[TT] Urodzinowa bitwa Puś

Bitwy zamknięte.

Moderatorzy: Puchacz, Aratanooniel

[TT] Urodzinowa bitwa Puś

Postprzez Aratanooniel » 11 maja 2010, 22:23

Tytuł: dowolny
Temat: dowolny
Wymagania: snarry lub severitus, lub Snape-mentors? (wszystkie możliwe połączenia Harry?ego i Severusa); chcę niewielkiego związku z kanonem lub wykreowania zupełnie nowego świata; chcemy ironii i dobrego humoru. Nie chcę śmierci żadnego z głównych bohaterów.
Gatunek: proza
Długość: nie krócej niż 5 stron TNR12, nie dłużej niż 12 stron TNR 12


Wszystkiego Sianowego Puś!



Tekst A

Kłamstwo



Tak będzie lepiej, moje drogie dziecko.

***


- Ile razy mam powtarzać, że to moje dziecko?
- Severusie, uspokój się, proszę porozmawiajmy spokojnie?
- Albus! Człowieku! Nie oddam mojego dzieciaka mugolom! Nie
takim mugolom!
- Wiesz, że tylko tam chłopiec będzie bezpieczny, poza tym?
- To moje dziecko! Mój dziedzic! Ubliżasz mi! Myślisz, że nie potrafię obronić swojego dziecka?
- Mój drogi chłopcze, naprawdę? Lily kocha, kochała Jamesa i?
- I co? Nie wierzysz mi? Nie możesz uwierzyć, że przyprawiłem mu rogi? Że przeleciałem Evans?
- Severus!
- O zmarłych tylko dobrze, tak? Więc skoro tak bardzo rozpaczasz musi ci zależeć na jej dziecku, czyż nie? I chcesz oddać je mugolom? Tym brudnym, szlamowatym?
- Severus! Mówiłem ci już, ta rozmowa nie ma sensu, przedstawiłem ci moje argumenty, mały Harry zostaje u swojej cioci, która jest jego jedyną żyjącą rodziną, tak?
- Albusie? - tylko szept. I bystre błękitne oczy spotykające te ciemne i ogniste.
- Ten chłopiec to jedyne co mi po niej pozostało?


***


- Zanim rozpoczniemy nasz bankiet, chciałbym wam powiedzieć kilka słów. A oto one: Głupol! Mazgaj! Śmieć! Obsuw!
Kilkadziesiąt par małych rączek po raz pierwszy w swoim życiu uchwyciły hogwarckie sztućce. Rozległy się rozmowy, radosny gwar niósł się echem po całej Wielkiej Sali. Pierwszy dzień roku szkolnego zawsze był dla Albusa tym najciekawszym. Widział już tak wiele Ceremonii Przydziału, a jednak ciągle wyroki Tiary potrafiły go zaskoczyć. Tak jak dziś. Gdy zobaczył małego ciemnowłosego chłopca z oczami Lily Evans był pewien, że pójdzie w ślady Severusa. Szok na twarzy chłopca idealnie odzwierciedlał uczucia Dyrektora. Snape w Gryffindorze! To ci dopiero!

***


- Młody człowieku! Chodź tutaj natychmiast!
- Tak tato? ? dziesięciolatek próbował zrobić skruszoną minę.
- Ile razy mówiłem byś zwracał się do mnie ?ojcze??
- Bardzo dużo, tato, przepraszam ojcze ? psotny uśmiech pojawił się na jego twarzy. Ojciec wzniósł oczy ku niebu.
- Powinieneś zacząć zachowywać się bardziej dojrzale. Rano widziałem jak Amanda czytała ci Quidditch przez wieki!
- Tato! Wiesz przecież jak oboje to lubimy.
- To nie zmienia faktu, że jesteś już wystarczająco duży by zmienić twoje lektury. Nie możesz pójść do Hogwartu znając tylko podstawy sportu.
- Nie zwróciłeś uwagi, ze powiedziałem ?tato?, wiesz? ? podszedł do ojca i objął go układając głowę na jego piersi. Severus zapomniał, że miał być stanowczy i mimowolnie objął syna.
- Dzisiaj przed snem co najmniej dwa rozdziały podręcznika, dobrze?
- Jasne! Pod warunkiem, że ty przeczytasz mi trzeci. ? uśmiechnął się i już go nie było.

***


Doskonale zdawał sobie sprawę, ze dziecko musi mieć towarzystwo. Na szczęście i tym razem wielką pomocą okazała się panna Amanda. Jej siostra miała wnuczkę zaledwie rok młodszą od Harryego, która również była jedynaczką. Dzieci szybko się zaprzyjaźniły, a Severus nie mógł wyobrazić sobie lepszego towarzystwa dla jego syna niż Minnie.
- Sto lat! Sto lat!
Minnie zdmuchnęła osiem świeczek.. Po obowiązkowych zdjęciach i torcie dzieci pobiegły do ogrodu, zostawiając dorosłych z kawą. Zabawa trwała aż do zmroku, a nawet wtedy Harry ociągał się z pójściem do domu. Wiedział jednak, ze ojciec jest stanowczy i nie przeciągał spotkania. Gdy wracali spacerem do domu Harry opowiadał o tym jak spędzili dzień. Gdy wchodzili już na swoją posesję, Severus usłyszał coś co spowodowało, że aż przystanął.
- Synku, mógłbyś powtórzyć?
- Hmm, ale co dokładnie? Mówiłem tylko, że jak będę duży to zostanę mężem Minnie i będziemy mieć dużo dzieci, żeby miały się z kim bawić!
To jeszcze sporo czasu Severusie, oddychaj.

***


- Rany!
- Język, Harry! ? chłopiec przewrócił oczami.
- Niesamowite! Dziękuję tatusiu! Ta miotła jest niesamowita! Mogę ją wypróbować?
- Oczywiście, po to ją kupiłem. Tylko bądź ostrożny!
Chłopiec wzbił się w powietrze, a jego ojciec wróciła na taras gdzie panna Amanda właśnie kroiła tort. Przed chwilą Harry zdmuchnął siedem świec. Severus trochę obawiał się, że to za wcześnie na pierwszą miotłę, ale gdy zobaczył syna w powietrzu musiał przyznać rację Amandzie. To był najwyższy czas. Może w końcu kuchenne szyby odpoczną od Reparo. Ktoś powinien obkładać piłki jakimś ochronnym czarem, naprawdę.
Musiał ułożyć syna do snu wcześniej niż zwykle, a mimo to chłopiec zasnął w połowie bajki. Całe popołudnie spędził na lataniu na miotle, na opowiadaniu o miotle i pewnie również na myśleniu o niej. Mężczyzna zabezpieczył świecę, ucałował czoło chłopca, gdy delikatnie otwierał drzwi, starając się nie obudzić syna usłyszał cichutkie słowa. Wypowiedziane między jawą, a snem.
- Kocham Cię, tatusiu.

***


Edukacją chłopca zajmowała się Amanda. Severus tylko czasem przygladał się chłopcu recytującemu alfabet. Oczywiście codziennie wieczorem musiał obejrzeć wyniki pracy syna. Każdego dnia inna literka ćwiczona w zeszycie i kolejne rysunki przedstawiające zwykle jego twarz. W salonie nad kominkiem Severus ustawiał prace syna, głównie po to by zobaczyć w jego oczach ten błysk radości. On ma mieć lepsze dzieciństwo. Nie miewali zbyt wielu gości, ale gdy ktoś się pojawiał i interesował się rysunkami chłopca, Severus naprawdę był dumny.
- Tato! Dzisiaj literka ?S?! S jak Severus! Wiesz? Podoba mi się literka ?S?, ale tylko ta duża. Mała jest dziwna? Wygląda jakby ktoś ją kopnął, a przeciez mówiłeś, że to nieładnie kogoś bić. To dziwne, prawda? Dlaczego ktoś kopie literki? Co dostanę na podwieczorek?
- Może być kakao? Amanda mówiła coś jeszcze o serniku.
Rozsiedli się wygodnie przy kominku. Severus na fotelu, a Harry na miękkim futrze opart o jego kolana.

***


Do pierwszej wyprawy na Pokątną obaj musieli dojrzeć. Severus przez długi czas zasłaniał się wiekiem chłopca. W końcu gdy po domu ganiał mu wicher w postaci pięciolatka Amanda wręcz siłą wepchnęła go z chłopcem do kominka. Harry był zachwycony. Severus wiedział jak emocjonujące jest pierwsze zetknięcie z ogromem dźwięków i barw powstrzymał się od ganienia dziecka. Lato było wyjątkowo ciepłe, dlatego zaprowadził syna do lodziarni Fortescue. Mimo najszczerszych chęci nie wyglądał na normalnego ojca z dzieckiem, ludzie z sąsiednich stolików popatrywali na nich ciekawie. Harry nie zwracał uwagi na szepty i spojrzenia, z zapałem zajadał lody i trajkotał po dziecięcemu. Oczywiście większość czekolady i bitej śmietany została na jego twarzy. Severus starając się nadążyć za potokiem słów syna, nawilżył serwetkę i zaczął wycierać mu buzię.

***


- Co się stało?
- Nie wiem! ? niewinna, skruszona mina czterolatka. Te duże zielone oczy. Severus zorientował się czy małemu nic się nie stało. Musiał go zganić.
- Rozbiłeś moje fiolki z eliksirami, Harry, wiem to, przyznaj się.
- Nieprawda tatusiu! Skrzat to zrobił! Naprawdę!
- Synku nie wolno kłamać. To nie jest dobre, Harry. Kłamstwo zawsze wychodzi na jaw. Nawet najgorsza prawda jest lepsza niż najlepsze kłamstwo. A teraz powiedz ? to ty rozbiłeś fiolki?
Chłopiec spuścił wzrok. I wymamrotał w podłogę potwierdzenie.
- Ale ja nie chciałem! Ta jakoś tak, samo i nie wiedziałem co zrobić, i? i?
- Już spokojnie, rozumiem. Nie płacz skarbie. Najważniejsze, że powiedziałeś prawdę.
Prawda. Kłamstwo. Skłamałeś Severusie.

***


- Chciałbym klomeczkę z pasztecikiem tatusiu.
- Dostaniesz, jak tylko wrócimy do domu.
- Dobzie! ? chłopiec wytarł nosek rękawkiem szaty, zanim ojciec zdążył mu podsunąć chusteczkę.
- Nie powinieneś tak robić. Do tego służy chusteczka. ? rzucił szybkie zaklęcie czyszczące.
Właśnie wracali ze spaceru po lesie blisko ich domu. Severus zbierał potrzebne mu składniki eliksirów, a Harry kwiaty dla Niani. Teraz ściskał je w małej piąstce.
- Nie miałem wolnej rąćki, przecieś, tato!
- Zawsze możesz poprosić mnie o pomoc, prawda?
- No pewnie! Weźmieś mnie na rącki? Bolą mnie nóżki!
- Przecież jesteś już dużym chłopcem, Harry ? uśmiechnął się lekko do chłopca.
- Nie, nie. Jestem malutki.
- Wczoraj mówiłeś pannie Amandzie, że jesteś duży. Sam słyszałem.
- Bo ja jestem trochę duży i trochę malutki. Bolą mnie nóżki!
Wobec takich niezbitych argumentów po prostu musiał posadzić sobie chłopca na biodrze.

***


Gdy Harry pierwszy raz mocno się potłukł biegając po domu Severus poczuł się źle. Jego dziecko, jego mały chłopiec dla którego poświecił wszystko właśnie płakał. I miał powód. Ogromny powód. Wina bezsprzecznie ciążyła na Severusie. Mógł rano bardziej uważać przestawiając stolik. Mógł przewidzieć, że dywan może się zawinąć i stać się niebezpieczną pułapką dla krótkich nóżek dwulatka. Tuląc do siebie płaczącego chłopca sam miał ochotę płakać. Wtedy po raz pierwszy ucałował dziecko. Jego matka zawsze mówiła: ?mama pocałuje i przestanie boleć?. Nie wierzył w to, ale w tej sytuacji postanowił spróbować. Złożył delikatny pocałunek na sinym czole syna i przywołał torebkę lodu. Harry zmęczony płaczem w końcu zasnął w ramionach ojca zaciskając małą piąstkę na jego koszuli.

***


Panna Amanda w żadnym razie nie wyglądała tak jak się spodziewał. Chociaż biorąc pod uwagę jej imię? To jakiś paradoks, ta, która powinna być kochana, starą panną. Jakiś złośliwy głos z tyłu głowy szepnął coś o zgryźliwych i samotnych ojcach i innych sprzecznościach, dlatego czym prędzej wyciągnął dłoń do staruszki.
- Severus Snape
- Wiem jak się pan nazywa, mieszkałam po sąsiedzku gdy byłeś takim małym bąblem jak Harry. Jestem Panna Amanda i wolałabym, żeby tak się do mnie zwracano. ? Nie zwrócił uwagi na nagłe przejścia między formą formalną i tą prywatną. Kobieta sprawiała miłe wrażenie. Może to coś w wyrazie ciemnych oczu, a może ten schludnie zapleciony warkocz lub spracowane dłonie. Nie wiedział. Po prostu podał staruszce chłopca. Zamknęła go w delikatnym, ale stanowczym uścisku. I nie wypuściła przez długie lata.

Możesz próbować mnie okłamać mój drogi chłopcze. Ale uda się to tylko wtedy, gdy ci pozwolę.

Tekst B

Siódmy samuraj

?Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać nie żyje!

Ministerstwo oficjalnie potwierdziło znany już niemalże wszystkim fakt. Sami Wiecie Kto odszedł bezpowrotnie, jak donosi minister magii, Korneliusz Knot.

Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać zmarł na skutek odbitego śmiercionośnego zaklęcia, które rzucił na syna szanowanych czarodziejów, Potterów. Chłopak przeżył, wychodząc z tego jedynie z blizną na czole, jednak nie żyją zarówno jego rodzice, James i Lily Potterowie, jak i jego ojciec chrzestny, Syriusz Black, który przebywał w chwili ataku na Potterów w ich domu.

Nie wiadomo, kto zdradził Potterów ? byli oni chronieni potężnym zaklęciem Fideliusa. Podejrzewa się, że Strażnikiem Tajemnicy był Peter Pettigrew. Aurorom jednak nie udało się ustalić jego aktualnego miejsca pobytu. Wszystkie poszlaki wskazują na to, że uciekł i gdzieś się skrył. Pytanie jednak, czy podejrzenia są słuszne? Być może Strażnikiem był zupełnie ktoś inny.

Harry Potter, Chłopiec, Który Przeżył został oddany na wychowanie swoim mugolskim krewnym.?

***

Harry miał siedem lat, kiedy po raz pierwszy zapragnął obecności rodziców. Wcześniej byli tylko ciocia, wuj i kuzyn, nikt poza nimi.

Kiedy chłopiec o szmaragdowych oczach miał siedem lat, poszedł do szkoły. Wszystkie dzieci z jego klasy śmiały się z niego, wołając:

- On nie ma taty!

- Ej, chudzielcu, czy twój tata był tak samo beznadziejny jak ty??!

Tylko jedna dziewczynka, naśmiewając się z niego, zapytała go także o mamę.

Harry wtedy wyszeptał do siebie tak cicho, że nikt nie usłyszał: ?Chciałbym mieć mamę i tatę??. Chłopiec pragnął jednak bardziej taty. To nim zawsze chwalili się jego koledzy.

? A mój tata to??

? A mój tata jest??

Nim zielonooki skończył osiem lat, postanowił znaleźć tatę, swojego własnego tatę. Takiego, który będzie go kochał, bawił się z nim, zabierał go na lody? i po prostu będzie. Harry złożył sobie obietnicę.

- Kiedy cię znajdę, tato, zostaniesz moim samurajem. Znajdę cię, zobaczysz? - wyszeptał do ciemnych ścian komórki pod schodami.

***

Pewnego wiosennego poranka Petunia, Vernon i Dudley Dursleyowie pojechali na wycieczkę, zostawiając Harry?ego samemu sobie. Chłopiec tylko na to czekał, co zrozumiałe, skoro tego właśnie dnia miał zamiar wprowadzić w życie swój chytry plan. Poszukiwania taty czas zacząć!

Chwilę po tym, jak warkot silnika umilkł na podjeździe, Harry wyszedł z komórki pod schodami, otwierając drzwi tylko sobie znanym sposobem. Wiele lat później, kiedy ktoś go o to pytał, uśmiechał się w szczególny sposób, odpowiadając przy tym dość niejasno: ?Tajemnica zawodowa?.

Niewiele później czarodziej, choć wtedy jeszcze nie miał pojęcia o swych niezwykłych zdolnościach, stanął przed domem, znajdującym się dokładnie trzy przecznice od Privet Drive 4. Dom był duży, przynajmniej w porównaniu do tego, w którym Harry mieszkał wraz z wujostwem, choć pewnie wuj Vernon, by temu zaprzeczył. Przecież jego dom był największy, najlepiej wystrojony, jedyny w swoim rodzaju, jednym słowem ? najcudowniejszy!

Harry podszedł do brązowych drzwi i zapukał. Kiedy odpowiedziała mu cisza, wszedł do środka, wzruszywszy uprzednio ramionami. Korytarz był ciemny, przynajmniej tak się na początku chłopcu wydawało. Kiedy jednak jego oczy przywykły do ciemności, Harry zaczął rozróżniać znajdujące się tutaj przedmioty.

Uchylił cicho pierwsze drzwi i wszedł do pomieszczenia, które okazało się być sporych rozmiarów salonem. W bujanym fotelu przy kominku, w którym wesoło płonął ogień, siedział mężczyzna w średnim wieku, ściskając w ręce kieliszek.

- Pan Zabini? ? zapytał go chłopiec.

- Czego chcesz, chłopcze?? ? odparł zapytany. ? Wiesz? mam syna w twoim wieku? - zaśmiał się, pijąc wino. ? Nie widziałem go od paru dobrych lat? - dodał gorzko.

- Nie wścieka się pan o to, że tu wszedłem bez pytania?? To przecież pana dom? - Harry był pewien, że mężczyzna obrzuci go wyzwiskami podobnymi do tych, których używał często wuj Vernon. Kiedy tak się nie stało, chłopiec zdziwił się bardzo, co zrozumiałe.

- Różni tu przychodzą? i kradną ? westchnął mężczyzna i spojrzał spod przymrużonych powiek na siedmiolatka. ? Ale ty nie zamierzasz kraść, prawda? ? zapytał cicho.

- Nie mógłbym, proszę pana. To nieuczciwe ? odpowiedział Harry.

- To dobrze, chłopcze, bardzo dobrze? - Pan Zabini zamyślił się. ? Żona okradła mnie ze wszystkiego ? stwierdził po paru minutach ciszy. ? Zabrała majątek, zabrała syna, tylko życie mi zostawiła? Inni jej mężowie ginęli, mnie oszczędziła. ? Zamknął na chwilę oczy i dodał: ? Do tej pory nie wiem dlaczego?

- To okropne! ? stwierdził Harry, po czym opuścił dom Nicolasa Zabiniego, nawet się nie żegnając, jednakże mężczyzna chyba na to nie zwrócił uwagi. To nie był jego wymarzony ojciec. Owszem, mężczyzna był stosunkowo miły, ale czegoś mu brakowało. Jakiejś wewnętrznej siły, jak stwierdził w myślach chłopiec.

***

Następna okazja do wyjścia z domu, którego w zasadzie nigdy nie nazywał domem, nadarzyła się dopiero miesiąc później, kiedy znajomy wuja Vernona urządzał przyjęcie ze względu na swój awans. Oczywiście zaproszeni byli wszyscy oprócz Harry?ego. Chłopiec nie przejął się tym zbytnio ? miał inne plany.

Tym razem podróż zajęła o wiele dłużej. Dwadzieścia pięć minut autobusem, siedem tramwajem i pięć na piechotę. Harry sam sobie się dziwił, że nie zabłądził.

Chłopiec wszedł na klatkę schodową i stanął przed mieszkaniem numer 2. Był na miejscu. Przez chwilę stał przed drzwiami niezdecydowany, zastanawiając się, czy zostanie tu tak samo mile potraktowany jak u pana Zabiniego.

W końcu nacisnął klamkę i pchnął drzwi, te jednak nie puściły, były zamknięte. Tupiąc niecierpliwie nogą, bardziej walnął niż nacisnął dzwonek.

Drzwi otworzył niewyglądający zbyt dobrze mężczyzna. Cienie pod oczami, znoszone ubranie? Widok, który przedstawiał, był jednym słowem żałosny.

- James?? ? zapytał cicho. ? Nie, nie? To niemożliwe?

- Harry. Nazywam się Harry ? powiedział siedmiolatek.

- Wyglądasz jak James? - Łzy wzruszenia pojawiły się w oczach mężczyzny.

- Kto to był James?? ? spytał Harry.

Remus spojrzał na niego ze zdziwieniem.

- Nie wiesz?

Chłopiec zaprzeczył szybkim ruchem głowy.

- Był twoim ojcem ? powiedział mężczyzna.

Harry podniósł głowę, spoglądając wprost w oczy Lupina.

- Ja ojca dopiero szukam ? powiedział.

Remus uśmiechnął się smutno.

- Ach, tak. Ach, tak?

- Panie Lupin, czy zostanie pan moim tatą? ? zapytał w końcu siedmiolatek.

Mężczyzna westchnął.

- Harry, jesteś synem mojego przyjaciela, chciałbym móc cię wychowywać, ale nie mogę? - Spojrzał na chłopca smutnym wzrokiem.

- Dlaczego?

- Harry, nie jestem tym, kim się wydaję być ? odpowiedział mu dość niejasno Remus, uśmiechając się lekko. Smutno, nie tak szczęśliwie.

- Jak to? ? Chciał wiedzieć chłopiec. Ciekawość była jego cechą wrodzoną. Zresztą wiele lat później miał przez nią wiele kłopotów.

- Kiedyś być może się dowiesz, Harry. A teraz już zmykaj? - Lupin podszedł do niego i go przytulił. Uśmiechnął się, ale tym razem inaczej, szczerze.

***


Lato zapowiadało się jak zwykle nudno. W końcu siedzenie w komórce pod schodami nie jest najciekawszym zajęciem na świecie.

Jednakże po tygodniu spędzonym w domu Dursleyowie wyjechali na dwa tygodnie, nie mówiąc Harry?emu, dokąd jadą, a on nie pytał. Dla niego liczyło się tylko to, że ma na całe dwa tygodnie dom tylko dla siebie. Znaczy nie chodziło o dom. Zielonooki chłopiec uśmiechnął się do siebie, wychodząc szukać już trzeciego kandydata na samuraja.

Apartament Thobiasa Changa mieścił się w Soho. Drzwi Harry?emu otworzyła dziewczynka w jego wieku. Była ubrana różową sukienkę, w tym samym kolorze sandały, a także wstążkę na włosach miała różową. Siedmiolatek wzdrygnął się w duchu. Kiedy się do niego uśmiechnęła, chłopiec wydukał szybko:

- Przepraszam, pomyliłem miejsce?

I już go nie było. Harry zdecydowanie nie lubił różowego. Nie zniósłby na dłuższą metę aż takiego jego natężenia.

***

- Wow ? wyrwało się Harry?emu, kiedy zobaczył Malfoy Manor.

Dworek był wielki i niesamowity, wyglądał jak jakiś pałac.

- Harry Potter?

Zielonooki chłopiec odwrócił się w stronę, z której dobiegał głos. Naprzeciw niego stał dość wysoki jak na swój wiek blondyn o szaroniebieskich oczach.

- Skąd wiesz? ? Harry był autentycznie zdziwiony.

- Chłopiec, Który Przeżył. ? Wzruszył ramionami blondyn i wyciągnął przed siebie dłoń ? Nazywam się Draco Malfoy ? powiedział.

- Harry Potter. ? Zielonooki uścisnął jego dłoń.

Malfoy Junior uśmiechnął się lekko, przecież już to wiedział.

- Jest twój ojciec? ? zapytał Harry.

- Na szczęście nie ma.

- Na szczęście?

- Gdyby tu był, nie mógłbym stać tu z tobą i rozmawiać. ? Draco po raz kolejny wzruszył ramionami.

- Dlaczego?

- To dość specyficzny człowiek ? stwierdził blondyn. ? Nie lubi dzieci.

Na to oświadczenie, Harry pomyślał, że w takim razie Malfoy Senior nie jest jego wymarzonym ojcem. Zanim zdążył się pożegnać z nowo poznanym chłopcem, Draco zapytał go:

- Pogramy w quidditcha?

- Co to jest?

- Nie żartuj? Nie wiesz??

- Nie ? potwierdził Harry.

- Nigdy nie latałeś na miotle? ? upewnił się blondyn.

- Miotły nie latają.

- Potter, jesteś czarodziejem ? poinformował go Malfoy Junior.

- Że co? Czary nie istnieją.

- A założymy się?? Chodź pokażę ci. ? Draco pociągnął nowo poznanego kolegę w stronę wielkiego ogrodu.

***

Następny dom, do którego udał się Harry w poszukiwaniu ojca, znajdował się bardzo daleko. Chłopiec musiał część drogi przebyć na piechotę.

Nora, tak nazywało się to miejsce, jak Harry wyczytał z drewnianej tabliczki, znajdującej się przy wejściu.

- Halo, jest tu ktoś?? ? zapytał, kiedy wszedł do środka.

Nikt nie odpowiedział.

Harry rozejrzał się. Na półkach stało pełno zdjęć dzieci w różnym wieku. Wszyscy byli rudzi. Chłopiec uśmiechnął się, ale wyszedł stąd, nie szukając domowników. Ta rodzina była już wystarczająca duża, a on chciał tylko ojca.

***

Harry obudził się pewnego dnia bardzo wcześnie. Mimo że Dursleyowie wciąż byli na wakacjach, on sypiał w komórce pod schodami. Być może z przyzwyczajenia.

Tchnięty jakimś dziwnym przeczuciem otworzył drzwi i wyszedł z ?pomieszczenia?. Od razu natchnął się na siwobrodego starca, nie wyglądającego w gruncie rzeczy tak źle.

- Albus Dumbledore ? przedstawił się tenże.

- Miałem do pana dzisiaj pójść ? powiedział chłopiec, zdziwiony tym, że mężczyzna zawitał do jego domu.

- Harry, a gdzie twój wuj i ciocia?

- No, wie pan, pojechali wraz z moim kuzynem na wakacje. ? Harry wzruszył ramionami.

- A ty? Dlaczego nie pojechałeś z nimi? ? spytał Albus, choć znał odpowiedź.

- Nigdy mnie ze sobą nie zabierają. ? O dziwo, chłopiec nie powiedział tego smutnym głosem.

- Jesteś szczęśliwy? ? pytał dalej Dumbledore.

- Nawet. Chciałbym mieć tylko ojca.

- Idź zatem do niego.

- Do kogo?

- Do ostatniego. ? Uśmiechnął się do niego starszy mężczyzna.

Chłopiec skinął głową i ruszył już do wyjścia, gdy zatrzymał go jeszcze na chwilę Albus.

- Dzisiaj jest 31 lipca, pamiętaj o tym. ? Mrugnął do niego i dodał: ? Wszystkiego najlepszego.

***

Pierwszym, co zarejestrował, kiedy przybył na miejsce, była najpiękniejsza muzyka, jaką w życiu słyszał. Ktoś grał na fortepianie.

Harry wbiegł po schodach i otworzył drzwi.

- Severus Snape? ? zapytał.

Zabrzmiały ostatnie nuty i czarnowłosy mężczyzna odwrócił się w jego stronę.

- Pan Potter ? rzucił jadowitym tonem.

- Najwyraźniej? Mam na imię Harry Potter ? powiedział chłopiec.

- Blizna mówi sama za siebie ? odrzekł ironicznie Snape.

Chłopiec wzruszył ramionami.

- Po co tu przyszedłeś, Potter?? Nawet nie wiesz, jak nienawidziłem twojego ojca i jak kochałem twoją matkę ? mruknął czarnowłosy.

- Zostanie pan moim ojcem? ? spytał Harry.

- A kim ja, do licha, jestem? ? odpowiedział pytaniem na pytanie Severus.

- Siódmym samurajem?? - zaryzykował zielonooki chłopiec.

- Bezczelny ? mruknął do siebie Snape. ? Niech będzie, mogę zostać siódmym samurajem - zgodził się ? ale nie licz na nic więcej ? ostrzegł go jeszcze.

Mężczyzna zamknął na chwilę oczy, a kiedy je otworzył zapytał:

- A swoja drogą, dlaczego poszukiwałeś ojca?

- Bo każdy powinien mieć tatę ? odpowiedział Harry. ? A poza tym lubię szukać. ? Uśmiechnął się.

- Uważaj, bo jeszcze zostaniesz szukającym ? rzucił sarkastycznie Snape.

- Draco też tak powiedział.

- Malfoy? ? Severus był zaskoczony. ? Znasz Malfoya? Nie możesz więc być taki zły? - dodał do siebie.

***

??Harry Potter, Chłopiec, Który Przeżył, syn Jamesa i Lily Potterów, a także adoptowany syn Severusa Snape?a, Mistrza Eliksirów, byłego Śmierciożercy, poszedł w tym roku na swój pierwszy rok w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart??

- Czy oni naprawdę nigdy się nie przyzwyczają, że go adoptowałem?? Przecież minęły już ponad trzy lata od tego?? jęknął Severus, odkładając Proroka Codziennego na stół.

- Ależ, drogi chłopcze, tu tylko piszą, że jest twoim adoptowanym synem, nic więcej ? zauważył Dumbledore.

Severus posłał mu zabójcze spojrzenie.

- Dropsa? ? spytał Albus.

Zanim Mistrz Eliksirów zareagował, rozpoczęła się Ceremonia Przydziału.

- Zaraz będę miał Gryfona na utrzymaniu ? jęknął zbolałym tonem.

Dumbledore uśmiechał się dobrotliwie.

- Nie byłbym tego taki pewien?

- Co proszę??

- Harry, mój drogi chłopcze, będzie Krukonem ? powiedział pewny tego.

***

- Profesorze, czy on kiedyś się obudzi? ? zapytała Hermiona Granger, siadając na brzegu łóżka, na którym leżał jej przyjaciel.

- Na pewno? To tylko spadnięcie z miotły?

- Wie pan, jest pan jakiś dziwnie miły dzisiaj?

- To mój syn, Granger, mój syn?

Harry otworzył oczy i ujrzał nad sobą twarze przyjaciółki i profesora.

- Profesorze Snape, śniło mi się, że mnie pan adoptował? - rzekł z wahaniem.

- To nie był sen ? stwierdził z całą pewnością.

- To dobrze, to dobrze?

- Widzisz, Minerwo, udało się? wystarczył mu Harry i od razu jest innym człowiekiem? Nawet swój sarkazm i ironię ograniczył do minimum ? powiedział Dumbledore do przyjaciółki, stojąc w drzwiach skrzydła szpitalnego.

- Najwyraźniej tym razem miałeś rację ? powiedziała.

- Ja zawszę mam rację.

- Harry jest Gryfonem, gdybyś nie zauważył ? przypomniała mu błąd sprzed lat. ? Dropsa, Albusie? ? Uśmiechnęła się, odchodząc.

- Nie, dziękuję, mam swoje.

***

Albus Dumbledore siedział przy biurku w swoim gabinecie, patrząc na kartkę podłożoną przed laty Harry?emu.

Nicolas Zabini

Remus Lupin

Thobias Chang

Lucjusz Malfoy

Artur Weasley

Albus Dumbledore

Severus Snape

- Siódemka to szczęśliwa liczba, nie uważasz, Fawkes?? ? zwrócił się dyrektor Hogwartu do feniksa.

Tekst C

"rue Monsieur-le-Prince"

W Wielkiej Sali zdawało się huczeć niczym w stadzie rozsierdzonych sów.
Iluzją było brzmienie krzyku, odgłosy kłótni i wściekłych poszeptywań. Złudzeniem był hałas, ponieważ w Wielkiej Sali panowała surrealistyczna cisza.
Wokół wciąż pachniało setką potraw; ciepły swąd frytek wdzierał się w nozdrza, przebijając się na przemian z zupą ogórkową i całymi talerzami indyka w sosie. Miętówki nadal narzucały się na siebie, a przecież czuć było świeżym drewnem, sowami i miodem, zapach topionego wosku mieszał się z nutą truskawkowego szamponu do włosów i świeżo upraną peleryną, tworząc istną kakofonię zapachów, którymi można było się odurzyć.
Za pieczołowicie wypucowanymi szybami przesuwały się chmury - czarne, kłębiaste, zwiastujące burzę. Uczniowie stali, dysząc, przecierali nieprzytomne oczy i zdawali się czekać na tę burzę, na istny tajfun pełen wyładowań atmosferycznych. Mieli wrażenie, że taka pogoda doskonale oddałaby stan ich ducha.
Po policzkach niektórych spływały łzy - bo to przecież nie może być prawda, ciała Minerwy MacGonagall i Albusa Dumbledore'a nie mogą spoczywać na postumencie, nie mogą być odziane w czarne szaty, a na ich twarzach nie może widnieć spokojny uśmiech. Bo to przecież śmieszne. - a wiele grup przyjaciół stało w ciasnych kręgach.
I było cicho, a z ciszy może zrodzić się bunt, krzyk, rozpacz, może nastąpić cała gama wydarzeń pozornie nie splatających się ze sobą, może wybuchnąć wojna - prawdziwsza i straszniejsza niż dotychczas. Ale wtedy panowała martwa cisza - niemy hołd oddany ofiarom, których przyczyna śmierci nie była znana. Tamtej jesieni 1996 dopiero zaczynały rodzić się szepty, złowrogie spojrzenia i okrutne plotki. Tamtego, smutnego dnia jeszcze wszyscy sobie ufali.
I tylko Harry Potter podejrzewał Severusa Snape'a - marszczył brwi i zaciskał nozdrza, węsząc trochę jak wąż... zupełnie jak wąż. Z powietrza wyparowywały odurzające zapachy, zastępowane przez lekką, przecież tłumioną przez czary woń rozkładu.
Hermiona ścisnęła przyjaciela za rękę - uspokój się - zdawała się mówić, a jej brązowe włosy były gęste i splątane.
Ale on mógł tylko patrzeć w te przetłuszczone włosy, w tę ziemistą cerę z nieskrywaną nienawiścią.
Severus Snape uniósł złoty puchar, mierząc tłum z podwyższenia.
- Wypijmy za wojennych bohaterów - wysyczał i wychylił kielich do dna.
Niemal cała sala uniosła go w geście hołdu, ale jakiż to był hołd? - było to stłumienie tej ciszy, która stała się namacalna, która aż bolała. Wokół rozległ się chlupot płynu i lekkie szepty, potem pewniejsze, przechodzące w pełny głos - bo ludzie jeszcze nie nauczyli się milczeć.
Harry Potter miał ochotę roześmiać się na całe gardło.


marzec 1997
- Harry, nie możesz przełożyć tego na jutro - mówi Hermiona autorytatywnie, śmiesznie marszcząc gęste brwi. - Profesor Snape znowu da ci szlaban i zarzuci cię prawdziwa sterta prac domowych.
- Mam rozumieć, że to co leży przede mną to tylko wstępne igraszki? - pyta Ron, bezmyślnie bawiąc się piórem. - Strzeż się, Harry, naprawdę. Prawdziwa sterta prac domowych będzie niezwyciężona!
Hermiona patrzy na Rona z niesmakiem, a Harry udaje, że się śmieje. Usta rozwierają się szeroko, ukazując nieco zębów, policzki nabierają koloru i nawet oczy - patrzące w niebo za oknem - błyszczą radością. Tak, Harry Potter opanował do perfekcji sztukę sztucznego śmiechu.
Chłopak siada niechętnie i sięga po stos notatek. Kiwa się na fotelu, zastanawiając się ile będzie musiał tu siedzieć, nie budząc podejrzeń.
- Wiesz, że Wiedźmin leży w skrzydle szpitalnym? - pyta wesoło Ron, ssąc koniec cukrowego pióra. - Pewnie po jakiejś nieudanej transmutacji.
- Ron, nie nazywaj go tak - upomina go machinalnie Hermiona, nawet nie podnosząc głowy z nad książek.
- Pewnie przed każdą lekcją łyka Valium garściami albo... Harry, co jest z tobą?
Ron mierzy go świdrującym spojrzeniem, nieco przypominając hipogryfa, a Harry symuluje ziewanie.
- Przesilenie wiosenne - odzywa się, zbierając porozrzucane kartki. - Chyba pójdę do łóżka.
Chłopak przechodzi przez zatłoczony Pokój Wspólny, uśmiechając się do Ginewry i Parvati, i wbiega po spiralnych schodach. Dyszy przez chwilę, wdychając zapach marmuru, po czym sięga po pelerynę niewidkę.
Kiedy jest już na korytarzu, a Gruba Dama rozgląda się z roztargnieniem czuje się wolny.
- I co, Lavender? Udało ci się z nim umówić? - pyta jakaś dziewczyna o kędzierzawych włosach.
- No pewnie! Powiem więcej, on sam się ze mną umówił! - I chichocą obie, znikając za rogiem korytarza. Wokół unosi się ciężkie, gęste powietrze, stężałe od kamiennych ścian. Harry oddycha głęboko, zbiegając po tajemnych schodkach, przeskakuje przez fałszywy stopień, czując, że jest we właściwym miejscu - skupiony, stawiający uważne, ciche kroki. W końcu dociera na miejsce i siada na poczerniałych schodkach. Zwęża powieki i przypatruje się Severusowi Snape'owi w mętnym świetle.
Od kilku miesięcy robi tak co wieczór - siada na tych schodach i wpatruje się w ten haczykowaty nos, dopóki Snape nie zejdzie z warty, i szuka jakichkolwiek oznak jego zdrady. Patrzy na dłonie - czy nie są za bardzo zaciśnięte, czy palce nie błądzą po białawej bliźnie na przedramieniu, czy nie drapią się po policzku w nerwowy sposób. Ogląda krok - który zawsze jest równy i spokojny i nie daje mu żadnych podejrzeń, mimo to patrzy, szukając potknięć, zmian w długości kroku, drżenia kolan. Ale przede wszystkim patrzy na oczy - czy powieki nie drżą, czy oczy nie błąkają się po lochu bezcelowo.
I musi przyznać, że Snape jest świetnym aktorem - od tych kilku miesięcy nie zmienił kroku, przez bite siedem godzin każdej nocy chodzi tak samo, w ten sam sposób, nawet pochylając się o takich samych porach. Harry patrzy na niego ze zdumieniem, zastanawiając się, czy aby nie jest robotem.
Jednak tej nocy jest inaczej - Snape krąży szybko, nieskładnie, węszy tymi swoimi nozdrzami i maca ściany. I Harry - już, już - jest pewien, że dzisiaj będzie miał dowód, że Snape nie wytrzyma i wyśle sowę do tych swoich śmierciożerców. Potter zaciska ręce na fałdach peleryny i czeka, kiedy profesor wykazuje się niesamowitą szybkością.
W jednej chwili stoi niczym posąg, a w drugiej pochyla się nad Harrym i ściska w dłoni jego niezawodne dotąd odkrycie. I chłopak ma tylko kilka sekund, żeby zastanowić się, jak to się stało - czyżby zapomniał rzucić tych samych zaklęć, co zawsze?
- A więc pan Potter - mówi spokojnie Snape, ale wargi rozciągają się w ohydnym uśmiechu. - Do mojego gabinetu!
I idą tak pustym, ciemnym korytarzem, a ich kroki odbijają się od ścian. Harry prawie wie, że Severus Snape jest śmierciożercą - czuje to w jego dłoni, zaciskającej mu się na karku. I czuje zapach strachu, coś czego dawno nie czuł, bo przecież on tak rzadko się boi - cechuje się wprost nadspodziewaną odwagą...
- Głupotą, Potter, głupotą - cedzi Snape pustym głosem.
A Harry czuje, jak narasta w nim wściekłość - ten podły... nietoperz ośmiela się grzebać mu w myślach!
Jednak czuje zapach strachu - coś jakby kulki z Sali Przepowiedni i mokra ziemia, wciskające mu się w nozdrza - i czuje jak policzki różowieją.
Drzwi otwierają się same i światła oślepiają chłopaka.
- Czego pan chce? - pyta Harry cicho.
Snape odwraca się i przygląda mu się jakoś inaczej niż zwykle - nie z buchającą nienawiścią, ale z zainteresowaniem.
- Czego chcę, Potter? Właśnie nakryłem cię na szpiegowaniu, co pewnie robiłeś od wielu miesięcy. Może to jest dobry pomysł, aby dać ci... powiedzmy miesięczny szlaban? Co myślisz?
- Wie pan, że nie o to mi chodzi.
Harry niemal widzi, jak myśl kształtuje się w głosie Snape'a.
- Właśnie oskarżyłeś mnie o bycie śmierciożercą. - Chłopak dostrzega, że nigdy nie słyszał czegoś takiego w jego głosie - takiej nuty zawodu... smutku? Twardej, złej, ale nie wysyczanej.
- Zrobiłem to w myślach - szepcze Harry. - Proszę pana.
- Jesteś beznadziejny w oklumencji, więc to chyba niczego nie zmienia - mówi Snape, powracając do swojego zwykłego tonu. - Tak jak w wielu innych rzeczach.
- Nie ma pan prawa grzebać mi w myślach.
Pokój Snape'a pachnie rozżarzonym polanem i rozmaitymi składnikami eliksirów. Jeżeli jednak się skupić, można by poczuć zapach wanilii i gorzkiej czekolady, więc Harry czuje się dziwnie.
- A czego ty ode mnie chcesz, Potter? - pyta Snape i Harry zdaje sobie sprawę, że nigdy tak z profesorem nie rozmawiał. Nigdy nie zadawali sobie nieretorycznych pytań.
- Prawdy.
Wokół steku kłamstw, jakimi są karmieni codziennie - w każdej gazecie, w każdym liście, wojna się skończy, nie ma ofiar, wszystko będzie dobrze - "prawda" brzmi wyraźnie, głośno, trochę tak jak gdyby wykrzyczał to na boisku Quiditcha.
- Więc słucham.
Sytuacja jest na tyle irracjonalna, że Harry wstrzymuje oddech - stoją tak w otwartych drzwiach, jeden trzyma drugiego za kark, a peleryna niewidka wymazuje z widzialności różne części pomieszczenia. Chłopak ma tak wyostrzone zmysły, że dociera do niego zapach, bijący od nauczyciela - pomarańcza i alkohol.
- Do czego zmierzamy? Słyszałem, że to ja mam pokonać Voldemorta, więc nie mówienie mi o niczym jest chyba złą taktyką, tak? Co się dzieje - co jest prawdą, do cholery? Eee... dlaczego... Dumbledore i MacGonagall nie żyją? Pan to wie. - Bierze głęboki oddech. - Ty to wiesz.
Harry czuje się, jak na alkoholu - krew buzuje mu w żyłach i sądzi, że jego gotowy rzucić zaklęcie niewybaczalne.
- A więc już nie jestem śmierciożercą? - pyta mężczyzna, a blizna na jego przedramieniu zdaje się prześwitywać przez czarną pelerynę. - Idź już, Potter. Chyba nie oczekiwałeś, że ci odpowiem.
Harry odwraca się gotowy do wyjścia, a w myślach kołacze mu się - świat oszalał.
- Ale pelerynę mi oddaj. Nie pozwolę by mnie szpiegowano.
Chłopak z ciężkim sercem oddaje mu pelerynę, przeczuwając, że Snape jest gotowy podrzeć ją na małe kawałeczki. Patrzy na niego niemal błagalnym spojrzeniem.
- Twój szlaban będzie oklumencją. Bądź tutaj jutro o siedemnastej.
Kroki Harry'ego dudnią w ciemnym korytarzy. Teraz nie wie już niczego.


Kiedy Snape wdziera mu się do mózgu, Harry czuje się jak na narkotykach.
Powietrze jest ostre, nieprzyjemnie, ale jest mu wszystko jedno - jest tylko sto różnych zapachów, od wczesnego dzieciństwa po swąd starego pergaminu, są dźwięki niewyraźnie, ale tak kujące w uszy i jest dotyk; chropowaty, ale przyjemny. Chłopak odchyla głowę do tyłu i stara się wyrzucić Snape'a ze swojej głowy - ale to jest tak cholernie trudne, a lekkość podobna jak na Imperiusie.
Ale wtedy zawsze do Harry'ego docierają obrazy, a takich obrazów nikt nigdy nie chciałby zobaczyć.
- Wstawaj, Potter - mówi Snape, odrobinę niecierpliwie. Harry czuje, jak pulsuje mu w czaszce i celowo unika tych ciemnych, wpatrzonych w niego oczu. - Musisz się skupić. I nie patrz tak na mnie, wiem że to nie jest proste. Zamknij oczy. - Harry patrzy na niego niepewnie. - Zamknij oczy, Potter.
Chłopak wstaje z ziemi i zamyka oczy. Pod powiekami pojawiają się obrazy, które palą, sączą się niczym ze źle nastrojonego projektora. Barwy szaleją na rzęsach, wesoło podskakując, kiedy Harry ma ochotę wrzasnąć - Zostawcie mnie! I przypomina mu się piąta klasa i cuchnące żabim skrzekiem lekcje oklumencji i jego wściekły wzrok, kiedy znowu zrobił coś nie tak jak należy. Jego wrzask toczy się gdzieś po ślepych zaułkach mózgu, gdy stara się myśleć, że teraz będzie inaczej, że będzie potrafił...
- Legilimens.
Nie, cholera, nie.
Cała paleta barw płonie ogniem, kiedy nagle wszystko się uspokaja.
Harry stoi w jasnym pomieszczeniu, nic go nie boli i jest to nieskrępowane, choć nieco intrygujące uczucie. W pokoju pachnie ciepłym woskiem, czekoladą i tymiankiem i chłopak czuje się tutaj bezpieczny, szczęśliwy. Jego wzrok sam kieruje się na stół - zwyczajny z dębowym blatem - a tam leży cytryna. Zwyczajna, żółta, taka na której myśl w gardło skręca się z kwasoty. Ale Harry czuje przyjemną słodycz i w jakiś sposób jest tym zaniepokojony.
Nagle cytryna się obiera - niewidzialnym nożykiem rozcina twarde płaty na równe elipsy, aż pozostaje tylko żółty miąższ. Harry zaczyna się bać - bo już nie pachnie tymiankiem, a słońce chowa się za chmurami i to nie jest już piękny pokój, tylko sala przepowiedni z kulkami w kształcie cytryn.
Chłopak odruchowo sięga po różdżkę, ale nigdzie jej nie ma - jest tylko kieszeń pełna papierków, a każda ze srebrzystą literą "S". Od żółto-szklanej kuli odbija się błyskawica i szaleje po całej Sali Przepowiedni.
Tak, Harruś, tak!
I już jest tylko skulonym chłopcem z ustami ułożonymi do krzyku. Dywan nie jest w cale tak miękki, przeciwnie - szorstki i kujący, drapie go w policzek, może zostaną szramy i zostanie trochę krwi? i będzie leciała szybkim ciurkiem, aż zamoczy cały dywan i całą podłogę i przesiąknie aż do...
- Jakbym słyszał Bellatriks. - Znikąd a może stąd dociera do niego głos Severusa.
- Mógłby pan przestać czytać mi w myślach?
- Przepraszam.
Wtedy otępienie znika i Harry zrywa się na równe nogi - zielone oczy płoną, a po policzku ciągnie się krwawa szlama.
- Co pan chciał osiągnąć?! Wiem, czego boję się najbardziej, tak? Nie musisz... Nie musi mi pan tego robić, a poza tym może mógłbym się czegoś dowiedzieć, skoro pan już wie wszystko, co chciałbym ukryć. No co? Wiesz o Ginewrze i wszystkich tych ciepłych nocach i o rozlanej herbacie, Wiedźminie i...
- Żebym mógł cię nauczyć oklumencji, musisz mi zaufać.
Śmiech Harry'ego odbija się od wszystkich czterech ścian gabinetu Snape'a. Drwina zdaje się z niego wylewać.
- Mam panu zaufać?! - wrzeszczy, trochę przypominając pisk Hermiony. - Panu, który nienawidził mnie przez... ja wiem? Czyżby od urodzenia? Który... Mam ci zaufać?
Snape milczy, jakby wcale nie urażony brakiem szacunku.
- Jeżeli tak, to może mi chociaż powiesz, co się stało z Zakonem Feniksa, co? Dlaczego od miesięcy nie mam od nich wiadomości, dlaczego żyjemy w tej szkole jak w zamkniętym świecie? No... jesienią zginął Dumbledore i już nie walczymy?
Profesor nie patrzy na niego.
- Wszyscy członkowie Zakonu Feniksa nie żyją.
A ta wiadomość pada na Harry'ego, jak grom.

czerwiec 1997
Czasami Harry zapomina, że ma przyjaciół.
Patrzy na Hermionę leżącą przed kominkiem i głaszczącą kota, ale nie jest pewien czy to naprawdę ona. Ron niby żartuje, stara się zastąpić Freda i George'a, ale Harry nie wie, czy go zna.
Ginewra patrzy na niego maślanymi oczyma, taka pewna siebie w stosunku do innych, taka nieśmiała w stosunku do niego.
Tylko Luna - niczego nie udaje, niczego nie robi na siłę. Pachnie konwaliami, ma potargane włosy i po prostu jest.
- Martwisz się Snape'em, czekającym na ciebie w gabinecie? - pyta pogodnie Luna, oglądając kolorowe pierścionki na palcach lewej dłoni.
Harry przystaje tuż przy drzwiach do biblioteki. Mógłby zapytać "skąd wiesz?", ale pewnie nie uzyskałby jasnej odpowiedzi.
- Nie nim, a raczej tym, co zobaczę w mojej głowie.
Luna kiwa głową ze zrozumieniem, ściska go przelotnie za rękę i wskazuje na skrawek błękitnego nieba za oknem. Wykonuje wdzięczny piruet, tak że czerwona sukienka nieco się unosi.
- Tatuś zawsze mówił, że najbardziej boimy się własnych myśli. To takie ludzkie, prawda?
Luna odchodzi, a Harry czuje się bardzo samotny. Idzie korytarzem, a jego kroki dudnią, odbijając się od wszystkich ścian.
Stara się myśleć o czerwonej sukience Luny, kiedy Snape mierzy do niego różdżką.
- Wstań, nie leż - syczy, ale nie jest to taki jadowity syk jak, jest to głos pobudzający go do działania.
I próbują tak wiele godzin - słońce pewnie zaszło już gdzieś poza lochem, poza zamkiem - ale kiedy Harry upada na kolana, Severus się zatrzymuje.
Chłopak wie dlaczego - słowa Snape'a dudnią mu w uszach - "Wszyscy członkowie Zakonu Feniksa nie żyją". I znowu upadł, a przecież obiecał sobie być silny - że po cytrynowym pokoju nie okaże przy nim słabości.
Ale wtedy Severus podaje mu kubek gorącego kakao, co dziwnie pachnie zaufaniem.
- Usiądź - mówi Snape i przesuwa kubek po śliskim blacie.
Harry wpatruje się w jego oczy, tak jak kilka tygodni temu, i szuka oznak zaniepokojenia. Profesor zdaje się być dzisiaj wyjątkowo dziwny.
- Voldemort już wygrał tę wojnę - szepcze nagle, pochylając lekko głowę. Harry krztusi się łykiem kakao, czując jak płyn parzy jego gardło. Jeszcze jakiś czas temu wstałby i rzuciłby się na mężczyznę. Teraz ogarnia go otępienie.
- To pan tak uważa i...
- Och, nie bądź żałosny, Potter - mówi Snape. - Voldemort wygrał i ty o tym wiesz. Zabił Albusa, Minerwę, wybił cały Zakon Feniksa, jakby to była tylko zgraja nieświadomych mugoli. I możesz upijać się w Pokoju Życzeń, śmiać się z przygłupich dowcipów Weasley'a i udawać, że się uczysz. Możesz również, choć to już naprawdę żałosne, nie dostrzegać, że, jak wy go nazywacie...? Wiedźmin jest szpiegiem, a ty podczas swojej manii śledzenia mnie, jakoś to pominąłeś. Czy ja nie wspominałem ci o zaufaniu?
- Mówiłem już, dlaczego nie mogę panu zaufać - mówi cicho Harry, w roztargnieniu pocierając bliznę.
- Ależ, ufasz mi, Potter. Legilimens!
I Harry czuje, że nie chce mu się bronić, bo...
- Czy to oznacza, że mam zaufać Voldemortowi, żeby nie dostał się do mojego mózgu?! - wrzeszczy Harry, ale słowa wcale nie wydostają się z jego ust, tylko pojawiają się przez oczami Snape'a. Ten cofa zaklęcie.
- Nie, to oznacza, że opanowałeś już oklumencję.
Chłopak uśmiecha się kwaśno.
- Posłuchaj, Potter. Możemy tu zostać i udawać, że coś robimy. A możemy wyjechać i naprawdę coś zrobić. Myślę, że wiesz, po co uczyłem cię oklumencji, prawda?
- Pan chce uciec.
- Nazywaj to sobie, jak chcesz.
Harry patrzy na Severusa z nienawiścią.
Ten spokojnie dopija czarną kawę.


Paryż. Sierpień, 1997
Harry nazywa Paryż miastem miłości, jakkolwiek infantylnie to nie brzmi. Nawet w jego głowie
Może spacerować po rue de Seine, obejmując Ginewrę jednym ramieniem i wdychać zapach jej włosów. Patrzeć w górę i przyjmować na siebie krople deszczu i mieć kurtkę o zapachu zimnej zupy, trochę na wzór Oliveiry, a trochę na wzór samego siebie. Paryż zaczyna się daleko od wieży Eiffela - gdzieś na Cherche-Midi, a może w małym parku po zachodniej części miasta i tam chodzi Harry - daleko od zgiełku, hałasu, wreszcie spokojny. Dojrzalszy - być może powiedziałby Snape.
Mieszkają w maleńkim domku pod Paryżem - wszyscy, których Harry zdążył przekonać. Luna każdego ranka gra na pianinie, a Snape siada na schodach pijąc kawę i udaje, że jej nie słucha. Seamus przegląda mapy Francji i udaje się na wycieczki, wraz z Parvati i Lavender, a Dean grywa z Ronem w szachy. Hermiona tonie w książkach i pisze listy do przyjaciół z Anglii - do świata, który z każdym dniem przestaje istnieć.
Czasem nadchodzą wyrzuty sumienia - w postaci pojedynczych kartek porozrzucanych na biurku i zwiędłego kwiatka pod wycieraczką. Wtedy trenują zaklęcia, planują - o, tu spotyka się Voldemort ze śmierciożercami, tam napadniemy jak tylko będziemy gotowi. Snape patrzy na nich z pobłażaniem, a potem wychodzi i nie wraca przez tydzień. Czasem Harry czuje się dziwnie, patrząc na człowieka, który z nimi mieszka, a do którego wciąż czuje coś na kształt nienawiści.
Cały świat stał się popieprzony.
Harry czuje się, jak tchórz, więc czasem jest bohaterem - wbiega na ulicę po nierozważne dzieci, bije się z mężczyzną, który chciał zgwałcić nastolatkę. Ale potem czuje się jeszcze bardziej żałośnie, bo wie, że powinien walczyć o kraj, który umiera.
Najpierw każdego dnia czytali Proroka - o nowych śmierciach, nowych bestialskich mordach, ale potem zaprzestali. Po co co dzień czytać o śmierci?
Najbardziej winny czuje się, kiedy dociera do niego, że jest szczęśliwy - bo uwielbia spacerować rue Monsieur-le-Prince, obejmując Ginny, lub słuchając wesołego głosu Luny. Bo tutaj nikt od niego niczego nie wymaga.
Są w Paryżu.
Harry Potter, Chłopiec Który Uciekł.
Bo Severus Snape mu kazał.

Tekst D

Theatrum mundi




Ostrzeżenia: wulgaryzmy





?Co za bal,

Maskarada samych kłamstw.

Co za bal.

Śmiało tańcz, nawet partner cię nie pozna.

Co za bal!

Bije z maski oczu blask - co za bal.?




UPIÓR W OPERZE

?Maskarada?






Wiem, dlaczego on zginął tak... szybko, bez szansy na ratunek. Ponieważ istniejąc, miał cztery twarze ? cztery życia. Wykorzystał limit.



Najpierw poznałem twarz wyrachowanego skurwysyna i geniusza. Okazywał ją uczniom, nauczycielom i większości świata. Pokażę Wam kilka wspomnień, z których tylko jedno jest moje.



Drżą. Oczywiście, że trzęsą się, panicznie się boją. Profesor Snape kładzie przed każdym kartkę z pięcioma pytaniami. Szybko czytają i już wiedzą, że wszyscy obleją ten niezapowiedziany test.

- Och, nie ? wyrywa się z ust Hermiony.

Ona również nie zaliczy.



- Wywar Żywej Śmierci ma podobne właściwości? jak woda ? próbuje zgadnąć jakiś pierwszoroczny.

- Następnym razem wyświadcz mi tę łaskę i sprawdź to empirycznie ? syczy gniewnie.

Uczniowie kulą się w sobie, nikt nie chce się wyróżnić, aby nauczyciel nie miał pretekstu, by ich zapytać. Jednakże profesor Snape nie potrzebuje ?pretekstów?.

- Zapraszam pana do odpowiedzi.

Kolejny uczeń idzie, jak na skazanie.



Nauczyciele gawędzą i wesoło żartują, nikt nie zwraca uwagi na ponurego nauczyciela eliksirów. Zmienia się to, gdy wspomniany mężczyzna wstaje. Wszyscy milkną i wpatrują się w niego. Snape podchodzi do kominka i zalewa wrzącą wodą herbatę.

- Dobrej nocy ? mówi kpiąco i wychodzi, pewny tego, że rano dzbanek z herbatą będzie pełny.

W końcu, czego nie mógł dodać do napoju?




Ta maska była najprawdziwsza i zawsze jakiś jej element pozostawał na jego twarzy. Niezmiennie był niezwykle błyskotliwym człowiekiem, którego żarty i cięte riposty rozumieli nieliczni, ale przede wszystkim był wykształconym i potężnym czarodziejem. Podobnie w każdej sytuacji potrafił pokazać, że wciąż jest podły, mściwy i nie żal mu ludzi.

Później myślałem, że on zakłada tę maskę. Teraz już wiem, że nigdy jej nie ściągał, z nią się urodził. Ona jako pierwsza okryła twarz Severusa Snape?a, z nią nauczył się żyć.





Poznałem jego maskę Śmierciożercy ? twarz sługi, kłamcy, oszusta i mordercy. O niej nie będę wiele opowiadał, ponieważ istniejąc nigdy nie istniała. Ta była najbardziej sfabrykowana. Stał się taki, ponieważ był ambitny i pragnął poznać prawdziwie mroczną magię.

Był mroczny.

Może to dobrze, że umarł?

W każdym razie, tej maski, z całego serca, nienawidziłem.





Przez przypadek spotkałem się z trzecią twarzą. Tą, którą pokochałem. Twarz spokojnego, zmęczonego człowieka, który potrafił być szczery i w pewnym sensie miły.



Wtedy było tak zimno i ciepło jednocześnie. Powietrze było lodowate, ale ciepło zaklęć rozgrzewających nie pozwalało nam marznąć. Wyszedłem z Wielkiej Sali, gdy wszyscy byli w środku. Nie pamiętam dlaczego i po co ukryłem się przed innymi. To działo się po uroczystości noworocznej, byłem już pełnoletni.

Nazywałem ten zakątek Moim Miejscem. Bardzo oryginalne, wiem.

Jakimś cudem znalazłem się obok niego, palił papierosa i? A może on obok mnie? Mniejsza o to. Dym tytoniowy drażnił mnie, mimo że kilka razy już paliłem.

- Mogę? ? zapytałem.

Spojrzał na mnie dziwnie, ale nie odpowiedział. Zaskoczył mnie, ponieważ wyciągnął prawie pustą paczkę po papierosach i poczęstował mnie. To było takie nieprawdziwe! Miałem wrażenie, że śnię koszmar. Czym innym mógł być, jeżeli występował w nim Snape.

Nauczyciel podał mi zwykłe zapałki, więc nieudolnie podpaliłem swojego papierosa. Pomyślałem, że uwielbiałem ten obrzydliwy smak, zakrztusiłem się lekko, a on zaśmiał się kpiąco.

- Czyżby pierwszy, panie Potter?

- Oczywiście, że nie. Dlaczego?? ? pytanie zamarło w moich ustach.

- Rozsądniej, abyś palił przy mnie niż przy innych.

Wtedy nie wiedziałem, co ma na myśli. Podejrzewałem, że chodzi mu o innych uczniów albo dziennikarzy. Teraz rozumiem, że sprawa jest o wiele prostsza. Tak już jest. Dziecko pojmuje problemy pełnoletniego jako banalne, a dorosły lekceważy kłopoty nieletniego. Tak, czas sobie z nas kpi. A wracając do tematu ? rozumiem, ponieważ mam dzieci i wolałbym, aby poznały życie pod moją opieką, a nie samodzielnie.

- Skąd znasz to miejsce? ? zapytał i zaciągnął się głęboko dymem.

- Znalazłem je przez przypadek. Niech pan nie prycha! To był przypadek.

- Już dobrze, Potter, wierzę ci.

Panowała cisza i czułem, że nie chcę jej przerywać. Nawet nie wiem, kiedy znalazłem się w jego ramionach. Trzymał głowę na mojej, a ja opierałem się o jego klatkę piersiową.

Nie myślałem. Gdybym mu to wyznał, stwierdziłby, że wcale go to nie dziwi. Ale coś chciałem powiedzieć.

- Piękny dźwięk ? powiedziałem cicho.

- Co? ? zapytał roztargniony.

- Bijące serce ? odpowiedziałem, rumieniąc się.

- Potter. ? Zaśmiał się cicho. ? Jesteś popierdolony.

Zaczęliśmy rozmawiać o wojnie, zaklęciach, Czarnej Magii, o życiu i śmierci. Było mi tak dobrze i ciepło, że nie zauważyłem mijających godzin. Wtuliłem się w niego mocniej, a po chwili wodziłem nosem po jego szyi.

- Znów coś romantycznego?

- Nie, zimno mi w nos.

I w tym momencie mnie pocałował. Przez sekundę nie wiedziałem, co się dzieje. A już po chwili oddawałem z zaangażowaniem pocałunek.

Huk!

- Kurwa mać!

Nie zareagował na moje przekleństwo. Coś się wydarzyło na błoniach, wybiegłem, a on za mną. Tego dnia było wiele innych, ważniejszych rzeczy do zrobienia. Takie czasy.



Następnego dnia spotkaliśmy się przez przypadek, ale była wielka ulewa i obaj śpieszyliśmy się. Ja w stronę Hogsmeade, on do szkoły.

Jednak następny dzień był słoneczny i znów rozmawialiśmy. Tylko rozmawialiśmy. Sytuacja ta powtarzała się kilka krotnie. Zdążyłem już dobrze poznać jego salon, gdy ponownie się całowaliśmy. Później jeszcze raz, i jeszcze? aż skończyliśmy w sypialni. Raz, pod koniec roku.



Dwa dni później wszystko się skończyło. Odkryłem Księcia Półkrwi. Wydawało mi się, że wszystko, co o nim wiedziałem to fałsz.

Tkwiłem w błędzie.



Gdy umarł, poznałem czwartą twarz, życie człowieka bez reszty zakochanego w mojej matce. Jak on mógł? ze mną. To? to złe i obrzydliwe. Obrzydliwe!

Napawa mnie wstrętem myśl, że uprawiałem z nim seks. To naprawdę złe. On kochał moją matkę!



Ale ja wiem, że to wszystko maski! Severus Snape nigdy nie pokazał się światu jako? Severus Snape. Zawsze był kimś innym. I tak naprawdę nikt go nie poznał, żadnemu człowiekowi nie udało się go zrozumieć.



Mam nadzieję, że widział we mnie coś ponad oczy Lily Evans.



Wątpię.
Z mądrości moderatorskich: Oczywiste oczywistości nie istnieją. Zrób facepalm i ruszaj dalej.
Nielusiowe tworki|Nielusiowa zupka|Niela czyta Puella bella
Akcja KDT
Obrazek
Aratanooniel
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 523
Dołączył(a): 01 maja 2009, 13:58
Lokalizacja: Rzeszów

Re: [TT] Urodzinowa bitwa Puś

Postprzez Atma » 12 maja 2010, 01:45

Dobrze, przyznam, że czekałam na ten pojedynek i sama przymierzałam się by w nim wziąć udział, niestety nie udało się. To jednak powoduje, że bardzo dobrze przyjrzałam się tekstom.

Zgodność z warunkami Turnieju: 0 - 5
Tekst A - 3p. Gdyż brakowało według mnie ironii, dobrego humoru i tekst był krótszy niż 5 stron TNR12. By wyjaśnić całkowicie to fan fik, oczywiście był wesoły, miło się go czytało, taki swojski był, lecz to wszystko nie oznacza dobry humor. Były momenty zabawne, lecz odmienna atmosfera opowiadania przyćmiewała te wstawki, które w konsekwencji mnie nie rozbawiły.
Tekst B - 4,5p. Ludzie mają rożne poczucie humoru, co dla innych jest głupie, dla drugich będzie śmieszne. Dla mnie Twój tekst nie zawierał "czystego" poczucia humoru, bardziej miał ślady parodii ( Co tutaj nie jest zarzutem, gdyż tą trzeba wiedzieć jak napisać, by zwolenników bawiła, a nie żenowała głupotą)
Tekst C - 2p. Z kontekstu opowiadania wnioskuję, że to Snape-mentors, jednak brakowało mi więzi dwojga ludzi, jeżeli jeden człowiek uważa drugiego za mentora to taką osobę darzy zaufaniem, szacunkiem, przychylnością, uznaniem i chce brać z niego przykład. W tekście miałam wrażenie, że jest inaczej. Zależnie jak rozumieć ironię, mogę przyjąć ostatecznie, że ona była. Natomiast opowiadanie według mnie smutne, pokazujące wybory ludzi, nie dopatrzyłam się dobrego humoru, zwłaszcza, że tekst zaczyna się śmiercią.
Tekst D - 3p. Nie było w nim dobrego humoru, przynajmniej ja się nie ubawiłam. Opowiadanie krótsze niż 5 stron TNR12


- Pomysł 0 - 10
Tekst A - 9,5p. Niestety trudno uniknąć schematów w severitusach.
Tekst B - 10p.
Tekst C - 10p.
tekst D - 9,5p. Motyw, Severusa zapatrzonego w zielone oczy Harry'ego jest rożnie, lecz często wykorzystywany.
Tak naprawdę teksty mnie zachwyciły, świetnie się czytało, a każde kolejne opowiadanie mnie zaskakiwało swoją oryginalnością.

- Strona techniczna: 0 - 10
Tekst A - 9,5p. Znalazłam dosłownie kilka uchybień, mało istotnych, tak naprawdę
Tekst B - 9,5p. -//-
Tekst C - 9,5p. -//-
Tekst D - 10p.

- Punkty dodatkowe: 0 - 5
Tekst A - 5p. Za wesoły nastrój opowiadania
Tekst B - 5p. Za specyficzne przedstawienie poszukiwania ojca
Tekst C - 5p. Za niekonwencjonalne i zaskakujące zakończenie
Tekst D - 5p. Za wyjątkowe wykorzystania wątku Severusa zakochanego jedynie w oczach Harry'ego.



Wyniki:
Tekst A - 27p.
Tekst B - 29p.
Tekst C - 26,5p.
Tekst D - 27,5p.


Gratuluję wszystkim uczestnikom udanych tekstów, pozwoliłam sobie na bardzo szczerą ocenę, gdyż opowiadania były na przyzwoitym poziomie, a każdy fan fik ujmował mnie swoim podejściem do tematu. Trudne jest ocenianie, gdy istnieje dowolny wybór w przedstawieniu relacji Snape/ Harry, a dodatkowo, każda relacja może być dowolnie przedstawiona. W każdym razie gratuluję fan fików.
Dusza świata
Atma
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 223
Dołączył(a): 11 mar 2009, 21:38

Re: [TT] Urodzinowa bitwa Puś

Postprzez Alexsandra » 15 maja 2010, 19:23

- Zgodność z warunkami Turnieju: 0 - 5

A- 3pkt. Tak jak koleżanka wyżej uważam, że brak tu ironii i tekst jest za krótki.
B- 4pkt. Jedyny moment, który mnie rozbawił i w ogóle jak dla mnie perfekcja ironi to:
- Ja zawszę mam rację.

- Harry jest Gryfonem, gdybyś nie zauważył ? przypomniała mu błąd sprzed lat. ? Dropsa, Albusie? ? Uśmiechnęła się, odchodząc.


C- 4pkt. Za brak humoru.
D- 3pkt. Za śmierć i za brak humoru.

- Pomysł 0 - 10 - z uzasadnieniem

A- 8pkt. To za typowy severitus. Harry trafił do Severusa, a ten się nim opiekuje. Jakie to słodkie.
B- 9pkt. Nie załapałam tego motywu z samurajem. W ogóle mi on nie leży. Chociaż muszę przyznać, że pomysł z poszukiwaniem ojca na własną rękę był bardzo dobry :)
C- 10pkt. Severus ukrywający się w Paryżu, mieście miłości, z ludźmi, których nienawidzi. W ogóle to, że stchórzył...
D- 9pkt. Motyw masek. Dlaczego wszyscy się tego tak czepiają?

- Strona techniczna: 0 - 10

A- 8pkt. W tym tekście znalazłam nawięcej błędów. Chociaż nie rzucały się w oczy, to jednak były.
B- 9pkt. kilka małych błędów.
C- 9pkt. -||-
D- 10pkt.


- Punkty dodatkowe: 0 - 5
A- 4pkt. za to że był to bardzo lekki i przyjemny tekst.
B- 2pkt. Nie spodobał mi się w ogóle. Nie wiem, czy go nie zrozumiałam, czy co, ale po prostu jestem na "nie" jeśli chodzi o ten tekst.
C- 5pkt. Te wszystkie zapachy, obrazy i dźwięki opisane w tekście skojarzyły mi się z "Pachnidłem". Najbardziej mi się podobał.
D- 4pkt. Za śmierć Seva i za tek maski.

Wyniki:
A- 23pkt.
B- 24pkt.
C- 29pkt.
D- 26pkt.


NIESPODZIANKA! Mam nadzieję, że jak na pierwszy raz było nieźle. Postanowiłam ocenić, ponieważ był tutaj mój Sev, którego kocham ponad życie. Mam nadzieje, że pkt nie przyznałam za surowo.

Alex :*
Ostatnio edytowano 16 maja 2010, 10:56 przez Alexsandra, łącznie edytowano 1 raz
"Ze wszystkiego, co napisano, to tylko miłuję, co ktoś pisze własną krwią. Zbyt długo dusza moja głodowała przy ich stole; nie jestem tak jak oni wyćwiczony w poznawaniu niczym w rozgryzaniu orzechów. Wolność miłuję i powietrze ponad rześką ziemią."
Avatar użytkownika
Alexsandra
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 281
Dołączył(a): 07 maja 2009, 19:08
Lokalizacja: Rivendell

Re: [TT] Urodzinowa bitwa Puś

Postprzez IronYa » 16 maja 2010, 01:11

Gratuluję serdecznie wszystkim autorkom. Teraz punkty:

Zgodność z warunkami
A: 4 pkt.
Szukałam, szukałam, ale ironii się nie doszukałam.
B: 5 pkt.
Wszystkie warunki zostały spełnione, jak na mój gust.
C: 4 pkt.
Zabrakło mi dobrego humoru, właściwie tekst był głównie dość na poważnie
D: 3 pkt.
Humor wsiąkł, Sev zginął, ironia też zawiodła miejscami

Pomysł
A: 9 pkt.
Zasadniczo oklepany, ale uroczy. A ja lubię czasem urocze rzeczy, tym bardziej tak ładnie opisane. Podoba mi się również cofanie w czasie, to dość oryginalny zabieg, który umila czytanie. Bo człowiek szuka przyczyn i dostaje je na końcu, stopniowo.
B: 8 pkt.
Lubię samurajów, bo samurajowie są z Japonii, a Japończycy tworzą dobrą muzykę. Podoba mi się koncepcja poszukiwania ojca i lista Dumbledore'a. Nie do końca przypadł mi do gustu Lupin, Lupin powinien chcieć zaopiekować się Harrym, nie powinien płakać i tulić go bez sensu. Tylko tyle
C: 7 pkt.
Standardowy snape mentors, ale zgrabnie napisany. Uśmiercenie Minerwy i Albusa jest w porządku. Trzy punkty w plecy chyba głównie za schematyczność. Francja to dobry pomysł. Ucieka też.
D: 4 pkt.
Nie. Pomysł jest na nie. Snape palący MUGOLSKIE, na miłość borską, papierosy? Nie... I gdzie uzasadnienie pocałunku i rozmowy? Brak, niestety. Ale podobają mi się maski, choć trochę nielogicznie to momentami wyszło.

Strona techniczna
A: 9 pkt
Zdaje się, że doszukałam się kilku zgrzytów, ale mało poważnych.
B: 9 pkt.
Tak samo
C: 8 pkt.
Błędów się trochę pojawiło, ale nie przeszkadzały zbytnio w czytaniu. Najbardziej w oczy rzuciło mi się to:Harry czuje się jak na narkotykach. Powinno być raczej "pod wpływem narkotyków"
D: 9 pkt.
Jak w dwóch pierwszych.

Dodatkowe punkty
A: 5 pkt.
Za severitusa, za Minerwę proponującą Albusowi dropsy, za całokształt
B: 4 pkt.
Za Draco i szukającego
C: 4 pkt.
Za Paryż, za gęste brwi Hermiony i Severusa
D: 2 pkt.
- Och, nie ? wyrywa się z ust Hermiony.

Ona również nie zaliczy.

Bo to tak pięknie niekanoniczne.

Podsumowanie
A: 27 pkt.
B: 26 pkt.
C: 23 pkt.
D: 18 pkt.
~Dziwnie jest patrzeć oczyma szaleńca~
Avatar użytkownika
IronYa
Przejściowy Pokój
Przejściowy Pokój
 
Posty: 29
Dołączył(a): 21 lut 2010, 17:44

Re: [TT] Urodzinowa bitwa Puś

Postprzez Draconia Maleficia » 16 maja 2010, 21:10

Zgodność z warunkami.
Tekst A - 3/5
Dokładnie, gdzie tu ironia?
Tekst B - 5/5
Warunki spełnione.
Tekst C - 5/5
Jak wyżej.
Tekst D - 3/5
Trochę krótkie. I ironia bardzo leciutka.

Pomysł.
Tekst A - 2/10
Niezbyt oryginalny, niestety... Za często powtarza się schemat "puchatego" Snape'a.
Tekst B - 10/10
Bardzo dobry. Kartka z wypisanymi nazwiskami jako wytyczna do poszukiwań. Ciekawe:)
Tekst C - 8/10
Też było dobrze. Z uciekającym Potterem jeszcze się nie spotkałam.
Tekst D - 8/10
A to nowość. Sev uprawiający sex z Potterm, bo przypomina mu wyglądem kobietę, którą kochał...

Strona techniczna
Tekst A - 10/10
Nie zauważyłam żadnych nieprawidłowości.
Tekst B - 10/10
Nic mi nie zgrzytnęło.
Tekst C - 5/10
Niestety, parę rzeczy tu nie pasuje, stylistycznie, poza tym zauważyłam z dwie zjedzone litery.
Tekst D - 10/10
Nie wyłapałam błędów.

Punkty specjalne
Tekst A - 4
Za ciepły nastrój.
Tekst B - 6 - za świetny pomysł, i wytrwałość Pottera w tych poszukiwaniach:)
Tekst C- 5- za interesujące podejście do kwestii dezercji.
Tekst D - 1 - za zaskakujące zakończenie.

Podsumowując:
Tekst A - 19 ptk
Tekst B - 31ptk
Tekst C - 23 ptk
Tekst D - 22 ptk
Draconia Maleficia
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 386
Dołączył(a): 08 mar 2010, 00:59
Lokalizacja: Józefów

Re: [TT] Urodzinowa bitwa Puś

Postprzez Iliana » 20 maja 2010, 11:28

Zgodność z warunkami Turnieju: 0 - 5
Tekst A ? 1
Według mnie jest za krótki. Miało być nie krócej niż 5 stron, a jednak krócej jest... Szczerze powiedziawszy nie mogę załapać o co chodzi z tym kłamstwem... Poza tym nie znalazłam tu żadnej ironii. Humoru też nie...
Tekst B ? 2
Brak ironi i humoru...
Tekst C - 4
Odrobinę humoru było, ale nie za wiele... Mimo to podobało mi się.
Tekst D - 5
Tekst jest za krótki. Humoru oczywiście nie znalazłam.

Pomysł 0 - 10
Tekst A ? 5
Średnio ciekawy tekst. Miło, że Severus jest takim kochanym tatusiem, jednak kompletnie to do niego nie pasuje.
Tekst B ? 4
Przykro mi, ale ten tekst mi się nie podobał. To zbyt dziwne, że Harry trafiał do domów samych czarodziejów... Poza tym nie wierzę, żeby Malfoy Manor nie było chronione przed niechcianymi gośćmi. A to, że Severus tak szybko się zgodził? Do mnie to nie trafia.
Tekst C ? 7
Pogmatwane to... Ale t przynajmniej Severus jest w pewnym stopniu sobą. Trochę nie podoba mi się to, że uciekli sami gryfoni. Na dodatek bez rodzin. I jakim cudem nikt nie wiedział o śmierci członków Zakonu Feniksa? Przecież należała tam prawie cała rodzina Weasleyów...
Tekst D - 9
To zdecydowanie najlepszy tekst. Szczególnie końcówka przypadła mi do gustu. Ciekawa jestem czy faktycznie Severus widział w Harrym tylko oczy Lily...

Strona techniczna: 0 - 10
Tekst A ? 7
W niektórych miejscach brakowało przecinków, kropki nad ?ż? i ogonków.
?Chłopiec wzbił się w powietrze, a jego ojciec wróciła na taras gdzie panna Amanda właśnie kroiła tort.?
?Severus tylko czasem przygladał się chłopcu recytującemu alfabet.?
?Severus na fotelu, a Harry na miękkim futrze opart o jego kolana.?
Tekst B ? 9
Kilka małych, niegroźnych błędów.
Tekst C ? 9
Kilka literówek.
Tekst D ? 9,5
Najmniej błędów.

Punkty dodatkowe: 0 - 5
Tekst A ? 3
Za ?Bo ja jestem trochę duży i trochę malutki. Bolą mnie nóżki!?
Tekst B ? 3
Za ?siódmego samuraja?.
Tekst C - 4
Za niebanalne zakończenie.
Tekst D - 5
Za słodko-gorzki posmak opowiadanej historii.

Podsumowanie:
Tekst A - 16
Tekst B - 18
Tekst C - 24
Tekst D ? 28,5
Obrazek
Avatar użytkownika
Iliana
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 219
Dołączył(a): 22 sie 2009, 23:20

Re: [TT] Urodzinowa bitwa Puś

Postprzez Puchacz » 27 maja 2010, 00:02

Oficjalne rozstrzygnięcie urodzinowej bitwy Puś:

TEKST A - Aratanooniel (122 punkty)
TEKST B - Coolness (128 punktów)
TEKST C - Matylda (125,5 punktu)
TEKST D - Puchacz (122 punkty)

Wygrywa COOLNESS z tekstem "Siódmy samuraj"!
Serdecznie gratulujemy.


Życzymy natchnienia do kolejnych tekstów.



Pozwolę sobie w tym miejscu podziękować Wam za te teksty, wszystkie są wspaniałe.
P.
Obrazek

Podążaj za białym królikiem.
Modzi widzą przez peleryny niewidki.


Pusia lubiła swój zielony balonik...!
Avatar użytkownika
Puchacz
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 861
Dołączył(a): 11 kwi 2009, 23:05


Powrót do Bitwy - Harry Potter

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron