[BB] Wojenna miłość

Bitwy zamknięte.

Moderatorzy: Puchacz, Aratanooniel

[BB] Wojenna miłość

Postprzez Aratanooniel » 16 lut 2010, 21:09

Zapraszamy na kolejny pojedynek! Na klawiatury walczą: Aratanooniel i Matylda

Warunki:
Tytuł: Dowolny
Temat: Wojenna miłość
Chcemy: Niekanonicznego paringu między kanonicznymi postaciami, wojennego klimatu, Avady (niekoniecznie w stronę głównych bohaterów), tortur, szaleństwa, ciastek z kremem, zgasłych świec, odrzucenia siódmego tomu
Nie chcemy: Romansidła, ckliwości, Draco jako zakochanego
Długość: W sam raz

Tekst A

Palce umaczane w farbie

Dedykowane przeciwniczce.


Dzień 1 - Luna
Krzyki dzieci niosły się echem po ciemnych lasach, a z liści skapywały zimne krople deszczu. Trawa była szorstka i żółta a zza szaroburych chmur nie chciało wyjść słońce.
1.Była inna.
Jej gęste, jasne włosy, od początku wojny zawsze splecione w ciasny warkocz, pachniały morelami zbieranymi o świcie i świeżym kminkiem, usta różowymi winogronami, a smukłe dłonie, zwykle umazane farbą, cytrynami dojrzewającymi w południowym słońcu.
Siadała po turecku na zimnej, twardej ziemi na skraju ciemnego lasu, a przed nią zawsze gotowa brązowa sztaluga ze świeżym papierem. Malowała palcami maczanymi w farbie, zawsze z zamkniętymi oczami. Przychodził do niej, opierał się o pień drzewa i patrzył. Pochłaniał wszystko wzrokiem, starając się nie drżeć, nie trącać mokrych gałązek i nawet nie oddychać. Na świeżym papierze powoli powstawały obrazy - pełne niesamowitych stworzeń i zestawień barw. Malowała zasadą kontrastów. Czasem myła palce w źródlanej wodzie i, opierając się o sztalugę, patrzyła w niebo.
Nigdy mu o tym nie mówiła, ale wiedział, że sztaluga jest dla niej niezwykle cenna. Kiedy nadeszła wojna i Hogwart przestał być bezpiecznym domem, jej włosy były brudne i splątane. Śmierciożercy bili ją bez litości, szarpali za włosy, często je wyrywając i kazali patrzeć sobie w oczy. Zawsze były jasne i suche, i szeroko otwarte, jak gdyby nie chciały przegapić nawet sekundy. Patrzyła na śmierciożercę, a on bił jeszcze mocniej - co ona sobie myśli, ma płakać, jęczeć tutaj, błagać o wybaczenie, skamleć, co ona sobie myśli, jak można być takim innym, takim nierzeczywistym, jak można być takim, takim dziwnym, nienormalnym, taką pokręconą idiotką, co nie chce dać się...nie chce...
Uwzięli się na nią właśnie przed tę inność, przez tę chęć ucieczki na koniec świata i jeszcze dalej, przez wzywanie szeptem matki, która nie żyła od wielu lat, przez zbieranie wrzosów i nazywanie ich po imieniu.
Kupił jej sztalugę i farby, i świeży, pachnący papier. Dał jej pędzel, ale ona nie chciała - moczyła palce w farbie, kropki mieszały się ze sobą i nie było bieli, był niesamowity nierealny świat.
I przestali ją bić.
Sypialnia zachlapana była farbą i woskiem, sterty kartek porozrzucanych było po łóżku. Przychodził do niej o brzasku księżyca, a ona śmiała się i nazywała swoje arcydzieła pustymi malowidłami i chciała drzeć je na maleńkie kawałeczki, a potem spalić w wielkim piecu. Chwytał ją wtedy za smukłe palce, nigdy nie przytulał, nigdy nie całował. Patrzył jej tylko w oczy, a ona otwierała szeroko swoje i wodziła rozgorączkowanym spojrzeniem wokół jego twarzy. Wtedy wiedział, że, jak wszyscy, się zmieniła.
Oczy się śmiały, ale gdzieś tam były puste, usta pełne słów otuchy, ale jakże fałszywych, nieszczerych. Nadeszła wojna, wiatr był zimny i ostry. Nawet ona przestała cieszyć się z każdego wschodu słońca.
Jego Luna.


2.Udało im się uciec z Hogwartu, choć czuli się jak najgorsi tchórze, wybiegając z zamkowych bram. Pamiętał, że noc była ciemna i cicha, a księżyc rozlewał swoje blade światło na uschniętych skrawkach pól. Potykali się o wystające korzenie drzew, drobne, małe kamyczki i ślizgali się na zgniłych, mokrych liściach. W końcu usiedli, opierając się o stary dąb - ona zmęczona ze sztalugą na plecach, on bez zadyszki, zahartowany irlandzkim dzieciństwem. Spojrzeli na siebie po raz pierwszy od początku szaleńczej ucieczki, a Luna uśmiechnęła się smutno.
Dotarli na Grimmauld Place - głównej siedziby Zakonu Feniksa. Luna siadała na podłodze w swoim pokoju i malowała palcami maczanymi w farbie. Przychodził i stał, opierając się o framugę drzwi. Widział, że Luna się zmienia - że dłonie jej drżą, przez co obrazy przestały być arcydziełami, że usta zaciskają się w wąską kreskę i częściej milczą niż opowiadają o chrapakach krętorogich, że oczy skrywają lęk.
Kiedyś, późnym jesiennym wieczorem, kiedy o ponury dom uderzały setki kropel zimnego deszczu, a resztki liści wirowały w takt wiatru, Luna zdawała się nie wiedzieć, że maluje. Kucała tylko przed sztalugą i patrzyła tak smutno, a on zastanawiał się czy to jeszcze jego Luna - może nie ta lekko postrzelona nastolatka śmiejąca się ze wszystkich i wszystkiego, ale ta wojenna, dojrzała dziewczyna.
Pamiętał, kiedy ją dostrzegł wśród tłumu hogwarckich uczniów. Wcześniej wiedział, że jest taka Pomyluna - dziwaczka z wytrzeszczonymi oczami i historiami o narglach.
Nadszedł piąty rok, zwykł go zwać rokiem Pottera, któremu nie wierzył nikt, i wtedy poznał kim naprawdę jest Luna Lovegood. Stała - wyprostowana i dumna z rzodkiewkami zamiast kolczyków - i patrzyła Harry'emu prosto w oczy.
- Ja ci wierzę - mówiła, a głos jej nie drżał, był tak mocny i czysty, jak tylko może. Zmierzyła wszystkich wzrokiem - zgięci w pół dusili się ze śmiechu, że kolczyki z rzodkiewek, że wyprostowana i dumna - i powiedziała, że mogą się śmiać. Mogą się śmiać nawet do rozpuku, ale ona wierzy Harry'emu Potterowi.
Obserwował ją zza oszklonych drzwi, nie chcąc się pokazać, bojąc się podejść bliżej. Pomyślał wtedy, że on też chciałby tak wierzyć - mocno, choć bez podstaw.
Dużo później - w nocy - wpadł na nią, kiedy w samej koszuli nocnej, boso, z wyciągniętymi przed siebie rękami przemierzała puste korytarze. Od tamtego spotkania nie mówił na nią inaczej, jak Lunatyczka.
Wyrwał się z zamyślenia, a Luna stała przed nim z szeroko otwartymi oczami. Wyciągnęła przed siebie kolorowe palce i z niejakim trudem dotknęła jego policzków.
- Co to są nargle? - spytał po prostu.


3.Wymykali się o świcie i milcząc szli do Londynu. Do jego mugolskiej części pełnej sklepów, samotnych ludzi i tajemniczych zaułków, i szczurów przemykających do kanałów, i wielkich, czerwonych autobusów. Siadali na drewnianej ławce - zawsze tej samej - w miejskim parku i obserwowali ludzi, którzy nie mieli wojny. Małe dzieci z roześmianymi buziami, z lizakami w ręku, staruszki chodzące o lasce i młodzież palącą papierosy w cieniu wysokich drzew. Luna mówiła, że mugole też odczuwają wojnę, choć o tym nie wiedzą. Znikają ludzie, walą się mosty, płoną małe dzieci z roześmianymi buziami, z lizakami w ręku. Stwierdzał, że u nich tak było zawsze, że i pełno psychopatów i pożarów, których nie potrafią ugasić z braku Aquamenti. Luna odpowiadała, że też by tak chciała - nie widzieć, nie wiedzieć, odrzucać od siebie tę całą wojnę.
- Zmieniłaś się.
Luna miała niecałe siedemnaście lat i była twarda, i krucha - jak szkło.
Często chodzili do kina, płacąc wyczarowanymi pieniędzmi - odkryli urok w tych sztucznych obrazach, trochę poruszających się jak na ich zdjęciach, tworzących niesamowite historie. Siadali na miękkich fotelach, pili colę lub herbatę z cytryną i czasem zapominali, że wieczorem muszą wrócić do domu, do wojny, bo wszyscy będą się martwić.
Czasem chodzili do teatru - światu z masek, lalek i wyuczonej mimiki aktorów. Nie lubił tego teatru - czuł, że jest jeszcze bardziej sztuczny niż kino - ale Luna wpatrywała się w spektakle z szeroko otwartymi oczami i mówiła, że też chciałaby zostać aktorką.
Wczesną zimą Ron złapał ich w jakimś sklepie z rekwizytami i wprost zaciągnął ich z powrotem.
- Co wy sobie myślicie? - wrzeszczał, a Luna z poszarzałą twarzą patrzyła na jego wychudłą twarz, zaostrzoną szczękę i podkrążone oczy - widziała twarz zmęczonego życiem człowieka.
- Siedzicie w mugolskich teatrach, oglądając sobie spektakle, podczas, gdy my narażamy życie, żeby odbudować świat. Żeby zabić Voldemorta, narażamy życie, a wy... - Ron wrzeszczał, a po policzkach Luny spływały łzy.
Była twarda - nie płakała ani razu, a przynajmniej on nigdy nie widział, jak płacze. Nie płakała, kiedy zrozpaczony Harry wyruszył w daleką podróż, już niczego nie ukrywając - wybiegł z głównej kwatery, wrzeszcząc, że on idzie szukać horkruksów i niech nikt mu nie przeszkadza.
Nie załamała się kiedy Hermionie poderżnięto gardło na Grimmauld Place w bitwie o Zakon Feniksa. Krew tryskała z rany, a nastolatka upadła na twardą ziemię. Luna stała wtedy w oknie - zabronił jej pomóc, masz tu zostać - mówił - masz tu zostać, proszę.
Ciało Minerwy MacGonagall leżało zmaltretowane obok ciała nastolatki - Minerwy, która wytrzymała całe siedem dni poddawana niewyobrażalnym torturom, zanim zdradziła Tajemnicę. Dumbledore naznaczył ją jako swoją następczynie.
Powietrze pachniało wtedy śmiercią i zgniłą ziemią. Kwatera główna została ocalona, ale nie można było nawet urządzić pogrzebu. A Harry wybiegł od razu, z rządzą mordu, krzycząc...
- Zostaw ją, Ron - powiedział tylko, on zawsze mówił tylko, nadeszła wojna i mówił coraz mniej. Mógł milczeć, bo z Luną nie musieli rozmawiać, tylko czasem, ciemną nocą, opowiadała mu o swoim świecie. - Nie masz prawa jej osądzać.
Ale Luna odepchnęła go, cała zalana łzami, i w holu, w którym wciąż czuć było śmierć, przytuliła Ron.
- Przepraszam - wyszeptała, a rudowłosy wyglądał jak wrak człowieka.
Tamtego dnia starszyzna Zakonu uznała, że nawet ukończywszy siedemnaście lat, nie można walczyć. Ron wyśmiał ich, a śmiech niósł się echem w starym, olbrzymim gmachu, odbijał się od kamiennych schodów, aż dotarł do portretu pani Black. Rozpaczliwy, nieludzki śmiech Rona mieszał z wrzaskami namalowanej kobiety.
Szalonooki Moody uciszył i portret, i Rona.
- Jesteś za młody, żeby walczyć.
- To śmieszne. Więc niby jak mamy wygrać tę wojnę? Opłakując zmarłych?
- Popełniliśmy błąd - ciągnął mężczyzna, a magiczne oko wirowało, a usta nieznacznie drżały. - Nie powinniśmy pozwalać wam walczyć. Nie zginęłaby Hermiona, a Harry nie odszedłby, gdzie go poniesie!
- Jesteście za młodzi. - Z kuchni wyszła Tonks z posiniałą twarzą, a zaraz za nią Molly, pachnąca kawą i ciastem. - Siedemnaście lat to początek życia.
- Odchodzę - wyszeptał Ron. Luna drgnęła i złapała go za rękę, pozostawiając na niej wielobarwne ślady. Ron strącił ją szybko, bojąc się nawet na nią spojrzeć. - Wezmę Neville'a, odnajdę Harry'ego i...
- Ron.
Tamtej nocy Ron wyszedł w pełnię księżyca z plecakiem na plecach. Molly goniła go z krzykiem, ale on powiedział tylko, że musi odejść.
Luna malowała bez przerwy przez dwie noce i jeden dzień.


Dzień 2 - Seamus
Krople krwi skapywały na marmurową posadzkę. Przy białej ścianie stała sztaluga, a obok pudełka z farbami. Ludzie szli na wernisaż, ubrani nienagannie, z kieliszkami wina w smukłych dłoniach i śmiejąc się ze sztucznych żartów. Obrazy wisiały otoczone surowymi ramami. To tylko tej malarki z uciętymi dłońmi.
1.Luna zaczęła znikać. Coraz częściej wychodziła przed świtem, wracała dwa dni później. Seamus zaciskał dłonie, nakładał bluzę z kapturem i szukał jej po mugolskim Londynie. Myślał, że może maluje gdzieś w parku w letniej sukience na zimnym śniegu, macza palce w farbie, a ludzie dziwnie na nią patrzą. Albo siedzi na mokrej ławce w ciepłej pelerynie i żółtej czapce, i opowiada staruszce o zaczarowanym świecie, a ta słucha jej historii, jak najlepszej baśni. Śnieg sypał gęsto, a Luna znikała.
Wracała w końcu, zdejmowała ośnieżone buty i boso wspinała się po zimnych schodach. Seamus nie naciskał, nie pytał, rozumiał - umarł jej ojciec, została sierotą, nie była już tą wesołą blondynką, która rozprawiała o chrapakach krętorogich. Wszyscy przyjaciele ją zostawili - Hermiona na zawsze, lalka z poderżniętym gardłem, Harry, Ron i Neville, zagubieni w wielkim świecie i nie wiadomo nawet, czy się odnaleźli. Tylko Ginewra przyjeżdżała czasem z francuskiej szkoły, do której wysłali ją rodzice, kiedy w kraju zaczęło być bardzo źle, a Harry uciekł nawet się nie żegnając. Ginny siadała przy ogniu i rozcierała odmrożone dłonie, a wokół roznosił się zapach od zgasłych świec. Seamus siedział wtedy na podłodze, a Luna kładła się na dywanie, głaszcząc Krzywołapa.
- Harry do mnie napisał - wyszeptała na krótko przed Bożym Narodzeniem, a oczy zalśniły jej radosnym blaskiem, który zaraz stopił się niczym wosk. - Nakreślił tylko kilka zdań, chyba bardzo się spieszył i to Hedwiga mnie odnalazła. A Ron i Neville go znaleźli i teraz nie jest sam. I napisał, że...
Napisał, że ją kocha - pomyślał Seamus. Kochał Lunę chociaż nigdy jej tego nie powiedział, chociaż nigdy jej nawet nie pocałował, jak to robią wszyscy na tych mugolskich filmach i spektaklach. Kupił jej sztalugę, farby i świeży papier, zabronił jej walczyć, ale nigdy nie powiedział, że ją kocha.
Ona też chyba go kochała. Na swój własny sposób. Miała staranniej zapleciony warkocz, kiedy przychodził jak co dzień, niż kiedy robił jej niespodziankę. W oczach było mniej lęku, kiedy dotykała jego policzków.
Ginny poszła porozmawiać z rodzicami - z Arturem, który już dawno nie pracował w Ministerstwie, a włosy posiwiały mu zupełnie i z Molly, która z każdym dniem coraz mniej pachniała kawą i ciastem.
Seamus patrzył na Lunę. Objęła kota mocno i położyła głowę na jego miękkim futrze. Przeturlała się z nim na czerwonym dywanie, aby być bliżej ognia. Musiało być jej zimno.
- Luno, chciałabyś stąd wyjechać?

2.Śnieg zasypał wszystkie ponure budynki przy Grimmauld Place, latarnie dające wątłe strumienie światła i nawet tego biednego, zamarzniętego kota ze szklistymi oczami i sztywnymi łapami.
Seamus siedział na parapecie, a obok niego stały dwie filiżanki gorącej herbaty. W pokoju paliły się świece, przez co wokół roznosił się zapach wosku i dymu. Luna nie wracała już od wielu godzin, a chłopak zauważył, że nie wzięła nawet szalika, nawet czapki, a ciepłą pelerynę, którą kupił jej na urodziny zostawiła na wieszaku. Po kilku godzinach, kiedy wszystko zaczęło się osnuwać poranną mgłą, a świece zgasły pozostawiając po sobie tylko niewyraźny zapach dymu, zaczął przechadzać się po pokoju.
W tę i z powrotem - Śmierciożercy ruszyli do Francji, chyba był tam Potter, chcieli zabić Pottera. I Ginny nie była już bezpieczna ukryta we francuskiej szkole dla dziewcząt, tuż przy wieży Eiffela. A Luna nie wracała i może już nie wróci, głupia, dlaczego wychodzi sama bez czapki i szalika nawet, będzie musiał z nią w końcu porozmawiać, kiedy wróci. Kiedy wróci - w tę i z powrotem. I w kółko.
Zbłąkany, blady promień słońca wychylił się na chwilę zza popielatych chmur, a na ponurej uliczce rozległ się niegłośny huk. Wystarczająco głośny jednak, aby Seamus poderwał się z miejsca, podbiegł do parapetu i przewrócił dwie filiżanki pełne zimnej herbaty. Napój płynął szybko po zimnej podłodze, mocząc skrawki obrazów, aby w końcu wchłonąć w czerwony dywan.
W oddali majaczyła postać Luny - niska, jasnowłosa, ubrana tylko w rozciągnięty sweter i jasne spodnie. Seamus już chciał biec, skakać po tych dużych schodach, budząc wszystkich, którzy jeszcze tu mieszkają, przytulić Lunę tam na dole, powiedzieć, że ją kocha, tak jak to robią w tych tandetnych romansach. Zbliżył twarz do pokrytej mrozem szyby i wtedy zobaczył Bellatriks Black.
Samotną postać w czarnej, wydekoltowanej bluzce, tylko nieznacznie okrytej długą peleryną. W długich, gęstych włosach i z powiekami opadniętymi na oczy.
Wycelowała różdżkę w jego Lunę, a usta rozciągnęły jej się w ohydnym uśmiechu i Seamus już słyszał, już czuł. Avada Kedavra - szeptały złe duchy krążące w tym domu. Avada Kedavra, Avada Kedavra - zabije ci księżniczkę - Avada Kedavra.
- Zamknijcie się! - wrzasnął i wybił okno. Rękę miał całą we krwi, a z gardła wyrwał mu się jęk wściekłości, kiedy zrozumiał, że nie może wyskoczyć z domu, który jest chroniony Fideliusem. Zaklął głośno.
- Luna - wyszeptał.
Czerwone światło uderzyło Lunę w pierś, a ona tylko otwarła oczy ze zdumienia i upadła na mokry śnieg. Bellatriks szła powoli, kołysząc biodrami, nie śpiesząc się. Kiedy chwyciła dziewczynę za nadgarstek odwróciła się i pomachała mu ręką, chociaż nie mogła go widzieć. Wiedział, że jest za późno, jednak wybiegł wreszcie z pokoju, potykając się o sztalugę.
Jego głupia, kochana Luna.
Avada Kedavra - szeptały złe duchy.


3.Wigilijny wieczór Seamus przesiedział sam w otoczeniu obrazów Luny. Nastała odwilż i strugi wody spływały po brudnych szybach, stukały o parapety, a resztki śniegu zbiły się w szaro-żółte grudy.
Do kwatery głównej przyjechało wtedy dużo osób. Ginewra, wciąż nie wierząc, że zburzyli jej kochaną szkołę, Bill ze swoją żoną - Fleur, której brzuch z każdym dniem stawał się coraz większy, Tonks i Remus, którzy pojawili się znienacka wśród ponurych budynków. Przybył nawet Szalonooki Moody - nie wiadomo skąd, ubrany w gruby, podróżny płaszcz z drewnianą laską, którą wciąż budził portret pani Black. Molly upiekła ciastka z kremem i zrobiła sałatkę, na każdym kroku przepraszając, że tak mało, ale dłonie powykręcały się jej na różne strony. Artur mówił, że to od zaklęcia, bo Molly była o wiele za młoda na artretyzm.
Wszyscy usiedli w schludnie wysprzątanej kuchni, z mała choinką na parapecie, i w ciszy jedli. Seamus zszedł na chwilę, starając się stąpać jak najciszej, i zajrzał do nich przez szparę w drzwiach. Stał i patrzył jak Bill kroi Fleur ciasto, jak Ginny siedzi w milczeniu, pochylając nisko głowę, jak Molly próbuje schować powykręcane dłonie. Seamus chciał mieć kiedyś normalne Święta Bożego Narodzenia.
- Opowiedz jeszcze raz - powiedział mocnym, donośnym głosem Szalonooki. Seamus przechylił głowę w bok i przyjrzał się jego złamanemu nosowi i bliźnie, zaczynającej się w kąciku oka i niknącej w kołnierzu czarnej szaty. Miał przed sobą wrak człowieka, który wciąż próbował walczyć. Laska zastukała raz o podłogę, przywracając go do rzeczywistości.
- Ta suka zabrała Lunę - powiedział krótko. - O świcie - strzeliła w nią oszałamiaczem i zniknęły.
- Patrzyła na ciebie?
- Tak, wprost na mnie. Pomachała mi nawet dłonią bez różdżki.
W powietrzu unosił się zapach śmierci i Seamus po raz pierwszy naprawdę był pewien, że musi stąd odejść. Że jeżeli nie ucieknie, udusi się w tym odorze śmierci, starości i lęku. Obejrzał sczerniałe ściany, zarastające grzybem, którego nie dało się zniszczyć zaklęciem. Wodził wzrokiem wzdłuż pękającej rysy przy suficie. Był w niegdyś bogatym, teraz walącym się domu arystokracji.
Tamtego dnia Seamus się spakował i wyszedł bez słowa. Szedł londyńskimi uliczkami, pełnymi ludzi biegnącymi we wszystkie strony świata. Minął kino ze zmatowiałym szyldem i teatr - podniosły i olbrzymi z elegancką kasą i czerwonym dywanem. Szedł parkiem, starając się omijać śliski śnieg i stąpać po kamiennym chodniku. Doszedł do dworca Kings Cross i zakręcił gwałtownie na widok jakiegoś żebraka. Ten chwycił go za kołnierz i przycisnął do ściany.
- Pieniądze.
Seamus nie miał już żadnych mugolskich pieniędzy. Kopnął żebraka między nogi i stojąc nieruchomo patrzył, jak zwija się z bólu. Z jednej i drugiej strony chodzili ludzie, przepychając się, potrącając innych, potykając się wśród ceglanych ścian. Były kobiety ubrane zupełnie nie zimowo, w wydekoltowanych bluzkach i butach na wysokich obcasach, byli biznesmeni z teczkami i młodzież raźnym krokiem zmierzająca do szkoły. Żebrak przechylił się i upadł na plecy. Seamus wrócił na Grimmauld Place.
Avada Kedavra - szeptali bezimienni mugole.

4.Neville dał się zabić. Zostawił Harry'ego i Rona pod Portugalią i wrócił do kraju, do Anglii. Po raz ostatni odwiedził rodziców - podobno Alicji trzęsły się dłonie, jakby do jej otumanionego mózgu dotarła wiadomość, że jej synek chce umrzeć. Według lekarzy Frank przechylił głowę w bok i mierzył Neville'a spojrzeniem swoich dużych, piwnych oczu. Wiatr rozwiewał posmak zimy, a Neville szedł na śmierć.
Poszedł do tej suki, do Bellatriks Black. Seamus poszedł z nim ukryty zaklęciem maskującym.
- Posłuchaj, Seamus. Ona chce mnie, rozumiesz? Tylko mnie. Pójdziesz tam ze mną, a ona odda ci Lunę. Nie, posłuchaj, Seamus. Ona mnie zabije, ale odda ci Lunę. Ja ją znam, jest wariatką, torturowała moich rodziców i teraz chce dokończyć dzieła, zamienić w rośliny całą rodzinę. Odda ci, przysłała mi list, gotowa jest złożyć Wieczystą Przysięgę. Ja wiem, że to głupie, wiem że wydumane, ale ona to zrobi. Przysięgam. Tylko zajmij się moją babcią, dobrze? Ona jest silna i twarda, ale już stara. Bellatriks nie spocznie dopóki nie dosięgnie także jej. Uściskaj Luneczkę i powiedz, że ją kochałem jak młodszą siostrę. Powiedz jej też, żeby szukała nargli nie pod jemiołami, bo ostatnio przeprowadziły się gdzie indziej. I nie patrz na mnie, jak na wariata. I nie skrzywdź jej, dobrze?
I jeszcze jedno. Nie możesz tknąć Bellatriks. Ja wiem, że to trudne, ja sam gotów jestem ją zabić w każdej chwili, ale oni wtedy zabiją Lunę. I nie będzie to szybka śmierć. Rozumiesz, prawda?
- Jesteś idiotą, cholernym, totalnym idiotą.
Stanęła nad nim ta suka z wyciągniętą różdżką. W oczach odbijało się szaleństwo w najczystszej postaci. Rzuciła jedno Cruciatus, potem drugie, trzecie dziesiąte. Krzyk niósł się echem wśród najpodlejszych zaułków Londynu, pośród brudnych kubłów na śmierci, nieopodal burdelu. Avada błyszczała zgniłą zielenią.
Seamus zacisnął dłonie w pięści, zamknął oczy i nie wierzył, że na to pozwolił. Liczył, że ta psychopatka odda mu Lunę, że...
W pewnej chwili świszczący oddech Neville'a nieco przycichł, a do nozdrzy chłopaka dotarł dziwny zapach. Jakby krwi zmieszanej z brudnym psem i agrestem.
- A Seamusik po swoją Luneczkę, tak? Już leży przed waszym pieprzonym zakonem. Ale radzę się pośpieszyć, bo zaraz mogą ją zabić.
Seamus nigdy do końca nie zrozumiał, dlaczego Bellatriks późnym jesiennym wieczorem z bladym księżycem zawieszonym na niebie, oddała mu Lunę.

5.Pierwsze przebiśniegi pachniały tak słodko i odurzająco. Seamus przerwał szaleńczy bieg i na krótką chwilę opadł na tę zroszoną rosą trawę, nie bacząc, że zmoczy sobie sweter, spodnie i włosy. Zielona trawa i przerzedzające się chmury, zza których niedługo powinno wyjść słońce, przypominały mu dzieciństwo. Nocne spacery z ojcem, takie "dla prawdziwych mężczyzn" i świty z długimi rozmowami i pieczeniem ciast z mamą. Przechylił się na bok i objął kolana rękoma, wbijając sobie paznokcie w skórę. Wokół pachniało wyrzutami sumienia. Zostawił matkę samą w Irlandii, bo "tak będzie dla niej najlepiej". Matka pewnie chrzani to jego "najlepiej" i długo płacze po nocach. W końcu te kilka krótkich listów to tak mało.
I Dean - jego najlepszy przyjaciel. Musiał uciekać zaraz na początku wojny przed rzezią na mugolakach. Seamus nie miał od niego żadnych wiadomości, aż do teraz - Dean wysłał list. Znalazł Harry'ego Pottera i razem grzęźli gdzieś w błocie lub spadali z pustynnych gór.
Potrząsnął głową i obrócił się z powrotem na plecy.
Uśmiechnął się lekko - Luna wróciła. Nie widział się z nią jeszcze i biegł do niej szaleńczym tempem, ale wróciła. I żyje.
Chmury przesuwały się na niebie coraz szybciej i szybciej, aż w końcu pierwsze, pojedyncze promienie słońca prześlizgnęły się po białych kwiatach.
- Seamus, spójrz. Ta chmura przy Zakazanym Lesie. Widzisz? Tak mógłby wyglądać chrapak krętorogi. Te zakończenia rogów i duży brzuch. Skąd wiem? Myślę, że ty też potrafisz go sobie wyobrazić.
Luna leżała w prowizorycznym szpitalu urządzonym przed rodziców Tonks. Andromeda i Ted idealnie nadawali się na lekarzy. Założyli go już w listopadzie, kiedy Remus rozsądnie zauważył, że w Szpitalu św. Munga nie jest dość bezpiecznie.
- Cześć Tonks, mogę?
- Nie Seamus, nie możesz.
- Żartujesz, prawda? Bardzo śmieszne, ale to nie jest za dobra pora na żarty.
- Nie Seamus, nie możesz tam teraz wejść.
- Tonks, proszę cię. Ja się muszę z nią zobaczyć. Zobaczyć co się z nią stało, porozmawiać, pocieszyć. Cholera, porwali ją na moich oczach i oddali tylko dlatego, że... Dobra, nieważne. Wpuść mnie.
- Nie.
- Nimfadoro, wpuść mnie, do jasnej, pieprzonej cholery.
Wokół unosił się zapach świeżo zebranych krokusów, płynu do płukania i kota. Chmury rozstąpiły się i za oknem wyszło słońce - chyba pierwszy raz od początku zimy. Seamus chwycił Tonks za nadgarstki i spojrzał jej w oczy.
- Nic nie rozumiesz - wyszeptała, dzielne znosząc jego spojrzenie.
- Nie udawaj idiotki, którą nie jesteś i nie udawaj, że nie potrafisz mi wyjaśnić. Tonks, proszę cię.
Jego Luna została zgwałcona.
Seamus widział, jak jej ręce skuwają kajdankami i zdzierają z niej ubranie. Jakiś ohydny śmierciożerca metodycznie rozpina rozporek i schyla się po pocałunek. Chłopak wyobrażał sobie, że w jej oczach coś znika, jakiś blask gdzieś tonie i zostaje pustka.
Ogromnymi dłońmi chwyta ją za twarz i zmusza, żeby na niego patrzyła. A kiedy wyczuwa na jej policzkach ślady łez uderza ją w twarz.
- Nie rycz, dziwko.
Potem rozszerza jej chude nogi i... Stop! Nie myśl o tym! Nie możesz...
Była wielokrotnie torturowana. Naga i bezbronna leżała na kamiennej podłodze, a Bellatriks bawiła się zaklęciem Cruciatus. Seamus słyszał jak jęczy, jak piszczy.
- Seamus, uspokój się... Seamus?
Zanim ją wypuścili obcięli jej dłonie. Powoli. Najpierw palce. Pojedynczo. Skrupulatnie.
- Tonks, ty musisz mnie do niej wpuścić.
Zgarnął ze stolika stos krokusów i przebiśniegów i ruszył schludnie wysprzątanym korytarzem. Słońce świeciło mocno, oświetlając pobielone ściany i napełniając swoistego rodzaju nadzieją.
Otworzył drzwi. Stanął w progu i patrzył na swoją kobietę.
Na przerażająco bladych policzkach miała dwie, cienkie szramy, a usta drżały jej nieznacznie. Seamus pomyślał, że gotów jest udusić Bellatriks Black gołymi rękami.
Podszedł do Luny powoli i usiadł na łóżku. Powstrzymał chęć chwycenia jej za rękę.
- Oni obcięli jej dłonie. Potem użyli zaklęć. Tak, to jest nieodwracalne.
- Kochanie przeprowadzimy się, wiesz? Daleko stąd, najlepiej w cień ciepłych lasów. Będziemy wyruszali o świcie na długie spacery i wracali o zmroku.
- Bardzo lubię las, wiesz? Lubię siadać na mchu i słuchać szumu liści. Zawsze z mamą chodziłyśmy na grzyby do mugolskich lasów.
- I wygramy tę wojnę, rozumiesz? Jeszcze będziesz szczęśliwa.
Luna odwróciła się i spojrzała na niego smutno.
- Przyniosłem ci kwiaty.
- Ładne.
Luna zbliżyła twarz do kwiatów, a potem jeszcze dalej do rąk Seamusa i pocałowała jego palce.
- I ładnie pachną.
- Każdej wiosny zbierałyśmy kwiaty. Mama mówiła, że kwiaty to takie łączne duchy.
Przechyliła głowę lekko w bok, jak zaciekawione dziecko, a Seamus spojrzał w jej oczy. Nie było w nich nic.
Luna uśmiechnęła się blado.
- Neville kazał ci przekazać, że cię kochał. I żebyś szukała nargli poza jemiołą - wyszeptał Seamus, przymykając załzawione oczy.
- Neville zawsze bał się nargli.
Kwiaty pachniały odurzająco. Luna cierpiała wiele długich dni, ale w tamtej chwili Seamus wierzył, że jeszcze wszystko jakoś się ułoży. Jego kobieta straciła dłonie, ale dadzą sobie radę i z tym.
- I wiesz co, Seamus? Nie chciałabym się przeprowadzać. Bardzo lubię Londyn.
Jego Luna.

Dzień 3 - Sny o szczęściu
Ptaki śpiewały, wzlatując wysoko nad ludźmi. I ona była ptakiem, skrzydła wyrastały jej o brzasku księżyca i leciała aż nad skraj świata. Tylko nie potrafiła śpiewać.
1.Ubłagał Tonks o pieniądze na mieszkanie. Przychodził do niej co dzień, przez dwa miesiące, zawsze z filiżanką pysznej herbaty i gorzką czekoladą. Patrzyła mu w oczy i mówiła, że to nie jest jakieś randka, flirt czy oświadczyny i że nie mają pieniędzy.
- Majątek Harry'ego już się kończy, bo i na porządne lecznicze eliksiry i na ubrania, pościel, na jedzenie, cholera, na wszystko Seamus.
Przechylał głowę lekko w bok i odpowiadał:
- Zmieniłaś się.
- Tak jak wszyscy, wiesz?
W końcu uległa, kiedy przyszedł z bukietem róż.
- Może byś nie podrywał mi żony, co? - powiedział później Remus.
Kupił niewielkie mieszkanie na przedmieściach Londynu. Tylko dwa niewielkie pokoje, w tym jeden z kuchnią, i łazienka. Luna poprosiła go o półkę na książki, więc kupił ją dla niej z prawdziwą przyjemnością. Potem biegała od księgarni do księgarni i wracała z naręczem mugolskich książek.
Czuł się niesamowicie i dziwnie szczęśliwy, kiedy obejmował Lunę i razem przemierzali londyńskie uliczki. Uciekli wojnie, nikomu nie dali nawet swojego nowego adresu, i byli zupełnie wolni.
- Jak ptaki - mówiła Luna zawsze o świcie - jesteśmy wolni jak ptaki.
Ludzie potrącali ich, popychali, a Seamus obejmował Lunę mocniej, chroniąc jak swój największy skarb. Bojąc się puścić choć na chwilę, aby znowu mu jej nie zabrano.
Dziewczyna zaczęła z powrotem malować. Stawiała sztalugę na środku pokoju, myła stopy w misce i maczała palce w farbie. Seamus stał i patrzył, jak powstają arcydzieła - jak barwy mieszają się ze sobą, jak powoli zasychają, a obrazy mają główny plan, drugi i następny. Pod jedną postacią ukrywa się inna, a jeszcze głębiej jest ich jeszcze więcej.
Przed malowaniem zawsze zaplatał jej warkocz, a Luna zakładała białą sukienkę. Wkrótce cały pokój była zachlapany farbą i wodą, a skrawki obrazów walały się po domu. Ale Seamus był szczęśliwy - jakby nie było wojny, tylko zwykły, spokojny świat. Wszystko świeciło jasnym blaskiem.
Tylko czasem - kiedy późną nocą wracali z teatru - widmo Bellatriks czaiło się w ciemnych zaułkach. Jej blada twarz pojawiała się na brudnych szybach, zapach agrestu krążył między budynkami, a jej szaleńczy śmiech tonął w kałużach. Zaciskał wtedy wargi i chwytał Lunę jeszcze mocniej.
Tylko czasem - kiedy Luna spała po drugiej stronie łóżka - szepty skradały się po ścianach. Avada Kedavra - zabije ci księżniczkę - Avada Kedavra. Pokój tonął w mroku, ale co jakiś czas zielone światło biło od ulicznych latarni. I wtedy każde głośniejsze słowo pijaka, wracającego do domu przed świtem, brzmiało jak Cruciatus.
Tylko czasem - bo przecież był szczęśliwy w tym małym mieszkanku, a wokół sami mugole, nikt ich nie znajdzie, przecież Bellatriks nie wie gdzie są, przecież Voldemort jest zajęty ściganiem Harry'ego Pottera. Zaciskał dłonie w pięści - znowu uciekli, jak najgorsi tchórze, jak dawno temu uciekli z Hogwartu. Tylko wtedy Luna była szczęśliwą malarką, a jej tato szukał chrapaków krętorogich. Teraz była zgwałconą sierotą. Bez rąk.
- Seamus? - odezwała się Luna pewnej czerwcowej nocy, kiedy chłopak myślał, że od dawna śpi.
- Tak, kochanie?
- Myślisz, że fioletowe konwalie jeszcze tu przylecą?
- Co, przepraszam?

2.Seamus znalazł pracę. Zatrudnił się w MacDonaldzie, cały dzień stał za ladą i z uśmiechem proponował zestaw z Chickenburgerem.
Po dziesięciu godzinach bolało go wszystko. Spuchnięte nogi, zgarbione plecy i nawet usta od nieustannego, sztucznego śmiechu. Przechylał głowę i powtarzał sobie w duchu, że potrzebują pieniędzy - na książki dla Luny, na świeże warzywa i chleb, i nawet na stos papierów i komplet farb. Tylko czasem chciał ściągnąć z siebie ten przepocony, czerwony fartuch, wybiec z MacDonalda śmierdzącego wołowiną i mieć gdzieś brak pieniędzy.
Głęboki oddech, szeroki uśmiech, pięć dwadzieścia proszę. Że drogo? Proszę pani ja nie mam wpływu na ceny. Szeroki, szeroki, cholera, uśmiech. Nie taki sztuczny grymas.
Wieczorem wracał do domu (jak cudownie móc wrócić do domu, który nie cuchnie śmiercią, starością i lękiem), do Luny, która malowała nawet do północy, a niekiedy nawet do świtu. Nigdy nie zasnęła bez Seamusa.
W farbie było wszystko - pościel, podłoga, ściany, a nawet talerze, których bez pomocy magii nie dało się doczyścić. Przez to Seamus niekiedy myślał, że źle skończył - był czarodziejem, nauczyciele nawet mówili mu, że zdolnym, miał plany i perspektywy. Skończył jako pół-mugol, w ciasnym mieszkanku, w którym nie dało się zasnąć z powodu potwornego upału i w którym wciąż czuć było swąd spalin. Samochody jeździły do wczesnych godzin rannych, aby potem na chwilę zamilknąć i ruszyć ze zdwojoną siłą.
Seamus został zamknięty w mugolskim Londynie, z różdżką nadającą się jedynie do czyszczenia talerzy i z ponurymi myślami o wojnie, o której dowiadywał się z gazet. Został uwięziony w ciasnym mieszkaniu, ale był wprost nieziemsko szczęśliwy. Pracował sześć dni w tygodniu, po dziesięć godzin, wracał późną nocą przykurzonymi chodnikami, brał szybki prysznic i rozmawiał z Luną. Ta często urywała w pół słowa, albo zaczynała mówić o czymś innym - czasem nawet nie zwracała na niego uwagi. Ale dla Seamusa była wcielonym bóstwem, aniołem, nieziemską malarką.
Wracał skonany i marzył tylko o tym, żeby znów rozmawiać do świtu, kiedy słońce oświetlało drobinki kurzu, a samochody na kilka chwili zamierały. W te ciche wschody słońca własne szczęście wprost go porażało.
Wojna trwała nadal, ale o tym nie mówiło się w ich małym mieszkanku, w ich małym mieszkanku był spokój, była radość, wolność - jesteśmy wolni jak ptaki, jesteśmy, cholera, wolni jak pieprzone ptaki wzlatujące wysoko o zmierzchu i świcie i radośnie śpiewające. Seamus czytał rozłożoną gazetę, przed domem, ukryty pod balkonem ze zgarbionymi plecami. Samochody pędziły w obie strony, kurz unosił się wysoko w niebo, a słońce nie dawało spokoju.
Zakonnicy przegrali bitwę o Bank Gringotta, podczas której Remus został ciężko ranny. Chłopak wyobraził sobie postawne gobliny, długowieczne i tak skłonne do buntów, że wciąż wzbudzały rozmaite represje, starając się zniszczyć czarodziejom życie. Jednak Seamus nie śmiał im nie współczuć - wyobraził sobie ich małe ciała rozpłaszczone na lśniącej podłodze, a potem zwleczone, zbezczeszczone i zawieszone na drewnianych słupach przy ulicy Pokątnej jako symbol chwały.
Smród spalin wsiąkał w ubranie. Seamus zamknął gwałtownie gazetę, po czym spontanicznie zaczął ją drzeć na małe kawałeczki. Myślał o Tonks, której Remus był w stanie krytycznym, Tonks, która załatwiła im to mieszkanie i pewnie teraz żałuje i przeprasza wszystkich na około, i czuje się winna, jak to tylko Nimfadora potrafi. Chłopak wiedział, że tym razem kwiaty nie pomogą - kobieta podejdzie i uderzy go w twarz, mocno, aż zostanie duży, czerwony ślad.
- Jak mogłeś, Seamus?
Martwił się o Harry'ego, Rona i Deana, błądzących po świecie, po odległych jego zakamarkach, wciąż szukających kawałków duszy tego bydlaka.
Ale przede wszystkim martwił się o Lunę.
Zegar na wieży monotonnie wybijał północ. Bim-Bom. Dźwięk spływał ciemnymi uliczkami, odbijał się od zmatowiałych szyb i nikł w zapomnianych uliczkach Londynu.
Seamus wracał do domu. Wciąż było upalnie, ubranie kleiło się do ciała, kurz unosił się z każdym krokiem i chłopak zastanawiał się czy to przypadkiem nie nowa polityka Voldemorta - zabronić chmurom posyłać na ziemię zbawienny deszcz, niech mugole umrą z pragnienia, po co męczyć nadgarstek, używając różdżki?
Drugą stroną ulicy przebiegła grupa mugoli - nastolatków z zielonymi butelkami w rękach, wrzeszczących do księżyca. Zaklęli kilka razy, zmierzyli Seamusa nieprzyjemnym spojrzeniem i zniknęli za rogiem, a echo ich kroków i śmiechów ucichło kilka minut później.
Seamus już wcześniej zastanawiał się, jak mugole mogą być tacy zaślepieni. Jak bardzo ich świat musiał być przesycony złem, żeby nie dostrzegli, że wokół nich trwa wojna. Chłopak uśmiechał się sztucznie - co byś chciała, frytki, colę? - plecy bolały go od nieustannego garbienia się i obserwował ludzi beznamiętnie żujących hamburgery. Dziewczyny w wydekoltowanych bluzkach, z ustami pociągniętymi błyszczkiem, śmiały się sztucznie, głośno z żartów chłopaków, ubranych w luźne koszule. Dorośli mężczyźni połykający frytkę za frytką, szybko, szybko i umykający w duszący upał, w to przeludnione miasto.
Wysoko ponad głowami ludzi ten mugolski wynalazek - telewizor, dzięki któremu można było wysłuchać wiadomości. Chłopak podawał mugolom jedzenie i zastanawiał się, jak można nie dostrzegać, co tu się w ogóle dzieje? Że niewinne dzieci są gwałcone w biały dzień przez ludzi w czarnych maskach, że pożary nie są tylko wynikiem suszy, że wynaturzone mordy to codzienność? Czy mugole są aż tak przyzwyczajeni do zła?
- Pieprzeni mugole - powiedział na głos chłopak, a jakiś staruszek spojrzał na niego z niesmakiem.
- Wariat - rzekł głośno, a jego laska stukała o kamienny chodnik.
Seamus pamiętał jak to było kiedyś. W ich czarodziejskiej szkole każda kradzież wzrastała do rangi zamachu, wszyscy długo potem o tym mówili, a tu? Codziennie śmierciożercy mordują setki niewinnych ludzi dla zabawy, dla żartu, a mugole tego nie widzą.
Z ulgą wszedł do domu, w którym pachniało pomarańczami i farbą. Przystanął na krótką chwilę, bo czuł coś jeszcze. Odkaszlnął i ruszył do pokoju.
- Luna? Co ty robisz?
Dziewczyna siedziała na parapecie, nogi dyndały jej w powietrzu i przez krótką chwilę Seamus zastanawiał się, czy Luna nie chce skoczyć. Po chwili uświadomił sobie, że skacząc z parteru raczej nie zrobiłaby sobie większej krzywdy.
Od białej sukienki biło mdłe światło, a z przedramion zdjęte były czerwone opaski i chłopak widział odsłonięte kikuty. Długie włosy opadły dziewczynie na ramiona, a z ust wystawał mugolski papieros.
Luna powoli połączyła ręce, aż zdołała wyciągnąć go sobie z ust. Odkaszlnęła kilkakrotnie i dopiero wtedy zdawała się go zauważyć.
- Luna? Kochanie? Skąd ty to masz? - spytał powoli i głośno, jakby zwracał się do osoby przygłuchej. Z przerażeniem stwierdził, że drżą mu dłonie.
- Przyniosły mi to fioletowe rozwielitki - odpowiedziała Luna spokojnie i uśmiechnęła się szeroko. Seamusowi mogło się to tylko wydawać, ale dostrzegł w jej ustach ślady krwi. W pokoju kłębił się papierosowy dym i chłopak poczuł się jak w pracy, w tym swądzie wołowiny i spalonych frytek.
Zagryzł wargi, aby stłumić gniew. Miał wielką ochotę spytać - jakie, do jasnej pieprzonej cholery, fioletowe rozwielitki?! - i z trudem przypomniał sobie, że przecież kocha Lunę, kocha ją z tymi wszystkimi rozwielitkami, chrapakami i nie wiadomo czym jeszcze.
- Wleciały oknem, kiedy martwiłam się, że nie wrócisz. Mogłeś nie wrócić, prawda? Dlaczego wracasz tak późno? - zapytała bardzo cichym głosem i Seamus poczuł, jak mija mu gniew. Miał wielką ochotę przyciągnąć Lunę do siebie i siedzieć z nią tak do świtu.
- I, Seamus, pamiętasz jak pytałeś czy chcę stąd wyjechać?
To było tak dawno, że chłopak pamiętał to jak przez mgłę. Strugi rozpuszczonego śniegu spływały po szybach, Ginny rozcierała przy ogniu odmrożone dłonie, a Luna głaskała kota.
- A później, jak Bellatriks i kat, i ucięli mi dłonie, wtedy spytałeś jeszcze raz. I wiesz co? Chciałabym pojechać do Chin. Albo jeszcze lepiej do Japonii. Bo, widzisz, ja nie szukałam chrapaków dokładnie, a obiecałam kiedyś tacie, że je znajdę, przyniosę mu zdjęcia i obejrzymy je wspólnie. I śnili mi się dzisiaj. I mama, i tato. Trzymali się za ręce i byli szczęśliwi. Chciałabym do nich dołączyć.
W oczach Seamus odbiło się zielone światła.
Avada Kedavra - księżniczka sama ci się zabije.

3.- Seamus? - zaczęła Luna, pewnym późnym popołudniem, kiedy w kuchni pachniało startą pietruszką. Chłopak odwrócił się powoli, przechylił głowę nieco w bok i uśmiechnął się. Dziewczyna nieznacznie odwzajemniła uśmiech, nie przerywając malowania, ale zaraz potem uśmiech zniknął, a w oczach coś stwardniało, przygasło.
- Tak? - spytał, siadając obok niej na zimnych kafelkach. Słońce oświetlało ich przytulną kuchnię i wszystkie te przyprawy, które kupili na mieście i drewniane łyżki, które Luna tak lubiła.
- Myślę, że jesteś niesprawiedliwy - powiedziała dziewczyna powoli. Pochyliła się powoli i pocałowała go w usta - krótko, przelotnie i zanim Seamus zdążył zarejestrować pocałunek z powrotem zamoczyła w farbach palce u nóg. - W nocy mówiłeś głośno. Opowiadałeś o mugolach, których tak nienawidzisz i którzy wydają się być tacy... nieludzcy. Myślę, że się mylisz, wiesz? Oni są inni od nas, prawda, ale pod wieloma względami o wiele lepsi. Potem śnił mi się ojciec.
Śnił jej się ojciec.
Usiadł po turecku i pochylił głowę.
- Rozmawialiśmy kiedyś o tym - wyszeptał.
- Kiedy śnieg sypał gęsto, a mugolskie dzieci paliły papierosy w parku. Tak, pamiętam. Ale mugole są o wiele lepsi od nas. Kiedyś... Było bardzo zimno. Chodziłam cichym parkiem, a wokół pełno mugoli i nie, nie wszyscy byli źli. Wręcz przeciwnie, ich świat jest pełniejszy, mimo że nie mają czarów.
- Luna...?
- Poza tym myślę, że powinniśmy wrócić. Już nie czuję się tutaj wolna, jest inaczej. Samochody wznoszą tumany kurzu, a nawet nie wiemy co się z nimi dzieje. Nie ma tu motyli.
Jak ptaki, jesteśmy wolni jak ptaki.
Sam dusił się w tym ciasnym mieszkaniu, widmo Bellatriks coraz częściej wspinało się po ścianach i coraz częściej zastanawiał się, czy już nigdzie nie będzie potrafił być szczęśliwy.
- Kocham cię - powiedział spokojnie.
Na obrazie pojawiła się kolorowa smuga, smuga, której chyba nie powinno tam być. Luna zamoczyła stopy w misce i zmarszczyła brwi. A potem przymknęła oczy i przechyliła głowę do tyłu, tak że włosy opadły jej niemal do samej ziemi.
- Chcę wrócić.
Tamtego wieczoru, kiedy lato brązowiało, a gęste chmury zbierały się wzdłuż linii horyzontu, zapowiadając koniec suszy, Seamus pisał listy. Pióro samo moczyło się w atramencie, sunęło po pergaminie, aż w końcu kilka kartek było zapisanych drobnym, niedbałym pismem.
Chłopak pisał do Harry'ego, Deana i Rona - gdziekolwiek jesteście nie poddawajcie się - pisał, wiedząc jakie puste są takie słowa, ale nie potrafiąc napisać tego lepiej. Mam nadzieję, że urodziłaś piękną, zdrową córeczkę - pisał do Fleur, której nawet nie znał i pozdrawiał Billa, jakby mając nadzieję, że pozdrawiając przeprasza. Pocieszał Ginewrę, dopiero teraz zdając sobie sprawę, że została tam sama - na Grimmauld Place, pachnącym starością i śmiercią.
Później, kiedy nocne powietrze wdarło się przez otwarte okno, pisał do Tonks. Zapisał pełne dwa zwoje, a wciąż nie potrafił skończyć. Przepraszam - powtarzał. - Przepraszam, nie potrafiłem inaczej. Wiedział, że jeśli kiedykolwiek wróci, Nimfadora uderzy go w twarz. Z całą mocą zdał sobie sprawę, że na to zasłużył.
Blade światło zdawało się bić od ulicznych lamp. Luna siedziała po turecku na łóżku, kikuty owinięte były czerwonymi szalikami, ale Seamus wiedział, że śpi. Położył ją powoli, przykrył kołdrą, po czym wstał i usiadł na parapecie. Chmury już całkiem spowiły niebo, aż w końcu na ziemię spadł gwałtowny, ulewny deszcz. Krople odbijały się od asfaltu, brudnych szyb i wszystkich tych wysokich wieżowców.
Seamus wybiegł na dwór i mókł na deszczu - przemakała mu pidżama i brązowe skarpety, wodą nasiąkały włosy. Po godzinie przyszła Luna i chwyciła go za rękę, a chłopak miał chęć krzyczeć.
- Zabiję cię, Tom - powiedział, na wzór Harry'ego, który często tak mówił, dopóki nie uciekł w ciemną noc, wrzeszcząc - idę szukać horkruksów i niech nikt mi nie przeszkadza! Nie przeszkadza! Nie przeszkadza, tak?!
Krzyk cichł ciemną, mokrą nocą z trzydziestego pierwszego sierpnia na pierwszego września, a śmierciożercy podążali do Voldemorta.
- Chcę wrócić.

Dzień 4 - ostatni
Kałuża była czerwona, jak krew. Płatki śniegu wpadały do niej jakoś tak powoli - leniwe, zmęczone. I było cicho.
1.Ulica Grimmauld Place była chyba najbrzydszą uliczką w całym Londynie.
Na wschodzie stały poszarzałe kubły na śmierci, pod lampami brudne worki i butelki z niezidentyfikowaną zawartością. Pożółkłe liście wpadały w zmatowiałe szyby i upadały na kamienny chodnik.
Seamus obejmował Lunę w pasie, a w drugiej ręce trzymał zmniejszoną torebkę - zawierała cały ich dobytek. Rozglądał się po obsypanych, zaschłych drzewkach i próbował się skupić. Powtarzał w myślach "Grimmauld Place 12", a pod powiekami przewijały mu się obrazy - Hermiony z poderżniętym gardłem i Bellatriks Black śmiejącej się szyderczo.
I stali razem chyba z godzinę, kiedy słońce pojawiało się na wschodzie, a brudna, mokra ziemia schła. Seamus stukał stopą o kamienny bruk, a Luna uśmiechała się szeroko.
- Chyba nie ma Grimmauld Place 12
Chyba nie ma Grimmauld Place 12, pachnącego kurzą i śmiercią, bo zniszczył je Voldemort.
Seamus pociągnął Lunę za ramię i szli cichym, mugolskim Londynem, aż w końcu dotarli do łąki pełnej kwiatów i ruszyli na przełaj. Chłopak przypomniał sobie o szaleńczym biegu po Lunę, kiedy wschodziło pierwsze, wiosenne słońce i przebiśniegi pachniały odurzająco. Zastanawiał się, ile musieli przeżyć, żeby znowu tu powrócić.
Luna cicho śpiewała - jej głos niósł się echem wśród starych drzew i świeżych kwiatów, a Seamus był szczęśliwy. Uśmiechał się szeroko i patrzył w niebo, mimo że niepokój narastał - pojawiał się w palcach stóp i wyszczerzonych w uśmiechu ustach, bo przecież coś musiało się stać, że hasło nie zadziałało.
Wszędzie było zielono, a Seamus widział Tonks porzuconą w rowie i Fleur z dzieckiem na piersi. Ścisnął Lunę mocniej, a śpiew zamilkł.
- To chyba tutaj, prawda? - wyszeptała dziewczyna.
- Tak, chyba tak.
Domek z drewna stał nadal - te same czerwone kominy i niebieskie okna. Seamus uśmiechnął się i zapukał.
Kiedy lato brązowiało, a pergamin pokrywany był równym, pochyłym pismem, chłopak miał rację - Tonks uderzyła go w twarz tak mocno, że przez wiele dni miał na policzku czerwoną szramę.


2.Druga bitwa o Grimmauld Place nie przyniosła nikomu śmierci.
Seamus chodził po drewnianym domku w tę i z powrotem, oglądał zachody słońca przez niebieskie szyby, słuchał pociągnięć pędzla po płótnie i wierzył, że jeszcze wszystko skończy się dobrze.
Tonks miała lewą rękę na temblaku, zaciśnięte usta i czarne włosy. Długo trwało zanim przyszła do jego pokoju, pełnego porozrzucanych obrazów i pachnącego ciastkami o smaku mlecznej czekolady.
- Lubiłam cię. - Usiadła koło niego na parapecie, a wzrok miała nieobecny. Seamus zacisnął dłonie na kolanach i patrzył na niebieską sukienkę, proste włosy i wąskie usta. Jednak najbardziej interesowały go jej oczy - nie mogła ich zmienić, więc obserwował ich owalny kształt, piwną barwę i emocje, które się w nich ukrywały.
Za oknem sączył się deszcz.
Wolno spływał po wypucowanych szybach, stukał o parapety i wsiąkał w soczysty trawnik przed domem. Kiedy Seamus był mały, a noce w Irlandii były deszczowe i długie, wyobrażał sobie, że to świat płacze.
Chłopak mógł zalać Tonks potokiem słów - bzdurnych i nieskładnie poukładanych w zdania. Mógł opowiedzieć o potrzebie ucieczki, tak, tej której Luna mocno potrzebowała, o pracy w mugolskim McDonaldzie, wschodach słońca przesiąkniętych ciszą i ptasiej wolności. Miał prawo się usprawiedliwiać i przepraszać - naprawdę nie mogłem inaczej. A na koniec, aby odwołać się do jej wyższych uczuć, mógł opowiadać o widmie Bellatriks Black, błąkającym się po szybach i pachnącym agrestem. Może wtedy jej oczy zabłyszczałyby współczuciem i litością, spojrzała by na niego z uczuciem, i powiedziała, że dostał za swoje, i że wszystko mu wybacza. A może wstałaby i wyszła, a niebieska sukienka wspinała się po jej kolanach.
Seamus mógł mówić, kiedy deszcz sączył się na zewnątrz i płakał nad wojną, ale wolał milczeć.
- Przyniosłam ciastka, ale czuję, że już je macie. I przyniosłam whisky, bo tego chyba jeszcze nie masz.
Napój przyjemnie grzał w gardło i wypalał obraz Hermiony z poderżniętym gardłem. Seamus śmiał się i obserwował Tonks - jak oglądała obrazy Luny; jak podobał jej się ten z astrami błyszczącymi w słońcu, jak była zachwycona dziewczynką z młodszym bratem.
Luna spacerowała po mokrej ziemi - szczęśliwa, z jasnymi włosami zaplecionymi w warkocz, z bosymi stopami upaćkanymi czerwoną farbą i z wodą, spływającą po rozpalonych policzkach.
Seamus popijał whisky z lodem i czuł się szczęśliwy. Kiedy za oknem zapadła noc - niebo przybrało barwę granatu, a Luna usiadła na ławce przed domem, Seamus wstał i powoli podszedł do Tonks. Uderzył kieliszkiem o jej szkło i uśmiechnął się.
- Więc nie wyrzuciłaś mojego listu.
- To by było zbyt głupie.
Gdzieś tam było słychać krzyki zranionych pacjentów - szczególnie bolało tego z zakażoną nogą, ale Seamus tego nie słyszał - dla niego istniał tylko szelest zamalowanych kartek, brzęczenie szkła, delikatne stąpanie kroków Tonks, niknących w miękkim dywanie i stukanie deszczu o szyby.
- Jak będziesz próbował mnie pocałować, to uderzę cię jeszcze raz. A i tak już nieomal złamałam kilka palców.
- Bo wy, kobiety, bijecie w zły sposób - kciuk chowacie pod palcem wskazującym i środkowym, a potem się dziwicie, że jej złamany.
- Nie jestem blondynką, ja uderzam poprawnie, uwierz mi. Poza tym moje dłonie... - zawahała się, z ręką zanurzoną w pudełku z ciastkami, a oczy miała odrobinę zamglone. Zacisnęła usta jeszcze raz, a Seamus czuł, że przez ulotną chwilę, chciała uderzyć się otwartą dłonią w czoło. - Nie chodziło mi o... przepraszam, wiesz, może rzadziej, ale nadal zdarza mi się wygadywać bzdury.
Na niebie pojawił się księżyc - Tonks z niepokojem spojrzała w okno i zmarszczyła brwi; księżyc był okrągły i pełny.
- Szczególnie kiedy jesteś pijana.
- Szczególnie kiedy jestem pijana.
Luna zaczęła śpiewać, gdzieś kilka pięter niżej - czysty głos niósł się obrośniętymi trawą wzgórzami, odbijał od ścian drewnianego domku, niknął we wrzosach i brzęczał wyrzutami sumienia.
- Ale o czym to ja chciałam mówić? Wiesz, że na dole siedzą Harry, Dean i Ron?
Seamus przez krótką chwilę miał ochotę uderzyć kobietę, ale tylko objął ją i wtulił twarz w te czarne włosy.

3.
Seamus pamiętał to tak - trzy, znajome twarze poorane bliznami, zapach rozlanej kawy, moczącej kolorową ceratę, błędne spojrzenie Tonks, milczenie Luny i oblicze Ginewry blade ze szczęścia. Noc dobiegała końca i pierwsze promienie słońca błądziły po sztućcach, kiedy w końcu poszli spać.
Dni się sączyły - Dean przychodził na nocną kawę, Ron odwiedzał grób Hermiony, a Harry spędzał większość czasu na rozmowach z Remusem. Tonks odwraca;a wtedy głowę i zaciskała usta, byle tylko nie okazać żalu, że Lupin nie mówi jej o wszystkim.
Seamus częściej obserwował jak Luna maluje - przechylał głowę i moczył wargi w whisky z lodem. Rozmawiał z kobietą półszeptem - Luna nie chciała mówić głośno, mówiła, że to przywołuje nieszczęście, że przylatują fioletowe rozwielitki i boli ją brzuch. Chłopak sączył napój powoli, chcąc uszczknąć jak najwięcej z palącego w gardło zapomnienia i wodził wzrokiem za pociągnięciami umoczonych w farbie stóp.
Ptaki śpiewały głośno, krążąc nad drewnianym domem i Seamus wsłuchiwał się w ich złowróżbne popiskiwania. Papier szeleścił, a Luna się śmiała, więc chłopak był szczęśliwy i tylko czasami chciał porozmawiać z Tonks o tym, czy wojna dobiega końca i potańczyć na stole w rytm bębnów z czarodziejskiego radia.
Luna unikała jego spojrzenia, jakby wiedziała, że gdzieś tam czai się chęć ucieczki - od jej szaleństwa, które znosił całą wojnę, od wspomnienia uciętych rąk i papierosowego dymu, czy wreszcie - od blond włosów, opadających na plecy. Dziewczyna coraz częściej milczała - słowa układały się w coraz mniej składne zdania, usta tworzyły prostą kreskę.
Seamus czytał Szekspira, którego Luna kupiła za ich "londyńskich" czasów, próbował zrozumieć trudny język "Romea i Julii" i zastanawiał się, czym jest miłość. Wpatrywał się w obraz ze zdechłym kotem, pił whisky aż do bólu żołądka i schodził na dół, do Tonks, po leki na kaca.
Jednocześnie szukał odpowiedzi w oczach Harry'ego, Deana i Rona - szukał zmian w pustych oczach, uniesionych brwi, czy choćby wpółotwartych ust. Szukał odpowiedzi na pytanie - czy odnaleźli już wszystkie horkruksy?
- Za dużo myślisz - powiedziała kiedyś Tonks. Wybrał się wtedy na wieczorny spacer, a powietrze pachniało jesienią. - To nic nie da. Harry się boi.
- Wiesz... czasem myślę, że mam jej dość.
Kobieta zmieniła kolor włosów na czarny - bez udziału woli, nieświadomie, machinalnie.
- Kochasz ją.
- Od kiedy lubujesz się w krótkich wypowiedziach?
Księżyc groźnie przyświecał - odbijał się w oknach i spływał mdłym światłem do szemrzącego strumyka.
- Od kiedy wiem, że jeszcze wszystko skończy się dobrze.
- Jesteś idiotką - wyszeptał Seamus, a potem się roześmiał. - Mogłabyś uderzyć mnie raz jeszcze?

4.
Wojna się skończyła.
Tak po prostu - wiele zgniłych miesięcy cierpienia, tysiące ofiar, wątły zapach krwi i nagle koniec. Zza chmur wyszło prawdziwe słońce - nie takie mdłe o mlecznożółtej barwi, tylko jasne, ostre i prawdziwe.
Tonks kupiła okulary przeciwsłoneczne.
Nikt do końca nie wiedział, jak to wszystko się skończyło - Seamus sądził, że po znalezieniu wszystkich horkuksów (po roku i dwóch miesiącach błądzenia po całym świecie), Harry nauczył się tak wiele, że był w stanie zabić Voldemorta.
Jeszcze nie wszystko było dobrze - wciąż było słychać krzyki małych dzieci i czuć było zgniły zapach śmierci. Śmierciożercy skryli się w cieniu drzew, niczym wilk przyczajony do skoku.
Seamus nadal czuł zapach agrestu i brudnego psa, ale teraz było mu już wszystko jedno.
- Kochasz Remusa? - spytała Tonks dwanaście dni po zwycięstwie.
Kobieta parsknęła śmiechem i wylała na siebie całą whisky, a Seamus przez ulotną chwilę widział tę starą Tonks - dowcipkującą i rozwalającą wszystko dokoła.
- Głupie pytanie - odpowiedziała powoli. - Ale i proste. Kocham go, jak cholera. A tobie radziłabym jej poszukać.
- Lepiej niech on się nią zajmie, nie uważasz? - Pocałunek Tonks smakował alkoholem.
- Umiesz kochać dwóch facetów jednocześnie? - spytała później.
- Ja w ogóle nie umiem kochać faceta - odpowiedział Seamus.
Ich śmiech niósł się echem po drewnianych schodkach, budząc lekarski domek z powrotem do życia.
Seamus pamiętał dokładnie koniec wojny - zapach gorzkiej herbaty, niewyobrażalne szczęście i wiara, że już na pewno wszystko będzie dobrze - że zamieszkają z Luną w małym domku pod lasem, a matka i Dean będą przyjeżdżać do nich na Święta, że Tonks będzie taka jak dawniej, że Harry i Ginny wezmą ślub. Gdzieś tam tlił się niepokój - jak to będzie, przecież wciąż czuję zapach agrestu, czy potrafię żyć bez strachu i lęku?
Ale już zbiegał w pośpiechu ze schodów, a z każdym jego krokiem unosił się kurz, pędził do malarskiego pokoju. Otworzył szeroko drzwi i już gdzieś widział, co się stanie - Luna się uśmiechnie, tak szczerze, tak prawdziwie i fioletowe rozwielitki już nigdy nie przylecą.
- Kochanie?
Zasłony był zasunięte, a w mdłej poświacie stłumionego słońca, Seamus zobaczył nie jedną, a dwie postacie.
Jego Luna leżała na ziemi, na swoim najlepszym obrazie (ten z czerwonymi różami i zachodem słońca), ramiona miała uniesione w górę i dyszała ciężko.
Ron poruszał się nad nią szybko, rytmicznie - ciężko oddychał i targał ją po włosach.
Seamus chciał szarpnąć go, przyłożyć mu w twarz, ale tylko stał i patrzył, a Luna podchwyciła jego spojrzenie. Jej oczy były puste, nieprzytomne, a w oczach odbijały się rude włosy Rona.
Przed jego oczami przesuwały się obrazy - ciemnych, wojennych miesięcy, z zapachem moreli unoszącym się w powietrzu i nierealnymi obrazami, malowanymi przez stopami. Czuł zapach kurzu i ciche wieczory spędzone w teatrze. W ustach miał smak frytek i spalonego mięsa, a nad tym wszystkim unosiło się widmo kościelnego dzwonu.
Stał i patrzył na ramiona wyciągnięte w górę i palce Rona wplecione w jej włosy.
- Wojna się skończyła, miłość się skończyła - wyszeptał, zastanawiając się czy przypadkiem nie cytuje jakiegoś mugolskiego poety. - Popieprzone to wszystko.
Dean okazał się prawdziwym przyjacielem - nie pytał, poszedł z nim na wódkę do mugolskiego baru i pili, dopóki nie przyszła po nich Tonks.
Seamus czuł tylko ciepło w gardle, ciężkie powieki, stukilogramową głowę i zapach zakurzonego baru. Wpatrywał się w dekolt kelnerki, czując się jak prawdziwy facet. Kiedy tylko napływał skądś zapach moreli, Seamus zatykał nos - nie czuć, nie wiedzieć.
Następnego dnia Luna zniknęła, a wszystkie obrazy zostały spalone.


Epilog
Idzie.
Liście pojawiają się znikąd i wpadając pod jej buty na wysokich obcasach.
Przechodnie patrzą na nią dziwnie, a ona przecież nie robi nic złego - czy to źle iść za fioletowymi rozwielitkami do parku?
Wokół słychać wystrzały i kieliszki szampana - wszyscy się cieszą, dlaczego się cieszą?
Potyka się.
Prawie spada ze schodów, prowadzących do wąskiego tunelu i krzyczy.
Ktoś chwyta ją za ramię.
- Seamus?
Ktoś przytula ją mocno, ale ona nie jest pewna, czy to Seamus.
Wbija mu paznokcie w plecy.
Z mądrości moderatorskich: Oczywiste oczywistości nie istnieją. Zrób facepalm i ruszaj dalej.
Nielusiowe tworki|Nielusiowa zupka|Niela czyta Puella bella
Akcja KDT
Obrazek
Aratanooniel
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 523
Dołączył(a): 01 maja 2009, 13:58
Lokalizacja: Rzeszów

Re: [BB] Wojenna miłość

Postprzez Aratanooniel » 16 lut 2010, 21:10

Tekst B

Mojej bratniej duszy w obłędzie pisania cierpkich, wojennych tekstów. Niech i na Walentynki nie będzie puchato i słodko! Moja Ty Walentynko!

Wiosna

Nadzieja umiera ostatnia.
Nadzieja jest zielona.
Avada jest zielona.


***

Warzyła ten eliksir długie godziny. Najczęściej po nocach, bo w ciągu dnia zajęta była sprawami Zakonu. Kilka razy zaczynała od nowa. W końcu na dnie małego kociołka pojawiło się kilka kropel o upragnionym kolorze i gęstości. Gdy przelewała je do specjalnie wybranej w tym celu ampułki, do pokoju wszedł Neville.
- Zejdź na dół, Ginny cię... - Zamarł w pół słowa. Nawet on wiedział, co mogą spowodować te pojedyncze krople połyskujące złowróżbnie.

***

Eliksir Mortis ? jeden z najbardziej niebezpiecznych i tajemniczych eliksirów. Działa tylko na osobę, która go uwarzyła. Przynosi natychmiastową, bezbolesną śmierć. Wchłania się przez większość nabłonków. Zaleca się przechowywanie w szkle wzmocnionym balatistem i Zaklęciem Wyboru.

***

Przez okno wpada zbłąkany promień słońca, zbyt wiosenny, zbyt ulotny by był prawdziwie ciepły. Za szybą jest jeszcze biało, a Luna wczoraj mówiła, że to źle. Zaraz potem poszła do salonu i, wpatrując się w ogień, czekała na krokusy.
Stoi w bezruchu, mimo że ma ochotę ruszyć przed siebie, złapać jej rękę, zrobić cokolwiek. Krzyknąć mocno i głośno Idiotka! albo przytulić i szeptać bezgłośnie, przekonując bardziej siebie niż ją. To nie będzie potrzebne, nie będzie.


Zadziwiające jak wiele nadziei do zabrania mieli. Raz za razem wydzierano im ją, by w końcu pozbawieni sił oddawali ją niezauważenie i bezsilnie.


Pierwsza zieleń ? w Ciszy łzy nie płyną

Panuje absolutna Cisza. Hermiona, ściskając dłoń Rona dochodzi do wniosku, że od dawna nie słyszała śpiewu ptaków. W kuchni zebrali się wszyscy Weasleyowie, na stole leżą ciastka z kremem, a mimo to jest Cicho, Cichuteńko. Co, w gruncie rzeczy, jest tak samo nienaturalne jak milczące, nieobecne ptaki.
I tylko zegar wyśpiewuje obraźliwie i radośnie: Odszedł, odszedł, odszedł...
Wreszcie Ginny przerywa Ciszę. Odsuwa gwałtownie krzesło i wbiega na schody. Hermiona nie może dostrzec, czy dziewczyna płacze. Neville tak. Ginny szlocha, ale jej twarz jest całkowicie sucha. Przez chwilę jest już tylko cicho, a później wybuchają głosy. Jedynie Hermiona wciąż szepcze, wtulona w ramię Rona. Dlaczego?
Ron wzbija się wysoko, wysoko jak najwyżej. Jakby chciał wzlecieć na tyle, by móc wypatrzeć zagubionego przyjaciela. Hermiona żałuje, że nie potrafi latać tak dobrze jak on. Może to naprawdę pomaga? A może to ona dostrzegłaby małą figurkę z czarnymi, rozczochranymi włosami? Zamiast nieba wybiera ziemię, siada pod jabłonią i pogrąża się w myślach. To nie powinno tak wyglądać. Nie. Bo nie, po prostu nie. Są przyjaciółmi. Czuje, że powinna go wspierać, mieli się trzymać razem, do diabła! Co on tak właściwie sobie myśli? I nie, nie czuje się zdradzona. Bo przecież to ona nie dotrzymała obietnicy.

Druga zieleń ? wśród morza łez, łzy nie płyną

Trwa wojna. Już nie ta cicha, powolna i podobna do gry w podchody. Ulice nie są już szare, spokojnie i niebezpieczne niczym niebo o zmierzchu. Słońce ostatecznie zaszło, pozostawiając świat w prawdziwej, kleistej czerni. Każdy kolejny atak odbija się mniejszym echem w Proroku Codziennym. Nie wiadomo czy nie jest to już materiał na wspaniały artykuł, czy też strach skutecznie wstrzymuje pióra. Strach powszednieje, niezauważalnie zabierając resztki ochoty na bunt. By walczyć przeciw rozpaczy, trzeba utrzymać zielone ogniska, co nie jest ani łatwe, ani rozsądne.
Jęki chorych nie przeszkadzają w śnieniu snów. Przecież teraz nikt nie śni. Po przyłożeniu głowy do poduszki zamyka się tylko oczy, zaciska powieki najmocniej jak tylko się da, robi się wszystko, by nie śnić. Trzeba spać, bo jutro znowu jest wojna, bo jutro znowu trzeba stanąć z różdżką, a ręka nie może zadrżeć, a oczy nie mogą zawieść. Ale nikt nie chce śnić. Bo śnić można o krwi, błocie lub prażącym słońcu. Bo śnić można o śmiechu, tańcu i bezwojniu. Można, ale lepiej tego nie robić.
Gdy Hermiona razem z Nevillem i Tonks opiekują się rannymi, gdzieś tam za oknem pozostali walczą. Bronią mugoli lub pomagają innym czarodziejom, albo robią cokolwiek innego, co według Zakonu jest słuszne. Wychodzą z domu, zostawiając niepokój, by wrócić, przynosząc chwilową ulgę i kolejnych rannych. I Neville codziennie obserwuje Hermionę opatrującą ranę za raną, uśmiechającą się tak jakoś szaro i spoglądającą na zegar. Widzi zmianę na jej twarzy, która tylko na drobny wycinek doby staje się mniej zmęczona. Ten kolorowy, choć nieco wyblakły uśmiech pojawia się zawsze, gdy brązowe oczy spotykają niebieskie. Nawet gdy ani Ron, ani Hermiona nie mają dyżuru w Szpitalu nie widzą się całymi dniami. Bo tak jest bezpieczniej. Więc co wieczór, co dzień o innej porze spotykają się oczy. Zawsze suche.

Trzecia zieleń ? gdy zamrozisz ogień, łzy nie popłyną

Cieszą się. To przecież totalna głupota. Przecież są dorośli, powinni być odpowiedzialni. A tu co? Twarz Fleur, tak niedawno jeszcze umazana krwią, teraz promienieje, a Bill wpatruje się w nią, jak w obrazek. Molly ma łzy w oczach. Weasleyowie klepią najstarszego brata po plecach. I wydaje się, że w ogólnej radości tylko Hermiona pozostaje nieczuła. A przynajmniej tak się czuje. Pewnie jestem zbyt rozsądna. Przecież nie powinni sprowadzać nowej, delikatnej i bezbronnej istotki w tę ciemną noc, bez odrobiny nadziei na światło. Dzieci są jasne i radosne. To po prostu nie do pogodzenia z tym, co ich otacza.
Gdy mijają kolejne tygodnie, Fleur coraz częściej opowiada o kołyskach, śpioszkach i pomocnych zaklęciach. Jeśli urodzi się dziewczynka, trzeba kupić mnóstwo różowych sukienek. Malutkie buciki i kapelusiki. Jeśli na świat przyjdzie chłopiec, Fleur wybierze wspaniałe niebieskie śpioszki i kaftaniki. Zastanawia się też nad odświętną szatką wyjściową. Neville nie lubi słuchać jej szczebiotu. On sam widzi dzieci ubrane na biało, bieluteńko. A kołyska powinna mieć zielony baldachim. To uspokaja.
Lato przychodzi powoli, słońce co dzień wita ich wcześniej. A mimo to ciągle jest jakoś szaro. Julie rodzi się pewnego dusznego ranka, witana szlochem matki i cichymi łzami babki. Pokój już od dawna jest gotowy. Jest ironicznie optymistyczny, jakby te różowe, delikatne obłoczki na suficie mogły obronić Julie lub jej rodzinę przed zbliżającą się burzą. Hermiona ma ochotę wykrzyczeć im wszystkim prosto w twarz, co o tym myśli. Ron jednak w porę łapie ją za dłoń i wyciąga, prawie siłą, z dziecięcego pokoju. Nikt nie zauważył, że to już dwa lata odkąd Harry odszedł. Dwa lata wojny. Dwa lata, a oni ciągle nie wiedzą czy ich przyjaciel żyje, czy ma się dobrze i czy znalazł cząstki duszy tego cholernego psychopaty.

Zieleń po raz czwarty ? gdy tylko im pozwolisz, łzy popłyną

Słyszy tylko To był rutynowy obchód wokół największego mugolskiego sierocińca, to zbieg okoliczności, że akurat wtedy pojawili się śmierciożercy. Odtrąca ciepłe dłonie, które próbują przynieść pocieszenie. Nie chce widzieć zapłakanych, niebieskich oczu Molly, ani poszarzałej twarzy Artura. Zabiera ze stołu jedną ze świec, zabezpiecza ją zaklęciem przed wiatrem i wychodzi w mrok nocy. Siada pod tą samą jabłonią, pod którą rozmyślała tego dnia, gdy Harry odszedł. Teraz nie jest już tak ciepło, jesienne rude wieczory są wietrzne i mokre. Nawet nie zauważa, gdy świeca gaśnie. Dawno, dawno temu matka opowiadała jej, ze nad wszystkimi ludźmi czuwają dobre cierpliwe anioły. Patrzy w niebo i zastanawia się gdzie podział się jej Anioł Stróż. Nie zdaje sobie sprawy, że powiedziała to głośno, dopóki nie słyszy Neville?a.
- Może ma wiele spraw na głowie? A może jest roztargniony jak niektórzy ludzie?
Z całych sił stara się unieść kąciki ust w imitacji uśmiechu. Zamiast tego wybucha szlochem. Z głębi serca, oczyszczającym. Płacze gorącymi łzami po raz pierwszy od bardzo długiego czasu. Neville kołysze ją z równą delikatnością jak Bill, gdy nosi po domu ząbkującą Julie. Żadne z nich nie zwraca uwagi na to, ze świeca przyniesiona przez mężczyznę również zgasła.

Piąty raz zielono ? gdy oczy są puste, łzy nie płyną

Księżyc jest wysoko na niebie. Daje niewiele światła, ale nie przeszkadza w wędrówce znanymi ścieżkami. Nabrała tego zwyczaju wiele miesięcy temu. Co noc wychodzi z domu, by szukać na niebie prześwitującym zza gałęzi swego Stróża. To już chyba ostatnia cząsteczka jej nadziei. Myśl, że to tylko roztargnienie. Wodzi palcami zniszczonych dłoni po pniach drzew i od czasu do czasu wybucha histerycznym śmiechem. Nie czuje liści we włosach, ani zadrapań na policzkach. To nie ma znaczenia. W nocy liczy się tylko ona i poszukiwania. W dzień trzeba walczyć, bronić siebie i innych. W dzień jest sama. W nocy jest sama. Ale jakoś mniej gdy patrzy w górę.
Z okna na piętrze Nory zawsze obserwuje ją samotna postać. Stoi nieruchomo za firanką gotów zbiec na dół ze świecą, która prędko zgaśnie na wietrze. Nie wierzy, że naprawdę nikt oprócz niego nie zauważył samotnej jasnej postaci.
Porwano Ginny. Hermiona nie wyszła tej nocy, by szukać Stróża. Zamknęła się w bibliotece. Czy to znak, że znaleziono Pottera, a wojna chyli się ku końcowi? Nie szczęśliwemu zakończeniu, ale właśnie końcowi. Gdy znaleziono Ginny w jednej z pomniejszych kryjówek śmierciożerców, jasnym stało się, że to nie z rozkazu Voldemorta ją torturowano. Wtedy Hermiona z biblioteki przeniosła się do laboratorium. Gdy Mortis zawisnął na łańcuszku na jej szyi, znów zaczęła wędrować.
Lato znów zbliża się coraz szybciej, a wędrówki trwają coraz krócej. Mimo to Neville wie, że lato nie jest dobrą porą. To wtedy Hermiona wychodzi z domu z jednym słowem na ustach.
Odszedł
Trzy


Szósta zieleń ? gdy zaczynasz kochać, łzy płyną

Neville był. Po prostu był. Zawsze wtedy, gdy go potrzebowała. Również wtedy, gdy nie zdawała sobie sprawy, że go potrzebuje. Był wspaniałym przyjacielem. Tak jak Luna. Ale ona żyła w swoim świecie. Neville wręcz przeciwnie ? wplótł swoją drobną kolorową nitkę w jej szarobure życie. Na początku tak delikatnie i niezauważalnie, że dopiero gdy koloru zaczęło przybywać zauważyła zmianę.
Przeraziło ją to. Wtedy nocny spacer przeniósł się z lasku na cmentarz. Gdy odgarnęła śnieg z małego nagrobka, zdała sobie sprawę, że nie zabrała ze sobą różdżki. Przyklękła w śniegu, oparła ręce o zmarzniętą płytę i popatrzyła w górę, nie zważając na chłód i gołe dłonie. Może tutaj, po prawie dwóch latach, odnajdzie to, czego szuka? Przecież cię kocham, jak mogłeś mi to zrobić? Zostawiłeś mnie samą! Nie wiem co mam robić, nie wiem... Łzy płyną bez udziału woli, gorące krople zamarzają na policzkach.
Dopiero, gdy wraca do domu, w pełni czuje, jak bardzo zmarzła. Otwiera cicho drzwi, wyćwiczonym ruchem omijając skrzypiącą deskę w podłodze. Wchodzi do salonu, by zostawić przemoczone ubrania przy kominku i zastaje tam Neville?a. Jest tak przemarznięta, że z radością przyjmuje gorącą herbatę. Siadają razem na kanapie przy płonącym ogniu. Gdy Neville bez słów chowa jej dłonie we własne poddaje się. Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe, kochany. Opowiada o swoich nocnych wędrówkach, zaczynając od tej nocy, kiedy tulił ją jak dziecko pod jabłonią.

Zielona siódemka ? gdy wszystko co czujesz to gniew, łzy nie płyną

Wrócił. Zmieniony. Obcy. Nie taki. Zamiast radości Hermiona czuje tylko gniew. Wreszcie wie, że to nie ona zdradziła. Gdy Harry dostrzega splecione palce Hermiony i Neville?a, patrzy w oczy przyjaciółki. Pytająco. Potępiająco. Hermiona milczy, nie potrafi powiedzieć tych trzech słów.
- Ron nie żyje.
Szok. I poczucie winy.
- Jak to się stało? Kto, kto jeszcze?
Siedzą w tej przytulnej kuchni, gdzieś tam za oknami jest wojna, która sączy się przez wszystkie szczeliny, a w każdym z nich wzbiera gorycz. Hermiona ma ochotę krzyczeć. To tak nas obroniłeś! Ty pieprzony bohaterze! On umarł, Ginny torturowano, a ty teraz przychodzisz?
Teraz, teraz jest już zbyt późno.
Zamiast tego wychodzi. Jak tchórz, ale nie potrafi inaczej. Bo odwaga wymaga nadziei. A ona jej nie ma. Znów nogi same niosą ją na cmentarz. Wokół nagrobka wykiełkowały pierwsze przebiśniegi. A może będą to krokusy? Na razie przez śnieg widać tylko zielone, małe łodyżki.
Gdy wraca, Neville jak zwykle czeka w salonie z herbatą. Hermiona bez słowa łapie jego dłoń i po raz pierwszy prowadzi go do swojego pokoju.

Osiem również jest zielone ? gdy pod sercem jest płomyk, łzy nie muszą płynąć

Wojna się kończy. Harry nie jest już taki sam i pewnie nigdy nie będzie. Ale prowadzi ich ku końcowi. Hermiona patrzy na Julie, biegającą po domu i pamięta swoje myśli, gdy Fleur była w ciąży. Ale teraz ich nie rozumie. Nie chce, by jej dziecko żyło w tym gęstym mroku. Dlatego walczy. Gdy wreszcie powiedziała Neville?owi był zły. To niebezpieczne i głupie wyszeptał jej do ucha. Od tego czasu zabronił jej uczestniczyć w akcjach. Całymi dniami pomaga więc w szpitalu, zerka co chwilę na zegar, ale uśmiecha się trochę mniej szaro.
Za każdym razem gdy wraca, wyczarowuje dla niej bukiet kwiatów. Całuje delikatnie, pyta czy się nie przemęcza i nie stresuje. Zawsze odpowiada, że nie, nie jest zmęczona, dba o siebie i o dziecko. Patrzy na nią wtedy wzrokiem mówiącym wiem, że to nieprawda.
Gdy zaszła w ciążę przestała chodzić na cmentarz. Nie jest pewna czy znalazła już anioła, dlatego czasem opiera się łokciami o parapet i spogląda w nocne niebo. Nawet jeśli wstaje w środku nocy, chwilę potem za jej plecami pojawia się Neville. Przytula ją do siebie, kładzie dłonie na jej brzuchu i razem wpatrują się w niebo. Gdy uznaje, że wystarczająco już zmarzła, całuje ją delikatnie w szyję i prowadzi do łóżka.

***

Następnej wiosny odwiedzają cmentarz razem. Neville trzyma na ręku ich małego synka, a wokół płyty nagrobka kiełkują te same przebiśniegi.
A wraz z nimi nowa nadzieja.
Z mądrości moderatorskich: Oczywiste oczywistości nie istnieją. Zrób facepalm i ruszaj dalej.
Nielusiowe tworki|Nielusiowa zupka|Niela czyta Puella bella
Akcja KDT
Obrazek
Aratanooniel
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 523
Dołączył(a): 01 maja 2009, 13:58
Lokalizacja: Rzeszów

Re: [BB] Wojenna miłość

Postprzez Tristan » 21 lut 2010, 11:38

- Zgodność z warunkami turnieju:
A: 5
B: 5
Chyba wszystko było. Nie zwracałam na to tak uwagi.
- Pomysł
A: 4
B: 4
Pojedynek miał tak szczegółowe kryteria, że nie pozostawiłyście sobie miejsca na oryginalność. Tekst A był dla mnie bardziej spójny, zaś B miał pewien ciekawy cykl. Ogólnie, oba dzieła zawierały właściwą ilość bólu, żalu i pesymizmu w stosunku do sytuacji. Autor tekstu A, nie zapomniał, że nie zależnie co się człowiekowi stanie, to i tak będzie szedł dalej. Autor tekstu B, potrafił jednak umieścić w całej tej wojnie dzieci.
- Strona techniczna:
A: 9 - tekst ładnie napisany i bardzo spójny.
B: 8 - Ładny styl i poprawnie jak dla mnie, ale za bardzo poroztrącany. Tu jedna linijka, tam trzy, tam gwiazdki itd. Tekst [powinien być bardziej czytelny i stanowić całość. Tworzy się w ten sposób bałagan i chaos. Zapanowałaś nad nim, ale pewien dyskomfort pozostał.
- Punkty dodatkowe:
A: 3 - Za Lunę i Seamusa oraz Tonks.
B: 2 - Za dzieci i ich rolę oraz cykl tekstu bez odliczania.

RAZEM:
A: 21
B: 19
T jak Tristan, T jak terrorysta
Tristan Zabójczy Terrorysta
Za tytuł serdecznie dziękuję Morwenie!
Słowo honoru, że zrobię wszystko by na niego zasłużyć.
Tristan
Administrator
Administrator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 711
Dołączył(a): 11 lut 2008, 16:46
Lokalizacja: Warszawa

Re: [BB] Wojenna miłość

Postprzez Atma » 21 lut 2010, 21:04

1 -Zgodność z warunkami turnieju
A - 4
B - 4
W pierwszym tekście jak i w drugim nie znalazłam jednej rzeczy, czytałam dwa razy, prawdopodobnie zgasłe świece były, bo raczej autorki by o nich nie zapomniały, ale ja ich nie znalazłam.
2 - Pomysł
A- 10 Pomysł bardzo dobry, niecodzienny, a tekst bardzo przygnębiający
B - 9 Tutaj również bardzo dobrze został uchwycony klimat smutku, jednakże tekst wcześniejszy zrobił na mnie większe wrażenie
3 - Strona techniczna
A - 8 Wykonanie bardzo ładne, lecz nie wiem dlaczego została zastosowana numeracja, zdaje sobie droga autorko, że masz taki styl i pomysł na pisane, lecz według mnie, chyba wystarczałoby zastosowanie tylko podwójnej spacji
B - 9 Wykonanie od tej strony również bardzo dobre. Trochę zasugerowałam się oceną wyżej, lecz mi takie osobne linijki nie przeszkadzają zbytnio, a czasem pomagają w czytaniu na monitorze. Chodziarz te gwiazdki na poczatku by mogły zniknąć. Można by było cały tekst troszkę połączyć gdzie nigdzie, by przerwy były rzadziej i wszędzie takowe gwiazdki wprowadzić, to by było przynajmniej spójne.
4 - Punkty dodatkowe
A - 3 Za przytłaczający smutek, za malującą Lunę
B - 2 Za dzieci

Razem:
A -25
B - 24
Dusza świata
Atma
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 223
Dołączył(a): 11 mar 2009, 21:38

Re: [BB] Wojenna miłość

Postprzez Aratanooniel » 24 lut 2010, 20:53

Oficjalnie rozstrzygnięcie pojedynku Aratanooniel vs Matylda

TEKST A - Matylda - 46 punktów
TEKST B - Aratanooniel - 43 punktów


Wygrywa Matylda, uzyskując wynik 46 pkt.



Obu Paniom gratulujemy i życzymy weny do kolejnych tekstów.
Z mądrości moderatorskich: Oczywiste oczywistości nie istnieją. Zrób facepalm i ruszaj dalej.
Nielusiowe tworki|Nielusiowa zupka|Niela czyta Puella bella
Akcja KDT
Obrazek
Aratanooniel
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 523
Dołączył(a): 01 maja 2009, 13:58
Lokalizacja: Rzeszów


Powrót do Bitwy - Harry Potter

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron