[NZ][T] Zagubiony [17/18]

W świecie Harry'ego Pottera. [UWAGA! Dział slash widoczny jedynie dla zarejestrowanych użytkowników]

Moderatorzy: cathyhope, Sweetkawai

Re: [NZ][T] Zagubiony [12,5/18]

Postprzez Morwena » 10 cze 2011, 00:19

Zaczynam zabierać się za nadrabianie zaległości, a na skomentowanie "Zagubionego" mam ochotę od ponad roku (niezły czas reakcji, nie?). Czytam go już któryś raz z kolei przede wszystkim, żeby sobie przypomnieć szczegóły (tak, tak, czas aktualizacji jest jeszcze lepszy niż mój czas reakcji), a poza tym dla przyjemności. Ta przyjemność trochę ciężko przechodzi przez klawiaturę, bo co mentors to tragedia, ale przy tym całym szaleństwie i torturach "Zagubiony" jest wciągający, czyta się właściwie tak, jakby się siedziało w opowiadaniu, w głowie któregoś z bohaterów albo wszystkich na zmianę. A mnie ten widok "z perspektywy czyjegoś umysłu" pozwala nabrać do całości pewnego dystansu, nadal z empatią odbieram to, co czują bohaterzy, ale nie blokuje mnie to przed wracaniem do pierwszych rozdziałów, jak to bywa w niektórych przypadkach (co nie znaczy, że któryś z tych przypadków jest zły, bynajmniej, po prostu są różne; oba pożądane). W dodatku "Zagubiony" jest wystarczająco nie-tendencyjny, żebym nie spodziewała się konkretnego scenariusza na ciąg dalszy razem ze szczegółami (chociaż przynajmniej jeden element występuje prawie zawsze), no i nawet nie czuję potrzeby spodziewania się czegokolwiek.
To wszystko jest niesamowite i niepokojące; traktowanie Harry'ego przez Dursleyów, zebrania śmierciożerców, atak na Salurię i szpital, opętanie Harry'ego czy to, co się z nim stało - tajemnicze i dziwne. Wszystko jest intensywne. Bardzo chciałabym dowiedzieć się, co się stanie z Harrym, czy się jakoś pozbiera i odnajdzie. Jest dobry znak - podświadomie reaguje na starych przyjaciół, ale co jeszcze?
Co do Hermiony i Rona... Zdaję sobie sprawę, że bez nich opowiadanie by trochę straciło (w końcu już coś z przyjaciółmi szykują, a przynajmniej szykuje Hermiona), ale jakoś tak nie są dla mnie specjalnie ważni.
Weny i czasu, Kochane:*:* (dwie tłumaczki = dwa buziaki 8-)).
M.
Kobieto, puchu marny, ty jesteś jak zdrowie...
Avatar użytkownika
Morwena
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 718
Dołączył(a): 29 cze 2009, 16:15

Re: [NZ][T] Zagubiony [13/18]

Postprzez Puchacz » 07 sie 2011, 23:22

Betowała Morwena :* :*

Rozdział 13 ? część druga

Punktualnie o dziewiętnastej rozległo się pukanie do drzwi Harry?ego. Gdy ten je otworzył, zauważył wysoką, surowo wyglądającą kobietę stojącą na korytarzu.
- Profesor McGoganall?
- McGonagall, mój drogi. ?N? jest przed ?g?. Gotowy na swoją lekcję?
- Ee, no. Ale myślałem, że Snape?
- Profesor Snape spotka się z tobą w lochach. Odprowadzę cię na dół.
- Tutaj są lochy?
Bolesny grymas przemknął przez twarz kobiety, lecz został zastąpiony uniesieniem brwi i półuśmiechem.
- Oczywiście, że tak. To zamek.
- Och. Będę czegoś potrzebował? ? zapytał, rozglądając się po swoim pokoju.
- Nie, nie tym razem. Idziemy. ? Odwróciła się, a Harry ruszył za nią. ? Trzymaj się blisko mnie ? powiedziała, gdy wyszli i zaczęła go prowadzić. ? Wybiorę takie korytarze, aby uniknąć tłumu w pobliżu Wielkiej Sali.
- Wielka Sala?
- Obiad. Wszyscy uczniowie będą się tam gromadzić.
Teraz Harry naprawdę żałował, że będzie miał lekcje. Chciał się przekraść i zobaczyć uczniów. Dlaczego miał trzymać się z dala od nich? Zatrzymał się nagle i uświadomił sobie, że profesor McGoganall, nie, McGonagall gdzieś poszła. Wyglądało na to, że zniknęła w zagłębieniu w ścianie. Spojrzał w lewo i w prawo, ale jej nie widział. Nagle dokładnie przed nim odsunął się gobelin.
- Panie Potter, idzie pan? ? Stała na korytarzu za materiałem.
Harry poszedł za nią, zastanawiając się, ile jeszcze jest w zamku takich korytarzy. Niestety, jego rosnąca fascynacja zakończyła się tak szybko, jak tylko znalazł się w lochach. Nie były one naprawdę typowymi lochami, ale klasami pod szkołą.
Jedyną czekającą na niego w środku osobą był profesor Snape, który z grymasem niezadowolenia nie oczekiwał tego spotkania z niecierpliwością.
Profesor McGonagall powitała się z nim, mówiąc do niego ?Severusie?, Harry zgadł, że było to jego imię. Nauczycielka zostawiła go samego z mężczyzną, którego nie znał, ale który oczywiście znał jego.
- Chodź za mną, Potter.
Mężczyzna skręcił i zszedł kolejnymi schodami. Następnie zatrzymał się, wyjął klucz ze swojej kieszeni i otworzył klasę.
- Dyrektor prosił, abym nauczył cię bardzo starego rodzaju magicznej wiedzy, jakim jest oklumencja.
- Prze... przepraszam, ale... co?
- Będziesz zwracał się do mnie ?profesorze? lub ?proszę pana? ? powiedział mężczyzna ostro, mrużąc oczy. ? Teraz, proszę, zadaj swoje pytanie w więcej niż jednym słowie. A może zapomniałeś również o sztuce wymowy?
Harry zjeżył się, słysząc ten komentarz.
- Dlaczego będzie pan uczył mnie okluemncji, proszę pana?
- Głosy w twojej głowie, Potter ? powiedział stanowczo i wolno. ? W razie gdybyś jeszcze tego nie zauważył, nie są twoje.
- A czyje? ? Oczy Snape?a zwęziły się, więc Harry szybko dodał: ? Proszę pana?
Profesor rozmyślał nad odpowiedzią na tyle długo, aż chłopiec nie spodziewał się, że ją usłyszy.
Gdy nauczyciel zaczął mówić, robił to wolno i wyraźnie, jakby ważył każde słowo, które opuszczało jego usta.
- Mrocznego czarodzieja, z którym jesteś magicznie połączony. Nie wiemy jak i dlaczego, ale jesteśmy pewni, że więź istnieje.
- Jacy my, proszę pana?
- Tym się nie zajmuj.
- Zatem czego on chce w mojej głowie?
- Potter, będziesz cały wieczór zadawał te pytania, czy możemy kontynuować lekcję? ? zapytał ze złowieszczym sykiem. Coś w jego postawie mówiło Harry?emu, że nie jest zły, tylko unika odpowiedzi.
-Teraz ? powiedział, stojąc twarzą do Harry?ego z trzymanym w dłoni patykiem... nie, różdżką, na widok której chłopiec poczuł się dziwnie bezbronny ? będę usiłował wedrzeć się do twojego umysłu. Powiedziano mi, że zanim zaniknęła twoja pamięć, potrafiłeś zatrzymywać zaklęcia, których celem było kontrolowanie ciebie, jakby to była twoja druga natura. Próbuj robić to samo. Odrzuć mnie mentalnie.
Harry przesunął się, zaniepokojony.
- Gotowy? Legilimens!
Czaszka Harry?ego odczuła to jako bolesny nacisk. Obrazy, wspomnienia zaczęły przemykać przez jego umysł.

Blondyn z szarymi oczami klęczał przed nim, całując skraj jego szaty.

Lekarz przyglądał mu się badawczo z góry.

Oślepiło go jasne światło.


Jego głowa pulsowała.

- Wiesz, gdzie jesteś?

- Możesz nam powiedzieć, jak się nazywasz?

Utykał po nieuczęszczanej drodze ubrany w swoją pidżamę. Chłód i ogromny ból. Dwa światła były coraz bliżej. Reflektory. Samochód.

Niski, łysiejący mężczyzna trzymał zwinięty kawałek papieru. Jego srebrna dłoń lśniła w blasku ognia.

- Wykrzykiwałeś ostatniej nocy tego... tego Voldemorta. Wiesz, kim on jest?


Rozżarzony do białości ból.

- Nie mogę ci pomóc, jeśli nie będziesz ze mną rozmawiał.

Nagle obrazy się zatrzymały. Harry klęczał, podpierając się rękoma. Sapał, nie mogąc złapać oddechu.
Snape stał nad nim, nie wyciągnął jednak dłoni, aby mu pomóc.
- Nawet nie próbowałeś, Potter.
- Próbowałem, ale nie wiem jak. Niby jak miałem to zrobić?
- Blokuj myśli. Zamknij umysł. To nie powinno być trudne.
Harry ponownie poczuł przepływającą przez niego nienawiść, gdy mężczyzna postawił go na nogi.
- Jeszcze raz ? powiedział. ? Przygotuj się? na trzy. ? Złość kipiała w Harrym, sam nie wiedział, dlaczego to było tak silne.

- Severus? Jakie wieści z Hogwartu? ? Okryty peleryną mężczyzna stanął przed nim, uprzednio pochylając głowę.
- Chłopak Potterów zaginął, Panie mój. Nie wiadomo gdzie jest, odkąd opuścił szkołę.
- Naprawdę? ? Oczekiwanie.
- Tak, Panie mój.
- A co o tej sytuacji myśli ten miłujący mugoli głupiec?
- Postradał zmysły, Panie mój, szukając chłopaka.


Harry znał to wspomnienie, wiedział też, jak się kończyło, dlatego nie chciał przeżywać tego jeszcze raz. Nie tu.
Nie teraz. Nie przed nim.

- Wierzę, że Dumbledore w nią wierzy, Panie mój.
- Prawidłowa odpowiedź, Severusie. Jednak informacja, którą mi przyniosłeś, jest fałszywa.


Nie! NIE! Nie znów! Proszę, nie!

Machnął trzymaną w dłoni różdżką.
- Crucio!


NIE! Ja tego nie zrobiłem, przysięgam! To nie byłem ja! Stop! Proszę to zatrzymać!

Wrzask. Przerażający, wysoki, torturujący krzyk. Mężczyzna leżał teraz na ziemi, jego ciało zastygało w gwałtownych konwulsjach. Czuł satysfakcję z wyrządzanego cierpienia.

- Stop! ? krzyknął Harry, czując palce prymitywnie wpychające się do jego mózgu. Po tym nastąpił głośny huk. Otworzył oczy, by zobaczyć Snape?a, który kulił się po przeciwnej stronie pokoju pod półką z potłuczonymi słojami i wpatrywał się w niego wielkimi oczami, z zagadkowym wyrazem twarzy. Krew wyciekała spod jego włosów po czole i szyi. Mężczyzna dotknął jej palcem, spojrzał na nią, a potem ponownie popatrzył na Harry?ego.

- Ja... ja przepraszam ? jąkał się Harry, przerażony tym, że znów zranił mężczyznę, że ten zobaczył satysfakcję, radość z zadawania bólu jego ciału. ? Nie zamierzałem? - Niezdolny do dokończenia wyjaśnień i w obawie, że ponownie skrzywdzi mężczyznę, uciekł z pomieszczenia. Nie oglądał się za siebie, nawet gdy usłyszał za sobą krzyki.

Ron szedł z trudem ponurymi korytarzami Hogwartu. Ledwie zwracał uwagę na włóczących się uczniów, którzy powinni być w swoich dormitoriach, a nie chodzić nocą po zamku. Zamiast tego jego myśli skupiły się na jego własnej frustracji związanej z Hermioną. Niestety dziewczyna nie pojawiła się na obiedzie - wbrew przewidywaniom Ginny, a on miał tylko tyle czasu, aby wrzucić coś na ząb, zanim poszedł na spotkanie prefektów. Hermiona tam była, ale ignorowała każdą jego próbę rozmowy. Uciszała jego szepty i wyciągała niecierpliwie rękę w górę, gdy odwracał się w jej stronę. Oczywiście była zła, mógł to zrozumieć, ale nie musiał się z tym zgadzać.
Nieustraszony spróbował porozmawiać z nią po spotkaniu, ale Hermiona uciekła szybko do pokoju. Ron został pociągnięty w przeciwnym kierunku przez Erniego, z którym miał patrolować. Ale ten wymyślał usprawiedliwienia, aby zerwać się szybciej, żeby się trochę pouczyć.
- Nauka jest właściwie zbyt ważna na tym poziomie naszej edukacji. SUMy są już za dziesięć miesięcy!
Ron nie był zbyt rozczarowany, że się go pozbywa. Przynajmniej mógł teraz pomyśleć. Może zdołałby ułożyć plan ostatecznego nakłonienia Hermiony do rozmowy z nim.

- Ej, ty! ? zawołał Ron do przekradającego się w dół korytarza ucznia, którego skrzypiące buty zwróciły jego uwagę.
- Hę?
- Jesteś na drugim roku, prawda?
- No.
- Jest po dwudziestej pierwszej. Nie możesz być poza swoim domem po dwudziestej.
- Ale byłem?

- STÓJ!

Ron i młodszy uczeń zastygli w bezruchu, słysząc krzyki dobiegające z lochów. Ponownie usłyszeli echo odbijające się od ścian, zanim całkowicie zniknęło. Weasley nie miał wątpliwości, że naprawdę to usłyszał. Ale? to brzmiało tak znajomo. Ron skierował się do młodego ucznia, który również utkwił spojrzenie w klatce schodowej.
- To... to szlaban u profesora Snape?a?
- No ? odparł szybko Ron, odruchowo wyciągając z szat swoją różdżkę. ? Lepiej idź, zanim ty też taki dostaniesz!
Przerażenie przemknęło przez twarz ucznia, gdy ten umykał korytarzem w kierunku swojego dormitorium. Ron poczekał, aż chłopiec zniknie z pola widzenia, rozejrzał się dookoła i ruszył w dół klatki schodowej, żeby dowiedzieć się, kto krzyczał.
Lochy były najmroczniejszą częścią szkoły. Oświetlały je tylko pochodnie wiszące na ścianach, na których cienie tańczyły upiornie za każdym razem, gdy Ron mijał płomień. Spowiła go cisza.
Zabrzmiał krzyk ?Potter!?, po czym znów wszystko ucichło.
Potter? POTTER? Harry? Ignorując swoje zaniepokojenie, Ron zbiegł, pokonując kilka ostatnich stopni naraz i prawie wpadł na profesora Snape?a, który dotarł już do podstawy schód.
- Weasley! Co ty tu robisz? ? Profesor domagał się odpowiedzi, mimo że Ron mógł stwierdzić, że nie był zainteresowany jej udzieleniem. Przeszukiwał wzrokiem korytarz i schody.
- Obowiązki prefekta ? odpowiedział. ? Patroluję. ? Zauważył strużkę krwi, ściekającą po czole Snape?a, ale odwrócił wzrok, gdy Mistrz Eliksirów szybko na niego spojrzał. ? Wszystko w porządku, proszę pana?
- Świetnie ? powiedział ostro. ? Wracaj do swojej wieży.
- Ale ja słyszałem?
- Panie Weasley. ? Ron odwrócił się i spojrzał w górę na profesor McGonagall. Była bardzo opanowana, ale patrzyła z niepokojem na kilka stopni powyżej miejsca, gdzie stał. ? Proszę wrócić do wieży Gryffindoru.
- Ale proszę pani?
- Teraz, panie Weasley.
Rzucając ostatnie spojrzenie w głąb mrocznego korytarza, odwrócił się i ociężałym krokiem ruszył po schodach, przeszedł obok profesor McGonagall, która zdawała się wypuścić powietrze, jak tylko znalazł się za nią. Ron okrążył korytarz, następnie zatrzymał się, nadstawiając uszu, by usłyszeć toczącą się niżej rozmowę.
- Dobrze się czujesz, Severusie?
- Nic mi nie jest, ale on zwiał.
- Co się stało?
- Jedno z jego wspomnień? - To wszystko, co usłyszał Ron, ponieważ głosy zaczęły się oddalać. Odeszli od klatki schodowej, kierując się w głąb lochów. Weasley pozostał tam, gdzie stał, z napięciem nasłuchując, co tylko zdołał.
- ?w niebezpieczeństwie, gdy jest na zewnątrz.
- Jestem doskonale świadomy? Minerwo.
- Dumbledore? Potter?
Ron usłyszał już wystarczająco dużo. Nie mógł iść za nimi. Został już odesłany prosto do wieży przez dwóch opiekunów domów. Ale on wiedział, musiał się przekonać.
Czy to on? Jak to możliwe?
Nagle Ron zawrócił i pognał do swojej wieży, zwalniając tylko na zakrętach, aby nie wpaść na ścianę. Wykrzyczał hasło jeszcze na korytarzu, więc portret przepuścił go, a on nie musiał się zatrzymywać, dopóki nie dał nura do pokoju wspólnego. Zatrzymał się, aby zerknąć na Hermionę. Siedziała blisko paleniska, czytając. Złapał jej nadgarstek i z trudem, wbrew jej protestom, pociągnął w stronę schodów.
- Ron! AŁ! Ron... Ronaldzie Weasley! ? Odwrócił się nagle na jej okrzyki, nie marnując czasu na zobaczenie, kto jeszcze jest w pokoju, a jedynie, żeby spojrzeć jej prosto w oczy, łapiąc ją za ramiona.
- Hermiona, proszę, to ważne.
- Nic nie jest?
- HERMIONA! ? Zamknęła usta, strach przemknął przez jej twarz, gdy spojrzała w górę na jego całkowicie szaleńczą ekspresję. ? To jest ważne. Tylko chodź ze mną na górę.
Musiała dostrzec desperację na jego twarzy i w jego głosie, bo podążyła za nim, pokonując każdy stopień za nim. Ron popchnął drzwi do dormitorium piątego roku, zatrzymując się w progu. Zakomunikował, że nikt nie ma przebywać w pokoju, ponieważ potrzebuje odrobiny prywatności, a im dobrze zrobi, jak stąd wyjdą.
- Dlaczego mam wychodzić? - Seamus zażądał odpowiedzi.
- Dobra, zostań, jak chcesz! ? Ron odwrócił się, złapał Hermionę za ramiona i wycisnął na jej ustach soczysty pocałunek.
- Uch! Dobra, Ron, jeśli o to ci chodziło! - Za Seamusem trzasnęły drzwi.
- Jak śmiałeś! - pisnęła Hermiona.
- Hermiono, przymknij się!
Jej usta zamknęły się, a oczy rozszerzyły. Ron zaczął wędrować po pokoju, przeczesując palcami swoje włosy, jakby zastanawiał się, jak wytłumaczyć to, co zobaczył. W końcu odwrócił się do niej i dostrzegając pomyłkę, zaczął pośpiesznie przepraszać:
- PrzepraszamHermiono.Niepowinieniemnaciebiewrzeczećiniepowinienemciecałowaćalejachciałemcięcałowaćale
nietamniemógłbymale...

Ron przerwał, by wziąć głęboki wdech. Zdał sobie sprawę, że to, co powiedział, nie ma dla niej sensu.
- Po prostu ? machnął szaleńczo ręką ? udawajmy, że to się nie zdarzyło.
- Ron, o co chodzi?
Ron zauważył, że żywo gestykuluje, ale żadne słowa nie towarzyszą jego dłoniom. Gestem nakazał jej czekać i uklęknął naprzeciwko kufra Harry?ego. Otworzył wieko i zobaczył Pelerynę Niewidkę, którą ułożył obok siebie, zanim zaczął przedzierać się przez resztę zawartości. Wyrzucił na podłogę książki, ubrania i notatki, ignorując protesty Hermiony, dopóki nie znalazł tego, czego szukał. Na samym dnie leżał pergamin wyglądający na stary. Rozłożył go, machnął nad nim różdżką i ogłosił:
- Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego. - Mapa zamku pojawiła się wraz z wieloma kropeczkami.
- Ron, co ty robisz?
Ron przeszukał pergamin w poszukiwaniu kropki, o której wiedział, że musi tam być i odwrócił się triumfalnie do Hermiony.
- Miałaś rację. On żyje.
- O czym ty mówisz?
Podszedł do niej i przytrzymał pergamin, tak by go widziała, a następnie położył jej palec blisko kropki, której szukał. Była podpisana ?Harry Potter?.
Hermiona zamilkła na nieznośnie długi moment.
- O, mój Boże ? wyszeptała. - Ron, jak to znalazłeś?
- Było jakieś zamieszanie w lochach. Snape i McGonagall wiedzą.
- Skąd mogą wiedzieć? - wyszeptała, nie odrywając wzroku od pergaminu. - Jak mogli nam nie powiedzieć?
- Nie mam pojęcia ? odpowiedział Ron, ale teraz już to odkryliśmy.

Harry szybko schował się za gobelinem, za który doprowadziła go profesor McGonagall, rozpaczliwie pragnąc, by nikt nigdy go nie znalazł, kiedy usłyszał głos...
- Potter, wyjdź stamtąd.
To był Snape. Harry rozpoznał głos, zanim otwarł oczy, by zobaczyć mężczyznę trzymającego gobelin za jedną ze stron i wpatrującego się w chłopca. Harry schował się głębiej w ciemność.
- Harry, proszę, wyjdź. - To był kobiecy głos, w którym brzmiały zmęczenie i niepokój. Profesor McGonagall. - Nie skrzywdzimy cię.
- Ani ty nas - dodał Snape, lekko warcząc. Ten dźwięk wwiercił się w klatkę piersiową Harry?ego. Właśnie tego chłopak się obawiał: zadania im bólu, tak jak wcześniej sprawił go Snape?owi. Ale to wtedy nie był on. Przecież nie mógłby tego zrobić...
- Nie wiecie tego - odszepnął im. - Już raz to zrobiłem.
Cisza.
- Potter, nawet jeśli próbowałbyś przez dwa tygodnie, nie mógłbyś mi zadać takiego bólu.
- Skąd wiesz?
- Wiem. To wystarczy. - Doszedł do niego wyciszony i lekko zdenerwowany szept: - Potter, tłumaczyłem ci już te głosy w twojej głowie. To inny mężczyzna, czarodziej, który to zrobił. Nie ty. - Kolejny szept, tym razem płaski i bez żadnych emocji - Wiem, że byś mnie nie skrzywdził.
- To nie byłem ja - wychlipał.
- Wiemy, Harry - odpowiedziała McGonagall. - Teraz wyjdź stamtąd, żebyśmy mogli ci pomóc.

Ron i Hermiona siedzieli, obserwując z zapartym tchem, jak Snape i McGonagall przez kilka minut stali tylko trzydzieści centymetrów od Harry?ego. Ich oczy nie odrywały się od pergaminu, gdy czekali na jakiś ruch wykonany przez kogokolwiek z tamtej trójki. W końcu Snape i McGonagall sprawiali wrażenie, jakby prowadzili Harry?ego przez korytarz, specjalnie wybierając taką drogę, żeby nie wejść w publiczną część zamku. Wreszcie Snape oderwał się, idąc w stronę kropki z podpisem Dumbledore, podczas gdy McGonagall wciąż prowadziła Harry?ego do pokoju na trzecim piętrze. Jak tylko zobaczyli, że McGonagall opuściła pokój i Harry został sam, Ron wrzucił pelerynę Harry?ego do swojego plecaka i razem z Hermioną skierował się na dół do pokoju wspólnego, by poczekać. Ignorowali szepty i zaciekawione spojrzenia, dopóki pokój nie opustoszał. Niestety, musieli czekać prawie do północy, zanim ostatni uczeń poszedł do łóżka.
Ron wyjął mapę Huncwotów z kieszeni, sprawdzając dla pewności, czy Harry jest sam i dwa razy upewniając się, gdzie się znajduje. Potem wyjął pelerynę i owinął ją wokół siebie i Hermiony. Byli gotowi do znalezienia przyjaciela. Bez dźwięku wyślizgnęli się z pokoju wspólnego i przeszli krętymi korytarzami pogrążonej we śnie szkoły. Dwa razy musieli zatrzymać się i przemknąć obok mijającego ich profesora, zanim znaleźli się na trzecim piętrze. Sprawdzili swoje położenie na mapie i ruszyli w stronę Harry?ego.
W końcu znaleźli się przed właściwymi drzwiami. Kropka Harry?ego była samotna po drugiej stronie. Ron wyciągnął rękę i pchnął drzwi. Były zamknięte.

- Alohomora! - wyszeptała Hermiona zza niego. Drzwi otworzyły się z kliknięciem. Pchnęli je, by uchyliły się szerzej i wślizgnęli się do środka.
Harry gapił się szeroko otwartymi oczami na drzwi.
Ron i Hermiona zamarli pod peleryną niewidką
Biorąc głęboki wdech, Ron odsunął pelerynę i stanął twarzą w twarz z najlepszym przyjacielem po raz pierwszy od wielu miesięcy. Wpatrywał się w oczy kolegi, próbując powstrzymać łzy wypływające z jego oczu. Nikt nie odzywał się przez kilka minut. Wydawali się nie rozumieć dokładnie, co się działo.
To Hermiona w końcu przemówiła, wydając z siebie zduszone:
- Harry.
Harry mrugał, a jego oczy wędrowały od jednej twarzy do drugiej.
- Harry, tak się martwiliśmy! - wykrzyknęła, zarzucając mu ręce na szyję. ? Wszyscy mówili, że nie żyjesz, ale ja wiedziałam, że to nie prawda! Wiedziałam, że wciąż jesteś żywy! - Ruchem, który wydawał się niezbyt pewny, Harry objął Hermionę, oddając uścisk.
- Gdzie byłeś? - Hermiona zażądała odpowiedzi.
Ron nie usłyszał odpowiedzi z ust Harry?ego, lecz gdy Harry na niego spojrzał znad ramienia Hermiony, coś w tym spojrzeniu go zmroziło. Coś było nie tak, jednak nie mógł zgadnąć co. To po prostu z jakiegoś powodu było nie w porządku. Harry był inny. A? a jeśli wszystko było w porządku, dlaczego Harry był teraz ukrywany w odosobnieniu?
Nagle uderzyła go prawda. Oczy Harry?ego. Były puste.
- Ron? - Hermiona obróciła się do niego, najwyraźniej zastanawiając się, dlaczego on nie był bardziej szczęśliwy, mając Harry?ego z powrotem. Ron zatrzymał wzrok na Harrym.
- Nie wiesz, kim jesteśmy, prawda? - Słowa opuściły jego usta, zanim w pełni zrozumiał ich znaczenie. Lecz gdy tylko zabrzmiały i Ron zobaczył emocje na twarzy Harry?ego, poznał odpowiedź.
Hermiona wysunęła się z objęć Harry?ego i cofnęła się, wpatrując się z przerażeniem w jego twarz.
- Ja? wy? wy jesteście uczniami tej szkoły - powiedział Harry, brzmiąc tak, jakby był niepewny każdego słowa. - Widziałem was dziś rano na dole, przy jeziorze.
- Widziałeś nas? - wyszeptała Hermiona. - Dziś rano? Widziałeś nas?
W odpowiedzi Harry pokiwał głową.
- I ty nie? nie wiedziałeś, kim jesteśmy? - Jej głos się załamał. W tym momencie była zbyt zszokowana, by płakać, ale Ron wiedział, że to nie potrwa zbyt długo. Harry postąpił w ich kierunku, ale oni oboje instynktownie cofnęli się o krok.
- Przepraszam - powiedział Harry. - Nie pamiętam was.
- Jak to się stało? - zapytała Hermiona.
- Wierzę, panno Granger, że prawdopodobnie znasz odpowiedź lepiej niż Harry. - Ron i Hermiona obrócili się i znaleźli się naprzeciwko profesora Dumbledore?a stojącego w przejściu i obserwującego ich. - I pomimo że jestem zdziwiony tym, że tu jesteście, jestem równie zaskoczony, że nie znaleźliście drogi do niego wcześniej. - Gniew narastał w Ronie.
- Wiedziałeś o tym! ? wykrzyczał. - Wiedziałeś przez cały czas, że Harry żyje i nie powiedziałeś nam! Pozwalałeś nam wierzyć w jego śmierć!
- Ron, nie! - wrzasnęła Hermiona, wchodząc między niego i dyrektora.
- W porządku, Hermiono. Oskarżenie Rona, jakkolwiek głośne lub gwałtownie wypowiedziane, jest uzasadnione, jednak posiada wadę. - Wykonał ruch różdżką i cztery tapicerowane krzesła pojawiły się na środku pokoju. Gestem nakazał, by usiedli i wszyscy, oprócz Rona, to zrobili. On jedynie stanął za fotelem, wyglądając, jakby nie ufał mężczyźnie znajdującemu się przed nim. Westchnąwszy, Dumbledore kontynuował:
- Nie wiedziałem, że Harry żyje. Przynajmniej nie od samego początku, jak ty twierdzisz. Jego przybliżone miejsce pobytu udało nam się ustalić na początku tego tygodnia. Od tamtej pory, przez tydzień, masz rację, wiedziałem, gdzie jest Harry i ani ja, ani nikt inny z grona nauczycielskiego nie poinformował was.
- Więc wiedzieli wszyscy nauczyciele? - zapytała Hermiona.
- W rzeczy samej, tak jak Syriusz i Remus oraz twój ojciec, Ron.
- Mój ojciec? MÓJ OJCIEC? Mój OJCIEC wiedział, że Harry ŻYJE? I NIC mi nie powiedział?
- Poprosiłem go, by tego nie robił, przynajmniej dopóki nie będziemy znać zasięgu obrażeń Harry?ego.
- Jesteśmy z nim pięć minut i możemy ci powiedzieć, jaki jest ich zasięg! Mieliście zamiar nas kiedyś poinformować? - dopytywał Ron.
- Ron, cii! - syknęła Hermiona, jednak wydawała się równie zainteresowana odpowiedzią.
- Oczywiście, Ron. Miałem nadzieję powiedzieć wam w ciągu kilku dni. Być może twoja obecność i oczywiście twoja, Hermiono, może pomóc w uzdrowieniu Harry?ego.
- Tak więc, profesorze, co dokładnie się z nim dzieje? - Oczy Hermiony prawie niezauważalnie zwróciły się w kierunku Harry?ego, który siedział nadzwyczaj cicho, z wielkim zainteresowaniem śledząc toczącą się rozmowę o nim. - Co się stało?
Profesor Dumbledore zamknął na chwilę oczy, jakby decydując, co odpowiedzieć, a następnie bardzo poważnie spojrzał na swoich młodych uczniów.
- Odpowiem na twoje pytanie, skoro to samo zadał mi sam Harry. Jednak oboje musicie przysiąc, że to, co powiem, nigdy nie wyjdzie poza ściany tego pokoju.
- Nie możemy powiedzieć nawet profesorom? - zapytała Hermiona.
- Jeśli zapytasz kogokolwiek z personelu, on na pewno spojrzy na ciebie, jakby wyrosła ci z głowy trzecia ręka. Mają ścisłe wytyczne co do tego, z kim mogą podzielić się tą informacją.
- Dlaczego? - zapytał Ron już nie tak wściekle jak wcześniej.
- Nie każdy będzie działał w interesie Harry?ego - poinformował ich Dumbledore. - A już w szczególności nie po Turnieju Trójmagicznym, rozumiecie z pewnością, o czym lub o kim mówię.
Ron i Hermiona pokiwali głowami. Harry wykrzywił się.
- Przysięgacie?
- Tak jest - odpowiedzieli.
- Dobrze. Cóż, zakładam, że wiecie o pozornej śmierci Harry?ego dzięki raczej wspaniałym wynalazkom twoich braci? Uszy dalekiego zasięgu?
W odpowiedzi pokiwali głowami
- Tak jak myślałem. W takim razie być może powinniśmy zacząć od dyskusji o wadach Veritaserum?
Ron i Hermiona słuchali, jak profesor Dumbledore wyjaśniał wszystko, co wiedział o ponownym pojawieniu się Harry?ego na świecie. Tłumaczył, jak chłopak był ratowany, poświęcany i znów ratowany. Zadawali pytania i Dumbledore?owi, i Harry?emu; dotyczyły one tego, co ten ostatni pamięta i co mógłby pamiętać oraz jak mu pomóc. Pod koniec drugiej godziny rozmowy zostali odesłani do łóżek po obietnicach pomocy Harry?emu w każdy sposób, w jaki będą mogli, i przyrzeczeniu, że nie powiedzą ani słowa o tym, co widzieli lub usłyszeli. Ale gdy tylko wracali do wieży zabezpieczeni peleryną, oboje zaczęli być niepewni tego, czego się dowiedzieli. Wydawało się to zwyczajnie niemożliwe. Strach, złość, smutek... Wszystkie emocje mieszały się w ich głowach tak, że musieli spleść dłonie, by poczuć bliskość drugiej osoby we własnych myślach. Żadne słowa nie zostały wypowiedziane. Żadne nie mogły być. Wreszcie poznali prawdę. Harry żył.
Obrazek

Podążaj za białym królikiem.
Modzi widzą przez peleryny niewidki.


Pusia lubiła swój zielony balonik...!
Avatar użytkownika
Puchacz
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 841
Dołączył(a): 11 kwi 2009, 23:05

Re: [NZ][T] Zagubiony [14/18]

Postprzez Morwena » 24 lip 2016, 23:03

Zagubiony na dość długo zagubił się w prozie życia jego tłumaczy. Za zgodą Aratanooniel podejmuję się ukończenia tego, w co kilka osób przede mną włożyło sporo pracy i co znajduje się już blisko końca wędrówki.
Cytaty z trzeciego tomu HP w przekładzie Andrzeja Polkowskiego.
Za zgodę i pomoc przy tłumaczeniu dziękuję Aratanooniel :*

Zagubiony
Rozdział 14


Historia to zapis wydarzeń z przeszłości, zarówno dużych, jak i małych, tych o znaczeniu globalnym, jak i osobistym. Może być przedstawiona za pomocą obrazów namalowanych na ścianach jaskini, pogrzebana w grobowcu pod postacią skarbu lub zapisana czyimś piórem na pergaminie. Albo zapamiętana przez nas jako obrazy z naszego życia. Definicją historii jest pamięć. Ale czy cywilizacja umiera, gdy jej historia odchodzi w zapomnienie? Oczywiście, że nie. Możemy nie znać historii, ale znamy jej wpływ na teraźniejszość. To ona ją kształtuje, być może nawet wtedy, gdy nie mamy pojęcia, dlaczego tak się dzieje. Zmiany są nieuchronnym następstwem upływu czasu, niezależnie od tego, czy odnotowano historię czy nie. To samo można powiedzieć o pamięci. Jesteśmy kształtowani przez przeżyte doświadczenia, nawet te, których już nie pamiętamy. Wobec tego, co z ludźmi, którzy utracili wspomnienia, nie mają żadnych doświadczeń – mają tylko samych siebie? Powinni czuć stratę? Albo ból? A może strach? Czy nie są już sobą? Nie. Bez wspomnień jesteśmy czyści. Nie pamiętamy ani naszych win, ani ludzi, którzy zawinili przeciwko nam. Odzyskujemy to, co utraciliśmy – niewinność, ponieważ niewinność jest jedynie wytworem naszych wspomnień.
Hermiona Granger siedziała po turecku na podłodze małej sypialni na trzecim piętrze. Przed nią leżała szachownica, na której w najlepsze toczyła się gra, a naprzeciwko siedział Harry Potter, w takiej samej pozycji co ona, przyglądając się, jak skoczek Hermiony bezlitośnie okłada jego pionka. Hermiona tylko raz wytłumaczyła mu zasady gry, ale wydawało się, że Harry pamiętał je lub przyswoił wystarczająco szybko, żeby stanowić pewne wyzwanie.
- Czyli grałem w drużynie quidditcha razem z Ronem? – zapytał Harry, podczas gdy jego pionek był wleczony po szachownicy, by skończyć na powiększającym się stosie jego figur.
- Cóż, grasz w naszej drużynie od pierwszej klasy. Jesteś szukającym. Albo byłeś. Ron dopiero niedawno dostał się do drużyny.
- I teraz tam jest? Na treningu? – Zamrugał, patrząc na Hermionę przez okulary, a ona po raz pierwszy, odkąd się poznali, poczuła dzielący ich dystans. W końcu ich trójka bardzo się z sobą zżyła dzięki wszystkim wspólnym doświadczeniom. Harry nie pamiętał tych doświadczeń.
Hermiona nagle zapragnęła, żeby Ron wreszcie wrócił z treningu, choć miała dziwne przeczucie, że wcale mu się nie spieszy do powrotu z boiska. Kiedy wspomniała o odwiedzeniu Harry’ego dziś wieczorem, wyglądał, jakby gorączkowo poszukiwał wymówki. Na szczęście podeszła go z zaskoczenia.
- Która godzina? – zapytał Harry, a Hermiona zdała sobie sprawę, że wpatrywała się w swój zegarek.
- Och, jest… eee… dwudziesta siedemnaście.
- Musisz wrócić o dwudziestej pierwszej, tak? – Harry brzmiał na bardzo rozczarowanego. Hermiona zaczęła się zastanawiać, co właściwie robił przez cały dzień.
- Teoretycznie tak – powiedziała z lekkim uśmiechem – ale wzięłam twoją pelerynę.
- Moją pelerynę?
Przez chwilowe podekscytowanie na myśl o małym nagięciu reguł, które planowała, zapomniała o obecnej poważnej i nieco trudnej do zapomnienia sytuacji.
- Cóż, tak. – Wstała i skierowała się do swojej torby leżącej obok łóżka. – Właściwie to była peleryna twojego taty, ale teraz należy do ciebie. – Peleryna leżała na wierzchu, zwinięta w kostkę, a ona rozłożyła ją, by pokazać Harry’emu. Poczuła smutek, gdy zobaczyła, jak rozjaśniają się jego oczy. Jak często ukrywali się pod nią razem? – To Peleryna Niewidka.
- Ona naprawdę działa?
Owinęła się nią i usłyszała zduszony okrzyk Harry’ego.
- Nie pamiętasz? – zapytała, zdejmując pelerynę i siadając na swoim miejscu. Podała ją Harry’emu ponad szachownicą, a chłopak siedział z nią na kolanach, pozwalając gładkiemu materiałowi prześlizgiwać się między jego palcami.
- Nie – odpowiedział. – Często z niej korzystałem?
Hermiona nie mogła powstrzymać śmiechu.
- Harry, ty ciągle włóczyłeś się o każdej możliwej porze. Raz nawet przeszmuglowaliśmy pod nią smoka.
- Prawdziwego smoka, serio?!
- O imieniu Norbert. – Hermiona zaczęła opowieść o tym, jak przenosili Norberta na szczyt Wieży Astronomicznej, szczęśliwa, że wreszcie może zając się czymś innym niż gra w szachy i rozmowa o pogodzie. Opowiadanie mu o tym było takie dobre. Oczekiwała przy tym, że Harry będzie wtrącał szczegóły, o których zapomniała, albo mówił, że wyolbrzymia grożące im niebezpieczeństwa.
- Łał. Naprawdę to zrobiliśmy?
Uśmiech Hermiony zaczął blednąć, ale udało jej się go utrzymać.
- Naprawdę, Harry, to było ledwie w pierwszej klasie!
Usłyszeli nieśmiałe pukanie do drzwi i zaraz potem pojawił się Ron, trzymając ręce głęboko w kieszeniach i z włosami mokrymi po prysznicu.
- Cześć, co przegapiłem? – zapytał, stając w pewnym oddaleniu od nich.
- Tylko graliśmy w szachy – odpowiedziała Hermiona – i rozmawialiśmy o niektórych przygodach z peleryną Harry’ego.
- Jak było na treningu? – zapytał Harry.
- W porządku – odpowiedział Ron. – Ginny przejęła pozycję szukającego. Jest dobra, ale nie aż tak jak… A ja się męczę jako obrońca. Przez cały trening Ślizgoni mnie rozpraszali i nie mogłem się skupić. – Hermiona zauważyła, że Ron patrzył tylko na nią albo na podłogę, skutecznie omijając wzrokiem Harry’ego, tak jakby w ogóle nie było go w pokoju. Kiedy ponownie na nią spojrzał, skinęła broda w kierunku Harry’ego, ale Ron znowu wlepił wzrok w podłogę.
- Myślisz, że możecie wygrać? – zapytał Harry.
- Puchar? – Ron wydawał się być zaskoczony i przez chwilę także pełen nadziei dlatego, że chłopak o to zapytał. – Możemy spróbować. Musimy tylko więcej ćwiczyć i nauczyć się współpracować. Jeśli tylko uda mi się łapać kafle, a Ginny znicza, mamy takie same szanse jak reszta.
- Zwód Wrońskiego – powiedział Harry, wpatrując się w szachownicę.
- Co powiedziałeś, Harry? – Dziwny wyraz czaił się w kącikach ust Hermiony.
- Co?
- Właśnie powiedziałeś: „zwód Wrońskiego”.
- Och. Nie mam pojęcia. Właśnie wpadło mi do głowy.
- To jeden z manewrów w quidditchu. Używamy go podczas meczów – wyjaśnił poekscytowany Ron. Przykucnął, żeby swobodnie patrzeć na resztę. – Widzieliśmy go na Mistrzostwach Świata. Pamiętasz? Irlandia z Bułgarią.
- Nie. Nie pamiętam. Nawet nie wiem, co to jest zwód Wrońskiego. Po prostu wpadło mi do głowy.
- Och. – Ron wstał i zaczął patrzeć przez okno. Zapadła niezręczna cisza, przerywana tylko odgłosami walki figur na szachownicy i w końcu słowami szach lub szach-mat wypowiedzianymi przez Hermionę. Dziewczyna zaczęła zbierać figury i zobaczyła kątem oka, jak Harry zagadkowo marszczy brwi, jak zawsze wtedy, gdy nad czymś się zastanawia.
- Coś nie tak, Harry?
- Tak tylko myślałem – zaczął powoli. – Co wiecie o Syriuszu?
- Teraz dużo więcej niż ty – wymamrotał pod nosem Ron, nadal patrząc przez okno.
- Co chcesz wiedzieć? – zapytała Hermiona.
- Jest moim ojcem chrzestnym, tak? Ale z nim nie mieszkam. I odkąd tu jestem, nie miałem kontaktu z rodzicami. A jeśli miałem, to nikt mi nie powiedział, że to oni. Więc myślę, że chciałbym wiedzieć…
- Harry – Hermiona wstrzymała oddech, wymieniając z Ronem spojrzenia – nikt ci nie powiedział o twoich rodzicach?
- I o Syriuszu? – dodał Ron.
- Ani o bliźnie?
Na każde z pytań Harry odpowiadał, kręcąc głową. Po usłyszeniu ostatniego w jego oczach wyraźnie było widać ciekawość. Hermiona i Ron wymienili zdziwione spojrzenia. Dlaczego nikt mu nic nie powiedział?
- Od czego zacząć? – głośno myślała Hermiona.
- Nie możesz po prostu dać mu jakiejś książki? – rzucił Ron od niechcenia. – Tam jest pełno opisów. – Hermiona rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie.
- Harry, co wiesz o Sam-Wiesz-Kim?
- Kim?
- Sam-Wiesz-Kim?
- Nie znam go.
- Sam-Wiesz… Och, Voldemort, Harry. Lord Voldemort.
Harry zamarł, a jego twarz nagle pobladła. Wpatrywał się w przestrzeń niewidzącym wzrokiem. Tak jakby śnił na jawie, nie zdając sobie sprawy z tego, co dzieje się wokół niego. Znowu zapadła martwa cisza, Ron spojrzał z zainteresowaniem na Harry’ego i w następnej chwili doskoczył do niego, widząc, jak jego twarz sinieje.
- On nie oddycha! – Poklepał Harry’ego po policzku. – Harry! Harry, ocknij się! Oddychaj, stary? Hermiono, co się dzieje?
- Nie wiem. On… On panikuje. Pochyl go. – Wepchnęli Harry’emu głowę między kolana. Zaraz potem Hermiona zerwała się na równe nogi, by pobiec po panią Pomfrey. Już naciskała klamkę, gdy usłyszała gwałtowny, głęboki wdech i jeszcze jeden, głębszy, którym towarzyszyły słowa Rona:
- Świetnie! Dalej, oddychaj. Jeszcze raz. – Spojrzał na Hermionę, blady z przerażenia, a potem znowu na Harry’ego, mocno uderzając go w plecy, kiedy zaczął kaszleć.
- Co się stało? – zapytała Hermiona, kiedy Harry już się uspokoił.
- Widziałem go – odpowiedział słabo Harry. – Widziałem, jak torturował i zabijał ludzi. Cieszyło go…
- Hermiono, chyba powinnaś iść po profesora Dumbledore’a…
- Nie! – krzyknął Harry. – Wy musicie mi powiedzieć! Co on ma wspólnego z moimi rodzicami?
- On ich zabił, Harry. Lata temu… on zabił twoich rodziców. – Wahał się przez chwilę, czy mówić dalej, ale przekonało go błagalne spojrzenie Harry’ego. – Próbował tez zabić ciebie, byłeś tylko niemowlakiem, ale nie mógł. Po prostu… zniknął. To wtedy powstała twoja blizna.
- Dlaczego?
- Dlaczego co?
- Dlaczego ich zabił? Dlaczego chciał zabić mnie?
- Nie… nie wiem. Będziesz musiał zapytać Dumbledore’a.
Harry siedział z opuszczoną głową, a jego ręce opierały się bezwładnie na kolanach, tak że palce dotykały jego czoła. Ron i Hermiona nie wiedzieli, czy ma zamknięte oczy, nie mieli też pojęcia, o czym teraz myśli. Odezwał się ponownie, nawet na nich nie patrząc:
- Wyjdźcie, proszę.
- Harry – powiedziała Hermiona – może powinniśmy pójść po profesora Dumbledore’a?
- Nie. Idźcie już, proszę. Muszę pomyśleć.
Ron i Hermiona w ciszy skierowali się do wyjścia, po drodze rzucając Harry’emu zaniepokojone spojrzenia.
- Chcesz, żebyśmy przyszli jutro? – zapytał Ron.
- Tak. Tak, do zobaczenia jutro.
Ron skinął głową i wyszli.
- Martwię się o niego – powiedziała Hermiona, zmierzając z Ronem w dół korytarza – Harry zachowuje się naprawdę dziwne. A jeśli coś jest nie tak?
- Miona, właśnie mu powiedzieliśmy, że jego rodzice nie żyją. Dokładniej, że zostali zamordowani. I tak było mu ciężko wcześniej, kiedy wiedział, że nie żyją, ale nie miał pojęcia, jak do tego doszło. Co dopiero te…
- Nie wiedział! Ron, to straszne! Nie mogliśmy z tym poczekać, aż odzyska wspomnienia? Dlaczego mu to powiedziałeś i kazałeś przeżywać na nowo?
- A jeśli nigdy nie odzyska wspomnień? – zapytał cicho Ron. – Może już nigdy sobie tego wszystkiego nie przypomnieć. – Zatrzymało go szarpnięcie za ramię, Hermiona odwróciła go do siebie i wpatrywała się w niego zła i przestraszona jednocześnie.
- Nie mów tak.
- Czego nie mam mówić? – Wzruszył ramionami. – Nie można tego wykluczyć.
- Nie. To Harry. To się po prostu nie może stać.
Ron chwycił jej twarz obiema dłońmi i spojrzał jej w oczy z strachem i desperacją.
- Hermiono, naprawdę nie chcę, żeby to się stało. Wiesz o tym. Harry jest moim najlepszym przyjacielem i mam nadzieję, że wszystko się ułoży, ale nie mogę przestać… a może masz rację. – Wyraz jego twarzy zmienił się. W jego oczach widać było zamyślenie.
- O czym mówisz?
- Może byłoby lepiej, gdyby nigdy o tym sobie nie przypomniał. Pomyśl o tym. Harry musiał stawić czoła złu i niebezpieczeństwu więcej razy w życiu, niż my w najgorszych koszmarach. Wszyscy bliscy ludzie zostali mu wydarci i ciągle coś lub ktoś próbuje go zabić. Może byłoby lepiej, gdyby nie wiedział.
- Niewiedza jest błogosławieństwem, tak? – Przewróciła oczami. – Znasz to stare powiedzenie: Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal? To nieprawda, szczególnie w jego przypadku.
- Taa, wiem. Ale nie możesz mnie winić za dbanie o najlepszego kumpla.
- Uważasz go za najlepszego kumpla?
- Jasne! Hej, nie bierz mi tego za złe, że trochę ześwirowałem, kiedy go znaleźliśmy. Wiesz, przez trzy miesiące myśleliśmy, że nie żyje, a potem okazało się, że nic nie pamięta. Tylko mi nie mów, że przez cały czas zachowywałaś się przy nim normalnie.
Hermiona odpowiedziała mu tylko uśmiechem, kiedy skierowali się na schody prowadzące do wejścia na wieżę.
- Przepraszam, Hermiono – powiedział po długiej przerwie Ron.
- Nie ma sprawy. Też dziwnie się czułam, mówiąc szczerze. On był taki… inny.
- Nie mówiłem o Harrym – powiedział Ron, zatrzymując się w korytarzu przed portretem Grubej Damy. – Za to, co powiedziałem wczoraj rano. To nie miało być tak. To nie ma nic do… pocałowania cię. – Nagle bardzo zainteresował się swoimi butami. – Wiesz, wcale nie mam nic przeciwko. Chyba że… ty masz.
- Co? Och, nie. To znaczy… nie było źle.
Stali przez chwilę w milczeniu, wpatrując się w podłogę, swoje buty i okazjonalnie spoglądając na siebie.
- No dalej! – wybuchła Gruba Dama, przez co dwójka Gryfonów podskoczyła. – Pocałuj ją wreszcie albo podaj mi hasło, nie strój tu jak kołek!
Ron uśmiechnął się nerwowo do portretu, a potem do Hermiony, która wyglądała na równie zawstydzoną co on sam. Powoli pochylił głową, wypatrując najmniejszego znaku, że dziewczyna go powstrzyma, ale niczego takiego nie zobaczył. Przysunął się bliżej, obejmując ją ramionami i przyciągając do siebie. Dużo wolniej niż poprzednio schylił się, zamykając oczy i złączając ich usta. Nie odsunęła się ani go nie odepchnęła, czego oczekiwał. Wtuliła się w niego, odwzajemniając żarliwy pocałunek. Jeśli któreś z nich tego się obawiało, teraz oboje byli spokojni, ponieważ to nie był pocałunek starej pary, tylko dwojga ukochanych, którzy na nowo odkrywają swoje uczucia za każdym razem, gdy patrzą sobie w oczy. Długo oczekiwany pierwszy pocałunek dwojga przyjaciół, którzy wreszcie dojrzeli do miłości.
- Cóż – przerwała im Gruba Dama – gdybym się tego spodziewała, to nigdy bym z tym nie wyskoczyła!
- Aurora borealis – powiedział Ron, nie przestając patrzeć na Hermionę.
- Właśnie to! – krzyknął portret, otwierając im przejście. – Chyba nie muszę życzyć słodkich snów. Po tym wszystkim chyba żadne z nas nie będzie miało innych.

***
Harry leżał w łóżku, wpatrując się w sufit. Nie mógł zasnąć i nawet nie chciał. Za dużo myśli kłębiło mu się w głowie, za dużo z nich musiał jeszcze uporządkować. Poza tym… kto wie, co czyha na niego we śnie? Najprawdopodobniej koszmary. A tych Harry miał dosyć również wtedy, gdy nie spał. Nie potrzebował mieć więcej. Szczególnie, że dobrze wiedział, o czym będą.
On ich zabił, Harry. Lata temu… on zabił twoich rodziców.
Voldemort. Wreszcie mógł nazwać to, co zamieszkiwało mu głowę. Mógł nazwać głosy, tortury i przerażenie.
Zabił moich rodziców i siedzi w mojej głowie. Albo ja w jego. Dlaczego nikt mi nie powiedział? Dumbledore, Remus, McGonagall, Snape i ci wszyscy ludzie, którzy do mnie zaglądali. Nie powiedzieli mi. A na pewno to wiedzieli.
Nagle Harry poczuł przemożną potrzebę, by dowiedzieć się, czego jeszcze zapomniał. Chciał odzyskać wspomnienia. Chciał odzyskać swoje życie! Głos w jego głowie szeptał mu, co powinien zrobić: Legilimencja!

***
- Syriusz! – zawołał Lupin tak głośno, jak tylko mógł, nie budząc pani Black. – Gdzie jesteś?
- Tutaj, Remusie! – Lupin zatrzymał się i wrócił tą samą drogą, którą przyszedł, by zobaczyć Syriusza stojącego w drzwiach gabinetu swojego ojca.
- Co tu robisz?
- Sprzątam – powiedział bez wyrazu. Przesunął się, by pokazać Lupinowi pokój, który nie był posprzątany, tylko ogołocony. Zostało tylko duże dębowe biurko i regał z książkami, które dotyczyły Czarnej Magii.
- Połowy z tych książek nigdzie nie można kupić. A ta tutaj nawet nie powinna istnieć! – powiedział, wyjmując wybrany wolumin i dokładnie go oglądając.
- Chcesz? Możesz sobie wziąć. Nie zniszczyłem ich jeszcze tylko dlatego, żebyś mógł sobie wybrać to, co cię interesuje. – Remus wydał dziwny dźwięk z głębi gardła i odłożył książkę.
- Mam wrażenie, że samo czytanie którejś z tych książek by mnie okaleczyło.
- I kto mówi, że nigdy nic ci nie daję… - Syriusz potargał ręką włosy. – To czego ode mnie potrzebujesz?
- Nic, serio. Tylko chciałem sprawdzić, co u ciebie. – Mrugnął do przyjaciela. – I co u ciebie?
- Daj mi chwilę pomyśleć. Hmm, mój chrześniak siedzi w Hogwarcie z amnezją i szkoli go Smarkerus. Jestem zamknięty w domu, którego nienawidzę. A w tym czasie Voldemort planuje, jak zniszczyć Harry’ego, Dumbledore’a i innych ludzi, których nie lubi, a to mniej więcej wszyscy, na których mi zależy. Czyli w sumie u mnie całkiem nieźle.
- Och, sarkazm. Język sfrustrowanego Syriusza Blacka.
- Brawo, odkryłeś to zaledwie po dwudziestu pięciu latach znajomości.
- Zawsze byłem pojętnym uczniem. – Uśmiechnął się, ale uśmiech nie sięgał oczu. – Albus powiedział, że teraz Hermiona i Ron zajmują się Harrym. Oczekuje, że z ich pomocą zrobi szybkie postępy.
- To dobrze.
- Ron powiedział mu, że ostatnio Harry coś sobie przypomniał. Nazwę jakiegoś manewru w quidditchu.
- I to wszystko?
- To już coś. Poza tym zostałeś odkryty na południu Francji. Pojechałeś się opalać?
- Nie wiedziałem. Musisz zapytać Kingsleya. To on jest agentem biura podróży, z którego usług korzystam.
Tym razem uśmiech Lupina sięgnął oczu.
- Zostałem poproszony, by ponownie uczyć Harry’ego obrony.
- Domyśliłem się – odpowiedział Syriusz, otwierając szufladę i wyciągając z niej zwoje pergaminu, które następnie wyrzucił do kosza. – Jesteś dobrym nauczycielem. Harry ci ufa.
- Teraz mnie nie zna.
- Ufał ci wcześniej, więc teraz też będzie.
- Znosisz to dużo lepiej, niż zakładałem – skomentował Remus z zadowoleniem i ze zdziwieniem jednocześnie.
- Jeśli to ci pomoże, mogę wpaść w furię i rozwalić wszystko, co wpadnie mi w ręce, kiedy tylko odwrócisz się do mnie plecami.
- Zdecydowanie lepiej, niż myślałem.

***
Ron przemierzał boisko do quidditcha, co dwie minuty spoglądając na zegarek. Od prawie miesiąca co wieczór szedł z Hermioną do pokoju Harry’ego, by rozmawiać z nim i grać w szachy. W rozmowie pojawiały się właściwie tylko dwa tematy: ich wspólne przygody i quidditch. Zawsze starali się nakierowywać rozmowę na sport, kiedy Harry zaczynał pytać o rodziców lub o Sam-Wiesz-Kogo, aż w końcu Harry przestał o tym mówić i zaczął interesować się lekcjami i kolegami ze szkoły.
Wydawało się, że pomaga mu rozmowa. Za każdym razem kiedy go odwiedzali, Harry z podekscytowaniem opowiadał im o tym, czego się nauczył od różnych nauczycieli, powtarzających mu informacje i zaklęcia, które powinien już umieć. Często Harry był w stanie opanować zaklęcie zaraz po demonstracji, jak gdyby potrzebował tylko przypomnienia. Szczególnie na zajęciach z OPCM-u. Wyczekiwał wtorkowych wizyt Remusa Lupina z niecierpliwością, ponieważ jego lekcje były dla Harry’ego największą przyjemnością. Przyswajał wiedzę szybciej niż kiedykolwiek, a z wiedzą powracały wspomnienia – zwykle dezorientujące strzępy, ale po rozmowie z przyjaciółmi dochodził z nimi do ładu.
Ron nie mógł pohamować uśmiechu, gdy Hermiona przyszła na boisko, ale powstrzymanie się przed objęciem jej kosztowało go więcej samokontroli, niż myślał, że ma. Niestety, musieli odtworzyć znajome środowisko Harry’ego, a widok ich dwójki obściskującej się zdecydowanie do niego nie należał.
- Czy to jasne? – zapytała Hermiona, gdy zbliżali się do wejścia.
- Taa. Możesz wyjść, Harry. – Chłopak odrzucił Pelerynę Niewidkę i pojawił się między swoimi przyjaciółmi. Ron schylił się, by podnieść dwie miotły: własną nową Zmiataczkę i Błyskawicę Harry’ego, która była trzymana w szkolnym schowku na miotły.
- Jesteśmy pewien, ze chcesz to zrobić, Harry? – zapytała Hermiona, patrząc, jak pożera wzrokiem miotłę.
- Żartujesz? Nie mogę się doczekać!
- Dobra – odezwał się Ron. – Eee, Hermiono, popilnuj peleryny Harry’ego i stań na czatach. Polatamy kilka minut. – Dziewczyna poszła w kierunku, z którego przybyli. Owinęła się peleryną, w jednej chwili znikając im sprzed oczu. – W porządku, Harry. Zaczynamy? – Wsiadł na swoją miotłę, następnie wytłumaczył Harry’emu, jak ma wystartować. Harry słuchał uważnie i już po paru minutach obaj unosili się w powietrzu, latając nad całym boiskiem. Ron zatrzymał się i tylko patrzył na Harry’ego. Kiedy po raz pierwszy zobaczył go w powietrzu, wiedział, że ma do tego talent, ale to? Latał, jakby nawet przez moment nie zapomniał, jak powinno się to robić, kręcąc beczki i nurkując, tak że Ron na chwilę zapomniał o tym, przez co przeszedł jego przyjaciel. Był po prostu Harrym, śmigającym na miotle.
Po dwudziestu minutach Ron pomachał Harry’emu, żeby wylądował – jego zielone oczy błyszczały, a policzki były zarumienione. Zarzucił sobie miotłę na ramię i podszedł do Rona, jakby właśnie skończyli regulaminowy trening.
- Co? – Harry wyszczerzył się, widząc, jak Ron mu się przygląda.
- Nic – padła odpowiedź. – Tylko to takie dziwne. Rozumiesz, ty to ty, ale nie ty.
- Co?
- Nie wiem. To jest… Trudno to wyjaśnić. Robisz rzeczy, które są dla ciebie tak typowe… I jednocześnie wcale tego nie pamiętasz.
- Ron, ja jestem Harry.
- Wiem, że…
- Ale w to nie wierzysz. – Harry westchnął ciężko, patrząc na chłopaka, który był jego przyjacielem, chociaż wcale nie pamiętał ich pierwszego spotkania. – Ron, Harry to ja, nawet jeśli niczego nie pamiętam. To wszystko wraca do mnie w częściach. Czasem to słowo, które nagle pojawi się w mojej głowie. Czasem obraz, widzę wtedy grupę ludzi, ale nie mam pojęcia, kim oni są. Ale wiem, kim jestem. Jestem Harrym Potterem. I chciałbym, żeby to wreszcie do ciebie dotarło.
Ron otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale zanim zdążył, pojawiła się Hermiona.
- Twoi bracia tu idą, Ron. Harry, lepiej, żebyś miał to na sobie. – Hermiona podała pelerynę przyjacielowi, ale on jej nie wziął. Patrzył na rola.
- Przykro mi – powiedział Ron.
Harry uśmiechnął się, po czym spojrzał na Hermionę.
- To Fred i George? Ci, którzy byli ze mną w drużynie?
- W takim razie chciałbym ich jeszcze raz poznać.
- Ale profesor Dumbledore powie…
- Ron? Hermiona? – Dwie identyczne rudowłose postaci zbliżały się na boisko, każda z miotłą opartą na ramieniu.
- Kto jest z… Fred, to Harry! – Obaj chłopcy zerwali się do biegu, praktycznie taranując Rona, tak bardzo chcieli zobaczyć swojego zaginionego szukającego.
- Do cholery! – krzyknął Fred. – Jak…
- Kiedy…
- Co…
Harry śmiał się z tych prób zadania mu pytania.
- Od jak dawna o tym wiecie? – zażądał odpowiedzi George, patrząc na Rona i Hermionę.
- Od jakiegoś miesiąc – odpowiedział Ron.
- Profesor Dumbledore kazał nam obiecać, że nikomu nie powiemy – dodała Hermiona.
- I nam nie powiedzieliście? – Fred brzmiał na zranionego.
- Zaraz, czemu się ukrywasz Harry? Czemu nie jesteś z nami w wieży ani nie chodzisz na treningi?
- Wszyscy myśleliśmy, że nie żyjesz!
Uśmiech Harry’ego się poszerzył.
- Ostatnio często to słyszę.
- A gdzie byłeś?
- Czekaj! Zaraz będzie tu Ginny, poczekajmy na nią.
- Ginny? – zapytał Ron. – Dlaczego jest z wami? Co planujecie?
- Dodatkowy trening – odpowiedział Fred z uśmieszkiem. – Stwierdziliśmy, że nie możemy polegać na twoich wybitnych umiejętnościach, żeby wygrać w tym roku puchar, dlatego przynajmniej reszta rodziny powinna być w stanie sprostać temu zadaniu.
- Ale Harry wrócił, więc już nie musimy się tym martwić – dodał George, klepiąc Harry’ego po plecach.
W tej chwili rudowłosa dziewczyna, Ginny, pojawiła się za bliźniętami i zamarła, patrząc na Harry’ego z otwartą buzią. Nagle w umyśle chłopaka pojawił się chwilowy przebłysk, obraz młodszej dziewczyny patrzącej na niego z taką samą miną, ale znikł tak samo szybko. A dziewczyna stojąca przed nim odezwała się:
- Harry? – Jej twarz wyrażała zdziwienie. - Co… Jak?
- Zaskakujące! – powiedział Fred. – Zadaliśmy przed chwilą dokładnie te same pytania. A więc, Harry? Co? I jak?
- Nie jestem do końca pewien – przyznał Harry, zastanawiając się, jak ma to wszystko wyjaśnić bez Dumbledore’a.
- No dalej, Harry. Po prostu powiedz, co pamiętasz – podsunął George.
- Z tym właśnie jest problem.
Ron i Hermiona na zmianę opowiedzieli to, co powiedział im dyrektor, a reszta rodzeństwa Weasleyów patrzyła na nich z otwartymi buziami, zadając pytania. Fred zaśmiał się głośno, słysząc, gdzie znaleziono Harry’ego, a George dał mu sykla, mamrocząc pod nosem coś o Lunie.
- Czyli niczego nie pamiętasz? – dopytywała Ginny po wysłuchaniu całej historii.
- Coś do mnie wraca – odpowiedział Harry. – Na przykład teraz, kiedy tu podeszłaś, przypomniałem sobie strasznie nieśmiałą wersję ciebie. Podglądałaś mnie z… zza drzwi. Ron powiedział, ze to była twoja sypialnia.
- Przypomniałeś to sobie właśnie teraz? – zapytał Ron.
- Tak, ale zupełnie nie mam pojęcia, dlaczego byłem w twoim domu ani jak długo, wiem tylko to, że byłaś wtedy młodsza – wytłumaczył to Ginny.
- Wakacje między pierwszą a drugą klasą – wyjaśnił Ron. – Fred, George i ja zabraliśmy cię na resztę wakacji do Nory autem taty. Wtedy tak odbiło Ginny.
- Świetnie, Harry! – ekscytowała się Hermiona. – To bardzo szczegółowe wspomnienie.
***
- Dobrze, Harry – powiedział Remus Lupin, zdejmując płaszcz ze swoich znoszonych szat. – Dzisiaj popracujemy nad zaklęciami tarczy.
Harry pokiwał głową, podchodząc na środek klasy z różdżka w ręce. Uważnie obserwował nauczyciela.
- Dlaczego ty mnie uczysz, Remusie, a nie nauczyciel?
- Uczyłem tu OPCM-u w zeszłym roku, Harry.
- Ale już nie jesteś nauczycielem.
- Nie. Zrezygnowałem tego samego roku.
- To dlaczego nie uczy mnie obecny nauczyciel?
- Być może dlatego, że profesor Dumbledore uważa, że mi ufałeś. A to może pomóc twojej pamięci bardziej niż praca z nową osobą. – Spojrzał na chłopca pytająco. – Coś nie tak, Harry?
- Nic. Tylko próbowałem sobie przypomnieć.
- Wyglądasz, jakbyś chciał zapytać o coś jeszcze.
Harry, nie ufaj mu, to on pomógł Blackowi dostać się do zamku, on też pragnie twojej śmierci... To wilkołak!
- Harry?
- Jak długo znasz Syriusza?
- Chodziliśmy do szkoły razem z twoim ojcem.
- Zabiłeś moich rodziców.
- Nie przeczę...

Harry’emu kręciło się w głowie. Co to miało znaczyć? Dlaczego nagle to sobie przypomniał? Poczuł, ze jest mu bardzo zimno, jakby oblano go lodowatą wodą.
- Wszystko w porządku, Harry? Wyglądasz na chorego. – Harry zachwiał się, ale Remus zdążył go złapać i doprowadzić do krzesła, żeby mógł usiąść. – Co się stało, Harry? Coś sobie przypomniałeś?
Harry spojrzał w bladozielone oczy mężczyzny, zastanawiając się, czy powinien mu ufać czy też nie. Wcześniej mu ufał. Wiedział o tym. Mógł to wyczuć, po prostu będą z nim w tym samym pomieszczeniu.
Odczep się, wilkołaku!
- Remus? Czy Syriusz to Voldemort?
- Co? – Przerażenie przemknęło przez twarz Lupina i na moment odebrało mu mowę. – Dlaczego o to pytasz?
- Ron powiedział, że Voldemort zabił moich rodziców. A teraz… Syriusz powiedział mi kiedyś, ze to on ich zabił. Czy on jest Voldemortem?
- Och… - Zamyślił się na chwilę. – Harry, nie sądzę, że Ron powinien ci mówić o tym już teraz, ale tak, twoi rodzice zostali zabici przez Voldemorta, nie przez Syriusza. Oni nie są tą sama osobą. To bardzo skomplikowana historia i sam poznałem ją dopiero rok temu.
- To dlaczego powiedział mi, że to on ich zabił?
- Przez wiele Syriusz obwiniał się o śmierć twoich rodziców, nawet został za to wtrącony do więzienia. Ale on nie popełnił żadnej zbrodni, Harry. Twoi rodzice potajemnie się ukryli, a twój ojciec i Syriusz powierzyli ten sekret komuś, komu nie powinni byli zaufać. Ten ktoś przekazał tę informację Voldemortowi, który z kolei zabił twoich rodziców. Jeśli Syriusz powiedział ci, że zabił twoich rodziców, z pewnością chodziło mu o zaufanie złej osobie, które doprowadziło do ich śmierci.
- Kto to zrobił?
- Nie dzisiaj, Harry. I tak jesteś już poruszony. – Lupin przyjrzał mu się uważnie. – Może chcesz odwołać dzisiejszą lekcję?
- Nie, nie. Wszystko w porządku. – Odsunął krzesło i ponownie stanął na środku pomieszczenia. – Zaklęcia tarczy, tak? Protego?
Lupin skinął głową.
- Expelliarmus!
- Prote… Och… - Różdżka Harry’ego wysunęła się z jego dłoni i poleciała prosto do Lupina.
- Musisz być szybszy. Spróbuj jeszcze raz. – Odrzucił mu różdżkę.
Jesteś uzbrojony, my nie… Czy teraz nas wysłuchasz?
- Gotowy?
- Tak.
- Expelliarmus!
- Protego!
- Świetnie, Harry! Dobra robota. – Jego uśmiech zbladł, gdy Harry znów spojrzał na niego pytająco.
- Remusie, nie jestem pewien, jak o to zapytać…
- Tak, Harry?
- Czy jesteś wilkołakiem?
- Pozwól mi powtórzyć: Tak, Harry. Muszę powiedzieć, że spodziewałem się tego pytania, odkąd zapytałeś o Syriusza. W końcu obu tych rzeczy dowiedziałeś się tego samego wieczoru. – Westchnął i wsunął różdżkę do rękawa. – Wiesz co? Odłóżmy dzisiejsze zajęcia i porozmawiajmy. Możesz zapytać mnie, o co tylko chcesz, oczywiście w granicach rozsądku, nie kłopocząc się nauką. – Twarz Harry’ego rozpromieniła się. Żaden z dorosłych mu tego nie zaproponował.
- Naprawdę jesteś wilkołakiem?
- Po raz trzeci, tak, Harry – odpowiedział Remus, starając się nie roześmiać, gdy zobaczył nagły przypływ energii Harry’ego.
- A wcześniej wiedziałem?
- Jeśli byś nie wiedział, to co sprawiłoby, że o to dziś pytasz?
- Racja.

***
Pierwsza lekcja Oklumencji nie przebiegła dokładnie tak, jak zaplanował Mistrz Eliksirów. Był więcej niż rozproszony przez wspomnienia, które znalazł w głowie Pottera. Wspomnienia, które w żadnym wypadku nie powinny być w jego głowie. Jedno szczególnie nim wstrząsnęło.
Potter widział, jak torturuje go Czarny Pan. Był w jego głowie nawet wtedy, obserwując, jak jęczy z bólu na ziemi. Te obrazy, oglądanie samego siebie oczami innej osoby, rozproszyły go, przywołując to wspomnienie w jego własnym umyśle, tak że Potter był w stanie dość brutalnie wypchnąć go z umysłu i odrzucić do tyłu. Potem chłopak uciekł.
Snape nie był zaskoczony, gdy Dumbledore odwiedził go następnego ranka, przynosząc wieści, że chłopaka znaleźli Granger i Weasley. Wiedział, ze to tylko kwestia czasu, gdy zobaczył Weasleya w lochach.
Bardzo dobrze. Lekcje musiały odbywać się w dalszym ciągu. Dumbledore zaczął często w nich uczestniczyć, zawsze siedząc daleko za Potterem, z pochyloną głową i zamkniętymi oczami, jak gdyby spał. Ale Snape wiedział, że dyrektor wcale nie śpi. Stale obserwował myśli Pottera, co Snape wytknął mu w jego umyśle, gotów do interwencji w razie potrzeby.
- Nie poczyniłeś zadowalających postępów od naszej pierwszej lekcji, Potter – powiedział Snape, podnosząc go z podłogi już pewnie dwunasty raz w ciągu godziny. – Nie jesteś skupiony.
Chłopiec nie odpowiedział.
Snape pochylił się nad stołem i ścisnął nasadę nosa. Lekcje dawały mu się we znaki. Nawet w normalnych warunkach byłyby męczące, a teraz stały się szczególnie wyczerpujące, odkąd dodatkowo próbował interpretować chaotyczne skrawki wspomnień chłopaka, mimo pomocy dyrektora.
Snape otworzył oczy i spojrzał ponad ramieniem Pottera na dyrektora, który odwzajemnił spojrzenie.
- Ostatni raz, Potter – w końcu powiedział Snape. – Skup się. Legillimes!
Przestań. Przestań. Przestań. Przestań.
Staraj się bardziej, Potter!
Myśli chłopaka kotłowały się zbyt szybko, by Snape mógł nadążyć z ich interpretacją i ustawieniem we właściwym porządku. Ból, strach, zdziwienie.
Pokój o białych ścianach, zupełnie pozbawiony mebli, nie licząc łózka i stolika nocnego.
Duże dormitorium z pięcioma łózkami, z dużą skrzynią przy każdym z nich.

Dormitorium? Pamiętał to? Obraz znikł tak szybko, jak się pojawił, tak że Snape zastanawiał się, czy w ogóle był prawdziwy.
Mała sypialnia z łóżkiem i szafą. Ból. Strach. Zwalisty mężczyzna o czerwonej twarzy patrzył na niego z góry, gniewnie poruszając ustami, ale nie dało się słyszeć żadnych słów.
Pokój Pottera w domu Dursleyów. Jego wuj.
- Severus.
Wynoś się z mojego domu! Brutalne popchnięcie. Spadanie. Krzyk. Mamo? Staczanie się po schodach.
- Severus!
Strumień obrazów zalał umysł Snape’a zbyt szybko. Wspomnienia były poszarpane, dezorientujące. Czuł się tak, jakby miała mu eksplodować głowa. Każda kolejna myśl, która wciskała mu się do głowy, była podszyta bólem.
Błysk zielonego światła.
Krzyk.
Kazałem ci wstać!
Martwe oczy Cedrica Diggory’ego patrzące na niego.
Wielki ząb rozcinający mu ramię. Trucizna krążąca mu w żyłach.
Jesteś martwy, Harry Potterze. Martwy.
Crucio!
Skąd miałbym wiedzieć. Nigdy wcześniej nie umarłem.
Avada Kedav…

Ciemność.
Dumbledore odetchnął z ulgą, gdy zobaczył wspomnienia Harry’ego sprzed wypadku, przez co nie zauważył w porę innych, spowitych bólem i przerażeniem Harry’ego, które pojawiły się nagle wywołane przez to ostatnie. Severus zachciał się i wypuścił z dłoni różdżkę, po czym obiema dłońmi objął się za głowę. Nagle Harry i Severus krzyknęli.
Finite Incantatem! – krzyknął Dumbledore, podrywając się z krzesła.
Severus upadł. On i Harry kulili się na podłodze, trzymając się za głowy i kołysząc się w przód i w tył, chociaż wydawało się, że nie odnieśli ran na ciele. Dumbledore ukląkł obok Mistrza Eliksirów.
- Severusie? Severusie, słyszysz mnie?
Mężczyzna nie poruszył się. Spod na wpół otwartych powiek widać było czarne tęczówki oczu, wpatrzonych w przestrzeń niewidzącym wzrokiem. Dumbledore kciukiem podniósł jedną z powiek – źrenice były w pełni rozszerzone.
- Czy wszystko w porządku, Harry? – zawołał Dumbledore, nadal klęcząc obok Snape’a.
Odpowiedział mu jęk:
- To nie ja… To nie ja…
Zaczyna się…
Kobieto, puchu marny, ty jesteś jak zdrowie...
Avatar użytkownika
Morwena
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 718
Dołączył(a): 29 cze 2009, 16:15

Re: [NZ][T] Zagubiony [15/18]

Postprzez Morwena » 02 sie 2016, 19:03

Kolejna część. Coraz bliżej końca.

Zagubiony
Rozdział 15


Strach. Groza. Przerażenie. Te uczucia obezwładniają nas i każą nam uciekać jak najdalej. To z ich strony hipokryzja w najczystszej postaci. Przychodzą nam na ratunek, przesłaniając wszystkie złe rzeczy, które mają nadejść, a jednocześnie paraliżują i odbierają zdolność działania. Instynkt samozachowawczy i autodestrukcyjny w jednym. Te uczucia czynią nas słabymi i uległymi. Myśleć tylko o sobie? Czy o innych? Jakim kosztem? Czy męstwo zawsze polega na przekładaniu życia innych nad własne? Nie możemy chronić innych wiecznie, ponieważ jedno jest nieuniknione: uratowanie niewinnej osoby i tak doprowadzi do jej śmierci, jeśli jest ona jej pisana. Taka jest wola sił wyższych. Nie można uciec przed przeznaczeniem.
Albus Dumbledore siedział zamyślony na krześle przy łóżku, na którym leżał pogrążony we śnie Severus Snape. Jego ciemne włosy i blada cera odcinały się wyraźnie na tle śnieżnobiałej pościeli w Skrzydle Szpitalnym. Od godziny Snape nie poruszył się ani nie wydał żadnego dźwięku. Jego oczy wpatrujące się w przestrzeń spod na wpół przymkniętych powiek nie ruszały się, pomijając odruchowe mruganie, kiedy Madame Pomfrey zakraplała je, by zapobiec ich wysuszaniu. Za każdym razem, gdy zamykała mu powieki, one otwierały się częściowo, by ponownie odsłonić dzikie spojrzenie.
Dumbledore otrząsnął się ze swoich myśli, gdy poczuł na ramieniu czyjąś chudą dłoń. Zamrugał i ujrzał swoją zastępczynię.
- Co się stało, Albusie? – zapytała, jej słaby głos zdradzał troską o stan zdrowia młodszego nauczyciela.
- Byłem nieuważny – odpowiedział, patrząc na Snape’a. – Pozwoliłem sobie na chwilę dekoncentracji i to wystawiło go na niebezpieczeństwo.
McGonagall obserwowała dyrektora wpatrzonego w Snape’a, ignorując smutek i lęk o jego własny stan.
- Harry jest zrozpaczony – powiedziała w końcu cicho. – Nie jestem w stanie go uspokoić. Może powinniśmy sprowadzić do niego pannę Granger i pana Weasleya.
- Nie. – McGonagall podskoczyła, słysząc tak zdecydowaną i krótką odpowiedź. – Nie… - powtórzył delikatniej. – Nie możesz pozwolić im dziś na odwiedziny. Skontaktuj się z Remusem albo przypilnuj tego osobiście, ale za nic nie pozwól nikomu na wizyty.
- Albusie, Harry nie mógł sam tak zranić Severusa. Nie każ go za…
- Nie każę go, Minerwo. I zgadzam się z tobą, Harry nie mógłby sam skrzywdzić Severusa, nie aż tak.
- Co masz na myśli?
- Najbardziej przerażające i okrutne wspomnienia Harry’ego nagle naparły na umysł Severusa wbrew jego woli. Właśnie ich napływ spowodował jego obecny stan.
- Albusie?
Usłyszała ciężkie westchnienie.
- Voldemort, Minerwo. Myślę, ze próbował wejść do umysłu Harry’ego po miesiącu przerwy. Pewnie dostrzegł, że też tam byłem i próbował uderzyć we mnie, przez co Severus przyjął na siebie całe uderzenie. Albo po prostu Harry stał się silniejszy, nie zdając sobie z tego sprawy, a to był zwyczajny wypadek. Nie wiem. Ale na razie nie chcę, żeby którykolwiek uczeń odwiedzał Harry’ego, dla własnego bezpieczeństwa.
Niedługo potem, kiedy cały zamek był już pogrążony w głębokim śnie, Dumbledore poszedł do Harry’ego. Kiedy zapukał, otworzył mu Remus Lupin, który z ponurą miną wyszedł na korytarz, by porozmawiać z dyrektorem.
- Jak się miewa Severus? – zapytał cicho.
- Bez zmian – padła poważna odpowiedź. – Poppy nawet nie chce nawet zaryzykować zgadywania, kiedy się obudzi. – Remus skinął głową. – A jak czuje się Harry?
- Głównie przestraszony. Wspomnieniami, które zobaczył, tym, co stało się Severusowi, i wszystkim, co go spotyka.
- Powiedział ci coś o tych wspomnieniach?
- Tylko to, że go przerażają. – Remus przez chwilę wyglądał na zakłopotanego. – To prawda, że przypomniał sobie, jak został zrzucony ze schodów?
Odpowiedzią było skinienie głową.
- Nie potrafię sobie wyobrazić, co musiał przeżywać – kontynuował Remus – widząc te wszystkie okropności w koszmarach i nie mogąc ich połączyć w logiczną całość.
Kolejne skinienie.
- Czy teraz śpi?
- Nie – odpowiedział Remus. – Leży skulony na łóżku, ale chyba nawet nie mrugnął, odkąd przyszedłem. Tak jakby bał się zasnąć.

***
Harry rzeczywiście leżał na łóżku z podkulonymi kolanami i wpatrywał się w pająka wijącego w kącie jedwabistą sieć. Nie odważył się zapaść w sen ani nawet zamknąć oczu. Pewnie nawet by nie mrugał, gdyby nie było to konieczne. Każde mrugnięcie było chwilą czystej grozy. Czy znowu ujrzy te obrazy pełne nienawiści i przemocy, gdy tylko zamknie powieki? Czy powróci tamten głos? Czy dalej będzie szeptał w jego głowie? Harry zmuszał się do utrzymania otwartych powiek tak długo, dopóki nie zaczynały piec go oczy, a wtedy mrugał, czując obezwładniające go przerażenie za każdym razem, gdy na ułamek sekundy zapadała ciemność.
To wszystko twoja wina/
Harry zesztywniał. To był tamten głos czy tylko wytwór jego podświadomości?
Głupiutki, słaby chłopczyku udający dorosłego…
Harry ukrył twarz w poduszce, desperacko pragnąc wyrzucić z głowy te słowa.
Zobacz, co narobiłeś. Widzisz, jak wszyscy przez ciebie cierpią?
- Nie – wyjęczał, przyciskając twarz do grubej poduszki. – Ja nie chciałem…
Nie widzisz, jak na ciebie patrzą? Gardzą tobą. Unikają cię, mają to wypisane na twarzach.
- To nie prawda.
Gdzie jest dyrektor? Gdzie twoi przyjaciele? Zostawili cię z mieszańcem, z wilkołakiem. Pewnie cię zabije.
- Wcale nie.
Boją się ciebie. Tak samo jak tamci mugole.
- Oni się mnie nie bali.
Dziwak. Tak cię nazywali. I próbowali cię zabić.
- To… to był wypadek.
A twój dyrektor próbował ich chronić. Chciał twojej śmierci.
- Nie.
Boją się ciebie.
- Nie!
Wszyscy się ciebie boją.
- Przestań!
Wszyscy pragną twojej śmierci.
- PRZESTAŃ!
Trzy otwarły się z hukiem i do pokoju wpadli Lupin i Dumbledore z różdżkami w pogotowiu. Na widok Harry’ego skulonego na łóżku z twarzą wciśniętą w poduszkę Dumbledore schował różdżkę i podszedł do chłopca, a Lupin zaczął sprawdzać pokój.
- Harry – zaczął Dumbledore – to wszystko były kłamstwa. – Chłopiec strząsnął dłonie dyrektora i odsunął się najdalej, jak mógł, odsuwając się poza zasięg osób, które mogłyby chcieć go pocieszyć. Nie chciał znowu ich skrzywdzić.

***
Następnego ranka Minerwa McGonagall stanęła sztywno przy szpitalnym łóżku, obrzucając leżącego w nim mężczyznę zatroskanym i czułym spojrzeniem.
- Severusie, jak mogłeś dać się w to wmanewrować… - Uśmiechnęła się gorzko, wyobrażając sobie, jak mężczyzna nagle ożywia tylko po to, by się z nią kłócić. By powiedzieć jej, że to nie jego wina i że ma lepsze pomysły na spędzanie wolnego czasu niż zaglądanie do pustej głowy Pottera i szukanie tam śladów inteligencji albo pozostałości po czarnoksiężnikach. Bez wątpienia po przebudzeniu jego cięty język opisałby Pottera w bardziej obraźliwy sposób.
Potter.
Uśmiech zniknął z twarzy McGonagall. Potter i jego połączenie z Voldemortem pozostawały zagadką, szczególnie przy obecnym stanie Severusa. Najgorsze było to, że nawet Dumbledore nie rozumiał, co tu się działo.
Ale jak Potter to znosił? Mała część umysłu McGonagall zastanawiała się, jak niebezpieczny jest chłopak, chociaż kobieta nigdy nie odważyłaby się powiedzieć tego na głos.
Uścisnęła dłoń Severusa.
- Nie martw się, Severusie – powiedziała do niego cicho, - Znajdziemy drogę, by sprowadzić cię do nas z powrotem. – Przez chwilę przyglądała się jego twarzy, szukając jakiejkolwiek oznaki życia w tym podobnym do śmierci stanie, w którym się znajdował. Mrugnięcie, ruch gałek ocznych, nic by jej nie umknęło. Ale też nie miało co umknąć. Odsunęła z jego twarzy zabłąkany kosmyk włosów, po czym odwróciła się, by opuścić Skrzydło Szpitalne. Niedługo zaczną się lekcje.
Ciężka cisza spowiła długą salę z dwoma rzędami łóżek z białą pościelą i tylko jednym pacjentem. Cienie wydłużały się, kierując się do środka pomieszczenia. Zapadała ciemność.
W ciągu ostatniej doby jedynym ruchem, jaki można było zauważyć, patrząc na Mistrza Eliksirów, było unoszenie się i opadanie jego klatki piersiowej. Powoli palce jego bladej dłoni prostują się, by następnie równie powoli zgiąć się, formując luźny uścisk, a potem wróciły do poprzedniego ułożenia. Jakby ściskały pocieszająco dłoń, która puściła jego własną kilka godzin wcześniej.

***
Wysoka postać pojawiła się w drzwiach, zanim ruszyła w kierunku zajętego szpitalnego łóżka. Mężczyzna usiadł na krześle, szeleszcząc szatami, a jego długa, biała broda dotknęła jego kolan, gdy pochylał się nad Mistrzem Eliksirów. Spojrzał w jego ciemne oczy.
- Legilimens – wyszeptał. Zalał go strumień chaotycznych myśli.
- Powiedz mi, Severusie, jak długo służyłeś Lordowi Voldemortowi?
- Trzy lata – odpowiedział posłusznie. Mężczyzna spojrzał na twarz dyrektora, ale nie bezpośrednio w jego oczy.
- Muszę ci mówić, co o tym sądzę?
Nie padła żadna odpowiedź. Zapadła cisza, młody mężczyzna siedział bez słowa. W końcu Snape wstał tak szybko, że zdziwiło to starego dyrektora.
- Wydam się z ręce aurorów. Nie boję się pokuty za moje grzechy.
- Nie, Severusie – powiedział dyrektor, wyciągając rękę. Młody mężczyzna zamarł. - Co dobrego może przynieść cierpienie przez resztę życia w Azkabanie?
- Dyrektorze?
- To nie naprawi twoich błędów, będziesz tylko przez nie cierpiał, dopóki nie umrzesz albo nie oszalejesz.
- Czy tak właśnie nie powinno być?
- Być może dla niektórych. Ale może jest sposób, abyś ty mógł oddać to, co wziąłeś.
- To znaczy?
- Wrócisz do pana, któremu służysz. I będziesz go szpiegował. Pomożesz nam go pokonać.
- Nie wiesz, o co prosisz – głos młodego mężczyzny się załamał ze strachu.
- Dokładnie wiem, o co proszę. I wiem dobrze, jakie to dla ciebie ryzyko. Moje pytanie do ciebie, Severuse, brzmi: jak bardzo chcesz naprawić swoje winy?
- Szpiegować dla ciebie? Dlaczego sądzisz, że możesz mi zaufać?
- Choćby dlatego, że tu teraz jesteś.
- Może jestem tu, by odkryć dla Czarnego Pana słabości starego głupca.
- A jesteś? – Wreszcie jego czarne oczy spojrzały w oczy dyrektora z gniewem i zajadłością. Było w nich zmęczenie, strach, ale przede wszystkim gniew.
- Nie – padła zacięta odpowiedź. – Prędzej odbiorę sobie życie, niż do niego wrócę.


***
Remus Lupin drzemał w fotelu, z głową pochyloną do piersi, kiedy nagle wyrwał go ze snu cichy dźwięk. Podniósł głowę, nie otwierając oczu i słuchał uważnie. Ponownie to usłyszał: jęk tak cichy, jakby ktoś ukrywał swój ból.
Lupin wstał z fotela i podszedł do łózka, na którym leżał skulony Harry. Zmęczenie wreszcie wzięło nad nim górę, zmuszając go do zamknięcia oczu, a razem z tym przyszły koszmary, Lupin mógł tylko zgadywać jakie. Chwycił Harry’ego za ramię i delikatnie nim potrząsnął, dzięki czemu chłopiec się uspokoił. Były nauczyciel nie wiedział, czy Harry się obudził czy po prostu ukoiła go czyjaś obecność, ale Harry się rozluźnił, a po kilku minutach jego oddech się wyrównał. Zapadła cisza.

***
Syriusz Black chodził w kółko. To był jego nawyk, kiedy tylko był zły, zdenerwowany lub zwyczajnie chciał pomyśleć. A teraz czuł to wszystko naraz. Coś się wydarzyło podczas lekcji Harry’ego ze Snape’em, który wskutek tego wypadku został ranny. Do opieki nad Harrym wezwano Remusa.
Remusa. Nie Syriusza.
Co mogło się stać? Nie, żeby Syriusz lubił oślizłego dupka, ale to, że został ranny podczas zajęć martwiło go. Nie, to jak został ranny go martwiło. Panosząc się po głowie Harry’ego na lekcji Oklumencji. Z tego, co mówił Remus, wynika, że Snape był warzywem.
Harry nie mógłby tego zrobić.
Niemożliwe.
Kto siedział w jego głowie?
Nawet nie musiał zadawać tego pytania, by znać odpowiedź.
Najwyraźniej Voldemort cały czas tkwił w umyśle jego chrześniaka i nie był zadowolony z tego, że ktoś zaczął się mieszać.
Syriusz przeczesał włosy trzęsącą się dłonią, stojąc bez zdecydowania i oglądając niszczejące meble w swoim odziedziczonym domu. Miał się stamtąd nie wychylać. Na wyraźny rozkaz Dumbledore’a. Ale Harry go potrzebował. Po chwili, która trwała dla niego wieki, Syriusz przemienił się w wielkiego, czarnego psa i pognał korytarzem prosto do wyjścia z domu.
Musiał chronić Harry’ego.

***
Severusie, już czas wracać. Nie możesz dłużej zadręczać się przez swoją przeszłość. Już za późno, żeby ją zmienić. Musisz iść naprzód.
Siedmioletni Severus Snape skulony w kącie patrzył, jak jego rodzice kłócą się, stojąc zaraz przed nim. Nakrył głowę dłońmi, starając się być tak małym, jak to tylko możliwe. Chciał zniknąć.
Już nie jesteś tym dzieckiem. To tylko wspomnienia. Nie mogą cię skrzywdzić, chyba że im na to pozwolisz.
Ten sam przerażony chłopiec stał przed Voldemortem. Jego szczęka była zaczepnie wysunięta, ale w oczach miał ten sam strach, gdy wyciągał ku niemu swoje lewe ramię. Rozżarzone do białości piętno zostało przystawione do ramienia chłopaka, ale ten nawet nie krzyknął. Przygryzł wargę, chowając cały strach i ból. Jego usta zabarwiła jego własna krew.
Myślisz, że wciąż jesteś tym samym przestraszonym chłopcem co wtedy? Nie jesteś beznadziejny. Nie jesteś samotny. Nie musisz mierzyć się z tym sam. Możemy ci pomóc.
Ten sam siedmioletni chłopiec w szatach Śmierciożercy należących do Snape’a stoi przed biurkiem Dumbledore’a, ściskając maskę w trzęsących się dłoniach. Wyglądał na tak drobnego, pomniejszona wersja samego siebie. Chłopiec rzucił dyrektorowi spojrzenie pełne strachu i ruszył do drzwi.
- Nigdy nie wątp w moją wierność – jego głos wypowiedział tak niewiarygodnie cicho. – Szybciej odbiorę sobie życie, niż dobrowolnie oddam je jemu.
Widzisz, Severusie? To nie jest moment słabości, lecz siły. Tamtego wieczoru nie rozmawiałem z małym chłopcem, lecz z dorosłym mężczyzną, który stawia czoła swoim lękom. Nie przekonasz mnie, że te słowa powiedział ktoś inny niż dorosły Severus. A może bałeś się, ze wcale ci nie uwierzyłem?
Na miejscu dziecka stanął dorosły Snape, nadal z dłonią na klamce, jakby zamarły, nie opuścił gabinetu, jak zrobił to wtedy. Patrzył na swoje wspomnienie Dumbledore’a siedzące za ogromnym dębowym biurkiem, a następnie na Dumbledore’a stojącego tuż koło niego i oglądającego to wspomnienie.
Być może powinieneś wynieść się z mojej głowy.
Żebyś mógł dalej iść tą ścieżką? Czy ty w ogóle wiesz, gdzie teraz jesteś? Twoje ciało leży w Skrzydle Szpitalnym. Nie jesteś martwy. To nie jest twoje osobiste piekło.
Śmiem wątpić.
Tak właśnie chcesz spędzić resztę swoich dni? Nurzając się we własnej słabości? Być może nie znam cię tak dobrze, jak sadziłem.
Być może.
Nie. Severus Snape nigdy by nie dał złapać się w taką pułapkę. Czuł wrodzoną niechęć do takich publicznych pokazów słabości.
Publicznych? O czym ty mówisz?
Powiedziałem ci już, że jesteś w Skrzydle Szpitalnym. Leżysz w szpitalnej koszuli nocnej blisko drzwi, gdzie może oglądać cię każdy ciekawski uczeń. Chyba że poprosisz Poppy, żeby cię przeniosła do twojego własnego pokoju.
Drań!

***
Ron i Hermiona grali w szachy, siedząc w ciszy obok kominka w Pokoju Wspólnym i raz po raz wymieniając czułe spojrzenia i uśmiechy. Właściwie każdy z ich domu wiedział, że są parą, ale nie było sensu afiszować się z tym jak trzecioroczni z pierwszą sympatią. W końcu byli już piątorocznymi, w dodatku prefektami i w pierwszym poważnym związku.
Nagle cień zawisł nad szachownicą. Ron spojrzał w górę i zobaczył dwie identyczne twarze swoich starszych braci.
- No, idziecie odwiedzić dziś Harry’ego? – zapytał Fred.
- Nie – odpowiedział Ron, wykonując ruch swoim skoczkiem. – McGonagall powiedziała, że nie czuje się dobrze.
- Co z nim nie tak? – zapytał George.
- Boli go głowa.
- Głowa?
- Tak – odpowiedziała Hermiona. – To się często zdarza, odkąd… wiecie…
Bliźniaki wymieniły zdumione spojrzenia.
- Ale to już trwa od dwóch dni!
- Cóż, wiecie, że on nie ma zwykłych bólów głowy – stwierdziła Hermiona. – Ten mógł być wyjątkowo uciążliwy.
- I nie widzieliście się z nim od tamtego spotkania na boisku?
- Nie, Fred. A teraz już stąd idźcie. – Ron rzucił braciom spojrzenie, które wyraźnie mówiło, że nie cieszy się z ich towarzystwa.
- Och. – Fred skrzywił się. – To kiedy idziecie?
- Nie idziemy! – odpowiedział ze złością Ron. – Siedzimy tu i gramy w szachy, a potem pójdziemy spać jak wszyscy normalni ludzie.
- A więc nie idziecie – powiedział George.
- Nie! – Ron prawie krzyknął. Rzucił swojemu bratu zirytowane spojrzenie. – Harry odpoczywa, a my gramy w szachy. Pójdziecie sobie wreszcie?
Bracia wpatrywali się w niego z otwartymi ustami, udając przerażenie.
- Brzmisz tak samo jak mama – powiedział mu Fred na odchodnym.
- Już wiem, dlaczego się do niego nie przyznajemy – dodał George.
- Twój ruch, Hermiono – wymamrotał Ron, po czym spojrzał na dziewczynę. Krzywiła się. – Co?
- Nie musiałeś być dla nich taki niemiły.
- Wkurzali mnie.
- I nie musisz być niemiły dla mnie.
- Nie byłem.
Usta Hermiony zacisnęły się w cienką linię, kiedy przesunęła króla w przód o jedno pole. Teraz Ron się skrzywił.
- Hermiono, wiesz, że teraz zaszachuję twojego króla, prawda?
- Tak?
- Więc dlaczego?
- Bo już nie mam ochoty grać.
- Dlaczego? Przecież było super?
- Ciszej, Ron - syknęła. Ron rozejrzał się wokół. Wszyscy w Pokoju Wspólnym patrzyli na nich.
- Odwalcie się – warknął, zarabiając dziwne spojrzenia od starszych roczników. Odwrócił się do Hermiony. – Co jest nie tak? – zapytał ciszej, choć nie mniej gniewnie.
- Nic! – ucięła, zbierając figury z szachownicy.
- To dlaczego dałaś sobie zbić króla?
Hermiona westchnęła, wrzucając figury do szachownicy i opierając się na łokciach na niskim stoliku.
- Ron, twoi bracia chcieli tylko wiedzieć, jak się czuje Harry. Dopiero co odkryli, że jednak żyje i mieli okazję rozmawiać z nim przez jakąś godzinę. Nie miałeś prawa tak się zachować. On jest też ich przyjacielem.
- Dobrze wiesz, ze to nie miało nic wspólnego z Harrym. Tylko chcieli mnie wkurzyć!
- Gdyby naprawdę chcieli to zrobić, po prostu droczyliby się z tobą tak jak zawsze – warknęła, zatrzaskując pudełko z figurami. – Strasznie przykro mi to mówić, Ron, ale tym razem to nie ty byłeś w centrum ich uwagi.
- Myślisz, ze jestem zazdrosny.
- Nie, ale skoro już sam o tym wspominasz… Odkąd znaleźliśmy Harry’ego masz jakieś rozdwojenie jaźni. Jesteś sobą, tym Ronem, z którym uwielbiam spędzać czas, grać w szachy, gadać i robić mnóstwo innych rzeczy. I jest tez ten drugi Ron, który nie umie trzymać nerwów na wodzy, warczy na ludzi z byle powodu i jest ciągle wściekły z jakiegoś tylko sobie znanego powodu.
- Co? – Ron wrócił myślami do tamtej nocy. Nocy, kiedy dowiedzieli się, ze Harry nie żyje. Tej, kiedy powiedział Hermionie coś, czego nie przyznałby normalnie nawet przed samym sobą.
- Dobrze mnie słyszałeś – syknęła Hermiona.
- To był cios poniżej pasa.
- Nie mówię tego, żeby cię zranić, Ron. – Wzięła jego dłoń we własne i uścisnęła pocieszająco. – Po prostu to wygląda tak, jakbyś się bał, że po powrocie Harry’ego zostaniesz zepchnięty na boczny tor. Ale to nieprawda. Nikt nigdy nie myślał, że jesteś wart mniej od niego. W każdym razie nie myślał tak nikt ważny.
- Ty tak myślałaś.
- Nie. – Przechyliła głowę i przyjrzała mu się uważnie. – Czy to właśnie tego się boisz, Ron? Że to my wrócimy do poprzedniego stanu? Że wszystko między nami się zmieni, kiedy Harry wydobrzeje?
Milczenie Rona było wystarczającą odpowiedzią.
- Ron, obiecuję ci, ze między nami nic się nie zmieni po powrocie Harry’ego. Nie będę myślała, że czegoś ci brakuje w porównaniu do niego. I nie stwierdzę nagle, że on jest lepszy od ciebie. Obiecuję.

***
Albus Dumbledore czekał cierpliwie na jakiś znak, że Snape wrócił ze świata swoich wspomnień. Przerwał mentalne połączenie i obserwował. Powoli ręka Snape’a poruszyła się, chwytając materiał, którym przykryty był mężczyzna. Ocknął się i spojrzał z wściekłością na rozbawionego dyrektora.
Usta Mistrza Eliksirów najpierw wycięły się w kpiącym uśmiechu, a potem wymówiły bezgłośnie jedno słowo:
Kłamca.
- Witaj z powrotem, Severusie.
Kolejne wyszeptane słowa.
Dziękuję.
Po tym mężczyzna zamknął oczy i zasnął.
Kobieto, puchu marny, ty jesteś jak zdrowie...
Avatar użytkownika
Morwena
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 718
Dołączył(a): 29 cze 2009, 16:15

Re: [NZ][T] Zagubiony [16/18]

Postprzez Morwena » 29 sie 2016, 02:03

Zagubiony
Rozdział 16


Istnieje pewna granica percepcji, która nie pozwala nam na odkrycie wszystkiego o świecie. Możemy dowiedzieć się tylko tyle, na ile pozwala nam wzrok, słuch i dotyk. Ale czy za pomocą tych zmysłów można poznać prawdę? To zależy. Czy wszyscy mówią prawdę? Możemy zostać oszukani, zdradzeni – czasami przez innych, a czasem przez samych siebie. Oszustwo i zdrada prowadzą do gniewu. Gniew powoduje, że działamy irracjonalnie. Rozum czyni nas ludźmi. Czy nie tego właśnie wszyscy pragniemy – być ludźmi? A mimo to pozwalamy kierować się gniewowi, kiedy tylko go czujemy. Kto spośród nas jest na tyle silny, by się od tego powstrzymać? Kiedy szaleje w nas gniew, niezależnie od tego, jak długo trwa, nie ma w nas miejsca na miłość. Gdzie nie ma miłości, nie ma też światła. Bez światła jesteśmy jak pusta skorupa, która czeka, by coś ją wypełniło. Ale ostrożnie. Kiedy jesteśmy tak bardzo puści w środku, rzadko możemy wybrać, co nas wypełni.
Dumbledore i McGonagall stali cierpliwie przy łóżku Snape’a, który wiercił się już od kwadransa. W każdej chwili mógł się przebudzić, ale każdy jego ruch, odwrócenie twarzy od okna czy zakrycie oczu ramieniem były witane z ulgą przez dyrektora i jego zastępczynię.
- Jak udało ci się ściągnąć go z powrotem, Albusie? – zapytała cicho Minerwa.
- Delikatna sugestia – odpowiedział dyrektor ze zwycięskim uśmiechem. – I dogłębna znajomość osobowości Severusa.
- Kłamstwo. – Dobiegający głos był stłumiony przez ramię, zasłaniające usta, ale zaraz potem Snape wychylił się zza niego, by spojrzeć z urazą na swojego mentora. – Okłamał mnie.
- Jak się czujesz, Severusie? – zapytała Minerwa, lekko klepiąc go po ramieniu.
- Śpiączka nie była tak uciążliwa – mruknął, ponownie zasłaniając oczy. – Czy ktoś może zasłonić to cholerne okno?
Zasłony opadły na okno, odcinając dopływ rażącego światła.
- Jesteśmy trochę poirytowani tego ranka, czyż nie, Severusie?
Snape odsunął ramię od twarzy, ale nie otworzył oczu. Nie mógł znieść nawet oświetlenia w pomieszczeniu.
- Łomocze mi w głowie – powiedział. Następnie uchylił powieki, by spojrzeć na Dumbledore’a i zapytał: – Co z Potterem?
- Nic – padła odpowiedź. – Nie wydaje się, żeby cierpiał tak samo jak ty, oprócz tego, że obwinia się o spowodowanie tego zdarzenia.
- Nawet nie boli go głowa? – zapytał Snape, zamykając oczy.
- Nie w normalny sposób.
Snape ponownie otworzył oczy, tym razem skupiając całą uwagę na dyrektorze. Nie w normalny sposób. To oznaczało, że chłopaka bolała blizna. Blizna oznaczała Czarnego Pana. Snape nawet nie musiał mówić tego na głos – Dumbledore spojrzał mu w oczy i przytaknął.
- Dlaczego?
- Nie wiemy. Tym bardziej po tak długim milczeniu. W każdym razie wydaje się, że przyjąłeś wszystko, czym próbował zaatakować Harry’ego.
- Jego własne koszmary.
Kolejne skinienie głową.
- Dlaczego? Jaka on może odnieść z tego korzyść? – Snape zastanawiał się, całkowicie zapominając o bólu głowy. – Osłabia go – powiedział w końcu. – Łatwiej mu wejść do umysłu Pottera, kiedy chłopak jest pod wpływem silnych emocji. Przestraszony. Zły. Czarny Pan może go tym karmić, użyć do własnych celów.
- Doszliśmy do tych samych wniosków – powiedział mu Dumbledore. – Na szczęście, przynajmniej dla Harry’ego, tym razem mu się nie udało.
Ale Snape już go nie słuchał. Wpatrywał się w przestrzeń, zupełnie obojętny na toczącą się rozmowę Dumbledore’a z Minerwą. Miał teraz ważniejsze rzeczy na głowie niż jej ból.

***
Harry krążył po swoim pokoju, wydeptując w dywanie ścieżkę między oknem a drzwiami. Zaczynał czuć się zamknięty, jak osoba cierpiąca na klaustrofobię.
W potrzasku.
Nie jestem w potrzasku.
Uwięziony. Nie ufają ci. Kto mógłby ich winić po tym, co zrobiłeś
Och, zamknij się.
Dlaczego nie pozwolą ci wyjść? Odwiedzić przyjaciół?
Chronią mnie.
Ciebie czy ich? Wszyscy inni są na dole, na zewnątrz, a chronią właśnie ciebie. Czyje życie może być więcej warte niż życia ich wszystkich? Co sprawia, że jesteś taki wyjątkowy?
Nic.
Tylko ty jesteś zamknięty w wieży. Tylko ty jesteś odseparowany od reszty.
Tego nie wiem.
Nie powiedzieli ci prawdy o rodzicach ani o bliźnie. Czego jeszcze ci nie mówią? Czego jeszcze nie wiesz?
Nie wiem wielu rzeczy.
Rzeczywiście, nie wiesz. Nawet nie wiesz, komu możesz zaufać.
Mogę ufać Ronowi i…
Ronowi? On ci nie ufa. Nie obchodzi go, kim jesteś, tylko to, kim… byłeś.
…i Dumbledore’owi…
Który wszystko przed tobą ukrywa.
...i Remusowi…
Mieszańcowi.
…i Syriuszowi…
Przestępcy. Kończą ci się opcje. Kończy ci się czas.

***
Hermiona zatrzymała się przed Skrzydłem Szpitalnym, słysząc głos dyrektora.
- Powinniśmy bardziej uważnie go obserwować. Jeśli twoje podejrzenia okażą się słuszne… - przerwał w pół zdania. – Panno Granger, może pani wejść, zamiast stać tak pod drzwiami.
Hermiona wzdrygnęła się, wiedząc, że została nakryta na podsłuchiwaniu i weszła na salę, za wszelką cenę starając się ukryć zażenowanie. W pomieszczeniu było dużo ciemniej niż zwykle o tej porze dnia i tylko jedno łózko było zajęte – to, w którym leżał profesor Snape oparty na kilku poduszkach, wpatrujący się w nią nieczytelnym spojrzeniem. Nie wydawał się być zły albo zirytowany. Ale coś się za tym kryło. Dyrektor i profesor McGonagall stali przy jego łóżku, wpatrując się teraz w dziewczynę, która przybyła w środku ich rozmowy.
- Tak, panno Granger? – ponagliła dziewczynę McGonagall, starając się wykrzesać z siebie tyle cierpliwości, ile tylko mogła w tej sytuacji.
- Proszę państwa – zaczęła Hermiona, nie wiedząc, do kogo powinna się z tym zwrócić. – Ron i ja nie widzieliśmy Harry’ego już od czterech dni. Chcielibyśmy wiedzieć, czy dziś możemy go wreszcie odwiedzić.
- Obawiam się, ze to nie będzie możliwe – odpowiedziała McGonagall, zanim Hermiona zdążyła wyrazić ostatnią prośbę.
- Ale dlaczego? – Dziewczyna uparcie domagała się odpowiedzi, patrząc to na głowę domu, to na dyrektora. Widząc ich zdziwione miny, zmieniła ton na bardziej rzeczowy. – Nie mogę tego zrozumieć, dyrektorze – powiedziała, patrząc teraz na Dumbledore’a. – Staraliśmy się mu pomóc. W ciągu ostatniego miesiąca Harry tak dużo sobie przypomniał, dlatego nie rozumiem, czemu jego terapia nagle jest przerywana. To przynosi efekty. Nawet całkiem dobre, jeśli tylko pozwolicie nam spędzać z nim więcej czasu, jestem pewna, ze będzie jeszcze lepiej.
- Hermiono – zaczął Dumbledore, zatrzymując jej potok słów, zanim zdążyła zaczerpnąć powietrza. – Jestem w pełni świadomy tego, jak wielkie dobro ty i Ron wyświadczacie Harry’emu. Za każdym razem kiedy z nim rozmawiam, jest coraz bardziej sobą, wyraźniej pamięta swoją przeszłość. Ty i pan Weasley jesteście naprawdę jego dobrymi przyjaciółmi, troszczycie się o niego. Ale musze was prosić, byście uszanowali moją decyzję. – Hermiona odwróciła wzrok, wzdychając, a dyrektor nie odzywał się, dopóki ponownie nie spojrzała mu w oczy. – Doskonale rozumiem, że działasz w najlepszym interesie Harry’ego, ale bierz pod uwagę, że ja też.
Hermiona ogromnie chciała wpaść na jakiś argument, żeby zaprzeczyć staremu dyrektorowi, ale nie mogła zebrać myśli. Tak jakby jej umysł się z nim zgadzał i odmawiał współpracy z resztą jej świadomości. Albo jakby gdzieś głęboko w sobie wierzyła, że działania Dumbledore’a są słuszne, nawet jeśli bardzo dalekie od jej pragnień. Nie mając już więcej do powiedzenia, Hermiona pożegnała się i poszła do wieży, by przekazać Ronowi odpowiedź dyrektora.

***
Harry stał przy oknie w swoim pokoju i z czołem przyciśniętym do szyby obserwował uczniów na błoniach. Widział, jak wylegiwali się w trawie i żywo rozmawiali, ale nie mógł ich usłyszeć. Był od nich odcięty. Kilka razy uderzył głową w szybę, a potem obrócił się i ze złością rozejrzał po pokoju.
Czy teraz też zaprzeczysz temu, że jesteś tu więźniem? Nie ufają ci. Nie chronią cię. Oni chronią ich!
Zamknij się.
Widzą w tobie ciemność. Twoją potęgę. Jesteś potężniejszy nawet od Dumbledore’a. Boją się ciebie.
Kazałem ci się zamknąć!
Tak, rzeczywiście. Ale nie powiedziałeś, że się mylę. Wiesz to tak samo dobrze jak ja – jesteś przepełniony ciemnością: gniewem i nienawiścią. Pozwalasz im się pochłonąć. Wypuść ją na zewnątrz. Pozwól jej pożreć innych.
Harry opadł na łóżko, ściskając dłońmi głowę. Starał się nie wrzeszczeć, gdy ostry ból przeszywał jego bliznę.

***
- No i? Co powiedział? – zapytał Ron, nie podnosząc wzroku. Hermiona weszła do dormitorium i z frustracji rzuciła się na łóżko, podczas gdy chłopak szukał w swoich rzeczach grubszych skarpetek na trening quidditcha.
- Edziałne…
- Co?
- Powiedział „nie” – powtórzyła, podnosząc głowę znad jego poduszki.
- Dlaczego? – zapytał Ron, siadając na łóżku obok niej.
- Nie wyjaśnił. Mówił tylko, że mamy wierzyć, że troszczy się o dobro Harry’ego.
- Może ma rację – zaczął ostrożnie Ron, wyczuwając, jak Hermiona się spina. – Może po prostu powinniśmy mu zaufać.
- Ron!
- Nie zaczynaj, Hermiono. Naprawdę nie mam czasu, żeby się znowu z Tobą kłócić. Mówię tylko, ze może powinniśmy mu zaufać. Przecież wiemy, że nigdy nie zrobił Harry’emu nic złego.
Hermiona znowu wcisnęła twarz w poduszkę. Ron z rozbawieniem uniósł brew.
- Wiesz co? Odkąd dowiedzieliśmy się, że Harry żyje, zachowujesz się coraz bardziej jak on?
- To może powinieneś zacząć umawiać się z nim?
- On nie jest taki słodki, kiedy się denerwuje – odparł, całując ją w czubek głowy. Zeskoczył z łózka i wziął swoją Zmiataczkę. – Muszę iść na trening. Chcesz iść ze mną na boisko?
- Jasne – odpowiedziała, zsuwając się z łóżka. Ron chwycił ją za rękę i pociągnął przez Pokój Wspólny, przyciągając spojrzenia kilkorga Gryfonów, którzy jeszcze nie nawykli do tego, że ich prefekci są parą. Szybko wyszli przez portret.
- Czy profesor Dumbledore powiedział, jak długo to potrwa? – zapytał Ron, kierując się do wyjścia z zamku.
- Nie – odpowiedziała, przygryzając dolną wargę. – Zastanawiam, czy coś się nagle stało, skoro nie możemy odwiedzać Harry’ego.
- Nie wiem – mruknął Ron, machając do Jordana Lee, który akurat przechodził obok.
- Ostatnio widzieliśmy go, kiedy Snape wylądował w Skrzydle Szpitalnym.
- Może to Harry go zaatakował. Nie mógł już znieść tego tłustego dupka.
- Mało prawdopodobne. Uwierzyłbyś w ogóle, gdybyś usłyszał coś takiego?
- Nie – powiedział z uśmiechem. – Ale i tak lubię to sobie wyobrażać.
Przechodzili teraz przez trawnik, skąd mogli zobaczyć już obręcze do gry otaczające boisko. Tam reszta drużyny zebrała się na rozgrzewkę.
- Ron – zaczęła Hermiona – chciałbyś się spotkać z Harrym, gdyby była taka możliwość?
- Jasne.
- Nawet jeśli to niezgodne z życzeniem dyrektora?
- Mówisz o złamaniu reguł? – Ron udał przerażenie. – Hermiono, jak to się stało, że łamanie przepisów weszło ci w nawyk. Jak nieprefekcko.
- Ron, nie ma nawet takiego słowa. Poza tym mówię poważnie. Zakradniesz się ze mną do Harry’ego?
Ron nagle spoważniał i bez cienia wahania odpowiedział:
- Tak.
- Dobrze. – Uśmiechnęła się szeroko. – Mam przeczucie, że pan Lupin niedługo będzie wychodził, a wtedy my wśliźniemy się tam pod peleryna Harry’ego. Zostawię ją za tą rzeźbą koło schodów, żebyś mógł dołączyć po treningu.
- Skąd wiesz, że ma zamiar wyjść?
- Bo tylko on jest w stanie przemówić do Syriusza, kiedy ten szaleje tak jak teraz. – Spojrzenie Rona podążyło za jej własnym, by zobaczyć raczej dużego czarnego psa skradającego się do wejścia z bardzo wściekłym wyrazem pyska. Hermiona uścisnęła rękę Rona, pocałowała go w policzek i przypomniała mu, żeby przyszedł do Harry’ego po treningu. Następnie szybko pobiegła do zamku, by zawiadomić Lupina, że jego bardzo wkurzony przyjaciel zaraz tu będzie.

***
Chwilę później Hermiona z determinacją wbiegała po schodach, dysząc ciężko, ale nie zwalniając. Chciała powiedzieć Lupinowi, zanim Syriusza nakryją pracownicy szkoły. Zatrzymała się na szczycie schodów, by zaczerpnąć tchu i pobiegła dalej, spotykając Lupina przy drzwiach do pokoju Harry’ego.
- Profesorze! – krzyknęła, zapominając, że nie jest już nauczycielem.
- Hermiona? Co się stało? – zapytał, kiedy tylko ją zauważył.
- Wą… Wąchacz, proszę pana. Jest na błoniach. Myślę, że jest ranny.
- Idź po dyrektora…
- Próbowałam! Ale nie wiem, gdzie jest. Musisz się pospieszyć. – Wyciągnęła rękę i zaczęła go ciągnąc w kierunku schodów.
- Hermiono, nie mogę…
- Jest ranny, nie słyszałeś?! Myślę, że coś mu się stało. – Siłą powstrzymała się od uśmiechu, gdy usłyszała jego zirytowane westchnienie.
- Dobrze, dobrze, gdzie on jest? – zapytał, schodząc z nią po schodach.
- Kiedy go zauważyłam, przechodził przez bramę.
- Znajdź dyrektora. Ja sprawdzę, co z… Wąchaczem.
Kiedy tylko znikł z pola widzenia, Hermiona odwróciła się i pobiegła na górę, dumna, że jej plan się powiódł. Zapukała ostrożnie do drzwi Harry’ego i kiedy tylko ten otworzył drzwi, zdziwiony, że ma gościa, kazała mu poczekać i porwała pelerynę, by schować ją w umówionym miejscu.
Kiedy wróciła, powitał ją milczący Harry.

***
- Łapo, tym razem posunąłeś się za daleko. – mruczał Remus, idąc wolno obok utykającego psa. – Dumbledore nie będzie zadowolony.
Pies wykrzywił się w grymasie, ale szedł dalej, planując ucieczkę spod kurateli przyjaciela i wytropienie chrześniaka na własną rękę, zanim zobaczy się z dyrektorem. Niestety w tym momencie usłyszał głos tej osoby, której nie chciał teraz spotkać.
- Kazałem ci zostać w domu.
Syriusz podniósł kudłaty łeb i zobaczył wyraźnie rozczarowanego dyrektora stojącego w drzwiach Skrzydła Szpitalnego. Prześliznął się zwinnie obok niego i gdy tylko Remus zamknął za nimi drzwi, zmienił się w człowieka. Skrzyżował ręce na piersi i wpatrywał się uparcie w dyrektora.
- Przybyłem tu, by widzieć się z moim chrześniakiem.

***
- Coś nie tak, Harry? – zapytała Hermiona z troską w głosie.
- Nie – padła szybka odpowiedź. – Tylko boli mnie głowa.
- Czy to…?
- Nie – odpowiedział, zanim zdążyła skończyć zdanie. – To zwykły ból głowy.
- Och… Chcesz, żebym sobie poszła?
- Nie. Nie mam już zbyt wielu gości. Nie odchodź, proszę.
- Jesteś pewien?
- Tak. – Przeczesał palcami włosy, wpatrując się w przestrzeń nieobecnym wzrokiem. – Nie… nie zostawiaj mnie tu samego.
Hermiona przygryzła wargę, po raz pierwszy od tygodni niepewna, co powiedzieć Harry’emu. Nie odzywał się wiele, z jakiejś przyczyny wydawał się być zagubiony, tak jak w tamtą noc, kiedy Ron po raz pierwszy zakradł się do jego pokoju. W jego spojrzeniu czaiła się ostrożność, a Hermiona dobrze wiedziała, ze nie był to dobry znak.
- Na pewno wszystko w porządku? – zapytała, głaszcząc go pocieszająco po plecach. – Wyglądasz na… smutnego.
- Dlaczego tu przyszłaś? – zapytał, patrząc na nią, ale to pytanie nie zabrzmiało niegrzecznie ani wyzywająco. Dało się wyczuć w nim ciekawość, tak jakby Harry przez cały czas myślał, że wszyscy go porzucili i o nim zapomnieli.
- Martwiłam się o ciebie. Ron też.
Przez moment wyglądał na zaskoczonego, a potem na jego twarzy pojawił się nieśmiały uśmiech.
- Naprawdę? Martwiliście się?
- Jasne – odpowiedziała, zwracając uśmiech. – Jesteś naszym najlepszym przyjacielem i minęło sporo czasu, odkąd ostatnio się widzieliśmy. Co w tym dziwnego?
Harry uśmiechnął się szeroko i uścisnął dłonie Hermiony.
- Dziękuję. Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy. – Objął ją ramionami i mocno przytulił. Hermiona oddała uścisk, czując przy tym, jak chłopak drży. Nie widziała jego twarzy, ale płakał, nadal ją tuląc.
Przez co on musiał przejść, myślała, zacieśniając uścisk.
- Dziękuję, Hermiono – wyszeptał.

***
- Co masz na myśli, mówiąc, ze słyszy głosy? – Syriusz domagał się odpowiedzi. – Myślałem, że miał się tym zająć Smarkerus.
Rysy twarzy Snape’a stężały. Gdyby miał przy sobie różdżkę, Syriusz leżałby teraz w drugim szpitalnym łóżku w głębokiej śpiączce. Ale mógł jedynie skrzywić się z niezadowolenia.
- Severus mu pomagał, panie Black – wtrąciła się McGonagall. – I to go prawie zabiło.
- Szkoda, że nie dało rady.
- Syriuszu. – Dumbledore nie krzyknął, tylko ściszył głos, co jeszcze dobitniej mówiło o jego gniewie. – Robimy wszystko, żeby pomóc Harry’emu, a Severus więcej niż ktokolwiek inny. Jednak od tego wypadku musimy być ostrożniejsi. Nie możemy ryzykować czyimś życiem, szczególnie innych uczniów, gdy Voldemort ponownie wejdzie do jego umysłu. – Dyrektor wziął długi, uspokajający oddech i kontynuował: - Sam próbowałem mu pomóc, ale Harry albo odmawia, albo…
- Trzymasz go w zamknięciu? – Syriusz był teraz wcieleniem furii. – On ma piętnaście lat! Nie możesz trzymać go pod kluczem jak więźnia. Na Merlina! Czy ty w ogóle troszczysz się o niego?
- Bardziej niż powinna osoba na moim stanowisku – padła cicha odpowiedź. – To właśnie dlatego, że się o niego martwię, nie dopuszczam do sytuacji, w której mógłby skrzywdzić któregoś z uczniów, jego kolegów. – Zamilkł na moment, po czym dodał: - Wolę, żeby znienawidził mnie niż samego siebie za skrzywdzenie innych.
Syriusz prychnął głośno, przyciągając tym złowrogie spojrzenie Remusa, który do tej pory nie odezwał się słowem.
- Chcę widzieć się z moim chrześniakiem – powtórzył, przypominając i dyrektorowi, i sobie, po co tu przybył.
- Dobrze. Być może pomoże mu twoja obecność. Remusie, zaprowadzisz Syriusza do pokoju Harry’ego?

***
Ron spieszył korytarzami szkoły na trzecie piętro, przyciągając zirytowane spojrzenia innych uczniów. Pierwszy raz w życiu cieszył się, że trening został odwołany – a wszystko dzięki nieudanemu dowcipowi bliźniaków, który spowodował, że Fred, George oraz rozzłoszczone Katie i Angelina wrzeszczeli na całe boisko. Ron nie zauważył, na czym miał polegać żart, uciekł tak szybko, jak mógł, żeby gniew dziewczyn nie odbił się na kolejnym rudym Weasleyu.
Pokonał schody i szybko znalazł schowaną przez Hermionę pelerynę Harry’ego. Schował się pod nią i pospieszył tak cicho, jak tylko mógł, do drzwi Harry’ego. Nikt ich nie pilnował. Zmarszczył brwi i zsunął z ramion pelerynę.

***
Usta Harry’ego musnęły skroń Hermiony. Zamarła, on nigdy tak się wobec niej nie zachowywał, żaden chłopak… tylko Ron.
- Kocham cię.
W głowie Hermiony zawyła syrena. On nie zachowywał się jak Harry. Nawet nie mówił jak on. To brzmiało tak, jakby powtarzał wyuczoną kwestię na scenie. Ale nie tylko słowa były złe, również sam Harry nigdy nie był taki bezpośredni. Coś tu nie pasowało… bardzo.
- Harry – zaczęła Hermiona, kładąc dłonie na jego piersi i odpychając go lekko. – Jesteś kołowany. Nie masz tego na myśli, a jeśli tak, to Ron i ja…
- Nie – odpowiedział Harry. – To ty jesteś jedyną osobą, której mogę zaufać. – Dotknął jej policzka. – Bardzo mi na tobie zależy.
- Harry… - Jej sprzeciw został zagłuszony przez jego usta przyciskające się do jej własnych. Zanim dotarło do niej, co się dzieje, usłyszała rozzłoszczony głos:
- Hermiona? HARRY?
Hermiona obróciła się na pięcie, by spojrzeć na wysoką postać stojącą w drzwiach. Twarz chłopaka była purpurowa, oczy mu płonęły.
- Ron! To nie tak jak… - Po raz kolejny przerwano Hermionie w pół zdania. Tym razem zrobił to Ron; wbiegł do pokoju i odsunął Hermionę, by uderzyć Harry’ego pięścią w twarz.
Hermiona krzyknęła, widząc, jak głowa Harry’ego przekręca się na bok, a on sam upada na ręce i kolana. Chciała podbiec, by pomóc mu wstać, ale Ron chwycił ją za ramię i odwrócił w swoją stronę.
- Ty… ty… Nie mogę uwierzyć! Jak długo się z tym kryjesz?
- Nie ma nic, co musiałabym ukrywać! – wypluła. – On jest przestraszony i zmieszany, a ty go uderzyłeś bez powodu!
- Bez powodu?
- On nie wie, ze jesteśmy razem, Ron! Po prostu okazał mi swoje uczucia w niewłaściwy sposób, kiedy go pocieszałam, a ty go uderzyłeś!
- Pozwoliłaś mu! Pozwoliłaś mu... – Nagle oczy Rona rozszerzyły się, kiedy spojrzał na swojego przyjaciela, którego zaatakował. Wzrok Hermiony podążył za jego spojrzeniem do skulonego na podłodze Harry’ego, który trzymał się rękami na głowę i kołysał w przód i tył, prawie dotykając nosem podłogi. Ale nie to przykuło uwagę Rona. Zrobił to dźwięk. Harry śmiał się, ale nie swoim własnym głosem. Ten śmiech był niższy, obłąkańczy. Śmiech kogoś, kto osiągnął coś, co innym do tej pory wydawało się niemożliwe.
- Harry? – zapytała Hermiona, wyciągając rękę, by dotknąć jego ramienia.
- Nie będzie dotykała mnie szlama – wycedził Harry, odwracając się w kierunku przyjaciół. Cały był odmieniony. Jego oczy wydawały się ciemniejsze, zmatowiałe. Jego usta wykrzywiły się w złym uśmieszku, kiedy chłopak powoli wstawał z klęczek.
- Przeproś, Harry – zażądał Ron, wyciągając z kieszeni różdżkę. – Przeproś Hermionę.
- Albo co? Zmusisz mnie? Jesteś tylko dzieciakiem, nie możesz się ze mną równać. – W jego dłoni nagle pojawiła się różdżka. – Chcesz zobaczyć, jak to jest, dziecko? Jak to jest, kiedy zmuszasz kogoś do czegoś? – Uśmiech stał się bardziej drwiący. – Imperio!
Oczy Hermiony przybrały rozmiar spodków, kiedy usłyszała tę klątwę z ust swojego przyjaciela. Ciało Rona rozluźniło się, jego oczy straciły wyraz, zaraz potem osunął się na kolana przed Harrym.
- Mój panie – szepnął, pochylając głowę w pełnym szacunku ukłonie.
Niski śmiech wydobył się z gardła Harry’ego.
- Myślałem, że to ta szlama doprowadzi go do ostateczności.
- Harry, zrób coś! – krzyknęła Hermiona. – Powstrzymaj to! – Ale oczy Harry’ego były skupione na chłopcu klęczącym przed nim.
- Milcz, szlamo! – krzyknął Ron, patrząc na nią z nienawiścią.
- Zburzy jego zaufanie i wypełni gniewem, który pozwoli mi przejąć kontrolę...
- Harry, skończ to! – Hermiona znów krzyknęła, błagając, by to wreszcie się skończyło. Łzy spływały po jej policzkach.
- Jak śmiesz mówić do Czarnego Pana, szlamo? – odezwał się Ron, zwracając ku niej różdżkę.
- …ale to tobie musze podziękować, Ronaldzie Weasley, za obudzenie w nim tego gniewu. Ona wzbudziła twoją zazdrość. Ukarz ją!
- Ron, proszę – wymamrotała. – Nie rób tego, proszę. Musisz z tym walczyć. Wiesz jak.
- Impedimenta! – Ron twardo wymówił zaklęcie.
Potężne zaklęcie uderzyło w Hermionę, odrzucając ją do tyłu prosto na twardą, kamienną ścianę. Przeszył ją obezwładniający ból, a zaraz potem upadła z hukiem na posadzkę.
Stłumiony jęk wydobył się z jej gardła. Kręciło jej się w głowie, ale otworzyła oczy i spojrzała błagalnie na swojego chłopaka.
- Ron?
Nagle jej ciało uniosło się w powietrze i zderzyło z sufitem, po czym znów ciężko upadło na posadzkę. Ale tym razem już nie otwarła oczu ani nie odezwała się nawet słowem.
Ron zawisł nad nią, patrząc na jej ciało pustymi oczami i po raz ostatni uniósł różdżkę:
- Avada Kedavra!
Harry uśmiechnął się, widząc, jak ciało na sekundę rozjarza się blaskiem. Szlama nie żyła. Przerwał zaklęcie, bardzo rozbawiony.
Ron stał jak skamieniały nad jej ciałem, wciąż z różdżką w wyciągniętej dłoni, kiedy odzyskał kontrole nad sobą. Patrzył szeroko otwartymi oczami na ciało leżące u jego stóp, a następnie na różdżkę w zaciśniętej dłoni. Upuścił różdżkę, która potoczyła się po podłodze.
- Miona? – Jej imię w jego ustach zabrzmiało jak szept i szloch jednocześnie, kiedy dotarło do niego, co się stało. Chłopak opadł na kolana, wyciągając ku niej drżące ramiona. W końcu wziął jej dłoń w swoje i przycisnął ja do ust. – Hermiona? Proszę, obudź się. – Dotknął jej twarzy, wciąż była ciepła. – Hermiono, proszę – powtórzył, siląc się na spokój, ale w jego oczach już zbierały się łzy. – Proszę, proszę… - powtarzał szeptem, znów całując jej dłoń. – Cały świat skurczył się tylko do ciała młodej dziewczyny leżącego przed nim i jego wolnego oddechu. Pochylił się nad nią, niezręcznie próbując kołysać ją jak do snu, ale zamarł, czując ciepłą ciecz na palcach. Kiedy spojrzał na swoją dłoń, zobaczył na niej jej krew. Z jego gardła wydobył się niski, przepełniony bólem szloch. Przyciągnął ją bliżej, chowając twarz w jej włosach. Cały świat się zatrzymał, było w nim tylko ciało Hermiony Granger, dopóki nie usłyszał, jak ktoś stojący za nim klaszcze w dłonie. Obrócił się powoli.
- Dobra robota, młody Weasleyu. Zabiłeś pierwsza szlamę w swoim życiu. – Harry patrzył na niego zimnym wzrokiem.
Krew uderzyła do uszu Rona, który patrzył na swojego byłego przyjaciela. Przepełniła go nienawiść. Delikatnie ułożył Hermionę na podłodze, czule całując ją w czoło, a następnie wstał.
Jak mogłeś, Harry? – zażądał odpowiedzi Ron. – Jak mogłeś to zrobić?
- Nie będziesz nazywał mnie tym imieniem! – krzyknął, mierząc do niego różdżką. – Będziesz zwracał się do mnie poprawnie. – Uśmiechnął się przerażająco. – Może być mój panie.
- Zabiję cię, przysięgam – obiecał Ron, idąc w jego kierunku.
- Jesteś tylko dzieckiem, w dodatku nieuzbrojonym – powiedział, wymachując przed nosem Rona jego własną różdżką, zanim ją schował do kieszeni. – Skoro już wiesz, jak zabijać, nauczę cię czegoś o torturowaniu. Crucio!

***
- Co z Harrym? – zapytał Syriusz w drodze na trzecie piętro.
- Cóż, nie jestem pewien – odparł Remus. – Nie mówił do mnie dużo od tego wypadku. Zwykle po prostu leży w łóżku.
- Powinieneś był mi powiedzieć, Lunatyku. Powinieneś był wszystko mi powiedzieć.
- Tak, jestem tego świadom. Ale wiedziałem też, że od razu przybędziesz do szkoły, kiedy dowiesz się, że coś mu grozi.
- I całkiem dobrze mi poszło.
- Wiesz, Łapo, Kingsley nie może cię wiecznie kryć przed Ministerstwem, za każdym razem, kiedy zostaniesz wykryty…
Dalsza rozmowę przerwał krzyk przenikający przez ściany i rozbrzmiewający w całym zamku. Mężczyźni zamarli na chwilę. Kiedy krzyk wreszcie ucichł, obaj spojrzeli na siebie.
- To dobiegało z trzeciego piętra – powiedział Remus, patrząc we wskazanym kierunku.
- Harry! – Obaj mężczyźni ruszyli biegiem, słysząc kolejny krzyk, jeszcze głośniejszy niż poprzedni.

***
Harry zdjął zaklęcie dopiero wtedy, gdy chłopiec straciwszy przytomność, osunął się na podłogę. Nie był pod wrażeniem, chłopak nie wytrzymał nawet kilku minut działania klątwy. Wahał się przez chwilę, czy zabić rudego zdrajcę krwi, ale powstrzymał się. To różdżką Rona Weasleya zabito szlamę – chłopaka wtrącą do Azkabanu jako jej mordercę, a to oznacza dla niego dużo boleśniejszy koniec. Harry odwrócił się i wyszedł z niestrzeżonego pokoju. Szedł szybko korytarzem, po czym skierował się w stronę schodów, kiedy nagle został prawie zgnieciony przez kogoś dużo większego niż piętnastolatek. Black trzymał go za ramiona.
- Harry, wszystko w porządku? – dopytywał.
Harry nie odpowiedział, ledwo powstrzymując drwiący uśmieszek.
- Słyszeliśmy krzyki – powiedział wilkołak, przeczesując wzrokiem korytarz. – Wiesz, skąd dochodziły?
Wyczuwając świetną okazję do rozdzielenia przeciwników, Harry spojrzał w kierunku własnego pokoju, którego drzwi były dość daleko stąd, starając się wyglądać raczej na przestraszonego niż nikczemnego.
- Syriuszu, zostań z Harrym – rzucił wilkołak, zanim ruszył we wskazanym kierunku i zniknął w ciemnościach.
- Co się stało, Harry? – zapytał drugi mężczyzna, opadając na kolana i trzymając Harry’ego za barki na odległość ramion. Harry pochylił się i wyszeptał mu do ucha:
- Jesteś zdrajcą krwi.
Syriusz spojrzał na niego zmieszany, a wtedy wyraz twarzy Harry’ego się zmienił. Chłopak patrzył na swojego ojca chrzestnego z głęboką pogardą, a jego usta wygięte były w okrutnym uśmiechu.
- Harry? – Przerażenie zastąpiło zdziwienie, kiedy różdżka chłopca przycisnęła się do piersi Blacka.
- Avada Kedavra – wyszeptał Harry. Rozbłysło zielone światło i ciało Blacka upadło na posadzkę.
- Syriuszu! Lepiej chodź tu w tej chwili! – krzyczał wilkołak. Harry spojrzał w kierunku, z którego dobiegał jego głos. Nie widział go jeszcze, ale wiedział, że tu idzie.

***
Remus cicho zakradł się do pokoju z różdżka w gotowości. W korytarzu było tak ciemno, że już nie widział Syriusza i Harry’ego. I tak w tej chwili największe znaczenie miały dla niego drzwi do tego pokoju. Syriusz mógł obronić Harry’ego, a osoba, która tu przed chwilą krzyczała, musiała naprawdę cierpieć.
Otworzył drzwi lewą ręką, w prawej trzymając różdżkę. Powoli wyłonił się przed nim cały pokój… i to, co się w nim znajdowało. Hermiona Granger leżała obok ściany z głową w wielkiej kałuży krwi. Ron Weasley kawałek dalej. Oboje wydawali się być martwi.
- Syriuszu! Lepiej chodź tu w tej chwili! – krzyknął, wchodząc do pokoju. Ukląkł koło Rona, który znajdował się bliżej wejścia i przycisnął palce do jego szyi, wyczuwając słaby puls. Dreszcz przebiegł przez ciało chłopaka, jego mięśnie wciąż pamiętały tortury, które przeżył.
Klątwa Cruciatus.
- Syriuszu! – krzyknął ponownie. Zesztywniał, nasłuchując, czy jego przyjaciel już nadchodzi, ale nic nie słyszał. Nawet dzięki jego wyczulonemu słuchowi nie mógł usłyszeć nic, wszędzie panowała obezwładniająca cisza. Wstał i ruszył do drzwi, obawiając się, ze pozostawił dwie kolejne ofiary nieznanemu oprawcy. – Harry! – krzyknął, w nadziei, że ktoś mu odpowie.
Odpowiedział mu śmiech. Remus wybiegł z pokoju. Jego kark i ramiona pokryły się gęsią skórką. Wszystkie jego zmysły wrzeszczały, że to pułapka, ale nie mógł zostawić Syriusza i Harry’ego samych. Ale widok, który zastał, nie był tym, na który miał nadzieję. Na posadzce u stóp Harry’ego leżał w zupełnym bezruchu Syriusz. Remus natychmiast do niego podbiegł.
- Co się stało, Harry? – zapytał, odwracając do siebie Syriusza, tak by widzieć jego twarz. Nie mógł uwierzyć własnym oczom. – Harry? – Przycisnął dwa palce do tętnicy Syriusza i czując porażkę jego przyjaciela i kompana. Łapa nie żył.
- Z mojego doświadczenia wynika… - zaczął cicho Harry - …że mieszańcy są bardziej wytrzymali na tortury niż czarodzieje. Szczególnie wilkołaki. Są przyzwyczajone do silnego bólu. – Remus spojrzał na Harry’ego i zobaczył jego różdżkę wycelowaną prosto w jego klatkę piersiową. – Może sprawdzimy na tobie słuszność tej tezy?
Zanim Lupin zdążył zareagować, jego różdżka została mu wyrwana z dłoni, a on sam posłany na przeciwległą ścianę blisko pokoju Harry’ego. Szybko się podniósł.
- Nie jesteś Harrym.
- Masz rację tylko w połowie. Część mnie, która może umrzeć, to Harry. – Uniósł różdżkę. – Crucio!
Kiedy przerwał zaklęcie, Remus leżał na podłodze, dysząc ciężko. Zaraz potem mężczyzna usłyszał kroki i zobaczył nad sobą twarz chłopca.
- Zawsze podejrzewałem, że wilkołak wystawiony na długotrwałe działanie tej klątwy przemieni się bez udziału księżyca. – Jego twarz zdradzała ożywienie dzięki możliwości sprawdzenia tego tu i teraz.
- Czego chcesz?
- Chcę Dumbledore’a, a twoje krzyki go tu sprowadzą. Crucio!
Remus poczuł każdym nerwem obezwładniający ból. Czuł się tak, jakby płonęły mu kości. Jego plecy wygięły się nad podłogą, a palce u rak i stóp wygięły pod nienaturalnymi kątami. Oczy wywróciły się białkówkami do przodu. Ledwie po minucie zaczął krzyczeć. Jego krzyk odbijał się od ścian, drwiąc z jego cierpienia. Ten ból był wieczny.
Ból pozostał nawet po zdjęciu zaklęcia, przeszywając jego ciało jak prąd. Wtedy się zorientował, że nie jest już w centrum uwagi tego potwora.

***
- Severusie, Poppy chce, żebyś został w łóżku przynajmniej jeszcze jeden dzień – powiedział Dumbledore, widząc jak młodszy mężczyzna wysuwa się spod kołdry.
- Jakkolwiek doceniam troskę Madam Pomfrey o moje zdrowie, nie mam zamiaru przebywać tu ani chwili dłużej. Gdzie są moje ubrania?
- Nie bądź taki uparty, Severusie – dodała zastępczyni dyrektora. – Obudziłeś się ledwie kilka godzin temu i nawet nie wyglądasz, jakbyś mógł ustać na nogach, a co dopiero samodzielnie stąd wyjść.
Snape wstał, wpatrując się w nauczycielkę transmutacji, chociaż trzęsły mu się nogi. Udowodni jej, że się myli. Zauważył swoje ubrania na stoliku w nogach łózka i wolno podążył w tym kierunku, starannie ukrywając słabość, chociaż jego ciało wydawało się być tak ciężkie, jakby położono na nim dodatkowy ciężar.
- Przejdziesz za parawan, żebym mógł się przebrać, Minerwo?
- Czy jeśli tego nie zrobię, przestaniesz być taki uparty?
- Nie sądzę – odpowiedział, zrzucając przy niej koszulę. Potrząsnęła głową i poszła we wskazane miejsce, żałując, ze widziała te wszystkie blade blizny znaczące jego ciało przez obie jego profesje: bycie zarówno Mistrzem Eliksirów, jak i szpiegiem. Za parawanem Snape ubrał się powoli, robiąc co chwile przerwę, żeby przestało mu się kręcić w głowie.
- Jeszcze nie wyzdrowiałeś, Severusie – powiedział Dumbledore, widząc, jak ten schyla isę po swoje buty.
- Mogę kontynuować leczenie we własnych komnatach.
Nagle powietrze przeciął krzyk. Cała trójka zamarła. Dumbledore był już przy drzwiach, gdy usłyszeli ten sam dźwięk ponownie – tym razem dłuższy, niż ktokolwiek mógłby znieść.
- Minerwo, zawiadom nauczycieli. Niech wszyscy uczniowie wrócą do dormitoriów. Wyślij pracowników na trzecie piętro.
- Pomfrey, gdzie jest moja różdżka? – zapytał Snape, gdy dyrektor i McGonagall wybiegli z sali.

***
- Wszyscy uczniowie mają natychmiast wrócić do dormitoriów. Pracownicy idą na trzecie piętro.
Polecenie obiegło wszystkich uczniów, którzy pospieszyli we właściwych kierunkach, rzucając zaniepokojone spojrzenia nauczycielom, którzy jak najszybciej wykonywali wydane polecenie. Wszyscy słyszeli krzyki. Brzmiały tak, jakby ktoś był torturowany. Świadomość tego, że nauczyciele myśleli tak samo, nie była pocieszająca.
W Pokoju Wspólnym Gryffindoru Ginny Weasley stała na stole, patrząc na tłum w poszukiwaniu Rona. Fred i George wpadli na nią na korytarzu i razem poszli dalej, ale nikt nie widział ich brata.
- Może prefekci zostali wezwani – podsunął stojący obok stołu Fred, również próbując znaleźć brata. – Nie widzę też Hermiony.
- Nie – powiedziała Ginny. – Jest tutaj Ewan Grimser. Jest prefektem szóstego roku.
- Hej, Grimser! – krzyknął George. – Widziałeś mojego brata?
- Jest zaraz obok ciebie, Weasley.
- Nie tego. Rona, prefekta. Nie możemy też znaleźć Hermiony.
- Brakuje kogoś jeszcze?
- Ty powinieneś to wiedzieć.
Grimser rzucił mu zirytowane spojrzenie i wrócił do przeliczania uczniów. Ginny niecierpliwie włożyła palce w usta i zagwizdała tak głośno, jak umiała. W pomieszczeniu rozległ się przeciągły gwizd, uciszając wszystkich.
- Czy ktokolwiek widział Rona Weasleya i Hermionę Granger? – zapytała. Odpowiedziało jej kręcenie głowami. – Brakuje kogoś jeszcze? – Uczniowie rozejrzeli się. Po raz kolejny odpowiedzieli przecząco. Ginny wydawało się, że jej nogi zmieniają się w galaretę. Spadłaby ze stołu, gdyby nie złapali jej bracia.

***
Kiedy Snape dotarł do schodów prowadzących na trzecie piętro, wszyscy nauczyciele już tam byli. Nie musieli szantażować szkolnej pielęgniarki, żeby dostać z powrotem swoje różdżki. A nawet nie przeszło mu przez myśl, żeby przychodzić tutaj, będąc nieuzbrojonym. Przepchnął się na przód do pozostałych głów domów, sprawdzając zabezpieczenia, jakimi osłonięto miejsce, przed którym stali.
- Spróbujesz je zdjąć, Filiusie? – zapytała McGonagall.
- Mogę spróbować – odpowiedział Flitwick, podwijając rękawy. Uniósł różdżkę. Wtedy Snape spostrzegł, na co ten patrzy i poczuł przypływ paniki.
- Nie! – krzyknął, ale za późno. Kiedy tyko Flitwick opuścił różdżkę, został rzucony do tyłu, porywając po drodze kilka osób. Zderzyli się się ze ścianą i osunęli na podłogę. Kilka osób było ogłuszonych. Twarz i dłonie nauczyciela zaklęć wydawały się być poparzone. Uklękła przy nim profesor Vector.
- Co to było, Severusie? – zapytała Minerwa?
- Poznaję te osłony – powiedział ponuro, odwracając się, by na nią spojrzeć. – Zostały stworzone przez Czarnego Pana.
- Voldemort? Tutaj? – Nie potrafiła ukryć zdziwienia, słysząc jego odpowiedź. – Jak możemy je zdjąć?
- Nie możemy. Potrafi to tylko on.
- To jak mamy się tam dostać?
- My nie możemy. Tylko ci, którym pozwoli wejść. – Dotknął mimochodem swojego lewego ramienia, dając jej do zrozumienia to, czego nie mógł powiedzieć głośno przy ludziach.
- Nie pójdziesz tam – powiedziała cicho. – Jesteś zbyt słaby, by zmierzyć się z nim sam.
- Czy Albus już tam jest?
- Tak.
- Wobec tego nie będę sam. Jest tam Potter. Lupin i Black też tu zmierzali, o ile mi wiadomo. Słyszeliśmy krzyk jednego z nich. Nieważne który to, potrzebuje pomocy. – Spojrzał w tył na pozostałych nauczycieli i zwrócił się do Minerwy: - Jak tylko osłony opadną, idź do nich, ale bądź ostrożna. – Przeszedł przez osłony, znikając im z oczu.

***
- Uwolnij go, Tom – powiedział spokojnie Dumbledore do mężczyzny w ciele Harry’ego. Spojrzały na niego zielone oczy chłopca.
- Dumbledore, jak miło, że do nas dołączyłeś. Skąd wiedziałeś, że to ja?
- Rozpoznałem ścieżkę destrukcji, jaką zostawiasz za sobą. – Spojrzał na ciało Syriusza Blacka wpatrujące się w niego martwymi oczami, potem na Remusa Lupina nadal miotającego się w drgawkach w korytarzu. Spojrzał twardo na Toma. – Jestem zaskoczony, ze tu przyszedłeś, Tom. Musisz wiedzieć, że wpadłeś w pułapkę. Opuść ciało chłopca.
- Raczej mi się w nim podoba – odpowiedział, unosząc różdżkę.

***
Snape wchodził po schodach tak cicho, jak tylko mógł. Dobiegały go głosy – rozpoznał Dumbledore’a, ale osoba, która mu odpowiedziała, nie była tą, której się spodziewał. To był Potter! A więc tak to zrobił. Przejął ciało Pottera!
Przycisnął się do ściany i wyjrzał zza rogu. Po prawej stronie stał Dumbledore, patrząc na niego, Potter zwrócony był przodem do dyrektora, a plecami do ściany. Snape wycelował różdżkę w plecy chłopaka, ale usłyszał głos Dumbledore’a w swojej głowie:
Ja się nim zajmę. Pomóż Remusowi.
Snape chciał się kłócić, ale dyrektor już patrzył na chłopaka.
- Nie opuścisz tej szkoły, Tom. Nie w ciele Harry’ego.
- To mnie zabij.
- Śmierć byłaby dla ciebie łaską.
Potter rzucił w Dumbledore’a klątwę, ale została odbita bez wysiłku. Zaczął się pojedynek. Korzystając z tego, ze cała uwaga Voldemorta skupiona jest na dyrektorze, Snape podbiegł do Lupina. Przykrył jego usta dłonią i wycelował w niego różdżką.
- Ennervate! – Lupin odzyskał przytomność, a jego jęk stłumiła ręka Snape’a. Snape gestem nakazał mu milczeć, po czym cofnął rękę i zaczął go badać. Cały się trząsł, drgawki przechodziły od dłoni do klatki piersiowej. Poza tym wydawał się być cały. – Możesz iść?
Lupin skinął głową i stanął na nogi z pomocą Snape’a.
- Czekaj – szepnął, kiedy Snape zaczął kierować go w kierunku schodów.
- Później wrócę po Blacka – syknął Snape.
- Dla niego już za późno – padła ponura odpowiedź. – Ron Weasley i Hermiona Granger są w pokoju Harry’ego.
- Czy on…? – Spojrzenie Lupina odpowiedziało na niezadane pytanie. – Żyją?
- Przynajmniej Weasley żył, kiedy sprawdzałem.
Snape spojrzał do tyłu na czarodziejów walczących w korytarzu. Zaklęcia latały w powietrzu, odbijając się od ścian, sufitu i podłogi.
- Dobrze. Chodźmy!
Snape podtrzymywał Lupina za ramię, chociaż sam jeszcze był słaby. Chwiejnie dotarli do pokoju na końcu korytarza, gdzie powitał ich upiorny widok. Nie musieli nawet wchodzić do środka, wszystko było jasne, gdy tylko zbliżyli się do drzwi.
Weasley leżał na środku pomieszczenia, jego mięśnie ciągle drgały po torturach. Snape dopadł do niego w dwóch krokach, pochylił się i sprawdził puls. Był słaby, ale chłopak wciąż żył.
Lupin zajął się Granger. Odchylił jej powieki, sprawdzając reakcje na światło. Klęczał w kałuży krwi, która zastygała już wokół jej głowy, nie przejmując się tym, że przesiąkała mu przez ubranie. Cień nadziei pojawił się na jego twarzy, kiedy przyłożył ucho do jej piersi w desperackiej próbie wychwycenia bicia serca.
- Żadne z nas nie jest zdolne im teraz pomóc – oświadczył ponuro. Musimy dostać się do Skrzydła Szpitalnego.
- Czarny Pan wzniósł barierę – odpowiedział Snape. – Żaden z nas nie przejdzie, dopóki on jej nie zdejmie.
- Może być już za późno! – powiedział, przypatrując się Weasleyowi przez dłuższą chwilę.
Snape przytaknął, odwracając uwagę Lupina od chłopca. Wstał, wyciągając z rękawa różdżkę.
- Mobilus corpus! – Oba ciała uniosły się w powietrze. Krople krwi spływały po włosach Granger na podłogę. Lupin urwał kawałek swojej szaty, by zawiązać go wokół jej głowy. W milczeniu skinął Snape’owi głową i ruszyli dalej w zupełnej ciszy.

***
W głębi korytarza zaraz za schodami, do której zmierzali Snape i Lupin, rozgrywał się taniec dwóch potężnych czarodziejów. Obracali się, wirowali jak w walcu: jeden w złudnie lekceważący sposób blokował i odbijał klątwy, chociaż jego niebieskie oczy pilnie śledziły każdy najlżejszy ruch chłopca, który stał przed nim. Drugi krążył jak sęp nad padliną, nie tak leniwie jak konkurent. Wydawał się być spokojny, ale ton jego głosu podczas rzucania klątw w dyrektora zdradzał, że już czuje się zwycięzcą. W zielonych oczach błyszczała złość za każdym razem, gdy jego zaklęcie zostało zablokowane.
Walczyli słowami, wyzwaniami, szturchnięciami i cięciami, dopóki chłopiec nie opuścił różdżki i nie powiedział:
- Zabij mnie teraz, Dumbledore. Dopóki jestem w tym ciele. Masz jedyną szansę.
- Jesteś tchórzem, Tom. Chowasz się w ciele Harry’ego.
- Tchórzem? To ty nim jesteś. Dalej! Zabij mnie! Czy może chłopak jest dla ciebie zbyt cenny?
- Jest dla mnie tak samo cenny jak każde niewinne istnienie.
Harry zaśmiał się głośno, jego śmiech brzmiał twardy, przepełniony był złośliwością.
- Wielki Albus Dumbledore odmawia odebrania życia, nawet jeśli położyłoby to kres jego utrapieniom. I pomyśleć, że ludzie wierzą w to, że się ciebie boję.
Na ustach Dumbledore’a pojawił się uśmiech nauczyciela, rozważającego w milczeniu bzdury wygadywane przez niesfornego ucznia.
- Och, Tom – powiedział mile. – Ciągle jest we mnie wiele rzeczy godnych twojego strachu.
Uśmiech zniknął z twarzy chłopca.
- Niczego się nie boję!
- Jesteś wyjątkowym kłamcą, Tom. – Na ułamek sekundy głowa chłopca poderwała się do góry i spojrzał on w oczy dyrektora, na co ten tylko czekał. - Legilimens! – szepnął Dumbledore. Chłopak próbował się wyrwać zaklęciu, ale nie był w stanie.
- Nie jesteś na tyle silny, żeby nade mną zapanować, Dumbledore.
- Nie – zgodził się dyrektor, przeczesując myśli kłębiące się w tym umyśle. – Ale teraz jesteś zamknięty w umyśle Harry’ego, a z nim nie mam problemów.
- Przestań, stary głupcze!
- Odpuść, Tom.
- Nigdy!
- Wobec tego to także moja odpowiedź.

***
Lupin i Snape stali przy schodach, obserwując z zapartym tchem toczącą się walkę. Ostatni pojedynek odbył się w umyśle piętnastoletniego chłopca – tego nie mogli już widzieć.
Lupin desperacko pragnął powstrzymać ich, krzyknąć, żeby oszczędzili umysł chłopca, ale wiedział, że w ten sposób spowodowałby jeszcze więcej bólu, nowy rozlew krwi. Mógł tylko stać i patrzeć, jak wściekły Harry walczy. W końcu oczy chłopca otwarły się, błyszcząc jak dwa zielone płomienie, a on sam cicho wezwał matkę.
- Czy Harry przeżywa teraz swoje najgorsze wspomnienia? – zapytał Lupin drżącym głosem.
- Nie – odpowiedział Snape, świadom tego, że jego własny głos będzie drżał, jeśli spróbuje mówić głośniej, choć z innego powodu. Przyglądał się w zachwycie swojego mistrza, mentora w pełnej chwale. – Przeżywa nie swoje wspomnienia.
- Proszę! – Krzyk Harry’ego rozdarł ciszę. – Nie możesz wysłać mnie z powrotem do sierocińca! Pozwól mi zostać.
- Dlaczego chcesz tu zostać, Tom? – zapytał cicho Dumbledore, chociaż jego głos zdradzał, ze dobrze zna odpowiedź. Oddech Harry’ego przyspieszył. Jego źrenice rozszerzyły się z przerażenia. Nagle jego dłonie wystrzeliły do jego twarzy, zasłaniając ją, jakby spodziewały się ataku. Szlochał, błagając o pomoc, chociaż jego oczy wpatrzone były w te Dumbledore’a.
- Wyjdź z mojej głowy! – Krzyk brzmiał inaczej, ciszej, było w nim więcej lęku. Harry walczył.
- Nie jest już twoja! – padła odpowiedź wypowiedziana przez twardszy, mocniejszy głos.
- Kontynuujemy, Tom? Wiem, że to nie było twoje najgorsze wspomnienie. – Zmęczenie w jego głosie było słyszalne tylko dla Snape’a, który od lat odczytywał subtelne zmiany w zachowaniu dyrektora.
Nagle powietrze przeciął rozdzierający krzyk chłopca, którego całe ciało się trzęsło:
- Niech mi pan pomoże, profesorze!
- Wyrzuć go, Harry.
- Nie wiem jak – wyszeptał chłopiec.
- Wiesz, Harry. Możesz to zrobić. Pomyśl o tych, których próbujesz chronić, o swoich przyjaciołach, rodzinie. Wszyscy cię kochają.
Harry toczył wewnętrzną bitwę, a Dumbledore nie pomagał mu w tym. Snape obserwował ich, próbując zgadnąć, co dzieje się w głowie Pottera, jakie obrazy każdy z nich zobaczył. Co w końcu będzie w stanie pozbyć się jego.
Obrona Czarnego Pana słabła. W końcu Snape usłyszał pozostałych nauczycieli spieszących w ich kierunku. McGonagall pojawiła się pierwsza, reszta deptała jej po piętach. Oglądała szeroko otwartymi oczami mentalną walkę, jaką toczyli Potter i Dumbledore, ale szybko zwróciła uwagę na dwójkę swoich prefektów. Szybko się nimi zajęto i przelewitowano do Skrzydła Szpitalnego. McGonagall została ze Snape’em i Lupinem, czekając w gotowości na wynik.
Oczy Harry’ego wreszcie się otwarły szeroko, jakby z szoku, jego ciało drżało gwałtownie przez kilka sekund, zanim upadło na podłogę. Dyrektor zamknął oczy, oddychając ciężko i słaniając się na nogach, jakby również miał zaraz się przewrócić. Uratowała go przed tym jego zastępczyni, podbiegając szybko i podtrzymując go za ramię.
- Usiądź, Albusie – zaproponowała.
- Wszystko w porządku. Jestem tylko zmęczony. - Poklepał ją po dłoni i uśmiechnął się do niej, choć uśmiech nie sięgał oczu. – Co z panną Granger i panem Weasleyem?
- Są w drodze do Poppy.
- Co z Harrym? – zapytał Lupin.
- Żyje – odpowiedział Snape, klęcząc przy chłopcu i sprawdzając jego puls.
- Zajmę się nim – powiedział dyrektor, zamykając na chwilę oczy. Kiedy ponownie jego otwarł, zobaczył Syriusza Blacka.
- Minerwo, ty i Remus zajmiecie się Syriuszem. Zasługuje na więcej niż ta zimna podłoga. – Snape rzucił dyrektorowi pytające spojrzenie, ale ten nakazał mu gestem zostać na miejscu.
Lupin zamknął powieki swojego przyjaciela, nadając mu pozory spokoju. Gardło Dumbledore’a zacisnęło się na ten widok, ale nie dał tego po sobie poznać, przenosząc spojrzenie do chłopca leżącego u jego stóp. Nie miał siły, by rozpamiętywać śmierć ukochanych członków Zakonu. Nie teraz. Musiał zachować własny żal na później. Inni potrzebowali jego siły bardziej.
Harry Potter.
Chłopiec, Który Przeżył.
Chłopiec, Który Musi Żyć, Czując Ból.
Dyrektor ponownie zacisnął powieki. Tym razem pozwolił sobie na łzy, spływające do jego śnieżnobiałej brody. Chłopiec przeżył dużo więcej niż większość czarodziejów czterokrotnie starszych od niego. Wydarzenia tej nocy będą dla niego najtrudniejsze do zniesienia, ponieważ nie będzie miał wspomnień z perspektywy widza, ale mordercy. Tego, który torturował przyjaciół.
Dumbledore ukląkł i objął chłopca ramionami i sam niósł go na rękach, odmawiając pomocy Snape’a. Mały tłumek czarodziejów, nauczycieli i pracowników, którzy nie przeżyliby dzisiejszych wydarzeń, rozstępował się z szacunkiem, ale nie przed dyrektorem - przed tym, którego niósł.
Kobieto, puchu marny, ty jesteś jak zdrowie...
Avatar użytkownika
Morwena
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 718
Dołączył(a): 29 cze 2009, 16:15

Re: [NZ][T] Zagubiony [16/18]

Postprzez Tristan » 01 wrz 2016, 19:29

Dużo emocji, dla mnie chyba za dużo, ale czyta się naprawdę gładko. Zwykle w takiej chwili idę do oryginału by skończyć opowiadanie. Tym razem tego nie zrobię. Poczekam i będę się delektować świetnym fikiem w pięknej polszczyźnie.
Naprawdę świetne tłumaczenie.
Gratuluję i dziękuję.
Czekam oczywiście na ciąg dalszy.
T jak Tristan, T jak terrorysta
Tristan Zabójczy Terrorysta
Za tytuł serdecznie dziękuję Morwenie!
Słowo honoru, że zrobię wszystko by na niego zasłużyć.
Tristan
Administrator
Administrator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 711
Dołączył(a): 11 lut 2008, 16:46
Lokalizacja: Warszawa

Re: [NZ][T] Zagubiony [17/18]

Postprzez Morwena » 29 wrz 2016, 01:24

Bardzo dziękuję za komentarz, Tris. Cieszę się, że ktoś to jeszcze czyta i że komuś się podoba. Dajesz motywację! :)

Zagubiony
Rozdział 17


Śmierć jest końcem życia. Nie możemy przed nią uciec. Godzimy się z tym. Przechodzimy nad tym do porządku dziennego. Cóż innego moglibyśmy zrobić? Wznosić modły do wszystkich bóstw? Składać obietnice, których żadną miarą nie bylibyśmy w stanie dotrzymać? Nie. Musimy cierpieć z nadzieją, że śmierć to ucieczka dla tych, którzy nas opuścili, ponieważ skąd moglibyśmy wiedzieć, co czeka nas po niej. Wiadomo tylko to, że jest jak wygodna, gruba kołdra w chłodny zimowy poranek. Śmierci nie trzeba się bać. Są rzeczy straszniejsze od niej. Dla niektórych z nas straszniejsze jest życie.
Severus Snape wolno przemierzał kręte hogwarckie korytarze długo po tym, jak wszyscy mieszkańcy zamku położyli się do łóżek. Przypadła mu w udziale opieka nad Weasleyem, bo kto lepiej mógłby zająć się torturowaną osobą niż ktoś, kto ma tyle doświadczenia w torturowaniu i byciu torturowanym?
W normalnym przypadku Snape powiedziałby, że łatwiej zajmować się nieprzytomnym pacjentem i nie przejmować się podejściem do chorego, ale Weasley w tym stanie był jeszcze bardziej irytujący. Wokół jego łóżka bez przerwy przebywało jego rodzeństwo, szczególnie wtedy – jak mogło się wydawać – gdy badał do Mistrz Eliksirów. Ciągle wyolbrzymiali każdy dreszcz, jaki przebiegł przez ciało ich brata. Najgorsza była Ginny Weasley.
- Profesorze! Profesorze! Coś jest nie tak! – Kiedy nie działo się nic innego, niż to, że jego ciało reagowało na wspomnienia przeżytego bólu. Podał mu eliksir uspokajający. Sprawdził, czy jego źrenice prawidłowo reagują na światło. Upewnił się, że nie odgryzie sobie języka. A mimo to najmłodsza latorośl Weasleyów nieustannie chlipała kilka kroków od łóżka brata.
Na szczęście wkrótce Weasley powinien się obudzić. A wtedy już nie będzie jego problemem. Rany na umyśle, które niewątpliwie odniósł, może leczyć z pomocą Albusa albo Minerwy. Nie da się przejść przez coś takiego bez blizn na duszy.
Snape stanął w kącie Sali, wpatrując się w drzwi do gabinetu pielęgniarki, choć doskonale wiedział, że ona od dawna już śpi. To była godzina duchów i widm, nie lekarzy zajmujących się poszkodowanymi nastolatkami śniącymi koszmary, które zmroziłyby krew w żyłach dorosłych.
Następnie ruszył do drugiego łóżka z lewej, osłoniętego białymi parawanami przed ciekawskimi uczniami, którzy mogliby przeszkadzać zdrowiejącemu chłopakowi. Przez ostatnie dwa dni nie odzyskiwał przytomności na dłużej niż kilka minut.
Snape ze zdziwieniem odkrył, że łóżko jest puste, a prześcieradła leżą skłębione na jednej stronie. Instynktownie wyciągnął różdżkę i zaczął przeszukiwać zacienione miejsca blisko łóżka. Być może chłopak obudził się i skulił na podłodze, by uciec przed koszmarami. Chociaż to było prawdopodobne, nie znalazł tam chłopaka, który zresztą nie był aż tak mały, żeby chować się w najmniejszych zakamarkach. Snape wyszedł zza parawanu, dobrze wiedząc, gdzie może znaleźć chłopaka.
Ruszył w głąb Skrzydła Szpitalnego do innego łóżka skrytego za parawanami. Właśnie tam znalazł Weasleya, stojącego w piżamie nad śpiącym Potterem. Patrzył na swojego najlepszego przyjaciela, stojąc tyłem do Snape’a, ale Mistrz Eliksirów nie musiał widzieć jego twarzy, by wiedzieć, co działo się w jego głowie. Wystarczyło, że zobaczył jego ramię wyciągnięte w kierunku pogrążonego w spokojnym śnie Pottera, drżącą rękę ściskającą różdżkę wymierzoną prosto w głowę chłopaka.
Weasley chciał zabić Pottera.
Gdyby Snape zobaczył Weasleya lub Pottera mierzącego w drugiego różdżką w normalnych okolicznościach, z pewnością by ich zignorował. Przy odrobinie szczęścia, mógłby mieć nadzieję, że nie zostawią na sobie suchej nitki. Ale to nie były normalne okoliczności. Wydarzenia, przez które obaj z nich wylądowali w Skrzydle Szpitalnym, były zbyt straszliwe, by zignorować obecną sytuację. I to, że Weasley jeszcze nie zabił Pottera, nie znaczyło, że by tego nie zrobił. Jeszcze go nie przeklął – klatka piersiowa Pottera unosiła się miarowo – ale też nie schował różdżki.
- Co robisz, Weasley? – zapytał spokojnie, nie podnosząc głosu, by nie przestraszyć chłopaka tak, że ten klątwę uśmiercającą.
Rudowłosy chłopak nie odwrócił się, nie odpowiedział ani nawet nie poruszył się, zacisnął tylko szczęki.
- Planujesz go zabić? – zapytał go Snape, modląc się, by on sam właśnie nie podszepnął tego pomysłu temu idiocie. Nie po to poświęcał się tak długo, by teraz ktoś zabił Pottera na jego oczach.
- On jest mordercą. – Głos Weasleya trząsł się od emocji: zarówno gniewu, jak i niedowierzania. Nie zapomniał, że Potter to jego przyjaciel.
- Niech pan opuści różdżkę, panie Weasley.
- Nie widziałeś wyrazu jego twarzy. On się cieszył. Cieszył się z tego, że nas torturuje… - Jeszcze mocniej ścisnął różdżkę, starając się opanować drżenie rąk.
- Panie Weasley, twoja różdżka – powtórzył Snape, siląc się na spokój, mimo że czuł narastającą panikę.
- On nie zasługuje, by tu być… tu są… niewinni… - Oddychał ciężko, tak że Snape nie mógł dosłyszeć wszystkiego, co mówił. Wysokiego nastolatka napędzały teraz jego własne uczucia. Bardzo niebezpieczna sytuacja.
- Nie ty będziesz o tym decydował. Jakkolwiek boli mnie to, że muszę ci o tym powiedzieć, czasami zdarzają się… okoliczności łagodzące.
Słysząc te słowa, chłopak się odwrócił. Jego twarz była biała jak kreda, ale policzki miał czerwone od gniewu. Jego orzechowy oczy wwiercały się w profesora głęboko, tak że Snape wręcz widział toczącą się w nim walkę.
- Okoliczności łagodzące? To wszystko prze tę pieprzoną bliznę na jego czole! – krzyczał chłopak. – To zawsze była jego okoliczność łagodząca! Ale nie tym razem…
- Jeśli go zabijesz, będziesz lepszy od niego?
Weasley nie odpowiedział, choć lekko opuścił różdżkę. Ale sytuacja jeszcze nie była opanowana. Snape wolno podszedł do chłopaka i wyciągnąwszy rękę, owinął palce wokół jego różdżki. Chłopak chciał ją wyszarpnąć, ale wtedy uścisk Snape przybrał na sile, uniemożliwiając mu to.
- Uspokój się, Weasley. Nie mam zamiaru ci jej zabrać. Chcę ci tylko coś pokazać. – Widząc niepokój chłopaka, dodał: - Nie musisz wypuszczać jej z ręki.
- Priori incantatem! – Zielony dym wystrzelił z różdżki, rozwiewając się w powietrzu. – Wygląda na to, że nie tylko Potter rzucił klątwę zabijającą.
- Rzucił na mnie Imperiusa!
- Ach, okoliczność łagodząca – powiedział Snape z nutą sarkazmu w głosie.
- To co innego! – krzyczał Weasley, zaciskając dłonie w pięści.
- Doprawdy?
- Nie było tam nikogo innego, kto mógłby rzucić Imperiusa na niego. To musiał być Harry!
- Zgadza się. Jednakże – spojrzał na chłopaka oceniająco – co wiesz o… efektach ubocznych zdarzenia, przez które Potter ma bliznę?
- Śni o Sam-Wiesz-Kim – mruknął Ron. – I czuje to, co on.
- Znowu poprawnie. Ale to coś więcej niż świadomość uczuć, to połączenie.
- Nie rozumiem.
- Powiedz mi, Weasley – podjął Snape, czując rosnącą irytację – czy Potter, jakiego znasz, kiedykolwiek zaatakowałby ciebie lub Granger? Albo Lupina czy Blacka?
- Nie… - odpowiedział, po czym podniósł głowę, by spojrzeć na swojego nauczyciela. – Zaatakował profesora Lupina i Syriusza? Wszystko z nimi w porządku?
- Z Lupinem tak. Ale Black nie żyje.
- Nie żyje? – Ron zachwiał się, jakby coś go uderzyło. – Syriusz i Hermiona. – Nogi ugięły się pod młodym Gryfonem, który osunął się na zimną podłogę. – Harry zabił… On by nigdy… Nie Syriusza. – Chłopak znów spojrzał w oczy Snape’a, tym razem błagalnie. – To był on, prawda? Sam-Wiesz-Kto? Mówił pan o połączeniu. On jest w głowie Harry’ego?
- To zaskakujące, do jakich wniosków może cię przywieść zwykła logika, kiedy tylko nie poddajesz się emocjom takim jak chęć zemsty – odpowiedział Snape, choć nie tak lodowato jak zwykle. Obserwował, jak chłopak przyjmuje tę informację. Oczywistym było, że ciąży mu ona jak głaz, szczególnie, gdy chłopak zdał sobie sprawę z tego, co właśnie zamierzał zrobić. Łzy pociekły z oczu Weasleya, spływając jednocześnie po obu policzkach.
Chociaż nie żywił do chłopaka żadnych ciepłych uczuć, widział w nim to, co w wielu innych ludziach, również w sobie, w takich chwilach, gdy wydawało się, że nie ma już nadziei. To była wewnętrzna walka. Trzeba było wybierać między dobrem a złem i to wtedy, kiedy było się najsłabszym, najbardziej podatnym.
- Granger żyje – powiedział Snape, delikatniej, niż kiedykolwiek zamierzał. – Do tego, żeby zabić, potrzeba dwóch rzeczy. Woli i siły. Czarny Pan dał ci wolę, ale nie był w stanie dać ci siły.
- Ona żyje?
- Tak. Jest w św. Mungo, żyje.
- Ale Syriusz…
- Z pewnością zauważyłeś, że Potter nie jest zwykłym chłopcem. Dano mu wolę. A siły mu nie brakuje.
- Syriusz naprawdę nie żyje…
- Tak.
Weasley spojrzał na łóżko, na którym nadal leżał jego nieprzytomny przyjaciel.
- Zabiły go ręka i różdżka Haryy’ego – cicho mamrotał do siebie. Nagle zdał sobie sprawę z tego, ze po jego policzkach nadal płyną łzy, więc otarł je gniewnie rękawem piżamy. – Nigdy sobie tego nie wybaczy – powiedział w końcu, patrząc na Snape’a. – Nawet wiedząc, że to nie on.
- To będzie trudne – odpowiedział Snape, nie czując się na miejscu, pocieszając Gryfona. To nie była jego mocna strona. Do tej pory mógł polegać na logice, teraz już nie. Powinien być tu Dumbledore, on lepiej się do tego nadawał. – Wracaj do łóżka, Weasley. Nadal jesteś osłabiony po tym, co przeszedłeś.
Oszołomiony Weasley wstał wolno, położył na chwilę rękę na ramieniu Pottera i ruszył do własnego łóżka. Po drodze potknął się o własne stopy, więc Snape chwycił go za łokieć, by mu pomóc.
- Nadal bolą cie kończyny? – zapytał z ulgą Snape, kiedy chłopak ułożył się już swoim łóżku. Wreszcie rozmowa wróciła na właściwe tory.
Chłopak spojrzał na niego z zakłopotaniem, zanim odpowiedział.
- Dziwne. Nie czułem tego, zanim pan zapytał.
- Ból był tłumiony przez adrenalinę. Wypij to. – Mistrz Eliksirów podał mu małą fiolkę. – Zmniejszy ból i pomoże ci zasnąć.
Chłopak wypił przezroczystą ciecz i zanurzył się pod przykryciem, nie odzywając się już do profesora, zanim zapadł w sen. Snape pozostał na miejscu, uważnie obserwując chłopaka. Wreszcie okazał się być choć odrobinę interesujący. Być może przyda im się za kolejnych kilka lat. Młody. Czystokrwisty. Dla osoby z zewnątrz ma dobry powód, by nienawidzić Pottera. Gdyby tylko był w stanie trzymać na wodzy swoje kłopotliwe uczucia, mógłby pracować jako podwójny szpieg, tak jak Snape.
Uśmieszek szybko znikł z jego twarzy. Weasley był tylko piętnastoletnim chłopcem, a on już planował dla niego bardzo ponurą przyszłość. Przyszłość, której nie chciał dla żadnego ze swoich podopiecznych. Nie. Robił to, by chronić swoich uczniów, nie po to, by posyłać ich do Niego. Snape odwrócił się, mimowolnie dotykając lewego ramienia, wyszedł zza parawanu, by wreszcie opuścić Skrzydło Szpitalne. Zobaczył dyrektora stojącego przy drzwiach i wpatrującego się w niego smutno.
- Jak długo tu jesteś? – zapytał Snape, gdy podszedł bliżej.
- Wystarczająco długo, Severusie, wystarczająco. – Wyglądał, jakby chciał powiedzieć coś innego, ale tylko wyciągnął rękę i poklepał młodego mężczyznę po plecach. – Jesteś dobrym człowiekiem, mój chłopcze. Jestem z ciebie dumny.
Snape nie odpowiedział, skinął tylko głową w podziękowaniu. On, rzecz jasna, nigdy nie powie dyrektorowi, jak wiele znaczą dla niego te słowa.
***
Ron leżał w bezruchu na szpitalnym łóżku, nie udawał, że śpi. Po prostu starał się nie zwracać na siebie uwagi, by posłuchać przytłumionej rozmowy dobiegającej z głębi sali. Minęły ledwie dwa dni, odkąd Snape znalazł go przy łóżku Harry’ego. Snape pojawił się w tym czasie kilka razy, żeby sprawdzić jego stan zdrowia i zmusić go do wypicia kilku paskudnych eliksirów. Żaden z nich nawet słowem nie wspomniał ich rozmowy. Nie było takiej potrzeby, kiedy Harry pozostawał w śpiączce, ale to zmieniło się minionej nocy.
Mistrz Eliksirów mierzył puls Rona, przy okazji pytając go o to, gdzie nadal czuje ból i jak silny on jest. (Dalej, Weasley. Z pewnością nawet ty umiesz opisać rodzaj bólu, który czujesz. Palący? Pulsujący? Tępy?). Ron po raz kolejny zarzekał się, że nie potrzebuje już jego pomocy, ale Snape podniósł rękę, by go uciszyć. Profesor pochylił głowę, jakby czegoś nasłuchiwał. Potem nagle zwrócił głowę tak, że patrzył na albo przez parawan po lewej stronie Rona. Chłopak próbował dosłyszeć to, co zwróciło uwagę Snape’a i wreszcie po dłuższym czasie usłyszał.
Szloch.
Harry płakał.
- Zażyj to – powiedział Snape bardzo cicho, jakby nie chciał, żeby Harry to usłyszał, po czym podał Ronowi kolejny eliksir. Snape czekał z niecierpliwością, aż chłopak połknie eliksir, zanim ruszył w głąb sali.
Słuchał dźwięku miarowych kroków znienawidzonego profesora, minęła wiecznośc, zanim mężczyzna się odezwał:
- Potter? – powiedział to jedno słowo tak miękko i cicho, bardzo nie w swoim stylu. Ron zmuszał się, żeby usłyszeć coś więcej, ale eliksir zaczął już działać. Ron zapadł w sen i nie usłyszał już nic więcej.
Ale potem, kiedy już się obudził, nie mógł rozróżnić słów, które padały, ani rozpoznać głosów, choć wiedział, ze na końcu pomieszczenia znajdują się Dumbledore, McGonagall, Lupin i Madame Pomfrey. Widział ich, jak mijali jego łóżko w drodze do Harry’ego.
- Nie mogę sobie przypomnieć.
Głos Harry’ego! To z pewnością był głos Harry’ego. Mimowolny dreszcz przebiegł przez jego ciało. Ron spojrzał na parawan w kierunku, z którego dobiegał, jak gdyby był w stanie widzieć przez materiał. Jednak Harry nie powiedział już nic więcej. Zamiast niego odezwał się dyrektor.
- Minerwo, Poppy, dajcie nam chwilę. – Obie kobiety odeszły, ponownie mijając łóżko Rona, który szybko zamknął oczy z nadzieją, że nie zatrzymają się, by go zbadać. Po kilku minutach ciszy dyrektor ponownie się odezwał:
- Dlaczego nie mówisz nam, co pamiętasz, Harry?
***
Remus Lupin siedział na niewygodnym krześle koło łóżka Harry’ego, pierwszy raz czując się niepewnym siebie. Jednocześnie chciał przytulić chłopca i odsunąć go od siebie tak daleko, jak tylko mógł. Ten wewnętrzny konflikt przerażał go. Wiedział, ze to nie Harry zrobił te wszystkie okropne rzeczy, to nie on torturował jego i Rona, prawie zabił Hermionę i zamordował Syriusza. Ale mimo to w tych chwilach samotności, kiedy pozwalał błądzić swojemu umysłowi, widział usta Harry’ego wykrzywione w złowieszczym uśmiechu z różdżką wymierzoną w niego. W takich chwilach nadal czuł ból ciskanych w niego klątw. Tak, czuł to już wcześniej, ale to było sto razy gorsze, gdy torturował go chłopiec z upiornym uśmiechem na ustach.
- Dlaczego nie mówisz nam, co pamiętasz, Harry?
- Jak dużo?
- Pamiętasz, jak dotarłeś do Hogwartu?
Remus nie patrzył ani na dyrektora, ani na ucznia. Skupił wzrok na nitce zwisającej z pościeli Harry’ego i uparcie starał się, by nie docierał do niego sens wypowiadanych słów. Dlaczego dyrektor nie pozwolił mu odejść razem z McGonagall i Pomfrey?
- Snape mnie tu przyprowadził. Wtedy nie wiedziałem, że to on, ale zdjął maskę. Byłem w jakimś szpitalu, ale nie pamiętam dlaczego.
- Nie pamiętasz, dlaczego opuściłeś dom wuja i ciotki?
Pytanie na długo pozostało bez odpowiedzi. Remus słyszał, jak Harry wierci się na łóżku, widział, jak porusza się prześcieradło, które chłopiec miął w rękach.
Nitka podskakiwała w powietrzu, wtem znieruchomiała.
- Nie. Pamiętam kłótnię z Dudleyem i to, jak wyj Vernon siłą zaciągnął mnie do mojego pokoju. Krzyczał na mnie i szturchał mnie. Kiedy próbowałem wyjść… musiałem upaść…
- A potem?
- Obudziłem się na polu. Nie mam pojęcia, jak się tam znalazłem, ale tak było. – Chwila przerwy. – Musimy o tym rozmawiać? – W jego głosie brzmiało napięcie.
- Nie, Harry. Nie musimy. Przepraszam, że do tego wróciłem – powiedział ze współczuciem dyrektor. – Chciałem tylko wiedzieć, jak daleko sięgasz pamięcią.
- Och…
Nitka znowu zaczęła się poruszać, podskakiwała razem z maltretowaną pościelą.
- Wszystko pamiętam, proszę pana – odpowiedział Harry. – Wszystko, co zdarzyło się wcześniej, a także to, jak nie mogłem sobie tego przypomnieć i nie rozpoznawałem ludzi. Pamiętam, jak odwiedzali mnie Ron i Hermiona, chociaż to bardzo chaotyczne. Pamiętam też, jak spotkałem się na boisku do quidditcha z Fredem, George’em i Ginny. Miałem lekcje Oklumencji ze Sna… z profesorem Snape’em.
Nitka zatrzęsła się gwałtownie. Przez chwilę kołysała się szybko w przód i w tył, zanim jej ruch się uspokoił. Czy chłopiec przypominał sobie ostatnią lekcję?
- Jakie jest twoje ostatnie wspomnienie? – zachęcił dyrektor?
W zasięgu wzroku Remusa znalazła się ręka Harry’ego. Mężczyzna podążał za nią wzrokiem i widział, jak palce chłopca zaciskają się w pięść.
- Hermiona przyszła do mojego pokoju, żeby porozmawiać. Byłem… cóż, czułem się jak w klatce, a ona mnie pocieszyła. Pocałowałem ją. – Remus spojrzał szybko na czerwoną twarz Harry’ego, ale ten uparcie patrzył na swoje dłonie. – Nawet nie wiem dlaczego. Ona jest dla mnie jak siostra, ale usłyszałem ten głos w mojej głowie, który powiedział mi, że tego chcę i… i wtedy w pokoju pojawił się Ron. Widział to i dlatego mnie uderzył. Nie pamiętam dużo z tego, co działo się potem. – W tym momencie Harry uniósł głowę i zobaczył przerażoną minę Remusą, którą ten desperacko starał się ukryć. Na szczęście Harry pomylił to z gniewem na Rona. – To nie była wina Rona – dodał szybko. – Oni się spotykają, wiecie? To znaczy… nie powiedzieli mi tego, ale to po prostu widać. Na jego miejscu pewnie zrobiłbym…
- W porządku, Harry – powiedział dyrektor, kładąc dłoń na ramieniu chłopca. Remus zauważył zakłopotanie w oczach dyrektora, ale nie powiedział tego na głos. – Co zapamiętałeś jako ostatnie?
- Przebudzenie się w tym łóżku. – Harry siedział w zupełnym bezruchu.
Dumbledore skinął głową, słysząc tę odpowiedź.
- W związku z tym powinieneś wiedzieć, że tamtego wieczoru Lord Voldemort zaatakował ciebie i twoich przyjaciół. Pan Weasley – podszedł do parawanu najbliżej miejsca, w którym leżał Ron - odpoczywa kilka łóżek dalej. Panna Granger odniosła poważniejsze obrażenia i dochodzi do siebie w Świętym Mungu.
- Oni żyją – wyszeptał Harry, jakby przekonywał samego siebie, że to prawda.
- Tak, podobnie jak Remus, który został zaatakowany, kiedy próbował im pomóc. – Błyszczące niebieskie oczy zamknęły się na chwilę, a kiedy ponownie się otwarły, były matowe i pozbawione życia. – Jednakże Syriusz nie przeżył. Przykro mi, Harry.
Reakcja Harry’ego była zupełnie inna od tej, którą wyobrażał sobie Remus. On sam spędził dwa dni w pokoju, który udostępnił mu Dumbledore, płacząc i bluźniąc przeciw wszystkim znanym bogom, zanim pogrążył się w melancholii, która zdawała się trwać już całą wieczność. Stracił swojego przyjaciela, brata, został ostatnim z Huncwotów, których czas przeminął dawno temu. Ale Harry stracił ojca chrzestnego, który zastępował mu tego prawdziwego.
Być może był w szoku?
Nie. Dalej wpatrywał się w swoje dłonie, a jego oddech był płytki. Jego twarz była spokojna, bez wyrazu. Kiedy jego powieki się zamknęły, ukrywając oszałamiająco zielone oczy, Remus pomyślał, że teraz popłyną jego łzy. Ale tak się nie stało.
Kiedy oczy Harry’ego ponownie się otworzyły, Remus z zaskoczeniem stwierdził, że chłopiec patrzy prosto na niego. W jego oczach malowało się przerażenie.
- Przepraszam, Lupin – powiedział trzęsącym się głosem.
- Za co, Harry?
- Za to, że zostałeś ranny. I za… za Syriusza. – Łzy zaczęły płynąc mu po twarzy. – I za Rona, Hermionę…
- Harry, to nie twoja wina – przerwał mu Remus, uspokajająco kładąc swoją dłoń na jego i przekonując sam siebie, że to, co mówi, jest prawdą. To nie była wina Harry’ego. To nie był Harry. Wiedział to. Bardzo, bardzo głęboko w sobie.
- Przeze mnie ciągle ktoś zostaje ranny – ciągnął Harry. – Najpierw Cedric. Potem ty, Ron i Hermiona. A teraz… - Nie był w stanie skończyć zdania.
- To nie byłeś ty, Harry – powiedział Remus, by go uspokoić. – Voldemort chciał zaatakować dyrektora. Wszyscy pozostali tylko stali mu na drodze.
Oprócz ciebie, drogi chłopcze. Ty byłeś jego bronią.
Remus spojrzał na Dumbledore’a z niemą prośbą o pomoc, ale wzrok dyrektora skupiony był na Harrym, obserwował jego reakcję na tę wiadomość, co wydało się Remusowi bardzo zastanawiające. Nagle dyrektor spojrzał Remusowi w oczy.
- Remusie, pozwolisz mi na krótką rozmowę w cztery oczy z Harrym?
Remus skinął głową i wstał, uścisnąwszy dłoń chłopca. Wyszedł zza parawanu i skierował się w stronę drzwi, przelotnie patrząc w stronę łóżka Rona. Ze zdziwieniem odkrył, że chłopiec nie śpi i przyzywa go ruchem dłoni.
- Coś nie tak, Ron? Zawołać panią Pomfrey?
- Pro… eee… panie Lupin – szeptał Ron. – On nie ma zamiaru powiedzieć wszystkiego Harry’emu, prawda? Mam namyśli to, jak Sam-Wiesz-Kto dostał się do Hogwartu?
- Nie sądzę – odpowiedział Remus. – Jeśli Harry tego nie pamięta, nie ma sensu mu tego mówić. – Zauważył ulgę na twarzy Rona. – Niech zgadnę. Zastanawiasz się, jak możesz stanąć z nim twarzą w twarz?
- Tak… - Wlepił wzrok w parawan. – Kiedy przebudziłem się po raz pierwszy, byłem… zły to za słabe słowo. Chciałem go zranić. Może nawet zabić. Obrzydzało mnie, że on tu jest. – Ron ponownie spojrzał na Remusa. Nie wiem, co by się stało, gdyby nie Snape. Powstrzymał mnie i potem wyjaśnił, co wtedy się stało.
Remus starał się trzymać w ryzach swoje uczucia po usłyszeniu tych rewelacji, myślał, czy nie powinien usłyszeć o tym dyrektor. Właściwie nie zaskoczyło go to, że Severus pomógł Ronowi, mimo silnej niechęci do Gryffindoru w ogóle, a w szczególności do Harry’ego i jego przyjaciół, nie był zupełnie bez serca. Miał go w sobie tyle, że mogło go to wręcz irytować.
- Jest mi teraz dużo lepiej – kontynuował Ron. – Myślałem, ze wszystko będzie w porządku, aż do ostatniej nocy, kiedy on się obudził. Teraz nie wiem, jak spojrzeć mu w twarz. Nie wiem, jak… - Remusowi wydawało się, że Ron próbuje ubrać w słowa uczucie, które nie dawało spokoju jemu samemu, kiedy siedział obok łóżka Harry’ego.
- Ukryć przerażenie, które czujesz na myśl o tym, co zrobił – dokończył za niego Remus. Ron spojrzał na niego z zaskoczeniem, ale przytaknął. – Uwierz mi, Ron, czuję dokładnie to samo. I jakkolwiek wstyd mi to przyznać, poczułem strach, kiedy po raz pierwszy usłyszałem dziś jego głos. To było naprawdę niezręczne. Wiesz co jest najdziwniejsze? To, co zobaczyłem, kiedy wreszcie spojrzałem mu w oczy.
- Co?
- Harry’ego – odpowiedział, ściskając ramię Rona. – Po prostu Harry’ego. Jest tym samym chłopcem, którego poznałem dwa lata temu. Może nieco bardziej udręczonym, ale to nie jest ta osoba, przeciwko której walczyłem na trzecim piętrze. Harry, którego zobaczyłem, nigdy dobrowolnie nie skrzywdziłby drugiej osoby i zawsze próbowałby chronić tych, na których mu zależy. To mi pomogło. Pewnie nie wyleczy to koszmarów, one znikną z czasem, ale dało mi coś, o co warto walczyć.
- Harry.
- Nie, nie tylko. Ciebie i Hermionę też. W Harrym i teraz w tobie widzę to, co kiedyś w młodości w Syriuszu i Jamesie. To wieź silniejsza niż przyjaźń, silniejsza niż pokrewieństwo. Nie chcę, żebyście to stracili przez wojnę, której nawet sami nie rozpętaliście, tak jak my. – Remus czuł, jak ściska go w gardle. – Pamiętaj o tym, Ron. – Uśmiechnął się i ruszył do wyjścia.
- Profesorze? – Odwrócił się. – Dziękuję.
Remus skinął głową.
- Dziękuję ci, Ron. – Wyszedł ze Skrzydła Szpitalnego, ale nie zwracał uwagi na to, dokąd zmierza. Pocieszanie Rona pomogło też jemu samemu, pozwoliło mu uporządkować myśli i ocenić, co właściwie czuł przez ostatnie dni. Więcej niż kilka razy zastanawiał się, po co w ogóle rozpętano tę wojnę, pocieszając chłopca w Skrzydle Szpitalnym, przypomniał sobie, o co on w tej wojnie walczy. Nie walczył dlatego, że to była słuszna sprawa, ale dlatego, że to była jego powinność wobec Jamesa, Lily i Syriusza, wobec Harry’ego i jego przyjaciół, a także wobec samego siebie – za to, co stracił.
***
Następnego ranka Rona wypuszczono ze Skrzydła Szpitalnego. Nie rozmawiał z Harrym przed powrotem do dormitorium. Mimo zapewnień Lupina nie czuł się jeszcze na siłach, by to zrobić. Zamiast tego po długiej rozmowie z Dumbledore’em i McGonagall o minionych wydarzeniach udał się do Pokoju Wspólnego, gdzie niecierpliwie czekało na niego rodzeństwo. Ginny natychmiast rzuciła mu się na szyję, używając bardziej… kwiecistego języka, niż w jego opinii powinna znać, by mu powiedzieć, żeby jej więcej tak nie straszył.
Fred i George również go uścisnęli, a potem opowiedzieli mu, co stało się tamtego dnia, kiedy wrócili z boiska, tak poważnym tonem, jakiego Ron jeszcze u nich nie słyszał. W całym zamku grzmiały krzyki, każące uczniom natychmiast zgłosić się w siedzibach ich domów. Nauczyciele biegli w przeciwnym kierunku. Wszyscy długo czekali na jakiekolwiek wieści. Kiedy tylko zorientowali się, że nie ma go w Pokoju Wspólnym, zrozumieli, że on, Hermiona i Harry zamieszani są w tę sprawę. Reszta domu nie wiedziała o Harrym, prawie wszyscy zebrali się w Pokoju Wspólnym, w grobowej ciszy czekając na wieści o dwójce swoich prefektów. W końcu po północy przyszła do nich profesor McGonagall, jakby wiedziała, że jej podopieczni będą jeszcze na nogach i przekazała im informacje.
Intruz zaatakował trójkę uczniów: Rona Weasleya, Hermionę Granger i Harry’ego Pottera, który w przydzielonym pokoju dochodził do siebie po ranach odniesionych latem. Ron i Harry trafili do Skrzydła Szpitalnego, natomiast Hermionę zabrano do Świętego Munga z powodu poważniejszych obrażeń. Intruz uciekł. Poproszono uczniów o to, by nie przeszkadzali chłopcom w rekonwalescencji – tylko rodzina mogła ich odwiedzać.
Ale cofnięto pozwolenie, kiedy ciągła obecność rodziny Weasleyów zaczęła działać na nerwy pani Pomfrey i profesorowi Snape’owi.
Rodzeństwu nie wystarczały te strzępy informacji, czekali więc na dłuższą relację brata. Ron jednak nie powiedział nic poza tym, że to, co im powiedziano, jest prawdą.
W przeważającej części.
- Ron – zaczął cicho George. – Jak się ma Hermiona?
- Nie wiem. Powiedzieli mi tylko to, że żyje.
- Co jej się stało?
Ron ukrył twarz w dłoniach.
Lekcje nie wyglądały inaczej. Wszyscy uczniowie dostali te same informacje od głów domów. Wszyscy chcieli wiedzieć ze szczegółami, co miało miejsce na trzecim piętrze, co stało się Harry’emu i Hermionie. Ron nie odpowiadał na żadne pytania. Kiedy słyszał którekolwiek z nich, czuł, jak zaciska mu się gardło.
Kto wtedy krzyczał?
Słyszałem, że Granger umarła!
Przyszli po Pottera, co?
Oberwałeś klątwą?
Kto był tym intruzem?
Widziałeś go?
Czy to był Syriusz Black?
Co się stało?
Co się stało?

Całe pomieszczenie zdawało się wirować. Ron zacisnął powieki, żeby to powstrzymać, kurczowo trzymał się swojego biurka. Po swojej prawej słyszał Malfoya, śmiech Ślizgona rozniósł się po sali. Ron poczuł ucisk w piersi. Dlaczego nie mógł oddychać? Czemu był zgniatany przez ściany?
Czyjaś ręka dotknęła jego ramienia, a on instynktownie próbował ją strząsnąć.
- Wszystko w porządku, stary?
Podniósł swoją bladą dłoń, by poluzować krawat. Czemu pętla była taka ciasna? Dusiła go! Musiał się uwolnić. To pomieszczenie było za małe!
Pokój znowu się zakołysał, kiedy Ron próbował wstać.
- Ron!
Krzyki.
- Cisza!
Wszyscy zamilkli, ostatnie szepty w kątach uciszyło spojrzenie profesora. Czyjeś silne ręce postawiły go na nogi. Czuł się tak, jakby jego mięśnie zamieniły się w galaretę.
- Finnegan! Przyprowadź głowę waszego domu. Jeśli puścicie o tym parę z ust, pożałujecie dnia, w którym się narodziliście!
Cisza wibrowała w uszach Rona, który był wpół prowadzony, wpół niesiony przez korytarz, cały czas walczył o oddech. Wreszcie jego ciało opadło na krzesło. Słyszał, jak gdzieś za nim zatrzaskują się drzwi, kiedy rozrywał na sobie duszące go ubranie. Zdjął szatę i sweter, a kiedy próbował poluzować kołnierzyk i krawat, usłyszał, jak ktoś otwiera i zamyka szafę. Nagle ktoś uniósł mu twarz i przyłożył mu do ust fiolkę.
- Wypij to, Weasley. – Chłopak wykonał polecenie wypowiedziane głosem, który przez ostatnie dni zmuszał go do wypicia olbrzymiej ilości mikstur. Tym razem płyn był zimny i bez smaku. – Skrzyżuj ręce na kolanach i połóż na nich głowę. – Ron zrobił to, zamykając przy tym oczy. Zaczynał czuć mdłości, miał nadzieję, że szybko miną.
Drzwi otwarły się i zamknęły – profesor wyszedł.
Rona ścisnęło w gardle. Próbował wziąć oddech, ale zamiast tego zaszlochał. Po chwili łzy spływały po jego twarzy, chociaż nie był do końca pewien dlaczego. Nie mogąc przestać płakać, zaczął się trząść. Żałośnie przyciągnął ramiona bliżej, obejmując się nimi w pasie, tak że czoło opierał teraz na jego kościstych kolanach. Jego spodnie szybko stały się wilgotne od łez.
Nawet nie słyszał, kiedy otworzyły się drzwi. Nagle poczuł, jak ręka łapie go za kark i podciąga do siadu. Poczuł szkło przy ustach.
- Wypij więcej. To ci pomoże.
Ron wypił. Rzeczywiście to mu pomogło. Zaczął się uspokajać, choć czuł się zmęczony i nadal dokuczały mu lekkie mdłości. Zaryzykował spojrzenie w górę na Mistrza Eliksirów, który również na niego patrzył , pochylając się nad swoim biurkiem z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Wyglądał na… zatroskanego. Nie, nie na zatroskanego. Przyglądał mu się badawczo, jakby był jedną z jego hipotez, którą udowodnił.
- Co to było? – wychrypiał Ron.
- Woda. – Oparł się dłońmi o biurko. – Czy wiesz, co się właśnie stało?
Ron potrząsnął głową.
- Miałeś atak paniki. Nie powinieneś jeszcze wracać na zajęcia.
Całą odpowiedzią Rona było zamknięcie oczu i położenie czoła na kolanach. Nudności jeszcze nie minęły, a ostatnią rzeczą, jakiej sobie życzył, było zwymiotowanie w gabinecie Snape’a. Chciał się położyć. Kręciło mu się w głowie. Czuł się tak, jakby jego ciało było z ołowiu. Wydawało mu się, że spada olbrzymiej wysokości, nagle poderwał głowę.
Profesor warknął. Potem podszedł do zasypiającego Rona. Nagle drewniane krzesło zaczęło być bardziej miękkie, a ręce profesora popchnęły Rona w tył, żeby położył się na transmutowanym materacu. Ron spał, zanim jego głowa dotknęła poduszki.
***
Minerwa McGonagall spieszyła do lochów, szukając Mistrza Eliksirów. Znalazła go za jego biurkiem z piórem w jednej dłoni i wypracowaniem drugiej.
- Co się stało, Severusie? Nie mogę zrozumieć nic, co Finnegan… - Nagle spostrzegła, ze sala jest pusta. – Co się stało z twoimi uczniami?
- Wysłałem ich do Pokojów Wspólnych.
- Dlaczego?
- Ponieważ gdyby zostali tu choć sekundę dłużej, przekląłbym każdego z nich po kolei – warknął, odkładając pióro i opierając się wygodniej.
- Co się stało?
- Weasley miał atak paniki w trakcie zajęć. – Położył ręce na kolanach. – Za wcześnie wrócił na zajęcia, za wcześnie wpadł w wir pytań o jego przejścia.
- To był jego wybór.
- Kiepski wybór. – Profesor wstał z krzesła jednym płynnym ruchem. – Zabierz go, proszę, z powrotem do jego dormitorium. Powiedz mu, żeby nie wracał, dopóki nie będzie gotowy.
- Z powrotem do dormitorium? To gdzie jest teraz?
- Śpi w moim gabinecie. – Obrócił się, żeby na nią spojrzeć. Na jej twarzy malowało się rozbawienie. – Jest tak wysoki jak ja. Oczekiwałaś, że zaniosę go do góry do jego pokoju?
McGonagall starała się nie roześmiać, wychodząc za Snape’em z klasy i następnie wchodząc do jego gabinetu, gdzie musiała zasłonić dłonią usta, żeby się nie roześmiać. Ron Weasley leżał spokojnie na materacu, pogrążony w głębokim śnie w gabinecie swojego najbardziej znienawidzonego nauczyciela, kompletnie nieświadomy faktu, że nad nim znajduje się półka ze słojami pełnymi oczu traszek, nóg pająków, wątrób ropuch i innych składników, od których cierpnie skóra. Na krześle obok McGonagall zauważyła jego szatę wierzchnią, sweter i krawat, zwinięte w staranne kostki.
- To musiał być skrzat domowy – Snape odpowiedział na jej nieme pytanie.
McGonagall uśmiechnęła się.
- Nie patrz tak na mnie, Minerwo – powiedział jej, po czym pochylił się nad chłopcem i potrząsnął jego ramieniem. – Obudź się, Weasley!
- Hmm?
- Profesor McGonagall zaprowadzi cię do dormitorium. Wstawaj!
Chłopiec wolno otworzył oczy i chwiejnie próbował wstać. Snape złapał go, zanim ponownie opadł na materac.
- Powoli.
Gdyby Gryfon był w pełni przytomny, na pewno zemdlałby, słysząc Snape’a mówiącego tak cicho i łagodnie. Ale nie był, dlatego pozwolił profesorowi poprowadzić się do swojej głowy domu.
- Dziękuję, Severusie – powiedziała z wdzięcznością – za wspaniałą opiekę nad moim wychowankiem.
Odpowiedział skinieniem głowy, a kiedy nauczycielka i jej uczeń wyszli z gabinetu, transmutował materac z powrotem w krzesło i wrócił do swojej pracy.
***
Jakkolwiek wiele pytań Gryfoni i pozostali uczniowie mieli do Rona, a jeszcze więcej do Harry’ego, większość z nich została bez odpowiedzi. Harry rzadko się odzywał, a jeśli już – mówił bez śladu emocji, przez co wszyscy jeszcze bardziej zastanawiali się, co tak właściwie się stało. Ograniczał kontakty z kolegami do minimum i prawie wszyscy zauważyli, że w ogóle nie spędza czasu z Ronem, ze swoim najlepszym przyjacielem. Żaden z nich nie był chętny do odnowienia znajomości.
Wszystko to było zauważalne i napędzało wyobraźnie uczniów, chociaż nikt nie wiedział, co to oznaczało. Nie byli dla siebie niemili, nie wszczynali kłótni i bójek, po prostu… unikali się. Zachowanie tych otwartych chłopców było denerwujące, delikatnie mówiąc.
Po prostu martwią się o Granger. Wszystko będzie dobrze, kiedy ona wróci.
Kiedy Granger wróciła do szkoły późnym popołudniem na początku listopada, zastała Pokój Wspólny pogrążony w ciszy. Większość uczyła się albo poszła już do łóżek. Ale jedna osoba wstała, kiedy tylko odsunął się portret i Hermiona weszła do pokoju. Kiedy ich oczy się spotkały, dziewczyna poczuła ucisk w gardle, a rudowłosy chłopak szybko przemierzył pokój, by ją przytulić.
Nawet kiedy zamknęła oczy, wtulając się w jego pierś, zalewały ją wspomnienia: Ron patrzący na nią zimnym wzrokiem, jego okrutne słowa. Ból. Zadrżała, przez co Ron wzmocnił uścisk, jakby starał się ochronić ją przed tym, co siedziało w jej własnej głowie.
- Przepraszam, Hermiono. Tak bardzo mi przykro.
Kobieto, puchu marny, ty jesteś jak zdrowie...
Avatar użytkownika
Morwena
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 718
Dołączył(a): 29 cze 2009, 16:15

Poprzednia strona

Powrót do FanFiction

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron