[NZ][T] Zagubiony [17/18]

W świecie Harry'ego Pottera. [UWAGA! Dział slash widoczny jedynie dla zarejestrowanych użytkowników]

Moderatorzy: cathyhope, Sweetkawai

[NZ][T] Zagubiony [17/18]

Postprzez Aratanooniel » 27 lip 2009, 22:43

Ten tekst na początku był tłumaczony na Dziurawcu przez immo_love, po jakimś czasie jednak tłumaczenie przejęłam ja. Za zgodą poprzedniej tłumaczki zamieszczam tekst również tutaj. Ja, Aratanooniel mam zgodę autorki. Każde inne tłumaczenie, które można znaleźć w internecie nie jest zgodne z wolą autorki.

tłumaczenie: immo_love (rozdziały 1 - 9) i Aratanooniel (pozostałe rozdziały poczynając od 10)

beta - Evelyn z Rivendell /dzięki! / (rozdziały tłumaczone przez immo_love)
Autorka - Danae3
Tytuł oryginalny - Lost http://www.fanfiction.net/s/1378106/1/
Rating: T (czyli +13)

Rozdział 1


tłumaczenie: immo_love

Noc jest po to by spać i śnić. Oczyszcza ciało i umysł z brudu pozostawionego przez te bezlitosne życie. Bo czyż całe nasze życie nie jest bezlitosne? Jak inaczej możemy naprawić to, co jest popsute, jeśli nie dzięki mijającemu czasowi? Tylko czas leczy rany. I czy ktoś ma prawo mówić że jest to niemożliwe? Ach...tylko spać i śnić, i zapomnieć o wszystkich okropnych rzeczach, które nas spotykają każdego dnia. Zapomnienie jest błogosławieństwem, dzięki niemu podążamy naprzód. Problem w tym, że niektórzy z nas mają więcej rzeczy do zapomnienia niż inni. Niektórzy z nas przeżywają całe swoje życie w przeciągu jednej chwili. Inni żyją jedynie chwilami w ciągu całego życia. Jest też kilku innych, zaledwie kilku?

Harry Potter, nie mogąc spać, usiadł na blacie biurka i wpatrywał się w solidnie zakratowane okno swojej sypialni na Privet Driver przy numerze 4. Na zewnątrz mocno padało ciężkim, kłującym w kości i mrożącym w duszę deszczem. Wiedział coś o tym. Stał na nim prawie trzy kwadranse, czekając aż wuj Vernon zabierze go z King?s Cross. Wzbudzał przy tym nerwowe spojrzenia mugoli, którzy nie mogli zrozumieć dlaczego jakiś dzieciak mógłby być na tyle tępy, by bez powodu stać na takiej pogodzie. Ale Harry miał powód. Bardzo dobry powód. Był nim Vernon Dursley.

Jego ramię wciąż było obolałe z powodu wyszarpnięcia z samochodu, a nadgarstek praktycznie skręcił się w przeciwną stronę, podczas gdy był ciągnięty do domu, a następnie do swojego pokoju. Nie udało mu się ani trochę ulżyć swojej ręce, nawet wtedy kiedy starał się nadążyć za szybkim krokiem wuja. Został bezceremonialnie wrzucony do swojej sypialni, zanim jeszcze kłódka na drzwiach zatrzasnęła się. Harry usiadł i ułożył na kolanach swoje ramię, które wciąż puchło i siniało po brutalnym potraktowaniu chłopaka przez wuja.

"Przynajmniej nie siedzę w komórce" pomyślał, przyciskając czoło do zimnego szkła i obserwując krople deszczu, spływające po szybie. Błyskawica przecięła niebo, rzucając niesamowite światło na jego skąpo urządzoną sypialnię.


Zabij niepotrzebnego.


Harry zacisnął mocno powieki na niewyraźne wspomnienie bólu przeszywającego jego bliznę. Wstrzymał oddech, gdy grzmot z hukiem wstrząsnął jego ciałem.

Cedrik Diggory, reprezentant Hogwartu, odszedł. Zamordowany.

Zabij niepotrzebnego.

Nie był nawet osobą. Jedynie niepotrzebnym ciałem, które przybyło ze świstoklika. Nie był Chłopcem, Który Przeżył, więc nie mógł przeżyć. Nie był tym, którego chciał Voldemort, więc został zabity.

Cholerna, pokręcona ironia.

Chwycimy go jednocześnie. Tak czy owak, to zwycięstwo Hogwartu.

Przegraliśmy. Wszyscy. Obaj. Każdy z nas. Ale Cedrik...

Harry patrzył w twarz Cedrika, w jego otwarte szare oczy, martwe, bez wyrazu, na jego półotwarte usta, zastygłe w lekkim zdziwieniu.

Ponownie zacisnął powieki.

Zabierz ze sobą moje ciało, dobrze? Zabierz moje ciało, oddaj je moim rodzicom...


Harry schował twarz w swoje lewe ramię i pozwolił spłynąć łzom, które pojawiły się po raz pierwszy od czasu zajścia na cmentarzu. Swoim pierwszym łzom z dala od Hogwartu i Dumbledore`a. Z dala od Rona i Hermiony.


Całkiem sam w swojej małej sypialni na szczycie schodów, na Privet Drive numer 4, Harry Potter, Chłopiec Który Przeżył, płakał.

Rozdział 2

tłumaczenie: immo_love

Okropną męką jest obudzić się i nie czuć nic poza bólem w tych paru, wydawałoby się, niekończących się sekundach, kiedy umysł próbuje wrócić do stanu świadomości. Niespodziewanie, najbardziej spokojne sny przybierają straszliwy obrót, stając się koszmarami. Wtedy nie dryfujemy. My spadamy. A nasze ciało desperacko próbuje obudzić się, by uniknąć czekającej na niego śmierci.


Dokładnie w takim stanie obudził się Harry. Bezradnie spadał w bezkresną przepaść, nim gwałtownie wylądował na łóżku. Jego oczy były szeroko otwarte i przez chwilę zastanawiał się, czy aby ciągle nie śni. Sięgnął po okulary, tracąc oddech, gdy ból przeszył jego rękę. Z całą pewnością nie był to sen.

Chłopiec podniósł się obejmując swoją prawą rękę lewą i obrócił się na bok, by móc dosięgnąć okularów. Wiedział, co zobaczy, zanim jeszcze je założył.

Jego przedramię było opuchnięte wystarczająco mocno, by mogło boleć. Jednak to nadgarstek i dłoń go martwiły. Nadgarstek spuchł do podwójnych rozmiarów i przez noc nabrał fioletowo-szarego odcienia. Spuchły również dłoń i palce, na tyle mocno, iż nie mógł ścisnąć dłoni w pięść, jedynie zdołał lekko zgiąć. Jego mały i serdeczny palec były intensywnie fioletowe.


Harry dotknął ostrożnie opuchnięte miejsca. Czuł jedynie ból, który przenikał całe jego ramię. Odetchnął krótko, zanim mocno zagryzł dolną wargę, starając się powstrzymać krzyk. Wiedział, że będzie musiał sobie poradzić zwykłymi mugolskimi sposobami, bez żadnej magicznej pomocy. Wyślizgnął więc się z łóżka i zakradł na dół, by wziąć trochę lodu na swoją rękę.


Niestety, cała rodzina Dursleyów zgromadziła się już w kuchni. Przeszedł obok nich w stronę lodówki, modląc się, by nikt go nie zauważył.

- Co ty niby robisz? - usłyszał, gdy otwierał drzwiczki zamrażarki. Wuj Vernon surowo wpatrywał się w niego znad gazety.

- Ja?Mój nadgarstek jest spuchnięty. Potrzebuję trochę lodu.

- A w jaki sposób zraniłeś swój nadgarstek? - niewinnie spytał się Dudley.

Harry przeszył wzrokiem Dudleya, po czym popatrzył znacząco na swojego wuja.

- Zraniłem się, wychodząc wczoraj z samochodu ? wymamrotał, zaciskając zęby.

Ciotka Petunia chwyciła gwałtownie jego spuchniętą rękę, wywołując okrzyk bólu z ust Harry`ego, i zerknęła na ramię.

- Przestań się mazgaić. Nie jest aż tak źle. - Włożyła mu łopatkę do lewej dłoni. - Skończ smażyć jajka. I uważaj, nie spal ich. - Zbliżyła się do Dudleya i objęła ramionami jego potężne bary. - Dziś jest pierwszy dzień powrotu Dudziaczka do domu i chcę, żeby był wyjątkowy. - Dudley najpierw uśmiechnął się anielsko do matki, potem szyderczo do Harry`ego.

Harry westchnął i odwrócił się do kuchenki. Nie mógł złapać łopatki prawą ręką (bolała wystarczająco nawet bez dotykania), więc był zmuszony do mieszania lewą. Rozmieszał jajka niezręcznie wokół patelni, rozpryskując je na kuchence raz czy dwa. Papierowym ręcznikiem wytarł ukradkiem plamy, po czym, nie zdoławszy podnieś patelni i podać jajek, wziął talerz ze stołu, położył na tafli kuchenki i wypełnił go jedzeniem.
Z chwilą, kiedy przenosił pojedynczo talerze z powrotem na stół, poranne wydarzenia przybrały zły obrót.

Gdy Harry stawiał zapełniony talerz Dudley`a, kuzyn niespodziewanie kopnął jego krzesło, tym samym uderzając opuchniętą rękę Harry`ego, którą ten trzymał blisko klatki piersiowej. Harry wrzasnął, upuszczając talerz na stół i łapiąc się za zranioną dłoń. Porcelana uderzyła o brzeg stołu i roztrzaskała na parkiecie, rozrzucając kawałki jajek i bekonu po czystej podłodze.

- Patrz, co narobiłeś, ty idioto! - krzyknął wuj Vernon, trzepiąc Harry`ego po głowie tak mocno, że zrzucił mu okulary.
Harry stał, próbując złapać powietrze i mrugał intensywnie, by pozbyć się białych plam, wirujących mu przed oczami.

- Moje okulary - wykrztusił, szukając wzrokiem ich zarysu na podłodze.

TRACH!

- Tutaj są, Harry. - oświadczył Dudley, upuszczając skrzywione oprawki oraz szkła w ręce chłopaka. Harry przyłożył je do twarzy, ale nie chciały nawet na niej pozostać. Włosy na karku zjeżyły mu się ze złości.

- Stłukłeś mi okulary! - Harry wrzasnął na swojego otyłego kuzyna. - Stłukłeś je celowo!

- Nie krzycz na Dudleya! - Wuj Vernon ryknął.

- Ty tłusty wieprzu! - Harry ciągnął, nie mogąc powstrzymać słów wylatujących z jego ust. - Ty gruby, bezmózgi mugol... - Waza na stole roztrzaskała się.

- HARRY!

- Ty przebrzydły przygłupie!

- WYSTARCZY! - ryknął Vernon, uderzając Harry`ego mocno w bok głowy. Chłopak upadł na podłogę, waląc głową o stół. W uszach mu dzwoniło, twarz paliła. Gdy się odwrócił i spojrzał w górę, zobaczył wiszący nad nim buraczany łeb wuja Vernona. Ten chwycił chłopca za kołnierz i wywlekając z pokoju, warknął na Petunię i Dudleya, by zostali tam, gdzie są.

Harry zmagał się z uściskiem swojego wuja, walcząc o łyk powietrza, pomimo wżynającej mu się w szyję koszuli. Vernon uwolnił go dopiero wtedy, gdy z powrotem znaleźli się w pokoju chłopaka. Zamknął drzwi za sobą i odwrócił swoją twarz do siostrzeńca leżącego w rozgardiaszu na podłodze, łapiącego z trudem powietrze i masującego swoją szyję,

-Jak śmiesz grozić mojej rodzinie - powiedział przerażająco spokojnym głosem. -- Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłem, od kiedy twoim rodzice umarli: przygarnąłem cię, karmiłem i ubierałem. I jak mi się odwdzięczasz? Grożąc mojemu synowi!?

- Nie groziłem mu! - wrzasnął Harry.

- Więc teraz nazywasz mnie kłamcą, tak?

- Nie, sir - ciągle siedząc Harry odsuwał się od Vernona nogami aż jego plecy dotknęły łóżka. Jednak wciąż znajdował się niewystarczająco daleko. Masywna łapa Dursleya owinęła się wokół szyi chłopca, na tyle mocno, by utrudnić mu oddychanie, nie pozbawiając go powietrza. Jego wielka twarz była parę cali od twarzy Harry`ego.

- W tej chwili mógłbym zacisnąć i zakończyć twoje nędzne, nic nie warte życie.

- I wielu wielkich czarodziei ścigałoby cię, żebyś za to odpowiedział - odpowiedział Harry, próbując powstrzymać strach wkradający się do jego głosu.

- Dlaczego? Ponieważ jesteś cholernym Harry`m Potterem? - Ręka zacisnęła się.

- Nie. Ponieważ byłbyś mordercą. - Ręka poluzowała uścisk. Harry odetchnął głęboko, próbując uzupełnić tlen w płucach i upadł, krztusząc się. Schował twarz w zgięciu lewej ręki, kiedy wił się w skurczach, próbując wciągnąć więcej powietrza.

- Myślisz że jesteś od nas lepszy, co nie? - Vernon ciągnął. -Ponieważ jesteś małym dziwadłem, które macha dookoła patykiem i sprawia, że rzeczy się zdarzają. Myślisz, że możesz robić wszystko, co ci się podoba, gdy jesteś w tym domu. - Nadepnął mocno obcasem na prawą rękę Harry`ego, przenosząc w to miejsce cały ciężar swojego ciała. - Nie możesz używać magii, jeśli nie możesz trzymać różdżki!

Harry nie słyszał ostatniego okrzyku. Jego mózg był przepełniony białymi błyskami straszliwego bólu.

- Wstawaj, chłopcze! - ryknął jego wuj. Mimo iż chciał, Harry nie mógł się ruszyć. Vernon wymierzył szybki kopniak w żebra młodego czarodzieja ? Powiedziałem: wstawaj! - Kolejny silny kopniak wylądował na jego plecach. - Wstań, chłopcze! - Chwycił tył koszulki Harry`ego i podniósł go na nogi. Chłopak wywrócił się do tyłu, nie mogąc ustać o własnych siłach.

Myśli miał niejasne. Ręce szukały jakiejkolwiek podpory mogącej go utrzymać. Jego trzęsące się nogi zrobiły krok ku drzwiom, nim pięść wuja Vernona zderzyła się z jego twarzą. Harry znowu upadł na podłogę, kaszląc mocno i plując krwią. Czuł się, jakby tonął.

- Znowu chcesz uciec? - Czy on rzeczywiście tonął? Głos zdawał się dochodzić z wielkiej odległości. Harry znów próbował się podnieść, by stawić czoło swojemu napastnikowi, którym był jego wuj. Ciemność zaczynała go pogrążać. - Chcesz być zdany na własne siły? Proszę bardzo. Ale tym razem nie wracaj! - Chwycił tył koszulki Harry`ego, wywlekając go z pokoju i w dół korytarza. Zatrzymując się na szczycie schodów, po raz ostatni zwrócił się do chłopaka. - Wynocha z mojego domu! - ryknął, spychając go z najwyższego stopnia schodów.

Nieważkość owładnęła Harry`ego, zanim usłyszał krzyczącą kobietę. Przez chwilę myślał, że to jego matka. Wtedy jego ciało obróciło się w powietrzu i zobaczył pędzące na niego schody. Więcej już nie myślał.
Ostatnio edytowano 24 sie 2009, 09:59 przez Aratanooniel, łącznie edytowano 5 razy
Z mądrości moderatorskich: Oczywiste oczywistości nie istnieją. Zrób facepalm i ruszaj dalej.
Nielusiowe tworki|Nielusiowa zupka|Niela czyta Puella bella
Akcja KDT
Obrazek
Aratanooniel
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 523
Dołączył(a): 01 maja 2009, 13:58
Lokalizacja: Rzeszów

Re: [NZ]Zagubiony [11/18] [T]

Postprzez Aratanooniel » 27 lip 2009, 22:46

Rozdział 3

tłumaczenie: immo_love

Za swoim wielkim, dębowym stołem w środkowej wieży Hogwartu, Szkoły Magii i Czarodziejstwa, siedział Albus Dumbledore, przeglądając najnowszą korespondencję, którą otrzymał od godnych zaufania czarownic i czarodziei z całej Anglii. Wiedział już, że Czarny Pan odrodził się na nowo, więc postanowił nie marnować czasu i wezwać starą gwardię. Jego ręka zniknęła w fałdach szaty, by wyłonić się z małym, złotym, kieszonkowym zegarkiem. Rzucił szybko na niego okiem, bowiem Severus w każdej chwili mógł dołączyć do niego, by zdać raport o działaniach Śmierciożerców. Ze znużeniem odłożył pióro na bok, zdjął okulary i potarł zmęczone niebieskie oczy.

Niespodziewanie w jego kominku buchnął zielony płomień. Odłożył więc okulary i odwrócił twarz do unoszącej się wśród płomieni głowy starszej kobiety.

- Dobry wieczór, Arabello .Jak się mają sprawy w Little Whinging?

- Nie za dobrze - odparła głowa, kiwając się na boki - Obawiam się, że coś złego przytrafiło się Harry`emu ? wraz z tymi słowami słychać było pukanie do drzwi i do pokoju wszedł Severus Snape. Pomimo ciepłej temperatury na zewnątrz, był ubrany całkowicie na czarno. Zatrzymał się, kiedy zauważył unoszącą się w kominku głowę Arabelli Figg.

? Wolisz, żebym przyszedł później? - zapytał.

- Nie, Severusie. Twoje wyczucie czasu jest doskonałe.

Odwrócił twarz do kominka.

- Arabello, co z Harry`m?

- Nie wiem, Albusie, ale nie widziałam chłopaka od kilku dni. Pytałam o niego Petunię Dursley, ale niechętnie o nim mówiła. A gdy przechodziłam dziś rano, w czasie mojego codziennego spaceru obok ich domu, znalazłam jego kufer i pustą klatkę w koszu na śmieci. Są teraz w moim domu, ale boję się, że stało się coś złego.

- Czy mógłbyś mi towarzyszyć, Severusie? - spytał niepotrzebnie Dumbledore. Mistrz Eliksirów już zmierzał w stronę kominka. Mężczyźni weszli w płomienie i pojawili się w salonie Arabelli, gdzie ta stała, załamując ręce. Dumbledore chwycił wątłe ramię kobiety, by dodać jej otuchy - Wszystko będzie dobrze, Arabello. Odkryjemy, co jest nie tak.

Wolno skinęła głową, obserwując, jak dwóch mężczyzn znika z jej salonu.

Kiedy usłyszawszy pukanie Dudley Dursley otworzył drzwi i zobaczył stojących na progu dwóch dziwnie ubranych mężczyzn, trzasnął drzwiami i z marszu zawołał swojego ojca. Vernon Dursley, z całą twarzą poskręcaną z wściekłości, otworzył drzwi z impetem.

- Czego chcecie? - zapytał.

- Rozmawiać z Harry?m Potterem - odparł starszy i niższy z mężczyzn.

- Nie ma go tu - pan Dursley warknął i przesunął się, by zamknąć drzwi. Były jednak zablokowane przez wyciągniętą rękę bardzo wysokiego dżentelmena w czerni.

- Nie będziesz odzywał się do Dyrektora takim tonem ? powiedział, i chociaż jego twarz i głos zdawały się być spokojne, ogień w czarnych oczach groził niebezpieczeństwem.

- Wszystko w porządku, Severusie - powiedział starzec. - Panie Dursley, jestem Albus Dumbledore, Dyrektor Hogwartu, a to jest Severus Snape, nasz Mistrz Eliksirów. Być może powinien pan nas zaprosić do środka.

Vernon Dursley patrzył to na Dumbledore`a, to na Snape, ze spokojnych niebieskich do groźnych czarnych oczu, i, aczkolwiek niechętnie, wycofał się do przedpokoju, pozwalając obu mężczyznom wejść do swojego domu.

Dumbledore wszedł przez główny korytarz do salonu, jak gdyby był mile widzianym gościem. Na widok Petunii uśmiechnął się uprzejmie i zgodził się, że filiżanka herbaty brzmi znakomicie (mimo iż żadnej nie proponowała), po czym usiadł na fotelu w rogu pokoju, skąd mógł wszystkich widzieć. Obok Dumbledore`a, ze skrzyżowanymi na piersiach rękami, nie ukazując żadnych emocji, stanął Snape, bacznie obserwując każdy ruch mugolskich opiekunów Pottera.

Petunia wkroczyła do pokoju z herbatą i Dumbledore skinął na oboje, by spoczęli na kanapie. Usiedli - Petunia niezwykle sztywno, a Vernon z widoczną wściekłością.

- A więc - Dumbledore zaczął, popijając przy tym herbatę, -Powiedziałeś przed chwilą, że Harry`go tutaj nie ma. Gdzie w takim razie jest?

Petunia nagle zbladła.

- Nie ma go tu - powtórzył Vernon.

- Źle pan zrozumiał pytanie, panie Dursley. Nie pytałem, gdzie go nie ma. Pytałem, gdzie jest.

- Uciekł.

- Uciekł? - Dumbledore wymienił spojrzenie ze Snape`em. - Jak dawno temu?

- Zaraz po tym jak przywieźliśmy go do domu. - Jego oczy błądziły niewygodnie po Snapie, który wydawał się nigdy nie mrugać.

- Dlaczego nie powiadomiliście nas o sytuacji? - spytał Dumbledore.

- Chłopak groził mojemu synowi! - zagrzmiał Vernon. - Szczerze mówiąc, cieszę się, że już go nie ma. Jest zagrożeniem! - Ta wypowiedź wywołała reakcję u Snape`a. Jedna z brwi podniosła się wysoko powyżej drugiej, jednak zachował milczenie.

- Proszę wybaczyć mi na moment, panie Dursley - Dumbledore powiedział spokojnie -ale Harry nie jest typem chłopca, który wdawałby się w bójkę z innym chłopakiem i uciekał. Czy coś jeszcze się wydarzyło? Coś, co mogłoby skłonić go do ucieczki?

- Co sugerujesz? - Vernon krzyknął, wstając z kanapy.

Snape stanął między potężną górą człowieka, jaką tworzyła osoba pana Dursley'a, a Dumbledore'm. Jego ręce były ciągle skrzyżowane, ale z wyraźnie widoczną dla Vernona różdżką, ściśniętą w jednej z dłoni.

? Niech pan usiądzie, panie Dursley - powiedział chłodno.

- Twoja poza może przestraszyć grupę dzieciaków w tej szkole, ale?

- Zapewniam cię, moja poza przeraża dzieciaki w tej szkole tak samo, jak ludzi większych i potężniejszych niż ja sam. Powtórzę: niech pan usiądzie, panie Dursley.

Stojąc, dwoje mężczyzn przyglądało się sobie wzajemnie: jeden, cały czerwony na twarzy, drugi - chłodny i opanowany.

- Wystarczy, Severusie - przemówił Dumbledore, podnosząc rękę - Kiedy będziemy stąd wychodzić, jedyna żyjąca rodzina Harry`ego powinna pozostać w jednym kawałku.

Vernon patrzył z wściekłością na starego czarodzieja, lecz powrócił na kanapę, świadom konsekwencji, wynikających ze słów starca.

- Więc, pani Dursley, czy mogłaby pani zaprowadzić profesora Snape`a do pokoju Harry`ego?

- Mówiłem wam, tu go nie ma - gniewnie burknął pan Dursley.

- Byłem tego świadom od momentu, w którym wszedłem do pańskiego domu - odrzekł mu Dumbledore - Jednakże, chciałbym, by profesor Snape zbadał pokój. Być może Harry zostawił jakąś wskazówkę, dokąd poszedł. Dzięki temu będę mógł porozmawiać z panem na osobności, panie Dursley.

Vernon uśmiechnął się złowrogo, nie zauważając równie złowrogiego uśmiechu, skradającego się na wargi Snape`a. Petunia była wyraźnie zatrwożona na sam pomysł zostania samej z Mistrzem Eliksirów, lecz bez słów podniosła się i wyprowadziła Snape`a z pokoju. Podążył za nią na górę do pokoju z kilkoma zamkami, zdobiącymi drzwi.

- Czemu na tych drzwiach są kłódki? -spytał.

Skuliła się na dźwięk jego głosu.

- To...to było używane jako składzik, zanim Harry się wprowadził.

Snape wpatrywał się dłuższą chwilę w kobietę, nim pani Dursley odwróciła wzrok i otworzyła drzwi. Profesor wszedł do maleńkiego pokoju, kierując się wpierw do okna.

- W tym oknie są kraty - To było stwierdzenie, ale spojrzał na kobietę, czekając na odpowiedź.

- Śro?środki bezpieczeństwa.

- Jeśli się nie mylę, jesteśmy na drugim piętrze, do tego jest to jedyny pokój z kratami. Czy może były używane, by zatrzymać kogoś w środku? - Nie zaczekał na odpowiedź, pochylił się, badając biurko i jego zawartość.
Było zarysowane, jak gdyby chłopiec albo stał, albo siedział na biurku z nałożonymi butami. Snape postawił na to drugie. Zawartość biurka była znikoma. Szuflady prawie puste, jeśli nie liczyć paru kartek papieru i długopisu. Żadnych pergaminów. Żadnych piór. Następnie ruszył do łóżka, które było zaścielone. Mógł poczuć zapach świeżo wyprasowanej pościeli, i wiedział, że nie znajdzie tu nic, co mogłoby mu pomóc. Z szafą było podobnie. Rozpoznał wiszące starannie na wieszakach ubrania Pottera. Nie było żadnych pustych wieszaków. Potter nie zabrał żadnych ubrań ze sobą, co oznaczało, że opuścił dom w wielkim pośpiechu. Starannie obserwując reakcję pani Dursley, wyraził na głos swoje przepuszczenie. Momentalnie zrobiła się blada jak ściana, i przez moment miał wrażenie, że kobieta zemdleje.

Snape skrzywił się i ponownie przeszedł przez pokój w kierunku drzwi, zatrzymując się nagle i spoglądając w dół na podłogę. Jedna z desek nieznacznie zmieniła swoją pozycję, gdy na niej stanął. Schylił się w dół i wodził swoimi długimi palcami po podłodze, aż odkrył tą luźną i podważył ją. Pod nią znalazł książki szkolne Pottera, jego pergaminy i pióra - cały jego czarodziejski dobytek. Petunia pisnęła, gdy zaczął wyciągać przedmioty spod podłogi. Odnalazł także kilka czerstwych ciast, przypuszczalnie z poprzednich wakacji. By być pewnym, że wydobył wszystko, sięgnął ręką jeszcze raz i jego palce przemknęły po skórzanej powierzchni, leżącej pod sąsiednią deską. Dziennik, rozpoznał, gdy w końcu wyciągnął przedmiot. Rozplątawszy skórzany sznurek, którym był związany, otworzył go i przewrócił kartki na ostatni wpis.

18 Czerwca- Znowu jestem w domu na Privet Drive. Nic się tu nie zmieniło, mimo to czuję, jakby wszystko było inne. Voldemort powrócił, ale Dursleyowie ciągle martwią się, by sprawiać wokół wrażenie normalnych. Chyba zazdroszczę im tego, że bycie normalnym jest dla nich największym zmartwieniem. Chciałbym, by to było moim największym problemem. Zamiast tego, tkwię z wizjami morderstw i tortur, oraz wiedzą, że najbardziej zły czarodziej, jaki kiedykolwiek istniał, chce mnie widzieć martwym tylko dlatego, że jeszcze taki nie jestem. Każdego ranka budzę się wiedząc, że Cedrik nigdy się nie obudzi, i to ja jestem temu winien. To nawet lepiej, że jestem gdzie jestem: nie widzę, jak wszyscy wpatrują się we mnie tym pełnym litości wzrokiem, mimo iż za moimi plecami oni także wiedzą, że to ja jestem winien. Nie jestem chodzącą śmiercią, ale z pewnością trzyma się ona mnie blisko.
Przynajmniej Dursleyowie w pełni okazują swoje obrzydzenie... może nawet trochę za bardzo. Moja ręka boli, jakby płonęła. Nie sądzę by była złamana, ale zaczyna puchnąć. Czy powinienem powiedzieć o tym wujowi Vernonowi? Może zabierze mnie gdzieś, by to sprawdzić. Z drugiej strony, lekarze mogą zacząć zadawać pytania. Poczekam do rana. Może do tego czasu będzie lepiej.


- W jaki sposób Potter zranił swoją rękę? - Snape spytał bez podnoszenia wzroku. Wiedział, że czegokolwiek Petunia by nie odpowiedziała, będzie to kłamstwo, mimo to zapytał. Jej oddech stał się przyspieszony i nieregularny. Snape rozpoznał niewypowiedzianą odpowiedź: Vernon Dursley. Wstał więc, nieobecny myślami strzepnął ubranie, zerkając po pokoju i wypatrując innych małych szczegółów, które mógł przeoczyć.

Na podłodze blisko podnóża łóżka zauważył świeże rysy.

- Łóżko zostało przesunięte ? skomentował bardziej do siebie, niż do tej cholernej kobiety. Podniósł różdżkę. - Wingardium Leviosa. - Łóżko zaczęło się podnosić. Pani Dursley wybiegła z pokoju jak wariatka, lecz czy było to z obawy przed Snape`em, przed magią, czy z obawy przed tym, co mógł znaleźć, Mistrz Eliksirów nie był pewien. Zajrzał pod podniesione łóżko i dokładnie zbadał plamę na podłodze. Wyraźnie widać było ślady szorowania, lecz plama nie chciała zejść, łóżko więc zostało przesunięte by ją zakryć. Krew. Niezbyt dużo, lecz wystarczająco, by zaniepokoić Snape`a.

Odsunął łóżko na miejsce, zabrał resztę dobytku Potter`a, i zszedł schodami na dół, by dołączyć do profesora Dumbledore`a.

- Och, Severusie. Widzę, że znalazłeś kilka rzeczy - powitał go Dumbledore, gdy pojawił się w salonie.

- Tak. Kilka bardzo interesujących rzeczy - odparł Snape, pozwalając swojemu spojrzeniu zawędrować na Dursleya. To, co zobaczył, mogłoby go rozbawić, gdyby nie rzeczy znalezione w sypialni Pottera. Dursley siedział bardzo sztywno na kanapie, z obiema rękami złożonymi razem na kolanach. Jego oczy ukazywały skrajny strach, ale nic nie powiedział. Dumbledore spokojnie popijał swoją herbatę.

- Już pora, byśmy wrócili do szkoły - powiedział, odstawiając swoją filiżankę na bok. - Panie Dursley, dziękuję twojej uroczej żonie za herbatę, a tobie za poświęcony mi czas. Severusie...- Machnął różdżką i zniknął z pokoju.

Ciągle trzymając w zgięciu ramienia dobytek Pottera, Snape odwrócił się do pana Dursleya, który wpatrywał się w niego, ponownie ze złością.

- Panie Dursley - powiedział Snape jedwabistym głosem. - Mam pewne własne wyobrażenie na temat tego, co zrobiłeś panu Potterowi. Jeśli odkryję, że chłopcu stała się jakakolwiek krzywda z twojego powodu, pośrednio czy bezpośrednio, zapewniam cię, że wrócę, by omówić z tobą tę sprawę.

- Nie boję się ciebie!

- Crucio. - Snape pozwolił zaklęciu trwać zaledwie sekundy, nim je przerwał. Wystarczająco długo jednak, by zyskać uwagę Dursleya. Wtedy, pochylając się blisko ucha mężczyzny, szepnął: -A powinieneś.

Rozdział 4

tłumaczenie: immo_love

- To - Ron Weasley jęknął, mocniej chwytając podartą zasłonę, wiszącą w jednej z licznych sypialni przy numerze 12 na ulicy Grimmauld Place - jest najbardziej obrzydliwa rzecz, jaką kiedykolwiek widziałem. - Mocniej pociągnął za zasłonę, próbując wyszarpnąć ją z karnisza. - No bo, co ten skrzat niby robił przez ostatnie - Aaau!

Hermiona, Fred, George, i Ginny odwrócili się słysząc krzyk, by zobaczyć próbującego uwolnić się spod zasłon Rona, teraz leżącego na podłodze w towarzystwie grupki sporych pająków. Cały blady próbował oddalić się od dziewięcio-odnożnych pajęczaków, pełznących ku niemu.

-Uuuu, mały Ronuś nie lubi pająków - zagruchotał Fred, a George machnął w ich stronę różdżką, paraliżując je. Ginny zachichotała, gdy Fred podniósł jednego z nich i przytrzymał przed twarzą młodszego brata. Skóra Rona przybrała niezdrowy, zielony odcień, gdy jego brat przysunął pająka jeszcze bliżej.

- Och, Fred, zostaw go w spokoju - z poirytowaniem zażądała Hermiona.

- Nie zostawię - nie zgodził się, oburzony - To nie moja wina, że on nie lubi pająków.

- Właściwie, to jest twoja wina - przypomniał mu George.

- A tak. - Uśmiech zakwitł mu na twarzy. - Dawaj Ron. Przytul Misia - Rzucił pająka na twarz Rona, który wrzasnął, strącając go z dłoni Freda i pchając na szafę z głośnym trzaskiem.

Cały pokój momentalnie zamarł na dźwięk skrzypiącej podłogi. Ktoś nadchodził. Wzrok Freda i Rona momentalnie zatrzymał się na odpadających drzwiczkach szafy.

- Niech któryś to naprawi - syknęła Hermiona.

- Może to tylko Syriusz - zasugerowała Ginny.

- No cóż, jestem pewna, że Syriusz nie będzie zadowolony, że tych dwóch niszczy jego..

- Nie -przerwał jej George - To z pewnością nie jest Syriusz - Zaczął wycofywać się od drzwi. - Znam te kroki.

- Mama! - Fred i Ron wykrztusili jednocześnie, próbując wyglądać tak niewinnie, jak tylko się dało, gdy drzwi gwałtownie się otworzyły.

- CO WY TU ROBICIE, CHŁOPCY?! ZOSTAWIAM WAS SAMYCH NA PIĘĆ MINUT?

- Czemu sądzisz, że to my? - spytał George niewinnie. - To mogły być Ginny z Hermioną.

- Tak - dodał Fred - Ginny nazwała Hermionę kręconą?

- FRED, ŻADNEGO SŁOWA WIĘCEJ! TO MI WYSTARCZY! PRÓBUJEMY MIEĆ SPOTKANIE NA DOLE, ALE WY, CHŁOPCY?

- I dziewczyny - wtrącił uprzejmie George.

- ZACHOWUJECIE SIĘ JAK PIĘCIOLATKI! ŻADNEGO SZEPTU WIĘCEJ! - Pani Weasley odwróciła się do Rona i Hermiony. - Ron, Hermiono, proszę, zejdźcie na dół.

- Co? - Ginny krzyknęła - Mamo, a ja...?

- Nie, Ginny - Pani Weasley powiedziała stanowczo - Poproszeni byli jedynie Ron i Hermiona. Ty zostaniesz tu z tymi dwoma.

- Ale?! - Pozostała trójka Wealeyów nie dawała za wygraną.

- Zostaniecie! - Głos pani Weasley ponownie wzrósł o parę skali. ? Wasza trójka zostanie tutaj i jeśli usłyszę jakikolwiek hałas skonfiskuję wasze różdżki...do końca wakacji!

- Nie możesz! - zawył Fred.

- Sprawdź mnie! ? Powiedziawszy to wyszła z pokoju, zabierając ze sobą Hermionę i Rona, który zdołał po raz ostatni rzucić okiem na rodzeństwo i zobaczyć zazdrość na ich twarzach. Pani Weasley nie odezwała się do nich więcej, gdy w milczeniu podążali za nią w dół schodów. Odwróciła się i położyła palec na ustach, kiedy przemknęli przez korytarz i ostatecznie dotarli do kuchni, gdzie zebrał się mały tłumek członków Zakonu Feniksa. Ron rozejrzał się i zobaczył Dumbledore`a, siedzącego na szczycie stołu z jego ojcem i bratem - Billem, siedzącym po jego lewej stronie i Lupinem po prawej, wraz z prostoduszną Tonks paradującej z niezwykle jasnymi czerwonymi kolcami na głowie. Reszta stołu zajęta była przez Szalonookiego Moody`ego, Kingsley`a Shacklebolta i kilkoma innymi osobami, które Ron znał jedynie z widzenia. Profesor Snape ze skrzyżowanymi na piersiach rękami opierał się o kuchenkę, zaś Syriusz stał oparty o kredens, wyraźnie zmartwiony.

- Ron, Hermiono, dziękuję, że tak szybko przyszliście. Proszę, usiądźcie. - przywitał ich Dumbledore, a Lupin i Tonks wstali, ustępując miejsca nowo przybyłym. Tonks oparła się o kredens obok Syriusza, a Lupin wyjął różdżkę i wyczarował dwa krzesła, dla siebie i pani Weasley.

- Czy my?zrobiliśmy coś złego? - spytał Ron, rozglądając się dookoła pokoju i przyglądając się poważnym twarzom.

- Nie - zapewnił ich Dumbledore - Po prostu musimy zadać wam parę pytań.

- Pytań? - wypaliła Hermiona.

- Na temat Harry`ego.

- Coś nie tak z Harrym? - spytała szybko Hermiona.

- Harry zaginął - oznajmił po prostu Dumbledore.

- Zaginął? - Ron rozejrzał się dookoła, zastanawiając się, czy jest ofiarą jakiegoś kiepskiego żartu. - Jak on mógł zaginąć? Myślałem że go pilnujecie, no wiecie, Zakon.

? Ci, którzy pilnowali Harry`ego - poinformował ich Lupin - dostali bardzo ścisłe rozkazy. Mieli obserwować, czy na ulicy i w sąsiedztwie domu nie dzieje się nic podejrzanego. Jednakże mieli być niewidoczni, jak i nie wchodzić do domu - Zerknął na Dumbledore`a, jak gdyby prosząc o zgodę na kontynuowanie. - Ani razu nie widziano by opuszczał dom, zakładano więc, że jest w nim cały czas. To pasowało do tego, co wiadomo było powszechnie o Dursleyach i ich zachowaniu w wobec Harry`ego. Jednakże? - Popatrzył przelotnie na Dumbledore`a, dając znać, by ten mówił dalej:

- Jeden z wartowników nabrał podejrzeń co do tego, czy Harry jest w środku. Wraz z profesorem Snape`em sprawdziliśmy to i odkryliśmy, że to niestety prawda. Tak więc - dokończył, łącząc koniuszki palców i przyglądając im się. - Muszę wiedzieć, czy któreś z was przez te całe wakacje nie otrzymało jakiejkolwiek wiadomości od Harry`ego.

Potrząsnęli głowami.

- Nic? Nawet słowa?

- Czy istnieje jakieś miejsce gdzie mógłby się udać, gdyby miał kłopoty? - zasugerował Syriusz. - Gdyby musiał przed czymś uciekać?

- Nora - odparł Ron - Ale wiedzielibyśmy, jeśli by tam przyszedł, prawda?

- Tak - odpowiedział ojciec Rona. Rozejrzał się po pokoju. ? To, co potrzebujemy, to dowiedzieć się, w jaki sposób wyszedł niezauważony z domu.

- Kogo to była zmiana? ? spytała pani Weasley.

-Dunga ? odparł Syriusz - Ale przysięga że był tam przez cały czas. - Pani Weasley prychnęła.

- Chłopak ma Pelerynę Niewidkę - wtrącił Snape.

- Mi też ta myśl nie dawała spokoju - zgodził się z nim Lupin. - Sprawdziłem. Jego peleryna jest w jego kufrze, tak samo jak i różdżka.

Na chwilę pokój pogrążył się w milczeniu, póki nie odezwał się Kingsley Shacklebolt:

- Z tego co powiedzieli nam Snape i Dumbledore, uważam, że nie możemy wykluczać możliwości że Harry nie opuścił?

- Być może - wtrącił się Snape - jeśli z wielkim trudem zebraliśmy już od nich te wszystkie informacje, byłoby roztropnie odesłać panią Granger i pana Weasleya na górę, zanim zaczniemy dalej rozważać jakiekolwiek przypuszczenia i możliwości.

- Całkowicie się zgadzam - zrywając się z krzesła powiedziała pani Weasley, podczas gdy reszta osób jak gdyby zapomniała o ich obecności w pokoju - Ron, Hermiona, idziemy.

- Ale?

- Żadnych ale, Ron. Rusz się.

Ron zrzędził całą drogę idąc na górę z Hemioną i swoją matką, niezwykle zdeterminowaną by nie byli świadkami toczącej się na dole rozmowy. Gdy tylko dołączył do rodzeństwa, a pani Weasley odeszła, szybko zwrócił się do braci.

- Czy te Uszy Dalekiego Zasięgu, nad którymi tak pracujecie działają?

- Tak. Czemu pytasz? - przytaknął George, z zaciekawieniem patrząc na brata. Ron z Hermioną wytłumaczyli, czego przed chwilą się dowiedzieli.

- Mówicie poważnie? Harry zaginął? ? dopytywał się Fred, w połowie sądząc, że to żart.

- Od jak dawna? ? spytała Ginny.

- Nie powiedzieli ? odpowiedział Ron.

- Ale po tym, co mówili na dole ? dodała Hermiona ? sądzę, że od dawna ? prawdopodobnie od początku wakacji.

Bliźniacy popatrzyli na siebie przelotnie i zniknęli z pokoju z głośnym trzaskiem. Po chwili wrócili, trzymając w rękach kawałek długiej żyłki w kolorze ludzkiej skóry. Czwórka Weasleyów plus Granger zakradli się cicho na dół i ukryli w korytarzu. Ginny, jako najmniejsza, pokonała resztę drogi i podrzuciła linki pod drzwi, po czym wróciła, by słuchać wraz z innymi. Pierwszy głos, który usłyszeli, należał do profesora Lupina.

- Syriuszu, nikt się z tobą nie kłóci o to, czy musimy znaleźć Harrego. Sami zdajemy sobie z tego sprawę. Ale nie możesz sprzeczać się, czy potrzebny nam plan, czy nie. Po prostu nie możemy?

- Planowanie zabiera za dużo czasu! - Trzask.

- ...biegać dookoła wrzeszcząc jego imię - dokończył Lupin tym samym tonem, przyzwyczajony do emocjonalnych wybuchów Syriusza. ? Zapanowałby chaos, a Harry wcale by się nie odnalazł. Po prostu istnieje zbyt wiele miejsc, gdzie mógł się ukryć.

- W porządku, Remusie ? po chwili milczenia zgodził się Syriusz. - Więc co najpierw zrobimy?

Słychać było ciche pomrukiwanie, jak gdyby wszyscy mieli pomysły, ale bali podzielić się nimi z resztą, informując co najwyżej sąsiadów obok. Nagle jeden cichy głos wybił się ponad resztę

- Dursley ? Snape wypowiedział tylko jedno słowo. Słychać było szuranie krzesłami, zwrócono się do Snape?a.

Po paru kolejnych chwilach milczenia przemówił ponownie.

? Coś ukrywa. To bardziej niż oczywiste, bo gdy odwiedziliśmy go, jego żona zrobiła się bojaźliwa, a on sam rozzłościł się, gdy wypytywaliśmy ich na temat zniknięcia Harry`ego.

- Jesteś pewien, że to nie pod wpływem twojej czarującej osoby?

- Nie, Syriuszu. - odpowiedział Dumbledore ? Też to widziałem. Już wcześniej zdecydowałem, że rodzina Dursleyów wymaga naszej większej uwagi. To będzie nasz pierwszy ruch.

- Ja pójdę! ? głośniej powiedział Syriusz.

- Pójdą Kinsley i Lupin. Jestem pewien, że cokolwiek usłyszą, zachowają spokój. ? Zapadła cisza ? Ufam, że rodzinie nie stanie się żadna krzywda w czasie tego przesłuchania.

- Oczywiście ? szybko zapewnili.

- Ja też pójdę - zaofiarował się Syriusz.

- Nie pójdziesz.

- Profesorze Dumbledore?

- Nie, Syriuszu ? stanowczo odparł Dumbledore ? Nie opuścisz tego domu.

Zapanowała niewygodna cisza, oczy wszystkich skierowane były albo na Syriusza, albo na Dumbledore`a. Z większym już spokojem głowa Zakonu ponownie przemówiła.

- Nie zapominaj, to, że jesteś niewinny, nie oznacza, że reszta świata o tym wie. W niczym nie pomożesz Harry`emu, jeśli cię złapią. I tym razem nie wrócisz do Azkabanu, twoją karą nie będzie ponowne uwięzienie.

- Przepraszam.

- Nie przepraszaj za to, że martwisz się o swojego chrześniaka, pamiętaj jedynie, że nie jesteś w tym odosobniony. Znajdziemy go, a gdy to nastąpi, nie chcę być zmuszony powiedzieć mu, że nie ma już ojca chrzestnego. Rozumiesz?

- Tak, sir.

- Dobrze. No cóż?jestem pewien że masz spotkanie, Severusie? - Odpowiedziało mu jedynie milczenie. - Idź więc. Muszę?

Rozległy się odgłosy kroków wychodzącego Snape'a. Fred szybko pociągnął za Uszy Dalekiego Zasięgu, wyciągając je spod drzwi dosłownie w tym samym momencie, gdy ukazał się w nich Mistrz Eliksirów. Obserwowali, jak przechodzi przez korytarz i gdy tylko zniknął z ich wzroku, popędzili na górę gdzie ?podobno mieli sprzątać.?
Ostatnio edytowano 27 lip 2009, 23:14 przez Aratanooniel, łącznie edytowano 2 razy
Z mądrości moderatorskich: Oczywiste oczywistości nie istnieją. Zrób facepalm i ruszaj dalej.
Nielusiowe tworki|Nielusiowa zupka|Niela czyta Puella bella
Akcja KDT
Obrazek
Aratanooniel
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 523
Dołączył(a): 01 maja 2009, 13:58
Lokalizacja: Rzeszów

Re: [NZ]Zagubiony [11/18] [T]

Postprzez Aratanooniel » 27 lip 2009, 22:49

Rozdział 5

tłumaczenie: immo_love

- On coś ukrywa.

Nikt nie powiedział prawdziwszych słów.
Niełatwo było odnaleźć Vernona Dursleya. Jego natychmiastowe wakacje tuż po wizycie Dumbledore`a i Snape`a zmusiły Lupina i Kingsley`a do poświęcenia paru godzin, by go odnaleźć. To tylko zwiększyło ich podejrzenia. Nieporozumieniem byłoby stwierdzenie, że mężczyzna był trochę nieuprzejmy, gdy zapukali do jego motelowego pokoju. Jego zachowanie było poniżej krytyki. Gdy ogarnął spojrzeniem Lupina i błędnie interpretując zmizerniały wygląd oraz posiwiałe włosy mężczyzny, krótko rzucił, że nie ma żadnych drobnych i trzasnął drzwiami. Remus zapukał ponownie, wołając:

- Panie Dursley, nazywam się Remus Lupin. Przyszedłem zapytać o pańskiego siostrzeńca.

Pospieszne szepty dotarły do uszu czarodziei, zanim drzwi ponownie się otwarły i potężny kawał chłopa wystrzelił w kierunku chudego i bladego dawnego nauczyciela. Trudno powiedzieć, czy Dursley rzuciłby się na niego gdyby wiedział, że Remus jest: a) wilkołakiem, b)dwa dni przed pełnią, i że c)wilkołaki nie są zadowolone, gdy potężni faceci atakują je bez powodu, zwłaszcza, gdy wyżej wymieniony wilkołak stara się odnaleźć zaginionego syna swojego najlepszego przyjaciela i ma powody by sądzić, że to właśnie potężny facet jest powodem zaginięcia chłopca.

Widząc niebezpieczny blask w oczach Lupina, grożący zamienieniem mężczyzny w wilkołaka, Kingsley wyciągnął różdżkę i wycelował ją w kierunku mugola.

- To nienajlepsza pora w miesiącu by go atakować, sir. ? Dursley popatrzył na niego zszokowany ? nie zdawał sobie sprawy, że jest tu jeszcze jakiś inny mężczyzna.

- Przyprowadziłeś ze sobą ochroniarza, heh? - Warknął na Lupina, przypatrując się czarnoskóremu, łysemu czarodziejowi.

- Wierz mi, Dursley - chłodno odparł Kingsley - to nie jego ochraniałem. ? Wskazał różdżką drzwi motelowego pokoju ? Wejdziemy do środka? Czy mamy przepytywać cię tu, na zewnątrz, gdzie każdy może nas usłyszeć?

- NIE WEJDZIECIE!

- Jak chcesz ? skwitował Kingsley ? Nazywam się Kingsley Shacklebolt. Jestem Aurorem z Ministerstwa Magii. Jestem tu z panem Lupinem, by zadać panu parę pytań na temat zniknięcia pańskiego siostrzeńca i zarzucie jego pobicia.

- Vernon, na miłość boską, wpuść ich. ? Blada kobieta z końską twarzą pojawiła się w drzwiach. Nawet nie starając się, Lunatyk mógł wyczuć bijący od niej strach. Twarz Dursleya zrobiła się czerwona, ale wszedł powrotem do pokoju, a za nim Kingsley z Remusem.

- Nienajlepsza pora w miesiącu powiadasz? ?gdy szli, spytał łagodnie Lupin.

- Kłamałem?

- Nie, ale mogłeś ująć to inaczej.

- Prawdopodobnie ? zgodził się Kingsley wzruszając ramionami ? Ale dopóki nie musze oglądać, jak rozszarpujesz kłami jego gardło, naprawdę mnie to nie obchodzi.

Lupin westchnął.

Pokój był dość mały, z dwoma niedużymi łóżkami i brudną kanapą. W kącie, pod zawieszonym na półce telewizorze, leżało kilka walizek. Tapeta, prążkowana limonowa zieleń, zdzierała się ze ścian, pokazując oznaki szkód od wody. Kobieta z końską twarzą usiadła na najdalszym od wyjścia łóżku, trzymając w ramionach dosyć sporego trzęsącego się chłopca w wieku Harry`ego, lecz z blond włosami i pulchną twarzą.

- Czy ktoś jeszcze jest w pokoju, pani Dursley? ? Remus spytał kobiety.

- Czy my się znamy? ? zdziwiła się, ostrożnie mu się przypatrując.

- Spotkaliśmy się już. Byłem przyjacielem pani siostry i jej męża ze szkoły. Wiec, czy w pokoju jest jeszcze ktoś?

Potrząsnęła głową, podczas gdy Kingsley sprawdził łazienkę, zajrzał też do pustej szafy. Lupin zamknął drzwi i spuścił kurtyny w oknach.

- Czego wy chcecie? ? zażądał Dursley. ? Mówiłem już dyrektorowi tej waszej szkoły ?

- Wiemy, co powiedziałeś Dyrektorowi ? zapewnił go Lupin ? ale sądzimy, że mimo wszystko wiesz troszeczkę więcej na ten temat.

- Nazywasz mnie kłamcą?

- Istotnie. ? Morderczy wzrok Dursleya nie zrobił na Lupinie żadnego wrażenia. ? Niech pan usiądzie, panie Dursley. ? Mężczyzna zrobił krok w przód, teraz wycelowane w niego były już dwie różdżki. ? Niech pan usiądzie, panie Dursley ? powtórzył chłodno ? albo postaram się, by więcej nie był pan w stanie stać. ? Wzrok Kingsleya przemknął po Lupinie, ale nic nie stwierdził widząc, że Dursley powoli siada na najbliżej położonym od drzwi łóżku. Remus zauważył spojrzenie Kingsleya i kiwnął głową.

Kingsley Shacklebolt wpatrywał się jeszcze chwilę w tego zwykle spokojnego i opanowanego mężczyznę. Ten zaczął krążyć po pokoju, przypominając bardziej zwierzę zamknięte w klatce niż swoje zwyczajowe `ja`. Auror zaczął się zastanawiać, czy być może Dumbledore nie pomylił się sądząc, że Lupin rozegra wszystko na spokojnie ? zwłaszcza biorąc pod uwagę zbliżającą się pełnię. Chociaż z drugiej strony jego rosnące w siłę instynkty mogą się przydać. Te parę sekund pozwoliło mu się uspokoić i wejść w nastrój do przesłuchania. Spokojny, dokładny, bez skrupułów.

- Jak z pana łaciną, panie Dursley? ? spytał Kingsley, kiedy wyjął z szat małą buteleczkę podarowaną mu, przez Snape`a. Gdy potężny mężczyzna prychnął, Kingsley kontynuował ? Nazywają to Veritaserum. Veritas to po łacińsku prawda. Domyśla się pan, co to robi? ? Dursley nie odpowiedział. ? Trzy małe krople tego dosyć potężnego eliksiru sprawią, że odpowie pan zgodnie z prawdą na jakiekolwiek pytanie, jakie panu zadamy. Nawet wbrew sobie. Możemy spytać pana o pańskie kontrakty biznesowe, budżet, o to czy jest pan wierny żonie, a pan powie nam absolutną prawdę. Nas jednak te tematy nie interesują. Jedyne, czego pragniemy się dowiedzieć, to to, dlaczego pewien młody chłopiec umieszczony pod pańską opieką zniknął. ? Zerknął na Dursleya, który momentalnie zbladł. ? Blado pan wygląda, panie Dursley. Z pewnością nie ma pan powodów żeby się denerwować, skoro powiedział nam pan już wszystko, co pan wie. A może jest inaczej?

- Wynoście. Się. Stąd. ? Choć jego głos był cichy, drżał z gniewu. Kingsley, wbrew sobie, uśmiechnął się. Częściowo, ponieważ cieszył się na możliwość wlania serum do gardła tego mężczyzny i wyduszenia z niego najskrytszych sekretów, a częściowo dlatego, że już wiedział, że będzie się cieszył z możliwości wlania serum do gardła akurat tego mężczyzny. Auror zobaczył i usłyszał wystarczająco by wiedzieć, że Snape się nie mylił: ten człowiek zrobił chłopcu coś brutalnego.

- Pani Dursley ? wtrącił się Lupin ? czemu by nie przeszła się pani na spacer z synem? Dwadzieścia, trzydzieści minut, powiedzmy.

- Nie bez?

- Muszę nalegać, pani Dursley. Żadne z was nie chce tego zobaczyć. ? Otworzył drzwi. ? Och. I zanim zapomnę? - Machnął różdżką w ich stronę. ? Lumos. Jeśli powiecie komukolwiek o tym, co tu się dzieje, czubek mojej różki rozbłyśnie. Pamiętaj, twój mąż jest tu ciągle z nami. ? Uśmiechnął się do nich niewinnie, gdy kobieta, z trudem łapiąc powietrze, wypchnęła syna przez drzwi. Lupin ponownie zamknął drzwi i napotkał rozbawiony uśmiech Kingsleya. Nie na darmo był Hucwotem. Przez te wszystkie lata nauczył się paru sztuczek.

Czas dalej lecieć z planem. To był prosty plan. Napoić Dursleya serum i przepytać o ostatnią noc, podczas której Harry był w domu. Jak można się było spodziewać, Dursley nie współpracował. Lupin musiał go związać, by Kingsley mógł wymierzyć wymagane krople do gardła Dursleya. W końcu Dursley wpatrujący się szklanym wzrokiem przed siebie był gotowy. I wtedy, plan, prosty plan, pełen spokoju, plan bez przemocy, rozpadł się na kawałki.

Dursley w końcu pod wpływem serum, które w niego wmusili, zaczął opowiadać o wydarzeniach nocy, kiedy Harry zaginał. Szczegółowo opowiedział jak po sprzeczce z Dudleyem, synem Dursleya, pobił chłopca. Nawet Kingsleyowi (który wiele widział i słyszał, ścigając mrocznych czarodziei) ścierpła skóra, gdy mężczyzna w szczegółach opowiadał jak Potter walczył o oddech, krztusząc się, gdy krew zalała jego płuca, lub jak jego ciało obróciło się w powietrzu, gdy został zrzucony ze schodów.

Dursley był wkurzająco spokojny: Kingsley wiedział, że jest to efekt uboczny serum, podczas gdy zbliżali się do nieuchronnej prawdy.

- Gdzie jest teraz Harry? ? spytał Lupin.

- Nie żyje. Owinąłem jego ciało kocem i wyrzuciłem na Cranleigh. To pole niedaleko A281.

Kingsley poczuł się, jakby ktoś wylał na niego kubeł zimnej wody. Ten paskudny stos ciała zabił Harry`ego Pottera, Chłopca Który Przeżył. Dokonał w napadzie szału tego, czego nie mógł Voldemort. Zamordował bezbronnego chłopca, bo z tego, co słyszał o chłopcu, gdyby Potter miał swoją różdżkę, ten człowiek nigdy by go nie obezwładnił.

Wtedy Lupin rzucił się na Dursleya. Gdyby Auror nie był pogrążony we własnych myślach, pełnych obrzydzenia do Dursleya, prawdopodobnie mógłby go powstrzymać. Gdyby chciał.

Pięść Lupina walnęła wprost w nos Dursleya. Jego wielka głowa walnęła o tył krzesła, na którym siedział, poleciała mu krew z nosa. Nim Kingsley był w stanie go odciągnąć, Lupin uderzył mężczyznę ponownie.

- Chodźmy, Remusie ? powiedział. Jego ręce wciąż były owinięte wokół klatki Lupina, powstrzymując go.

- Już skończyłem ? poinformował go Remus, podnosząc ręce. ? Skończyłem. Więcej go nie uderzę.

- Ty w ogóle nie miałeś go uderzyć ? powiedział mu Kingsley, puszczając go i pochylając się nad krwawiącym mugolem. Machnął różdżką, naprawiając złamany nos mężczyzny i czyszcząc z krwi jego twarz i koszulę.

- Ma szczęście, że tylko go walnąłem ? powiedział Lupin, pocierając swoje jeszcze pulsujące kostki. ? Chciałem rzucić w niego takie klątwy, że nie pozbierałby się do przyszłego roku. - Potrzasnął dłonią. ? Na Merlina, to boli! Teraz pamiętam, czemu zostawiłem bójki James`owi i Syriuszowi. ? Zerknął do tyłu na Kingsleya. ? Ile czasu minie, nim serum przestanie działać?

- Jeszcze jakiś czas, ale my musimy wracać. Donieść, czego się dowiedzieliśmy.

- W porządku ? zgodził się Lupin. ? Zostaw go. Kiedy jego żona wróci, będzie miała okazję zadać mu parę pytań. Zasługuje na to. Zasługuje na gorszy los. ? Lupin i Kingsley zniknęli z pokoju.





Hermiona odnalazła Rona na jedynym dużym drzewie w otoczonym murem ogrodzie na tyłach domu Syriusza. Siedział na jednej z najwyższych gałęzi jabłoni, z jednym kolanem ciasno przyciśniętym do piersi, a drugim dyndającym w powietrzu parę stóp nad głową Hermiony. Widziała go tam parokrotnie od czasu, gdy powiedziano im o zniknięciu Harry`ego. To było niepodobne do Rona, bycie takim chłodnym i milczącym. Hermiona była zaniepokojona. Nawet, kiedy był na nią wściekły podczas ich trzeciego roku, odzywał się o wiele częściej, nawet, jeśli nie do niej.

Zawołała go po imieniu parę razy, a gdy nie odpowiedział, zaczęła wolno wspinać się po konarach, skrycie żałując, że jako dziecko nie była większą chłopczycą. W sumie, właściwie więcej czasu spędzała czytając na temat drzew, niż wdrapując się na nie. Gdy w końcu do niego dotarła, miała zdarte oba kolana, kostkę lewej ręki, skaleczyła się w prawą dłoń, a włosy były pełne liści i gałązek. Ale nic z tego nie zaprzątało jej myśli, gdy usiadła na sąsiedniej gałęzi, starając się nie spaść z drzewa, na którego dostanie się zajęło jej tyle czasu.

- Znalazłaś mnie - powiedział, prawie zbyt cicho, by mogła usłyszeć.

- To nie było zbyt trudne - odparła -Widziałam twoje włosy, jak tylko wyszłam na zewnątrz.

Jego wymuszony uśmiech wyraźnie powiedział jej, że Ron nie jest w nastroju do śmiechu. Hermiona westchnęła i spojrzała na widok, któremu Ron tak bacznie się przyglądał. Zupełnie, jakby znalazła się w zupełnie innym miejscu, choć przecież nie znajdowali się tak daleko od domu. Ogród naprzeciwko był dziki i zaniedbany. Uporządkowane łany ziół i innej przydatnej roślinności już dawno temu musiały ustąpić miejsca chwastom i bujnej trawie. Całość była przyjemnie zielona, jednak zbyt chaotyczna, by mogła uchodzić za przyzwoity czarodziejski ogród.

- Bardzo tu spokojnie - powiedziała mu.

- Tak. Wczoraj znalazłem to miejsce, kiedy potrzebowałem cichego kąta, by pomyśleć.

- Ty myślisz? - zaciekawiona spytała, licząc na jakąś reakcję. Zamiast tego, otrzymała kolejny słaby uśmiech. - O rany, Ron! Naprawdę się tu staram! Mógłbyś przynajmniej uśmiechać się bardziej przekonująco - Gdy nie odpowiedział, westchnęła i odwróciła się ku niemu niezdarnie, o mały włos nie spadając z drzewa gdyby nie jego ręka, która szybko chwyciła jej ramię przytrzymując ją na gałęzi.

- Hermi, może nie powinnaś siedzieć tu na górze - stwierdził, przypatrując się bacznie jej pozycji. - Mogłabyś złamać sobie szyję, jeślibyś spadła.

- Ron, siedzę tu, ponieważ spędzasz tu cały dzień. Też martwię się o Harry`ego, ale dąsanie się na drzewie niczego nie rozwiąże. Poza tym, myślałam?myślałam, że moglibyśmy porobić coś razem dla zabawy, by zająć czymś myśli.

- Nie mam ochoty robić zadań domowych.

- Nie mówię o zadaniach domowych. Myślałam, czy może nie pomógłbyś mi z moim lataniem.

- Ty nie cierpisz latać ? stwierdził, przypatrując się jej ostrożnie. ? Poza tym, nie jestem pewien czy nam wolno, wiesz ? dzielnica mugoli i te sprawy.

- Cóż, nie jestem w tym zbyt dobra. Zastanawiałam się, czy może gdybym była lepsza? - Wykonała nieokreślony ruch dłonią, chwiejąc się na gałęzi. - Oprócz tego, pytałam Syriusza, powiedział, że dopóki nie będziemy wylatywać ponad dom, nie powinno nas być widać zza barier ochronnych.

- Mówisz poważnie?

- Tak. - Jeśli pani Weasley zdołała wychować sześciu chłopców, z pewnością wiedziała coś o nastawianiu złamanych kości i leczeniu wstrząsów mózgu. - Pomóż mi z moim lataniem

- W porządku. ? Prawdziwy, wielki uśmiech zagościł na twarzy Rona, pierwszy od czasu wczorajszego poranka, powodując całą tą wycieczkę na drzewo wartą zachodu.
Szybko zszedł z drzewa, a za nim nieco wolniej Hermiona, której pomógł z niższych gałęzi.
? No dawaj. Jestem pewien, że możesz użyć miotły Ginny. ? Odwrócili się i pognali w stronę domu.



Lupin pokonał drogę na górę wąską klatką schodową i zatrzymał się przed zamkniętymi drzwiami. Była to sypialna świętej pamięci matki Syriusza, obecnie siedlisko Hardodzioba, hipogryfa. Nawet bez pytania się pani Weasley, wiedział, że właśnie tu znajdzie Syriusza.

Nie pukając, Remus pchnął drzwi i wkroczył do słabo oświetlonego pokoju. Jego uwagę przykuł wpierw Hardodziób, który na jego przybycie nerwowo zrobił krok w tył, a następnie mroczny kształt, który wyłonił się niespodziewanie z prawej.

- Wróciłeś ? Stwierdzenie faktu.

- Tak.

- Znalazłeś go? - Syriusz odsunął się od ściany, mocno słaniając się na nogach, lecz równie szybko odzyskując równowagę. Nieogolona szczecina zdobiła jego twarz, a po zapachu Remus poznał, że jego przyjaciel nie kąpał się cały dzień.

- Zejdźmy na dół, Syriuszu. Wyjaśnimy od razu wszystkim, czego się dowiedziałem. - Odwrócił się, by Syriusz poszedł za nim, lecz ten nie wykonał żadnego ruchu.

- Coś jest nie tak. Ale co, Remusie? - Gdy jego przyjaciel nie odpowiedział, Syriusz chwycił go za ramię. - Cholera, Remus, powiedz mi! Gdzie jest Harry? Gdzie jest mój chrześniak?

Uwalniając swoje ramię z uścisku, Remus zmarszczył brwi, ale złagodniał, widząc zmartwienie i troskę na twarzy Syriusza.

- Zejdźmy na dół, Syriuszu. Wszystkiego się dowiesz, obiecuję.

- Co zrobiłeś ze swoją ręką? - spytał, obrzucając wzrokiem krwawiące kostki na dłoni przyjaciela.

- Podziękowałem panu Dursleyowi za poświęcony mi czas.

Syriusz podniósł brwi, jego usta wykrzywiły się w nieco podnoszącym na duchu uśmieszku.

- Uderzyłeś go? Jestem z ciebie taki dumny?

-Nie bądź - przerwał mu Remus. - Ja nie jestem.



Ron i Hermiona byli zdziwieni dowiedziawszy się, że Ginny ich szuka. Stała na podeście, dając znaki, by przyszli do jej pokoju, gdzie, jak się okazało, czekali na nich również bliźniacy.

- O co chodzi? - spytał się Ron, patrząc na rodzeństwo.

- Lupin i Shacklebolt wrócili - poinformował go George ze swojej nożno-skrzyżowanej pozycji na łóżku Ginny - Lupin poszedł poszukać Syriusza, i sądzimy, że Shacklebolt kontaktuje się właśnie z resztą Zakonu.

-Czekamy aż zebranie się rozpocznie - Fred ciągnął -Mama się czai, więc pomyśleliśmy, że najlepiej będzie, jeśli nas nie znajdzie, wtedy nie będzie mogła nam dołożyć więcej sprzątania.

- Widziałeś ich, gdy wracali? - spytała Hermiona.- Czy wyglądali na pełnych nadziei?

- Nie możemy zbytnio tego stwierdzić ? urwała, słysząc dwie pary stóp idące w dół schodów ? Lupin i Syriusz ? szepnęła.

-Ginny, idź poproś mamę, by zaplotła ci warkocze.

- Co? Po co?

George przewrócił oczami.

- Po prostu poproś ją, i rozejrzyj się dyskretnie. Zorientuj się, o co biega. Dowiedz się, czy wszyscy już są. Ciebie nie będzie podejrzewać o szpiegowanie.

- Aha. Okej! ? Zerwała się i usłyszeli, jak szybko zbiega w dół schodów. Następnie kroki powróciły, towarzyszyła im druga dobrze znana para. Do pomieszczenia weszły Ginny i pani Weasley.

- Zostań tu, Ginny ? mówiła. ? Mamy na dole bardzo ważne zebranie. Zaplotę ci warkocze wieczorem, ale nie teraz.

- Mamo ? powiedział Ron jego twarz trochę blada. ? Znaleźli Harry`ego?

- Jeszcze nie wiem, Ron. Zebranie dopiero się zaczyna, ale wiem, że nie zaprzestamy poszukiwań, póki go nie znajdziemy. ? Milczała przez chwilę, by następnie podejść i objąć najmłodszego syna. ? Nie martw się, Ron. Zakon nie pozwoli długo Harry`emu zostać zaginionym. ? Puściła go i zwróciła się do reszty swoich latorośli oraz Hermiony ? Zostańcie tu i nie mieszajcie się. Najbardziej pomożecie nam, jeśli nie będziecie plątali się pod nogami.

- Co, jeśli go nie znajdą? ? spytała Hermiona, zgarniając zirytowane spojrzenie od bliźniaków, którzy strasznie chcieli, żeby ich matka w końcu dołączyła do zebrania, by mogli w spokoju szpiegować.

- Znajdziemy go, Hermiono ? zapewniła ją ? Znajdziemy Harry`ego. ? Uśmiechnęła się pocieszająco, przypominając im, by zostali na górze i umknęła na spotkanie. Pozostała piątka policzyła do stu, nim z Uszami Dalekiego Zasięgu wyślizgnęła się na półpiętro.

-?wpływem Veritaserum. Jego opis był dość poruszający. ? Głos Kingsleya. ? Najwidoczniej ranek zaczął się od kłótni Pottera z synem Dursleya, Dudleyem. Pan Dursley wtrącił się i wielokrotnie uderzył Harry`ego, po czym zaciągnął go na górę. Pogroził mu uduszeniem, ale Harry swoim spokojem wytrącił go z równowagi. Mieli wymianę zdań, która skończyła się tym, że Dursley poważnie pobił chłopca.

- Wymiana zdań, która zakończyła się?? - To był Syriusz, chyba nie był w stanie skończyć pytania. ? A dokładniej?

- Uspokój się, Syriuszu. ? powiedział mu Lupin. Jego głos brzmiał, jakby był zmartwiony i rozgniewany jednocześnie.

- Jak poważnie? ? dopytywał się Syriusz.

- Poważnie ? odparł Shacklebolt ? Uderzył go, kopnął, stanął na nim. Dokładniej: stanął na jego dłoni, by złamać ją. Nie chciał, by Harry mógł używać magii. Jednakże, Harry nie stracił przytomności, był w stanie nawet stać, choć z opisu, który dostaliśmy, był poważnie ranny.

Najwidoczniej Syriusz znów próbował coś wtrącić, ponieważ przemówił Dumbledore.

- Proszę, wysłuchajmy wpierw wszystkich wiadomości. Mam przeczucie, że nie usłyszeliśmy jeszcze najgorszego.

- Rzeczywiście ? powiedział Lupin ? Harry był w stanie stać na nogach, nawet zrobić krok lub dwa. W tym momencie?w tym momencie Dursley go chwycił, mówiąc mu, że go tu więcej nie chce i zrzucił go ze schodów.

W pokoju wstrzymano oddech i dało się słychać o szloch pani Weasley.

Zszokowana, Hermiona zerknęła na Rona. Jego twarz była teraz zupełnie biała, jego oczy szeroko otwarte, gdy patrzył się tępo w przestrzeń, trzymając przy własnym uchu cielistego koloru żyłkę Ucha Dalekiego Zasięgu. George złapał drżącą rękę swojej siostry, podczas gdy pokój ponownie pogrążył się w ciszy, jakby wszyscy chcieli usłyszeć, co stało się dalej, ale ani Shaclebolt, ani Lupin nie chcieli powiedzieć.

- Proszę, kontynuuj ? powiedział Dumbledore.

- Harry uderzył w dolne stopnie schodów, a gdy stoczył się na dół, nie ruszał się. ? Powiedział ich dawny nauczyciel OPCM, który zawsze zdawał się być równie opanowany jak Snape, choć o tysiąc razy od niego milszy. Ostatnie słowa wypowiedział łamiącym się, ostrym głosem. ? Nie żyje. Vernon Dursley zabił Harry`ego Pottera.

W całym domu zapadła cisza. Następnie słychać było na raz wiele głosów. Pani Weasley szlochała. Ktoś krzyczał imię Syriusza, krzesła poleciały na podłogę, krzyczano kierunki. Szpiedzy z półpiętra jednak nic już z tego nie słyszeli. Ich wzrok skupiony był na sobie nawzajem, ale głównie na Ronie, którego oddech był gwałtowny i płytki. Zdawał się nie być wstanie ustać bez podpory poręczy. Jego jasne brązowe oczy tępo wpatrywały się w przestrzeń, usta były delikatnie otwarte.

- Ron ? miękko powiedziała Hermiona, kładąc dłoń na jego ramieniu. Sama czuła się słabo od tych wiadomości, ale Ron wyglądał o wiele gorzej.

Wzdrygnął się na jej dotyk, przebudził z transu i gapił się na nią, jakby zobaczył ją po raz pierwszy w życiu. Jak w letargu odepchnął jej dłoń, i cofał się zataczając, póki jego stopy nie dotknęły stopni schodów. Bez słowa uciekł, robiąc długie, szalone kroki, przeskakując parę stopni na raz i znikając w swoim pokoju.

Reszta była zbyt zszokowana nowinami i reakcją Rona by zauważyć, że drzwi na dole otwarły się, póki ktoś nie wyrwał z uścisku Ginny Ucha Dalekiego Zasięgu, a pani Weasley wrzasnęła drżącym głosem.

- FRED! GEORGE! ZEJDZCIE TU NATYCHMIAST!

Rozdział 6

tłumaczenie: immo_love


By nie skłamać, pani Weasley nie była pod wrażeniem pomysłowości bliźniaków stworzenia Uszu Dalekiego Zasięgu. Prawdę mówiąc, była oburzona. W ramach kary Fred i George musieli bez pomocy magii wypolerować marmurowe posadzki salonu. Ginny z Hermioną wymknęły się na dół, by pomóc im w ramach podziękowania za nie wydanie reszty podsłuchiwaczy. Nie, żeby tego żałowały. Pozwoliło im to być bliżej zebrania, dzięki czemu wiedziały, że trwało jeszcze kolejne trzydzieści minut, nim cała grupa rozeszła się i opuściła dom. Wszyscy, oprócz pani Weasley i Syriusza. Wiedzieli, że pani Weasley tu jest, bo przyszła sprawdzić jak idzie chłopcom (Hermiona i Ginny się wtedy schowały). Z głównego korytarza było zaś słychać Syriusza kłócącego się (ku rozpaczy wszystkim budząc tym panią Black) z Dumbledorem, że powinien być dopuszczony do poszukiwań. Ach, a więc szukali ciała Harry`ego.

Praca była dobra, odsuwała myśli wszystkich od usłyszanych wiadomości, dała im powód, by zachować milczenie wśród reszty.

Harry umarł.

Zamordowany.

Te słowa kłębiły się w umyśle Hermiony godziny później, gdy nie będąc w stanie zasnąć leżała w swoim łóżku. Ginny płakała, nim zasnęła z wyczerpania jakiś czas temu, ale Hermiona nie odnalazła w śnie pocieszenia. Wylała swój przydział łez, słuchając Ginny i próbując pocieszyć ją, choć w głębi duszy sama próbowała odnaleźć nadzieję.

Harry nie mógł być martwy. Nie po tym wszystkim, co przeszedł. Nie po tym wszystkim, co przeżył. Jeśli ktokolwiek miał to przeżyć - odrodzenie Voldemorta, był to Harry. Pomimo wszystkiego, co mówiła sobie przez ostatnie pięć lat, on nie był tylko Harry`m.

On był Harry`m Potter`em, Chłopcem, Który Przeżył.

Było dopiero parę godzin przed świtem, gdy załamała się ponownie, słysząc otwierające i zamykające się drzwi w śmiertelnej ciszy, panującej w domu. Wrócili. Pan Weasley, Charlie i Lupin wrócili z poszukiwań ciała Harry`ego. Usłyszała głosy na schodach, gdy pan Weasley spotkał na nich swoją żonę.

- Znaleźliście go, Arturze? ? głos Pani Weasley brzmiał, jakby ona również nie spała całą noc.

- Obawiam się, że nie. Znaleźliśmy dużo błota i chwastów, ale ani śladu Harry`ego.

- Ale co?

- Jestem zmęczony, Molly. I zimno mi. Chodźmy do łóżka. ? Słychać było krótką sprzeczkę, ale ton jej głosu powiedział Hermionie, że Pani Weasley była po prostu spragniona wiadomości w takim samym stopniu, jak i ona. Czekała, dopóki nie usłyszała, jak drzwi ich sypialni zamykają się, podniosła się z łóżka i owinęła szatę wokół ciała. Nie odnajdzie dziś spokoju.

Wyślizgnęła się z pokoju i prawie krzyknęła, kiedy Stworek przemknął obok niej, mamrocząc pod nosem.

- Brudne Szlamy, plugawiące dom mojej Pani. Skradające się w ciemnościach. Stworek ją widzi. Splamiła imię czarownicy. Będzie?

Hermiona poszła w odwrotnym kierunku. Pokój Rona był dwa pokoje dalej. Może już nie spał?

Zapukała łagodnie, zaczekała i jeszcze raz zapukała, cicho wołając jego imię. Parę chwil później drzwi otworzyły się i przez szparę wślizgnęła się do pokoju, nim zamknęła je stanowczo za sobą. Odwracając się odkryła, że pokój pogrążony jest w ciemnościach, ale gdy jej oczy po paru sekundach przystosowały się do zmroku, mogła dostrzec zarys Rona siedzącego na swoim łóżku.

- Ron? ? Kiedy nie odpowiedział, podeszła do podnóża jego łóżka i usiadła na nim, czując jak Ron oddala swoje stopy, gdy ciężar jej ciała opadł na materac.

- Co tu robisz, Hermiono? ? Brzmiało to prawie jak zarzut.

- Ja? - Przerwała. Po raz pierwszy w życiu nie znała odpowiedzi. Czemu tu była? By go pocieszyć? Tak dokładnie to wcale nie prosił by przyszła, ani też nic nie wskazywało na to, że potrzebuje pocieszenia. By porozmawiać? Nie z tym ściśniętym gardłem. Z pewnością nie po to, by planować. Co tu było do planowania? Harry nie żył. Nie istniały plany, które byłyby w stanie go ocalić.

Policzki Hermiony zrobiły się gorące. Kłuło ją w oczy. Nie mogąc opanować emocji, które odczuwała przez ostatnie dziesięć godzin, pozwoliła sobie nareszcie zupełnie się załamać. Nie tylko płakać. Już płakała. Uczucia wzięły górę, ciało było zbyt wyczerpane, by próbować zwalczyć dygotanie, które ogarniało jej ciało z każdym cichym, ale wstrząsającym serce szlochem.

Była zmęczona graniem tej silnej, tej racjonalnej. Nie chciała być tą, która zajmie się problemem i znajdzie rozwiązanie. Po prostu chciała płakać, przeklinać, krzyczeć i szlochać. Niestety godzina pozwalała jedynie na to ostatnie.

Ronowi zajęło chwilę uświadomienie sobie, co się dzieje, że Hermiona załamała się u podnóża jego łóżka. Jego własny żal został zapomniany, gdy przesunęła się na materacu i ukryła twarz w dłoniach. W przed świtowych ciemnościach mógł zobaczyć jej ramiona delikatnie trzęsące się, gdy podciągnęła kolana zwijając się w kulkę.

- Miona? ? wyszeptał, wyciągając ręce do jej ramion.

- Nie?- odparła, wycierając oczy i twarz rękawem szaty. ? Nie mów mi, że zachowuje się głupio czy zbyt emocjonalnie. I proszę, proszę nie mów mi, żebym sobie poszła. ? Drżący oddech opuścił jej wargi - Wiem, że nie chcesz mnie tutaj, ale nie mogę znieść, gdy jestem sama tylko z umysłem powtarzającym? - Nowy potok łez popłynął z jej oczu.

- Nie zamierzam tego powiedzieć ? powiedział jej, przyciągając ją i owinął swoje ramiona wokół niej pocieszająco, przyciskając ją do siebie. Ron trzymał swoją przyjaciółkę mocno ciesząc się, że jego własne zapasy łez już się wyczerpały. Przez nieobecne głaskanie ją po plecach i szeptanie jej cichym głosem, pocieszał ją i swój własny zamglony umysł, chociaż nie mógł sobie później przypomnieć, co dokładnie powiedział.

Gdy czerwień świtu zalała pokój, Hermiona zaczęła się uspokajać.

- Dziękuję ci ? szepnęła, uwalniając się z uścisku Rona i ponownie siadając na łóżku. ? Chyba po prostu potrzebowałam jakoś się wyładować.

- Tak ? odpowiedział niezręcznie ? Zrobiłem to samo, gdy tu przyszedłem ? Zarumienił się, gdy uświadomił sobie, do czego się właśnie przyznał.

- To dziwne ? powiedziała Hermiona, przyciągając kolana do piersi i obejmując je ramionami, wcześniej poprawiając swoją szatę tak, by ją zakryła. ? To wszystko nas jakoś zaślepiło. Całe to ryzyko, które podejmował, a teraz to. Ciągle myślę sobie, że po prostu źle zrozumieliśmy wszystko, co usłyszeliśmy.

- Czego nie zrozumiałaś w ? Vernon Dursley zabił Harry`ego Pottera?? Harry nie żyje. On nie powinien umrzeć.

- Ron?

- Nie powinien. Wiem, że w szkole on jest tylko jednym z wielu dzieciaków, ale w czarodziejskim świecie Harry to zupełnie inna sprawa. Sama widziałaś jak ludzie reagują na jego widok ? nawet dorośli. To tak, jakby nie był prawdziwą osobą, a jedynie ideałem, do jakiego powinny dążyć wszystkie grzeczne, małe, magiczne dzieci. Chodzi mi o to, że my wszyscy wiedzieliśmy przed nim, kim jest. Założę się, że to dlatego wszyscy od razu rozeszli się ? by znaleźć jego ciało. Nikt bez dowodu nie uwierzy, że już go nie ma.

- Ty zdajesz się przekonany ? odparła Hermiona.

- Mówisz więc, że on nie umarł? ? Ron wyskoczył z łóżka i zaczął chodzić tam i z powrotem po drewnianej podłodze, pidżama odsłaniała parę centymetrów bosych stóp ? Naprawdę myślisz, że Harry żyje? Że wszystko, co słyszeliśmy, jest kłamstwem? ? Zatrzymał się, spoglądając na nią jak gdyby zachęcał ją by odpowiedziała ? Naprawdę myślisz, że ten jego głupi mugolski wujek byłby zdolny kłamać po wypiciu Serum Prawdy?

- Nie. Jedyne, co mówię to?

- Harry nie żyje. Nie zostanie ponownie zbawcą czarodziejskiego świata. Nie jest jednym z wielkich czarodziei. Jest zwykłym dzieciakiem, takim jak my.

- Jest jak najdalszy od bycia zwykłym dzieciakiem. ? zadrwiła Hermiona.

Ron pociągnął nosem.

- Nie, Harry nie jest zwykłym dzieciakiem. ? Podniósł zmiętą koszulę z podłogi, gniewnie zgniótł ją kulkę i rzucił przez pokój ? Nigdy nie był. ? Stał w bezruchu, wpatrując się w jakiś nieokreślone miejsce na podłodze.

- Ron?

- Nienawidziłem go. Nienawidziłem Harry`ego.

- Ron, wcale tak nie uważasz.

- Był moim najlepszym przyjacielem i kochałem go jak brata. ? Odwrócił się i spojrzał na Hermionę. ? Ale też nienawidziłem. Był wszystkim, czym ja nigdy nie będę, tylko dlatego, że był cholernym-Harry?m- Potterem. Ale wiesz co? Gdy dzień się kończył, ciągle był moim najlepszym przyjacielem. Ciągle był Harry`m ? jedynie Harry`m.

- Oczywiście, że był, Ron.

- Ale część mnie ciągle go nienawidzi. ? Jego głos zadrżał, gdy wrócił do wpatrywania się w daleką plamkę na ścianie. ? Wiedziałem, że nigdy nie chciał nic z tego ? tej uwagi i sławy, ale?ale?- Ron zamknął oczy, chcąc by ciepłe słone łzy zostały na swoim miejscu, ale jedna uciekła spod jego długich rzęs i wolno spłynęła po jego policzku. ? nigdy nie chciałem, by umarł, Hermiono. Uwierz mi, ja nigdy, nigdy?

- Wiem, Ron. ? Owinęła swoje ramiona dookoła jego talii, pocieszając go tak, jak on wcześniej ją.

- On był moim najlepszym przyjacielem ? wykrztusił Ron, kryjąc twarz w jej ramieniu. ? On był moim najlepszym przyjacielem, i nigdy nie życzyłem mu śmierci. Przyrzekam. Dlaczego musiał umrzeć?



Albus Dumbledore siedział za biurkiem w swoim Gabinecie Dyrektora Hogwartu. Jego długie, cienkie palce nieobecnie pieściły Fawkes`a, który przysiadł na poręczy jego krzesła. Jego niebieskie oczy, często opisywane jako błyszczące, migoczące czy iskrzące, w rzeczywistości żadne z powyższych, były dosyć zmęczone i bez wyrazu, gdy bezmyślnie wpatrywały się w przestrzeń.

- Albus.

Zawołany, Dumbledore obejrzał się na swoje Głowy Domów, które już jakiś czas temu zebrały się w jego gabinecie. Trzy z nich, McGonagall, Flitwick i Sprout, były po przeszukiwaniach pola Cranleigh w poszukiwaniu ciała Harry`ego ciągle oblepione błotem. Snape jednakże został wezwany i teraz stał, oddalony nieco od reszty, ubrany ciągle w swoją czarną pelerynę, a jego maska śmierciożercy została wsunięta do jednej z wielu kieszeni, ukrytych między fałdami szaty.

- Nie znaleźliśmy jego ciała, Severusie.

Snape podniósł brew.

- Wiem to, Albusie. Powiedziałeś mi o tym, kiedy spytałem prawie dwadzieścia minut temu.

- Dziwne. Bardzo dziwne. ? Dyrektor przymknął powieki, mamrocząc miękko do siebie. ? Wiele możliwości?wyjaśnień?

- Albusie ? powiedziała McGonagall ? nie powinniśmy powiadomić Ministerstwa? Prasy? Kogokolwiek?

- Nie ? odpowiedział stanowczo Dumbledore, jego oczy ciągle zamknięte ? Nikogo nie poinformujemy.

- Ale to z pewnością przecieknie. Zostało jedynie trzy i pół tygodnia do końca wakacji. Kiedy wrócą uczniowie?

- Dokładnie o to chodzi, Minerwo. Dopóki uczniowie nie wrócą, nie ma powodu?

- Albusie! Nie możesz?

- Posłuchaj mnie. Ogłoszenie śmierci Harry`ego światu jutro czy w następnych tygodniu spowoduje więcej zła niż dobra. Nie mamy niepodważalnych dowodów, nie mamy ciała, a bez tego - kto w to uwierzy, nawet z historiami, które serwuje Prorok Codzienny? Dla tych, co wierzą w to, że Voldemort się odrodził, śmierć Harry`ego będzie śmiercią tego, czego był symbolem ? nadziei. Nie, zaczekamy do pierwszego września. Do tego czasu, o ile szczęście nam dopisze, problem sam się rozwiąże.

- Sam się rozwiąże? ? Flitwick pochylił się do przodu na swoim krześle. ? Co masz na myśli, Albusie?

- Takie tam puste słowa ? Dumbledore odparł z lekkim uśmiechem.

- Ty ani razu nie powiedziałeś pustych słów.

- Zawsze musi być ten pierwszy raz ? zripostował Dumbledore, a słaby błysk w jego oczach szybko znikł. ? Nic nie ogłosimy przed pierwszym września, zezwalając oczywiście, by Severus dla własnego bezpieczeństwa powiadomił wcześniej Voldemorta.

- Dziękuję. ? odparł złowrogo Snape, woląc nie myśleć o złości Czernego Pana, gdyby nie dowiedział się on o tym od niego. Mimowolny dreszcz wstrząsnął jego ramionami, niezauważony przez nikogo oprócz dyrektora, którego oczy były skupione wyłącznie na nim. ? Skończyliśmy już tu? ?spytał ? Jestem pewien, że nie jestem jedynym, który nie ma ochoty zostać w obecnym stroju dłużej, niż to konieczne.

- Tak, skończyliśmy. Idźcie, odpocznijcie.

Snape podążył za innymi, by wyjść z pokoju, lecz zatrzymał go głos Dumbledora.

- Severusie, czy mógłbyś wstąpić do mojego biura jutrzejszego popołudnia na herbatę? Chciałbym przeprowadzić z tobą rozmowę.

- Rozmowę? ? Dziwny zwrot. ? O czym?

- Filozofii, teorii, eliksirach i prawdzie ? powiedział te słowa z nutką stanowczości, zostawiając Snape?a, by zastanowił się nad ich znaczeniem.
Ostatnio edytowano 27 lip 2009, 23:20 przez Aratanooniel, łącznie edytowano 3 razy
Z mądrości moderatorskich: Oczywiste oczywistości nie istnieją. Zrób facepalm i ruszaj dalej.
Nielusiowe tworki|Nielusiowa zupka|Niela czyta Puella bella
Akcja KDT
Obrazek
Aratanooniel
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 523
Dołączył(a): 01 maja 2009, 13:58
Lokalizacja: Rzeszów

Re: [NZ]Zagubiony [11/18] [T]

Postprzez Aratanooniel » 27 lip 2009, 22:53

Rozdział 7

tłumaczenie: immo_love


Powiadają, że istnieją etapy opłakiwania straconych osób, uczucia, które wszyscy odczuwamy w obliczu śmierci ukochanej osoby. Nasze serce i umysł nie chce przyjąć do wiadomości tej informacji i zezłoszczeni tym, czujemy się zranieni. Wątpimy we własną nieśmiertelność, choć czy rzeczywiście chcemy żyć wiecznie? Być może jedynie boimy się umrzeć... Ale, czyż wspaniały człowiek nie rzekł kiedyś ?Ostatecz?nie, dla należycie zorganizowanego umysłu śmierć to tylko początek nowej, wielkiej przygody?? Wielu jest między nami takich, którzy, gdy stają twarz w twarz ze śmiercią, nie odczuwają strachu. Bo, mimo wszystko, jak inaczej mamy dowiedzieć się, co jest po drugiej stronie? Śmierć jest przygodą ? taką, z której nie możemy powrócić? przynajmniej nie niezmienionymi. W takim razie, czy ocaleli szukają nas, tym samym powstrzymując przed dalszą drogą, jedynie po to, by pogodzić swoje myśli z tym, co czuje ich serce?

Było zaledwie dwa dni przed powrotem uczniów do szkoły i ciągle brakowało jakichkolwiek nowych informacji o Harry`m. Żadne czary, wspomagane wskazówkami Dursleya nie potrafiły go zlokalizować. Tonks z Lupinem zagłębili się w mugolskich gazetach, szukając informacji o znalezionym ciele na polu Surrey, lecz żaden artykuł nie nawiązywał do takiego zdarzenia. Charlie wraz ze swoim ojcem odwiedzali kostnice i szpitale w tamtym rejonie, mając nadzieję znaleźć kogoś, kto będzie wiedział cokolwiek, zamiast tego spotykając zaledwie obojętne pielęgniarki, które odmawiały podania informacji o pacjentach komuś nie należącym do rodziny. Teraz, zebrani w kuchni przy numerze 12 Grimmauld Place, czekali przybycia Dumbledora, którego przez ostatnie parę tygodni widzieli bardzo mało.

Syriusz był jedynym członkiem Zakonu, który nie był zaangażowany w nieustające poszukiwania Harry`ego. Jego więzienie było o wiele mniejsze niż dom, którego nie miał pozwolenia opuścić. To było w nim, cały czas oskarżając go za śmierć chłopca, będącego jego chrześniakiem. Żadna ilość ognistej whisky nie mogła zagłuszyć głosu, przypominającego mu o jego niekompetencji na stanowisku ojca chrzestnego.

Nieudacznik. Ostre słowa. Najostrzejsze dla jego uszu. Okazał się nieudacznikiem jako przyjaciel, ojciec chrzestny, opiekun?a będąc zamkniętym w tym mieszkaniu, nigdy niebędącym domem dla niego, przypominał sobie stale o swoim niepowodzeniu jako syn. Jak często mu to wypomniano?

Syriusz nie nadawał się do niczego oprócz podarowania tego głupiego domu Zakonowi. Mógł tylko siedzieć tu, w najciemniejszym kącie swojej kuchni, ze swoją whisky ? butelka na kolanach ? ciągle przypominającej mu, co znaczy niepowodzenie: wegetacja, pomyłka.

Może całe to życie było pomyłką.






Zmierzch. Groźna pora dla przesądnych. Pora dla tych, którzy wyzywają śmierć, i odbywającego się nieopodal znajomego zgromadzenia. Zwolennicy kolejnego potężnego czarodzieja zebrali się, przywołani przez tego, którego czczą, ubrani w identyczne, smoliste szaty i niczym się niewyróżniające maski, formując nieprzerwany krąg.

Severus Snape stał wśród tych mężczyzn i kobiet, anonimowy, chodź dzięki swojej pozycji wszyscy wiedzieli, kim jest. Szpiegiem Czarnego Pana. Snape owinął się swoja wyniosłością niczym peleryną, ignorując wszystkich spoza wewnętrznego kręgu Czarnego Pana, którzy mówili bądź spoglądali na niego. Dziś była ta noc ? noc, gdy jego krzyki odbiją się echem w nocnym powietrzu. Ukryty w swojej wyniosłości i szacie mógł przygotować się psychicznie.

- Muszę mu dziś powiedzieć, Albusie. Nie mogę ryzykować, że jutro nie zostanę wezwany.

- Rozumiem, Severusie. Miałem jedynie nadzieję, że nie będzie to konieczne.

- Co powinienem mu powiedzieć?

- Po prostu, że Harry zaginął

- Albus?

- Nic więcej, Severusie. Nic więcej

- Naprawdę sądzisz?

- Nic więcej, Severusie.


- Severusie, jakie masz nowe informacje z Hogwartu?

Schylając swoją głowę w na tyle, na ile pozwalała mu na to jego własna godność, Snape zrobił krok w przód, nie ośmielając się podnieść wzroku powyżej rąbka peleryny Czarnego Pana. Jego umysł był oczyszczony z wszystkiego, poza informacjami, które miał przekazać.

- Chłopak Potterów zaginął, Panie mój. Nie wiadomo, gdzie jest, od momentu, w którym opuścił szkołę. ? W akcie posłuszeństwa uchylił głowę jeszcze niżej, oczekując reakcji swojego Pana.

- Naprawdę? ? Brzeg szaty zbliżył się, gdy Czarny Pan podszedł. Snape zebrał w sobie siły.

- Tak, Panie mój.

- A co o tej?sytuacji myśli ten... miłujący mugoli głupiec? ? Spytał, jednakże w jego głosie nie słychać było ciekawości. Podpuszczał go.

- Postradał zmysły, Panie mój, szukając chłopaka.

Niekończąca się cisza stała się jeszcze bardziej przerażająca, gdy Czarny Pan kontynuował wędrówkę wokół swojego nadwornego Mistrza Eliksirów. Snape walczył, by oczyścić umysł z wszelkich niepożądanych informacji.

Nic nie ujawnić.

- A co ty myślisz o tej informacji, Severusie?

- Panie mój? ? Do czego on zmierzał?

- Wierzysz wiadomości, którą mi przyniosłeś?

- Wierzę, że Dumbledore w nią wierzy, Panie mój.

Przerwa.

- Prawidłowa odpowiedź, Severusie...

Dzięki Bogu.

- Jednak informacja, którą mi przyniosłeś, jest fałszywa.

Zanim w umyśle Snape`a mogła zakiełkować jakakolwiek myśl, jego ciało wiło się już z bólu.






Albus Dumbledore siedział na szczycie kuchennego stołu, słuchając raportów, składanych przez członków Zakonu Feniksa, z koniuszkami palców przyciśniętymi do nosa. W istocie wszyscy raportowali, że nie mają nic do zaraportowania. Żadnych nowych informacji o Harry`m. Nie można było znaleźć ciała biednego chłopca.

- Co z przepowiednią? ? zapytał Remus Lupin, podnosząc wzrok z zarysowanego stołu na wiekową twarz swojego dawnego dyrektora.

- Musimy ciągle ją strzec, by mieć pewność, że jest bezpieczna?

- Po co? ?Syriusz wyrwał się na krótką chwilę ze swojego alkoholowego upojenia, by przerwać przywódcy Zakonu

- Po co? ? powtórzył Dumbledore.

- Po co ją strzec? ? spytał gorzko ? Voldemort wygrał. Harry nie żyje. Po co kłopotać się strzeżeniem zabutelkowanego wspomnienia? Jaki w tym sens?

- Sens?

- Tak, sens. ? Podniósł się niepewnie, tak samo jak Lupin, który również wstał, jego spojrzenie śledziło przyjaciela. ? Jaki jest sens w strzeżeniu przepowiedni? ? Rozejrzał się po innych członkach Zakonu, którym zabrakło słów na jego zachowanie - Nie mogliśmy nawet ochronić piętnastoletniego chłopca przed pobiciem na śmierć przez plugawego mugola.

- Syriusz?

- Nie wtrącaj się do tego, Remus.

- Syriuszu, usiądź, zanim powiesz coś, czego będziesz później żałował. ? Jego wzrok powędrował na Tonks, która z otwartymi ustami wpatrywała się w kuzyna.

- Chłopiec, w którego pokładacie nadzieję, jest martwy. Praktycznie wszyscy z pierwszego Zakonu są martwi, bądź oszaleli. Co tak dokładnie osiągniemy, oprócz skrócenia naszych własnych żyć?

- Jeśli my nie stawimy czoła Voldemortowi, kto to zrobi, Syriuszu? ? Niebiesko-szare oczy Dumbledora spoczęły na ciemno-niebieskich oczach swojego dawnego ucznia, zamykając je w spojrzeniu, jak gdyby byli jedynymi ludźmi w pokoju, gdy przed płonącym kominkiem trwała cicha rozmowa. Nie podniósł głosu ani nie pozwolił, by złość zapanowała nad jego słowami. ? Korneliusz Knot? Ufasz mu całym swoim sercem?

- Ja sobie nie ufam całym sercem! ? krzyknął Syriusz, ciskając swoją szklankę z whisky na ścianę i wybiegając z pokoju, gdy szklanka roztrzaskała się, a jej zawartość rozlała. Remus chciał za nim pójść, lecz został powstrzymany przez Dumbledora.

- Zostaw go, Remusie. Opłakuje Harry`ego. Pozwólmy mu na to. Jednakże ? ciągnął, spoglądając po pokoju, zwłaszcza na Remusa i Wealeyów ? ograniczcie ilość trunków, do których ma dostęp. Uświadamiam sobie, że to jest jego dom, ale nie można tolerować jego zachowania dla jego własnego dobra i zdrowia.






Kiedy ból ustąpił na tyle, by powróciła świadomość otoczenia, Snape podniósł się na kolana,
Nie ośmielając się ani razu próbować wstać, czy spojrzeć na czarne szaty swojego Pana, który coś wiedział. Zdecydowanie o wiele więcej niż Snape mu powiedział, więc Snape został ukarany. Ale co on wiedział?

- Mój Panie, cóż takiego uczyniłem? ? Wiedział, że niedługo znów dostanie Cruciatusem, ale musiał dowiedzieć się, co wiedział Czarny Pan. Czy wiedział o losie chłopaka? O jego położeniu?

- Mój głupi Mistrzu Eliksirów ? syknął - Odkryłem tą informację tygodnie temu, od dementorów. A Lucjusz był na tyle uprzejmy, by dowiedzieć się reszty o losie chłopaka. ? Niesamowity śmiech wyrwał się z jego gardła, powodując, że Snape`a przeszły dreszcze. ? Zamordowany przez swoich mugolskich krewnych. Jakże Dumbledore musi się rozkoszować tym, że chłopak został zabity przez tych, których ochraniał. Bo jestem pewny, że już wie, co się stało. Nie musi ich więcej ochraniać.

- Mój Panie? ? Białe światło mignęło Snape`owi przed oczami, gdy ból owładnął każdy nerw w jego ciele. Jego kości zdawały się płonąc, kiedy jego ciało niepohamowanie wiło się po podłodze. Krzyk rozbrzmiewał mu w uszach, choć dopiero później uświadomił sobie, że to on krzyczał. Jedyne, czego mógł być pewny, to to, że jego ciało buntowało się przeciwko niemu, i że chciało, by to wszystko się skończyło. Dopiero, gdy po raz kolejny wszystko urwało się niespodziewanie, uświadomił sobie, że z nosa już od jakiegoś czasu leci mu krew. Obrócił twarz, by wyksztusić z gardła krwawą flegmę.

- Naprawdę wierzyłeś, że pozwolę im żyć po tym, jak zabrali mi to, co tylko ja mam prawo mieć? ? Czarny Pan splunął ? Ci mugole doświadczyli bardzo powolnej śmierci. Każdego, kto zabiera coś, co należy do mnie, czeka ten sam los. Potter jest martwy. Teraz chcę Dumbledore?a ? przerwał, prawdopodobnie po to, by przyjrzeć się zebranym wokół siebie Śmierciożercom. ? Niech lekcja Severusa będzie lekcją dla was wszystkich. Informacje mają być przekazywane na czas i precyzyjne. Severusie, następnym razem nie będę taki łaskawy.

Krzyk Snape`a zatrzymał się w jego gardle, gdzieś pomiędzy zupełną męczarnią, a potrzebą, by odetchnąć. Miał wrażenie, że jego mięśnie były żywcem odrywane od kości. Jego ciało już dłużej nie istniało: jedynie ból, przesyłany do jego mózgu przez zmniejszające się przebłyski tortur i bólu. Znowu został oślepiony białym światłem, nim ciemność nie pochłonęła wszystkiego.






Dumbledore siedział głęboko pogrążony w myślach przy swoim biurku, kiedy jego Mistrz Eliksirów wszedł do gabinetu, i, odrzucając swoją maskę śmierciożercy na blat biurka, opadł na krzesło. Skrzyżował ręce na piersi, szaty owinął ciasno wokół ciała.

- Bardzo późno wracasz.

- Mieliśmy długą noc.

- Jak poszło?

- Dursleyowie nie żyją.

Dumbledore spojrzał w górę, natychmiast napotykając atramentowo-czarne oczy swojego szpiega.

- Dowiedział się, że Potter jest martwy ? ciągnął Snape ? Dursleyów już nie ma.

- Jak?

- Najprawdopodobniej po długich torturach ? odpowiedział złowrogo szpieg.

- Jak się dowiedział? ? nalegał Dumbledore.

- Co za różnica? ? Snape spytał zirytowany ? A może zamierzałeś dalej chronić ich po tym, co zrobili?

- Severusie, czy ty?

- Gdyby Dursley był czarodziejem, zesłaliby go do Azkabanu na całe życie. Los, który go spotkał, był łaskawszy, niż ten, na jaki zasłużył. ? Wiedział, że te słowa rozgniewają dyrektora, człowieka, którego szanował ponad wszystko, ale w tej chwili, po tym wszystkim, co dziś przeżył, nie obchodziło go to. Był święcie przekonany o słuszności swoich słów.

- Nikt nie zasługuje na tortury, Severusie. A jego żona i dziecko byli niewinni.

- Nikt nie jest bez winy, Albusie! ? krzyknął. Jego głos wzrósł do poziomu, jakiego nigdy wcześniej nie użył wobec tego mężczyzny. ? Jeśli ktoś jest winny, to właśnie oni, za to, że nic nie zrobili, by to powstrzymać. Są winni słabości.

- Słabość nie jest karana śmiercią, Severusie! ? Złość pojawiła się w oczach starszego mężczyzny, złość, której Snape nie widział skierowanej do siebie od czasu, gdy przyznał się do bycia Śmierciożercą - Właśnie ty powinieneś rozumieć to najlepiej!

- To, co rozumiem, to to, że Dursley zabił naszą szansę na pokonanie Czarnego Pana i za to został zabity. ? Stał teraz, patrząc z góry na swojego mentora, człowieka, który tak dawno temu zaufał mu wtedy, kiedy nikt nie powinien. ? Trzymał zamknięte magiczne dziecko jak zwierzę i śmiertelnie pobił. Nie mogę mu współczuć. Czy ja swoją szansę?

- Nie kończ tego zdania, Severusie ? ostrzegł Dumbledore. ? Nie każ mi zastanawiać się, po czyjej jesteś stronie.

Snape, jak skamieniały, wpatrywał się w dyrektora.

- Zastanawiasz się, po czyjej jestem stronie?

- Nakazałem ci ściśle poinformować Voldemorta jedynie o tym, że Harry zaginął. Ty zaś przyprowadziłeś mu mugolską rodzinę, rodzinę Harry`ego, i aż do ich śmierci?

- Powiedziałem mu dokładnie to, co chciałeś, żebym mu przekazał - że Potter zaginął. ? Wyciągnął bardzo trzęsącą się dłoń, jedyne następstwo klątw, które wytrzymał, którego nie był w stanie ukryć, i porwał z biurka maskę. ? Znał prawdę już wcześniej, a Dursleyowie byli martwi, zanim jeszcze zostałem wezwany.

Oczy Dumbledora wpatrzone były w trzymającą maskę chudą dłoń Snape`a, i zastanawiał się, czemu nie zauważył tego wcześniej, bo nawet, kiedy była ukryta w szatach młodszego mężczyzny, dreszcze i tak były wyraźne.

- Dlaczego cię torturował? ? zapytał ciszej.

- Za przyniesienie niedokładnych informacji ? Snape odpowiedział rozgniewanym, lecz już bardziej opanowanym głosem. - Nigdy nie wątp w moją lojalność, Albusie. Prędzej odebrałbym sobie życie ,nim dobrowolnie oddał je jemu. ? W ten sposób zostawił Dumbledora, który wolno opadł na krzesło z twarzą schowaną w rękach, by zastanowił się nad swoimi słowami, powiedzianymi do człowieka, który tak wiele ryzykował dla Zakonu. Drzwi z drugiej strony pokoju zamknęły się z cichym trzaskiem.

tłumaczenie: immo_love

Rozdział 8


Pierwszy września nadszedł o wiele za szybko dla studentów Hogwartu. Nastał koniec wakacji, a wraz nim, koniec swobody niezaplanowanych dni i niedokończonych zadań domowych. Dla Rona i Hermiony była to także pora, gdy ich najgorsze lęki okazały się prawdą. Harry naprawdę odszedł.

Czując się nieco klaustrofobicznie w wagonie prefektów, Ron i Hermiona tak szybko, jak tylko mogli uciekli do innego wagonu, z dala od hałaśliwych rozmów wracających studentów. Ron przekonał dwie pierwszoroczne do pójścia z jakimiś innymi nowymi uczniami, pod pretekstem poznania nowych przyjaciół, i szybko zaklepał pusty przedział. Dwóch prefektów Gryffindoru położyło swoje bagaże na górną półkę, po czym w ciszy usiedli w nagle zbyt pustym przedziale. Ron wpatrywał się gorzko w błyszczącą odznakę prefekta, przypiętą do jego szaty, zastanawiając się, nie po raz pierwszy, czy dostał ją jedynie z powodu śmierci Harry`ego.

- A więc jednak - Hermiona powiedziała miękko ? On naprawdę nie przyjdzie. Jak?jak mogliśmy nie wiedzieć? ? Jej głos załamał się odrobinę, i spuściła wzrok tak, jak, zauważył Ron, robiła to wiele razy przez wakacje, kiedy nie chciała, by zauważono, że zaraz się rozpłacze. Ron przesunął się tak, że teraz siedział koło niej i objął ręką jej ramię.

- No już! Miono, oboje wiedzieliśmy, że to nastąpi.

- Ciągle oczekiwałam, że drzwi otworzą się i wejdzie Harry.

Ron próbował uśmiechnąć się pocieszająco, lecz w głębi siebie wiedział, że to nieprawda. Jego już?nie było.

Hermiona oparła głowę o jego ramię tak, jak też to robiła wiele razy w czasie ostatniego miesiąca. Tak wiele razy pocieszali się i wspierali po zniknięciu ich przyjaciela, a następnie jego śmierci, że ta bliskość nie była już dla nich dziwna. To było, jakby nie patrzeć, jedynie pocieszanie. Nawet, kiedy Ron sięgnął i wziął jej dłoń, delikatnie głaszcząc kciukiem jej palce, żadne nie było zażenowane.

Przynajmniej, nie do czasu, aż drzwi ich przedziału nie otwarły się z hukiem i krzycząc czyjś głos obwieścił:

- O kurczę! To prawda!

Ron i Hermiona podskoczyli, szybko rozdzielając się na siedzeniu, gdy Neville Longbotton i Dean Thomas weszli do małego przedziału. Kilkoro innych uczniów tłoczyło się przed drzwiami.

- Harry`ego naprawdę nie ma w pociągu? Nie wraca? ? Nieville spojrzał na nich błagalnie. ? Gdzie on jest?

Ron zerknął na Hermionę, która niezauważalnie pokręciła głową. Ron zrozumiał. Pozwólmy wyjaśnić to Dumbledorowi. Nie chcąc kłamać, odpowiedział.

- Nie mieliśmy od niego wiadomości.

- No cóż, ja słyszałam, że Sami-Wiecie-Kto znowu próbował go dopaść ? oznajmiła zza drzwi Levander ? I że musiał się ukryć.

- Ministerstwo dorwało go za morderstwo Cedrika! ? ktoś inny krzyknął, jednakże współpasażerowie nie mogli dostrzec, kto. Ktokolwiek to był, parę spojrzeń skierowało się w stronę drzwi.

- Może uciekł ? ktoś inny zaproponował ? Po tych wszystkich rzeczach w Proroku Codziennym. A może naprawdę jest szurnięty? - Uczeń, trzecioroczny Hufflepuffu, jak i ludzie zebrani wokół niego, poczuł się nagle dość niezręcznie.

- Mój ojciec mówi, że on nie żyje ? ogłosił Draco Malfoy, przepychając się przez tłum. Dzięki jego własnej odznace prefekta tłumek przed drzwiami pozwolił mu przejść do małego przedziału - Zabity przez jednego słabego mugola. ? Uśmiechnął się sadystycznie do Rona i Hermiony. ? Czyż tak razem przytuleni nie wyglądacie słodko? Biedny dotknięty nędzą Weasley i jego Szlama?

Reszta zdania została niedokończona, gdy kilku uczniów, wliczając w tym Rona i Deana, wyciągnęło swoje różdżki i oszołomiło go. Poleciał na Nevilla, który pchnął jego bezwładne ciało przez drzwi, gdzie popłynęło z tłumem.

- Malfoy! ? Fred krzyknął z daleka. ? Miło, że do nas wpadłeś! ? Wraz z tym słychać było salwę śmiechu i głowy wszystkich odwróciły się, by zobaczyć, że pojawili się bliźniacy Weasley i Lee Jordan. Wszyscy w korytarzu z powrotem zwrócili swoją uwagę na Rona i Hermionę. Chcieli wiedzieć, co przydarzyło się Harry`emu.

- Nie wiemy ? powiedziała im Hermiona. ? Szczerze. Nie mieliśmy od niego wiadomości.

- Ale musieliście usłyszeć cokolwiek. Myślałam, że byliście najlepszymi przyjaciółmi ? nie ustępując stwierdziła Parvati Patil.

Spojrzenie jasno mówiące `Tak, byliśmy` przemknęło po twarzy Rona, jednak nic nie powiedział. Koniec końców uczniowie rozeszli się, odkrywając, że plotki okazały się ciekawsze niż fakty. Jedynie Neville i Dean zostali. Neville zamknął drzwi.

- A tak naprawdę, co się z nim stało? ? spytał Dean, ściszając głos.

- Nie uważacie chyba naprawdę, że Sam-Wiesz-Kto go dorwał, nie? ? Głos Nevilla tylko odrobinę zadrżał, gdy zadał to pytanie.

- Z tego, co słyszeliśmy, to nie ? niewiele myśląc, Ron odpowiedział.

- A więc coś słyszeliście? ? drążył Dean.

- Wiecie tyle, co my ? Hermiona wyjaśniła. ? Harry`ego nie ma w pociągu. Nie dostaliśmy od niego żadnych wiadomości przez całe wakacje. ? Jej głos załamał się lekko i Ron położył dłoń na jej ramieniu. Hermiona podziękowała mu za ten gest, uśmiechając się lekko.

Neville oglądał tę wymianę z szeroko otwartymi oczami, chociaż Dean zdawał się niczego nie zauważyć. Oczy Nevilla z każdą sekundą robiły się coraz większe i większe, póki w końcu nie wstał i wskazał palcem na Hermionę.

- Jak możesz siedzieć tu i to robić? Harry zaginął, więc nagle lecisz na jego najlepszego przyjaciela? To chore!

Hermiona otwarła szeroko usta. Dean, siedzący między Nevillem a Ronem i Hermioną, wyglądał na zakłopotanego. Ron wstał.

- Nie bądź matołem, Neville. Hermiona i Harry nigdy ze sobą nie chodzili!

- Nie wierzyłeś chyba w te bzdury, które wypisywali o nas w gazetach, co nie? ? Hermiona, ze łzami w oczach spojrzała w milczeniu na Nevilla, który zdawał się nie wiedzieć, co powiedzieć. Szybko usiadł z powrotem na miejsce.

- Nie. Chyba nie.

Hermiona sięgnęła i dotknęła jego dłoni.

-Wiesz, że nigdy nie zrobiłabym niczego, by zranić Harry`ego. Wszystkie te rzeczy, które były w gazetach w zeszłym roku, to kłamstwa. Harry i ja nigdy ze sobą nie chodziliśmy. A jeśli by tak było, nigdy nie zdradziłabym go. Znasz mnie, Neville. Wiesz, że bym tego nie zrobiła.

- Tak ? odpowiedział cichym głosem ?Wiem to.

- Czekaj chwilę ? powiedział Dean, podskakując lekko na swoim miejscu i patrząc na dwóch Gryfonów naprzeciwko niego. ? Chodzicie ze sobą?

Ron i Hermiona byli oniemiali. Żadne nie spieszyło się z odpowiedzią. Patrzyli w milczeniu to na siebie, to na Deana.

- Nie. ? Odpowiedz była całkowicie zgodna.



Ron ze znużeniem przebył drogę do dormitorium piątego roku w wieży Gryffindoru. Profesor Dumbledore, ku niepokojowi uczniów, nie wspomniał w czasie swojej mowy o Harry`m. To prawdopodobnie jedynie oznaczało, że nie miał dla nich żadnych prawdziwych wiadomości, zrozumieli więc, że nie ogłoszono jeszcze jego śmierci. Na skutek tego po uczcie on i Hermiona zostali odciągnięci w przeciwne strony i przesłuchiwani przez zaciekawionych uczniów, nim mogli oddalić się, by spełnić swoje obowiązki prefekta. Właściwie, już wcześniej się rozdzielili, kiedy szli do Wielkiej Sali na Ceremonie Przydziału.

- Może to i lepiej ? pomyślał ? Nie trzeba podsycać nowych plotek. ? To była dziwna myśl. Po niewinnym pytaniu Deana czuli się nagle bardzo nieśmiali w swoim towarzystwie. Po tym, gdy Dean zmył się poszukać Seamusa, Hermiona zakopała się w książce, a Ron i Neville, ku niepokojowi Hermiony, grali w Eksplodującego Durnia, by jakoś zająć czas w pociągu. Eksplozje były o wiele głośniejsze w małym przedziale.

Ale teraz, gdy dzień chylił się ku upadkowi, wszyscy Pierwszoroczni byli bezpieczni w swoich dormitoriach, a Ron mógł runąć na łóżko, i, o ile szczęście dopisze, obudzić się, by odkryć, że to wszystko było tylko złym snem, i że Harry leżał bezpieczny w swoim łóżku, pogrążony we śnie. Pchnął drzwi, by zobaczyć wpatrujących się w głąb pokoju Nevilla, Seamusa i Deana. Ucichli, gdy wszedł.

- Co się dzieje? ? spytał Ron, zastanawiając się jednocześnie, czy łóżko Harry`ego zostało usunięte. Nie chciał nawet o tym myśleć. Przepchnął się między nimi, a widok, który zobaczył, sprawił, że włosy stanęły mu dęba.

Kufer Harry`ego leżał u podnóża jego łóżka. Były tam z przodu jego inicjały: HP. Ron zrobił krok w przód, i drżącą dłonią otworzył kufer. W środku były rzeczy Harry`ego: jego peleryna, jego książki, nawet jego różdżka. Rozejrzał się szybko po pokoju.

- Myślałem, że mówiłeś, że Harry`ego nie było w pociągu ? Neville stwierdził, zraniony.

- Nie było ? nadeszła odpowiedź ? Nie mogło być.

- No cóż, może po prostu nie chciał z tobą siedzieć ? zasugerował Dean ? No wiesz, po tych wszystkich rzeczach, które się wydarzyły w zeszłym roku?

- Niemożliwe ? Ron wymamrotał nieobecnie, zamykając wieko kufra Harry`ego i siadając na nim. Rozejrzał się tępo po pokoju - To?to niemożliwe.

- To nie jest niemożliwe. Widocznie jest zakłopotany po tych wszystkich artykułach w gazetach. ? Głos Seamusa zrobił się cichszy, gdy spojrzenia wszystkich spoczęły na nim. ? Chodzi mi o to, że on nie może normalnie pokazać się po tym wszystkim,prawda?

- Nie, chodzi mi o to, że to jest niemożliwe, ponieważ?- Ron zerknął nagle na bacznie mu się przyglądającą trójkę. Nic nie wiedzieli. Nie mieli pojęcia o tym, że Harry nie żyje, i prawdopodobnie nie wierzyli nawet w powrót Sam-Wiesz-Kogo. Spędzali swoje letnie wakacje jak każdy inny nieletni czarodziej, nie martwiąc się o nic, poza nieskończoną pracę domową.

Ron poderwał się na nogi tak szybko, że zaskoczył pozostałych chłopców.

- Gdzie idziesz? ? Spytał go Dean, gdy zbliżał się do drzwi.

- Muszę zobaczyć się z Dumbledorem ? odpowiedział Ron, nim znikł za drzwiami.






Pół godziny później Snape stał w gabinecie Dumbledora, z wielką trudnością starając się ukryć swój gniew, gdy czekał, aż dyrektor przyjdzie ze swoich prywatnych komnat. Rzadko się zdarzało, by nie zgadzał się z decyzjami Dumbledora, ale tym razem, tym razem po prostu mężczyzna przesadził.

- Severusie? Czy coś się stało? ? Dumbledore spytał się, gdy zbiegł po schodach do gabinetu.

- Zdaje się, że tak, Dyrektorze. ? Nie spiesząc się, odpowiedział. ? Dopiero co wpadłem na korytarzu na bardzo poruszoną latorośl Weasleyów.

- Virginia?

- Ronald ? poprawił ? Zdaje się, że rzeczy Pottera są w dormitorium. ? Czekał bardzo długą chwilę na jakąkolwiek reakcję. Nie otrzymawszy żadnej, spytał: ? Czemu właściwie rzeczy Pottera są w jego dormitorium?

- Nazwijmy to przeczuciem ? Dumbledore odpowiedział.

- Przeczuciem?

- Przeczuciem, że pan Potter dołączy do nas niedługo.

Snape był tak zszokowany tym oświadczeniem, że pozwolił okazać to na swojej twarzy, nim zganił się i zastąpił szok nachmurzoną miną.

- Dyrektorze, wiesz, że mam szacunek dla twojego zdrowego rozsądku?

- Za co powinienem ci podziękować.

-?ale to, to jest po prostu okrutne.

Dumbledore uśmiechnął się, podchodząc do biurka.

- Och, być nazwanym okrutnym przez profesora Snape?a! Jestem pewien, że uczniowie byliby pod wrażeniem.

- To nie są żadne gierki, Albusie! Z jutrzejszym rankiem wszyscy w szkole będą wiedzieli, co się z nim stało, a ty wystawiasz jego szkolne rzeczy, jakby miał się tu zjawić w każdej chwili! Doprowadzisz do szaleństwa jego kolegów z pokoju, jeśli nie z żalu, to z wiary, że chłopak wciąż żyje. ? Jego głos był coraz głośniejszy, aż Snape praktycznie krzyczał na dyrektora, co uświadomił sobie dopiero, gdy po jego ostatnich słowach zaległa w pokoju przytłaczająca cisza.

- Mówisz więc, że obchodzi cię to, że jego Gryfońscy koledzy oszaleją?

- Obchodzi mnie to, abyś ty nie oszalał - Wpatrywał się w dyrektora, zastanawiając się, czy ten aby na pewno był przy zdrowych zmysłach. ? Czemu nie wygłosiłeś oświadczenia?

- Nie będę im kłamał. ? Nadeszła prosta odpowiedź, na którą Snape załamał ręce.

- Albus, wszystkie dowody, wszystkie logiczne dowody?

- Severus ? Dumbledore przerwał mu łagodnie ? to nie tu wierzę, że Harry wróci ? powiedział, wskazując palcem swoją głowę. ? To tu. ? Położył swoją rękę uroczyście na sercu.

Snape osunął się pokonany na krzesło, przyciskając palce do pulsującej żyły na środku czoła, by powstrzymać rosnący ból głowy.

- Co, jeśli się mylisz, Albusie? Co, jeśli oszukujesz samego siebie? Co wtedy?

- Nie robię tego, Severusie. ? Uśmiechnął się na ciężkie westchnięcie Snape`a. ? Wspomniałeś przed chwilą o dowodach. ? Snape spojrzał w górę. ? Musimy jeszcze znaleźć ciało. ? Uśmiechnął się tak, jakby było to wystarczającym dowodem na ciągłe istnienie chłopca, ale uśmiech powoli znikł z jego ust. ? Po co tak naprawdę przyszedłeś, Severusie?

Snape zamknął oczy, przeklinając samego siebie, ponieważ pozwolił swoim barierom osłabnąć. Oczywiście Dumbledore to wyłapał. Jego myśli praktycznie krzyczały do dyrektora.

- Po raz milionowy zastanawiam się, gdzie podział się twój zdrowy rozsądek ? Złapał spojrzenie starca ? I po raz pierwszy poważnie zastanawiam się, gdzie podział się twój zdrowy rozsądek.

- Uważasz, że popełniłem błąd.

- Uważam, że popełniłeś kilka błędów. To był tylko jeden z nich. ? Przesunął w przód wspomnienie o ostatnim wezwaniu, które otrzymał, pozwalając, by odtwarzało się ono w jego umyśle głośno i wyraźnie dla dyrektora. Był tu każdy krzyk, każdy przebłysk bólu.

- Przepraszam, Severusie. Przepraszam, że musiałeś przez to przejść. Nie chciałem tego, i nie miałem pojęcia, że Voldemort znalazł Dursleyów?-Obserwował, jak Snape zagłębił się trochę w fotelu, jednakże pozornie nie przykucając, garbiąc się, czy przesuwając poduszkę. - I jest mi bardziej niż przykro, że kiedykolwiek wątpiłem w twoją lojalność, nawet na chwilę. Wiem, że ciężar, którym cię obarczyłem, nie jest mały ? Spojrzał znacząco na młodszego mężczyznę. Szczerość jego słów była widoczna.

- Wiem. ? Wstał, jego oczy ciągle utkwione w Dumbledorze, choć nie były już tak surowe i zezłoszczone, jak z chwilą, gdy wchodził do gabinetu ? Czy mogę odejść, sir?

- Oczywiście. Dobranoc. ? Obserwował, jak Mistrz Eliksirów sunie przez pokój i znika przez drzwi, nim zamknął oczy i wyszeptał. ? Dziękuję, Severusie.

Rozdział 9

tłumaczenie: immo_love

Dr Edward Thomson szybko przeszedł przez formalnie białe (ten zwrot może wydawać się wam dziwny, ale nie wiedziałyśmy, jak to określić ? przyp. Evelyn) korytarze szpitala St. Luke. Wykonał już swój ostatni obchód tego wieczora, i teraz był w drodze do swojego gabinetu, by czekać tam na przybycie dr Anyi Saluri, koleżanki po fachu, chociaż z bardzo odmienną specjalizacją.

Spotkał Anyę w szkole medycznej prawie czterdzieści lat temu i natychmiast zauważył, że różni się od innych uczniów. Po prostu było w niej coś takiego, że musiał ją poznać bliżej. Okazało się, że jego instynkt się nie mylił. Anya była czarownicą z długiej linii czarownic. Magiczna krew, tak to nazywała. Jedna z paru magicznych osób, które uczęszczały na uniwersytet wraz z niemugolskimi ludźmi (mugole, jak mu kiedyś powiedziała w ataku śmiechu). Od tamtego czasu byli przyjaciółmi, odwiedzając się po porady w swoich szpitalach, chociaż minęło już sporo czasu odkąd wezwała go do Świętego Munga. Dzisiaj, to ona była potrzebna w St. Luke.

Dr Thompson dotarł do swojego gabinetu o ósmej, z dokładnością co do minuty, akurat na czas, by zobaczyć, jak Anye niespodziewanie pojawia się w jego biurze. Jak i on, ona też była przyodziana w biały lekarski kitel i pogodny uśmiech. Chociaż po twarzy wydawała się o wiele młodsza, miała długie srebrzyste włosy związane przy szyi.

-Edward! ? krzyknęła, ściskając jego dłonie. ? Tak długo się nie widzieliśmy. Myślałam, że się przewrócę, kiedy dostałam twój list.

- Witaj, Anya ? powitał ją, całując ją lekko w policzek. Przyjrzał się jej i odkrył, że od czasu, gdy spotkali się po raz pierwszy, praktycznie w ogóle się nie zmieniła, poza siwymi włosami. ? Żałuję, że to nie jest towarzyska wizyta ? powiedział, kręcąc głową. ? Zaprosiłbym cię na tańce.

- Potraktuję to jako zaproszenie- powiedziała z uśmiechem. ? Możemy zaprosić również twoją żonę.

Dr. Thompson zachichotał cicho pod nosem, zanim Anya spytała poważnym tonem.

- Więc, kim jest ten pacjent, którego chciałeś, żebym obejrzała? To nie kolejny z tych, co twierdzą, że widzieli latające samochody czy miotły?

- Nie, to chłopiec, którego umieszczono pod nasza opieką dwa tygodnie temu przez rodzinę lekarza spoza Surrey.

- Co o nim wiesz?

- Niewiele. Nie chce z nami rozmawiać. ? Chwycił akta ze swojego biurka i skinął na dr Salurię, by za nim poszła. Szli wolno przez ciche korytarze, tak, by mógł przekazać jej wszystkie informacje, nim dojdą do pokoju chłopca. - Mam przeczucie, że on jest taki jak ty ? wysłał jej znaczące spojrzenie znad drucianych okularów.

- Taki jak ja? ? Zmarszczyła brwi. ? Opowiedz mi o nim.

- Został znaleziony na polu przez dr Alberta Snydera, poważnie ranny i ubrany jedynie w piżamę, bez butów. Z początku podejrzewano, że był ofiarą wypadku samochodowego, w którym kierowca zbiegł z miejsca wypadku, że jest jakimś młodocianym uciekinierem. Ale Snyder odkrył, że obrażenia były bardziej zbliżone do sytuacji znęcania się fizycznego: łagodny wstrząs mózgu, parę złamanych żeber, nadgarstek i kości palców, i obojczyk. Inna bajką było spiralne pęknięcie kości w ramieniu.

- Jak gdyby zostało skręcone?

Dr. Thomson przytaknął.

- I różne ślady na jego pięcie, tułowiu i ręce. Jego twarz była opuchnięta, jak gdyby został parę razy uderzony i miał potężny guz na głowie. Chłopak był w naprawdę złym stanie. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, co mu się stało. Nie chciał powiedzieć imienia swojego, ani rodziców. Niczego. Jednak nie wydawało się, żeby istniało zagrożenie jego życia, więc Snyder i jego żona zatrzymali go w swoim domu, dopóki się nie obudził. W tym momencie Snyder wezwał nas i po paru testach chłopak został oznajmiony umysłowo chorym. Podejrzenie schizofrenii.

- Ale ty się z tym nie zgadzasz. Jakie miał symptomy?

- Dlatego właśnie, Anya, wezwałem ciebie. Objawy schizofrenii jestem pewny, zauważysz, gdy wejdziesz do pokoju. To coś innego mnie martwi. ? Zatrzymał się na korytarzu i otworzył swoje akta. ? Po pierwsze, już sam jego pokój ma zupełnie inną atmosferę od czasu, gdy go tam przeniesiono, jak gdyby powietrze zgęstniało. Po drugie ? wszystkie sprzęty monitorujące w jego pokoju zostały zniszczone ? zaczął, wyliczając na palcach. ? Elektrycy obwiniali wadliwą instalację elektryczną, ale nigdy nie mieliśmy problemów do czasu, gdy chłopiec został umieszczony w tym pokoju. Po prostu wybuchły. Poza tym, od kiedy chłopak otrzymał tu swój pierwszy zastrzyk, jakiekolwiek strzykawki, które tylko znajdą się w pokoju, pękają bez szczególnego powodu. A w nocy krzyczy o zabijanych i torturowanych ludziach, nieważne, czy śpi, czy nie. Czasami to tylko krzyki. Kiedy indziej słyszymy słowa, dziwne słowa, jakby mówił w innym języku. ? Zerknął na akta. ? Słyszeliśmy ? crusho, impiro, evada coś tam i vole-mort. Vole-mort zdaje się powtarzać najczęściej. ? Spojrzał w górę, by zobaczyć dr Salurię, bardzo bladą i słabą. ? Anya, wszystko w porządku? ? Nigdy nie widział, żeby na parę prostych słów zbladła tak mocno.

- Voldemort? Naprawdę tak mówi? Voldemort?

- Tak. Oznacza to coś dla ciebie? Czy to? - ściszył głos ? zaklęcie?

- Reszta tak ? przyciszonym głosem wyjaśniła ? Ale to ostatnie. To imię, którego nikt nie śmie wymawiać. Jeśli ten chłopiec wymawia to imię, jest dla wszystkich tutaj zagrożeniem.

- Ale on jest tylko chłopcem ? nie więcej niż czternasto- czy piętnastoletnim.

- To imię bardzo potężnego i niebezpiecznego czarodzieja. ? Spojrzała na niego z zaciekawieniem. ? Czternasto- czy piętnastoletnim? To za mało lat by? Edward, gdzie on jest? Pozwól mi go odwiedzić.

Dr. Thomson skinął na drzwi po drugiej stronie korytarza. Dr. Saluria zerknęła przez okienko, by zobaczyć ciemnowłosego chłopca kiwającego się na łóżku, z kolanami podciągniętymi do klatki, zasłaniając temblak, który ochraniał jego rękę.

- Więc mówiłeś, że w pokoju nie ma elektrycznych urządzeń? Nic, co mogłoby nagrać naszą rozmowę?

- Nie, nic tu nie zadziała.

- Dobrze. Edward, ty zostań tutaj. ? Wślizgnęła się do pokoju i natychmiast uderzyło ją skupienie magii. Ten chłopiec prawie na pewno był czarodziejem, prawdopodobnie całkiem potężnym. Obserwowała go chwilę, jednak nie zdawał się zauważyć jej obecności. Podeszła bliżej.

- Jak masz na imię, chłopcze?

Kiwając się ciągle na łóżku, zignorował ją, jedna ręka przysłaniała jego twarz pod czarnymi długimi włosami, które opadały prawie do nosa. Pochyliła się, by spróbować przyciągnąć jego uwagę i z trudem złapała powietrze. Jego dłoń nie tylko zakrywała jego czoło. Chłopiec wbijał swoje paznokcie w skórę na czole. Mogła dostrzec krew na jego paznokciach, czole i twarzy.

- Wyjdź z mojej głowy. Wyjdź. Przestań. Przestań. Wyjdź ? żądał dziwnie łagodnym tonem.

Dr Salaria delikatnie chwyciła jego nadgarstek i odciągnęła jego rękę, by móc przyjrzeć mu się dokładniej, zastanawiając się, czemu to robił. Jego wychudzona blada twarz i mały nos były usmarowane krwią. Zobaczyła, jak za długimi kosmykami włosów jego mroczne zielone oczy przemknęły po jej twarzy, nim wykręcił nadgarstek i uwolnił go z jej uścisku. Jego ręka bez wahania powróciła do poprzedniego zajęcia - zdzierania własnej skóry. Chwyciła mocniej jego nadgarstek i ponownie odciągnęła, trzymając nieco mocniej, gdy bronił się. Drugą ręką odgarnęła na bok jego włosy, by zbadać głębokie zadrapania, które sobie sprawił. Następnie, sięgnęła do płaszcza i wyjęła różdżkę. Chłopiec bronił się zajadlej, gdy jego spojrzenie przemknęło po różdżce w jej dłoni. Trzymała go mocno i zaczęła leczyć jego rany, zadane samemu sobie. Po paru chwilach odłożyła różdżkę i jeszcze raz odgarnęła włosy chłopca, by obejrzeć swoje dzieło.

- Jak to możliwe? ? wyksztusiła, badając dokładniej ranę. Kilka dopiero co uleczonych zadrapań krzyżowało się na jego czole, a w środku ich wszystkich, jak gdyby to ona była ich celem, była o wiele starsza postrzępiona blizna. Po przyjrzeniu się, zauważyła błyskawicę. Drżącymi dłońmi odsunęła z jego twarzy włosy i po raz pierwszy popatrzyła na niego wyraźnie.

- Harry Potter?

Napotkała pełne pogardy spojrzenie.

- Znasz swoje imię?

Nic.

- Czy możesz mi powiedzieć cokolwiek? Co pamiętasz? ? Na dokonane przez siebie odkrycie poczuła prawie histerię.

Nie przestawał się na nią patrzeć. Niespodziewanie poczuła wstrząs z uścisku nadgarstka chłopca, przeszywający jej ciało. Krzyknął, zbliżył rękę do głowy i zaczął dłubać paznokciami w czole, jeszcze bardziej szpecąc swoją bliznę. Znowu zaczął szeptać do siebie, jak gdyby zapomniał już, że ona tu jest.

Przestraszona wstała i wycofała się do drzwi, by móc wyślizgnąć się z pokoju. Chłopiec nawet tego nie zauważył.

- Anya? ? Dr.Thomas czekał na nią, przyglądając się jej uważnie, gdy próbowała się uspokoić. ? Wszystko w porządku? Znasz go?

- Znam ? odparła, chwytając go za ramię, by przyciągnąć przyjaciela ? Ten chłopak rzeczywiście jest magicznego pochodzenia i nie powinien tu być. Zamierzam skontaktować się z kimś, kto może mu pomóc, ale nikt nie może go zobaczyć, póki nie wrócę.

Chociaż jej głos był cichy i równomierny, z jej oczu prawie biło szaleństwo.

- O co chodzi? Kim on jest?

- Dla mnie, dla ludzi takich jak ja, jest bohaterem ? powiedziała cicho. Gdyby jej twarz nie wyglądała tak poważnie? Edward uznałby, że żartuje. ? W gazetach były artykuły, że on?ale nigdy nie wierzyłam?to z pewnością wiele wyjaśnia.

- Anya?

- Edward, miej oko na niego. Nie pozwól, by ktokolwiek go zobaczyć. Rozumiesz?

Ledwie przytaknął, gdy wyciągnęła różdżkę z kieszeni i zniknęła przed jego oczami.






Korneliusz Knot, Minister Magii, został wywołany przez Oderica, swojego domowego skrzata, z przyjęcia, którego był gospodarzem w swoim domu. Ministra nie było już pewien czas, kiedy jeden z gości zapukał do drzwi jego prywatnego biura i został poproszony do środka.

- Wszystko w porządku, Korneliuszu? ? mężczyzna spytał, podchodząc powoli do biurka, gdzie minister przeglądał wiadomość dostarczoną mu przez jego sowę. Knot spojrzał w górę na swojego gościa, słaby uśmiech zaigrał na jego twarzy.

- Wygląda na to, że dr Saluria zażądała zrobienia dla Świętego Munga świstotlika nagłego wypadku dla nieletniego pacjenta.

- Ściągnięty z przyjęcia dla prośby o świstotlik. Jakie to przyziemne. ? Gość siadł naprzeciwko ministra. ? Widać miałem rację, gdy twierdziłem, że Ministerstwo rozpadłoby się bez ciebie. ? przeciągle powiedział.

Uśmiech ministra rozjaśnił się na nieszczere pochlebstwo.

- Prawdę mówiąc, był powód, dlaczego ta prośba wyrwała mnie z przyjęcia ? odpowiedział ? To będzie wielki cios dla Dumbledore`a. Przykro by było, gdyby ta wiadomość przeciekła do mediów.? Jeśli było to możliwe, jego uśmiech jeszcze się powiększył.

- Naprawdę?

- Zdaje się, że Harry Potter został odnaleziony w mugolskim zakładzie dla umysłowo chorych, i dr Saluria chciała, by przeniesiono go pod jej opiekę.

- Mówisz poważnie? ? jego gość odpowiedział, brzmiąc melodramatycznie, przerażony wiadomością. ? Harry Potter? Chory umysłowo? Kto by pomyślał...? Sarkazm przebrzmiewał w jego głosie, kiedy minister podał mu list na potwierdzenie swoich słów. Kiedy jego oczy prześlizgnęły się po pergaminie, Lucjusz Malfoy poczuł, że Święta w tym roku przyszły wcześniej.
Ostatnio edytowano 27 lip 2009, 23:26 przez Aratanooniel, łącznie edytowano 1 raz
Z mądrości moderatorskich: Oczywiste oczywistości nie istnieją. Zrób facepalm i ruszaj dalej.
Nielusiowe tworki|Nielusiowa zupka|Niela czyta Puella bella
Akcja KDT
Obrazek
Aratanooniel
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 523
Dołączył(a): 01 maja 2009, 13:58
Lokalizacja: Rzeszów

Re: [NZ]Zagubiony [10/18] [T]

Postprzez Aratanooniel » 27 lip 2009, 23:03

Od tego odcinka zaczyna się moje tłumaczenie.

Rozdział 10
tłumaczenie: Aratanooniel
beta: Kajusia (bardzo, bardzo dziękuję!)


Artur Weasley biegł korytarzem Ministerstwa Magii, starając się wyglądać na całkowicie spokojnego. Pierwszą zasadą pracowników ministerstwa było ?Nie wzbudzać uwagi swoją osobą?. W rezultacie mamrotał pod nosem, czekając na windę:
- Nie ma pośpiechu. To nie jest nagły wypadek. Nikomu nic nie grozi. Tylko życiu młodego chłopca, który być może jest kluczem do pokonania Sam-Wiesz-Kogo?
Zanim winda dotarła na jego piętro, Artur prawie podskakiwał z niecierpliwości. W końcu drzwi otwarły się i wszedł do środka. Jego śladem poszedł młody pracownik, którego imienia nie pamiętał, mimo że był mu niedawno przedstawiany.
- Gdzieś się pan spieszy, panie Weasley? - zapytał młodzieniec.
- Nie, nie bardzo - odpowiedział. Krótki rzut oka na rozmówcę powiedział mu, że go nie przekonał.
- Właśnie odrabiałem pracę po godzinach, kiedy przypomniałem sobie, że miałem zabrać żonę do restauracji na kolację. Mam nadzieję, że nie zauważy mojego spóźnienia.
- Wiem, jak się sprawy mają - odpowiedział chłopak z uśmiechem. ? To zawsze sprawa życia lub śmierci.
Nawet nie masz pojęcia jak bardzo, młodzieńcze, pomyślał Weasley.

Niecałą godzinę wcześniej, Artur spędzał późny wieczór w jego małym, ciasnym biurze, kończąc papierkową robotę, gdy nagle wpadł porozmawiać Rupert Grigsby. Artur słuchał kolegi jednym uchem, do czasu, gdy usłyszał kluczowe słowa: Harry Potter.
- Przepraszam ? wtrącił. - Co przed chwilą powiedziałeś? - Nieoczekiwanie słowa Ruperta przyciągnęły jego uwagę.
- Mówiłem, że dziś słyszałem bardzo dziwne plotki o Harrym Potterze. Nie byłem pewny, czy w nie wierzyć, ale w tych czasach dzieci są coraz dziwniejsze. Wiesz, że gdy wczoraj poszedłem z żoną do restauracji, przy stoliku obok siedziała młoda dziewczyna z fuksjowymi włosami? Oczywiście, jedyne co mogłem zrobić to patrzeć.
- Rupercie, wiadomości. O czym mówiłeś?
- Dlaczego był w psychiatryku, i to dla mugoli? Pomyślałem, że jeśli ktoś zna prawdę to tylko ty. Czy twoi synowie nie chodzili z nim do szkoły?
- Tak - odpowiedział zwięźle. - Skąd wiesz o Harrym? Napisali o nim w gazecie?
- W Proroku Codziennym? O nie, chociaż jestem pewny, że chcieliby położyć na tym łapy. Nie, powiedział mi o tym Gerald Rushwing w Biurze Świstoklików. Wygląda na to, że doktor ze św. Munga, Sol-jakaś tam, znalazła Harry?ego i chce przejąć jego leczenie. Nie dziwię się, że zastanawia się kim jest chłopiec. Wiesz, teraz trzeba czekać na świstokliki, jednak ta lekarka, chyba Salaria, wysłała, w czasie kolacji, sowę Geralda, do domu ministra, aby uzyskać pozwolenie.
- Do ministra?
- Dokładnie. Chciała przyspieszyć ten proces. Wątpię, czy to naprawdę jest Potter, bo minister Knot odmówił szybszego wydania pozwolenia.
Niestety, Artur dokładnie znał powody decyzji ministra. Knot musiał upewnić się, że media wyczują ciekawą historię. A jeśli wyszłoby to na jaw, Ten Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać nie miałby najmniejszych trudności ze znalezieniem chłopca. Artur wiedział, że musi się wydostać z Ministerstwa jak najszybciej. Zerknął jak zwykle na zegarek, a potem wypadł jak strzała z pokoju, usprawiedliwiając się spóźnieniem na kolację z żoną.
- Myślisz, że to prawda, Arturze? Te plotki o Harrym Potterze? - zapytał Rupert, gdy Weasley zakładał płaszcz.
- Bzdury - odpowiedział Artur otwierając drzwi. - Tego ranka syn powiedział mi, że Potter jest w szkole. Pewnie to pomyłka z identyfikacją ? skłamał.
- Tak, prawdopodobnie.

Snape aportował się w małym zagajniku i udał do zwykłego miejsca spotkań. Nie dziwiły go dźwięki aportacji wokół, ale nie mógł przestać myśleć o powodach wezwania. Wyglądało na to, że innych również trapiło to pytanie. Kilku śmierciożerców spacerowało w parach, z założonymi kapturami, szepcąc cicho między sobą. Niepokojące było również to, że wezwano tylko nielicznych, najwyżej osiem osób. Czy zostali wezwani do kolejnego ataku?
Odpowiedź nadeszła, gdy tylko został przywołany, jako czwarty, przez Czarnego Pana. Chyląc odpowiednio głowę, Snape wystąpił krok na przód, oczekując kary lub czegoś równie niemiłego.
- Tak, mój Panie?
- Severusie, słyszałem dziś ciekawą nowinę. Zgadniesz jaką?
W jego umyśle zapaliła się czerwona lampka ostrzegawcza, jednak zmusił się do zachowania spokoju. Gdyby go rozszyfrowali, wszyscy zostaliby wezwani, aby posłużył jako przykład. To musi być coś innego.
- Nie, mój Panie.
Jego ciało napięło się, oczekując Cruciatusa.
- Wygląda na to, że informacja, którą przekazałeś mi na początku tygodnia, była prawdziwa. Harry Potter rzeczywiście zaginął - przerwał na chwilę. - Czy żądasz przeprosin?
Snape właściwie mógłby wybuchnąć śmiechem, gdyby nie fakt, ze stoi przed najpotężniejszym czarnoksiężnikiem od wieków. W obecnej sytuacji oznaczałoby to jednak pewną i bolesną śmierć. Czarny Pan z pewnością miał poczucie humoru.
- Nie, mój Panie.
- Wspaniale, mój lojalny Mistrzu Eliksirów. Dołącz do grupy.
Snape wstąpił z powrotem do kręgu. Podniósł głowę, by móc zobaczyć innych.
- Lucjusz, pozostający w bliskiej przyjaźni z ministrem, usłyszał bardzo ważną informację. Harry Potter żyje i przebywa w mugolskim ośrodku.
Snape przez chwilę myślał, że to sen. Zerknąwszy na Malfoy?a, stojącego tuż obok Czarnego Pana zauważył, że mężczyzna się trzęsie, jakby został ukarany za przyniesienie fałszywej informacji o śmierci chłopca.
- Na szczęście dla niego, przekonał, tego idiotę, Knota, żeby zostawił tam Pottera dłużej, aby media dowiedziały się o nim, zanim go przeniosą. Mimo to, powinno być drobnostką dla was, moi Śmierciożercy, aby go odnaleźć i przyprowadzić do mnie. Znajdźcie doktor Salurię ze św. Munga, a znajdziecie Pottera.

Artur Weasley wszedł na trawnik i spojrzał na dom numer 12 przy Grimmauld Place, potem przebiegł chodnikiem do czarnych zniszczonych drzwi i cichutko wszedł do środka. Przywitała go oddzierająca się tapeta i wytarty dywan leżący w przedpokoju. Pobiegł szybko do kuchni, by znaleźć Lupina, Tonks, Blacka i Moody?ego.
- On żyje, Harry żyje! - wykrzyczał Artur, gdy tylko znalazł się w kuchni. Przyjaciele patrzyli zaskoczeni jego niespodziewanym wybuchem, a on mógł tylko głupio gapić się na nich, dopóki Lupin nie skoczył ku niemu.
- Co to znaczy, że on żyje, Arturze? Widziałeś go?
- Gdzie on jest? - Syriusz domagał się odpowiedzi, wyciągając swoją różdżkę, gotów ratować chrześniaka nawet z piekła.
- W mugolskim szpitalu.
Artur opisał swoją rozmowę z Rupertem Grigsby?m. Opowieść zajęła niecałe pięć minut, a gdy skończył pozostali zaczęli układać plan.
- Arturze, pójdziesz z Moody?m, Tonks i mną znaleźć doktor Salurię - powiedział Lupin, podczas gdy pozostali wstawali z krzeseł i wyciągali różdżki.
- Syriuszu, zostajesz.
- Nie żartuj, Remusie.
- Zostajesz!
- Słuchaj Lupina, Black - wtrącił Moody.
- Nie! Znajdę mojego chrześniaka! - Syriusz wpatrywał się ze złością w Remusa, usiłując przekonać go do zmiany zdania. Lupin, ciągle spokojny poprosił resztę o poczekanie na niego w przedpokoju. Kiedy drzwi zatrzasnęły się, odwrócił się do starego przyjaciela.
- Usiądź Syriuszu.
- Remusie?
- Cholera, Syriusz! Nigdzie nie pójdziesz, a im dłużej tu stoję, kłócąc się z tobą, tym później odnajdziemy Harry?ego. Teraz siadaj!
Przez chwilę żaden z nich nie poruszył się. Powoli, Syriusz opadł na krzesło. Wciąż nie ruszając się, jedynie śledząc wzrokiem Syriusza, Remus przemówił cicho, a zarazem stanowczo.
- Syriuszu, pomijając nasze najlepsze chęci, piłeś wszystko, co wpadło ci w ręce. Szczerze, w tym stanie nie wziąłbym cię na plac zabaw, nie mówiąc już o naszej misji. Zagrażałbyś, i nam, i twojemu chrześniakowi.
Syriusz poruszył się i chciał coś powiedzieć, jednak Lupin go uciszył.
- Idziemy ratować Harry?ego. Ty zostaniesz i pomożesz Molly przygotować pokój. Harry jest pod opieką mugoli, więc prawdopodobnie wciąż jest ranny. Koniecznością jest przygotowanie odpowiedniego pokoju. Rozumiesz wagę tej sprawy?
Syriusz przytaknął.
- Dobrze. Poza tym musisz skontaktować się z Dumbledore?m. Powiedz mu, co się stało i gdzie jesteśmy. To ważne Syriuszu. Na miłość boską musisz to zrobić! Dla Harry?ego!
Remus poczekał na tyle długo, aby ujrzeć zrozumienie w oczach Syriusza i poszedł spotkać się z resztą w przedpokoju.

- Piękny dom, pani doktor! powiedział Lucjusz, gdy doktor Saluria weszła do gabinetu, nie podejrzewając, że może tam zastać śmierciożerców.
- Co? co to ma znaczyć? - zażądała wyjaśnień.
Snape siedząc za jej biurkiem, o które Lucjusz się oparł, dyskretnie obserwował starszą kobietę, do której powoli docierało co się dzieje.
- Boże ratuj! - wyszeptała pod nosem, zanim dosadnie spytała. - Co robicie w moim domu?
- Chcę ci zadać kilka pytań - odpowiedział Lucjusz.
Spacerował po pokoju, przyglądając się nagrodom i dyplomom wiszącym na ścianach. W końcu zatrzymał się dokładnie przed nią.
- To ciekawe Anya? studiowałaś na mugolskim uniwersytecie. Oh przepraszam! Mogę zwracać się do ciebie Anya? Tak na przyszłość?
- Czego chcesz?
- Chcę Pottera, Harry?ego Pottera, a ty wiesz gdzie on jest.
Snape w oszołomieniu patrzył, jak jej oczy powiększają się, bo podejrzewał, że informacja jest tylko w połowie prawdziwa. Jej reakcja potwierdziła to, o czym mówił Malfoy: Potter żyje i ta kobieta wiedziała, gdzie on jest.
- Nie wiem o czym mówisz.
Snape obserwował jej rękę, wolno zbliżającą się do rękawa.
- Expelliarmus!
Różdżka wyleciała z jej ręki i poleciała do wyciągniętej dłoni Snape?a. Malfoy pozostał niewzruszony.
- Naprawdę, Anya. To było głupie. Przypuszczałem, że kobieta z taką inteligencją, która studiowała na mugolskim uniwersytecie, powinna wiedzieć więcej. Jaki jest poziom nauczania w tych czasach? Crucio!
Snape nauczył się nie okazywać zainteresowania torturom Malfoy?a, więc gdy ten znęcał się na kobietą, Severus udawał, że przegląda dokumenty na biurku. Jednocześnie przysłuchując się szczerym wyznaniom i oczekując jakichś ciekawych informacji. Jego umysł pracował na przyspieszonych obrotach obmyślając plan. Kiedy wreszcie znajdą Pottera, jak uwolni go bez żadnych ofiar? Na pewno nie mógł pozwolić zabrać go do Czarnego Pana. Podnosił kolejny dokument, marząc o możliwości zawiadomienia Zakonu (i pragnąc by ktoś z Ministerstwa usłyszał podobną informację), kiedy zauważył notatkę na biurku. Nagłówek ujawniał nadawcę ? Doktorar Edwarda Thompsona z Instytutu Psychiatrycznego św. Łukasza. Bez podnoszenia kartki, ani żadnych ruchów mogących wzbudzić podejrzenia, z dala od krzyczącej lekarki, spisał malutką informację.
Anya,
Proszę przyjdź dziś wieczorem do mojego gabinetu. To sprawa najwyższej wagi.
Edward

Jak na zawołanie , kobieta zaczęła krzyczeć.
- Św. Łukasz! Jest w św. Łukaszu! Edward Thompson!
Błysnęło zielonym światłem i krzyki natychmiast ustały, zastąpione głuchym odgłosem nieżywego ciała upadającego na podłogę.
- Nie było tak źle, prawda? - zażartował Lucjusz. - Panowie, idziemy!
Snape wstał z krzesła, strzepując niewidoczny pyłek z szaty. Odezwał się dzwonek u drzwi. Głowy śmierciożerców równocześnie odwróciły się w stronę przedpokoju.
- Myślę, że mamy to, po co przyszliśmy - stwierdził Snape. - Powinniśmy znaleźć Pottera. Jestem pewny, że nie chcesz jeszcze raz poczuć gniewu Czarnego Pana, Lucjuszu.
Malfoy uśmiechnął się szyderczo do Mistrza Eliksirów, ale przytaknął.
- Doktor Salurio?
Usłyszeli słaby głos dochodzący zza drzwi, w którym Snape rozpoznał Lupina.
- Nie mamy czasu rozprawić się z nim - syknął, wskazując na drzwi. Upuścił teczkę na biurko, starał się jednak by znalazła się ona z dala od notatki. Karteczka była doskonale widoczna na środku blatu.
Śmierciożercy deportowali się.

- Może nie ma jej w domu? - zasugerowała Tonks, po kilku sekundach niecierpliwego oczekiwania na otwarcie drzwi.
- Pali się zbyt wiele świateł, jak na pusty dom. - burknął Moody, kierując różdżkę w stronę zamkniętych drzwi. - Alohomora! - Zamek kliknął i Moody pchnął klamkę, żeby otworzyć drzwi.
- Wyjmijcie różdżki - warknął, rozglądając się po holu. - Coś jest nie tak.
Gestem kazał wszystkim zachować ciszę, potem rozdzielił grupę, by przeszukać dom. Artur i Tonks poszli na piętro, Lupin i Moody przeglądali pokoje na parterze. Nie zajęło im dużo czasu, znalezienie ciała. Lupin klęknął obok starszej kobiety, szukając na szyi pulsu.
- Nie zawracaj sobie tym głowy, Lupin - powiedział ponuro Moody. ? Mordercza Klątwa.
- Śmierciożercy? - spytał bardziej zaniepokojony niż zaskoczony Lupin. - Voldemort również szuka Harry?ego. A jego słudzy nas wyprzedzają.
Moody przytaknął.
- Zawołaj resztę. Jeśli dobra lekarka zostawiła wskazówkę gdzie jest Potter, będzie ona w tym gabinecie.
Zgarbił się i zaczął zbierać teczki z podłogi, zerkając na nazwiska na każdej z nich, mając nadzieję, że na którejś jest ?Potter?. Lupin wrócił chwilę później, razem z Weasley?em i Tonks, gdy nagle oko Moody?ego zauważyło nabazgrany liścik na biurku.
- Św. Łukasz, tak? Chłopcy, chyba znaleźliśmy Pottera.

- Rozdzielmy się po dwóch na piętro! - rozkazał Lucjusz śmierciożercom, po przeszukaniu biura, już nieżyjącego Edwarda Thompsona. - Znajdźcie Pottera!
Snape znalazł nieoznakowaną teczkę na górze sterty, koło biurka. Notatki w środku wyjaśniały jak zachowuje się mieszkaniec izolatki, jednak nie podano żadnych nazwisk. Trzecie piętro, pokój 3-37. Zadbał o to, by znaleźć się w parze przeszukującej to piętro i teraz szedł z Malfoy?em przez długi korytarz. Cicho sprawdzał, kto mieszka w każdej sali, odczytując nazwiska i zerkając przez szczeliny w drzwiach, żeby upewnić się, że to nie Potter. Marzył o szansie ucieczki. Korytarz rozwidlał się, tworząc literę T z większą ilością izolatek z każdej strony. Pokój Pottera był po prawej.
- Powinniśmy się rozdzielić - zasugerował Snape. - Ty sprawdzisz po lewej, ja po prawej.
Wierzył, że Lupin znajdzie ich w odpowiedniej chwili.

Biuro Thompsona. Kolejne zwłoki. Śmierciożercy nie zacierali po sobie śladów. Oczywiste było, że przeszukali biuro, a mogli również mieć już Harry?ego. Lupin prześlizgnął wzrokiem po blacie biurka, zaśmieconym przez otwarte teczki i porozdzierane dokumenty. Coś było nie tak. Jedna teczka znajdowała się idealnie na rogu biurka, jakby ktoś ją tam specjalnie położył. Reszta leżała wszędzie porozrzucana.
- Wszystko w porządku Remusie? - spytał Artur, badawczo przyglądając się Lupinowi
- Wydaje mi się, że ktoś zostawia nam wskazówki.
- Jako przynętę?
- Bardzo możliwe - odpowiedział biorąc do ręki teczkę. Pewne było, że informacje w środku dotyczyły Harry?ego.
- 3-37 - powiedział wsuwając do teczki kawałek szaty, jako zakładkę.

- A może lepiej zostańmy razem? - chłodno zapytał Malfoy. - Nie chciałbym, żebyś sam przyprowadził chłopca Czarnemu Panu.
Snape obojętnie wzruszył ramionami i skierował kroki do sal po lewej stronie. Niestety, szybko skończyli przeszukiwanie, większość pokoi była pusta. Będąc na końcu krótkiego korytarza, znaleźli metalowe schody. Odwrócili się i oglądnęli w całości korytarz. Warkoczący dźwięk odbił się echem w cichym korytarzu.
- Ktoś jest w windzie - stwierdził Malfoy.
- Może to nasi - wyjaśnił Snape.
- Albo mugolski doktor, który wybiera się na obchód!
- Niedawno zabiłeś lekarza
- W takim razie może jest drugi? - zaszydził Lucjusz.
Czekali spokojnie, jednak winda nie zatrzymała się na ich piętrze. Przechodząc przez prawy korytarz Malfoy wznowił przeszukiwanie sal. Każdy krok zbliżał ich do izolatki Pottera. Jeszcze trzy, dwa, jeden?
- Co my tu mamy?
Snape zerknął Lucjuszowi przez ramię i zobaczył dlaczego jego blada twarz rozbłysła. Ciemnowłosy nastolatek siedział, na łóżku, z kolanami pod brodą, kiwając się w przód i w tył.
- Drętwota.
Malfoy bezceremonialnie upadł na podłogę. Snape nie spojrzawszy, czy jest ktoś, kto mógłby ogłuszyć Lucjusza, był prawie pewny, że to nie on. Krzyki odbiły się od, do tej pory, cichych korytarzy. Lupin i reszta musieli przyjść schodami za nimi. Śmierciożercy nadbiegali dłuższym korytarzem. Obie grupy ciskały we wszystkie strony zaklęciami. Korzystając z zamieszania Snape wślizgnął się do izolatki i podbiegł do łóżka.
- Potter?
Chłopiec zignorował mężczyznę w czarnej szacie, ciągle kołysząc się do przodu i do tyłu.
- Potter!
Złapał nadgarstek chłopca i otrzymał spojrzenie pełne wstrętu. Jedno ospałe, zielone oko patrzyło na niego, drugie było schowane za długą grzywką. Krew kapała mu z czoła. Zdał sobie sprawę, że wciąż ma na sobie maskę śmierciożercy, więc zdjął ją by chłopiec go rozpoznał.
- Potter! Nie mamy czasu. Wyciągnę cię stąd.
Wyjął z kieszeni srebrny, kieszonkowy zegarek.
- To świstoklik, zabierze cię do szkoły. Rozumiesz?
Nic. Tylko ten niepokojący wzrok. Snape nastawił zegarek.
- Pięć sekund Potter. Trzymaj to mocno.
Położył go w dłoni chłopca. Twarz Pottera złagodniała. Wstręt zamienił się w dezorientację. Spojrzał na Snape?a i mrugnął kilka razy.
- Kim jesteś?
Zanim do Snape?a dotarło pytanie, Potter zniknął, wepchnięty do malutkiego zegarka. Starszy mężczyzna bez mrugnięcia patrzył w pustą przestrzeń przed nim, myśli przelatywały przez jego umysł, każda równie prawdopodobna jak poprzednia. Zbliżające się korytarzem głosy oderwały Snape?a od tych myśli. Założył maskę, zaraz po tym zaklęcie uderzyło go w klatkę piersiową. Upadł na podłogę. Weasley i Tonks trzymali różdżki wycelowane w śmierciożercę, pomimo tego, że jego ciało leżało na podłodze, ujawniając puste łóżko, w którym powinien być Harry.
- Co teraz? - zapytała Tonks. - Czy nie powinniśmy pomóc Moody?emu i Remusowi odszukać ostatniego śmierciożercę?
- Najpierw rozejrzyjmy się. Upewnijmy się, że Harry nigdzie się nie schował.
- Nic tu nie ma Arturze. Jeśli byłby pod łóżkiem, widzielibyśmy go od drzwi. A za to krzesło nie schowałby się niedożywiony skrzat, nie mówiąc o piętnastolatku. Wszystko co tu mamy to śmierciożercę, który nie wygląda na rozmownego. - stwierdziła Tonks, kopiąc nieprzytomnego.
- Rozejrzyj się Tonks - cierpliwie powtórzył Artur. - Musimy go znaleźć.
Poszukiwania nie zajęły im dużo czasu. Tonks miała rację, nie było gdzie się ukryć. Śmierciożercy dopadli chłopca pierwsi. Postać, leżąca za drzwiami zaczęła się poruszać, jednak Artur ogłuszył ją po raz kolejny i związał. W tym momencie pojawili się Lupin i Moody.
- Gdzie jest Harry? - zapytał Lupin, gdy tylko wszedł do pokoju.
- Zniknął - odpowiedział Artur. - Przyszli tu wcześniej.
Przerwała mu Tonks, która znów kopnęła nieprzytomnego śmierciożercę. Lupin zacisnął szczękę, patrząc na postacie w szatach leżące na podłodze, jakby powstrzymywał się przed zabiciem ich wszystkich. Jego całe ciało spięło się. Przez jedna długą chwilę wstrzymał oddech by wreszcie zamknąć oczy i powoli wypuścić powietrze.
- Co teraz Moody? - spytał Lupin z wciąż zamkniętymi oczami. - Czy powinniśmy zawiadomić Ministerstwo? Czy wezwać ich do zabrania śmierciożerców?
Kolejne kopnięcie Tonks.
- Nie - Moody gapił się na ciało pod stopami Tonks.
- Nie, co? ? powtórzył Remus.
- Nie, nie skontaktujemy się z Ministerstwem - odpowiedział Moody niskim głosem. Jego magiczne oko spoglądało na leżące na brzuchu ciało przy Tonks, podczas gdy ludzkie bacznie obserwowało Lupina.
- Nie poślemy tych mężczyzn do Azkabanu. Odejdziemy teraz i będziemy czekać na informacje.
Jego magiczne oko obróciło się w stronę młodej czarownicy, przygotowującej się do wymierzenia kolejnego kopnięcia.
- TONKS! Jeśli nie chcesz, by miotnął potem w ciebie klątwą powinnaś przestać!
Tonks zamarła zdezorientowana. Spojrzała najpierw na pomarszczonego Aurora, a potem na kopanego przed chwilą śmierciozercę. Moody powoli schylił się i zdjął maskę mężczyźnie.
Severus Snape.
- Och... - wymamrotała Tonks, gdy zobaczyła jego wykrzywioną twarz, wyglądającą jakby Snape odzyskiwał przytomność. Lupin ogłuszył go raz jeszcze, a on upadł znowu na podłogę.
- Dlaczego to zrobiłeś? - zapytał Artur.
- Kiedy inni obudzą się pierwsi i zobaczą go ogłuszonego, nie będą go podejrzewać o pomoc w ucieczce Harry?ego. Musi wyglądać jakbyśmy go zatrzymali.
Lupin spojrzał na innego mężczyznę, leżącego niedaleko drzwi.
- Rozwiążcie go, żeby pomógł im stąd uciec.
- Jesteś pewny Lupin? - zapytał Moody, w czasie gdy Artur zdejmował sznury z drugiego śmierciożercy.
- Mam taką nadzieję - spojrzał na Moody?ego. - W przeciwnym razie jest martwy.

Madame Pomfrey siedziała przy biurku, porządkując akta nowych uczniów, gdy usłyszała szuranie. Zaskoczona wstała z fotela i rozejrzała się wokół, spodziewając się znaleźć biegnącą po podłodze mysz. Wciąż zastanawiając się, usiadła znowu w fotelu. Wyskoczyła z siedzenia, gdy tylko usłyszała cichy płacz dobiegający zza drzwi, za którymi znajdował się prywatny gabinet profesora Snape?a. Pomieszczenie było używane w przypadku poważnych obrażeń, których mężczyzna często doznawał, gdy pomagał Zakonowi. Skoro hałasy dobiegały stamtąd, Snape musiał użyć awaryjnego świstoklika. Kobieta otworzyła drzwi i była pewna, że ujrzy profesora na łóżku, bądź podłodze. Z zaskoczeniem odkryła jednak, że na środku małego pokoju stoi uczeń. W ciemności nie mogła dostrzec kim on jest. Nie miała pojęcia, jak mógł się dostać do pokoju, skoro siedziała przy jedynym wejściu od dwóch godzin. Ruchem ręki zapaliła kilka świeczek i westchnęła.

Harry Potter, ubrany w cienką, szpitalną piżamę, z prawą ręką na temblaku stał przed łóżkiem. Krew spływała po jego bladej twarzy. Trzęsąc się jak osika na wietrze, patrzył oczami pełnymi strachu na pielęgniarkę, która z kolei wpatrywała się w niego. W jej oczach było tyle samo zmieszania, ile w jego strachu.
- Potter?
Jego lewa dłoń otworzyła się, a błyszczący srebrem kieszonkowy zegarek, używany jako awaryjny świstoklik Snape?a, upadł. Wydawało się, że spadał w zwolnionym tempie, do momentu uderzenia i poturlania się po podłodze z charakterystycznym metalowym brzęknięciem. Zatrzymał się, z rozbitym szkiełkiem, awersem. Chłopiec podążał za nim, jego ciało zaczynało się osuwać, jakby również miał upaść.
- Wielkie nieba!
Z mądrości moderatorskich: Oczywiste oczywistości nie istnieją. Zrób facepalm i ruszaj dalej.
Nielusiowe tworki|Nielusiowa zupka|Niela czyta Puella bella
Akcja KDT
Obrazek
Aratanooniel
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 523
Dołączył(a): 01 maja 2009, 13:58
Lokalizacja: Rzeszów

Re: [NZ]Zagubiony [10/18] [T]

Postprzez Luelle » 29 lip 2009, 19:34

Bardo interesujący fik. Wprawdzie pierwszy rozdział wydawał mi się nieco sztuczny, ale po szoku jakiego doznałam czytając drugi, szybko o tym zapomniałam. Rzadko się zdarza, by w tekstach opisywano okrucieństwo Vernona, częściej autorzy skupiają się na skutkach. Potem, niestety schematycznie do bólu, coś jest nie tak, więc Dumbel się niepokoi i wysyła Snape'a, tym razem idąc z nim. Wizyta u Dursley'ów też jest przewidywalna, ale ratuje ją końcówka. Słowa Severusa są bezcenne. ;)

Ciąg dalszy:

Dalej robi się ciekawie.
Trudno powiedzieć, czy Dursley rzuciłby się na niego gdyby wiedział, że Remus jest: a) wilkołakiem, b)dwa dni przed pełnią, i że c)wilkołaki nie są zadowolone, gdy potężni faceci atakują je bez powodu, zwłaszcza, gdy wyżej wymieniony wilkołak stara się odnaleźć zaginionego syna swojego najlepszego przyjaciela i ma powody by sądzić, że to właśnie potężny facet jest powodem zaginięcia chłopca.

To chyba najlepszy fragment, jaki do tej pory przeczytałam. Chociaż ja na miejscu tłumaczki wypunktowałabym to w oddzielnych linijkach, żeby było bardziej czytelne.
Nie żyje. Owinąłem jego ciało kocem i wyrzuciłem na Cranleigh. To pole niedaleko A281.

I w tym momencie zabrakło mi słów. Spodziewałam się różnych rzeczy, ale nie tego.
Reakcja Rona i Hermiony wydaje mi się naturalna. Autorce udało się nie przejaskrawić ich emocji. Dumbledore dalej jest sobą. Smutny, przygnębiony, ale wciąż kręci i kombinuje. Jednym słowem - kanoniczny Dumbel, aż do bólu.
Rzadko przekonują mnie smętne i refleksyjne wywody, dlatego cieszę się, że ten Syriusza był w miarę krótki. Zdziwło mnie to, ze Voldi sam się wszystkiego dowiedział, w dodatku od Lucjusza. Biedny Sev, tyle znosi a dyrektor ładnie mu się odpłaca.
Przy rozdziale dziewiątym pomyślałam, że pomyliły się tłumaczce teksty. Ale szybko wszystko się wyjaśniło.
Kiedy jego oczy prześlizgnęły się po pergaminie, Lucjusz Malfoy poczuł, że Święta w tym roku przyszły wcześniej.

Jakżeby inaczej.

Jako, że na dziewiątym rozdziale kończy się tłumaczenie immo_love, Twoje fragmenty Niel skomentuje osobno.
Tekst jest ciekawy, chociaż autorka nie ma zbyt nowatorskich pomysłów, poza oczywiście tą śmiercią. Tłumaczenie jest dość dobre, ale w niektórych miejscach brakuje słów, albo brzmią nie po polsku. Mignęły mi literówki i przecinki. Drażni mnie również sposób, w jaki oddzielone są poszczególne fragmenty, jak dla mnie są mało czytelne.
Mimo to, ogólnie mi się podoba i z pewnością będę śledzić kolejne rozdziały. :D
"Skrwawione ręce, opalone skrzydła -
Anioł usłyszał - "Odejdź! nic nie wskórasz."
I już nie błyszczą srebrne w słońcu pióra,
Lecz czarna wstaje przeciw chmurze chmura..."
(Maria Pawlikowska - Jasnorzewska)

Lady in black ]:P
Avatar użytkownika
Luelle
Administrator
Administrator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 515
Dołączył(a): 14 mar 2008, 12:14

Re: [NZ]Zagubiony [10/18] [T]

Postprzez Aratanooniel » 31 lip 2009, 15:18

Przed Wami rozdział 11, który moim zdaniem jest bardzo ciekawy :) Z dedykacją dla: Lu bo Ty jeszcze nie czytałaś, a ja już go miałam i w ogóle jak tak można i trzeba zaczekać! oraz dla Atmy - pamietaj co obiecałaś! ;)

Rozdział 11
betowała Kajusia

Dyrektor nie potrzebował wiele czasu na przybycie do szkoły. Gdy tylko Harry upadł, Madame Pomfrey szybko otrząsnęła się z szoku i ułożyła nieprzytomnego chłopca w łóżku przeznaczonym zwykle dla profesora Snape?a. Następnie zaalarmowała McGonagall i poinformowała ją o zdarzeniach. W końcu zajęła się leczeniem tych obrażeń, które mogła zobaczyć. Zajęła się ramieniem oraz zadrapaniami i cięciami, które spostrzegła wokół jego blizny.
Gdy zdjęła z niego temblak, zjawił się Dumbledore wraz z Remusem Lupinem i Arturem Weasleyem. Towarzyszący im duży czarny pies zamienił się w Syriusza, gdy przekroczyli próg małego pokoiku, w którym leżał Harry. Podczas gdy Remus ponownie opowiadał historię poszukiwań chłopca, Syriusz błyskawicznie znalazł się przy Harrym, usiadł na skraju jego łóżka i uścisnął jego dłoń. Kiedy Lupin skończył, podał Madame Pomfrey dokumentację zabraną z biurka mugolskiego lekarza. Kobieta zaczęła ja natychmiast przeglądać.
? Boże zachowaj! Spójrzcie na te wszystkie leki, które mu podano! ? Przerzuciła kilka kartek ciągle marudząc pod nosem nad nieudolnością ludzi zajmujących się jej podopiecznym. ? Jeśli chłopiec jest obłąkany, to tylko dlatego, że podali mu te wszystkie trucizny!
? Musimy mieć pewność, Poppy ? powiedział cierpliwie Dumbledore, a jego wzrok spoczął na nieprzytomnym chłopcu. ? Przecież musi istnieć powód dla którego umieszczono go w szpitalu.

Z łóżka dobiegł ich przenikliwy wrzask, który przerwał dyrektorowi.
? Nie! NIE! ? krzyczał Harry ? Nie znowu! Dość! ? W tym momencie jego głos stał się wyższy niż zwykle, wymawiał słowa bardzo spokojnie. ? Znasz przecież nagrodę za niepowodzenie. Crucio! ? Chłopiec znów zaczął krzyczeć histerycznie, dopóki Madame Pomfrey, z pomocą Syriusza, nie wlała mu eliksiru do ust. Uspokoił się i znów zapadł w sen.
? Co to było? ? zapytał zszokowany Remus.
? Nie mam pewności ? odparł dyrektor. ? Jednak w tej sytuacji niecierpliwie wyczekuję powrotu Severusa.

Snape pojawił się blisko godzinę później. Minę miał grobową, ale opanowaną. Dumbledore?a i Madame Pomfrey znalazł tam, gdzie się spodziewał ? w małym pokoju, w którym leżał Potter. Przywołał ich do siebie, prowadząc do gabinetu Poppy.
? Nie rozpoznał mnie ? powiedział im głosem pozbawionym emocji, jak gdyby wypowiadał się na temat zwykłej ropuchy nad jeziorem. ? Nie rozpoznał mnie nawet wtedy, gdy zdjąłem maskę.
? Gdy go znalazłam nie miał swoich okularów ? odparła Poppy. ? Możliwe, że chłopiec po prostu cię nie rozpoznał.
Snape potrząsnął głową.
? Bez względu na to, czy widział, czy nie, na pewno mnie słyszał. Pottter słyszał mój głos przez ostatnie cztery lata. Zna go tak dobrze, jak zna głosy Filiusa, Minerwy, czy dyrektora.
Pomfrey już otwarła usta, by zaprzeczyć, ale Snape kontynuował nie zwracając na nią uwagi.
? Czy rozpoznał cię, gdy cię zobaczył?
? Przecież mówiłam, że nie miał okularów!
? Więc jak zareagował?
? Był wzburzony naturalnie. Zemdlał ze strachu.
? Ze strachu? ? Severus spojrzał na Dyrektora. Nie odezwali się jednak. Poza mierzeniem się wzrokiem milczeli.
? Niech Harry odpoczywa w spokoju, Poppy. Te cienie pod oczami sprawiają, że wydaje się być tak kruchy ? powiedział w końcu Dumbledore. ? Niczego się nie dowiemy dopóki chłopiec się nie obudzi. Jednak, jeśli Severus ma rację i Harry nie pamięta tego, co powinien, musimy dowiedzieć się tego jak najszybciej.
- Albusie ? powiedział Severus, gdy tylko Poppy poszła dopilnować swego pacjenta. ? Oczywiście zdajesz sobie sprawę, co z tego wyniknie?
- Tak, wiem, ale to znaczy również, że młody Harry nie jest tak obłąkany, jak sądzili mugolscy lekarze. Wyobraź sobie, że budzisz się bez swoich wspomnień. Nie wiesz kim jesteś, ani gdzie się znajdujesz. Nie masz pojęcia, co się działo zanim obudziłeś się na szpitalnym łóżku. Teraz pomyśl, jaki zamęt byś odczuł, gdybyś we śnie poczuł ból i został świadkiem tego, jak Voldemort torturuje śmierciożerców i swoje ofiary. W końcu wyobraź sobie, że, jak podejrzewam, widzisz te sceny przepełnione jego nienawiścią i odrazą w swojej głowie. Harry mógł mieć trudności z radzeniem sobie z tym, gdy znał powody, ale gdy ta wiedza uleciała wraz z innymi wspomnieniami?
- Obudził się i doszedł do wniosku, że jest obłąkany.

Harry otworzył oczy. Zobaczył nieznany świat. Składał się on z rozmazanego białego pokoju i piątki ludzi. Wiedział, że jest w jakimś pokoju, nie miał jednak pojęcia, gdzie ten pokój mógł się znajdować. Zdawał sobie sprawę, ze leży w łóżku. Wiedział, że ludzie w pokoju mają na sobie ubrania w kolorach czerni, bieli, czerwieni i błękitu. Wiedział, że pochylają się nad nim, spoglądając na niego. Widział, że poruszają ustami, ale nie słyszał żadnego dźwięku. To dowodziło tylko, jak bardzo leki przyćmiewały mu umysł. Czuł tylko ból w całym ciele. Wkrótce znów zamknął oczy.

Jakiś czas później znów je otworzył. Spostrzegł, że liczba ludzi w pokoju uległa zmianie. Dwoje z nich widział wcześniej: staruszka z siwymi włosami, długą brodą oraz przejmującymi niebieskimi oczami za okularami w drucianych oprawkach i kobietę z ciemnymi włosami spiętymi ciasno w kok.

Innym razem, chudy mężczyzna z bladą cerą i haczykowatym nosem pochylał się nad nim nisko, zaglądając w oczy. Gdy pochylił się na Harrym, chłopiec dostrzegł, że włosy mężczyzny nie tylko są ciemne i długie, ale również tłuste. Twarz rozmazała się i zamieniła się w dwie twarze. Twarze na przemian pojawiały się w jego polu widzenia, dryfując i zazębiając. Zobaczył tego mężczyznę krzyczącego w agonii na zmarzniętej ziemi. Ból zatętnił za jego oczami. Zamknął je ponownie.

Gdy Harry znowu otworzył oczy, zobaczył nad sobą kobietę. Była ubrana na biało i trzymała dłoń na jego czole. Głosy już ucichły, w jego głowie panował spokój, już nie groziła jej eksplozja. Spojrzawszy za kobietę, mógł dostrzec jeszcze dwóch mężczyzn. Jeden z nich ubrany był cały na czarno, miał ciemne włosy i niebieskie oczy. Stojący obok niego, miał jaśniejsze, brązowe włosy, a jego szarozielone oczy pod światło stawały się złote. Badał tych dwóch mężczyzn wzrokiem, podczas gdy oni rozmawiali ściszonymi głosami, najprawdopodobniej o nim. Obserwacje przerwała mu kobieta.
? Potter? ? Harry utkwił spojrzenie w jej oczach, wpatrujących się w niego. ? Harry Potterze, rozumiesz co do ciebie mówię?
Harry dostrzegł, że jest obserwowany przez mężczyzn, którzy zbliżyli się do łóżka. Oczekiwali odpowiedzi, której nie potrafił udzielić.

Jeszcze przez chwilę czekali na odpowiedź, jednak ta nie nadeszła
? Kim jest Harry Potter? ? zapytał zdumiony. ? Czy to ja się tak nazywam? ? Nie widział potrzeby używania jakiegoś konkretnego imienia w swojej głowie. Nigdy też nie czuł w niej takiej pustki. - To ja się tak nazywam?
Zdał sobie sprawę, że lepiej byłoby, gdyby nie udzielił odpowiedzi. Trójka nieznajomych patrzyła w niego z przerażeniem, wołając go tym dziwnym imieniem, co tylko go przeraziło. Oczy napełniły mu się łzami. Poczuł, że kobieta łapie go za rękę i rozejrzał się po pokoju raz jeszcze. Mężczyzna z brązowymi włosami zniknął.
? Harry, słyszysz mnie? ? spytała ponownie kobieta, wciąż się w niego wpatrując. Harry również na nią spojrzał. Naprawdę chciał odpowiedzieć, ale coś mu przeszkadzało. Wydawało mu się, że jego usta, język, struny głosowe nie chcą być mu posłuszne. Czuł się jakby nigdy wcześniej nie mówił, ale wiedział, że to nieprawda. Pamiętał, że krzyczał błagając, gdy słyszał głosy w swojej głowie, ale czy mówił? Sfrustrowany brakiem jakichkolwiek odpowiedzi w pamięci zacisnął oczy.
? Harry, rozumiesz mnie? Rozumiesz co mówię? ? ton jej głosu nagle się zmienił. ? Wiem, że mnie widzisz i słyszysz. Jeśli mnie rozumiesz uściśnij moją dłoń, tak jak ja robię to z twoją. ? Miły uśmiech zagościł na jej twarzy, gdy poczuła nacisk na ręce. ? Dobrze, Harry. T było świetne. Teraz, czy wiesz kim jesteś albo gdzie się znajdujesz? Jeśli tak uściśnij moją dłoń znowu tak jak zrobiłeś to przed chwilą. ? Czekała przez chwilę, ale nie otrzymała odpowiedzi. ? Bardzo dobrze, jeśli nie wiesz kim jesteś ani gdzie się znajdujesz, uściśnij mi dłoń. ? Gdy Harry wykonał jej polecenie, kobieta usiadła na chwilę z cichym szlochem. Za chwilę pochyliła się nad nim znów. ? Nazywasz się Harry Potter. Uczysz się w Hogwarcie. To właśnie miejsce, w którym się znajdujemy. To szkoła. Twoja szkoła. ? Jej spojrzenie padło na pochylającego się nad Harrym mężczyznę, jego twarz wyglądała bardzo blado. Wróciła do Harry?ego. Lekko skrzywiła usta.
? Możesz powiedzieć, jak się nazywasz? Możesz powiedzieć "Harry"? ? Próbował jej odpowiedzieć, ale jego usta i gardło nie nadawały się do tego, ponieważ były zbyt suche. Usłyszeli tylko suchą chrypkę, gdy zmusił swoje gardło do artykułowania słów. Mężczyzna w czerni zniknął na chwilę, by wrócić z mokrym płótnem, którym zwilżył mu usta. Następnie uniósł mu delikatnie głowę, by mógł się napić. Harry utkwił spojrzenie w wymizerowanej twarzy mężczyzny, malował się na niej strach. Gdy tylko mężczyzna zauważył, że Harry wpatruje się w niego tak ostrożnie jego twarz rozweseliła się, rozświetlił ją ciepły uśmiech. Nie wiedzieć czemu, Harry poczuł się dzięki temu dobrze.
? Jestem Syriusz ? powiedział mężczyzna, dotykając delikatnie policzek Harry?ego. ? Syriusz Black. Twój ojciec chrzestny. Syriusz.
? Syriusz ? chłopiec powtórzył powoli.
? Dobrze, Harry, dobrze. ? Mężczyzna uśmiechał się, ale głos mu się łamał. Po policzku potoczyła mu się łza.
? Ty jesteś Syriusz, a ja jestem Harry? ? spojrzał na kobietę oczekując pomocy ? Potter. Jestem Harry Potter. A to jest Hogwart.
? Na Merlina. ? Głos zaskoczył wszystkich. Harry obrócił się w stronę drzwi zauważył, że mężczyzna o brązowych włosach powrócił z dwoma innymi. Starszy mężczyzna z brodą podszedł do łóżka i usiadł na brzegu, patrząc na Harry'ego. Jego smutne, niebieskie oczy wpatrywały się w chłopca przez okulary w kształcie półksiężyców, osadzone na przydługim nosie. Po dłuższej chwili ciszy, mężczyzna odnalazł ręce Harry'ego i je uścisnął.
? Jak się czujesz, Harry? Nazywam się profesor Dumbledore. ? Zerknął za siebie, patrząc na brązowowłosego mężczyznę, który stał z szeroko otwartymi oczami. ? To jest Remus Lupin. I profesor Snape. ? Wskazał w kierunku wysokiego mężczyzny, który stał w oddaleniu od reszty. Był ubrany cały na czarno, tak jak Syriusz, jednak jego oczy były tak ciemne, że wydawały się czarne. Uważnie obserwował Harry'ego, co powodowało, ze chłopiec czuł się nieswojo. ? Nie masz pojęcia mój drogi? ? kontynuował Dumbledore przyciągając do siebie wzrok chłopca. ? Jak szczęśliwi jesteśmy, że do nas wróciłeś.

Harry rozejrzał się po pokoju, zwracając uwagę, na te osoby, które wydawały się znać go, jednak których on nie mógł sobie przypomnieć. Najtrudniej było patrzeć na mężczyznę zwanego ?Syriusz", który wyglądał jakby był tematem jakiegoś nie śmiesznego żartu. Jego wygląd wskazywał też, że jest bliski załamania.
Wszyscy wyczekująco patrzyli na Harry'ego. Gula podeszła mu do gardła, jednak przełknął ją, zanim szloch wyszarpnął mu się z ust. Siedział cicho, kontrolując emocje, które chciały wrzasnąć pośród pustki w jego mózgu.
? Czy mnie znacie? ? zapytał w końcu. ? Czy wy wszyscy... znacie mnie? ? Uważnie przyglądał się każdej twarzy, szukając w pamięci śladu znajomości. Jednak nie znalazł nic prócz bólu, gdy kilkoro na niego patrzyło (profesor Snape, czyż nie?). ? Więc dlaczego nie pamiętam żadnego z was?
? Bardzo dobre pytanie. Poppy?
Kobieta nazwana ?Poppy" wyprostowała się i spojrzała wokół, niepewna czy powinna mówić do Harry'ego, czy do wszystkich obecnych.
?To nazywa się amnezja, Potter. Jest to zanik pamięci. Zdarzają się różne stopnie zaawansowania. Czasem ludzie zapominają kim są, lecz pamiętają wszystkich i wszystko inne. Niektórzy mają dziury, luki w pamięci. Czasem pamiętają tylko swoją osobę, nic więcej. W niewielu przypadkach, umysł jest całkiem wyczyszczony. W takim wypadku, człowiek jest jak nowo narodzony. U Harry'ego jest to najprawdopodobniej ostatnia opcja.
? Czy to jest na zawsze? ? Tym razem zapytał Remus Lupin. Jego oczy bez przerwy skierowane były na Harry'ego.
? Nie wiem. Możliwe. U każdego jest inaczej.
? Czy on coś pamięta? ? spytał profesor Snape. Jego głos był niski i miarowy, jednak coś w nim, spowodowało, że Harry'emu przeszły ciarki po plecach.
Poppy spojrzała na Harry'eg, którego oczy były wciąż utkwione w profesorze.
? Nie wiem. Harry spał bardzo długo, więc nie mieliśmy szansy, żeby...
Zanim dokończyła zdanie, krótki patyk pojawił się w dłoni profesora Snape'a. Szybko skierował go w stronę Harry'ego, poruszając ustami, jakby coś mówił. Wszyscy byli w szoku, oprócz Remusa Lupina, który chwycił rękę prof. Snape'a.
? Co robisz, do diabła? ? wrzasnął Syriusz.
? To ? odpowiedział Snape, krzyżując ręce na piersi i kiwając głową w stronę Harry'ego, którego ręka wślizgnęła się do rękawa, próbując coś znaleźć. ? Potter trzymał różdżkę w tym rękawie. Zareagował na możliwą groźbę, sięgając po różdżkę. Najwyraźniej nie zapomniał wszystkiego.
? Rzeczywiście ? zamruczał Dumbledore, twarz znacznie mu się rozpromieniła.
? Czym jesteś? Jakimś rodzajem cholernego idioty? ? wciąż krzyczał Syriusz ? Mogłeś go skrzywdzić!
? Leżeć psie ? odpowiedział chłodno Snape. ? Jeśli wyda się, w jakim stanie jest Potter, będzie w większym niebezpieczeństwie niż jest teraz. Jeśli nie potrafi się bronić, musimy się o tym teraz dowiedzieć.
? A najlepszą drogą jest próba rzucenia na niego klątwy?
? Recytowałem bzdury, Black. Każdy porządny czarodziej powinien to rozpoznać. ? Spojrzał znacząco. ? Co jest ważne, to to, że chłopak wiedział jak zareagować.
? Zgadzam się ? stwierdził Dumbledore kończąc kłótnię ? Harry znajdzie się w niebezpieczeństwie i musi wiedzieć, jak się obronić. Może pamiętać jak zareagować, ale może nie pamiętać zaklęć.
Harry zdezorientowany, patrzyła na wszystkich, powoli wyciągając rękę z rękawa, zastanawiając się, czy wciąż jest w szpitalu i ci ludzie są tak szaleni jak on. Zaklęcia? Różdżki? Czy to jego kolejny wytwór wyobraźni? Znienacka, piekący ból przeszył jego czoło, zmuszając wszystkie myśli do zniknięcia. Harry był świadomy jedynie ognia w jego czaszce.
Dorośli w pokoju zdrętwieli, w momencie, gdy ciało Harry'ego zesztywniało. Jedną rękę w ułamku sekundy podniósł do góry, w stronę czoła. Palce wydłużyły się, gdy tylko jego paznokcie wbiły się w skórę wokół blizny, powodując krwawienie. Najpierw na powierzchni, po chwili zmieniło się w malutkie strumyki, które powoli ściekały pomiędzy jego palcami. Pomfrey ruszyła do pomocy, ale Dumbledore zatrzymał ją. Harry mamrotał do siebie niskim głosem, gdy nagle jego ciało rozluźniło się, ręka opadła, a on przyglądał się ludziom wokół niego. Jego twarz zmieniła się, napięła, wyglądała przerażająco. Była pokryta cienkimi strużkami krwi spływającej z czoła po nosie i obramowana jego długimi włosami. Jego oczy wpatrywały się w dyrektora, złowieszczo żarząc się nad szyderczo wygiętymi ustami, które otwarły się, by przemówić.
? Zrobione ? upiorny śmiech wypełnił pokój. Wszyscy wzdrygnęli się. Śmiech przemienił się w krzyk.
? Wynoś się! Wynoś się! ? Ręce znów podniosły się, by rozedrzeć skórę. ? Przestań! Skończ! ? Harry kołysał się w przód i w tył na łóżku. Kolana, przykryte prześcieradłem, przyciągnął sobie do piersi, jakby się chronił.
Cały pokój obserwował odegraną scenę w ciszy. Krzyk ustał, ale chłopak wciąż się kołysał i rozdzierał czoło. Dyrektor polecił Madame Pomfrey podanie Harry'emu mikstury, po której chłopiec szybko zasnął.
? Wygląda na to ? wreszcie odezwał się Dumbledore ? że jego choroba nie jest tylko tym, czym się nam wydawała. ? Jego oczy napotkały oczy Snape'a. ? Mam nadzieję, że możemy to powstrzymać?
Z mądrości moderatorskich: Oczywiste oczywistości nie istnieją. Zrób facepalm i ruszaj dalej.
Nielusiowe tworki|Nielusiowa zupka|Niela czyta Puella bella
Akcja KDT
Obrazek
Aratanooniel
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 523
Dołączył(a): 01 maja 2009, 13:58
Lokalizacja: Rzeszów

Re: [NZ]Zagubiony [11/18] [T]

Postprzez Chibi » 31 lip 2009, 15:37

To tak, fick jest hmmm <jakoś ciężko mi się skupić>
To może inaczej tłumaczenie jest : <chyba mam problemy z koncentracją>
To takim razie błędy : < a były jakieś?>

ojeju nic nie napisze ciekawego, bo jestem niezwykle zadowolona Fick mi się podoba, a tłumaczenie naprawdę sympatyczne. Gładkie lekkie i przyjemne. Może kwestią tego że błędów nie widać jest efekt bardzo dobrego fiku. Jednak umiejętność wyboru odpowiedniego do tłumaczenia, to tez pewien talent!
Posiadasz go :D.

wierna fanka Lu :D a niedługo < przy takim tempie tłumaczenia> i Niel :d
pozdrawiam i życzę weny.
"Za te wszystkie męki, jakie przez ciebie przeszłam, zrobię z ciebie najlepiej wyglądające zwłoki na świecie!"
Avatar użytkownika
Chibi
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 155
Dołączył(a): 01 mar 2008, 20:04

Re: [NZ]Zagubiony [11/18] [T]

Postprzez Atma » 31 lip 2009, 15:56

Tłumaczenie zgrabne, fik doskonały.
Chyba już ci mówiłam, że kilka razy próbowałam go przeczytać w oryginalne, lecz za każdym razem, po na myśle rezygnowałam. A to dlatego, że czytając go w wersji angielskiej chciałbym szybko dolecieć do końca, a przy tym pominełabym istotne fragmenty tekstu, dlatego poczekam na twoje tłumaczenie, które jest swoja droga dobre.
Po tym rozdziale zapowiada się (tak myślę ale ty to już wiesz), to, że Harry i jego przyjaciele stoczą walkę o jego zdrowie. także nie pozostaje nic innego jak czekać na kolejny rozdział.
Dusza świata
Atma
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 223
Dołączył(a): 11 mar 2009, 21:38

Re: [NZ]Zagubiony [11/18] [T]

Postprzez Luelle » 31 lip 2009, 20:09

Naprawdę zapowiada się ciekawie. Twoje tłumaczenie jest znacznie lepsze od tego poprzedniej tłumaczki. Nie wypatrzyłam praktycznie żadnych błędów i znacznie lepiej mi się czytało. Zachowanie Harry'ego jest intrygujące. Biedny Snape, pewnie nieźle im się dostało z Malfoyem, za niedostarczenie chłopaka.
Niepokoi mnie tylko jedna rzecz - akcja rozwija się obiecująco, a pozostało tylko siedem rozdziałów!
Tłumacz Niel, tłumacz. bo świetnie Ci to idzie! :D
Lu
"Skrwawione ręce, opalone skrzydła -
Anioł usłyszał - "Odejdź! nic nie wskórasz."
I już nie błyszczą srebrne w słońcu pióra,
Lecz czarna wstaje przeciw chmurze chmura..."
(Maria Pawlikowska - Jasnorzewska)

Lady in black ]:P
Avatar użytkownika
Luelle
Administrator
Administrator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 515
Dołączył(a): 14 mar 2008, 12:14

Re: [NZ]Zagubiony [11/18] [T]

Postprzez madzik93 » 05 sie 2009, 19:21

Tak. Bardzo się cieszę że dążysz do tego by ten tekst przetłumaczyć.
Czytałam to w Dziurawym Kotle ale zatrzymało się na 10 rozdziale.
Zgrabnie tłumaczysz. Na początku jak czytałam to to byłam trochę oburzona że Złoty Chłopiec na amnezje, ale potem jak fabuła się potoczyła dalej to mi się to spodobało. Jak na razie rozdziały dajesz dość często, mam nadzieję że to się nie zmieni.
Życzę powodzenia z dalszym tłumaczeniem.

pozdrawiam
Życie jest jak płomień palącej się świecy. Zostanie zdmuchnięty, lub dotrwa do końca, lecz zgaśnie na pewno.
Avatar użytkownika
madzik93
Współczesny Niemowlak
Współczesny Niemowlak
 
Posty: 14
Dołączył(a): 04 mar 2009, 15:36
Lokalizacja: Czarna przepaść

Re: [NZ]Zagubiony [11/18] [T]

Postprzez Yuriko-chan » 07 sie 2009, 20:48

Wchłonęłam ten tekst jak zahipnotyzowana, woow, jestem porażona.... tak sie ciesze ze jest znów tłumaczony, chyba bym umarła, gdybym zobaczyla ze po którymś tam rozdziale zostaje zawieszony...! co prawda scena znecania sie Vernona nad Harrym była ohydna(zawsze buraczana morda Vernona i jego głupota tak na mnie działają) ale znalezienie Pottera z amnezją z mugolskim szpitalu psychiatrycznym było niespodziewane. Jak w skrzydle szpitalnym Harry zobaczył Severusa to myslalam ze podbiegnie do niego i zacznie biadolić czy wszystko w porządku i czy nic juz go nie boli xDD albo coś równie dziwnego, jednak nie ruszył sie z miejsca, chociaz mogłobyc zabawnie :) w tekscie jest duzo powagi, zastanawia mnie czy gdzies mógłoby byc wtracone cos smiesznego ;P Dodawaj sukcesywnie rozdziały, ja z pewnością bede je czytać z zapartym tchem ;) pozdrowienia
Yuriko-chan
 
Posty: 9
Dołączył(a): 15 mar 2009, 17:23

Re: [NZ]Zagubiony [11/18] [T]

Postprzez Fia » 19 wrz 2009, 00:47

Na początku zaznaczę, że tekst zrobił na mnie wrażenie... Pozytywne, oczywiście - bo zapachniało mi tu chociaż namiastką Snape-mentora (w końcu to nasz ukochany Mistrz Eliksirów "uratował" Harry'ego, a później sprawdził najważniejsze - instynkt samozachowawczy czarodzieja).
Teraz, co do tłumaczenia. Aratanooniel, muszę powiedzieć, iż rozdziały przełożone przez Ciebie czytało mi się lepiej, niż te wcześniejsze. Niestety, w obu tłumaczeniach znalazłam zdania, które zaleciały mi typową angielszczyzną, tłumaczeniem nie "po polsku", ale po "polskiemu". Kiedy usiądę do tego o bardziej ludzkiej godzinie - wskażę te miejsca. Chciałabym jednak powiedzieć, iż mimo wszystko tekst jest płynny, przyjemny w odbiorze.
Życzę wena w tłumaczeniu kolejnych rozdziałów, bo jestem niezmiernie ciekawa, jak dalej potoczy się ta historia :)
Pozdrawiam,
Fia
http://www.zakazanylas.feen.pl <------ Mój trzeci dom... :)
[size=150
Chyba wróciłam. Taaaak, można już tak powiedzieć :)
Fia
Tłusty Aniołek Barokowy
Tłusty Aniołek Barokowy
 
Posty: 77
Dołączył(a): 25 mar 2009, 08:57
Lokalizacja: Bydgoszcz

Re: [NZ]Zagubiony [11/18] [T]

Postprzez Madlen6 » 30 lis 2009, 18:44

Świetne opowiadanie, Harry ma amnezję i do tego opętał go Voldemort, ciekawe jak Drops sobie z tym poradzi hehe. A poważnie myślę, że dużo będzie zależeć od Syriusza którego Harry chyba daży instynktownym zaufaniem. Pomoże też mu jak podejrzewam Severus (mam taką cichą nadzieję).
Czekam na dalsze tłumaczenie. Dowiem się wszystkiego z następnych rozdzałów prawda?
Madlen6
 
Posty: 3
Dołączył(a): 22 paź 2009, 18:57

Re: [NZ]Zagubiony [12/18] [T]

Postprzez Aratanooniel » 30 cze 2010, 18:13

Ten rozdział jakoś nie chciał się dać tłumaczyć... No, ale w końcu jest. Betowała Kajusia i Morwena. Zapraszam!
Rozdział 12
Ron obudził się z lekkiego snu, zastanawiając się, czy w ogóle zasnął. Wyjrzał zza zasłony i przekonał się, że w pokoju nadal panuje mrok, a jedyne dźwięki zakłócające ciszę to pochrapywanie i sapanie jego trzech współlokatorów. Mieszkał z nimi już ponad cztery lata. Nie powinni byli go obudzić, jednak był pewien, że wyrwał go ze snu jakiś hałas. Przypisując to czemuś w swoim śnie, ułożył głowę na poduszce i zamknął oczy, kiedy nagle usłyszał kolejny dźwięk dochodzący spoza dormitorium. Cicho wyślizgnął się z łóżka, przeszedł przez pokój bez kapci i szlafroka i otworzył drzwi na tyle, by być pewnym, że dźwięk dobiegał z Pokoju Wspólnego.


Człapiąc bosymi stopami, zszedł po schodach, by odkryć, że ten dźwięk jest czyimś płaczem. Już chciał wrócić do łóżka, zostawiając tę biedną istotę samą sobie, kiedy przypomniała mu się Hermiona z rękami na biodrach, mówiąca mu, żeby zachowywał się jak na prefekta przystało. Przez chwilę opierał się plecami o ścianę, zły na własne sumienie za przyznawanie dziewczynie racji. Każdy ma problemy. Do diabła, on sam ma ich wystarczająco dużo, nie musi jeszcze rozwiązywać problemów innych. Ale w końcu jest prefektem i wie, że przez tę nieszczęsną funkcję nie będzie mógł zasnąć. Musi przynajmniej zejść do tego nieszczęśliwego stworzenia. Potrząsając z irytacją głową, odwrócił się w końcu w stronę Pokoju Wspólnego i swoich obowiązków,.


Młoda kobieta stała przed kominkiem, patrząc na płomienie, jak gdyby kryły się w nich odpowiedzi na wszystkie życiowe problemy. Nie obróciła się ani w żaden sposób nie okazała, że zauważyła jego nadejście. Owinęła się tylko ciaśniej swoim różowym szlafrokiem i stłumiła w jego rękawie szloch. Przekonany, że wciąż go nie zauważyła, Ron zawołał do niej:


- Hermiona?


Drgnęła i odwróciła zapłakaną twarz w stronę przyjaciela. Jej rozchylone usta i szeroko otwarte oczy zdradzały zaskoczenie widokiem - ze wszystkich możliwych osób ? Rona, który stał zaledwie kilka kroków od niej. Osuszyła łzy rękawem szlafroka i zmusiła się do słabego uśmiechu.


- Hermiona, wszystko w porządku?


Kiwnęła głową.


- Płakałaś. - Podszedł bliżej, zatrzymując się przed nią. - Nie widziałem, żebyś płakała, odkąd tu przyjechaliśmy, czyli jakiś tydzień temu. Na pewno wszystko gra?


Jej uśmiech zbladł żałośnie, ale znów pokiwała głową. W oczach zalśniły kolejne łzy, wydawało się, że nie chce pozwolić im popłynąć. Nie uszło to uwadze Rona.


- Hermiona?


Wciąż uśmiechała się, lecz tym razem pokręciła głową.


- Nie uśmiechaj się i nie kiwaj głową, tylko powiedz, o co chodzi. - Niepokój wkradł się do jego głosu, ale zdołał to wyszeptać tak, żeby nie zbudzić innych. Usta Hermiony poruszały się, jakby zamierzały uformować słowa. Wreszcie znalazła swój głos.


- Po prostu miałam zły sen. - Jej głos załamywał się, jakby próbowała powstrzymać kolejną falę łez.


- To wszystko? - Zapytał z ulgą Ron, stwierdzając, że nic strasznego się nie stało. Do końca życia miał dość złych wiadomości. - Opowiedz mi go, proszę.


Kolejne potrząśnięcie głową.


- Poczujesz się lepiej, gdy to z siebie wyrzucisz. - Kiedy nie odpowiadała, chwycił ją za nadgarstek, skierował na kanapę i posadził na środku. Potem usiadł naprzeciwko niej, opierając się bokami o poduszki i podpierając głowę na dłoni. - Co cię tu sprowadziło w środku nocy? - Spojrzenie na twarz Hermiony było odpowiedzią. W duchu zganił się za wypowiedzenie tego pytania.


Śniła o Harrym.


Cholera!


Udało mu się nie myśleć o losie Harry'ego przez całe cztery godziny. Był w stanie oczyścić umysł od treningu quidditcha, kiedy dowiedział się, że będzie nowym obrońcą drużyny, a Angelina ogłosiła, że potrzebują nowego szukającego.


- Jak to potrzebujemy szukającego? - krzyknęła Katie. - A co z Harrym? Nie wróci?


Odwróciła się w stronę Rona i bliźniaków, szukając odpowiedzi, jednak spotkała spuszczony wzrok i zamknięte usta.


- Ron jesteś jego najlepszym przyjacielem. Gdzie on jest?


Wciąż żadnej odpowiedzi.


- Słuchaj - wtrąciła Angelina. - Wszystko, co wiem to to, że Harry'ego nie było tu przez cały tydzień, a McGonagall właściwie powiedziała, żeby rozejrzeć się za nowym szukającym. Oczywiście, jeśli Harry wróci, wciąż będzie grał, ale na razie?


- On nie wróci - wyszeptał Ron na wydechu, nie zdając sobie sprawy z tego, co mówi, dopóki nie poczuł na sobie świdrującego spojrzenia brata. Spotkał również spojrzenie Chasers?a.


- Wiem, Ron. Wiem, że on nie wróci - powiedziała Hermiona. - To nie tak, że łudzę się jakąś fantazją, że Harry po prostu pojawi się i wszystko wróci do normy. Jednak... Nie miałeś nigdy takiego snu, który wydaje się tak prawdziwy, że musisz się zastanowić, co by było, gdyby się naprawdę wydarzył? Nie ważne jak byłby mało prawdopodobny?


- To cię tak wystraszyło - odpowiedział Ron. ? Realność tego snu?


- Tak, ale to było takie? Nie jestem pewna? Niesamowite.



- Co to było?


- Cóż, wędrowałam po Zakazanym Lesie. Było mi bardzo zimno, pomimo że miałam na sobie płaszcz. Potem ziemia zaczęła się nachylać, jakbym wspinała się pod górę i wszystkie drzewa zmieniły się w zimozielone. Doszłam do polany, na której był Harry; pisał coś na tablicy. To było najdziwniejsze. Widziałam, jak pisze, nawet słyszałam zgrzyt kredy, ale tablica była czysta. Oczywiście próbowałam zwrócić jego uwagę ? wołałam go, dotykałam ramienia, nawet stałam tuż przed nim ? ale wydawało się, że on nie może mnie zobaczyć, jak gdybym w ogóle nie istniała. Nawet, gdy krzyczałam mu do ucha. A potem słońce zaczęło wschodzić i niebo zaczerwieniło się, wtedy nagle się obudziłam.


Hermiona zamilkła i spojrzała w dół na swoje ręce, Ron patrzył na nią oszołomiony.


- Rany - powiedział po kilku sekundach ciszy. - To naprawdę było niesamowite.


- Mówiłam ci przecież - oburzyła się Hermiona, w jej oczach zebrały się łzy. - To po prostu... Czy to tak okropne, że marzę, żeby sny się skończyły? To znaczy? Źle sypiam i nie mogę się na niczym skupić. Ale jednocześnie jedynym sposobem, żeby się z nim spotkać, jest sen. Przeraża mnie to, że za jakiś czas nie będę w stanie w ogóle przypomnieć sobie Harry?ego z wyjątkiem tego, jak wygląda na zdjęciach. Jednak nie mogę się załamywać za każdym razem, gdy ktoś mnie zapyta, gdzie on jest lub czy wiem, co się z nim stało. Dlaczego Dumbledore nie powiedział wszystkim prawdy, żeby zostawili nas w spokoju? Dlaczego? Dlaczego nie dadzą mu spokoju?


Ostatnie pytanie zostało stłumione, kiedy Ron przyciągnął i kołysał Hermionę na piersi, a ona znów się załamała. Łzy piekły go w oczach. Te same myśli prześladowały go od kilku ostatnich dni. Dlaczego nikt inny ze szkoły nie został poinformowany? Kiedy skończą się sny? Kiedy skończy się ból? Niestety, nie miał żadnych odpowiedzi. Pozostawało mu tylko uspokajanie jej długim uściskiem i łagodnymi szeptami, dopóki jej kwilenie nie stało się rzadsze, aż w końcu przekształciło się w równy oddech we śnie. Ron położył głowę na głowie dziewczyny, nie chcąc pójść w jej ślady i znowu śnić, ale jego powieki stały się zbyt ciężkie, by ich nie zamknąć, więc natychmiast zasnął.


***


- Severusie? Czy mogę prosić cię na słówko?


Snape spojrzał na dyrektora, pragnąc powiedzieć: ?Nie?, ponieważ jest nieziemsko zmęczony po całym długim dniu zajęć od samego rana, jednak kiedy Albus Dumbledore prosi na słówko, to nie jest pytanie. Po prostu mówi, że chce z tobą porozmawiać. Mistrz Eliksirów skinął głową, podążył za dyrektorem do gabinetu i usiadł na krześle naprzeciwko fotela za biurkiem.


- Severusie, ty bardziej niż ktokolwiek inny jesteś odpowiedzialny za sprowadzenie tu Harry?ego. Jestem ci za to wdzięczny.


Snape jęknął w duchu. Dumbledore nie sprowadzałby go tu tylko po to, żeby mu dziękować. Boże, broń! Chce poprosić o przysługę.


- Rozumiem jego rolę w naszej sprawie - odpowiedział ostrożnie.


- Tak, Harry jest bardzo ważny dla naszej sprawy, jak również dla mnie osobiście.


- I jestem pewien, że przez te lata zrobiłem więcej dlatego bezpieczeństwa niż należało do moich obowiązków, zważywszy na moją pozycję.


- W rzeczy samej, zrobiłeś.


- A mimo to przewiduję, że wciąż będziesz mnie prosił o więcej, pomimo ciągłej opieki, którą zapewniają mu Black i Lupin, nie wspominając już o samej szkole.


- Jesteś tak spostrzegawczy jak zawsze.


- Dlaczego właśnie mnie o to prosisz, skoro jest tyle innych chętnych osób do niańczenia Pottera?


- Severusie - powiedział Dumbledore, kładąc łokcie na biurku i przesuwając się w fotelu. Był to pewny znak, że chce podzielić się cudownym sekretem lub przekazać bardzo złowieszcze nowiny. Jego poważny tenor wskazywał na drugą opcję. - Byłeś w pokoju podczas napadu Harry?ego. Co wtedy zauważyłeś?


- Opętanie - odpowiedział Snape od niechcenia, krzyżując nogi. - Albo Potter naprawdę jest obłąkany. Mam nadzieję, że nie wykluczyliśmy jeszcze tej możliwości.


- Opętanie. Tak, sądzę, że to właśnie to. - Zamilkł na chwilę, potem zmarszczył brew, jakby się zastanawiał, chwilę przed skupieniem na Mistrzu Eliksirów poważnego spojrzenia. - Harry był w podobnym stanie tego wieczoru, gdy do nas wrócił, trochę więcej niż na godzinę przed twoim powrotem. To był ten sam głos Severusie. - Snape lekko się przesunął, lecz nie spuścił wzroku z Dumbledore?a - Wydaje mi się, że powiedział dokładnie: ?Znasz przecież nagrodę za niepowodzenie.? Po nich zostało rzucone Crucio.


Oczy Snape?a zamknęły się stopniowo, gdy zanurzył twarz w dłoni.


?Znasz przecież nagrodę za niepowodzenie. Crucio!?


Właśnie te słowa wypowiedziano niskim głosem, który wywoływał mimowolne dreszcze wzdłuż kręgosłupa. Oczekiwał tych słów, odkąd został wysłany na misję. Snape wiedział, że Potter nie mógł wpaść w ręce Czarnego Pana. Na szczęście cały gniew Czarnego Pana spadł na jego ulubieńca, Lucjusza Malfoya. Nie znaczyło to, że Snape mógł odejść nie ukarany, jednak był w stanie odejść, chociaż z trudem, pod koniec nocy.


- Jak? - to wszystko o co zapytał, wiedząc, że Dumbledore doskonale zrozumie jego pytanie.


- Podejrzewałem od pewnego czasu, że Voldemort zda sobie sprawę z połączenia między nim a Harrym, jak również z jego nowo nabytą mocą to połączenie wzmocni się i będą mieli dostęp do swoich myśli, możliwość widzenia tego, co widzi druga strona i wzajemnego odczuwania swoich emocji. Obaj wiemy, że on jest bardzo potężnym legilimentą, a ja osobiście uważam, że słabość Harry?ego po opuszczeniu rodzinnej ochrony, pozwoliła Voldemortowi przedostać się do jego umysłu. Po odkryciu faktu, że Harry żyje, zaczął próbować uzyskać dobrowolnie pełny dostęp. Byliśmy świadkami wyniku.


- Mam wrażenie, że nie muszę pytać, czego ode mnie wymagasz?


- Jest kilka osób, które są wprawione w ochronie swoich umysłów przeciwko komuś tak potężnemu. Z pewnością Remus i Syriusz, chociaż wiem, że byliby ochotnikami, gdybym ich poprosił, ale nie przyniosłoby to takich korzyści Harry?emu, jak ty.


- Jest też ktoś inny, kto przyniósłby mu pożytek dużo większy niż ja, Albusie, i byłby dużo bardziej cierpliwy, niż ja kiedykolwiek będę.


- Nie myśl, że nie rozważyłem wszystkich możliwości, Severusie. Pomogę ci. Jednak, jak wspomniałem wcześniej, Harry jest dla mnie bardzo ważny, za coś więcej niż zwykłe bycie Harrym Potterem. Jeśli Voldemort przejmie umysł Harry?ego i dowie się, jak bardzo mi na nim zależy, mogłoby to mieć katastrofalne skutki. Nie mogę narazić go na większe niebezpieczeństwo niż to, w którym już jest.


- A jeśli zorientuje się, że pomagam Potterowi? - warknął Snape ze złością. Cała ta sprawa z Potterem obciążała go coraz większym ryzykiem. Ile jeszcze nocy pełnych tortur będzie musiał znieść, nim odkryją, że jest zdrajcą? Czy to miało być jego ?umrę za tego chłopca?, którego zresztą nie znosił?


- Rób, co musisz, Severusie. Zdaję sobie sprawę z tego, w jakim niebezpieczeństwie cię to stawia, ale bezpieczeństwo Harry?ego jest równoznaczne bezpieczeństwem nas wszystkich.


Snape wstał i przemierzał pokój, nic nie mówiąc, jednak gotowała się w nim złość. Więc to miał być jego motyw tej wojny: ratowanie Pottera bez względu na wszystko. I na niego spadnie upewnienie się, czy zostało to wypełnione. Wszystkie inne istnienia były nieistotne, a już na pewno nie życie szpiega wśród Śmierciożerców. Obrócił się ze złością w stronę Dumbledore?a i spostrzegł, że patrzy na bardzo starego mężczyznę, który siedzi z zamkniętymi oczami, jakby pogrążony w bardzo niepokojących myślach. Potem te niebieskie oczy powoli się odsłoniły, omiatając spojrzeniem długie oplecione czarną szatą ciało przed spoczęciem na jego ponurej twarzy.


Te oczy, które widziały tak dużo śmierci tych, którzy podążyli za nim do walki.


Te oczy, które widziały każdą z tych twarzy, wpatrując się w Mistrza Eliksirów.


Te oczy, które nie tylko były oknem do szczęśliwej, wspaniałej duszy, ale te, które walczyły z każdą decyzją podczas tej wojny przeciwko jego miłości dla jemu oddanych.


Te smutne, skruszone oczy, które błagały o przebaczenie za zadanie, o które musiał prosić.


Te przeklęte oczy.


- Jak sobie życzysz, Albusie. Będę uczył Pottera oklumencji.

***

- Jak wyleczysz jego amnezję? - zapytał Remus Madame Pomfrey, gdy stali razem w jej biurze, rozmawiając cichymi głosami, podczas gdy Uzdrowicielka uważnie przyglądała się wielkiemu, czarnemu psu, który trącał rękę jej śpiącego podopiecznego.


- Gdyby to był ktoś inny - odpowiedziała ? powiedziałabym: ,,Wyślijmy go do św. Munga i miejmy nadzieję, że się polepszy''.


- A skoro to nie jest ktoś inny?


- Znajome otoczenie. Ludzie, rzeczy, które może rozpoznać. Miejsca, które mogą zbudzić wspomnienia.


- Więc musi być leczony w Hogwarcie?


- Tak. Nie może wrócić do mugolskiej rodziny, a nawet jeśli by mógł, nie pozwoliłabym na to. Spędził cztery lata w naszej szkole i zakładam, że ma stąd mnóstwo wspomnień. Czy masz jakiś inny pomysł?


- Nie - odpowiedział wolno - Zgadzam się z tobą, jednak Syriusz, tak sądzę, ma nadzieję na zabranie Harry?ego do swojego domu.


- Pan Black? Nie, Nie mogę zezwolić na taki pomysł. Nie, kiedy jest ścigany. Czy pan Potter w ogóle kiedykolwiek był tam, gdzie przebywa obecnie pan Black?


- Nie.


- W takim razie zabranie pana Pottera przez pana Blacka, niezależnie od jego opieki nad nim, nie pomogłoby w uzdrowieniu chłopca. Będę zmuszona zatrzymać go tutaj.


Remus przycisnął dłonie do oczu. Dopadło go zmęczenie z całego tygodnia.


- Nie może wrócić na zajęcia w tym stanie.


- Nie, z całą pewnością nie może. Jeśli profesor Dumbledore chce, żeby kontynuował swoje zajęcia, profesorowie będą musieli spotykać się z nim poza lekcjami. Wepchnięcie go do klasy jedynie bardziej by go zdezorientowało. - Przerwała na chwilę, tonąc w myślach, potem kontynuowała. - Pan Potter ma dwoje przyjaciół, którzy jestem pewna, będą pragnęli mu pomóc.


- Ron Weasley i Hermiona Granger.


Madame Pomfrey wydawała się zaskoczona przez chwilę, tym że Remus wiedział, kogo miała na myśli, ale mały uśmiech rozkwitł na jej ustach


- Czasem zapominam Remusie, że dyrektor poprosił cię, abyś tu uczył. - Dotknęła czule jego ręki, dumna z młodego mężczyzny, który jako dziecko spędził mnóstwo czasu pod jej opieką. - Chciałabym tylko, żeby to trwało. Tak, pan Weasley i panna Granger będą chętni. Jestem pewna, że mogą pomóc panu Potterowi odzyskać pamięć.


- Albus na pewno ich wkrótce powiadomi. - Oczy Remusa zwróciły się na przyjaciela, który wciąż nie opuścił Harry?ego. Wkrótce będzie musiał im powiedzieć, że wrócą na Grimmauld Place sami. Harry zostanie w szkole. Tak, powie im niedługo, ale jeszcze nie teraz.

***


Kiedy Ron otworzył oczy, poczuł, że jest łagodnie, wygodnie oparty o kanapę, a lekka głowa Hermiony spoczywa na jego piersi. Po kilku chwilach siedzenia w ciszy, zorientował się, że jego ściśnięte między ciałem Hermiony a oparciem kanapy ramię, zdrętwiało. Krzywiąc się, przesunął się trochę w lewo, próbując wyciągnąć rękę bez budzenia Hermiony - bezskutecznie. Teraz kołysał ją, pochylony do przodu, żeby ześlizgnęła się z kanapy, a on mógł wyciągnąć swoją rękę. Niestety, w ramieniu słabo krążyła krew, przez co nie miał czucia, dlatego nie zdawał sobie sprawy, jak mocno naciska, dopóki głowa Hermiony nie odchyliła się nagle i nie uderzyła go w szczękę.


- Ał.


- Szo szie stao? - zapytała, jej zmęczone oczy błądziły po Pokoju Wspólnym.


- Nic - wyszeptał z lekkim uśmiechem na ustach, gdy na niego zezowała. Jeden lok był przyciśnięty do policzka, na którym wcześniej się opierała. Zamknęła oczy zwijając się ponownie. Rona kusiło, by znów zamknąć oczy i zostać na kanapie aż do rana, jednak widok dwojga prefektów śpiących razem na kanapie prawdopodobnie nie zostanie dobrze odebrany, gdy reszta domu zejdzie na śniadanie. W najlepszym razie plotki będą nie do zniesienia.


- Hermiona?


- Hmm?


- Chodź. Powinnaś iść na górę do łóżka.


- Mmm-hmm. - Nie ruszyła się z miejsca.


- Poważnie, chodź. - Wstał i zaczął ściągać ją z poduszki.


- Ron - jęknęła. - Spałam.


- Wiem - powiedział, trzymając ją, żeby nie mogła znów położyć się na kanapie. - Ale reszta niedługo tu przyjdzie.


- Więc?


- Jak myślisz, co sobie pomyślą, gdy znajdą nas leżących tu na dole, tak jak teraz?


- Och. - Jej oczy lekko się otworzyły i pozwoliła poprowadzić się w stronę schodów, ale mocno pociągnęła rękaw Rona, kiedy ruszył się, by pomóc jej się na nie wspiąć. - Nie ? wyszeptała - to wszystkich obudzi.


- Co? - Ona myślała, że co on planuje?


- Schody?Zjazd? Źle.


- Nigdy nie pomyślałbym, że będę brzmiał bardziej inteligentnie niż ty.


- Zaufaj mi - odpowiedziała ze zmęczonym uśmiechem. - Będzie lepiej, jeśli mi nie będziesz pomagał wejść - Ciężko pochyliła się w kierunku ściany i westchnęła. - Dziękuję ci za dzisiejszą noc - powiedziała, biorąc jego ręce w swoje. - To naprawdę dużo dla mnie znaczyło.


- Nie ma za co - odpowiedział, w końcu odklejając niesforny kosmyk z jej twarzy. ? Musimy trzymać się razem, nie?


- Ty i ja, Ron. Ale dziękuję.


- Hej, przecież ty też byś to dla mnie zrobiła


Kolejny przemęczony, krzywy uśmiech. Wspięła się na palce, żeby pocałować go w policzek, jednak nie mogła tam dosięgnąć, więc skończyła na pocałowaniu linii ust.


- Och, przepraszam - powiedziała, zamierzając wytrzeć pocałunek, ale on sięgnął i złapał jej rękę.


- W porządku - powiedział, uśmiechając się kpiąco.


- Dobrze. Ee, myślę, że powinnam już iść do łóżka.


- Taa. Mamy zajęcia jutro. Jak się czegoś nauczę, jeśli ty nie zrobisz notatek?


Spróbowała spojrzeć na niego z wyrzutem, ale skończyło się na uśmiechu.


- Dobranoc, Ron.


- Dobranoc, Miona.


I bez wahania czy zażenowania ich usta spotkały się w pożegnalnym pocałunku. Nie był to pocałunek, który dostałby się na listę tych najbardziej namiętnych. Ani nie był to pocałunek wynagradzający długie oczekiwanie na miłość. Był to pocałunek przychylności, podobny do słodkich całusów par w długich związkach, kiedy uczucie nie musi być potwierdzane, ale tylko okazywane. Był to pożegnalny pocałunek, pocałunek niedługo?się-zobaczymy, przyjemny pocałunek całowaliśmy?się?wcześniej ofiarowany sobie przez dziewicze usta.


Również żadne nie zdawało sobie sprawy, że nie był to normalny sposób mówienia sobie dobranoc, dopóki oboje nie leżeli we własnych łóżkach po przeciwnych stronach dormitorium z dala od wzroku drugiego. A gdy sen wreszcie do nich przybył, nie zmarnowali nawet jednej myśli na zastanawianie się nad tak naturalnym odruchem.


***


Tak mi przykro, Harry. Tak mi przykro, że nie było mnie, żeby cię ochronić. To wydaje się być moim przekleństwem. Zawsze przy boku tych, którzy mnie potrzebują? i tych, których ja potrzebuję. Próbowałem. Próbowałem tak cholernie ciężko, by zapewnić ci bezpieczeństwo, tak jak obiecałem twojemu ojcu.


Boże, James, ciebie również zawiodłem. Po raz drugi, zawiodłem cię bardziej boleśnie, tak, że nigdy nie będę mógł tego odpokutować. Zniknąłeś na zawsze, a twój własny syn nawet nie wie, kim ty jesteś. On nawet nie wie, kim sam jest! A dlaczego? Dlatego, że byłem nieostrożny! Ufałem, komu nie powinienem. Ufałem Peterowi i wierzyłem własnym osądom. Myślałem, że mogę wykiwać Voldemorta. Przez to, że ciebie zamordowano, rzuciłem się do celi, niezdolny do obrony twego syna. To moja wina. Moja pieprzona wina, że Harry został wysłany do tej rodziny. Moja wina. Moja.


Nie zawiodę cię kolejny raz. Przysięgam na moją krew, że nie zawiodę cię po raz kolejny. Nie zawiodę cię, Harry.


Przyrzekam.


Przyrzekam.


Nigdy więcej cię nie zawiodę.


Przyrzekam na moje życie.



***

Albus Dumbledore siedział sam w swoim biurze. Snape wyszedł prawie przed godziną, a starszawy dyrektor się od tej pory nie poruszył. Siedział zatopiony w myślach, patrząc w sufit, podczas gdy portrety byłych dyrektorów przemykały pomiędzy obrazami, cicho omawiając wszystko, co zostało zobaczone i zasłyszane przez ostatnie 27 godzin. Kilka słów można było odróżnić wśród ich szeptów: ?w istocie podzielony?. To były słowa wypowiedziane przez Dumbledore?a, a ich znaczenie zatraciło się pośród namalowanych postaci.


W jednej chwili wszystkie oczy spoczęły na jedynym żyjącym człowieku, który znajdował się w tym pokoju. Powstał z krzesła, jego oczy omiotły twarze, które obserwowały go wyczekująco.


- Nie zawiodę Harry?ego - powiedział do nich wszystkich. - Nie tym razem. Nie kolejny raz. - Wyszedł stanowczym krokiem z pokoju, głowę trzymał pewnie i wysoko, zamykając za sobą drzwi.


Pokój pozostał w ciszy na długą chwilę, po czym jeden obraz zaryzykował:


- Nie zawiedzie Harry?ego? Czy to powiedział?


- Oczywiście, że tak, Armandzie. Siedziałeś dokładnie tam! - prychnęła czarownica z wytrzeszczonymi oczami.


- Tak, siedziałem. Ja tylko? - Stary czarownik powiódł spojrzeniem po innych obrazach, wszystkie na niego patrzyły. - Czy myślicie, że będzie w stanie wypuścić chłopca, kiedy nadejdzie czas?


- Kiedy nadejdzie czas, Armandzie? - Dilys Derbent schyliła się do rogu jego ramy, by zobaczyć Dippeta wyraźniej. - Co przez to rozumiesz?


Armand Dippet spojrzał w górę na czarownicę z krótką, czarną grzywką o odcieniu skóry.


- Kiedy nadejdzie czas jego walki, Dilys. - Rozejrzał się wokół, na innych. - Czy będzie w stanie puścić chłopca, by ocalić świat?


Kilka obrazów prychnęło i odpowiedziało natychmiast, że da radę, jednak większość była cicho, gapiąc się na wątłego, starego czarodzieja i zastanawiając się.


Czy da radę?


* * *
Z mądrości moderatorskich: Oczywiste oczywistości nie istnieją. Zrób facepalm i ruszaj dalej.
Nielusiowe tworki|Nielusiowa zupka|Niela czyta Puella bella
Akcja KDT
Obrazek
Aratanooniel
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 523
Dołączył(a): 01 maja 2009, 13:58
Lokalizacja: Rzeszów

Re: [NZ]Zagubiony [12/18] [T]

Postprzez Atreju » 16 lip 2010, 19:14

Biedny Harry, najpierw strasznie skatowany, stracił pamięć, jeśli nie zdrowie psychiczne, a teraz jeszcze musi się zmierzyć z opętaniem przez jego najgorszego wroga - Voldemorta. To okropne uczucie nie wiedzieć kim się jest, kim są otaczający ludzie, w dodatku mieć wizje, których się nie rozumie. Zaburza to całkowicie poczucie bezpieczeństwa, wzbudza niepokój, przerażenie; człowiek boi się, że zwariował, a jest to bardzo silny lęk.
Przyjaciele Harrego przeżywają właśnie jego stratę, żałobę po nim; dowiedzenie się, że on żyje chociaż dużo wycierpiał i najprawdopodobniej ich nie pozna, może znacznie nimi wstrząsnąć, choć pewnie się z tym zmierzą razem, co stanowi ich siłę.

Opowiadanie to mi się podoba, chętnie się czyta, ponieważ w pewien sposób jest inne.
Jego tytuł "Zagubiony" nabiera wieloznaczności: zniknięcie Harrego, jego domniemana śmierć, strata odczuwana przez przyjaciół, stracona pamięć i tożsamość, niemożność odnalezienia się w otaczającym świecie...
Atreju
Przejściowy Pokój
Przejściowy Pokój
 
Posty: 20
Dołączył(a): 02 maja 2010, 19:03

Re: [NZ]Zagubiony [12/18] [T]

Postprzez Anula93 » 18 lip 2010, 16:53

Fajne jest to opowiadanie. Na pewno gdzieś już widziałam jego tłumaczenie, ale niestety skończyło się w tym samym miejscu co i to tutaj. Mam nadzieję, że to zostanie pociągnięte, bo warte jest przeczytania, a na tyle zagmatwane że trochę się pogubiłam w wersji angielskiej.
Wydaje mi się, że dość dobrze zostały tu odmalowane uczucia Rona i Hermiony po śmierci Harry'ego oraz to jak rozwija się ich przyjaźń, ich związek. W wielu fikach jest to jakby pominięte, albo napisane zupełnie sztucznie.
Dumbledore trochę zapomniał o przyjaciołach Harry'ego, skupiając się tylko na nim. Może i to dobrze dla chłopaka, ale im na pewno nie jest łatwo żyć w szkole ukrywając smutną prawdę o śmierci najlepszego przyjaciela. Choć z drugiej strony to podobne do książkowego dyrektora - ludzie myślą że on nie wie co robi, a nagle okazuje się, że wszystko się wyjaśnia, a Dumbledore wygląda na takiego co wiedział to od samego początku. Cóż, okaże się czy wszystko się dobrze skończy.
Ciekawa jestem reakcji Rona i Hermiony na wieść o tym, że Harry jednak żyje. Coś mi się wydaje, że Ron się wścieknie.
Niepokojące natomiast jest to, że Voldemort może bez przeszkód wdzierać się do Potterowej głowy. A chłopak pewnie nawet gdyby zachował pamięć miałby problemy z obroną.
A jeszcze Dursleyowie. Raczej nie potrafię przyjąć, że potrafili by oni aż tak skrzywdzić Harry'ego. Petunia mimo wszystko jakoś powinna zareagować - jakby nie patrzeć to syn jej siostry. Ogółem, ich zachowanie nie wydaje mi się kanoniczne. No ale bez tego, nie byłoby tej historii, więc jestem jakoś w stanie to przyjąć :D

W każdym razie, z niecierpliwością czekam na następny rozdział. Życzę weny i chęci do tłumaczenia. Mnie tego zawsze brakuje Uhaha
Nie ten umiera, co właśnie umiera, lecz ten co żyjąc w martwej kroczy chwale!
Jacek Kaczmarski
Dropbox - miejsce na twoje pliki w Internecie
Obrazek
Obrazek
Avatar użytkownika
Anula93
Współczesny Niemowlak
Współczesny Niemowlak
 
Posty: 10
Dołączył(a): 29 sie 2009, 18:04
Lokalizacja: Kraków

Re: [NZ]Zagubiony [12/18] [T]

Postprzez Atma » 15 lis 2010, 23:57

Rozdział świetny i bardzo ładnie przetłumaczony.
Harry, nie dość, że stracił pamięć to jeszcze musi się borykać z opętaniem, a jego przyjaciele oprócz tego, że muszą być w tej chwili cierpliwi i wspierać go w walce, to jeszcze borykają się ze swoimi koszmarami.
Opowiadanie jest trudne, gdyż opowiada nie tylko jedną historię, lecz również przywołuje albo raczej pokazuje zmagania innych osób z własnymi demonami.
Dusza świata
Atma
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 223
Dołączył(a): 11 mar 2009, 21:38

Re: [NZ]Zagubiony [12/18] [T]

Postprzez bella29 » 12 gru 2010, 17:37

Uwielbiam to tłumaczenie i cieszę się, że ktokolwiek je kontynuuje.
Mam nadzieję, że sytuacja tego tłumaczenia się ustabilizuje i będziemy mogli cieszyć się z konsekwentnego i regularnego wstawiania nowych rozdziałów.
Pozdrawiam i życzę dużo chęci i wolnego czasu tłumaczowi :lol: <mt>
bella29
 
Posty: 2
Dołączył(a): 17 lut 2009, 16:46

Re: [NZ][T] Zagubiony [12/18]

Postprzez Aratanooniel » 29 maja 2011, 13:08

Chciałabym podziękować za Wasze komentarze i cierpliwość. Obiecuję poprawę - od tego rozdziału współtłumaczy ze mną Puchacz i planujemy skończyć w ciągu najbliższych kilku miesięcy. :) Rozdział jest dosyć długi, a więc w częściach, kolejna prawdopodobnie na wakacjach.
Betowała Morwena :* :* (dwie tłumaczki = dwa całusy)

Rozdział 13 - część pierwsza

- Ron, wstawałeś ostatniej nocy po tym, jak poszliśmy do łóżek?
- Hę? Och, ee, no. ? Naciągnął skarpetkę na stopę i rozejrzał się wokół w poszukiwaniu buta, unikając ciekawskiego spojrzenia Deana. ? Usłyszałem coś na dole i poszedłem to sprawdzić.
- Och, co to było? ? zapytał Dean, wślizgując się w swoją szatę.
- Nic. ? Ron pochylił głowę, gdy odpowiadał. Wiedział, że jego uszy prawdopodobnie zaróżowiły się przez to, co zdarzyło się zaledwie kilka godzin wcześniej.
Pocałował się z Hermioną i czuł, że to było doskonale normalne. I to było normalne. W dodatku nie czuł się przez to nieswojo. Nawet kilka minut po przebudzeniu, tuż przed wstaniem z łóżka, myślał o tym, co się stało. To było... dobre, to było miłe. To znaczy, jak długo Hermiona myślała, że takie było. W przeciwnym razie to był błąd. Oczywiście.
Zawahał się w Pokoju Wspólnym, zastanawiając się, czy Hermiona poszła już na śniadanie. Jego wzrok prześlizgnął się po sofie do wejścia prowadzącego na schody do dormitorium dziewcząt. Twarz Rona znów się zarumieniła, gdy powróciły wspomnienia. Kiedy stał tam i już wiedział, że ostatnia noc nie była snem, spłynęło na niego zrozumienie. Pocałował Hermionę! Nagle stracił pewność, czy chce ją teraz zobaczyć. Może to był błąd! Może... zapewne jest zakłopotana i nie chce go widzieć.
- Idziesz, Ron? ? zawołał Seamus, wychodząc przez portret na korytarz.
- No ? odpowiedział zdenerwowany.
Droga do Wielkiej Sali była zbyt krótka, nieważne, jak wolno szedł. W końcu wszedł do Sali, w której stało pięć wielkich stołów dla uczniów i nauczycieli. Powiódł wzrokiem po stole Gryffindoru i szybko znalazł Hermionę. Ożywiona rozmawiała półgłosem z Ginny. Ron przełknął, gotowy, aby zachowywać się normalnie. Ruszył w kierunku swojej siostry i przyjaciółki. Był zaledwie kilka metrów od nich, gdy nagle dziewczęta wstały od stołu, nie patrząc w jego kierunku. Niemal obiegły stół Hufflepuffu, aż usiadły przy końcu stołu Revenclawu obok dziewczyny, której nie rozpoznawał.
Z płonącymi policzkami zajął miejsce tuż obok Neville?a. Na szczęście Longbottom siedział blisko miejsca, gdzie wcześniej stał Ron. Chłopiec natychmiast podjął monolog o zadaniu domowym z zielarstwa. Ron słuchał go bez przekonania, potakując w odpowiednich miejscach, wpychając sobie do ust tosty i próbując nie wiercić się w poszukiwaniu Ginny i Hermiony. Zamierzał jednak poddać się temu pragnieniu, gdy nagle poczuł mocne szturchnięcie w bok. Odwrócił się rozłoszczony.
- Ron, skończyłeś jeść? ? natarczywie zapytała Ginny.
- Dlaczego?
- Ron! Nie bądź idiotą! Skończyłeś czy nie?
- Nie skończyłem. ? Wepchnął sobie do ust kolejny kawałek tosta, aby przejść do swojej sprawy. ? Gdzie es Hemona? ? zapytał, próbując brzmieć neutralnie, mimo nie do końca przeżutego jedzenia w ustach.
- To takie obrzydliwe.
- Zapytałem, gdzie jest Hermiona ? powtórzył, przełykając tost.
- Czeka na ciebie na zewnątrz. Idź na północny pomost. I pośpiesz się! ? Rozejrzała się wokół i szybko wyszła z Wielkiej Sali. Ron patrzył, jak odchodzi, czując coś gorszego od zmieszania.
Dlaczego musiał przejść całą drogę na pomost, żeby z nią porozmawiać? Czy była zbyt zakłopotana, aby rozmawiać z nim przy ludziach, którzy mogliby podsłuchiwać? Spojrzał na początek stołu, gdzie przed odejściem Ginny siedzieli bliźniacy, ale oni również już wychodzili. Tylko Jordan siedział naprzeciwko Angeliny i Katie. Dwa puste talerze po śniadaniu były jedynymi śladami obecności Freda i George?a.
Ron wstał, starł okruszki z palców i długimi krokami opuścił Wielką Salę, by ostatecznie wyjść z zamku. Minęło kilka minut, zanim wreszcie zobaczył pomost, ale byli już na nim ludzie. Szukał wzrokiem Ginny lub Hermiony, żeby przekazały mu, że spotkają się w innym miejscu. Nagle poczuł się zirytowany tym, w co z nim grały. Dobrze, więc Hermiona nie była szczęśliwa przez to, co zdarzyło się ostatniej nocy, ale to nie był podwód do tak niedojrzałego zachowania! Nie miał ochoty na takie gierki.
Lecz gdy zbliżył się, odkrył, że trójka ludzi na pomoście ma rude włosy i natychmiast rozpoznał w nich Freda, George?a oraz Ginny. Siostra pomachała do niego, żeby się pośpieszył, więc przebiegł ostatnie sto metrów, zanim podszedł do pomostu, na którym było jego rodzeństwo, Hermiona i dziewczyna z Ravenclawu. Siedzieli w kółku na drewnianych deskach.
- No, nasz mały Ronuś w końcu tutaj ? ogłosił Fred, przechylając się do tyłu na łokciach. ? Mogłabyś powiedzieć, dlaczego przerwałaś nam śniadanie, Ginny?
- Właściwie... ? niepewnie zaczęła Ginny, zanim wtrąciła się Hermiona.
- Ja przerwałam wasze śniadanie ? powiedziała im Granger. ? Myślę, że to będzie najlepsze miejsce na spotkanie, ponieważ będziemy widzieli każdego, kto pójdzie w naszym kierunku.
- Co to za tajemnica, panno prefekt? ? zapytał George.
- To artykuł o Harrym - wyjaśniła. - Wyszedł już dziś rano. ? Jej spojrzenie zatrzymywało się na twarzy każdego z nich, omijając jedynie Rona. Który prowokował ją wzrokiem, żeby na niego spojrzała.
- Najwyższy czas! ? wykrzyknął George. ? Jestem zaskoczony, że zajęło to komuś tak cholernie długo.
- Zwołałaś nas wszystkich tutaj podczas śniadania, żeby powiedzieć, że Prorok Codzienny napisał w końcu artykuł o Harrym? ? Rozdrażniony Fred wpadł w gniew.
- On nie jest o jego śmierci ? powiedziała spokojnie Krukonka.
Wszystkie oczy zwróciły się na nią.

- Kim jesteś? ? zapytał Fred, wpatrując się w dziewczynę z potarganymi, sięgającymi pasa blond włosami.
- To jest Luna Lovegood ? wyjaśniła Ginny. ? Jest w Ravenclawie na moim roku. To od niej wiem o artykule.
- O czym on jest, skoro nie o jego śmierci? ? zapytał Lunę Ron, ale wpatrywał się w Hermionę. Która wciąż na niego nie patrzyła.
Luna wyjęła cienki magazyn ze swojej torby i przerzuciła kilka stron, szukając artykułu. Hermiona obserwowała jej ręce, przez co sprawiała wrażenie, iż była w najwyższym stopniu zainteresowana. Luna znalazła odpowiednią stronę i rozłożyła magazyn. Przekazała go Ronowi. Nagłówek głosił: ?Harry Potter zniknął?.
- To stare wiadomości ? powiedział Ron, opuszczając gazetę na kolana.
- Czytaj to, Ron ? powiedziała ponuro Hermiona, spoglądając na niego po raz pierwszy. Fred chwycił magazyn z kolan brata i zaczął przeglądać artykuł, nie ukrywając irytacji.
- ?Harry Potter, Chłopiec, Który Przeżył, aby pokonać Sami?Wiecie?Kogo, zniknął z magicznego świata.? Bla, bla, bla. ?Poprzednio przebywał ze swoimi mugolskimi krewnymi?? bla, bla? ?Powinien rozpoczynać swój piąty rok w Hogwarcie.? - Zamilkł, czytając dalej. W końcu otworzył usta: ? ?Wieczorem pierwszego września Potter został rzekomo zauważony przez uzdrowiciela ze św. Munga, Anyę Salurię. Skontaktowała się ona z ministerstwem (a w rezultacie z ministrem Knotem), aby przetransportować Chłopca, Który Przeżył do św. Munga w celu kontynuowania leczenia urazów, które otrzymał w niewyjaśnionych okolicznościach. Stopień jego ran jest obecnie nieznany. Mniej niż dwadzieścia pięć godzin temu uzdrowicielka Saluria została znaleziona martwa w swoim domu. Dr Edward Thompson, mugolski lekarz, którego Saluria odwiedziła poprzedniego dnia, został zamordowany w biurze. Pracownik Szpitala Św. Łukasza informuje, iż młody mężczyzna, którego wygląd odpowiada opisowi Harry?ego Pottera, zniknął tej samej nocy ze swojego pokoju na trzecim piętrze. Wszystkie związane z nim medyczne zapisy zniknęły. Wiadomość o zniknięciu, zrelacjonowaną władzom jako prawdopodobne porwanie, popierają relacje naocznych świadków ? pacjentów z trzeciego piętra, według nich dokonała tego grupa mężczyzn w czarnych sukniach (najwyraźniej w szatach), mających maski i patyki (różdżki).?
[p]Nikt nie powiedział słowa, gdy Fred zamilkł. Jego spojrzenie wciąż pędziło po kolejnych linijkach tekstu, dopóki nie znalazł informacji zasługującej na głośne przeczytanie.

- ?Minister Knot odmówił skomentowania zaginięcia Pottera i zaprzecza zarzutom ukrywania przez ministerstwo faktu, jakoby obie ofiary zostały zabite przez użycie najbardziej niewybaczalnej z Niewybaczalnych po długim ataku, torturowaniu z użyciem klątwy Cruciatus. Odkryto również, że mugolska rodzina Pottera: Vernon, Petunia i Dudley Dursleyowie, miesiąc temu byli torturowani i zostali zamordowani we własnym domu. Obecnie nie wiemy, czy Potter doznał tych obrażeń w wyniku wyżej opisanego ataku, lecz jest to bardzo prawdopodobne.?

Czytał ciszej.


- ?Liczne teorie podają różnorakie przyczyny tuszowania wyżej opisanej sprawy. Fakty są następujące: minister Knot poznał miejsce pobytu Pottera tego wieczoru, gdy chłopiec został znaleziony w mugolskim szpitalu. Jednak nie chciał udzielić pozwolenia na świstoklik, aby przenieść chłopca do magicznego świata. Mniej niż dzień później czarodzieje opisani przez mugoli jako osoby noszące rozpoznawalne ubrania, a mogli mieć je tylko śmierciożercy, byli widziani w szpitalu, z którego zniknął Potter. Rodzina chłopca wraz z dwójką lekarzy została zamordowana w sposób, który sugeruje atak śmierciożerców.?
- To są dwa spośród innych artykułów, które tu zamieszczono ? powiedział im Fred. ? Dalej opisują teorie na temat zniknięcia Harry?ego. Ee, mówią, że minister próbował zamknąć Pottera za całą sprawę z powrotem Sami-Wiecie-Kogo. Wow, nawet dają do zrozumienia, że Knot może być związany ze śmierciożercami, żeby pozbyć się Harry?ego.
George i Ron gapili się na Freda, gdy skończył. Ginny, Hermiona i Luna były spokojniejsze, wyglądało na to, że już przeczytały artykuł.

- Niektóre sprawy są tam oczywiście błędne ? powiedziała cicho Hermiona. ? Jak na przykład data zniknięcia Harry?ego. My wiemy, że zaginął w lipcu. Oni myślą, że stało się to w sierpniu.
- To wszystko jest błędne ? powiedział im Ron. ? Harry w mugolskim szpitalu? Tata i Bill je sprawdzali. Znaleźliby go.
- To nie był zwykły szpital ? ogłosiła beztrosko Luna.
- A skąd ty możesz to wiedzieć? ? zapytał podejrzliwie George.
- Mój ojciec jest redaktorem naczelnym. Św. Łukasz to szpital psychiatryczny. Ojciec słusznie to pominął, ponieważ nienawidzi ministra, a chciał, aby artykuł skupiał się na zatajaniu prawdy.
- Ale gdyby Harry oszalał, czy twój ojciec nie sprzedałby więcej magazynów? ? złośliwie sprzeczał się Ron.
Luna przypatrywała mu się w ciszy, zanim odpowiedziała.

- Owszem, ale on wierzy Harry?emu i profesorowi Dumbledore?owi, że Sam-Wiesz-Kto wrócił. Jeśli wszyscy pomyślą, że Harry jest szalony, nie wezmą na poważnie Sami-Wiecie-Kogo. To byłoby lekkomyślne.
Ron zabrał Fredowi czasopismo i przerzucił jego strony na okładkę, a następnie uniósł, żeby pokazać innym.
- Żongler? To było w Żonglerze? J-ja nie mogę uwierzyć, że wy bierzecie to na serio. Szczerze, Hermiono, jesteś ostatnią osobą, po której spodziewałbym się traktowania poważnie tej ciemnoty. Żongler! ? Ze wstrętem rzucił magazyn na pomost. ? Harry nie żyje! Słyszeliśmy zeznanie! ? Poderwał się na nogi i spoglądając w dół, potoczył wzrokiem po pozostałych, którzy wciąż siedzieli. ? Wierzcie sobie, ludzie, w co chcecie ? dodał ciszej ? ale nie spodziewajcie się, że do was dołączę. Nie potrafię tego zrobić. ? Obrócił się i przeszedł kawałek pomostu, słysząc jedynie deski skrzypiące pod jego stopami. Nie dobiegały go żadne głosy, dlatego domyślał się, że wszyscy tylko patrzą na jego plecy, jak odchodzi. Chociaż nie obchodziło go to. Pomyślał, że nic go nie obchodzi. Wystarczająco trudno było przyjąć do wiadomości, że Harry nie żyje, a teraz okazuje się, że jest obłąkany? Nie. To tylko kolejna głupia opowiastka mająca poruszyć ludzi i zachęcić ich do kupna magazynu. Co ich obchodzi pamięć o Harrym?
- Ron! Ron, zaczekaj! ? Usłyszał biegnącą za nim Hermionę, ale ani nie zawrócił, ani nie obrócił się. Jednakże poczuł, jak chwyciła jego ramię i szarpnęła nim, aby skierować na siebie jego twarz. ? Dokąd idziesz? ? zapytała z oczekiwaniem, jej twarz była zaróżowiona od nagłego ruchu.
- A jak ci się wydaje? Na górę, odrobić moje zadanie domowe. I ty też powinnaś. ? Znów zaczął iść, ale Hermiona zatrzymała go.
- Nie rozumiem. Chcesz, żeby Harry był martwy?
- Oczywiście, że nie! To wstrętne, że mogłaś w ogóle tak pomyśleć.
- To dlaczego odchodzisz?
- Hermiono, czy ty słyszałaś cokolwiek z tego, co Fred nam czytał? Wzięłaś pod uwagę źródło? Ty, która przeprowadzasz tak wiele badań, nie pomyślałaś, skąd pochodzą informacje?
- Ale mogą być?
- Nie ? powiedział jej. ? Nie są. Nic z tego nie jest prawdą.
Patrzyła na niego przez chwilę, zanim spuściła wzrok.
- Nawet jeśli jest najmniejsza szansa, muszę wierzyć, Ron.
- Świetnie. Wierz sobie, w co tylko chcesz. Zamów prenumeratę, skoro potrafisz zajmować się wszystkimi doniesieniami o Potterze stąd do Chin. Zacznij wierzyć we wszystko, co powie ci ktokolwiek. Bądź bezmyślnym, łatwowiernym dzieckiem, które ukrywa się przed realnym światem za plecami nadziei na niemożliwe. Ale kiedy realny świat na ciebie runie, proszę, spróbuj płakać ciszej, żebyś mnie znów nie obudziła.
Przeszedł obok niej, dotkliwie świadomy, że ją skrzywdził, ale w tym momencie nie dbał o to. Był zbyt zły na nich, a w szczególności na Hermionę, za ich cholerną łatwowierność.

***

Harry stał na środku pomieszczenia, w którym ulokowano go przed chwilą, i rozglądał się. Był to duży pokój; znajdowało się w nim łóżko z baldachimem i czarnymi zasłonami, a pod przeciwległą ścianą stała szafa. Ten pokój, umieszczony wysoko w zamku, z dala od pozostałych jego mieszkańców, miał stać się jego sypialnią.
Na szczęście w jego głowie wciąż panowała cisza. To ciągle było trochę dziwne ? nie słyszeć dodatkowego głosu gdzieś z tyłu umysłu. Nie mógł przestać zastanawiać się, co zatrzymało to coś. Słyszał ten głos raz na jakiś czas, zawsze brzmiał on na wściekły lub zirytowany, ale przez większość czasu to było jakby odsiewane z jego własnych myśli. Wciąż czasem bolała go głowa, ból był jak jasny, gorący impuls przebłyskujący przez jego czoło, ale głos już temu nie towarzyszył. Ten mężczyzna z długą, białą brodą powiedział mu tylko, że to pamiątka z pewnej tragedii w dzieciństwie. Zapewnił, że wytłumaczy mu to, gdy nadejdzie odpowiednia pora, a teraz jedyne, o czym chciał go poinformować, to że nie jest obłąkany.
Wykąpany, wreszcie czujący się jak człowiek Harry przebiegł palcami po swoich krótkich już włosach, które zawdzięczał pani Pomfrey, i zastanawiał się, co ma ze sobą zrobić sam w tym miejscu. Nie pozwolono mu wychodzić, a w pokoju nie było niczego, czym mógłby się zająć, aż ten facet z ciemnymi oczami... Snake? nie, Snape! przyjdzie, by zaprowadzić go na lekcje, które prawdopodobnie sam będzie prowadził. Nie wypatrywał tego z nadzieją. Prawdę mówiąc w tym facecie było coś, co przerażało go na śmierć.
Na stole leżało kilka książek, wyglądających na stare podręczniki. Prawdopodobnie to nie najbardziej rozrywkowa lektura na świecie. Podniósł jedną z nich i odczytał tytuł: ?Standardowa księga zaklęć. Stopień 5?.
Zaklęcia, tak? To wszystko ciągle było dla niego całkowicie absurdalne, nawet jeśli jego wzrok nie był już rozmazany po tym, jak... Remus stuknął długim patykiem w kubek i zmienił go w okulary. Nie żeby nie był wdzięczny. Wreszcie widział wyraźnie, co i kto jest wokół niego, ale mimo to odnosił wrażenie, że okulary wciąż tkwią w jego kieszeni.
Wziął książkę i upuścił ją na parapet z cichym odgłosem. Jego pokój znajdował się wysoko, więc z okna dość dobrze widział tereny wokół zamku. Bezpośrednio przed nim znajdowały się ogromne błonia otoczone złowieszczym lasem, na którego skraju stało coś, co wyglądało na chatkę. Gdy wychylił się w lewo, mógł dostrzec wielkie jezioro - na jego odległym brzegu majaczyło jakieś miasteczko. Ciekawe, czy mieszkający w nim ludzie wiedzą o tej grupie szaleńców, którzy przebywają w tym zamku, a nazywają siebie czarownicami i czarodziejami.
Jego uwagę przykuła grupa ludzi siedzących na pomoście nad jeziorem. Wyglądali na młodszych od tych, których poznał do tej pory. Wydawało się, że są w jego wieku, nawet obserwowani z takiej odległości. Czy Madame Pomfrey nie mówiła, że w zamku jest szkoła? Czy to uczniowie? Znał ich kiedyś?
Zmienił pozycję, żeby lepiej ich widzieć i zauważył, że jeden z nich, rudzielec, podniósł się, po czym skierował z powrotem do zamku. Chwilę później pobiegła za nim dziewczyna, wyglądało na to, że się kłócą. Po krótkiej wymianie zdań chłopak zostawił ją i pobiegł w stronę budynku. Ona została, stojąc nieruchomo długo po tym, jak chłopak zniknął z pola widzenia Harry?ego. Wyglądała, jakby się trzęsła, ale w końcu wróciła na pomost.
Harry wciąż obserwował tę grupkę, mimo odległości poczuł z nimi więź ? byli pierwszymi ludźmi w jego wieku, których spotkał. Nawet gdy uczniów na błoniach zaczęło przybywać, on wciąż skupiał się na tych na pomoście. Chwilę później odłączyło się kolejnych dwóch chłopców, również rudowłosych. Kiedy w końcu trzy dziewczyny, również ta, którą widział wcześniej, postanowiły wrócić na zamek, Harry poczuł, że coś stracił. Jakąś więź łączącą go z tymi ludźmi, których przecież nie znał. Sięgnął do zasuwki okna, chcąc wychylić się i krzyknąć za nimi, bardziej desperacko, niż myślał na początku, pragnąc kontaktu z tymi ludźmi w jego wieku, z normalnymi osobami. Zacisnął dłoń na zasuwce i nacisnął mocno, na próżno. Próbował nacisnąć obiema rękami, używając całej swojej siły, ale okno wciąż pozostawało zamknięte. Dziewczęta zniknęły mu z oczu.
Harry znów był samotny.


***

Ron specjalnie wybrał miejsce w najdalszym kącie biblioteki, aby odrobić pracę domową. Pracował już nad esejem na eliksiry, ale wciąż nie do końca rozumiał temat, dlatego wiedział, że będzie musiał napisać go jeszcze raz. Czując, że jego zły humor może skłonić Trelawney do postawiania mu dobrej oceny, skupił się na wróżbiarstwie. W końcu na swoim wykresie snów miał trzydniowe zaległości. Postukał piórem w usta, w nadziei, że jakiś cudownie tragiczny sen pojawi się w jego głowie. W końcu naskrobał na pergaminie kilka linijek o pietruszce wyrastającej mu z uszu. Krótkie, śmieszne i zgodnie z podręcznikiem znaczy, że wkrótce straci rozum. Ron zmarszczył brwi i skreślił ten sen. Latanie. Miły sen o lataniu wśród chmurek. Proste, spokojne, a według sennika zwiastuje nadchodzące duże zmiany. Dobrze. Na to mógł się zgodzić.
Następnie zapisał sen o atakujących go książkach. Wszystkie miały ostre zęby i wciąż go gryzły, dopóki nie uderzył ich tłuczkiem. Przerażające, wiarygodne i zwiastujące oblanie testu. Nic nowego.
Prawie skończył, gdy zauważył, że ostatni spisany przez niego sen to ten, który opowiedziała mu Hermiona. Zmarszczył czoło i wściekle go przekreślił, aby w końcu zerknąć na biblioteczną kopię sennika leżącą przed nim.
Zaciekawiony przerzucał kartki w poszukiwaniu głównych składników snu. Zaczęło się od tego, że Hermiona zgubiła się w lesie, co znaczy, że może otrzymać zaszyfrowaną wiadomość o dawnych błędach. Las zamienił się w wiecznie zielone drzewa, wiecznie zielone, tak, oznaka nieprzemijającej przyjaźni, wtedy zobaczyła Harry?ego (to akurat nie było trudne do rozszyfrowania) piszącego na tablicy, co oznacza złe wieści o przyjacielu, ale tylko jeśli tablica jest pokryta białą kredą. Czy nie mówiła, że tablica była pusta? W takim razie co to znaczy? Znów przerzucił kartki książki, ale nie znalazł odpowiedniego znaczenia. Interpretacja snu tak go pochłonęła, że nie zauważył, że ktoś jest obok niego, dopóki nie poczuł dłoni na ramieniu. Prawie spadł z krzesła, odwracając się, by zobaczyć, że to Ginny siedzi obok niego.
- Co tu robisz? ? zapytała
- Pracę domową ? wysyczał. - A na co to wygląda? - Jego wzrok powrócił do ślizgania się po pergaminie.
- Posłuchaj, po prostu zastanawiam się, co powiedziałeś Hermionie.
- Dlaczego?
- Ponieważ naprawdę jest z tego powodu podłamana - odparła.
- Nie powiedziała ci?
- Powiedziała, ale ja chciałabym usłyszeć to od ciebie.
- Czemu?
- Bo faceci mają tendencję do bycia idiotami, a już szczególnie ci, którzy są moimi braćmi. I chcę przekonać się, czy tym razem byłeś idiotą, czy byłeś tylko zwyczajnie wredny.
- Dzięki, Ginny. ? Zaczął upychać książki do swojej torby, w nadziei, że jego siostra zrozumie, że nie ma ochoty na rozmowę.
- Opowiedziała mi o ostatniej nocy ? powiedziała cicho, obserwując, jak jej brat zwija pergamin z wykresem snów. Ron odwrócił się powoli, by spojrzeć na jej twarz, ale ona po prostu patrzyła na niego bez jednego słowa.
- Co dokładnie powiedziała?
- Oczywiście jako jej przyjaciółka nie mogę opowiedzieć ci tej rozmowy ze szczegółami, ale jako twoja siostra powiem, że nie była z tego powodu nieszczęśliwa.
Ron odetchnął, nie zdając sobie sprawy, że wstrzymywał oddech.
- Do czasu dzisiejszego śniadania. I waszej małej rozmowy.
Porzucił pakowanie i skierował na nią całą swoją uwagę.
- Co masz na myśli, mówiąc o ?małej rozmowie?? Nie powiedziałem na ten temat ani słowa...
- Wspomniałeś, by nie budziła cię już w nocy?
- Ta... ? mruknął ? ale to nie miało z tym nic wspólnego! Miałem na myśli to wszystko związane z Harrym.
- Ona tak tego nie odebrała
- Więc jak?
- Posłuchaj ? odpowiedziała Ginny, wyglądając, jakby czuła się trochę niezręcznie ? może powinieneś z nią porozmawiać. - Zaczęła wstawać, ale Ron zatrzymał ją chwytając za ramię i usadzając z powrotem.
- Ginny!
- Sza! - pani Pince wyłoniła się spomiędzy regałów, aby zganić ich za krzyki.
- Jak ona to odebrała? - powtórzył szeptem.
- Ron, spójrz na to z jej perspektywy. Usłyszałeś ją i zszedłeś na dół, by ją pocieszyć po złym śnie o Harrym. Jedno poprowadziło do drugiego, nie chcę znać szczegółów, a skończyło się na pocałunku. A dzisiejszego ranka? Zezłościłeś się na nią i powiedziałeś, żeby więcej nie budziła cię w środku nocy!
Ron gapił się na nią pusto, wciąż nie rozumiejąc związku.
- Pocałunek, Ron. Ona pomyślała, że mówisz o nim, nie o tym, że płakała.
Bardzo powoli w głowie zapaliła mu się lampka i zrozumiał dokładnie, jak Hermiona to odczytała, jednak według niego to wciąż było bez sensu. W końcu te dwie rzeczy nie łączyły się ze sobą. Ich pocałunek nie miał nic wspólnego z pocieszaniem jej. To było totalnie coś innego, jeśli o niego chodziło.
A jednak nie.

Sfrustrowany własną głupotą, Ron opuścił głowę i zaczął uderzać czołem o blat, powodując głuche dudnienie roznoszące się po cichej bibliotece.
- Ron! Przestań! - wydyszała Ginny, łapiąc go za ramiona i zmuszając, żeby usiadł prosto. - Po prostu porozmawiaj z nią. Powiedz jej, że byłeś idiotą. - Spojrzała na zegarek. ? Pewnie teraz jest w drodze do Wielkiej Sali.
- Wielkiej Sali? Dopiero jedliśmy.
- Ron ? siostra popatrzyła na niego z litością ? już prawie szósta, spędziłeś tu cały dzień.
- Szósta?! Och! - Schował pozostałe rzeczy do torby i wstał.
- Dokąd idziesz?
- Mam spotkanie prefektów, a potem pewnie będę musiał patrolować dolne korytarze z Erniem Macmillanem, co oznacza, że jeśli nie złapię jej na kolacji, nie znajdę czasu, żeby z nią porozmawiać. Chyba że późnym wieczorem albo jutro.
- Dlaczego nie porozmawiasz z nią na spotkaniu?
- Panna Odpowiedzialna?
- Och, masz rację. Pośpiesz się!
Ron wybiegł z biblioteki, jeszcze zanim te słowa opuściły jej usta.
Z mądrości moderatorskich: Oczywiste oczywistości nie istnieją. Zrób facepalm i ruszaj dalej.
Nielusiowe tworki|Nielusiowa zupka|Niela czyta Puella bella
Akcja KDT
Obrazek
Aratanooniel
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 523
Dołączył(a): 01 maja 2009, 13:58
Lokalizacja: Rzeszów

Następna strona

Powrót do FanFiction

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron