[M] Tam, gdzie można ich zobaczyć

W świecie Harry'ego Pottera. [UWAGA! Dział slash widoczny jedynie dla zarejestrowanych użytkowników]

Moderatorzy: cathyhope, Sweetkawai

Tam, gdzie można ich zobaczyć

Postprzez Matylda » 29 paź 2014, 23:26

Tekst pojedynkowy na Mirriel. Warunki: http://forum.mirriel.net/viewtopic.php?f=11&t=21730

Dedykowane: Aratanooniel! Za to, że dzięki niej wróciłam do pisania.




Tam, gdzie można ich zobaczyć



Czasami o losach wojny decydują pewne wyobrażenia, którym nie sposób zapobiec, a które rodzą się w ludzkich umysłach. A potem już nikt nie wie, kto czego chciał tak naprawdę i jakie to ma wszystko znaczenie. Czasami to wszystko tkwi w głowie.


I


Palce biegną po pianinie
Kukła tańczy dziś na linie
Usta drżące niesłychanie
A to było pożądanie



Kiedy jest na drugim roku, świat staje się dla niej gęsty od mgły, zasypia i budzi się w ciągłym przerażeniu, że przecież urodziła się jako mugolka, więc tajemnicza siła, która nęka szkołę, może ją w końcu dopaść i zabić. Na swój sposób próbuje sobie z tym radzić – na lekcje przygotowuje się systematycznie, problem sprowadza do: tak naprawdę ciebie to nie dotyczy, ale musisz spróbować rozwiązać zagadkę, aby uratować innych, Hermiono!, a resztę energii wykorzystuje na próby zwrócenia na siebie uwagi Gilderoy'a Lockharta. Później, dużo później pomyśli, że to była przelotna fascynacja trzynastoletniej dziewczynki, która uważała, że jest mądrzejsza od wszystkich chłopców w swoim wieku, więc musiała obdarzyć uczuciem kogoś, kto w jej oczach był inteligentny, oczytany i niezwykły. Uzna, że z jej powłóczystych spojrzeń, snów z nim w roli głównej i z ozdabiania rozkładu zajęć maleńkimi serduszkami, nic nie wynikało. Jeszcze później – wtedy Hermiona będzie już miała koło trzydziestu lat i będzie już matką – zrozumie, jak bardzo się myliła.

W pewnym momencie ani nauka, ani nauczyciel Obrony przed Czarną Magią, ani nawet spacery z chłopakami po zamkowych błoniach i wypady do Hagrida już jej nie wystarczają. Co noc budzi się zlana potem gdzieś koło czwartej nad ranem i nie może przestać myśleć. Przewraca się z boku na bok, aż w końcu poddaje się i siada w oknie – patrzy na skąpane w księżycowym świetle błonia, obserwuje linię jeziora i rozciera zmarznięte ramiona. W jej trzynastoletnim doświadczeniu takie pojęcie jak „śmierć” nie ma jeszcze sprecyzowanego wzoru w głowie, jest słowem, które budzi strach, którego nie da się jeszcze zracjonalizować i okiełznać. Wtedy wraz z Harrym i Ronem zaczyna warzyć eliksir wielosokowy, ma cel, który konsekwentnie realizuje, przerażenie przygasa i czai się gdzieś z tyłu głowy. A w międzyczasie – zaczyna czytać. Czyta wieczorem przy świeczce i rano z kubkiem mocno posłodzonej herbaty, czyta w przerwie obiadowej i w wykuszu okiennym tuż obok schodów na wieżę zachodnią. Czyta na trybunach, kiedy nikt nie gra, w czapce i rękawiczkach, czyta w bibliotece, żeby Harry i Ron wiedzieli, gdzie ją znaleźć, gdyby stało się coś złego, czyta w niedziele o świcie, tuż po odrobieniu lekcji i w skrzydle szpitalnym, kiedy zamienia się w kota. Czyta już nie Podróże z wampirami, ani Standardową Księgę Zaklęć Stopień 2, nie czyta po to, żeby coś osiągnąć i żeby wszyscy widzieli, jaka jest zdolna – czyta dla samej siebie. Przeszukuje bibliotekę wzdłuż i wszerz, zaczyna od książek historycznych, potem prześlizguje się w tydzień po dziale magicznych eksperymentów, czyta opowieści o podróżach, tych za morze i tych na księżyc. Zaczytuje się w bajkach, wciąga w sagi z melodramatem w tle, w pewnym momencie orientuje się, że jako mugolskie dziecko widziała niektóre tytuły i autorów. Kiedy pyta o to bibliotekarkę, ta niechętnie udziela jej odpowiedzi, że przecież magiczni autorzy nie mogli się ograniczać do magicznych odbiorców, a i w pewien sposób na odwrót – niektórzy mugolscy autorzy zostali odkryci przez czarodziejskich odbiorców literatury. Mówi też półgębkiem, że biblioteka tak naprawdę jest tak ogromna, że Hermiona nawet sobie nie wyobraża, a potem narzeka już sama do siebie, że Londyn jest absolutnie zacofany pod względem sztuki i literatury i że czarodzieje to chyba żyją w nim jedynie magią samą w sobie. Dziewczyna zastanawia się nad tym przez chwilę, z naręczem książek na prawym przedramieniu, ale potem wzrusza ramionami. Jako dziecko spędzała najwięcej czasu w domu, w swoim ukochanym pokoju, wychodząc tylko do szkoły, a czasem na spacery czy zakupy z rodzicami. Dopiero za jakiś czas wybierze się na spacer w pewien upalny i prześliczny czerwcowy poranek, najpierw po magicznym a potem po mugolskim Londynie i dostrzeże różnicę. Czarodzieje żyją chyba samą magią. Czasem mam wrażenie jakby nie żyli wcale, powie kiedyś do Rona.

Ślini opuszek palca i przewraca stronę za stroną, zatapia się w kolejne historie. Wdycha zapach przesycony kurzem i starością, ale też pewnego rodzaju ciepłem, które przypomina woń chleba. Je śniadanie, zamyka oczy, a przed oczami ma całe mnóstwo opowieści, plastycznych bohaterów, ich plany i marzenia, ich wady i rozterki. Potem otwiera oczy, patrzy na swoje koleżanki i kolegów, i myśli, że oni mają tylko to swoje jedno życie, od rana do wieczora, od lata do lata, a ona ma swoje małe tysiące. Pewnego popołudnia odczytuje w bibliotece fragment o Bazyliszkach. Prawie biegnie przez szkołę, żeby znaleźć Harry'ego i Rona, w dłoni ma lusterko, które wystawia za każdy róg korytarza. Później już nigdy nie będzie mogła sprecyzować swojego wrażenia, kiedy to w srebrze odbiło się dwoje żółtych oczu, kiedy na mgnienie oka ujrzała zarys potężnego cielska, które przed chwilą wypełzło z rur. Słyszy bicie swojego serca. Myśli: to się nie dzieje naprawdę. Dudni jej w głowie, a spośród tego monotonnego dźwięku da się usłyszeć miękkie tony maminej kołysanki. Czuje woń popiołu i siarki. Drętwienie biegnie od jej stóp, przez serce, aż do głowy.

Leży nie będąc w stanie się poruszyć, pod sobą ma pachnące lekami prześcieradło, obok głowy szafkę nocną z bukietem kwiatów na blacie. Poduszka jest za mała, żeby być wygodną, storczyki niedługo zwiędną, bo nie pachną już świeżą rosą i wiosną, ale trochę jakby zgniłym jabłkiem. Hermiona chce nabrać powietrza, ale klatka piersiowa się nie unosi, przepona nie porusza, powietrze jest w płucach, ale wpada i wypada tak powoli, że nie da się tego odczuć. Za oknem zapada zmrok, potem budzi się dzień, sowy przelatują pohukując radośnie, o szybę uderzają liście, księżycowy rogalik świeci jej w twarz. Ludzie wchodzą i wychodzą, ktoś trzyma ją za rękę i w pewnym momencie dziewczyna zdaje sobie sprawę z tego, że nie rozumie słów - że są dla niej, jak obcy język. Drzwi trzaskają, kubek stuka o blat, lekarka rozgrzewa jej skórę uderzając o nią dłońmi. Chłopak o czarnych włosach patrzy na nią z troską, a wtedy Hermiona zachłysnęłaby się, gdyby mogła nabrać głęboko powietrza, zachłysnęłaby się, bo dociera do niej, że nie potrafi rozróżniać ludzkich twarzy. Nie wie, kto jest kim, są dla niej bezładną mieszaniną nosów i oczu, płatów skór, zmarszczek mimicznych i policzków. Nie potrafi rozróżnić, kogo zna, a kogo widzi pierwszy raz w życiu. Mijają dni, słońce świeci coraz silniej, Hermiona leży w bezruchu, popadając w szaleństwo i czując coraz mniej - w końcu zostaje tylko przerażenie, że ten stan będzie trwał już zawsze. Że nie będzie przyszłości i nie było przeszłości, że leżała tak od zawsze niczym porzucona kukiełka i ten stan nigdy się nie skończy. Wyostrzyły jej się zmysły, widzi drobne kropeczki na odległej ścianie, czuje wonie z piętra niżej, słyszy szeptanie uczniów z odległych klas. Potrzeba wstania, dotknięcia, działania wręcz ją dusi, dusi się gdzieś w środku, ale nic po niej nie widać. Aż w końcu - zupełnie niespodziewanie - zasypia. Nie zamyka oczu, nic w jej wyglądzie się nie zmienia, po prostu nagle zaczyna śnić. Najpierw zarysy postaci pojawiają się przed nią na tle szpitalnej ściany; widma o wytrzeszczonych oczach. Przechylają głowę i wyciągają po nią ręce - zabierają ją ze sobą. A potem Hermiony nie ma już tam, gdzie można ją zobaczyć.

Śnią jej się wszystkie przeczytane opowieści, jedna po drugiej, śnią jej się ślady stóp zostawione na grząskiej ścieżce, Czerwony Kapturek i Tomcio Paluch, dwie zwariowane czarownice, które w 1928 roku spróbowały uwarzyć eliksir zamieniający karaluchy w smoki, co skończyło się dla nich tragicznie. Hermiona jest poetką, malarką, staruszką zamiatającą ulicę mroźną zimą i kotem wędrującym po dachach. Śni jej się olbrzymie cielsko wypełzające z hogwarckich rur, aby spojrzeć na nią w odbiciu lusterka obrzydliwymi żółtymi oczami. Śni jej się martwy Harry i martwy Ron, śni jej się świat wiele lat po Voldemorcie, kiedy pewnego pochmurnego popołudnia wybiera się z dziećmi na spacer. Śni jej się przeszłość i przyszłość, koniec i początek świata, śnią jej się zmory i upiory, aż nagle zachłystuje się powietrzem, czuje tlen w płucach i to jest tak cudowne uczucie, że zaczyna płakać.

- Dzień dobry, panno Granger! - mówi Dumbledore, uśmiechając się do niej zza swoich okularów połówek. - Ośmielam się mniemać, że rozbudziła się już pani całkowicie?
- Ja... - Siada na łóżku i dotyka prześcieradła. Każdym fragmentem skóry czuje, że znowu żyje. - Ja... śniło mi się wiele rzeczy! Panie profesorze, ja wiem! Wiem, jak to wszystko się skończy, jak...!
- Zapomni pani - mówi spokojnie profesor, spoglądając gdzieś za okno. Hermiona patrzy na niego szeroko otwartymi oczami.
- Słucham?
- Tak będzie lepiej. Tak zawsze jest lepiej - odwraca się do niej, uśmiechając dobrotliwie. - Spetryfikowani czarodzieje reagują bardzo dziwnie, szczególnie tak młodzi, jak pani, panno Granger.
- Ale ja wiem...! - zapowietrza się, zaciskając dłoń na prześcieradle. Orientuje się, że nie trzyma już pergaminu z odpowiedzią.
- To był bardzo dziwny rok - mówi powoli dyrektor, nie przestając się uśmiechać. - Złe duchy obudziły się w Hogwarcie. Panna Weasley została opętana, niektórzy uczniowie spetryfikowani, jestem pewien, że zostawi to w was ślady już na zawsze. Ale, proszę mi wierzyć, że za godzinę nie będzie już pani tego pamiętać. Po prostu zostanie to w pani... - Dotyka jej czoła, dziewczyna wzdryga się zauważalnie - ...ale nie będzie to oczywisty ślad.
- To znaczy...?
- Tak, to znaczy, że musi tu pani zostać jeszcze... tak myślę, że godzinę. Tutaj stoi kubek gorącej czekolady. Potem będzie mogła pani pójść do Wielkiej Sali, gdzie trwa przyjęcie. Tak, panno Granger, wszystko jest dobrze; potwór Komnaty Tajemnic został pokonany.
Uśmiecha się raz jeszcze i wychodzi, zamykając drzwi zaklęciem.

Dwie godziny później Hermiona budzi się ponownie, czekolada w kubku jest zimna i gęsta, a dziewczyna nie pamięta ani snów, ani samotności na szpitalnym łóżku. Wstaje powoli, czując jak mocno zesztywniałe są jej członki, przeciera oczy i uśmiecha się do nieba za oknem. W drodze do Wielkiej Sali wpada na Lucjusza Malfoy'a.
- Patrz jak chodzisz, głupia dziewczyno!
Hermiona uderza plecami o ścianę i przez krótką chwilę nie jest w stanie złapać oddechu. Lucjusz patrzy jej w oczy, a potem na włosy, ramiona i nogi, a jest w tym spojrzeniu poza nienawiścią coś innego, coś, czego dziewczyna nie potrafi sprecyzować. W swojej prawej dłoni mężczyzna trzyma przepalony dziennik, szatę ma przybrudzoną kurzem. Podchodzi do niej o krok, a ona przygryza wargę ze strachu. On przechyla głowę lekko w bok i uśmiecha się brzydko swoimi nienaturalnie białymi zębami. Skórę też ma wypielęgnowaną, włosy wyglądające na świeżo umyte, dziewczyna nigdy nie będzie lubiła tego typu mężczyzn.
- Ciesz się życiem, póki możesz, mała szlamo - szepcze, chowa dziennik do kieszeni, otrzepuje dłonie z kurzu i odwraca się gwałtownym ruchem.
Stukanie jego obcasów rozbrzmiewa na korytarzu.

W ciągu następnych kilku lat, Hermiona często myśli o tych słowach. Prześladują ją, kiedy nie może spać, kiedy nie ma co ze sobą zrobić, więc próbuje się uczyć, kiedy przekręca klepsydrę zmieniacza czasu albo wraz z Harrym planuje następne spotkanie Gwardii Dumbledore'a. Lucjusz przestępuje krok i zaciska palce na jej gardle albo patrzy na jej nieruchomą postać w skrzydle szpitalnym. I mógłby znaleźć się ktoś, kto by powiedział, że takie prześladowanie to trochę tak, jak z jej fascynacją Gilderoy'em Lockhartem. Ale wtedy Hermiona prychnęłaby mu w twarz i powiedziała, że to bzdura, bo wzięłoby się to znikąd. A poza tym nic z tego nie wynika.

Czyta więcej niż kiedykolwiek wcześniej, bo przecież wszystko się powtarza i zdarzyło się już kiedyś, a może ktoś to opisał. Czyta więcej niż kiedykolwiek, a czasem znikąd pojawia się w niej cichy głosik: bo może będziesz miała sny, maleńka. Ale Hermiona ignoruje ów głos, bo tak naprawdę nie wierzy ani w sny, ani w tajemnicze głosy, na trzecim roku rzuca Wróżbiarstwo, bo nie ma dla niej żadnego racjonalnego zastosowania. Pozostaje mugolką w magicznym świecie, kiedyś będzie tłumaczyć magię, jako defekt w ludzkich mózgach, powodujący sprzężenie w ciele, które wyzwala energię.

Czasem budzi się zlana potem, a przed oczami ma żółte oczy odbite w lusterku. Ale tamte sny już nie wracają.

II


Raz dwa trzy
Niech Narcyza śni
Jak się stłucze porcelana
Chodźmy do Czarnego Pana



Narcyza pierwsza ma wątpliwości - dopadają ją pewnej mroźnej nocy jeszcze podczas pierwszej wojny. Budzi się tak późno, że godzina już nie istnieje, ze świata znika czas, trwa tylko niekończąca się noc o granatowym niebie. Jej skóra jest blada i zimna, pościel lodowata, ale kobieta wie, że skrzaty na pewno dopilnowały, żeby cały dom był ciepły i bezpieczny; zapewne tuż za jej ścianą płonie drewno w kominku. To zimno tkwi w jej głowie, ma coś wspólnego z granatowym niebem, księżycem wyglądającym jak bałwania głowa i tym, że łóżko jest przeogromne, kiedy nie ma w nim Lucjusza. Budzi się z cichym jękiem, bo przecież nauczono ją nie krzyczeć, zachłystuje się powietrzem i rozpaczliwie dotyka brzucha, gładzi skórę dłońmi i rozgrzewa ją: śpij, maleństwo, myśli, uspokajając i samą siebie, i dziecko, które porusza się obudzone jej przerażeniem.

Gdzieś poza jej bezpiecznym domem o prawie stu komnatach, za jej przepastnym ogrodem pełnym pawi i róż, trwa wojna. Mugolski Londyn jest zabijany - nieświadomie i we śnie, ludzie wstają jak zwykle z samego rana, piją kawę z ukochanym, a potem wychodzą przed dom, gdzie mknie ku nim wiązka zielonego światła. Już coś w ich oczach gaśnie, są na chwilę na pół żywi, na pół martwi i wcale nie widzą przed oczami całego życia - widzą śmierć, nagłą i niezrozumiałą. Powietrze pachnie dla nich zgniłymi owocami, a wtedy zginają się w pół i upadają na ziemię. Czarodzieje zaś giną niemal identycznie - tylko z pełną świadomością, podczas pojedynku, można by rzec - heroicznie. Mylą się o włos, a wtedy już wiedzą, patrzą w oczy swojemu zabójcy, widzą mknącą ku nim wiązkę zielonego światła i, żegnając się ze światem, czują odpychającą woń zgniłych owoców. A potem już nie ma ich tam, gdzie można ich zobaczyć.

Tak przynajmniej myśli Narcyza - ludzie giną gładko i po cichu. A potem kobieta zaczyna czytać. Przestaje całymi dniami pięknie pachnieć i grać na fortepianie, nie spaceruje w magicznym ogrodzie i nie karmi łabędzi. Czyta - krótko przed świtem, przy świeczce, w gabinecie, z poranną kawą, do obiadu, po seksie, od niechcenia. Ślini lekko palce i przewraca stronę ze stroną, jej życie nabiera sensu, bo ma cały świat do przeczytania. Czyta bajki - na głos, swojemu maleństwu - czyta beletrystykę, romanse, horrory i w końcu - historie o wojnie. Z początku naiwnie myśli, że to tylko takie opowieści - z gatunku tych, które babcie opowiadają wnukom, kiedy chcą, żeby były grzeczne, tylko takie dla dorosłych. Żeby nastraszyć dorosłych, żeby nigdy nie tworzyli wojny.

Ale pewnego paskudnego wieczora - Narcyza cały dzień siedzi przy szybie, a za oknem pada i pada, niebo jest osnute szaroburymi chmurami - Lucjusz wraca niespodziewanie, a dłonie ma całe we krwi. I wtedy kobieta przypomina sobie te wszystkie złe opowieści siostry Belli, te jeszcze w ich wspólnym pokoju, przenikliwym szeptem i te groźniejsze, hogwarckie, wypowiadane w drodze do Zakazanego Lasu. Przypomina sobie te wszystkie historie, które chciała zapomnieć, bo chciała wyobrażać sobie, że istnieje tylko jej bezpieczny pałac o prawie stu komnatach i ogród pełen pawi i łabędzi, które kiedyś będzie karmić ze swoim dzieckiem, kiedy już świat będzie się składać tylko z arystokracji. Ale kiedy pewnego paskudnego wieczoru Lucjusz wraca do domu z dłońmi umazanymi krwią, która nie daje zmyć się ani wodą, ani magią, Narcyza ma znacznie bliższe prawdy wyobrażenie tego, jak wygląda wojna.

Gdzieś poza jej bezpiecznym domem o prawie stu komnatach, za jej przepastnym ogrodem pełnym pawi i róż, trwa wojna. Mugolski Londyn zaś jest zarzynany - świadomie i na jawie, ludzie wstają jak zwykle z samego rana, piją kawę z ukochanym, a potem wychodzą przed dom, gdzie czeka na nich mężczyzna w czarnych płaszczu. Mknie ku nim wiązka czerwonego, czarnego albo złotego światła, a czasami nawet nie ma światła, ból pełznie od głowy, przez serce, aż do stóp i wkrótce przestają już być ludźmi, są samym bólem obdartym z człowieczeństwa. Nie ma przeszłości ani przyszłości, czas istnieje gdzieś pomiędzy skowytem a wrzaskiem, nie mają już ukochanej osoby, bo na świecie nie ma miłości, a tak naprawdę nie ma również świata. A kiedy następuje chwila przerwy, biorą głęboki oddech i czują odór spalenizny i orientują się, że spalone jest ich własne ciało. Giną mugole i czarodzieje, małe dziewczynki są gwałcone tuż obok swoich domów, świat osnuwa zimna mgła. Tak się działo niegdyś i tak się dzieje teraz, kiedy ludzie próbują przejąć władzę. Narcyza myśli, że to wszystko można znaleźć w książkach i będzie można znaleźć później, bo kiedy minie wojna, ludzie ją opiszą, kiedy gdzieś w mroku nocy rozwijać się będzie nowa wojna.

Kiedyś oboje w to wierzyli - mocno i naiwnie, tak jak się wierzy w prawdziwą miłość i w to, że istnieje jakieś Dalej, gdzie nie ma już bólu i niesprawiedliwości. Narcyza pamięta, jak wieczorami mama opowiadała jej o dawnej arystokracji i o tym, że teraz arystokracja umiera, że czysta krew miesza się z brudną krwią i wkrótce nie będzie już nikogo z minionego świata ani żadnego prawdziwego czarodzieja. Pamięta Lucjusza - nigdy nie pięknego, ale zawsze pewnego siebie, wyniosłego, wymuskanego, tak że odnosiło się wrażenie, że istotnie jest piękny. Miała tylko trzynaście lat, kiedy mama ubrała ją w koronkową sukienkę, zaprowadziła do sali dla gości, a ojciec powiedział, to będzie kiedyś twój mąż, maleńka. Będziesz dla niego dobrą żoną. Lucjusz ukłonił się, uśmiechnął sztucznie, ona dygnęła przerażona, trzymając dłonie na brzuchu i nerwowo bawiąc się palcami. Pamięta, że wszystko pachniało pomarańczami. Mama lubiła wyczarowywać aurę zapachu, kiedy zapraszała gości. Pomarańczami pachniały rękawy jej sukienki, półmisek z ciastkami czekoladowymi, pomarańczami pachniała jego ręka, którą nalewał jej wina rozcieńczonego wodą. Dorośli rozmawiali o nowym Ministrze Magii, sytuacji politycznej w północnej Azji i jaki to ma wpływ na Londyn, o edukacji w Hogwarcie, pogodzie i arystokracji. Zawsze o arystokracji. Lucjusz słuchał uważnie czasem nawet dodając coś od siebie - miesiąc wcześniej skończył szkołę, więc oficjalnie był już dorosły.

Kiedyś oboje w to wierzyli - mocno i naiwnie, a wiele, wiele lat po wojnie Narcyza pomyśli, że w słowa Czarnego Pana można było wierzyć. Wszyscy byli młodzi, niektórzy poharatani przez los, a Czarny Pan dawał siłę i władzę, dawał możliwości, by się zemścić, inni - wychowani w arystokracji, wierzący że dzięki niemu świat nie będzie się tak szybko zmieniał, ujednolicał, że nic nie zaszkodzi ich pozycji. Inni byli zafascynowani jego słowami, jego postacią, na każdym kroku w Hogwarcie można było znaleźć informacje o tym, jaki był mądry i wielki. Czarny Pan był przystojny, inteligentny i oczytany, okrutny i fascynujący. To mogło pociągać. Prawie wszyscy byli młodzi. Wszyscy byli szaleńcami. Narcyza pamięta zimowe wieczory, kiedy przychodziła do niej starsza siostra i przytulała się do jej pleców. Raz dwa trzy, niech Narcyza śni, jak się stłucze porcelana, chodźmy do Czarnego Pana.

Mylą się ci, którzy myślą, że w arystokratycznych małżeństwach nie może być miłości. Wręcz przeciwnie - zdarza się stosunkowo często, ponieważ jest zdeterminowana oczekiwaniem, jest odrobinę wyobrażona, ale tak naprawdę któż wie, czym naprawdę jest miłość? Narcyza pamięta tamten ich pierwszy wspólny wieczór - tuż po ślubie, kiedy spotkali się po raz pierwszy od czasu wieczoru, kiedy wszystko pachniało pomarańczami. Pamięta swoje przerażenie, kiedy nagle znaleźli się sami, w ogromnej rezydencji na południu Francji, z mnóstwem skrzatów, które czekały na każde ich żądanie. Jej strach nie brał się tylko z tego, że nie miała pojęcia o fizycznym aspekcie miłości, ale z tego, że nie wiedziała nic o miłości w ogóle. Ominęło ją dojrzewanie - w ciągu kilku hogwarckich lat jej koleżanki rozwijały swoją zdolność do uczuć, najpierw naiwnie, przez niewinne spojrzenia i trzymanie się za ręce, z każdym rokiem coraz dojrzalej. Ona czekała - samotnie w pokoju, wysłuchując szalonych opowieści swojej starszej siostry, czekała na coś, co miało się nazywać jej życiem.

I nagle to się dzieje, ale ona czuje się zupełnie niegotowa. Słońce oświetla dębowe meble rezydencji, Lucjusz podchodzi do niej taki wykształcony i dorosły, i przerażający, a Narcyza bierze głęboki oddech. A potem ten mężczyzna, jej mąż, uśmiecha się delikatnie, nigdy wcześniej nie widziała u niego takiego uśmiechu i nigdy nie zobaczy, jeżeli będzie przy nich ktokolwiek inny. To taki uśmiech tylko dla niej – myśli z mentalnością małej dziewczynki - jako dorosła będzie się zastanawiać, czy świadomie wybrała zakochanie się w tym właśnie momencie, bo całe życie na to czekała. Lucjusz dotyka dłonią jej włosów, pochyla się i wdycha ich zapach, a w jego oczach widzi coś, co dopiero długo później potrafi rozpoznać jako pożądanie. Mężczyzna pragnie jej każdym fragmentem swojego ciała, wszystko ciągnie go do pięknej młodej dziewczyny stojącej tuż obok, dziewczyny, która należy do niego. Mimo to - odsuwa się o krok.

- Nie musisz się bać - mówi tak cicho, że dziewczyna ledwie go słyszy, chociaż żaden inny dźwięk jej nie przeszkadza. - Nie zrobimy niczego, czego nie będziesz chciała zrobić, a nawet z tym, co byś chciała, poczekam, aż będziesz gotowa. A teraz chciałbym po prostu cię poznać. - Dotyka jej włosów raz jeszcze i całuje jej spocone czoło, a potem sięga po jej dłoń i prowadzi na górę, do jadalni, gdzie czeka na nich wystawna kolacja. Piją białe wino i rozmawiają przez całą noc, najpierw on opowiada o swojej podróży, rodzinie, ulubionych potrawach i pisarzach, potem ona opowiada mu o swoich wspomnieniach z Hogwartu i siostrach. Nad ranem gra dla niego na fortepianie, który oświetlają pierwsze promienie wschodzącego słońca. Lucjusz przygotowuje dla niej kawę, a ona cieszy się, że teraz nie muszą niczego udawać, mogą po prostu być razem w rezydencji na południu Francji, a ona może myśleć o tym, że ma wrażenie, że gdyby mogła wybierać sama, wybrałaby właśnie jego. I może nie było dokładnie tak, może tamtego pierwszego poranka wcale nie oglądali razem wschodzącego słońca, bo to bliższe jest scenom romansów, które Narcyza pochłaniała w Hogwarcie. Może nie robili razem tych wszystkich innych ładnych rzeczy, ale Narcyza tak to pamięta i w ten sposób lubi to wspominać podczas wszystkich bezsennych, wojennych nocy. Kiedy na ciebie patrzę, myślę, że mogę uwierzyć w miłość.

I kończy się pierwsza wojna, tak jak w końcu kończą się wszystkie wojny, a jej synek dorasta i zbyt mocno przypomina swojego ojca. To wszystko, co Narcyza pokochała w Lucjuszu, drażni ją w Draco, bo nie chce więcej w swoim życiu mężczyzny ślepo wierzącego w czarną magię i Tego-którego-imienia-nie-wolno-wymawiać. Po wojnie już nie ma wątpliwości, ma pewność, że wszystko, co się wtedy wydarzyło było złe, nie wywodziło się nawet z sensownych intencji. Jest również przekonana, że Czarny Pan powróci, a wtedy nie będzie już pół-środków, pierwsza wojna zblaknie przy okropieństwach tej drugiej. Ale wtedy dzieje się coś, co zmienia jej postrzeganie - nie obchodzi jej już ani pierwsza, ani druga wojna, bo tak to już jest z ludźmi, że dla nich ich własne problemy są najważniejsze.

Zaczyna się to gdzieś na drugim roku Draco, tak, na pewno, Narcyza jeszcze wiele lat po wojnie będzie pamiętać tamten upalny czerwiec; siedzi na tarasie, czytając i rozkoszując się gęstym, rozgrzanym powietrzem. Nad ich ogrodem przelatuje czarny ptak, pozostawiając po sobie piskliwy dźwięk, brzozy kołyszą się od lekkiego wiatru i wtedy wraca Lucjusz. Jest odmieniony, twarz mu poszarzała, kąciki ust opadły, w oczach tkwi coś na kształt pierwotnego lęku. Wygląda trochę jak wtedy, gdy od małego Pottera odbiło się zaklęcie, które sprawiło, że Czarny Pan gdzieś zniknął. Narcyza sztywnieje i unosi głowę, ale mąż mija ją bez słowa, nie widząc jej, ociera się o nią brudnym, czarnym płaszczem, ale nie daje żadnego znaku, że ją zauważył.

Mijają długie, letnie tygodnie, podczas których Lucjusz jest zamknięty w swoim świecie. Zazwyczaj potrafią rozmawiać o wszystkim, ale Narcyza nie ośmiela się poruszyć tematu maleńkiej czarnej książeczki, pachnącej naftą, która leży na stole jego gabinetu. Przez pewien czas kobieta myśli, że to właśnie zniszczony dziennik jest przedmiotem myśli jej męża, ale którejś z sierpniowych nocy dociera do niej, że to wcale nie jest takie oczywiste.

Kochają się wtedy po raz pierwszy od tygodnia i Narcyza ma wrażenie, że bardziej niż z potrzeby robią to z przyzwyczajenia. Jest inteligentna i myśli racjonalnie, więc zdaje sobie sprawę, że jej mąż nie będzie na nią zawsze patrzył w taki sam sposób, jak tamtego wieczora na południu Francji, akceptuje, że najpierw kochali się tuż przed snem i zaraz po obudzeniu, potem codziennie, a w końcu co jakiś czas. Ale dzisiaj ma wrażenie, że nie tyle – starzeją się – ile jej mąż myśli o kimś innym. Narcyza analizuje każdy grymas na jego twarzy, każde błądzenie wzrokiem po ścianach i nocy za oknem, każde przygryzienie wargi. Czuje, że jego dotyk jest inny niż zwykle – może odrobinę niedbały, niedelikatny i nieczuły, a kiedy kobieta chce spojrzeć mu w oczy, oczy Lucjusza błądzą gdzieś daleko. Przez wiele tygodni często wychodzi z mężem na rozmaite bankiety, a wtedy obserwuje każdą mijaną kobietę. Narcyza nie jest typem żony, która mogłaby odejść od męża i to nie tylko ze względu na konwenanse i arystokratyczny świat. Dla kobiety Lucjusz jest kimś, kto definiuje ją samą, jest kimś, na kogo musiała czekać przez długi czas i tylko przy nim potrafi się realizować. Wychowana w zamkniętym świecie, teraz zwykle spędzająca dnie sama w wielkim dworze tak naprawdę nigdy nie będzie w stanie zmienić swojego nastawienia. Słowem – Narcyza jest kobietą, która prędzej zabije niż odejdzie.

- Zdradzasz mnie.
Lucjusz jest odwrócony tyłem do niej, zapatrzony w książki na regale. Za oknem jedna z tych nocy, podczas których czuje się, że niedługo przyjdzie wojna. Ramiona mężczyzny się napinają, a on nabiera szybko powietrza. Narcyza stoi niewzruszona w białej sukience, piękna jak nigdy. Powietrze przesyca się zapachem pomarańczy, chociaż może kobiecie tak się tylko wydaje, a wtedy jej mąż odwraca się gwałtownie i otwartą dłonią uderza ją w twarz.
- Nigdy więcej tak do mnie nie mów.
Poprawia sobie szatę i zostawia ją samą, a Narcyza trzyma się za lewy policzek, oddychając szybko i nierówno. Nigdy nikt jej nie uderzył i nikt już tego nie zrobi, nawet kiedy Czarny Pan zamieszka w ich dworze i będzie katował wszystkich, którzy tylko przekroczą próg tego domu. Lucjusz przeprosi ją już za dwa dni, a potem będą kochać się na ich ogromnym łóżku, a mężczyzna będzie myślał tylko o niej, to będzie na trzy dni przed powrotem Czarnego Pana, a wtedy już nic nie będzie takie samo. Ale teraz najważniejsze jest to, że czerwona pręga piecze i pulsuje, Narcyza osuwa się po ścianie i podkurcza kolana, z daleka wygląda jak mała dziewczynka.
Obserwuje ją syn, który przyjechał do domu na weekend tuż przed finałem Turnieju Trójmagicznego. Jest ukryty w cieniu, zamyślony, nieświadomie drapie się po nadgarstku. Przestępuje próg i wchodzi w krąg światła.
- Uderzył cię – szepcze, wyglądając tak dorosło, jak nigdy dotąd.
Narcyza myśli, że Draco to wszystko zapamięta: ich kłótnie, elegancję na pokaz na tych licznych bankietach, na których uczestniczyli przez całe jego dzieciństwo, pulsującą pręgę na jej policzku. Czasami zastanawia się, czy miłość jej i Lucjusza – ukryta przed wszystkimi, istniejąca w pokojach tylko dla ich dwojga, przejawiająca się w długich rozmowach i nieznacznych gestach – mogłaby być widoczna dla ich syna. Czy wtedy Draco nie uwierzyłby w to, w co zawsze wierzył jego ojciec, nie byłby kolejną osobą, której Czarny Pan zabrał cały świat.
- Jak dobrze spojrzeć, to nawet nic nie zobaczysz – szepcze, a jej syn, jej maleństwo, któremu kiedyś czytała bajki, podchodzi kilka kroków i głaszcze ją po głowie. Jej dziecko, które najpierw wystąpi przeciwko Hogwartowi – wraz z Dolores Umbridge i grupą przyjaciół – a potem przeciwko światu, kiedy Voldemort wyznaczy go na swojego sługę. Które za niecałe dwa lata będzie torturować mugolską rodzinę, a potem z niewzruszoną miną da sobie wypalić Mroczny Znak, a potem będzie płakać z bólu w tym właśnie gabinecie, a wtedy Narcyza podejdzie i pogłaszcze je po głowie.

Dzieje się tak, że i Lucjusz ma wątpliwości. Nigdy o nich nie mówi, ale Narcyza zna go najlepiej ze wszystkich i jest o tym przekonana. Tuż przed powrotem Czarnego Pana jej mąż często sięga po czarną książeczkę przebitą nożem albo kłem i wpatruje się w nią bez ruchu, całymi godzinami. Ramiona ma napięte, usta zaciśnięte, a kciuki na książeczce lekko otrzepują kurz. A potem patrzy na niebo, a tam już widać wojnę, podobnie jak w dymach i hukach centaurów, tafli jeziora i mroźnych rysunkach na szybach. Patrzy i wydaje się, że myśli, że kiedyś mógł wybrać inaczej.

A potem przychodzi wojna – jak zawsze, niespodziewanie i porażająco. Ludzie uciekają w popłochu, ginąc szybciej niż podczas tej pierwszej, po wielu latach oczekiwania Czarny Pan ma bestialsko skonstruowany plan. Powietrze wypełnia gęsta mgła, ściągając najgorsze wspomnienia wszystkich istnień, które w nią wchodzą. Niewinni giną wrzeszcząc wniebogłosy. Pokątna zamienia się w kłębowisko żebraków.

I jak to zawsze bywa, o losach wojny decydują drobne sploty okoliczności, bez których wszystko potoczyłoby się inaczej, tak jak i samą wojnę determinują pozornie nieistotne wydarzenia. We wschodniej Azji burza niszczy małe miasteczko. W 1968 roku najstarszy człowiek na świecie poustawiał swoje pamiątki z podróży w kolejności alfabetycznej. Pewien mężczyzna zapragnął pewnej kobiety. I tym podobne rzeczy.

III


Ze stoliczka do kamyczka
Spadła z okna popielniczka
Aura – jasna i spokojna
A to przyszła Pani Wojna




Z perspektywy czasu Hermiona nie uważa, żeby wojna implikowała jedynie strach, żal do świata i rozpacz. Sądzi, że w pewien sposób motywuje ona do działania, nadaje życiu cel – prosty cel, jakim jest dążenie do wolności, jakim jest docenienie jej na nowo, wojna prowadzi do przewartościowania i, jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało, do zadania ważnych pytań. Dla Granger był to czas, w którym istniała pewna stała o szaroburej barwie, stała, która odpowiadała za śmierć i która jest obecna zawsze, ale przez wojnę jest mocniej uświadomiona. Był to również okres jej dorastania, pogrążony w ciemności i pozornie zrujnowany, ale po latach kobieta tłumaczy sobie, że zdobywając dla siebie wolność, docenia ją bardziej niż wszyscy inni ludzie. Ma też dobre wspomnienia. Idzie wraz z Harrym przed Dolinę Godryka, gdy wszyscy świętują Boże Narodzenie. Ron w zimowych butach wchodzi do namiotu, Hermiona widzi najpierw właśnie te buty, a dopiero potem płomienną czuprynę i chociaż jest na niego niesamowicie wściekła, odczuwa olbrzymią ulgę. Siedzą wraz z Luną na klifie tuż koło Muszelki, dziewczyna opowiada jej bajkę a potem zaplata dla niej wianek. Remus wpada szczęśliwy jak nigdy i mówi, że urodził mu się syn. Zamykają się z Ronem w muszelkowym pokoju i kochają po raz pierwszy, a wszystko na chwilę staje się proste i jasne, a świat składa z samej rozkoszy. Wchodzą do Pokoju Życzeń, gdzie orientują się, że nigdy nie walczyli sami, a tak im się wydawało w zatęchłym namiocie pośrodku niczego, ale walczyli z dawnymi przyjaciółmi, patrzą na te wszystkie twarze, które otaczały ich przez cały szkolny czas i nie mogą powstrzymać łez.

Później – dużo później, ponieważ podczas walki nie ma czasu na myślenie – Hermiona pomyśli, że o losach wojny zadecydowała pewna rodzina, niegdyś gloryfikowana – po wojnie wyklęta. Draco jest przerażony, kiedy po raz pierwszy od wielu miesięcy patrzy Harry'emu w oczy, ale nie wyznaje, że to on, dając tę odrobinę czasu, kiedy powstaje zamieszanie, a Lucjusz nie wzywa Voldemorta. Niewiele później Narcyza okłamuje Czarnego Pana pośród wilgoci Zakazanego Lasu, okłamuje z pełną świadomością bólu i śmierci, które ją za to czekają; zrobiłaby wszystko, żeby uratować swojego syna. Ale Malfoyowie ratują świat w jeszcze jeden sposób, który łatwo było przeoczyć i który dostrzegła tylko Hermiona – dziewczyna ma niejasne wrażenie, że to wszystko już zaplanowano, gdzieś na drugim roku, kiedy świat oszalał i śniły jej się złe sny. Zawsze była przekonana, że wygrają tę wojnę, bo kiedyś już to gdzieś widziała.

Hermiona jest w Malfoy Manor: oddycha szybko i nierówno, po ciele pełznie to dziwne uczucie, kiedy już nie boli, ale mózg pamięta jeszcze ogrom bólu tak, że prawie go czuć. Od ścian odbijają się zaklęcia, powietrze pachnie siarką. Harry coś krzyczy, wszyscy coś krzyczą, żyrandol kołysze się mocno, jakby miał spaść. I przez krótką chwilę Lucjusz Malfoy celuje w nią różdżką – nikt tego nie widzi, wszyscy są zbyt pochłonięci, ale to idealna okazja – wystarczy wyszeptać odpowiednią inkantację i zrobić dziewczynie krzywdę, a wtedy wszyscy spojrzą na nią, żeby można było ich oszołomić. To nie jest już ten młody Lucjusz, który w ideologię wierzył szczerze, nie jest to ten z czasów pierwszej wojny, kiedy wierzył do bólu. Jest to mężczyzna, który stracił coś, w co wierzył całe życie, który jest zaszczuty i boi się o swoją rodzinę, dla którego jedynym wyjściem jest wygrać dla Czarnego Pana tę wojnę. Ale przez ułamek sekundy Malfoy nie jest w stanie tego zrobić.

Parę lat po wojnie Hermiona spotka Lucjusza Malfoya – będzie wtedy szczęśliwa, będzie miała z Ronem małe mieszkanie, po którym porozrzuca książki, będzie w ciąży a wojenne wspomnienia zdążą trochę wyblaknąć. Pójdzie na spacer mugolskim Londynem, liście pożółkną i zaszeleszczą pod jej stopami. Minie przytulną kawiarnię z małym ogródkiem i wtedy go zobaczy. Najpierw zdziwi się, bo nie słyszała, żeby wyszedł z Azkabanu, potem przystanie i przechyli lekko głowę, a wtedy zdziwi się raz jeszcze, że Lucjusz siedzi w mugolskiej kawiarni i czyta mugolską gazetę.
- Dzień dobry – powie głosem uczennicy, może z akademickiej ciekawości, a może z innego powodu. Powietrze zapachnie kawą i miodem.
Lucjusz zmruży oczy i z głośnym szelestem przewróci stronę. Postaci na okładce nie poruszą się.
- Panna Granger.
Kobieta nie będzie wiedziała, co powiedzieć, bo co by to mogło być?
Ale potem wydarzy się coś magicznego i zaczną po prostu rozmawiać, jakby byli parą starych przyjaciół, a nie szlamą i przedstawicielem magicznej arystokracji. Rozmowa będzie może nieco sztuczna i pełna egzaltacji, mnóstwo na świecie takich rozmów, nikt się niczego nie dowie, a Hermiona nigdy nie będzie pewna, czy wszystkiego sobie nie wymyśliła. Ale ważne jest, że kiedyś po wojnie nadejdzie taki dzień, kiedy to szlama porozmawia z arystokratą, czytającym mugolską gazetę w mugolskiej restauracji. Świat zmieni się nieodwracalnie.

Po wojnie Draco wyjedzie do Hiszpanii, po paru latach wróci i zamieszka w Londynie, kiedy to ludzie już trochę zapomną. Czasem obudzi się w nocy, kiedy jest tak późno, że czas nie istnieje i będą go prześladowały wspomnienia i w tym będzie przypominał swoją matkę, ale częściej będzie młodszą kopią swojego ojca. Od dziecka – zafascynowany ojcem, potem Czarnym Panem i czarną magią, oschły, czasem sadystyczny, wrażliwy. Kiedy wojna się skończy, będzie chciał zapomnieć Lucjusza i nigdy nie być takim, jak on. Ucieknie do Hiszpanii, potem wróci, ale nigdy się z nim więcej nie spotka. A potem pozna Astorię i pokocha ją w ten sam sposób, w jaki jego ojciec bardzo dawno temu pokochał jego matkę. A kiedyś nawet uderzy ją tak mocno, jak niegdyś Lucjusz uderzył Narcyzę.

Lecz jeżeli się im wszystkim powiedzie, za ich życia nie będzie już żadnej wojny.
Matylda
Tłusty Aniołek Barokowy
Tłusty Aniołek Barokowy
 
Posty: 84
Dołączył(a): 05 maja 2009, 19:22
Lokalizacja: Wrocław

Re: Tam, gdzie można ich zobaczyć

Postprzez Morwena » 13 sty 2015, 17:04

Cieszę się, że wróciłaś do pisania.
Przyznam, że na początku nie wiedziałam, jak mam podejść do tego tekstu. Aż do momentu, kiedy w rozmowie Niela rzuciła, że "wyrastamy z fandomu". To chyba racja, niektórzy w pewnym momencie wyrastają, są nadal blisko, ale już bardziej "obok" niż "w". Po przeczytaniu ostatniego, niefandomowego, pojedynku Twojego i Nieli jeszcze wyraźniej wyczułam jakąś różnicę.
Tam, gdzie można... jest dopracowane; to przyjemne, ciekawe i pełne uczuć opowiadanie, ale widzę je jako ptaka zamkniętego w klatce albo coś sztucznie ujęte w ramy. Jakby kanon nie pozwalał Ci na przelanie tam wszystkiego, co chciałaś.
Miałam takie złudzenie czegoś wymuszonego na początku tekstu, przez pierwszą część o Hermionie musiałam trochę się przeciskać, trudno było mi dać się ponieść rytmowi. Mimo to ujął mnie opis snów Hermiony i wewnętrzna "pamięć" o nich. Czułam coś na kształt współczucia (nie do końca, to złe słowo; trudno mi to ująć, to raczej taki weltszmerc, ale empatyczny - w imieniu kogoś), kiedy jej je odebrano. Należała się jej ta wiedza, wierzę w to.
Najbardziej podobała mi się tu Narcyza, lubię ją taką. Taką dobrą na jej własny sposób.
Metyldo, pozostałaś mistrzynią nastroju. Pięknie budujesz opisy i pozwalasz się w nich zanurzyć. Bardzo to cenię.
Przepraszam, że tyle musiałaś czekać na komentarz!
M.
Kobieto, puchu marny, ty jesteś jak zdrowie...
Avatar użytkownika
Morwena
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 718
Dołączył(a): 29 cze 2009, 16:15


Powrót do FanFiction

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron