą Czarnego Pana co mogło go powstrzymać?
-Severusie- powiedziała Bella, wyrywając go z zamyślenia.- Ledwie się do mnie odezwałeś.
-Wybacz mi, Bello- mruknął.- Po prostu wspominałem dawne czasy. Przyznaję że jesteś wizją tego wieczora.
Zaśmiała się swoim chłodnym, brzęczącym śmiechem.
-Och, ale te dni minęły, przyjacielu. Czas zająć się nowymi. Peregrine przyglądała ci się cały wieczór. Dlaczego tracisz czas, tańcząc z Cissy i ze mną? Jesteśmy teraz jedynie starymi matronami.
Peregrine Lestrange, bratanica Bellatriks faktycznie gapiła się na niego wdzięcznymi oczami. Miała dziewiętnaście lat i niedawno ukończyła Durmstrang.
-Jest urocza, przyznaje, ale nie może się z tobą równać.
-Jesteś pochlebcą, Sevy- powiedziała. Piosenka skończyła się.- Przyjdź, porozmawiaj z Rudolfem. Zamierzał się ciebie poradzić o jakiś eliksir, ale raczej nie możemy się pojawić w Hogwarcie, prawda?
Snape pozwolił jej poprowadzić się do grupki czarodziejów, którzy stali niedaleko, swobodnie popijając ognistą whisky z kryształowych szklanek Lucjusza Malfoya. Ciężko byłoby sobie wyobrazić, patrząc na nich, że byli członkami ciemnego i złowrogiego społeczeństwa, w którym rządził strach. Ciężko było siebie wyobrazić któregoś z nich, tak dobrze ubranych i wychowanych, wijącego się pod cruciatusem, albo nagiego i błagającego, próbującego uciec od chłosty.
-Avery, Gibbon, Lestrange- powiedział.
-Snape!- wykrzyknął Avery, ściskając na powitanie jego ramię.- Mężczyzna, którego chcieliśmy zobaczyć. Dawno cię nie było, przyjacielu.
-Panowie, miło was widzieć. Obawiam się, że moje zadanie zostawia mi niewiele czasu na składanie wizyt. Jednak często o was myślę. Również tęskniłem za naszymi małymi... wypadami.
Rudolf zaśmiał się głośno.
-Jestem pewien że tak, skoro jesteś zamknięty w tym zamku przez cały rok. Jak tam stary Dumbel?
-Z tego co słyszałem, nawet jeśli teraz czuje się dobrze, to już niedługo to się zmieni- odpowiedział Snape.
Mężczyźni zaśmiali się, a Bellatriks odeszła, żeby dołączyć do towarzystwa Narcyzy, Peregrine i Marigold. Peregrine ze swoją młodością wyróżniała się jak kwiat cieplarniany.
Tak, dołączył do nich żeby znaleźć żonę i zdobyć bogactwo. Przyjrzał się czarodziejom, którzy rzekomo byli jego przyjaciółmi. Z ich trójki jedynie Lestrange był bogaty przed dołączeniem do Czarnego Pana. Jego plan nie był dziwny. A jednak nie zdołał się przywiązać do nikogo. Były flirty, ale nikt nigdy nie zadowolił go na tyle, żeby chciał przedłużyć sytuację. Czekał. Ale na co?
Na co? Czy to możliwe, że wciąż czekał, wciąż miał nadzieję na to, że jest więcej do przeżycia niż strach? Nikt w tym pomieszczeniu nie lubił, nie chciał go naprawdę. Po prostu podziwiali jego moc i obawiali się gniewu. Pomimo pięknej oprawy to nie było inne niż spotkania zakonu i gdyby mogli, unikaliby go. Nagle, uświadomił sobie, że może przejść przez pokój i zaprosić Peregrine do tańca, zabiegać o nią, sprzymierzyć się z najsilniejszą rodziną czystokrwistych czarodziejów w całym magicznym świecie i wspiąć się jeszcze wyżej w rankingu Czarnego Pana. Mógł kontynuować plan żeby pomóc Malfoyowi i zapewnić sobie dom taki jak ten. Mógł nawet zrobić z tych mężczyzn rogaczy, a oni nie mogliby zareagować. Mógł mieć to wszystko i więcej. Jego szansa jeszcze nie minęła.
Gibbon zarechotał i Snape został zmuszony do wzięcia udziału w dyskusji na temat preferencji seksualnych Dumbledore'a.
-Lubi takie małe, prawda Snape? Powiedz prawdę. Czy dyrektor robi specjalne lekcje pierwszorocznym dziewczynkom?
-Raczej pierwszorocznym chłopcom ? odparł, odpychając obrzydzenie które mogło wypłynąć na jego twarz. Co za niesmaczna rozmowa. Mężczyźni obok niego wybuchnęli śmiechem.
- Pierwszoroczni chłopcy- Avery sapnął, łapiąc się ze śmiechu pod boki.- Och, Snape, nigdy się nie zmienisz. Pamiętasz, jak...
Ale Snape nie interesował się wspomnieniami Avey'ego, bo właśnie podeszła do niego Peregrine.
-Panie Snape- powiedziała.
-Proszę, moja droga, nazywaj mnie Severus, albo naprawdę będę czuł się jak starzec.
-W takim razie Severusie- powiedziała z wdziękiem.- Nie oszukuję się, że mnie pamiętasz, ale...
-Nie pamiętać Peregrine Lestrange? To jakby zapomnieć jak wygląda promyk słońca. Jak się dzisiaj bawisz?
-Świetnie, proszę pana. A pan?
-Całkiem dobrze teraz, bo rozmawiam z tobą.- zaczerwieniła się i odwróciła wzrok.- Zechciałaby pani zatańczyć, panno Lestrange?
-Mów mi Peregrine, Severusie. I bardzo chętnie.
Poprowadził ją na parkiet. Kiedy jej bladozielona suknia zawirowała w tańcu nagle przypomniał sobie o zupełnie innej młodej czarownicy w zielonej szacie, z którą ostatnio tańczył.
-Więc uczysz w Hogwarcie.
-Tak. Upokarzające zajęcie.
-Dlaczego? Właśnie skończyłam Durmstrang. Naprawdę podziwiam nauczycieli. To jest duża... władza... Kształtowanie młodych umysłów.
-Chociaż jestem pewien, że jesteś najlepsza we wszystkim czego się podejmujesz, moja droga, zapewniam, że przeciętny uczeń nie chce być kształtowany, jak to ujęłaś.
Roześmiała się.
-Pewnie nie. Ale dano mi do zrozumienia, że jesteś bardzo utalentowanym mistrzem eliksirów.
-Zawstydzasz mnie, moja droga. Zwyczajnie lubię sztukę warzenia.
-Ach, również skromny i przystojny.
Wewnętrznie wzdrygnął się. Kłamstwa, wszystko to kłamstwa. Gdyby powiedziała ?zdolny", ?spełniony", ?posiadający władzę", czy nawet ?wspaniały" mógłby chcieć kontynuować tę farsę przez następny taniec. Ale ta dziewczyna nie miała w sobie ani krzty rozsądku. Za jakiego głupca go uznała? Nie interesowały go kobiece pochlebstwa. Gdyby być szczerym, nie interesowała go ani młoda Peregrine Lestrange, ani domy jak ten, ani służenie jakiemuś panu do końca swojego żałosnego życia. Co mógł zrobić z takim życiem? Skomleć błagając o życie... Wracać do domu, do kobiety dla której musiałby być miły? Nie mógł sobie wyobrazić, żeby ktokolwiek chciał czegoś takiego. Tak naprawdę, to czego naprawdę chciał, to wrócić do Hogwartu i znaleźć pannę Granger czekającą na niego w jego komnatach; zmyć z siebie woń drogich perfum i wdychać czysty zapach jej włosów.
-Severusie? Mam nadzieję, że cię nie obraziłam?
-Jak mógłbym być urażony pochwałą od tak uroczej dziewczyny?- odparł, z ulgą zauważając, że muzyka się skończyła,
-Nie zechciałbyś mnie odprowadzić do domu ojca? Przez tego szampana mam ból głowy, no i nie chciałabym podróżować sama w tych czasach.
-Brzmi cudownie, ale muszę wracać do Hogwartu- powiedział, prowadząc ją z powrotem do grupki kobiet.- Może młody Goyle?- Uwolnił ją i ujął dłoń Narcyzy unosząc ją do ust.- Narcyzo, moja droga, to była przyjemność.
-Ale Severusie, chyba jeszcze nie wychodzisz? Gość honorowy jeszcze nie przybył!
-Przekażę Draco najlepsze życzenia w szkole. Jak powiedziałem naszemu panu, wyszedłem w trakcie sporego zamieszania. Jak tylko wszystko się uspokoi, zauważą moje zniknięcie. Ale cieszę się niezmiernie, że miałem okazję do pojawienia się w twoim wspaniałym domu i podziwiania twojej pięknej twarzy. Pozdrów ode mnie Lucjusza. I dbaj o siebie, moja droga.
-Ty również, Severusie. Nigdy nie zapomnę...
-Cicho, Narcyzo. To nic.
Poinformował o tym, że wychodzi Czarnego Pana, zapewniając go, że niebawem spotkają się świętując większe wydarzenie i teleportował się.
Kiedy znalazł się na terenie Hogwartu, poczuł chłód i owinął się ciaśniej płaszczem. Szaty, które założył, chociaż ciężkie, nie pasowały na marcową wichurę. Poruszał się po zamku ukradkiem, nie chcąc być pytanym o swój strój, jednak czuł, że musi natychmiast poinformować Dumbledore'a, że najwyraźniej Draco zbliża się do zakończenia swojego planu, na czymkolwiek on polegał. Wszedł na spiralne schody prowadzące do gabinetu dyrektora, wdzięczny, że nie spotkał po drodze żadnych uczniów. Uniósł rękę żeby zapukać, kiedy włoski na jego karku uniosły się.
Ktoś był tu z nim. Wziął głęboki oddech, ale jego zmysły były znieczulone przez taką ilość mocnych perfum. Chociaż, pomyślał, wydawało mu się, że czuje...
-Panna Granger?- czyżby mimo wszystko przyszła dla niego?
Jej głos drżał od łez, ale gniew w nim był wyraźny.
-Dlaczego? Dlaczego pierścień był widoczny przez cały dzień?
http://www.youtube.com/watch?v=SKjNtLUavR0 A Very Potter Musical
It is totally awesome ;)
yasiria
Nawiedzony Romantyk
Nawiedzony Romantyk
 
Posty: 52
Dołączył(a): 28 maja 2011, 12:55

[NZ][T] Drugie Życie [15/48]

Postprzez yasiria » 05 cze 2011, 21:42

Rozdział 15

Na pieprzone gacie Merlina. Pierścień. Snape nie zawahał się, tylko schował swoją różdżkę i na oślep wyciągnął ręce. Kiedy ją znalazł, objął ją i zgniótł jej usta w gwałtownym i zaborczym pocałunku.
-Panno Granger, wyjaśnię to. Ale muszę natychmiast zobaczyć się z dyrektorem. Idź do moich komnat i poczekaj aż wrócę.
-Nie wiem jak tam dojść bez sieci fiuu- powiedziała dużo spokojniej.- Parvati i Lavender...
-Mój gabinet... Możesz tam skorzystać z kominka..
-Oczywiście. Nie wiem dlaczego byłam tak...
-Idź.- usłyszał szelest jej szat i odgłos kroków, gdy zbiegała po schodach. Poczekał chwilę, aż jego puls zwolni i zapukał mocno w drzwi.
-Zastanawiałem się kiedy w końcu wejdziesz- powiedział Dumbledore.
Szlag by to trafił i wysłał do Hadesu i z powrotem. Ile słyszał?
-Wybacz Albusie- rzucił chłodno.- Pierścienie, które zaczarowałeś dla mnie i mojej żony, czasami powodują nieprzewidziane konsekwencje.
-Konsekwencje, Severusie? Z pewnością nie... Angażujesz się w coś z tą dziewczyną?
Snape odetchnął głęboko zanim odpowiedział. Najwyraźniej przedstawienie jeszcze się nie skończyło.
-Angażuję się? Masz na myśli coś po za małżeństwem które tak bezwzględnie zaaranżowałeś?
-Twoje małżeństwo, jak doskonale wiesz, jest częścią planu... Planu na czas wojny. Nie chcę, żebyś stworzył zobowiązania, które mogą zmienić twoją lojalność. Masz obowiązki wobec syna Lily Potter.
Syn Lily Potter. Te oczy... Myślał o Lily jaką była, kiedy ją poznał. Przebojowa czarownica na placu zabaw, z błyskiem w zielonych oczach i słońcem igrającym z jej włosami, jakby wędrowało lata świetlne tylko w tym celu. Lily odeszła. Lily zginęła, a wraz z nią cała jego nadzieja, że ktoś naprawdę mógłby go zobaczyć. A jednak, wydawało się, że jej wspomnienie było przywracane tyle razy, że wyśliznęło się jak porcelana z jego palców i rozbiło. Dlaczego żył pamięcią o kobiecie która nigdy go nie chciała? To była nadzieja, którą pielęgnował, nie czarownica którą tak głupio wybrał. Popatrzył na Dumbledore'a. Na jego twarzy widać było ślad zadowolenia, jakby posmakował zwycięstwa i cieszył się smakiem.
Ale nadzieja nie odeszła. Nadzieja siedziała w jego salonie, czekając na mężczyznę, który został dla niej wybrany i którego sama wybrała wbrew rozsądkowi. Tak, wiedział o swoim obowiązku i o tym, że dyrektor ma rację. Jego obowiązkiem było chronienie Pottera, żeby zobaczyć że przeżył, że zatriumfował. Gdyby mógł zapewnić, że Voldemort zostanie zniszczony, mógł zwrócić jego urodzonej wśród Mugoli żonie, wszystkie możliwości.
-Zapewniam cię, doskonale rozumiem kwestię mojej lojalności, Albusie.
-Dobrze. Cieszę się, że to słyszę. Teraz bardziej istotne kwestie. Pisałeś, że oczekujesz przyjęcia. Co świętował Voldemort?
-Wygląda na to, że Malfoy zbliża się do sukcesu. Czarny Pan mówił, że szafa jest na miejscu.
-Szafa?
-Nie wiem. Malfoy dalej nie chce podzielić się szczegółami.
Dumbledore popatrzył na niego ostro.
-A ty uważasz, że zrobiłeś wszystko, użyłeś wszystkich swoich umiejętności żeby wydobyć od niego tę informację?
Snape odwrócił wzrok nie chcąc dać się zastraszyć.
-Zniechęcanie chłopca przez naciskanie na niego zbyt mocno nie jest dobrym pomysłem. Przekroczył punkt krytyczny. Staje się niebezpieczny.
-Dokładnie o tym mówię. Ilu uczniów ucierpi zanim zadziałasz? Co jeśli to panna Granger byłaby dzisiaj w skrzydle szpitalnym?
Czy ten dupek naprawdę sądził, że nie rozważał tej ewentualności? Kiedy usłyszał, że gryfon został otruty, był naprawdę przestraszony, po raz pierwszy od lat. Nagle wydawało się że ma dużo do stracenia.
-Na szczęście dla uczniów- odparł unosząc brew- rezultat naszego planu najwyraźniej jest już blisko. Czarny Pan twierdzi, że czekają jedynie na twoją nieobecność w szkole.
-Przynajmniej daje nam to pewną kontrolę nad sytuacją.
-W rzeczy samej.
-Świetnie, Severusie. Bądź gotowy. Zawiadomię cię, zanim opuszczę szkołę z jakiegoś powodu- Dumbledore wydawał się nieporuszony, ale jego słowa przynosiły prawdę o tym, co obiecał zrobić.
-Albusie...- pomimo wściekłości, pomimo wszystko, nie mógł sobie wyobrazić jak mógłby zabić mężczyznę, który go ocalił, który dał mu ostatnią szansę.
-Wiesz co musi być zrobione.
Snape podniósł się i odwrócił.
-Wedle życzenia.
***
Siedziała na kanapie kiedy wyszedł z kominka, ale tym razem nie spała, patrząc się bezmyślnie w płomienie. Nie płakała, chociaż teraz, kiedy była widzialna, mógł zobaczyć zmartwienie, jakie spowodował. Jej oczy były podkrążone i spuchnięte, a skóra poszarzała.
-Panno Granger- powiedział, a ona spojrzała na niego, tak jak robiła często, z otwartością jaką ledwie mógł znieść. Był pewien, że nigdy na nikogo tak nie patrzył, nigdy nie pozwolił sobie na taką otwartość.
Nic nie powiedziała, jedynie patrzyła, czekając, jak sądził, na wyjaśnienie. Ale jak miał to wyjaśnić?
Dzisiaj odwiedziłem starych przyjaciół. Prawdę mówiąc wyglądali na zmęczonych. Widzieli we mnie moc, pełnię i pożądali jej. Ale wszystko czego chcę ja, to ty.
-Zostałem wezwany przez Voldemorta, jak wiesz- powiedział i zobaczył skupienie w jej oczach.- To było coś w rodzaju przyjęcia. Oczekują... przełomu.
Wciąż nie poruszyła się, obserwując go.
-Była muzyka i jedzenie. Wszyscy wystroili się w najlepsze szaty, uśmiechali się sztucznie. Ostatnie lata kosztowały śmierciożerców ich blask, jak na pewno możesz sobie wyobrazić. Ale dzisiaj wszyscy starali się wyglądać na... potężnych.
Nic. Wciąż patrzyła. Co chciała usłyszeć?
- Tańczyłem, Hermiono. To wszystko. Tańczyłem z kobietą, która widziała, w jakiś sposób, że nie zostałem złamany... Widziała we mnie życie i chciała go.
-Tylko tańczyłeś?- jej głos był wysoki i zgrzytliwy.
-Tak- potwierdził. Wzięła głęboki, drżący oddech, który wydawał się wydobyć całą udrękę, która w niej pozostała.
-Wszystko w porządku?- zapytała.
-Nie jestem ranny- odparł, chociaż nie dokładnie o to pytała. Wstała i podeszła do niego powoli. Jej delikatna ręka sięgnęła do jego rękawa.
-Wyglądasz...- powiedziała, zastanawiając się, a on przygotował się.- oszałamiająco.
Zamknął oczy. Jak mógł to zrobić, wiedząc co ma się stać? Odsunął się.
-Musimy porozmawiać. Poczekaj.
Wyszedł z pokoju do laboratorium. Czuł ból w klatce piersiowej. Może nie być innej okazji, był tego pewien. Mógł pozwolić jej dotknąć go. Mógł... Ale jak wiele okazji będzie, żeby dał jej to czego potrzebuje żeby wykonać ten nieszczęsny plan? Czas był doskonały; teraz przekaże jej eliksir.
Powrócił z cienką, niepodpisaną fiolką i podał jej ją.
-To jest Vita Secundus.
-Drugie życie- westchnęła.- Ale, proszę pana... Vita Secundus... Lata...
-Zajmuje jego uwarzenie, tak. Zacząłem na twoim trzecim roku, kiedy powrócił Pettigrew. Dumbledore uznał, całkiem słusznie, że to znak.
-I zamierzasz użyć to na...
-Chcę żebyś ty go użyła. Dla Pottera, gdyby tego potrzebował.
Patrzyła na fiolkę w dłoni.
-Dla Harry'ego.
-W rzeczy samej. Dla Pottera i nikogo innego. Bez względu na wszystko. Czy to jest jasne?
-Ale dlaczego ja?
-Sądziłem, że to oczywiste. Bo będziesz z nim. Tylko ty będziesz wiedzieć kiedy i czy moment jest dobry żeby to zaaplikować. Eliksir działa jedynie na rany, magiczne i niemagiczne. Nie działa na...
-Klątwę zabijającą.
-Dokładnie. Sądzę że Czarny Pan nie użyje klątwy zabijającej na Potterze po raz drugi. Ale jeśli zostanie... śmiertelnie ranny... Vita Secundus go uratuje. Może być użyty raz, panno Granger. Nie ma trzeciego życia. Więc musisz być całkowicie pewna.
Potaknęła.
-Dlaczego daje mi pan to teraz?
-Czarny Pan świętuje. Czas się zbliża.
-Czas?
-Zauważyłaś, jestem tego pewny, że pobraliśmy się z jakiegoś powodu- powiedział oschle. Odwróciła wzrok.
-Odchodzisz- powiedziała. To nie było pytanie.
-Wiesz że muszę.
-Dlaczego?
-Nie mogę ci tego powiedzieć.
-Pieprzyć podwójną ślepotę! Dlaczego odchodzisz?- nie powiedziała Dlaczego odchodzisz ode mnie? ale pytanie zawisło między nimi.
-Ponieważ jest to konieczne.
Nie odpowiedziała, ale łzy ponownie pojawiły się w jej oczach.
-Musisz mieć eliksir przy sobie przez cały czas. Być cały czas czujna. Potter musi przeżyć. Musi zwyciężyć.
-Zwyciężyć? Zabić Voldemorta? Ale jak?
-To jest między Potterem i dyrektorem.
-A ja?
-Wiesz co do ciebie należy. Ty masz wierzyć.
***
Hermiona za pomocą różdżki stworzyła małą, miękką kieszeń w szacie i włożyła tam probówkę. Później odwróciła się do niego.
-Mogę to zrobić.
-Możesz?
-Tak.
Odwrócił wzrok i wydawało jej się że przypomina sobie inne obietnice, niedotrzymane.
-Zrobię to- powiedziała, ale on wciąż stał sztywno nie patrząc na nią.
-Profesorze?
W końcu skupił wzrok na niej.
-Nie ?profesor". Nigdy więcej. Nie tutaj.
Te słowa sprawiły że coś ciepłego i ciężkiego pojawiło się w jej żyłach. Od chwili gdy wszedł do swoich komnat, chciała go uspokoić, ponownie wziąć w ramiona, bez względu na to jakie czarownice trzymały go tego dnia. Ale teraz chciała więcej, chciała dać mu ostateczne zapewnienie, usunąć z jego oczu wyraz obronny, wrażenie bycia pokonanym.
Potaknęła, chociaż jeszcze nie miała odwagi żeby nazwać go po imieniu. Zamiast tego sięgnęła do jego guzików, ostrożnie odpinając je.
-To są piękne szaty. Ale to szaty śmierciożercy. Nie pasują tutaj.
Kiedy skończyła odpinać, odsunęła się i czekała. Wiedziała, że to nie było dobre zaproszenie; było coś zbyt rażącego, zbyt wyraźnie seksualnego w rozbieraniu, żeby mogło zostać uznane za zaproszenie, ale to było najlepsze co mogła wymyślić w tak krótkim czasie.
Zsunął ciężką, brokatową szatę z ramion, a ona się rozluźniła. Zaakceptował. Może nie zaakceptował jej, nie w sposób jaki ona przyjęła jego, ale przyjął zaproszenie.
-Trzeba to powiesić- powiedział i miał rację, oczywiście, bo jedwab mógł się pognieść, ale czyż nie było magii żeby zajmować się takimi rzeczami? Odwrócił się i skierował w stronę sypialni a zrozumienie spłynęło na nią nagle. Ach tak. Trzeba to powiesić. Racja. Poszła za nim cicho, bojąc się, że może ją wyrzucić.
Patrzyła bez ruchu, jak zajmuje się swoim ubraniem. Jego ruchy były powolne i delikatne, kiedy wygładzał materiał szaty i wieszał ją w szafie. Kiedy się odwrócił do niej, odpinał guzik przy kołnierzu. Nic nie powiedział, ale patrzył na nią, podczas gdy odpinał kolejne guziki i odkładał spinki do mankietów na komodę. Hermiona wiedziała, że mógł zrobić to za pomocą magii; machnięcie różdżką poskładałoby wszystko ostrożnie i odłożyło na miejsce, ale robił to rękami z irytującą powolnością. Nie mogła oderwać wzroku od jego palców, tak długich, zręcznych palców, dotykających, odpinających, gładzących.
-Tak?- zapytał w końcu.
-Ja... Tak.- powiedziała, podnosząc się z dołu pożądania w którym się znalazła i znajdując wystarczająco rozsądku żeby zacząć zdejmować własne szaty. Coś w niej wydawało się czekać, aż zapyta ją, co na Merlina robi, ale nie odezwał się.
Zrzuciła szaty, odsłaniając te same wczorajsze ubrania, które założyła rano, gdy pierścień zrobił się ciepły. W milczeniu przeklęła się. Miałaś cały dzień. Nie mogłaś przynajmniej założyć czegoś czystego? Jednak oczy Snape'a najwyraźniej nie zauważały mugolskich ubrań, zdając się spoglądać pod nie, może nawet pod jej skórę.
Był nagi od pasa w górę a ona wpatrywała się w jego ciało idąc przez pokój. Jego skóra była niemal przezroczysta w kontraście z czarnymi włosami i ciemnozielonymi spodniami. Wyglądał dla niej jak coś nowego i wrażliwego, zbyt cennego, żeby kiedykolwiek być narażonym na działanie promieni słonecznych. Jednak były blizny, które przedstawiały inną prawdę. Niektóre były wciąż różowe i świeże, inne w jakiś sposób szokowały, będąc bledsze niż jego skóra. Nagle uświadomiła sobie, że nie rozbierał się tak powoli, żeby ją zachęcić, ale żeby dać jej czas na ponowne przemyślenie sytuacji. Myślał, że będzie obrzydzona tym co zobaczy? Sama to zrobiła. Wyciągnęła rękę i dotknęła opuszkami palców jedną z nowych blizn. Była gładka i prosta. Jej praca różdżką była dobra i cieszyła ją myśl, że zrobiła coś dobrego dla niego. Pod jej palcami leżała miara mężczyzny którego poślubiła. Harry chciał dowodu? Tu był dowód. Stał między nią a szaleństwem i miał to pokazać.
Przycisnęła dłonie do jego klatki piersiowej i spojrzała na jego twarz. Stał sztywno a jego oczy wciąż były przed nią osłonięte. Co? Na co czekał? Stał jak posąg wystawiony na jej widok, wydając się myśleć, że w każdej chwili ona może odwrócić się i uciec. Jedynie lekkie szarpnięcie jego oddechu mówiło że w ogóle zdaje sobie sprawę z jej obecności. Cofnęła się i złapała jego rękę w swoje dłonie. Kiedy pochyliła się, żeby dotknąć ustami jego palców, zrozumiała. Chodziło o znak. Widziała go pod plątaniną loków, które opadły na jego ramię gdy się schyliła. Był brzydki, to prawda, obrzydliwy, w miejscu gdzie powinna być nieskazitelna przestrzeń jego skóry. Ale widziała to wcześniej, prawda? Nie było żadnego cala jego ciała, którego nie widziała wcześniej. Pewnie myślał, że to może przypomnieć jej o zwątpieniu. Pewnie sądził, że nigdy nie będzie mogła mu wybaczyć jego wyboru. Ale bez względu na powód dla którego przyjął tę przeklętą rzecz, wiedziała, że nie był śmierciożercą.
Zadrżał gdy tego dotknęła i niemal wyrwał rękę z jej uścisku, ale spodziewała się tego i trzymała z całej siły. Dotknęła Mrocznego znaku palcami prawej ręki. Był tak ciemny, tak postrzępiony, że prawie oczekiwała, że jest zagłębiony w skórze i była trochę zdziwiona faktem, że gdyby zamknęła oczy nawet nie wiedziałaby że to tam jest.
-Przestań- powiedział z trudem, ale zignorowała go i przycisnęła usta do znienawidzonej rzeczy.
W jednej chwili wyrwał się z jej uścisku i łapiąc jej nadgarstki dłonią poderwał je do góry. Uniósł jej ręce ponad głowę. Bała się ale nie wyrywała. Jeśli naciskała zbyt mocno, lepiej pozwolić mu na atak niż znosić jego milczenie. Jeśli nie...
Rozluźnił dłoń, aby zmieścić oba jej nadgarstki i sięgnął wolną ręką do jej koszulki, zdejmując ją jej przez głowę. Wysunęła się z niej, a on uwolnił jej ręce, żeby mogła się rozebrać. Kiedy tylko to zrobiła ponownie zamknął ją w swoich ramionach. Przycisnął ręce do jej boków i pociągnął jej włosy aż odchyliła głowę, pochylając się gwałtownie i całując jej usta z taką samą gwałtownością jaką pokazał na schodach. Pocałunek uspokoił ją, wyłączył cały rozsądek i zmusił ją do przyznania, ustami, językiem i zębami, że wszystko co obiecała jest prawdą: moja krew twoją krwią; mój dom twoim domem; moje życie twoim życiem. Całowała go wściekle, zdyszana, próbując ze wszystkich sił wcisnąć w jego usta nowy język, przysiąc, że wybierze go mimo wszystko, że będzie wierzyć.
***
Całowanie jej było jak wpadnięcie do tunelu bez dna. To działo się, chwilami zmiennie; momentami wymagające a momentami uległe, ale zawsze ciepłe, wilgotne i przyjemne. Czuł, że mógłby stać i całować ją przez całą wieczność, nie potrzebując niczego po za małym łykiem powietrza, żeby przeżyć, a jednak potrzeby jego ciała stawały się bardziej naglące niż kiedykolwiek. Zrobił ostrożny krok do przodu, popychając ją swoim ciałem i chociaż było to nie wygodne, przynajmniej się poruszali. Poruszał się aż usłyszał lekkie skrzypnięcie, które upewniło go, że dotarli do brzegu łóżka.
Zdawało się, że pocałunkiem tworzą zupełnie nowy język i stali tak, nad przepaścią, tocząc wściekłą rozmowę. Lekkomyślnie zmusił ją do przyznania ustami, że należy jedynie do niego. Wiedział że czas się kończy, w wielu kwestiach. Mógł ją mieć teraz, tak; i to niemal na pewno byłby jedyny raz przed tym, jak jego ohydna zdrada odsunie ją od niego. A później, z dużym prawdopodobieństwem, zostanie zabity. Ale nie może umrzeć bez tego... Chociaż raz być dotykanym, zaakceptowanym przez kogoś... Pożądanym przez kobietę, której sam pożądał. Wiedział że nie powinien... nie wolno mu... tego robić. Jak będzie się czuła, wiedząc że oddała się mężczyźnie, który rozdarł jej świat? A jednak nie mógł się powstrzymać. Popchnął ją delikatnie i opadła na materac.
Położył się obok i przyciągnął ją bliżej wezgłowia łóżka. Czuł moc, która się między nimi wytworzyła; powietrze stało się ciężkie i elektryzujące pragnieniem, a każde miejsce, którego dotknęła zdawało się być pożerane od środka przez słodkie płomienie. Nigdy nie czuł czegoś takiego. Pomyślał o ich nocy poślubnej, jak wiele razy wcześniej, ale to było nieskończenie lepsze. Jej ciało sięgało jego tak łatwo, tak chętnie. Nie było długu, obowiązku, poświęcenia. Jej pożądanie nie wynikało z jego manipulacji jej ciałem, ale po prostu z jego obecności. Chciał zapamiętać każdy oddech, aby móc przypomnieć sobie później, jak to jest być tak pożądanym, ale stwierdził, że chce jedynie tego doświadczyć.
Udało mu się oderwać usta od jej ust na tyle długo, żeby przechylić się i wsunąć do ust jej pierś. Obrysował językiem łapczywie jej sutek, który natychmiast stwardniał w odpowiedzi. Wygięła plecy, przysuwając biust do jego twarzy i zaciskając kurczowo dłonie na jego ramionach. Przygryzł lekko brodawkę, wirując językiem, aż jęknęła i zaczęła wić się na łóżku. Czuł jej ręce, próbujące pokonać drogę między ich ciałami i uświadomił sobie, że miażdży jej nogi jak uczniak. Próbowała rozpiąć guziki jego spodni więc niechętnie uwolnił jej sutek, żeby jej pomóc. Strącił jej ręce i szarpnięciem odpiął guziki, natychmiast próbując się uwolnić z materiału. Z opóźnieniem zauważył, że wciąż ma założone buty i zrzucił je niecierpliwym kopnięciem. Nie mieli w sobie żadnej gracji, kiedy zdejmowali ubrania, jednak wydało mu się to przerażająco podniecające.
Hermiona również pozbyła się butów i zsuwała dżinsy w dół nóg. Z przyjemnością obserwował jej włosy rozsypane na poduszce, jej piersi drżące lekko, gdy zdejmowała te absurdalne, mugolskie spodnie. Gdy tylko uwolniła nogi pochylił się nad nią, całując jej usta i wsuwając dłoń w jej majtki. Dlaczego nie zdjęła tego cholerstwa? Cóż, pozbędzie się go szybko. Przebiegł palcem wskazującym po jej łechtaczce, a następnie okrążył ją lekko. Rozsunęła szerzej nogi i sięgnęła aby wziąć go w ręce. Z trudem zachował rozsądek, kiedy dotknęła jego członka. Wszystko stało się ciemne i skupione... mógł wybuchnąć; mógł dojść, ale umarłby gdyby przestała go dotykać. Byli jak nastolatki, pomyślał, ale nie spowodowało to w nim niechęci, nawet gdy jego umysł podkreślił, przypominając mu, że ona jest nastolatką. Przetransmutowała go. Stał się czymś innym. Pomysł bycia nastolatkiem stał się nagle rozsądny, nawet konieczny. Byłby nastolatkiem, i żadna zła rzecz jeszcze by się nie stała; byłby wolny od swoich okropnych wyborów, mógłby dotykać tę cudowną istotę leżącą obok niego bez winy, bez strachu...
Jej dłoń ściskała go, może trochę mocniej niż by chciał, ale wciąż to było idealne... idealne.
-Hermiono- szepnął.- Ja... Nie mogę czekać.
-Więc nie czekaj- powiedziała i podniosła się z materaca, żeby zsunąć majtki. Złapała jego ramiona, przyciągając go do siebie. Klęknął między jej nogami i przesunął nabrzmiałą główkę do jej warg, nawilżając ją.
Niski dźwięk wydobył się z jej ust i to go prawie zgubiło. Merlinie, co się z nim działo? Czym się stawał? Wsunął się w nią, zagłębiając tak jak tylko mógł, a ona wymamrotała coś niezrozumiale.
-Tak?- zapytał, wahając się.
-Tak- wymruczała, przyciągając jego biodra, zachęcając do kontynuowania.
Jego rytm był nierówny, nieregularny, ale spotykała każdy jego ruch, unosząc kolana wyżej, aby dać mu łatwiejszy dostęp do jej ciała. Założył jedną z jej nóg na ramię i wszedł w nią gwałtownie.
-Hermiono...
Otworzyła usta, ale najwyraźniej słowa uwięzły jej w gardle. Uniosła się żeby go pocałować, ale odsunął twarz po za jej zasięg.
-Hermiono, proszę...
Zamknęła oczy i uniosła biodra, jeszcze wyżej.
-Powiedz to- westchnął.- Proszę, powiedz to.
Gwałtownie zaczerpnęła powietrza.
-Severus- szepnęła i wszystko pochłonął ogień. Wszystko.
Nie było świata; nie było wojny; nie było panów, za wyjątkiem tej wrażliwej i niesamowitej osoby pod nim, nie było magii oprócz tego co tworzyli między sobą. Nie mógł powstrzymać się przed wytryśnięciem w niej i przyciągnął ją do siebie delikatnie, szepcząc jej imię raz po raz w jej włosy.
Kiedy doszedł do siebie, wysunął się z niej. Zaczęła protestować, ale wymruczał:
-Cicho. Jeszcze nie skończyliśmy.- Przesunął się, klękając ponownie między jej nogami. Pochylił głowę do jej kobiecości i zanurzył język między jej wargi, smakując nasienie zmieszane z jej esencją. Gorzko, tak gorzko i słodko było smakować ich zmieszanych i połączonych... Zaatakował gwałtownie, jego język tańczył po jej fałdkach, szukając czegoś, czego nie zdołał dać jej wcześniej- jej ulgi. Wiła się, ale trzymał jej biodra, przyciskając do niej twarz, próbując dostać się głębiej, krążąc i naciskając. Gdzie? Gdzie było najlepiej? Usiłował sobie przypomnieć. Ale nagle usłyszał jak wciąga powietrze przez zęby i wiedział. Nie kółka. Tam i z powrotem. Powoli, nieubłaganie poruszał językiem aż zaczęła trząść się i wić, ale nie przestał.
Tam i z powrotem. Wsunął w nią dwa palce, naciskając do końca. Tam i z powrotem. Jej głowa rzucona na poduszkę. Tam i z powrotem. Była blisko; mógł to poczuć. Tam i z powrotem.
-Severus!- wyszlochała i poczuł pulsowanie pod palcami. Uniósł twarz żeby na nią spojrzeć; była zaczerwieniona z żądzy a jej oczy zdawały się być ogromne i ciemne. Czy to możliwe że znowu był twardy? Czy ona jakimś cudem zdarła z niego lata, które były między nimi? Wsunął się w nią z łatwością, wejście było wilgotne z wyników jej pożądania. Drgnęła kiedy wszedł w nią.
-Za dużo?
-Nie... Nie. Po prostu... Zwolnij. Spokojnie.
Zwolnij.
Spokojnie.
Tak.

Oparł się na rękach i patrzył w jej twarz, poruszając się... powoli... spokojnie... Obracał biodrami, kręcił leniwe kółka w trakcie ruchu i poczuł napięcie rosnące w niej ponownie. Mruknął, niskim, gardłowym głosem, a ona odpowiedziała dźwiękiem, jakby komunikowali się bez słów.
Nie mógł dojść ponownie, ale doprowadził ją tam tak powoli i delikatnie, że rozpłakała się, kiedy ją złamał. Odwróciła głowę, żeby ukryć łzy, ale on zsunął się z niej i wziął ją w objęcia, głaszcząc jej włosy aż się uspokoiła.
W końcu na niego spojrzała i zobaczył w jej oczach te samo spojrzenie, które widział, gdy przyszła do jego gabinetu żeby ostrzec go przed Potterem. To było niebezpieczne spojrzenie i chciałby móc warknąć, powiedzieć coś złośliwie, ale pozwolił im zajść zbyt daleko, żeby można było zawrócić.
-Jak myślisz, ile mamy czasu?- zapytała po chwili.
-Nie mogę powiedzieć. Zależy od dyrektora.
-Będę wiedziała kiedy to się stanie?
-Bez wątpienia poczujesz... Efekty. Ale postaram się ostrzec cię jeśli będę mógł.
-Dziękuję.
Leżeli w ciszy aż zaczął się obawiać, że zasną.
-Hermiono, myślę, że lepiej będzie jeśli to się nie powtórzy,
-Też tak sądzę.
Chciałby móc powiedzieć jej więcej, wyjaśnić, że im bardziej by ją pokochał, tym trudniej byłoby mu działać. A i tak jego zadanie wydawało się nierealne. A później, oczywiście, im więcej jej będzie w jego myślach, tym trudniej będzie to ukryć. Cokolwiek miałby pokazać Czarnemu Panu, nigdy nie ujawniłby jej twarzy, zaczerwienionej z pożądania, jej źrenic rozszerzonych tak, że niemal wpadał w głąb jej oczu. A jednak nie chciał oglądać nic innego. Zamknął oczy i ponownie ją zobaczył, jej wargi rozchylone i wilgotne, jej oddech płytki i nieregularny.
Odepchnął obraz z myśli.
-Przyniosę ci eliksir. Ale musisz dzisiaj wrócić.
-Wiem. Dziękuję panu.- powiedziała, a on zesztywniał na jej słowa. ?Pan" przeciął brutalnie to co osiągnęli. Ale, tak naprawdę w tej jednej sylabie był każdy powód dla którego ją kochał. Wiedziała, że, za moment, musiałby nazwać ją panną Granger i nie pozwoliła mu na to.
http://www.youtube.com/watch?v=SKjNtLUavR0 A Very Potter Musical
It is totally awesome ;)
yasiria
Nawiedzony Romantyk
Nawiedzony Romantyk
 
Posty: 52
Dołączył(a): 28 maja 2011, 12:55

[NZ][T] Drugie Życie [16/48]

Postprzez yasiria » 22 cze 2011, 11:42

Rozdział szesnasty. Tekst pogrubiony jest cytatem z książki "Harry Potter i Książę Półkrwi"

-... i pierwszą rzeczą jaka przyszła mi do głowy było sectumsempra z książki księcia- powiedział Harry, siadając na kanapie w pokoju wspólnym i pozwalając głowie opaść na ręce.- Więc go użyłem.
Ron pochylił się z zainteresowaniem, chociaż Hermiona, wnioskując po tonie Harry'ego i jego szatach, pokrytych krwią, mogła powiedzieć, że cokolwiek się stało, było naprawdę złe i że został srogo ukarany.
-I co się stało?- Ron zapytał, w chwili, gdy Hermiona zapytała:
-Użyłeś zaklęcia z książki księcia? I nie wiedziałeś nawet co ono robi?
-To... To było złe. Pociąłem go. Wszędzie była krew...
Ron milczał, ale Hermiona poczuła niemal nadzieję. Jeśli Harry zranił Draco... Wystarczająco żeby go powstrzymać...
-Z Draco wszystko w porządku?- zapytała cicho.
-Co? Tak, Malfoy jest w porządku. Snape wtargnął...
-Więc Snape był niedaleko?- powiedział Ron.- Co Malfoy robił w tej łazience? Myślisz, że to była część ich planu?
-Nie wiem- odparł Harry.- Kiedy tam wszedłem, Malfoy wydawał się być naprawdę przybity... Jakby miał... Jakby miał płakać.
Płakać? Zapamiętała to, żeby później przemyśleć.
-Biedny, durny Malfoy- zaczął Ron.
-Oczywiście, że Profesor Snape był blisko- przerwała mu Hermiona.- Jego gabinet jest w tym samym korytarzu co łazienka. Co zrobił?
-Dał mi szlaban na każdą sobotę do końca semestru- powiedział Harry niechętnie, a Ron westchnął.
-Nie, Harry- powiedziała Hermiona, tonem, który miał przekazać, że uważa, że kara była łagodna.- Co zrobił z Draco?
-Och. Cóż, podbiegł i użył różdżki żeby zaleczyć rany... i śpiewał coś w rodzaju inkantacji.
-Śpiewał?- rzucił Ron z niedowierzaniem.
-Tak, śpiewał- warknęła Hermiona.- Większość antyuroków do leczenia ran jest śpiewana. Uczyliśmy się tego w zeszłym semestrze na obronie, ale jak sądzę nie zwróciliście na to uwagi. Zapewne nie czujesz potrzeby żeby się uczyć czegoś nowego, teraz, kiedy masz tą cholerną książkę księcia.
-Hermiono, nie sądzisz, że mogłabyś dać spokój tej książce?
-Zamierzasz bronić tej książki kiedy Harry prawie zabił...
-Słuchaj, nie miałem takiego zamiaru, jasne? Wiesz, że nie użyłbym takiego zaklęcia nawet na Malfoyu, ale nie możesz winić księcia; nie napisał 'wypróbuj to, jest naprawdę dobre'... Po prostu robił notatki dla siebie, nie dla kogoś innego...
Hermiona ustąpiła.
-Wiem, że nie zrobiłbyś tego Harry, ale to jest poważne. Mogłeś zostać wyrzucony! Mogłeś zabić Malfoya! Masz szczęście, że profesor Snape tam był.
-Wiem- odpowiedział.- Ale Malfoy żyje. Snape pozbierał go... zaleczył rany, wiesz i zabrał go do skrzydła szpitalnego. Powiedział, że jeśli weźmie dyptam, prawdopodobnie nie zostanie nawet...
Nagle w głowie Hermiony dopasowały się kawałki układanki. Na obronie, tego dnia kiedy przeklął Harry'ego... Levicorpus... Książka do eliksirów... 'Mój ojciec był mugolem'... antyurok na Sectumsemprę... Snape był Księciem Półkrwi.
-... w każdym razie, teraz jest schowana. Ale wrócę po nią jak tylko to będzie bezpieczne.
Hermiona wyrwała się z rozmyślania.
-Co jest schowane?
Ron popatrzył na nią jakby właśnie zaproponowała, że spróbuje swoich sił w drużynie Quidditcha.
-Książka Księcia- powiedział powoli, jakby miała problemy ze słuchem.
-Czekaj... Wróć. Zamyśliłam się i najwyraźniej coś mi umknęło. Dlaczego schowałeś książkę?
-Bo Snape o nią pytał! Widział ją w moim umyśle... wiedział, że tam znalazłem zaklęcie!
-Profesor Snape użył na tobie legilimencji?- powiedziała. Prywatnie wątpiła w to, żeby tego potrzebował. Ta informacja tylko potwierdzała jej podejrzenia. Wiedziała skąd to pochodziło, bo sam je tam zapisał.
-Tak! A wiesz, że jestem beznadziejny w oklumencji. Natychmiast znalazł książkę w moim umyśle.
Albo wyczytał to z twojej twarzy winowajcy, pomyślała.
-Gdzie ją schowałeś?
-W Pokoju Życzeń. Powinnaś to zobaczyć... To było genialne, naprawdę. Masa rzeczy schowanych... książki, meble, eliksiry, martwe zwierzęta i takie różne... Musiałem zaznaczyć gdzie zostawiłem książkę, albo nigdy by, jej nie znalazł. Włożyłem perukę i tiarę na stary posąg...
Ron zaczął się śmiać z opisu Harry'ego, ale Hermiona znowu odpłynęła myślami. Książka Snape'a. To była książka Snape'a. Zawsze gardziła tą rzeczą, ale teraz była zirytowana. Mogła sie od niego tyle nauczyć. Pomysł prawdziwej nauki warzenia od Snape'a... nie od groteskowego nietoperza, który nauczał w lochach, ale od Snape'a... był odurzający. I coś, co powiedział Harry, uderzyło ją... Z tego co wiemy, robił notatki tego, co zostało użyte przeciwko niemu! Co, jeśli były jakieś przebłyski, pomiędzy liniami stron, młodego mężczyzny którym był?
Tam, również, mogła znaleźć coś czego potrzebowali, coś żeby przygotować ich na szukanie horkruksów. Harry w końcu zdobył wspomnienie Slughorna, zaraz po tym jak Ron wyszedł ze skrzydła szpitalnego. Wziął łyk Felix Felicis i jakoś... Wszystko sprowadza się do tej książki przerwała sobie. Wszystko, absolutnie wszystko, sprowadza się do Snape'a. Bez książki Harry nigdy nie wygrałby Felixa... Slughorn przyznał, że rozmawiał z młodym Tomem Riddle o okropnym pomyśle. Hermiona wzdrygnęła się. Żeby podzielić duszę... Nawet myślenie o tym powodowało obrzydzenie. A jednak Dumbledore sądził, że Voldemort zrobił to sześć razy.
Siedem części duszy... To było prawie tak nieprawdopodobne jak pomysł, że ich trójka opuści szkołę żeby wytropić i zniszczyć przeklęte rzeczy. Harry najwyraźniej jeszcze nie dotarł do tego, że będą musieli uciec, ale nie miał lekcji ze Snapem, które naprowadziłyby go na trop. Hermiona uświadomiła sobie, że lepiej będzie jeśli zacznie planować za całą trójkę. Było tyle do zrobienia przed końcem roku szkolnego...
***
Hermiona siedziała na łóżku, osłonięta zasłonkami, rozkładając wokół siebie listy. Po pierwsze, rzeczy, których będą potrzebować: jej książki, oczywiście, i ubrania dla całej trójki. Lekarstwa. Składniki eliksirów. Jej rozszerzona torebka. Coś w czym będą mieszkać... pewnie namiot? Zastanawiała się, co się stało z tym, w którym mieszkali podczas mistrzostw świata w quidditchu i zapisała sobie, żeby dyskretnie popytać o niego w Norze, zakładając, że trafią do Nory przed odejściem. Garnki... Może uda jej się zwinąć jakieś od rodziców? Ewentualnie, jeśli to się nie uda, kuchenne...
Druga lista zawierała rzeczy, których musiała się dowiedzieć. Czym dokładnie są horkruksy? Jak je stworzyć? Wspomnienie Slughorna sugerowało zaklęcie. I jak je zniszczyć? Lista Horkruksów, którą stworzył Dumbledore zawierała: pamiętnik, pierścień, czarę Hufflepuff, medalion Slytherina, węża- Nagini i coś należącego do Gryffindora lub Ravenclaw. Pierścień i pamiętnik zostały zniszczone, ale wciąż pozostawało wiele do odnalezienia. Więc powinna sprawdzić jakie pamiątki, jeśli w ogóle, słynni założyciele pozostawili po sobie.
Po trzecie, ich rodziny. Rodzina Harry'ego, chociaż niechętnie ich tak nazywała, będzie potrzebowała ochrony, ale sądziła, że będzie można poprosić Zakon o przeniesienie mugolskiej rodziny do czegoś w rodzaju bezpiecznego domu. Dla Dumbledore'a spokój Harry'ego, nawet jeśli chodziło o Dursleyów, był zawsze priorytetem. Ale co z jej rodziną? Było jasne, że nie mogli rozmawiać z nikim o tym co robią. Jeśli Dumbledore nie powiedział nawet Zakonowi, że Snape nie zdradzał ich, ze strachu, że ktoś może zostać złapany i torturowany, wydawało się logiczne, że nikt nie może wiedzieć gdzie oni są lub co robią. Czy pomyślał o ochronieniu jej rodziców, pary mugoli, których nikt nigdy nie spotkał? Będzie musiała się zająć tym sama, tak na wszelki wypadek... zanotowała na pergaminie, żeby skonsultować to ze Snapem. No i oczywiście Weasleyowie, którzy już byli zagrożeni...wielu z nich należało do Zakonu... byli świetnym celem. Nie mogła znieść myśli, że będą narażeni na kolejne niebezpieczeństwa. Trzeba będzie zrobić coś także dla nich.
Siedząc tam, w otoczeniu książek i pergaminu, Hermiona po raz pierwszy była naprawdę sparaliżowana strachem. Och, bez wątpienia wiele razy wcześniej się bała. Z każdym rokiem, kiedy Voldemort stawał się potężniejszy a Dumbledore ujawniał coraz więcej z przeznaczenia Harry'ego, jej strach rósł. Ale zawsze mogła działać... rzucić zaklęcie, uwarzyć eliksir, założyć klub... Zawsze było coś... Cóż, coś namacalnego i... czy śmiała w ogóle tak myśleć?... odpowiedniego do wieku, do zrobienia. Nie było nic właściwego w poślubieniu profesora, w wysłaniu trójki nastolatków, żeby spróbowali pokonać szaleńca. Jej serce zabiło szybciej. Szaleńca, który był cholernie blisko nieśmiertelności. A czym ona dysponowała? Zaklęciami maskującymi i czarodziejską torebką? Poważnie, to nie mogło być realne.
Złożyła listy na kupkę i schowała pod łóżkiem. Nie mogła znieść patrzenia na nie, widzenia nagiej prawdy o nich, leżącej przed nią, ani chwili dłużej. Zaczynała czuć się oszołomiona paniką. Chciała użyć pierścienia, sprowadzić Snape'a, żeby ją uspokoił, co było niedorzeczne. Nie mogła ryzykować robienia czegoś takiego, a sama myśl była zagrożeniem dla mężczyzny, który każdego dnia ryzykował swoje życie. Kim była, żeby żądać komfortu, bo nagle odkryła, że to nie jest gra? A jednak chciała go, chociaż nie miało to sensu, czuła, że samo patrzenie na niego przez pokój mogło uspokoić jej bijące gwałtownie serce. To było uczucie, które w niej wzrastało, poczucie, że potrzebowała na niego popatrzeć.
Położyła się i zamknęła oczy. Musi zasnąć. Musi. Jeśli zaśnie, będzie ranek, a ranek oznaczał śniadanie w wielkiej sali, co oznaczało spotkanie Snape'a. Ale zamykając oczy widziała twarz matki, jej kochanej mamy, która nie protestowała, kiedy profesor Sprout pojawiła się przed ich drzwiami sześć lat temu, żeby wyjaśnić, że jej córka jest czarownicą. Jej matki, która przekonała jej ojca, żeby pozwolił jej pojechać do Hogwartu, która nigdy nie narzekała, że to wszystko jest ciężkie do ukrycia, nigdy nie sugerowała, żeby znalazła sobie mniej publicznie znanych przyjaciół; jej matka, która witała ją w domu z dumą, każdego lata, chociaż nie mogła zrozumieć osiągnięć córki. Chociaż próbowała je odepchnąć, w jej umyśle pojawiły się obrazy zamaskowanych przeciwników, klątw, krzyku jej matki i zmasakrowanego ciała ojca. Schowała twarz w dłoniach, jakby to mogło powstrzymać natłok myśli. Nawet nie wiedziałaby kiedy to się stało. Byłaby daleko, odcięta od świata, nie mogąc pomóc, ani nawet wysłać pomocy. Nie mogła zmusić się do płaczu, żeby rozładować napięcie; czuła, że wszystko było przegrane. Na pewno poniosą porażkę- jakim cudem mieliby wygrać? Zostaną zabici, wszyscy, Harry, Ron, jej rodzice, Snape, ona... Zostaną złapani, torturowani, głodzeni, złamani. Wszystkie sekrety zostanę odkryte...
Usiadła i ponownie wyciągnęła notatki. Nie będzie spała tej nocy, to było jasne, a jeśli nie mogła spać, mogła pracować. Praca odepchnie strach. Ale pergamin leżał przed nią, a jej myśli podążyły do książki Snape'a. Założyłem perukę i tiarę na stary posąg ? Głos Harry'ego rozbrzmiał w jej myślach. Zbeształa się- Snape ostrzegał ją przed węszeniem w zamku gdy rzuci na siebie zaklęcie kameleona, jednak zrobiła to. Zachowujesz się idiotycznie, pomyślała, wstając z łóżka i zakładając buty. Nie jesteś lepsza od chłopców, węsząc dookoła i łamiąc zasady. I po co? Otworzyła drzwi dormitorium, ledwie oddychając gdy prześlizgiwała się przez nie. Każdy stopień schodów, które pokonywała, wzmagał jej poczucie, że powinna zawrócić. Zachowujesz się jak dziecko. Snape byłby wściekły gdyby wiedział. To robisz z jego zaufaniem? Na pewno cię złapią. Wyrzucą najprawdopodobniej nalegał jej umysł, kiedy przechodziła przez dziurę za portretem.
-Kto tu jest?- zawołała gruba dama, a Hermiona pobiegła.
Ledwie dotykała podłogi stopami, nie chcąc być głośno. Z opóźnieniem rzuciła na siebie Muffliato. Co jest z tobą nie tak? Teraz nie potrafisz się nawet porządnie ukryć? Użyj mózgu! Wbiegła po schodach, pozwalając myślom się karcić, bo to przynajmniej trzymało z dala panikę i myśli o torturowaniu rodziców. Kiedy dotarła do gobelinu z Barnabaszem Bzikiem, zaczęła chodzić przy ścianie myśląc. Muszę znaleźć książkę profesora Snape'a. Nic się nie stało. Pomyślała o Harrym, próbującym wejść do pokoju którego używał Draco. Nie mógł tam wejść, bo nie wiedział czym był pokój, pomyślała gwałtownie. Muszę wejść tam, gdzie są schowane rzeczy. Odwróciła się i ponownie pomyślała Muszę wejść tam, gdzie są schowane rzeczy. Jeszcze raz. Muszę wejść tam, gdzie są schowane rzeczy. Drzwi pojawiły się, a ona szybko weszła do środka.
Chociaż Harry powiedział jej co znalazł w pokoju, była całkowicie nieprzygotowana na ilość rzeczy. Meble w różnym stopniu zużycia piętrzyły się niemal do sufitu. Częściowo stopione kociołki oblepione zastygłymi eliksirami pokrywały wszystkie powierzchnie; stosy pustych butelek; wyschnięte ciała zwierząt... Hermiona zastanawiała się jak, nawet z opisem Harry'ego, mogła odnaleźć książkę wśród tych śmieci. Zniszczone posągi; pocięte obrazy z mieszkańcami kulącymi się żałośnie w nienaruszonych rogach; połamane różdżki; zniszczona biżuteria... Przeszukanie tego zajęłoby lata. Rozejrzała się, mając nadzieję, że zobaczy posąg z peruką i...
Po jej lewej wydawała się być ścieżka, świeżo stworzona między śmieciami. Stosy książek i starych mioteł zostały przesunięte na bok, a warstwa kurzu chyba była cieńsza. Uważnie przyjrzała się zgromadzonym rzeczom, ale jedyne co widziała na końcu ścieżki to stara szafa, która wyglądała jakby została upuszczona z dużej wysokości. Żadnej figury dziwnie ubranego czarodzieja. Wróciła, zawiedziona, na środek pokoju, żeby kontynuować szukanie. Ciężko było powiedzieć, które rzeczy zostały przeniesione bo wszystko w pomieszczeniu wyglądało na zachwiane bądź, w jakiś sposób, zakłócone. Ale w końcu, kiedy miała już zrezygnować, zobaczyła posąg którego szukała. Wspięła się po ławce pokrytej magicznym graffiti- dziesiątki czarodziejskich przekleństw przesuwały się nieustannie po jej powierzchni, świecąc i zmieniając kolory- i sięgnęła do popiersia. Na jego podstawie leżała zużyta kopia Eliksirów dla Zaawansowanych.
Hermiona przejechała dłonią po okładce, niemal oczekując jakichś pozostałości istoty Snape'a, ale to była tylko książka. Otworzyła ją i przyjrzała się słowom napisanym pismem, które później ukształtowało się w kanciaste litery które kojarzyła z jej profesorem. Własność Księcia Półkrwi. Chciała wziąć książkę ze sobą do dormitorium, ale to nie był dobry pomysł. Harry na pewno wróci po nią i jakby wytłumaczyła jej brak? Odsunęła więc na bok zapleśniałe szaty i powyginane podręczniki i usiadła na podłodze. Oparła się o połamany stół i otworzyła książkę.
Przewracała strony powoli, zatrzymując się i przyglądając każdej modyfikacji i notatce na marginesie. Był utalentowany od dziecka, uświadomiła sobie czytając. Niektóre notatki, przy podstawowych eliksirach były zrobione ręką dziecka; jedna taka, obok eliksiru leczącego czyraki mówiła ?Podrzeć korzenie stokrotek przed siekaniem. Wydają się dawać więcej soku." Kiedy dorastał tworzył bardziej skrótowe komentarze. Obok eliksiru Wielosokowego napisał "dwa obroty c-clkw do clkw impr jasność". Fascynujące. Gdyby tylko miała jego porady przy pierwszym warzeniu tego eliksiru!
Zapomniała o horkruksach, planach i strategiach, czytając, spijając jego kompetencje aż dotarła do strony zawierającej Sectumsemprę. "Nwrbl. Na wrogów." Było napisane jego małą czcionką. Nic więcej. Na wrogów, kimkolwiek oni byli. Pomyślała o lekcji oklumencji Harry'ego. Na Syriusza? Na tatę Harry'ego? Czy użył tego zaklęcia przeciwko nim? Czy, na Boga, wymyślił je? Hermiona rzadko pozwalała sobie myśleć o tym, że Snape dołączył do śmierciożerców z własnej woli. Jednak, tutaj był dowód na mężczyznę, który mógł ranić czymś więcej niż językiem. Tej nocy... zaczerwieniła się na samą myśl... tej nocy kiedy dotknęła jego znaku, myślała tylko żeby zobaczyć jego koniec, żeby przejrzeć przez to i zobaczyć mężczyznę, którego znała pod tymi okropnymi, pięknymi szatami. Kim był tej nocy kiedy przyjął znak? Przesunęła dłonią po jego piśmie i zamknęła oczy, wyobrażając sobie chłopca którym stał się używając zaklęcia Dissimulo Juvenis. Ale kiedy patrzyła na twarz w swojej pamięci, widziała oczy Snape'a, patrzące na nią, te same, które wpatrywały się w nią, gdy błagał żeby powiedziała jego imię.
Nagle jej myśli przerwał zgrzytliwy dźwięk, który spowodował, że jej serce na chwilę się zatrzymało. Drzwi zostały otwarte,
Bezgłośnie ześliznęła się tak, żeby położyć się płasko na zimnej, kamiennej podłodze. Wciąż miała na sobie zaklęcie kameleona, ale uniosła niewidzialną rękę przed twarz, żeby upewnić się że jest ukryta. Pozostawała całkowicie nieruchomo, ledwie oddychając, czekając żeby zobaczyć kto wszedł do pokoju.
-...nie jest odpowiedzią na pytanie, czego szukasz w pokoju życzeń o drugiej nad ranem.
Zanim zdążyła rozpoznać znajome warczenie profesora Snape'a, jej nerwy zaczęły drżeć ze świadomości jego obecności. Kto był z nim? Czy on już wiedział, że ona tu jest?
Odpowiedź nadeszła razem z nadąsanym głosem, który natychmiast rozpoznała.
-Mógłbym zapytać o to samo pana, profesorze. Mam tutaj sprawę do załatwienia. To wszystko co musi pan wiedzieć. Pozwól mi na to.
-Draco, z pewnością zdajesz sobie sprawę, że Czarny Pan powiedział mi o twojej szafie?
-Dlaczego miałby...
-Bo wie, że jesteś najwyraźniej niezdolny do współdziałania. Potrzebujesz mojej pomocy.
-Nie potrzebuję! Już to załatwiłem... Mam kontakt...
-Madame Rosmerta jak sądzę?
W głosie Draco wyraźnie można było wyczuć frustrację.
-Tak! Więc nie potrzebuję pańskiej...
-A jeśli zamiast tego wybierze Świński Łeb?
-On nigdy... ohydne miejsce, nikt nie chce być tam widziany...
-Więc nie jesteś świadomy, że jego brat, Aberforth jest tam barmanem?
-Ja...- Draco zabrzmiał niepewnie. Hermiona wstała tak cicho jak mogła. Chciała zobaczyć czarodziejów, którzy kłócili się cicho, żeby móc odczytać ich twarze.
-Pomijając inne możliwości opuszczenia szkoły, bez odwiedzania pubu.
-Ale sam pan powiedział, że zawsze tak robi! Czarny Pan powiedział...
Snape stukał różdżką w dłoń.
-Czarny Pan, chce żebyś zawiódł, Draco. Chce ukarać twojego ojca za jego... niepowodzenie. Powiedział mi o twoim planie, bo zamierza...
Hermiona nie usłyszała reszty zdania Snape'a, bo jej pierścień zaczął wściekle płonąć. Zdjęła go. WYNOŚ SIĘ przeczytała. Więc wiedział. Ale jak mogła wyjść? Jeśli otworzy drzwi, Draco zorientuje się że ktoś tu jest.
Przez chwilę prawie podjęła decyzję, że po prostu przebiegnie obok. Draco Malfoy nigdy nie miał szans przeciwko niej. Ale wtedy popatrzyła na jego twarz i poczuła strach zamrażający jej krew w żyłach. Znała Draco Malfoya od kiedy miał jedenaście lat, ale nigdy nie widziała takiego spojrzenia w jego oczach. To było spojrzenie, którego szukała we wspomnieniu młodej twarzy Snape'a, bezwzględnego i desperackiego spojrzenia śmierciożercy. Dla Draco to nie był taniec; nie była to gra; żaden zawiły, dwulicowy plan. Ona i Snape spiskowali; Draco zamierzał zabić. Mogła zobaczyć to w jego oczach, kiedy tam stała i nagle nie mogła zmusić się do ruchu. Gdyby odkrył że tam jest, zabiłby ją; albo spróbowałby, a Snape musiałby zatrzymać go i jego kamuflaż by runął. Wpakowała ich życia w niebezpieczeństwo. Dlaczego szukanie tej książki wydawało się takie ważne?
Przesunęła się cicho bliżej nich. Na ułamek sekundy, w którym jej serce zatrzymało się, Draco zdawał się odwrócić i popatrzeć dokładnie na nią. Gwałtownie popatrzyła na Snape'a i pomyślała, że widzi strach w jego oczach, ale wtedy ponownie pociemniały z wściekłości. Podeszła cicho do ławki po której się wspinała. Nie miała szansy na wyjście bez przejścia przez nią. Wiedziała, że lepiej będzie, jeśli zrobi to, zanim stanie się zbyt przerażona żeby działać, więc wzięła głęboki, ale cichy oddech, złapała w jedną rękę szaty i stanęła na ławce. Głos Snape'a stał się głośniejszy, kiedy przechodziła na drugą stronę.
-...wysiłki, dotąd niezbyt zainspirowały moją wiarą w twoje możliwości! Naszyjnik, miód... kłótnia z Potterem dzisiaj... Mogłeś dać się zabić!
-Nie obchodzi mnie co myślisz! Czarny Pan wierzy w moje możliwości! Powierzył to mi, a kiedy zabiję...
-Wystarczy!- zagrzmiał Snape idąc w stronę drzwi, gdzie stała, drżąca, niepewna jak wymknąć się bez zwrócenia na siebie uwagi. Pchnął drzwi.- Niech to będzie w twojej głowie, Draco. Wiesz, jakie konsekwencje ma porażka.
Hermiona przebiegła przez drzwi i schowała się za zbroją. Jej serce waliło nierówno; nie mogła wziąć pełnego oddechu. Snape zatrzasnął drzwi za sobą i wyrwał ją zza zbroi jednym płynnym ruchem.
-Głupie dziecko- syknął, a w jego głosie nie było śladu uczuć po za złością.- Naprawdę, dałem ci zbyt dużo zaufania. Jak twoi aroganccy, bezczelni towarzysze... Nie potrafisz trzymać się z daleka od spraw innych ludzi. Powiedziałem ci, żebyś zostawiła mi Draco.
-Ale, profesorze, nie miałam pojęcia że Draco tam będzie... Nie chciałam...
-Nie? Po prostu wyszłaś na spacerek?
Popatrzyła w dół na książkę, którą wciąż trzymała w ręce. Jego książkę. Próbowała wcisnąć ją do kieszeni szaty. Byłby wściekły za naruszenie prywatności.
-Co pani ukrywa, panno Granger?
Skąd wiedział? Jego ręka wyrwała książkę z jej uchwytu. Kiedy opuściła jej dłoń, stała się widzialna, tak jak Snape. Popatrzył na nią z niedowierzaniem i pogardą.
-Potter prosił cię, żebyś to odzyskała?
-Nie! Proszę, profesorze... Ja po prostu chciałam...
-No?
-Zobaczyć pana.
-Wracaj do pokoju- powiedział lodowato.- Z dużą przyjemnością odjąłbym resztę gryfońskich, cennych punktów, ale nie chcę pozostawić śladu po tym, że którekolwiek z nas było tu tej nocy. Wystarczającą karą będzie świadomość, że twoja głupota niemal zniszczyła plan dyrektora, narażając nie tylko twoje życie, ale życie wszystkich których znasz, na niebezpieczeństwo.
http://www.youtube.com/watch?v=SKjNtLUavR0 A Very Potter Musical
It is totally awesome ;)
yasiria
Nawiedzony Romantyk
Nawiedzony Romantyk
 
Posty: 52
Dołączył(a): 28 maja 2011, 12:55

[NZ][T] Drugie Życie [17/48]

Postprzez yasiria » 22 cze 2011, 12:01

Rozdział 17 Tekst pogrubiony jest cytatem z książki "Harry Potter i Książę Półkrwi"

Kiedy to się stało, wszystko potoczyło się bardzo szybko. Hermiona siedziała w pokoju wspólnym z Ronem, który paplał o quidditchu. Jego ostatnie sportowe osiągnięcia wydawały się w całości go pochłaniać. Albo może potrzebował tego, żeby odwrócić swoją uwagę od faktu, że jego najlepszy przyjaciel i siostra byli parą. Hermiona spojrzała na niego krótko. Wydawało się, że przyjmuje to raczej dobrze, ale kto wie...
Jednak jej myśli nie pozostały długo przy Ronie. Czuła przez ostatnie dni jakby coś ją psychicznie bolało, był to zwyczajnie efekt zniszczenia związku ze Snapem. Zwinęła nogi i wcisnęła się bardziej w miękki fotel na którym siedziała. Czuła się, jakby wszystkie jej członki mogły odlecieć, gdyby nie trzymała ich mocno. Chciała płakać, krzyczeć, biec do lochów i zmusić go żeby wysłuchał przeprosin, ale nie śmiała, bo wiedziała, że zasłużyła na jego słowa. Była idiotką, głupim dzieciakiem i naraziła go na niebezpieczeństwo i... O Boże. Jej klatka piersiowa zabolała. Jak miała oddychać, wiedząc, że udowodniła że się mylił: ufając jej, troszcząc się o nią? Mylił się.
Kiedy pierścień zapłonął, nagły zastrzyk adrenaliny zdawał się porazić ją śmiertelnie. Snape!jej umysł krzyknął i serce przyśpieszyło.
-Ron... Ja... Poczekaj chwilę, zaraz wrócę- wymamrotała i wbiegła na schody.
Kiedy została sama, zdjęła pierścień z palca.
-Lumos- szepnęła i przyświeciła różdżką.
Już czas.
Już czas? C... Och, słodki Merlinie. Czas. Już czas. Przez chwilę stała głupio w miejscu. Co powinna zrobić? I chociaż nie przyznałaby się do tego, nigdy, przed nikim, jej pierwszą myślą była czysta ulga, że w końcu się do niej odezwał, że dotrzymał obietnicy ostrzeżenia jej przed odejściem.
Ale nagle usłyszała Harry'ego, który krzyczał jej imię z pokoju wspólnego, więc odwróciła się i zbiegła po schodach, nie wiedząc co usłyszy, ale wiedząc, że to właśnie to, cokolwiek zrobił Snape. Czego od niego zażądano sprostował jej umysł. Zawahała się przez sekundę, jakby opóźnienie wiedzy mogło zatrzymać go, powstrzymać przed odejściem zanim nawet miała szansę go przeprosić.
-Hermiono!- zawołał ponownie Harry, więc zeskoczyła z ostatniego stopnia.
-Co się dzieje?- zapytała.
-To Malfoy! Świętuje w pokoju życzeń... cokolwiek próbował naprawić... mówię ci, udało mu się to. Słuchajcie... Muszę się śpieszyć. Dumbledore myśli, że poszedłem po pelerynę niewidkę. My... cóż, znalazł horkruks i idziemy po niego. Więc wy dwoje musicie poradzić sobie ze Snapem i Malfoyem. Zbierzcie resztę GD...
Wbiegł po schodach do dormitorium chłopców. Hermiona spojrzała szybko na Rona, którego twarz była pewna i zdeterminowana.
-Hermiono, cokolwiek myślisz, w cokolwiek wierzysz... Myślę, że powinniśmy obserwować Malfoya dziś w nocy. Jeśli coś planuje... Coś dla Voldemorta... A Dumbledore'a nie będzie...
-Wiem- powiedziała, chociaż wewnątrz była nieszczęśliwa. Jak Harry wszedł do pokoju życzeń? Och, Snape ją zabije. Zabije!
Harry wrócił i wcisnął parę brudnych skarpetek w dłoń Rona.- Weźcie to- powiedział i podał Hermionie mapę huncwotów.- I to też.
-Dzięki- powiedział Ron.- Ee... Dlaczego potrzebujemy skarpetek?
-Potrzebujecie tego, co jest nimi owinięte. Felix Felicis. Podzielcie to między siebie i Ginny. Powiedzcie jej do widzenia ode mnie. Lepiej pójdę, Dumbledore czeka...
-Nie!- powiedziała Hermiona, gdy Ron wyjął malutką buteleczkę ze złotym eliksirem patrząc na nią z respektem.
- Nie chcemy tego, weź to, kto wie co cię czeka?- Nawet gdy protestowała, w jej umyśle formował się plan. To mógł być sposób... żeby może ochronić Snape'a, cofnąć to co zepsuła, zobaczyć że Ron mu nie utrudnia...
-Nic mi nie będzie, idę z Dumbledorem- rzucił Harry i wybiegł przez dziurę za portretem.
-Idź po Ginny- mruknął Ron.
Hermiona wbiegła po schodach, nie pozwalając sobie o tym myśleć, minęła pokój piątorocznych dziewcząt i wpadła do własnego pokoju. Był na szczęście pusty. Złapała zaczarowaną monetę, która przez cały rok leżała na stoliku przy łóżku. Dotknęła monety różdżką. Pokój wspólny Gryffindoru. Następnie rzuciła różdżkę na łóżko i pobiegła do pokoju Ginny, pukając w drzwi obiema pięściami.
-Ginny, Ginny, chodź szybko!
Niemal wpadły na siebie gdy zbiegały po schodach, podczas gdy Hermiona szybko wyjaśniała gdzie poszedł Harry i co muszą zrobić. Gdy dotarły do pokoju wspólnego, Neville już zdążył do nich dołączyć, a z korytarza słychać było Lunę. Ron otworzył dziurę za portretem i wpuścił ją.
-Okay- powiedział Ron.- Neville, Ginny i ja weźmiemy mapę i pójdziemy pod pokój życzeń. Luna, ty i Hermiona obserwujcie gabinet Snape'a.
Hermiona pomyślała, że Ron działa w warunkach stresowych dużo lepiej niż oczekiwała.
-Więc każdy dostanie łyk Felixa... nie za duży... to musi wystarczyć dla wszystkich.
Hermiona odczekała, aż wszyscy się napiją i dopiero na końcu wzięła buteleczkę.
-Czekajcie! Moja różdżka! Została na górze!- jęknęła.- Idźcie... Idźcie! Dogonię was!
Zacisnęła palce na buteleczce i szybko wróciła do dormitorium. Złapała różdżkę i wrzuciła garść proszku Fiuu do kominka.
-Gabinet Profesora Snape'a- powiedziała wyraźnie wchodząc w płomienie.
Kiedy pojawiła się w gabinecie, Snape wrzucał rzeczy do torby podobnej do tej którą przygotowała zimą. Obserwowała jak wrzuca tam szaty i maskę śmierciożercy, oraz inne części ubrania. W końcu odwrócił się i zobaczył ją.
-Co, na Merlina, myślisz że...
-Ja.. Profesorze- przerwała.- Harry wie. Wyjeżdża razem z Dumbledorem, ale wie, że Draco świętuje. Wie, że cokolwiek się stanie, stanie się dzisiaj.
-Potter jest z Dumbledorem?
-Tak... Oboje wyjechali... gdzieś. Ja... Nie powinnam mówić więcej. Ale, profesorze, chciałam się upewnić, że...
-Hermiono, to nie jest najlepszy moment.
Hermiono! Powiedział 'Hermiono'! Przeklęła swoje głupie serce za to że drży i bije mocniej.
-Nie, oczywiście że nie. Po prostu... Chciałam ci to przekazać i...
-Nie ma takiej potrzeby.
-Jest! Harry wysłał Rona i resztę żeby powstrzymać Draco... I ciebie. Neville, Luna i Ginny są tam, w drodze do pokoju życzeń... a ja mam... Mam Felix Felicis. Żeby upewnić się, że cokolwiek masz do zrobienia... pójdzie dobrze.
-Felix Felicis? Skąd wzięłaś...? Nie ważne. Nie mogę go wziąć.
-Dlaczego?
-Ponieważ ty to musisz zrobić. Dzisiaj w zamku będzie niebezpiecznie, a jeśli masz zamiar wziąć w tym udział, nalegam, żebyś go wypiła. Będzie...- urwał i najwyraźniej uznał, że jest za późno, żeby cokolwiek ukrywać.- Tej nocy pojawi się tu śmierć, Hermiono. Wypij eliksir.
-Nie- odparła z uporem, wiedząc, że musi brzmieć dla niego jak dziecko. Wcisnęła mu buteleczkę do ręki.
Patrzył na nią przez, zdawało się, długi czas, rozważając, aż w końcu uniósł buteleczkę do światła i potrząsając nią.
-Od Slughorna jak sądzę?
-Tak. Harry wygrał to na zajęciach. Nie jest zatruty. Harry już trochę wypił... A dzisiaj pozostali też to zrobili. Zachowałam moją część dla ciebie. Ale muszę się śpieszyć, czekają na mnie.
-Nie podejrzewałem, że chcesz mnie otruć- powiedział cicho i przyłożył buteleczkę do ust. Nagle pochylił się, dotykając jej warg swoimi i zmuszając je językiem do otworzenia się. Eliksir przelał się do jej ust. Był kremowo słodki, gęsty i jakby musujący. Skoncentrowała się na tym, żeby nie przełknąć, za pomocą języka przenosząc ciecz z powrotem. Walczył z nią, to było wściekłe starcie woli i języków. Miażdżył jej usta swoimi. Jakaś część eliksiru już w nią wniknęła, pomimo odmowy przełknięcia, kiedy się całowali, czuła jakby wypełniło ją światło i jakby koncentrowała się na celu. Ten pocałunek... Był idealnie potrzebny, idealnie na miejscu. Ten pocałunek był sposobem na pożegnanie, chociaż w sposób jaki już to zrobili. Razem z nim, dawała mu ostatnią obietnicę w to, że będzie wierzyć. Snape sobie poradzi. Przeżyje, cokolwiek ma się stać; nie zostanie złapany, a jej poświęcenie nie pójdzie na marne. Snape najwyraźniej również poczuł efekty działania eliksiru, bo przełknął część. Czuła przebaczenie emanujące od niego, jak również inne obietnice, których nie mogła rozszyfrować, jakby wyciął część rozmowy, należącą do niego. Czuła od niego rodzaj desperackich przeprosin, kiedy przelał resztę eliksiru do jej ust i odsunął się.
***
-Czujesz to?- zapytała. A to co czuł, było tak ciężkie do opisania, że niemal nie mógł odpowiedzieć. Był pewien, że nie wypił ani odrobiny eliksiru, ale wydawało się, że mimo jego wysiłków, coś go dosięgło. Czuł światło... Jaśniej niż od lat i był całkowicie pewny tego, co ma zrobić. Starał się czuć przerażenie, że pozwolił jej sobie pomóc. Nie mógł wyobrazić sobie, jak będzie czuła się następnego dnia... Nawet za godzinę... ale nie mógł całkiem osiągnąć samoponiżenia, którego szukał. Tak jakby rozłączył się ze swoim umysłem i mógł wreszcie... wreszcie... być wolnym, przynajmniej do chwili kiedy eliksir przestanie działać. Czuł się trochę, jakby jego kończyny były wolne, niemal drżąc od pewności i jasności.
-Czuję- odparł, nie mogąc powiedzieć więcej.
Uśmiechnęła się do niego, co wydawało się całkowicie odpowiednie, a kąciki jego ust uniosły się w odpowiedzi. Jakby z daleka usłyszał swój głos wrzeszczący Stoisz tu i uśmiechasz jak cholerny idiota... Idź! Idź! Posłuchałby głosu natychmiast, ale jakaś dużo silniejsza część jego umysłu nalegała, że zostały rzeczy które musi zrobić najpierw.
-Rzuć na siebie zaklęcie kameleona- powiedział, a ona potaknęła, rzucając zaklęcie bez wahania.- I protego Horribilis. Eliksir i tarcza powinny wystarczyć, żebyś była bezpieczna. Świetnie radzisz sobie z zaklęciami, Hermiono, ale to nie będzie wystarczało przeciwko mocy Śmierciożerców. Sam rzuciłbym zaklęcie na ciebie, ale gdybyś została złapana, nie chciałbym na tobie śladów mojej magii.
-Jasne- powiedziała. ? Myślę, że ktoś się zbliża.
-Tak, dokładnie- potwierdził. Spojrzał w przestrzeń, w której powinna być. Chociaż wiedział, że to absurdalne, niemal czuł , jak gdyby ją widział, że wpatruje się w niego uspokajającymi, brązowymi oczami. Nagle poczuł w swojej dłoni jej dłoń.
-Uważaj na siebie, Severusie- szepnęła.
Zanim zdążył odpowiedzieć, drzwi otworzyły się z rozmachem i do pomieszczenia wpadł Flitwick.
-Severusie!- jęknął.- Śmierciożercy w zamku... szybko! Na drugim piętrze!
Snape bez wahania machnął różdżką w kierunku małego czarodzieja.
-Drętwota- powiedział głośno, tak żeby Hermiona wiedziała, jak pomóc jego koledze, kiedy już odejdzie. Wyszedł z sali i widząc pannę Lovegood stojącą niedaleko, krzyknął:
-Flitwick zemdlał! Pomóż mu!- i pobiegł wzdłuż korytarza, wiedząc, że Hermiona jest tuż za nim. Zatrzymał się, kiedy byli po za zasięgiem wzroku z jego gabinetu, a ona zdjęła zaklęcie. Jego serce biło boleśnie w klatce piersiowej, a on pragnął stać tam wiecznie, zapamiętując każdy jej lok, ale jego stopy zdawały się ciągnąć go dalej, z dala od niej.
-Wierz!- szepnął i wbiegł po schodach, które były tuż za nim, jakby je przyciągnął.
Dotarł na piętro a tłum pojedynkujących się czarodziejów zdawał się dzielić. Widział Yaxleya walczącego z Weasleyówną; Gibbon był nieprzytomny; Remus i Nimfadora rzucali uroki na dwóch śmierciożerców, których nie mógł zobaczyć wyraźnie. Obie strony cofnęły się- zarówno śmierciożercy jak i członkowie zakonu wyraźnie sądzili że przyszedł by do nich dołączyć. Niemal jakby było to wyreżyserowane, pomiędzy wściekle walczącymi czarodziejami pojawiła się czysta ścieżka, na końcu której mógł zobaczyć Longbottoma wbiegającego po schodach na Wieżę Astronomiczną. Został odepchnięty, spadł w dół schodów i Snape zdążył tylko rzucić zaklęcie amortyzujące, zanim chłopiec uderzył w podłogę. Longbottom upadł z łoskotem i prześliznął się po podłodze. Snape minął go biegiem i zaczął wbiegać po schodach, pokonując po dwa na raz. Gdy zobaczył chłopca biegnącego po schodach, stało się dla niego jasne, że Wieża Astronomiczna jest dokładnie miejscem w którym powinien być. Nie mógł zobaczyć bariery, która odepchnęła Longbottoma, ale instynktownie wiedział, że będzie mógł przez nią przejść i nie zawahał się podczas pokonywania schodów.
Wbiegł na wierzę, widząc bladą i spiętą twarz Draco; uśmiechniętego pożądliwie wilkołaka, Greybacka; śmiesznych Carrowów, nieskutecznie podrygujących obok. Wiedział, że powinien być przerażony- spóźnił się- Draco zdążył już rozbroić dyrektora; ich plan niemal upadł, a jednak, wydawało mu się, że przybył w idealnym momencie, scena była ustawiona, a Draco wyraźnie nie podołał.
-Draco, zrób to, albo odsuń się, żeby jedno z nas...- Alecto Carrow zaskrzeczała, gdy jej brat zauważył Snape'a stojącego spokojnie w wejściu.
-Snape, mamy problem- powiedział Amycus.- Chłopiec najwyraźniej nie może...
Dumbledore stał oparty o mur. Po raz pierwszy od niemal trzydziestu lat, kiedy Snape go znał, wyglądał na naprawdę starego, przerażonego człowieka. Zapewne jego moc utrzymywała go w pełni sił i teraz najwyraźniej go opuściła. Kiedy Snape na niego spojrzał, zebrał resztki sił żeby szepnąć
-Severusie...
Przez miesiące, Snape leżał nocami, wyobrażając sobie ten moment, całkowicie nie mogąc wymyślić powodów, motywacji, które mógł przywołać żeby dały mu siłę, intencję, konieczną do rzucenia zaklęcia zabijającego. Ale Felix wciąż buzował ciepłem w jego krwi i nagle, odpowiedź nadeszła łatwo.
-Severusie... proszę...
Przywołał w pamięci noc, gdy Dumbledore został przeklęty przez pierścień i usłyszał głos starego czarodzieja, odbijający się echem w jego mózgu. Nie widzę potrzeby mówienia pannie Granger o tej konkretnej części planu... Bardziej odpowiednie czarownice nie żyją. Wydało się, że kiedy dotarł do tej kwestii, wspomnienia nadchodziły jedno za drugim, atakując go z jasnością , jakby to on stał na krawędzi życia, przeżywając wspomnienia w strzępach. Obrzydzasz mnie... Z pewnością pamiętasz dokładnie kształt i kolor oczu Lily Evans? Odeślij Hermionę z powrotem do jej pokoju, natychmiast... Z pewnością nie- musisz to zrobić... Nie chcę, żebyś robił zobowiązania, które mogą zaburzyć twoją lojalność. Masz obowiązki wobec syna Lily Potter... To była jedynie część jego uczuć wobec czarodzieja, który leżał zdany na jego łaskę, ale mógł ich użyć.
Żadnych panów więcej pomyślał.
-Avada Kedavra!
Błysk zielonego światła wystrzelił z jego różdżki i uderzył w klatkę piersiową Dumbledore'a. Chyba nawet Felix Felicis nie wystarczał, żeby utrzymać jego nienawiść i obrzydzenie na miejscu, w momencie gdy zaklęcie uderzyło starego czarodzieja. Gdy przeleciał nad murami, Snape zwalczył pragnienie aby skoczyć za nim.
-Idźcie stąd, szybko!- krzyknął, mając nadzieję, że mówienie odepchnie potrzebę wymiotowania. Chwycił Malfoya i pociągnął w dół schodów, praktycznie ciągnąc za sobą chłopca, który wydawał się nie mieć kości.
Eliksir wciąż działał w jego układzie krwionośnym- nie było go dużo, ale wystarczająco, żeby zobaczyć, że czarodzieje ponownie podzielili się przed nim, tak że mógł przebiec bez problemu. Ostatni raz spojrzał na Hermionę i krzyknął:
-Już po wszystkim, czas iść!- i wszedł w ciemność nocy.
***
Hermiona zobaczyła Snape'a, gdy tłum rozstąpił się, żeby go przepuścić. Trzymał za kark Draco i najwyraźniej szedł w stronę drzwi. Oczy Draco straciły wyraz, który widziała w pokoju życzeń; nie wyglądał już jak śmierciożerca, ale jak zdenerwowane i przestraszone dziecko. Gdy ich obserwowała, Draco odwrócił się, szukając błagalnie Snape'a. Snape popchnął go do przodu bez litości.
-Już po wszystkim, czas iść!- zawołał, i w pierwszej chwili pomyślała, że wołał do niej, że wypełnił plan, ale zobaczyła, że wszyscy śmierciożercy nagle porzucili przeciwników i podążyli za nim.
Przez pochód zamaskowanych postaci śpieszących do wyjścia z zamku, Hermiona zauważyła Harry'ego, co spowodowało, że jej serce zamarło. Harry był w zamku? Kiedy przybył? Zbiegał z wieży Astronomicznej, po tych samych schodach, po których przed chwilą schodził Snape. To ją zaciekawiło- co się tam stało? Ale wtedy głos Harry'ego uniósł się nad hałas.
-Zatrzymajcie ich! Snape! Malfoy! Zatrzymajcie ich!- i od tego momentu, wszystko stało się jakby rozmyte.
Biegła, tyle wiedziała, biegła razem z innymi na błonia, Harry minął ją... Chatka Hagrida stała w płomieniach... Ale wyglądało na to, że pogoń była bezsensowna. Śmierciożercy zaczęli biec wcześniej; szczerze czuła... oni wszyscy czuli... lekkie zadowolenie, gdy zobaczyli przeciwników nagle odwracających się i uciekających. W środku nie działo się dobrze. Ilościowo byli mniej więcej wyrównaniu, ale Zakon nie był przygotowany na tak bezwzględną walkę jaka miała miejsce. Razem z Luną pojedynkowały się z ogromnym, blondwłosym śmierciożercą, który rzucał niewybaczalne z taką prędkością, że miała wrażenie, że tańczy jakiś wyjątkowo dziki taniec.
Cofnęła się niemal natychmiast, gdy tylko poczuła na skórze powiew zimnego, nocnego powietrza. Spojrzała w czyste niebo. Tak piękna noc; wydawało się nie realne, że w środku były oznaki wojny, krew, ciała i skołtunione włosy... Była niemal pewna, że widziała jak Bill Weasley upada po ataku Greybacka, ale szybko zmieniła tok myśli.
Wciąż słyszała z oddali krzyki Harry'ego, ale nie widziała śmierciożerców. Najwyraźniej nie zależało im na kontynuowaniu bitwy, po tym jak Snape zawołał do nich i szybko dobiegł do punktu teleportacyjnego. Lupin pojawił się obok niej i złapał ją za ramię, wyrywając ją z bezruchu.
-Skrzydło szpitalne- szepnął.- Polecenie McGonagall.
-Ale nie jestem ranna- powiedziała nieprzytomnie.
-To nie ma znaczenia. Już po wszystkim. Wszyscy się tam spotykamy. Ron już poszedł... Tonks, Moody, Luna również...
Odwróciła się i poszła za nim w milczeniu, aż dotarli do schodów. Nagle zatrzymała się i złapała rękaw jego szaty, mówiąc:
-Harry! Widziałam, że Harry został!
-Wysłałem Ginny żeby go przyprowadziła.
Kiwnęła głową i podążyła do skrzydła szpitalnego bez dalszych słów. Kiedy weszli do pomieszczenia, zmysły Hermiony zostały zaatakowane przez wymieszane wonie strachu, eliksirów, krwi i potu. Ron podniósł się z krzesła i podszedł do niej, łapiąc jej ramiona w dłonie.
-Hermiona, dzięki Merlinowi... Nie widziałem cię po tym jak on... Jak oni...
-Nic mi nie jest. Ron... Co z Billem?
-Greyback go zaatakował. Pani Pomfrey mówi... Ona myśli...- najwyraźniej nie mógł powiedzieć nic więcej.
Lupin podszedł do łóżka, na którym bez ruchu leżał Bill. Jego twarz była tak pogryziona, że niemal nie można go było rozpoznać. Pani Pomfrey smarowała rany gęstą, oleistą maścią.
-Nie możecie... Nie możecie wyleczyć go zaklęciami?- Hermiona zapytała uzdrowicielki, której twarz była pobladła i ściągnięta ze zmartwienia.
-Żadne zaklęcie tu nie pomoże- odparła.- Próbowałam wszystkiego co znam, ale nie ma lekarstwa na ugryzienie wilkołaka.
-Ale nie został ugryziony w czasie pełni- powiedział Ron.- Greyback nie był przemieniony, więc z pewnością Bill nie będzie p... prawdziwym...?

Wtedy Harry i Ginny weszli do sali. Luna wstała a Tonks i Lupin przesunęli się, żeby przepuścić ich do grupki ludzi ściśniętej wokół łóżka.
-Nie, nie sądzę że Bill będzie prawdziwym wilkołakiem- powiedział Lupin.- Ale to nie znaczy że nie wda się zakażenie. To są przeklęte rany.
-Ale Dumbledore może znać coś co zadziała- powiedział Ron.- Gdzie on jest? Bil walczył z tym wariatem na jego polecenie. Dumbledore jest mu coś winny, nie może go zostawić w takim stanie...
-Ron... Dumbledore nie żyje- wymamrotała Ginny.

Pierwszy raz w życiu Hermiona zrozumiała co to znaczy że nogi się pod nią uginają. Nie zemdlała, ale czuła, że nie jest przytomna i wyglądało na to, że jej nogi odmawiają posłuszeństwa. Opadła bezwładnie na krzesło. Dumbledore nie żyje? Nie możliwe... Jego plan... Wciąż było tak wiele do zrobienia, tak dużo niewiadomych. Pomyślała, że Snape będzie kontynuować plan dyrektora, ale jak mógł to robić, jeśli Dumbledore umarł? Uświadomiła sobie, że to musiało stać się gdy razem Harrym szukali horkruksa. Ale on... On nie skończył mówić o nich Harry'emu! Skąd mają wiedzieć co teraz robić? Dumbledore nie mógł umrzeć. Ginny na pewno się myli.
-Jak to umarł?- szepnęła Tonks.- Jak to się stało?
-Snape go zabił- warknął Harry.- Byłem tam, widziałem to.

Ogarnęła ją ciemność odsuwając wszystkie dźwięki i zapachy. Szumiąca, wirująca ciemność wypełniła jej oczy i uszy. Pokój stał się duszny i gorący; jej serce biło w dziwacznym rytmie, jakby chciało wyrwać się z klatki piersiowej. Patrzyła, nie widząc, na Billa, na jego groteskową, pogryzioną twarz. Nie było myśli ani łez; jej oczy były suche, tak, że aż piekły. Zaschło jej w gardle i jedynie oddech jakoś się przez nie przedostawał.
-Avada Kedavra- powiedział Harry i wtedy, w końcu zemdlała.
Obudziła się widząc tłoczące się nad nią, zbyt blisko, twarze, i czując coś gorącego i pikantnego w ustach. A jednak najwyraźniej nie eliksir ją obudził, ale dźwięk jakiego jeszcze nie słyszała, dźwięk, który zdawał się uderzać w każdą komórkę jej ciała i spowalniać bicie jej serca. Jeden po drugim, pozostali usłyszeli dźwięk i wszyscy zamarli, zatrzymani tym porywającym, bolesnym pięknem.
-To Fawkes- szepnęła Ginny.
Profesor McGonagall dołączyła do nich, chociaż Hermiona nie pamiętała jej przybycia. Tak jak pozostali stała bez ruchu, z chusteczką uniesioną, żeby otrzeć oczy, z dłońmi zaciśniętymi w pięść.
-To wszystko moja wina- powiedziała nagle, łamiąc ciszę.- Moja wina. Wysłałam Filiusa, żeby sprowadził Snape'a, dosłownie wezwałam go na pomoc!
Wszyscy zaczęli protestować, jedynie Hermiona nie dołączyła do ogółu, bo dławiła się własnym protestem. To nie była wina profesor McGonagall. To była jej wina. Ona podała mu Felixa... Ona upewniła się że będzie w stanie wykonać... plan.
Pozostali opowiadali wydarzenia wieczora, składając je razem, tak że wydawały się możliwe, nawet jeśli nie prawdopodobne, ale Hermiona siedziała cicho, jakby została spetryfikowana.
-Więc kiedy Ron razem z Ginny i Nevillem obserwował pokój życzeń- powiedział Harry w końcu odwracając się do niej- ty byłaś...
-Przed gabinecie Snape'a, tak- powiedziała ledwie słyszalnym głosem.- Blisko północy profesor Flitwick zbiegł do lochów. Krzyczał o śmierciożercach w zamku... i...
-Co?- ponaglił ją Harry.
Luna wtrąciła się.
-Profesor Flitwick wpadł do gabinetu Snape'a, a wtedy Snape wybiegł. Powiedział, że Flitwick zemdlał, chociaż pomyślałam, że został trafiony drętwotą. Hermiona natychmiast mu pomogła. Wtedy wybiegł mówiąc że idzie pomóc w walce przeciwko śmierciożercom...
-Byłam taka głupia, Harry!- piskliwym głosem szepnęła Hermiona.- Nie zorientowałam się, Harry, po prostu go wypuściłam!
-To nie twoja wina- powiedział twardo Lupin.- Hermiono, gdybyś nie posłuchała Snape'a i nie zeszła mu z drogi, pewnie zabiłby i ciebie i Lunę.

Hermiona patrzyła na niego pusto, marząc o możliwości pocieszenia się jego słowami. Ale nie mogła, bo wszystko co powiedziała było kłamstwem, tak jak nauczył ją Snape, kłamstwem z odrobiną prawdy...
Wtedy Moody minął Lupina i ujął dłoń Hermiony w swoją własną, chropowatą i twardą.
-To nie twoja wina.- powtórzył i Hermiona odwróciła twarz, nie chcąc więcej pocieszania.- Panno Granger- powiedział ostro i podniosła wzrok. Najwyraźniej dobrze wiedział jak zmusić ją do uwagi.- Zrobiłaś dokładnie to, czego chciał dyrektor.
Oboje jego oczu- magiczne i normalne, spojrzały w jej oczy, a ona patrzyła w nie ze zdumieniem.
-Dokładnie to, czego chciał dyrektor- powtórzył, kiedy lament Fawkesa przeszył jej ciało.
http://www.youtube.com/watch?v=SKjNtLUavR0 A Very Potter Musical
It is totally awesome ;)
yasiria
Nawiedzony Romantyk
Nawiedzony Romantyk
 
Posty: 52
Dołączył(a): 28 maja 2011, 12:55

[NZ][T] Drugie Życie [18/48]

Postprzez yasiria » 04 lip 2011, 18:37

Tekst pogrubiony jest cytatem z "Harry Potter i Książę Półkrwi"

Rozdział 18

Zajęcia zostały odwołane i podjęto decyzję o wysłaniu uczniów do domów dwa tygodnie wcześniej. Brak zajęć oznaczał, że uczniowie chodzili po korytarzach kiedy chcieli, bo ustalono, że kto chce zostać, aby złożyć hołd Dumbledore'owi, będzie miał taką możliwość. Wielka Sala podczas posiłków była pełna ludzi, a jednak Hogwart zdawał się być pogrążony w ciszy i pustce. Prefekci nie musieli patrolować korytarzy; żaden z uczniów nie ośmieliłby się odpalić sztucznych ogni, czy przekląć kolegi w atmosferze żałoby i przegranej, która panowała w zamku.
Przerwa w rutynie zdemobilizowała Hermionę. Spędzała większość czasu siedząc na kanapie w pokoju wspólnym Gryffindoru, gapiąc się w ogień. Czasami Ron przychodził i siadał obok niej w ciszy przez chwilę, a później, bez słowa, tak jak przyszedł, odchodził ponownie. Wiedziała, że czuwa przy łóżku Billa w nocy, a jego oczy były podkrążone, jednak nie mogła zmusić się do porozmawiania z nim o tym, że powinien odpocząć. Kim była, żeby sugerować coś takiego, skoro ostatniej nocy spała najwyżej dwie godziny?
Od nocy w skrzydle szpitalnym było niewiele chwil, które spędzali całą trójką razem. Jednym z takich momentów był ten, kiedy Harry przyszedł do pokoju wspólnego i powiedział, stłumionym i zmęczonym głosem, że cała wyprawa po horkruks była bez sensu. Machał przed nimi fałszywym medalionem, po czym znowu schował go do kieszeni szaty. Żadne z nich nie chciało o tym rozmawiać. Rozważanie tego było zbyt bolesne. Hermiona wiedziała że powinna pomyśleć o tym, zaplanować coś, ale jej umysł nie powstrzymywał się od niekończącego się krążenia wokół Snape'a.
Przez większość pierwszej nocy leżała w łóżku zastanawiając się nad tym co powiedział jej Moody w skrzydle szpitalnym. Zostawił ją krótko po tym i nie przekazał jej nic więcej, żadnego spojrzenia rzuconego nad ramieniem. Zwyczajnie ogłosił, że zamierza iść po pergaminy z Kwatery Głównej; nikt nie potrzebował zapytać dlaczego to konieczne, a Tonks i Remus zgłosili się na ochotników do pójścia z nim. Wtedy odwrócił się i wyszedł z sali, zostawiając ją patrzącą za nim, jakby był ostatnim kawałkiem drewna dryfującego po oceanie, którym był cały świat.
Czy wszystko sobie wyobraziła? Była tak zdesperowana, żeby usłyszeć że mężczyzna którego kochała nie zdradził ich wszystkich i nie zabił ich lidera, że wymyślała wiadomości których nie było? Czy Moody po prostu rzucił te same bezmyślne bzdury, którymi wszyscy wymieniali się przez ostatnie dwa dni? To nie twoja wina... To co chciał... Czy to było to, co jak sądziła, usłyszała w jego słowach? Że plan poszedł dokładnie po myśli Dumbledore'a?
Czy powinna, czy mogła, wierzyć Snape'owi? Wspomniała jego bladą twarz; linie przecinające jego czoło; długi, haczykowaty nos, wąskie wargi. I te wargi wymawiające jedno słowo: wierz.
Harry już znał tożsamość Księcia Półkrwi. Snape wykrzyczał to do niego, gdy biegł przez błonia do punktu aportacyjnego. Jednak coś w opisie tej sytuacji nie pasowało jej. Wydawało jej się, że Snape musiał wiedzieć przez cały czas, że Harry ma jego książkę. Od tych pierwszych zajęć, kiedy ona znała przeciwzaklęcie na Levicorpus musiał mieć podejrzenia. A Slughorn... Zawsze opowiadał o tym, jak genialnie Harry Potter radził sobie z eliksirami... Snape musiał wiedzieć. Dlaczego zostawiłby tą książkę na zapleczu klasy eliksirów? Można było powiedzieć o nim wiele rzeczy, ale nie to, że jest nieuważny. Chyba że zamierzał dać mu książkę... Jej serce zabiło boleśnie na wspomnienie słów z ich nocy poślubnej. On wie, że Potter nie będzie mnie słuchał; idiota wierzy że jestem lojalnym śmierciożercą...
Chyba że chciał, żeby Harry ją znalazł. Czy to był jego sposób na uczenie Harry'ego zaklęć i technik, których w innym wypadku nigdy by nie poznał, nigdy by się nimi nie zainteresował? Ale jeśli chciał, żeby Harry uczył się z książki, dlaczego ujawnił się jako Książę Półkrwi, wiedząc że Harry to wszystko teraz odrzuci?
Ale to po prostu nie miało sensu. Dlaczego miałby odrzucać wiedzę tylko ze względu na pochodzenie? Powinna zapomnieć zaklęć maskujących, zaklęcia kameleona, zaklęcia rozszerzającego, oklumencji, tylko dlatego, że Snape jej tego nauczył? Jednak wiedziała, że Harry powiedziałby tak, i że było bardziej istotne niż zawsze, żeby nigdy nie ujawniała gdzie się nauczyła rzeczy, które mogłyby utrzymać ich przy życiu.
Wierz.
Pomimo wszystko chciała wierzyć. Czy nie trenował jej? Czy nie wspierał? Czy nie... kochał? Sądziła że to robił. Ale gorsza niż myśl, że nigdy jej nie kochał była myśl, że mogła go źle ocenić, że on mógł wciąż należeć do Voldemorta... Wtedy nie tylko Snape nie byłby godzien zaufania, ale również ona.
o-o-o
Snape udał się z Hogwartu prosto do Malfoys Manor. Najbardziej zależało mu na zobaczeniu że z Draco wszystko w porządku. Chciał być obecny w chwili, gdy chłopiec stanie przed Voldemortem, chciał upewnić się, że historia, która zostanie opowiedziana postawi Draco w jak najlepszym świetle. Skóra chłopca stała się chłodna i wilgotna pod jego dłonią kiedy się aportowali i nabrała alarmująco szarego odcienia.
Kiedy pojawili się w głównym hollu, Narcyza rzuciła się na szyję syna, łkając bezwstydnie w jego włosy. Draco nie był w stanie utrzymać się na nogach, a co dopiero wspierać matkę, więc Snape delikatnie przesunął ją we własne ramiona.
-Już w porządku Cissy (1)- powiedział. Chociaż nie darzył Narcyzy Malfoy jakimś specjalnym uczuciem, wiedział, że jej miłość do syna była autentyczna. Udowodniła to poprzedniego lata, gdy przyszła do niego, wbrew poleceniom Czarnego Pana, żeby błagać go o wsparcie dla Draco. Było coś w zawziętości z jaką dążyła do ochrony syna, co do niego przemówiło. Narcyza Malfoy nie miała natury wojowniczki. Urodziła się w czystokrwistej społeczności i zaakceptowała jej zasady. Poślubiła Lucjusza i urodziła mu syna, bo tego od niej oczekiwano. Dołączyła do śmierciożerców, gdyż Lucjusz i jej rodzina pragnęli tego. Przeciwstawienie się Czarnemu Panu, próba upewnienia się że jej życzenia pokonają jego życzenia... cóż, to było przeciwko wszystkiemu do czego ją przyuczono. A jednak stała tutaj, we własnym korytarzu, z Czarnym Panem zaledwie kilka pokoi dalej, i próbowała, wbrew rozsądkowi, obalić go. Chciałby, w niejasny i skryty sposób, aby jego własna matka kiedykolwiek wzięła sprawę jego bezpieczeństwa we własne ręce.
Szlochała; jej ciało drżało w jego ramionach. Nie mógł tego dłużej znieść. Nie było czasu na histerię- chłopiec wciąż musiał stanąć przed Czarnym Panem, a łzy jego matki w niczym mu nie pomogą.
-Wystarczy, Narcyzo- powiedział , wyswobadzając się i zmuszając ją by stanęła o własnych siłach.- Pozbieraj się. Jeszcze nie skończyliśmy.
Przeszedł do sali balowej, prowadząc za sobą Malfoyów. Machnięciem różdżki sprawił, że jego szata rozwinęła się za nim imponująco, kiedy podchodził do krzesła przypominającego tron, które upodobał sobie Czarny Pan. Kiedy dotarł do bladego czarodzieja, opadł na kolana.
-Mój Panie- powiedział.- Draco odniósł sukces. Dumbledore nie żyje.
Kątem oka widział że Draco i Narcyza również padają na kolana.
Wargi Voldemorta wygięły się w okropnym odpowiedniku uśmiechu.
-To oczekiwana informacja. Draco, podejdź.
Snape chciał, żeby chłopiec odnalazł odrobinę dawnej arogancji i patrzył, zadowolony, jak Draco prostuje się na pełną wysokość i podchodzi do Czarnego Pana. Był śmiertelnie blady ale nie drżał.
Szalony czarodziej patrzył na Draco z aprobatą.
-Powiedz Draco, jakie to uczucie rzucić klątwę zabijającą?
Snape zaklął w duchu. Miał nadzieję na to, że zdąży opowiedzieć odrobinę więcej, zanim do tego dotrą... Ale było jasne, że Voldemort już wiedział, że Draco okazał się niezdolny... Co oczywiście od początku planował.
Ale Draco zaskoczył go. Swoim zwykłym, wyniosłym tonem odparł:
-Nie miałem przyjemności, mój Panie. Snape tak pożądał chwały, że sam rzucił Avadę.
-Doprawdy?- powiedział przerażająco uprzejmie Voldemort.
-Draco- warknęła Narcyza.- Nie wolno ci winić Severusa za jego... pochopne działanie. Jak by to wyglądało gdyby jego własny uczeń okazał się być potężniejszym śmierciożercą niż on sam?
Snape ukłonił głowę przed Czarnym Panem. Miał ochotę odwarknąć, ale wiedział, że jeśli ma to przeżyć, nie wolno mu się kłócić. Musiał pokornie zaakceptować karę. Jak pozwolił im zepchnąć się pod ścianę? Ryzykował tak wiele, żeby ochronić tego chłopca przed nim samym.
-Severusie- syknął Czarny Pan.- Myślałem, że wyraziłem się jasno co do tego, żebyś nie wtrącał się w plany Draco.
-Wybacz mi, mój Panie.- powiedział, dusząc się tymi słowami i dwulicowością Narcyzy. ? Plan Draco był dobrze wykonany. Zamierzałem jedynie pomóc mu zakończyć go.. pomóc w dostarczeniu ci zwycięstwa, którego pożądałeś.
Czarny Pan odwrócił się do Draco.
-Zadowoliłeś mnie- powiedział krótko.- Ty i twoja matka możecie nas zostawić.
Malfoyowie wyszli z pokoju bez spojrzenia na Snape'a, który wciąż klęczał na marmurowej podłodze. Zmusił się do rozluźnienia mięśni. Efekty Cruciatusa były dużo lżejsze jeśli nie starał się walczyć, jeśli po prostu poddawał się i pozwalał klątwie robić z nim co chciała.
-Masz szczęście, że byłeś dla mnie tak użyteczny, Severusie.- rzucił Voldemort.- Gdybym cię teraz nie potrzebował, zabiłbym cię jako przykład dla moich sług na to, co się dzieje kiedy nie wypełniają moich poleceń.
Snape pochylił głowę niżej, tak że jego włosy dotykały podłogi.
-Mój Panie... Sądziłem, że życzysz sobie aby Dumbledore został zabity, bez względu na koszta. Myślałem...
-Twoim problemem, Severusie, jest to, że myślisz zdecydowanie zbyt dużo. Crucio!
Snape zwinął się pod klątwą, skręcając się aż był pewny, że jego kości pękną pod naciskiem mięśni. Starał się zmusić kończyny do posłuszeństwa, jednocześnie zachowując mur w umyśle gładki i sztywny. Tortura trwała aż zaczął się obawiać- nie mógł dłużej wyczuć granic swoich ścian; za oczami była jedynie ciemność.
Kiedy ból w końcu zelżał, spojrzał na Czarnego Pana zaczerwienionymi, załzawionymi oczami. Voldemort przyglądał mu się nieubłaganie. Jeszcze nie wdarł się do umysłu Snape'a, ale z pewnością to rozważał.
-Zawsze wiernie mi służyłeś, Severusie. Inni wątpili w ciebie, ale ja zawsze byłem pewien twojej... Lojalności.
-Tak, mój Panie. Dziękuję.
-Jednak teraz uznałem, że zażądam pewnego, powiedzmy, pokazu wierności.
-Żyję by ci służyć.
Voldemort zaśmiał się.
-Prawda, drogi chłopcze. Prawda. Wiesz, jak sądzę, że chciałbym abyś przejął obowiązki dyrektora Hogwartu?
-Jeśli tego pragniesz zrobię to z przyjemnością.
-Twoja praca jako szpiega była użyteczna na wiele sposobów. Pośród moich zwolenników jedynie ty jesteś wystarczająco obeznany z prowadzeniem szkoły aby zająć się moim planem.
-Co planujesz dla szkoły, mój Panie?
-Tut, tut, Severusie. Nie udawaj głupka. To do ciebie nie pasuje. Wiesz równie dobrze jak ja, że chcę stworzyć armię... oczyścić szkołę z niegodnych i wytrenować pozostałych...
-Mogę to zrobić, mój Panie. To nie będzie trudne... już mamy wielu sympatyków... Nie było ich widać, bo bali się Dumbledore'a, ale teraz...
-Tak, tak, jestem pewny że podołasz. Jednak...- Czarny Pan przerwał, po czym podniósł wzrok. Kiedy to zrobił, jego oczy spojrzały w oczy Snape'a i wdarł się do jego umysłu. Podstępnie, subtelnie. Czuł obcą obecność wślizgującą się w głębię jego umysłu, testując, szukając, smakując... Szukając panny Granger.
-Zanim powierzę ci tak ważny obowiązek, chcę być pewien, że należysz do mnie tak całkowicie jak mówisz.
-Cokolwiek rozkażesz, mój Panie- odparł Snape.
-W przeszłości pokazałeś pewną... słabość... do szlam, Severusie.
Lily. Snape niemal uśmiechnął się ironicznie. Jego panowie grali tą samą kartą. Pochylił głowę, aby wyglądać na skruszonego, i czekał.
-Nie zaprzeczasz?
-Kiedy byłem dużo młodszy, żywiłem, jak wiesz, uczucia do Lily Evans. Ale to jest przeszłość, mój Panie, tak daleka, jakby dotyczyła innego życia. Pokazałeś mi inne, znacznie lepsze, wybory...
-A jednak nic nie wybrałeś. Nigdy się nie ożeniłeś Severusie. Dlaczego?
-Niektórzy mężczyźni czują powołanie do wspierania sprawy poprzez tworzenie nowego pokolenia doskonałych, czystokrwistych czarownic i czarodziejów. Moim powołaniem zawsze było służyć tobie, upewniać się że jest odpowiedni świat w którym tamci mogą wzrastać.
-A więc prawdziwy nauczyciel? Mam w to wierzyć?
-Uczenie magii tych, którzy na to nie zasługują jest obrzydliwe. Jeśli widziałeś niezadowolenie w moich myślach, było związane z tym, że zmuszono mnie do dzielenia się naszymi darami z niegodnymi. Ale w innym świecie, w twoim świecie, mój Panie, mógłbym...
-Wystarczy. To nie ma znaczenia. Jest zadanie, które masz dla mnie wypełnić. Wtedy, jeśli mnie zadowolisz, możesz wrócić do swojej cennej szkoły i zajmiesz miejsce którego żądasz.
-Powiedz mi czego żądasz, mój Panie.
-Twój łącznik... przyjaciółka Pottera?
Każdy mięsień jego ciała zesztywniał, ale nie opuścił wzroku.
-Tak, mój Panie?
-Pozbądź się jej rodziny.
-Nie samej dziewczyny?
-Nie sądzę. Mówiłeś, że miałeś ją w łóżku?
-Tak, mój Panie.
-Więc może wciąż ci ufać. Nie będzie chciała myśleć, że oddała się zdrajcy. Może okazać się... użyteczna... przez pewien czas. Więc nie proszę żebyś jej mówił, że to zrobiłeś, ale dla mojego spokoju...
-Uznaj to za zrobione.
-Dziękuję Severusie. Cieszy mnie twoje posłuszeństwo. Chcesz pozostać tu do rozpoczęcia roku szkolnego? Jestem pewien że Narcyza ucieszy się z goszczenia ciebie.
-Gościnność Narcyzy jest wspaniała, mój Panie, ale nie chcę sprawiać jej kłopotu przez tak długi czas. Jestem samotnikiem z niewielkimi potrzebami społecznymi. Jeśli to cię zadowoli, wrócę na lato do Spinner's End.
Voldemort przez chwilę rozważał jego słowa.
-Jesteś teraz poszukiwany, Severusie. Myślę że dla twojego własnego bezpieczeństwa potrzebne będzie zaklęcie Fideliusa.
-W rzeczy samej, mój Panie.
-Doskonale. Rzuć zaklęcie i wróć do mnie z tajemnicą. Możesz zostać w Spinner's End jeśli tego pragniesz.
-Dziękuję, mój Panie.
-Nie ma za co. I, Severusie?
-Tak?
-Oczekuję że wieści o mugolach pojawią się niebawem.
-Z pewnością, mój Panie.
o-o-o
Kiedy nadszedł czas pogrzebu, Hermiona zajęła swoje miejsce wśród Gryfonów, podążając za profesor McGonagall na błonia, do świata, który nie miał prawa być tak jasny i piękny. Był idealny letni dzień. Drzewa zakwitły a wiatr niósł słodki zapach kwiatów ponad bujnie zielonymi terenami.
Krzesła ustawiono w rozległym półokręgu i duża ich część była już zajęta przez wiele czarownic i czarodziejów. Moody, Lupin i Tonks siedzieli razem obok Kingsleya Shacklebolta. Zauważyła Madam Malkin ze sklepu z szatami na ulicy Pokątnej, kilku sprzedawców, których rozpoznawała z Esów Floresów, oraz Argusa Filcha ubranego w najdziwniejszy zestaw ubrań jaki dotąd widziała. Siedział on obok pani Pince, która szlochała cicho w długi, czarny welon. Weasleyowie stworzyli dużą grupę rudzielców po lewej; nawet Percy pojawił się aby oddać hołd, chociaż usiadł obok Rufusa Scrimgeoura z przodu. Nieprawdopodobne, po drugiej stronie Scrimgeoura siedział barman ze Świńskiego łba i...
Barman ze Świńskiego Łba? Usłyszała głos Snape'a w głowie. Więc nie jesteś świadomy, że jego brat, Aberforth, jest tam barmanem? Czy on i Draco mówili o Dumbledorze? Czy to był brat Dumbledore'a? Jej żołądek ścisnął się. W innym wypadku dlaczego siedziałby z przodu? A jeśli to jest brat Dumbledore'a, to... Twoja głupota niemal zniszczyła plan dyrektora! Plan dyrektora. Plan dyrektora!
Harry wszedł w długi rząd krzeseł o wrzecionowatych nogach. Tuż za nim szła Ginny. Hermiona poszła za nimi, niemal oślepiona łzami. Widziała jedynie stopy Ginny i krawędzie siedzeń. Usiadła obok dziewczyny. Po jej drugiej stronie usiadł Ron. Oboje chwycili ręce Hermiony, a ona zamknęła oczy. Łzy wciąż spływały jej po policzkach i rozpryskiwały się na szatach. Plan dyrektora. Plan dyrektora. Nie mogła myśleć o niczym po za tymi dwoma słowami a one zderzały się ze sobą, biegając, tańcząc i krzycząc jej w myślach. Plan dyrektora.
Syreny przybyły na powierzchnię jeziora. Dziwny i zniekształcony dźwięk ich pieśni wypełnił powietrze i zdawał się Hermionie być echem jej myśli. Nie rozumiała słów ich lamentów, ale czuła że to ma związek z bolesną prawdą, ze stratą, zagubieniem i wojną, z okropnym smutkiem. Hermiona spojrzała na Harry'ego, który miał na twarzy dziwny wyraz całkowitej uwagi i determinacji. Pieśń syren najwyraźniej wypełniła go poczuciem celu. Dziewczyna zastanowiła się krótko, czy dźwięk nie brzmi inaczej dla każdego kto go usłyszy.
Ale zanim mogła zbadać reakcje innych, w przejściu pomiędzy krzesłami pojawił się Hagrid, trzymający na rękach ciało Dumbledore'a okryte fioletowym, błyszczącym się ubraniem. Patrzyła na bezwładną postać, która w porównaniu z wielkością Hagrida zdawała się być malutka, tak jakby mógł on odpowiedzieć na wszystkie pytania zajmujące jej duszę.
Czy to naprawdę był plan dyrektora? Kiedy wezwał ją do gabinetu we wrześniu, powiedział, że nie spodziewa się że będzie żył dużo dłużej... właściwie powiedział, że Voldemort planuje zabicie go przed końcem roku. Nie uwierzyła w to, nie wierzyła że możliwe jest to, że ktokolwiek może mieć moc wystarczającą do zabicia Dumbledore'a. Prawdopodobnie nikt nie miał, aż do... Aż do momentu kiedy on zechciał być zabity.
Ktoś przemawiał przed ciałem; Hermiona widziała ponad tłumem czubek głowy czarodzieja, ale nie mogła dosłyszeć co mówił. Zamiast tego słyszała w myślach głos Dumbledore'a, gdy prosił ją o pomoc.
-Zdajesz sobie sprawę, że profesor Snape będzie musiał popełnić pewne czyny, które doprowadzą go bezpiecznie do przeciwników?
-Tak??
-Jeśli zdecydujesz się chronić profesora i jego tajemnicę, muszę być pewien, że twoja wiara w niego nie złamie się, bez względu na to co będzie musiał zrobić opuszczając Zakon. Muszę być pewien, że doskonale rozumiesz, że wszystko, co zrobił profesor Snape, zrobił dla jasnej strony. Ja i on zdecydowaliśmy się na to wspólnie, ponieważ wierzymy, że będziemy w stanie chronić Harry'ego lepiej z drugiej strony.

Zaszlochała. Ron objął ją, a ona pochyliła się w jego stronę. To właśnie miało się stać, do cholery. To właśnie był plan. Nie miała pojęcia za kim płacze. Za Harrym, który stracił ostatniego z żałośnie kilku opiekunów jakich miał; za Snapem, który miał okropną wiedzę o tym o musiał zrobić, nie mogąc nawet się nią z kimś podzielić; za Dumbledore'a, mężczyznę, któremu powierzyła życie i los, wierząc że ich ocali; czy za sobą... bo czuła się bardziej samotna ze swoimi tajemnicami, niż kiedykolwiek w życiu. Co to był za plan? Chciała wrzeszczeć do ciała Dumbledore'a, które zostało zamknięte w magicznym grobie. Kto w ogóle to wymyślił?!
Ceremonia się skończyła, ale Hermiona siedziała, obezwładniona strachem, wściekłością i żalem, wciąż w braterskich objęciach Rona. Ledwie zauważyła, że Harry i Ginny szepczą do siebie obok niej. To był dziwny dźwięk, ale jedynie zarejestrowała go, nie zwracając na to większej uwagi. Ale wtedy odeszli, a Ron powiedział do niej cicho:
-Hermiono?
-Tak?
-Myślę, że już czas, żebyśmy powiedzieli Harry'emu.
-Co powiedzieli?
-Że idziemy z nim.
Hermiona popatrzyła na przyjaciela. Kiedy się zorientował co będą robić? Kiedy jej chłopcy dorośli? Poczuła potrzebę opowiedzenia mu o wszystkich tajemnicach. Ron, ja... Ja wyszłam za profesora Snape'a. On nam pomoże, przysięgam... Ale, oczywiście, to było całkowicie bez sensu. Mógł zrozumieć że muszą odejść, ale tego nigdy by nie zrozumiał.
-Co z Lavender?
-Masz na myśli, jeśli odezwie się do mnie po tym?- powiedział z ponurym uśmieszkiem, puszczając ją.- Będzie musiała czekać. Zrozumie, kiedy uświadomi sobie gdzie idę. A jeśli nie.. cóż...- zawiesił głos.
-Myślisz, że Ginny wie?
-Myślę, że właśnie jej mówi.
Hermiona odwróciła się, żeby popatrzeć na Harry'ego i Ginny i zobaczyła że on odchodzi od niej. Oczy Ginny były pełne łez, ale wyglądała na... dumną z niego. Hermiona, poczuła, że kocha przyjaciela.
-Hermiono, wiem, że bardzo chcesz skończyć szkołę...
-Przestań. Wiesz, że to nie ważne.
Potaknął.
-Chodź. On nas potrzebuje.
Wstała i razem z Ronem niemal przebiegła przez błonia, żeby złapać Harry'ego, który najwyraźniej próbował uniknąć Scimgeoura.
-Harry, czekaj!- krzyknęła Hermiona, a on zwolnił, ale nie odwrócił się w jej stronę.
-Harry...- pokonała ostatnie metry między nimi i położyła mu dłoń na ramieniu.- Wszystko w porządku?
Harry odwrócił się i popatrzył na zamek. Ogromny, kamienny budynek zdawał się być jeszcze bardziej niezwykły, gdy oświetlały go promienie popołudniowego słońca. Ciężko było wyobrazić sobie, że opuszczają go na dobre.
-Idziemy z tobą- powiedział cicho Ron. Harry zaczął protestować, ale Ron po prostu pokręcił głową.- Pociąg odjeżdża dzisiaj. Muszę być na weselu Billa, ale po tym...
-Po tym pójdziemy- Hermiona skończyła za niego.- Masz plan?
-Muszę znaleźć pozostałe horkruksy, nie?- powiedział, patrząc na grób Dumbledore'a, odbijający się w wodzie po drugiej stronie jeziora. ? Tego właśnie ode mnie chciał, dlatego mi o nich powiedział. Muszę je znaleźć i zniszczyć, a później pójść za siódmym kawałkiem duszy Voldemorta, kawałkiem, który nadal jest w jego ciele. I to ja go zabiję. A jeśli w czasie drogi spotkam Severusa Snape'a- dodał- tym lepiej dla mnie i tym gorzej dla niego.
Hermiona potaknęła, chociaż jego słowa wzbudziły w niej strach. Któregoś dnia, w jakiś sposób, będzie musiała mu powiedzieć. Odsunęła tę myśl.
-Muszę pojechać do rodziców- powiedziała.- Ale spotkamy się w Norze... najpóźniej za dwa tygodnie.
Złapała przyjaciół za dłonie i razem poszli do zamku, żeby się spakować.

(1)Cissy- tłumaczenie na polski: Cyzia jakoś mnie odrzuca. Dlatego postanowiłam zostawić oryginalną Cissy.
http://www.youtube.com/watch?v=SKjNtLUavR0 A Very Potter Musical
It is totally awesome ;)
yasiria
Nawiedzony Romantyk
Nawiedzony Romantyk
 
Posty: 52
Dołączył(a): 28 maja 2011, 12:55

[NZ][T] Drugie Życie [19/48]

Postprzez yasiria » 04 lip 2011, 18:50

Rozdział 19

Hermiona włożyła ostatnie szaty do kufra, a na wierzchu położyła książki o horkruksach, które przywołała z gabinetu Dumbledore'a. Tak naprawdę nie oczekiwała, że zaklęcie zadziała. ?Accio książki o horkruksach" wydawało jej się zbyt daleko idącym uproszczeniem, ale pojawiły się, wlatując przez jej otwarte okno, zupełnie jakby Dumbledore planował to w ten sposób. Co, jak sądziła, mogło być prawdą. Zamknęła kufer i po raz ostatni rozejrzała się po pokoju, w którym mieszkała odkąd przybyła do zamku, podniecona i przestraszona, sześć lat wcześniej. Lavender i Parvati wciąż kręciły się po pokoju , wrzucając przypadkowo rzeczy do kufrów i kłócąc się, która zatrzyma na wakacje spinkę do włosów, ozdobioną ruszającymi się, fioletowymi motylami. Część pokoju należąca do Hermiony była tak pusta jak nigdy. Zniknęły stosy książek, zawsze leżące obok jej łóżka. Zniknęły pióra i prawie puste buteleczki z atramentem zalegające dotąd na biurku. Zniknęło mugolskie zdjęcie jej rodziców, które stawiała na stoliku nocnym każdego roku po przyjeździe. Przejechała palcami po szkarłatnych zasłonkach łóżka, zanim je zasunęła. Sięgnęła ręką, aby dotknąć lustra nad komodą, żeby przesunąć dłonią po każdej szufladzie, w której trzymała swoje ubrania. Chciała przycisnąć ręce do zimnej, kamiennej ściany i powiedzieć ?do widzenia" każdej z tych znajomych rzeczy, nigdy nie zauważanych, ale zawsze obecnych.
Jej kufer zostanie zabrany do pociągu przez skrzaty domowe. Nie zostało nic, oprócz pożegnania się z dziewczynami i spotkania z Harrym i Ronem w pokoju wspólnym.
-Lavender, Parvati- zaczęła. Chrząknęła cicho. Te dziewczyny nigdy nie były jej przyjaciółkami, ale jednak były jej koleżankami. I zdarzały się miłe chwile, prawda? Noce, kiedy odkładała swoje książki i pomagała im wyczarować malutkie serduszka na lakierze do paznokci; noc Balu Bożonarodzeniowego, kiedy Parvati użyła całego pojemnika płynu do włosów ?Ulizanna", żeby wyprostować włosy Hermiony. Były chwile, to prawda, kiedy były niemal jak siostry, kłócąc się o to, która najgłośniej mówi przez sen, albo o to, która porozrzucała szaty po całej podłodze.
-Mam nadzieję, że będziecie miały miłe wakacje- powiedziała, bo nie mogła prawdziwie się pożegnać. Nie mogła pokazywać, że być może nigdy więcej się nie zobaczą. Parvati odwróciła się, patrząc na nią.
-Hermiono, ty płaczesz?
-N...Nie, oczywiście że nie.
Lavender podeszła, dotykając delikatnie jej ramienia.
-Oczywiście że płaczesz- powiedziała.- Wszyscy bardzo przeżywamy śmierć dyrektora.
Hermiona kiwnęła głową, jakby dokładnie to spowodowało jej łzy.
-Ale mamy całe wakacje na dojście do siebie. Zobaczymy się u Rona zanim się zorientujesz. A później wrócimy tutaj, jak zawsze. Moje włosy będą na twoich szatach, Parvati będzie mówiła nam że chrapiemy... Tak jak było zawsze. Ciesz się odpoczynkiem.
Hermiona uśmiechnęła się.
-Tak, wyobrażam się, że nie możecie się doczekać paru miesięcy bez mojego organizera budzącego nas o szóstej rano.
-Nawet w to nie wątp- powiedziała Parvati, ale przytuliła Hermionę, zanim powróciła do pakowania.- Trzymaj się.
-Ty też. Obie. Trzymajcie się- odparła Hermiona i wyszła z pokoju.
Kiedy schodziła po schodach poczuła chłód, chociaż temperatura w zamku była taka jak zwykle.
Ron i Harry czekali na nią w pokoju wspólnym, a kiedy ona przyszła, wszyscy razem w milczeniu przeszli przez dziurę za portretem.
Odwrócili się, żeby popatrzeć na Grubą Damę, która zamykała wejście.
-Uciekajcie, kochani, albo przegapicie pociąg- powiedziała. Jej oczy były zapuchnięte od płaczu. Hermiona zastanowiła się, czy to było spowodowane jedynie śmiercią Dumbledore'a, czy też zawsze była smutna, kiedy uczniowie wyjeżdżali.
Harry i Ron poszli w kierunku schodów, ale Hermiona wciąż stała, wpatrując się w strażniczkę domu.
-Wiesz, ja nigdy...- zaczęła.- Nigdy nie zapytałam cię o imię.
-Brunhilda- odparła Gruba Dama pociągając nosem.
-Do widzenia, Brunhildo.
-Do widzenia, Wiem-To-Wszstko.
Śmiech wydarł się z ust Hermiony, zanim zdążyła pomyśleć o zatrzymaniu go. Jej głos przepłynął przez wyciszony korytarz, odbijając się od kamiennych ścian.
-Zwrot jak najbardziej fair, tak sądzę- wydyszała w końcu, ocierając łzy radości z oczu. Harry i Ron patrzyli na nią z niewyraźnym niepokojem. Ale to był dużo lepszy sposób na odejście- taki właśnie Hogwart znała, wypchany po brzegi studentami i ich śmiechem. Nagle pomyślała o Fredzie i Georgu i ich rewelacyjnym sposobie na odejście ze szkoły rok wcześniej. Tak, śmiech był odpowiednią drogą.
W pociągu razem z Ronem usiadła w przedziale dla prefektów, tak naprawdę nie czując potrzeby żeby patrolować korytarz, czy kogoś odwiedzić. Patrzyli wcześniej, jak Harry wybrał pusty przedział na samym końcu pociągu. Wydawało jej się oczywiste, że oni, cała trójka, zamykali się. Świat zawęży się do ich własnych, znajomych twarzy i ślepej determinacji. Nikt inny nie będzie do niego wpuszczony, podczas trwania misji.
Patrzyła przez okno, obserwując mijane zielone pola. W końcu odwróciła się i powiedziała cicho:
-Nie powiesz rodzinie, prawda?
-Nie gdzie idziemy. Ale będę musiał powiedzieć im, że nie wracam do szkoły. A ty?
-Nie, to byłoby zbyt niebezpieczne na dłuższą metę. Jeszcze nie do końca postanowiłam co zrobię z moją rodziną. To wygląda jakby...- jej głos zaczął się trząść- jakby mieli być...
-Głównym celem- dokończył Ron.
-Tak. I tak samo twoja rodzina.
-Zdrajcy krwi w większości. Wiem. Nie chcę narażać ich na większe ryzyko. Nie chodzi o to, że nie zrozumieliby, ale...
-Wiem. Myślę o świetnej umowie z ghulem na twoim strychu- powiedziała.
Wyciągnęła kawałek złożonego pergaminu z kieszeni a Ron teatralnie przewrócił oczami, ale przysunął głowę bliżej i spędzili następne kilka godzin opracowując plan, zawierający, ze wszystkich rzeczy, piżamy i groszopryszczkę.
Peron był dość wyciszony, kiedy razem z Ronem wysiadła z pociągu. Był pełen rodzin, jak zwykle, ale nie było okrzyków powitania i szmerów podekscytowania. Matki i ojcowie po prostu podchodzili do przodu, obejmowali dzieci z niepokojem, brali bagaże, krótko kłaniali się innym rodzinom i odchodzili. Jej rodzice stali obok Weasleyów. Matka ściskała w ręku kawałek pergaminu; Hermiona założyła, że to list zawiadamiający o tym aby odebrać ją wcześniej z King's Cross.
-Wszystko w porządku?- szepnęła jej mama, przytulając ją.
Nie odpowiedziała, jedynie rozpłakała się, pozwalając sobie na ostatnią chwilę, kiedy mogła być dzieckiem. Jej ojciec nerwowo poklepał jej ramię. Hermiona odsunęła się i odwróciła się do Rona.
-Zobaczymy się niedługo- powiedziała.
Ron kiwnął głową i wyciągnął rękę, żeby uścisnąć jej dłoń. Przytuliła gwałtownie Ginny, posłała smutny uśmiech w kierunku państwa Weasley i poszła z rodzicami po kufer, a następnie do samochodu. Atmosfera w środku była ciężka od rzeczy, których nie mówili. W końcu ojciec złamał milczenie.
-Więc ten... Zły czarodziej? On odpowiada za śmierć dyrektora?
Hermiona zastanowiła się.
-Tak- odpowiedziała w końcu.
-Sądziłam, że macie być bezpieczni w Hogwarcie!- powiedziała jej matka.- Myślałam, że profesor Dumbledore jest silniejszy niż...
-Był, mamo. Po prostu miał pecha. Żaden z uczniów nie został zraniony. Dyrektor nigdy nie pozwoliłby, żeby to się stało.
-Ale z pewnością tam nie wrócisz. Skoro jesteś... urodzona wśród mugoli. Czy nie mówiłaś, że ten wariat nienawidzi takich ludzi?
-Nie, mało prawdopodobne, żebym tam wróciła- powiedziała Hermiona. Nie wymyśliła jeszcze co powie rodzicom, ale to wydawało się dobrą wymówką na pewien czas.
Zdawało jej się, że rodzice wymienili szybkie spojrzenie.
-A jak Harry?- zapytał jej ojciec.
-Wszystko z nim w porządku. No... Przynajmniej fizycznie. To jest dla niego naprawdę ciężki okres.
-Nie zamierza zająć się tym czarodziejem, prawda? Wiem, że... Voldemort... Zabił jego rodziców, ale on chyba nie chce szukać go samotnie?- Nawet jej matka, która wiedziała o świecie czarodziejów tak niewiele, najwyraźniej miała problemy z wymawianiem imienia Voldemorta. Ale było coś więcej w jej zawahaniu. Pytali o Harry'ego, ale Hermiona pomyślała, że tak naprawdę pytają o jej plany. Przez chwilę poczuła się zrozumiana, kochana. Jej rodzice znali ją wystarczająco dobrze, żeby uświadomić sobie, że nie będzie mogła po prostu stać tam i pozwalać, żeby to się działo tym, których kochała.
-Myślę, że, kiedy nadejdzie czas, Harry będzie chciał zrobić co może, żeby upewnić się, że Voldemort jest powstrzymany- odparła.
-Ale co może zrobić dziecko?- zaprotestowała jej matka.- Jeśli Voldemort jest wystarczająco silny, aby pokonać profesora Dumbledore'a, to...
-Harry wiele się nauczył od profesora Dumbledore'a- powiedziała cicho Hermiona. Wciąż miała poczucie, że nie do końca rozmawiają o Harrym.
-Ale to tylko... Tylko nauka! Zawsze jest dobrze się uczyć, Hermiono. Ale z pewnością Harry nie jest przygotowany do walki z takim czarodziejem. To samobójstwo! On ma mugolską rodzinę, czyż nie? Dlaczego nie zostawi magii na pewien czas... nie na zawsze! Nie patrz tak na mnie!.. Ale aż to ucichnie...
-To nie ucichnie tak po prostu, mamo. A ja nie zostawię magii! Nie teraz, nie kiedy...
-Ktoś jest w domu, Hermiono- powiedział jej ojciec zwięźle, a ona w jego tonie wyczuła, że właśnie o to chodziło, kiedy rodzice przekonywali ją do odłożenia różdżki.- Ktoś do ciebie.
-Kto?
-Mężczyzna... Czarodziej. Ktoś, kto mówi, że zna cię ze szkoły. Przybył tuż zanim wyszliśmy z domu. Przyjechał zwykłym, małym citroenem. To zabawne... nie wyglądał na czarodzieja. Ale ty pewnie też nie.
Hermiona poczuła, jak jej krew robi się lodowata. Przypomniała sobie słowa profesora Snape'a. Jestem pewien, że zorientowałaś się, że jako urodzona wśród mugoli i przyjaciółka Pottera, szczególnie interesujesz Czarnego Pana. Kogo przysłał? I dlaczego nie zabił jej rodziców wcześniej, zamiast czekać na całą trójkę? Cóż, pożałuje, jeśli właśnie na to czekał. Była w stanie zmierzyć się z każdym śmierciożercą. I dlaczego jej rodzice zostawili nieznanego mężczyznę samego w domu, kiedy pojechali ją odebrać? Rzucił na nich Imperiusa? Odwróciła się, żeby popatrzeć matce w oczy. Nie wyglądała na kogoś pod wpływem imperiusa, ale... Zaczęła planować. Zaklęcie anty aportacyjne na domu powstrzymałoby go od ucieczki, ale uwięziłoby też ją. Oczywiście protego Horribilis na siebie i rodziców. Czy zadziała na mugoli? Nie widziała powodu, dla którego miałoby nie zadziałać... Przełożyła różdżkę z kieszeni szaty leżącej na siedzeniu obok za pasek dżinsów.
-Jak wyglądał?- zapytała, starając się udawać nonszalancję.
-Starszy mężczyzna, dość tęgi- odparł jej ojciec. Slughorn? Zawsze mówił, że nie wybiera stron, ale był głową domu Slytherina...
-A mówił czego chce?
-Wszystko co powiedział, to to, że spotkanie z tobą jest ważne. Najwyraźniej sądził, że już będziesz w domu.
-Hermiono- powiedziała jej matka.- Wiem, że lubisz... Cóż... Angażować się. I to dobrze, kochanie. Zawsze byliśmy z ciebie dumni. Ale nie dołączyłaś do tego Zakonu Feniksa, prawda? Bo naprawdę myślę...
-Czy ten człowiek powiedział, że jest z Zakonu?
Niewielka smużka nadziei pojawiła się w jej klatce piersiowej. Czyżby to zakon kogoś przysłał? Czyżby Dumbledore pomyślał o jej rodzinie?
-Nie, nie mówił nic oprócz tego że musi się z tobą zobaczyć. Zaproponowaliśmy mu, żeby pojechał z nami na dworzec, ale odmówił. Chyba nie chciał, żeby ktokolwiek wiedział, że tu jest... prosił, żebyśmy nie wspominali o nim na King's Cross. Hermiono, czy dołączyłaś do grupy Dumbledore'a?
-Nie, mamo. Nikt, kto nie ukończył szkoły nie może wstąpić do zakonu.
-No, dzięki Bogu...- zaczęła jej matka, kiedy podchodzili do drzwi domu.
-Tato, mówiłeś chyba, że on przyjechał Citroenem- Hermiona rozejrzała się po ulicy. Nigdzie nie było takiego samochodu. Tak naprawdę nigdzie nie było żadnych samochodów.
-To dziwne- powiedział jej ojciec.- Cóż, może już poszedł i to wszystko było jakąś bzdurą.
Hermiona próbowała wmówić sobie że ojciec ma rację. Ale jej niepokój rósł, kiedy rozglądała się po okolicznych domach. Ulica była dziwnie opuszczona. Zwykle ktoś kosiłby trawę, albo odbierał pocztę... Ktoś wracałby do domu, albo dzieci bawiłyby się na chodniku.
-Chodźcie- powiedziała i poprowadziła rodziców za róg domu, za buka, który osłaniał okna jej pokoju. Poszli za nią niechętnie.
-Hermiono... ? zaczął jej ojciec.
-Mamo, tato, słuchajcie. Może masz rację, że ktokolwiek to był, już odszedł. Ale jak mówiliście wcześniej, mugole są celem dla Voldemorta, a ja nie chcę wchodzić do domu, aż upewnię się że jesteście chronieni. Wierzycie mi?
-Co zamierzasz zrobić?
-Nic co was może zranić. Zamierzam rzucić na was zaklęcie tarczy.
Rodzice wymienili kolejne zmartwione spojrzenie. Jej ojciec zamierzał coś powiedzieć, ale mama przerwała mu, mówiąc:
-W porządku.
Hermiona wyjęła różdżkę.
-Protego Horribilis.- Przez chwilę zastanowiła się i zrezygnowała z zaklęcia anty aportacyjnego. Była jakaś niewielka część w niej, zbyt niedorzeczna żeby ją rozpoznać, która miała nadzieję, że to Snape czekał na nią a ona nie chciała uwięzić go w domu. Cicho podeszła do drzwi, prowadząc rodziców za sobą, z opuszczoną różdżką, ale w pełnej gotowości do uniesienia w odpowiedniej chwili.
Otworzyła drzwi.
-Halo?- zawołała. Nie było odpowiedzi. Przeszła z holu do salonu. Tam, na drugim końcu pokoju stał niski, gruby mężczyzna, o gęstych, blond włosach. Mężczyzna z zaokrąglonym nosem i opaloną, piegowatą skórą. Mężczyzna z twardym spojrzeniem czarnych oczu, które uderzyło w nią, zanim zdołała się odezwać.
-Hermiono?- powiedziała niepewnie jej matka. Hermiona uniosła dłoń, powstrzymując rodziców, ale nie mogła mówić. Patrzyła w oczy Snape'a.
-Kto był czwartą osobą na moim przyjęciu urodzinowym?- szepnęła.
-Alastor Moody- odparł. Jego głos był trochę wyższy, ale wciąż miał tą jedwabistą nutę, którą dobrze znała.- Co dałem ci na gwiazdkę?
-Encyklopedię grzybów- powiedziała, nie spuszczając wzroku. Stali tak przez chwilę bez ruchu, a ona zaczęła mu się przyglądać. Zaklęcie maskujące mogło ukryć większość ran, jeśli jakieś były, ale sposób w jaki stał... Wyglądał na zdrowego.
-Wszystko w porządku?- wykrztusiła w końcu, a on w końcu do niej podszedł.
o-o-o
Przez chwilę był sparaliżowany, niepewny, jak go przyjmie. Ale jej oczy natychmiast znalazły jego oczy i zobaczył, że dotrzymała obietnicy. Jej prawa ręka wciąż dotykała różdżki, ale nie wykonała żadnego ruchu, żeby ją wyciągnąć. Kiedy się odezwała, wiedział że nie będzie zmuszony do przeklęcia jej. Kiedy powoli do niej podchodził, był pełen wdzięczności, dużo głębszej niż kiedykolwiek, prawie obezwładniającej ulgi, oraz wciąż jeszcze czuł mdłości. Co on jej zrobił, że wciąż patrzyła na niego z ufnością?
Zatrzymało go spojrzenie jej matki, stojącej za nią, ale najwyraźniej zamierzającej przesunąć się między nich. Hermiona była tak podobna do matki, że trochę go to wytrąciło z równowagi. Snape czuł się jakby w jakiś sposób mógł patrzeć na kobietę, którą Hermiona się stanie. Jakieś emocje, których nie potrafił nazwać buzowały w nim, aż kobieta się odezwała.
-Hermiono, znasz tego pana?- zapytała ostro. Zupełnie jak Hermiona... I to była odpowiedź na pytanie dlaczego Hermiona została wybrana do Gryffindoru. Jej matka, zwykła mugolka spoglądała na niego niemal jak drapieżnik.
Hermiona dotknęła ramienia matki.
-Wszystko w porządku, mamo. Znam go. To mój nauczyciel- Spojrzała na niego, szukając zgody, którą jej dał, kiwając lekko głową.- To profesor Snape.
Do pokoju wszedł jej ojciec. Był cichym mężczyzną z krótkimi, siwiejącymi wąsami.
-Ale sądziłem, że profesor Snape jest... Cóż, zawsze opisywałaś go jako... To znaczy, dlaczego nie powiedział nam pan, że uczył pan Hermionę?
-Przepraszam, że musiałem wtargnąć tu bez kompletnego wytłumaczenia. Wydarzenia w szkole były takie jak były i wszyscy musimy zidentyfikować osobę z którą rozmawiamy, zanim będziemy mogli mówić swobodnie- wiedział, że jej rodzice przyjmą wytłumaczenie, że był związany jakimś magicznym przymusem. Tak naprawdę, nie był całkiem pewien, że Hermiona nie zawiadomi aurorów, jeśli dowie się kto odwiedził jej dom. I miał czas na rzucenie zaklęć rozpraszających, koniecznych do zapewnienia im prywatności w okolicy.
-Wybaczcie- powiedziała Hermiona.- Gdzie są moje maniery? Mamo, tato, to Severus Snape, nauczyciel Obrony przed Czarną Magią w Hogwarcie. Profesorze, moi rodzice, Helen i Richard Granger.
-To przyjemność poznać państwa. Jestem pewien, że zdajecie sobie sprawę z tego jak niesamowitą macie córkę. Jest jedną z najmądrzejszych uczniów jakich miałem przyjemność uczyć. Dziękuję za wpuszczenie mnie do domu. Nie chciałbym ponownie nadużyć państwa uprzejmości, ale muszę porozmawiać z Hermioną w cztery oczy.
Jej matka uniosła brew, ale Hermiona odwróciła się, mówiąc:
-Wszystko w porządku, mamo- i kobieta cofnęła się. Hermiona zaprowadziła go do małego pokoju na tyłach domu i zamknęła za sobą drzwi.
-Muffliato- powiedział Snape. To wyglądało jakby czar ją rozluźnił. Podbiegła do niego jak upiór, jej głos był zgrzytliwy i szorstki.
-Jak mogłeś mi nie powiedzieć? Nie możesz sobie wyobrazić jak się czułam! Minęły dni zanim byłam całkowicie pewna i ja...
Złapał jej nadgarstki, unieruchamiając pięść uderzającą z zadziwiającą siłą w jego klatkę piersiową.
-A później tu przyszedłeś! I nawet nie wyglądasz jak ty! Tu, przy moich rodzicach! Przez ten cały czas, nie dostałam od ciebie ani słówka! Bałam się z tobą skontaktować...
-Poczułabyś się lepiej, gdybym usunął zaklęcie maskujące?- zapytał cicho. Jego głos był tak niski i gładki, że najwyraźniej uświadomił jej jak dziwnie brzmiała. Przez chwilę wyglądała jakby próbowała się zebrać w sobie, po czym wyciągnęła z rękawa różdżkę, wycelowała w niego i zawołała:
-Finite Incantatem!
Stał tam, cichy i nieruchomy, tuż przed nią. Ubrany w mugolskie ubrania, które teraz spektakularnie na niego nie pasowały. Jego blade kostki wystawały ze spodni, za krótkich o jakieś pięć cali, a jego kamizelka zwisała wokół niego.
-Och.- powiedziała.- Jesteś ranny. Dlaczego mi nie powiedziałeś?
-Nic mi nie jest. Minęło już kilka dni, a w sumie to nie było najgorsze. I nie wiem, kiedy miałem to powiedzieć. Powinienem krzyknąć między ciosami?
Wyglądała na lekko zawstydzoną, ale wściekłość szybko powróciła.
-O nie. Nawet nie próbuj. Nie wywiniesz się tak łatwo. Dlaczego nie powiedziałeś? Nie masz pojęcia jak okropnie się czułam, jaka byłam zdezorientowana kiedy się dowiedziałam. Myślałam... To znaczy... przy wszystkim co my... Po prostu myślałam, że możesz mieć trochę więcej...
-Dobrze wiesz, że dyrektor nie chciał żebyś wiedziała...
-Nonsens!- wrzasnęła.- Teraz wiem! I jestem dużo bardziej narażona na zostanie złapaną niż wtedy, w Hogwarcie, więc nie mów mi tych bzdur o podwójnej ślepocie! Dlaczego mi nie powiedziałeś?
-Ponieważ sądziłem, że jeśli się dowiesz, postarasz się mnie powstrzymać.- Patrzył na nią nieruchomo. Najwyraźniej jedynym sposobem na przetrwanie tej burzy było zachowywanie się tak konkretnie i spokojnie jak tylko można.
-Ja...- prychnęła.- Ja... Cóż, przyznaję, że na początku mogłabym tak zrobić. Ale tylko na początku! Daj mi trochę zaufania... Wierzyłam w ciebie i Dumbledore'a. Nie sądzisz, że zobaczyłabym, że robicie to dla Harry'ego?
-Sam fakt, że ryzykowałem przyjście tutaj, powinien powiedzieć pani, jak bardzo pani ufam, panno Granger. I nie widziałem Pottera od kiedy próbował mnie przekląć na błoniach, więc nie mam pojęcia w jaki sposób ?zrobiliśmy to dla Harry'ego" jak powiedziałaś.
Popatrzyła na niego ze złością.
-Przestań już. Gdybym była na jego miejscu, też próbowałabym cię przekląć... Prawdę mówiąc, gdybym była na jego miejscu, udałoby mi się to zrobić.
Nie mógł się powstrzymać przed uniesieniem kącików ust. Ukrył to w złośliwym uśmiechu. Jej pół uśmiech, który posłała w odpowiedzi, powiedział mu, że niebezpieczeństwo minęło.
-Harry jest bardziej zdeterminowany niż kiedykolwiek- powiedziała cicho.- Jest gotowy.
-Ale ty, jak na razie, nie jesteś.
-Słucham?
-Powiedziałem ci wcześniej, że Czarny Pan się tobą interesuje.
Potaknęła, blednąc, a on zmusił się do kontynuowania.
-Poprosił... Mam na myśli, rozkazał mi... Przyszedłem, bo rozkazał, żebym zabił twoją rodzinę.
http://www.youtube.com/watch?v=SKjNtLUavR0 A Very Potter Musical
It is totally awesome ;)
yasiria
Nawiedzony Romantyk
Nawiedzony Romantyk
 
Posty: 52
Dołączył(a): 28 maja 2011, 12:55

Następna strona

Powrót do FanFiction

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości

cron