[TT]Śmierciożerca dla Matyldy

Bitwy zamknięte.

Moderatorzy: Puchacz, Aratanooniel

[TT]Śmierciożerca dla Matyldy

Postprzez Aratanooniel » 13 wrz 2010, 19:52

Kto: Matylda, Aratanooniel, Tilia Snapeerka, deedee, Puchacz
Fandom: Potterowski
Temat: Sługa Czarnego Pana
Chcemy:
- śmierciożercy jako głównego bohatera
- whisky
- kota
- deszczu
- kanoniczności
Nie chcemy:
- burzy
- Harry'ego jako aurora

Proza na poważnie.
Czas dowolny - to znaczy opisywana historia może dziać się przed kanonem, w trakcie i po epilogu.
Co najmniej 5 stron TNR12

Tekst A

Zgubić zmysły

Nie wiesz kiedy są, a kiedy ich nie ma. Przychodzą bezszelestnie, otulone mrokiem i bezcielesne. Tylko powietrze jest inne. Cięższe.



Jest zimno. Chłód rodzi się gdzieś w głowie, spływa po karku w dół do serca. Tam miesza się z wilgocią i staje się jeszcze bardziej lodowaty. Razem ? lód i woda ? wędrują dalej, aż do palców stóp, które sprawiają wrażenie, że zaraz odpadną. A potem pójdzie już szybko ? człowiek rozpadnie się na malutkie kawałeczki i po prostu go nie będzie. Mróz powoli wycofuje się z palców i pełznie do góry, wspina się znów do klatki piersiowej, zabiera oddech. Ciągle wędruje, ale nigdy tak naprawdę nie znika.

Kochanie! Nie zapomnij czapki! - jakaś staruszka krzyczy za tobą, wybiegasz za próg i rozkładasz szeroko ręce. Z nieba sypie się śnieg, wiatr wprawia płatki w ruch, osiadają na twoich włosach. Padasz na plecy, czujesz zimno przenikające od stóp do głów. Jest przyjemnie tak długo, jak w myślach paruje ci kubek kakao.

Jest zimno. Ściany są ciężkie, kamienne. Na środku podłogi widnieje wąski jasny ślad, szlak szaleńca szukającego swoich zgubionych zmysłów. A może przeciwnie; to szlak kogoś kto chce je zgubić. Czasem można wyczuć na ścianie kropelki wody, ale tylko czasem. Prawdopodobnie nigdy ich tam nie ma, to tylko palce spragnione dotyku deszczu, czystości spadającej prosto z nieba, oszukują umysł. Materac na łóżku jest prawie miękki, ale nie można przenieść posłania na środek celi. Od ścian wieje chłód. Koc nie pomaga.

Siedzisz na zimnym, marmurowym nagrobku. Całe twoje ciało jest skostniałe, tylko jedno przedramię pulsuje ogniem i jest jakby cięższe. Nie ruszasz się w nadziei, że w końcu zamienisz się w lodową rzeźbę. Wiosenne słońce świeci ci bezczelnie w twarz, zmuszając do histerycznego śmiechu. Czujesz lekki dotyk na ramieniu i mimowolnie odwracasz głowę, dzięki temu zapada się pod tobą fundament. Okazuje się, że nikogo za tobą nie ma. Podrywasz się gwałtownie. Dziś nie jest odpowiednim dniem do skamienienia.

Jest ciemno. Trzeba zacisnąć powieki. Na tyle mocno by nie widzieć nic, naprawdę nic. Zgubić wzrok. Zgubić choć jeden ze zmysłów, nie patrzeć wstecz; nie patrzeć do przodu. W mroku dnia łatwiej się odnaleźć, zawisnąć i nie być. Światło nie jest dobre, podobno nigdy nie było. Gdy tylko otworzysz oczy, ledwie uchylisz powieki wdziera się przez nie jasność. Widać wtedy wszystko. Wszystko czego nie chcesz widzieć, nie chcesz pamiętać. Zawsze byłeś niczym mały kociak, ślepy i głupi.

- Zgaś światło ? prosi. Szepczesz ciche Nox i pokój pogrąża się w mroku. Chciałbyś ją zobaczyć, ale ci nie pozwala. Możesz tylko smakować jej dotykiem. Całujesz delikatnie i zastanawiasz się co dalej. Świecące w ciemności oczy, rozsypane na poduszce jasne włosy. Ciemność otula was lekko, prowadzi spokojnie i rozważnie. Dopóki trwa czujesz się pewniej. Aż do nadejścia poranka.

Jest ciemno. W mroku można poczuć się bezpieczniej. Można nawet uchylić lekko powieki, noc zmiękcza kontury. Ciemność nie jest tak irytująca jak światło. Można się w niej zatracić, poczuć prawdziwie sobą. Nawet jeśli nigdy wcześniej się tak nie czułeś; nawet jeśli teraz tez się tak nie czujesz. W czerni nocy możesz otworzyć oczy i nie przeszkadza ci to, że nie pamiętasz swojego imienia. Możesz być numerem; możesz być Johnem; możesz być kimkolwiek. Czymkolwiek. Bo tym właśnie jesteś ? bezimiennym śmierciożercą.

- Zostań ? mówisz. Chcesz jej powiedzieć, że dasz sobie radę, ze nie trzeba. Lampy wiszące pod sufitem dają ostre światło, które nie pozwala ci powiedzieć tego co zbiera się na języku. Mrużysz więc oczy, wplatasz palce między jej krótkie ciemne włosy i czekasz. Mówi to co chcesz usłyszeć; mówi to czego słyszeć nie chcesz. Jednocześnie, bez różnicy.
- Polecę, załatwię nam mieszkanie, damy radę. Tam cię nie znajdzie, to inny świat, uwierz, nie musisz tego robić, nie musisz, nie musisz ? mówi gorączkowo, wpija się w twoje usta i już biegnie, bo automatyczny głos zapowiada jej samolot. Chcesz jej powiedzieć, że to niepotrzebne, że jesteś gotowy odciąć swoje ramię, ale jej już nie ma. Zaciskasz mocno oczy i wychodzisz na deszcz.


Jest cicho. Cisza pulsuje w głowie niczym muzyka. Niczym irytująca melodia posłyszana kątem ucha, która nie chce wyjść z głowy. Nie słychać nawet jednostajnego kapania wody; kropel, których przecież nie ma. Zakrywasz uszy dłońmi. Przyciskasz je płasko do głowy, mocno, mocno, najmocniej jak się da. Palce przylegają idealnie, jakby to tam było ich miejsce. Toniesz w tej ciszy, a ona pulsuje gdzieś za twoimi oczami i nic, nic nie możesz zrobić, poza kołysaniem się do taktu tej nieistniejącej melodii, ciszy.

Hogwart nocą nigdy nie jest do końca cichy. Słychać pomiaukiwanie i szuranie butów i szczotki. Gdy odległość jest zdecydowanie niebezpieczna można dosłyszeć również posapywanie woźnego. Wieczorne przechadzki są jednak niczym w porównaniu do szeptów dnia. Nachalnych, sączących się do ucha niczym trucizna. Słowa są złe, ale głosy tak delikatne; obiecują potęgę. Przysięgają nowy, lepszy świat. Szepty szybko, coraz szybciej stają się myślami. Myśli nasączone Ognistą Whisky krążą niespokojnie, ale wciąż podążają w jednym kierunku. I nic nie możesz na to poradzić.

Jest cicho. Przez większą część doby nie słychać nic. Mógłbyś usłyszeć cichy szept brudnego prześcieradła i twoich spodni, gdybyś tylko chciał, mógłbyś usłyszeć. Gdzieś daleko rozbrzmiewa jednostajny jęk, jest już tak znajomy, ze stał się elementem ciszy. I już nie wiesz czy ten stan jest dobry czy nie. Czy warto zagubić i ten zmysł? A może to już się stało... Nie wiesz czy ty też krzyczysz. Nie słyszysz, nie czujesz czy twoje usta wydają dźwięk. Dlaczego teraz miałbyś protestować? Przecież nigdy tego nie umiałeś!

- To rozkaz, rozumiesz?
Mężczyzna wymierza ci bolesny policzek. W uszach zaczyna dzwonić, zęby uderzają o siebie mocno. W oddali, a może to całkiem blisko słychać krzyki. Musisz pozostać posłuszny, chcesz pozostać posłuszny. Ta wioska jest pełna mugoli, nic nie znaczących ludzi, którzy muszą ci za to zapłacić. To oni zabrali ci te krótkie, postrzępione ciemne włosy i dołeczki w policzkach. Jesteś tylko szarym żołnierzem, rozkazują ci ludzie, którzy widzieli Pana ledwie kilka razy. Karmią cię pustymi słowami, które to ty obdarzasz sensem.


Jest mokro. Powietrze jest przesiąknięte wilgocią, z trudem przechodzi przez nos, nie chce wypełnić płuc. Zdaje się, ze woda wyparła z niego wszystkie zapachy. Twój węch nie chce się zgubić. Uporczywie przypomina ci aromat magii, suchość powietrza zbierającego się blisko twojej skóry. Po zaklęciu pachnie tak jak po burzy, takiej z piorunami i błyskawicami. Wciskasz nos pomiędzy kolana, starasz się poczuć jedynie ten zapach. Przynajmniej on się nie zmienił.

- Wiesz, że nie możemy. - Twój wzrok mimowolnie wędruje na skażone ramię. Siedzicie obok siebie na ławce w cieniu drzew. Pod wami śpi rudy kot. Obejmujesz ją zdrową ręką i zanurzasz twarz w ciemnych włosach. Pachnie wiatrem i śmiechem. Odwraca głowę i cię całuje. Nie musi powtarzać po raz setny, że dacie sobie radę, a wojna nie może trwać wiecznie. Słyszysz jak szepcze o nowym domu, o dzieciach, ślubie i o tym jak się kiedyś zestarzejecie. Zbiera się na burzę, powietrze pachnie świeżo i przynosi nadzieję.

Jest mokro. Nie można oddychać pod wodą! Powietrze stoi w miejscu, ma konsystencję kamienia, nie miesza się i nie wędruje. I nie wiadomo czy ma zapach. Czasami od krat przychodzi do ciebie, popchnięte przez czyjeś pośpieszne, bojaźliwe kroki. Przynosi wtedy zapach zwykłej wody kolońskiej, mocnej i męskiej. Drażni nozdrza, odszukuje na nowo prawie już zagubiony zmysł. A potem przesycone zapachem powietrze gęstnieje, kamienieje i można zapomnieć o tym, że cokolwiek się wydarzyło.

Dusisz się powietrzem przesyconym zapachem jej perfum. Nie obchodzi cię co stało się z tym mugolskim śmieciem. Mógł wpaść do wody, rozbić się spektakularnie o ziemię, albo spłonąć w powietrzu. Ważne jest tylko to, że jedyne co ci po niej zostało to zapach pozostawiony wczoraj na twojej poduszce.



Nie wiesz kiedy są, a kiedy ich nie ma. Przychodzą bezszelestnie, otulone mrokiem i bezcielesne. Tylko powietrze jest inne. Cięższe.


Tekst B

NAJGORSZE WSPOMNIENIE

Jesteś Śmierciożercą.

To było jasne od początku ? biała maska, znak na ramieniu i okoliczności twojego aresztowania mówiły same za siebie. Wydawałeś się zaskoczony, kiedy w sali przesłuchań od razu, bez słowa, podałem ci porcję veritaserum. Nie oczekiwałeś chyba delikatności? Tacy jak ty nie mogą liczyć na traktowanie z szacunkiem i zwykły proces. Aurorom podczas tej wojny wolno naprawdę bardzo dużo, według zasady zwalczania siły siłą. Sprawdza się. Być może czasami pozwalamy sobie nawet na zbyt wiele. Pomyślałem o tym przelotnie, słuchając coraz bardziej dokładnych i osobistych pytań, które zadawali ci moi przełożeni i widząc, jak zupełnie bez potrzeby stosują legilimencję. Ja także spojrzałem w twoje puste, zamroczone eliksirem oczy i już nie było odwrotu ? zaatakowały mnie obrazy i emocje, zupełnie jakbyś sam wtłaczał mi je do umysłu. Poznałem całą twoją historię, która sprawiła, że zacząłem się zastanawiać. Stanowisz interesującą zagadkę.

Wiesz dobrze, że resztę życia spędzisz w Azkabanie, gnijąc w wilgotnej celi, dręczony obecnością dementorów. Należy ci się, nie sądzisz? Twoje ciało może żyć jeszcze długo, ale ile wytrzyma psychika? Wiesz dobrze jakimi istotami są dementorzy i jak wpływają na otoczenie, w końcu to właśnie tymi stworami straszy się niegrzeczne dzieci w magicznych rodzinach. Masz w sobie jeszcze jakieś dobre emocje i wspomnienia, którymi mogliby się pożywić? Wyssą z ciebie wszystko, co znajdą, pozostawiając marne resztki, które prędzej czy później doprowadzą cię do szaleństwa, tak jak wielu innych przed tobą. Jakie jest twoje najgorsze wspomnienie? Zapewne masz z czego wybierać.

Ból.
Kiedy Czarny Pan przyłożył do twojego przedramienia swoją cisową różdżkę, mrucząc cicho niezrozumiałe słowa skomplikowanego zaklęcia, w twoim umyśle nie pozostało nic oprócz pragnienia śmierci. I chyba nawet jęczałeś bezsensowne błagania o zakończenie tych męczarni, które na szczęście nie zostały wysłuchane. Bo tak naprawdę nie chciałeś umrzeć, przynajmniej jeszcze nie wtedy, tylko że ten ból był tak nieznośny? Cruciatus, którego działanie poznałeś wcześniej, to przy tym dziecinna igraszka. Zapewne tylko magia pulsująca wszędzie wokół sprawiała, że nadal trzymałeś się na nogach, a hipnotyzujące spojrzenie twojego nowego Pana nie pozwalało na utratę świadomości. Nie zwracałeś uwagi na otaczających was obu Śmierciożerców, czekających na przywitanie nowego ? czyli ciebie. W tym momencie istniał tylko On i palący dotyk jego różdżki. Na twojej opalonej skórze, stopniowo, linia po linii, pojawiał się tatuaż - symbol przynależności, a wraz z jego materializowaniem się, odczuwałeś coraz poważniejsze zmiany w swojej własnej magii. Poprzez Mroczny Znak złączyłeś się z jego twórcą. I mimo ogromnego bólu, który kazał Ci krzyczeć i wyginać ciało w łuk, byłeś szczęśliwy. Byłeś, prawda?

A więc to nie to.

Mdłości.
To nieprawda, że urodziłeś się potworem. Proces przemiany w maszynę do zabijania, za którą uważa cię większość społeczeństwa, trwał latami. I mógłbyś zrzucić go na karb ciężkiego dzieciństwa ? ojca, który lubił się nad tobą znęcać, słabej matki, która nie umiała zająć się nawet sobą, braku wsparcia i spaczonych wzorców. Mógłbyś, gdyby nie to, że twoja rodzina tak naprawdę była całkiem normalna. Niezbyt wielki, ale wygodny i ładny dom na przedmieściach miasta, w magicznej okolicy, wspólne niedzielne obiady u babci i irytująca młodsza siostra. Nic, co odbiegałoby od standardów. Dodaj do tego dwoje kochających się dorosłych, którzy starali się dobrze wychować dzieci i nigdy nie pozwalali im znęcać się nad zwierzętami, o innych ludziach nie wspominając, a otrzymasz całkiem trafny opis swojego wczesnego dzieciństwa. A jednak ten moralny filar, na którym powinieneś się oprzeć, w pewnym momencie zachwiał się, sam nie wiesz czemu. I ciche słowa mamy, zwracającej ci uwagę po jakiejś głupiej bójce z sąsiadem, wracają do ciebie tylko czasami, w najmniej oczekiwanym momencie. Tak jak wtedy, gdy stałeś bez ruchu nad drżącym, drobnym ciałkiem i czułeś nadchodzące mdłości. Żołądek wywracał ci się do góry nogami, chcąc pozbyć się zbędnego balastu w postaci zjedzonej kilka godzin wcześniej kolacji. I już wiedziałeś, że zamordowanie niewinnego dziecka, którego jedyną skazą było mugolskie pochodzenie, wcale nie należy do łatwych zadań. Jedno machnięcie różdżką, dwa słowa, zielony promień, i po wszystkim. To być może mógłbyś zrobić, jednak oczekiwano od ciebie znacznie więcej. Dobry Śmierciożerca powinien jeszcze napawać się upodleniem swojej ofiary. Gdy pozbawia ją godności, sam staje się silniejszy. A jednak?
? Wymiękasz? ? Drwiący głos wyrwał cię wtedy z letargu. Nie widziałeś twarzy mężczyzny stojącego obok, bo zakrywała ją maska, ale byłeś pewny jego krzywego uśmiechu. I to on cię zmotywował, ponieważ nie zamierzałeś dać mu satysfakcji. Nikt nie będzie uważał cię za słabeusza. Ponownie uniosłeś różdżkę.
? Crucio. ? Dziewczynka wrzeszczała z bólu i wiła się po podłodze, nie kontrolując własnych odruchów. A ty próbowałeś sobie wmówić, że coraz silniejsze mdłości są spowodowane tym żałosnym widokiem. Później, już po wszystkim, spędziłeś całą godzinę w toalecie, wymiotując. Ale wiedziałeś już, że następnym razem będzie łatwiej, aż w końcu pozostaniesz zupełnie niewzruszony. Bo każda kolejna akcja czyniła cię silniejszym. A poczucie siły jest czymś dobrym.

A więc to nie to.

Miłość.
Miłość jest czymś pięknym, zwłaszcza ta odwzajemniona. Poznałeś ją jako bardzo młody mężczyzna, ledwie wkraczający w dorosłość, gdy spojrzałeś w niebieskie oczy drobnej brunetki poznanej przypadkiem na przyjęciu. Wymarzona partnerka na resztę życia dla takiego czarodzieja, jak ty. Śliczna, spokojna, porządna, czystej krwi? Nie wahałeś się więc. To z nią zamierzałeś założyć rodzinę i spłodzić dziedzica. I chociaż obraz Sam-Wiesz-Kogo na dobre już zagościł w twoim umyśle, wtedy jeszcze nie szukałeś kontaktu z jego zwolennikami, to były dopiero początki. Przez moment pozwoliłeś sobie zwyczajnie cieszyć się życiem. Pamiętasz wasze wesele? Nie brakowało gości, wszyscy bawili się wspaniale, włączając w to was dwoje. Akurat to wspomnienie dementorzy zapewne z chęcią ci odbiorą. Ale niestety, wszystko co dobre szybko się kończy? Sam nie wiesz, kiedy czułość została zastąpiona przez nieufność, wspólne kolacje przez sesje tortur na mugolach, a noce pełne dotyku i westchnień stały się pustką wypełnianą kolejnymi butelkami whisky. Czułeś wtedy żal i gorycz, prawda? Zwłaszcza w chwilach, gdy oskarżała cię o to, że tak bardzo się zmieniłeś. Służąc Czarnemu Panu zupełnie inne rzeczy uznaje się za ważne, przez jego pryzmat świat wygląda inaczej. Ona czuła, że cię traci, choć przez długi czas nie zdawała sobie sprawy dlaczego. Było jednak jasne, że prędzej czy później dowie się o wszystkim, pewnych rzeczy nie da się ukrywać w nieskończoność. Jednak ty już się wówczas nie bałeś, bo nauczyłeś się żyć nie z nią, a obok niej, i wiedziałeś, że samotność wcale nie będzie gorsza. I choć miłość pozostawiła po sobie gorzki posmak, było ci już wszystko jedno.

A więc to nie to.

Krew.
Pewnego dnia wróciłeś do domu dopiero około północy, spóźniony o kilka godzin. Byłeś naprawdę wyjątkowo zmęczony i myślałeś jedynie o ciepłym prysznicu i wygodnym łóżku. Padał tak silny deszcz, że nawet krótki spacer od skraju barier antyaportacyjnych do drzwi wejściowych spowodował, że przemokłeś niemal do suchej nitki i drżałeś z zimna. Na progu przywitała cię twoja żona, blada i z zaczerwienionymi oczami. Martwiła się, jak zwykle. Poczułeś przelotne ukłucie wyrzutów sumienia, ale szybko zdusiłeś je w sobie. Nie miałeś zamiaru się tłumaczyć, bo przecież powinna już przywyknąć do twoich niezapowiedzianych nieobecności i o nic nie pytać. Rzeczywiście, zwykle milczała i znosiła wszystko bez słowa. Zdarzały się jednak także noce takie jak ta, gdy emocje w końcu brały górę.

Wszedłeś w krąg wątłego światła w korytarzu i usłyszałeś, jak nagle zachłysnęła się powietrzem.
? Co? ? Nieelegancko wskazała palcem na twoją szatę. Nie miałeś kiedy się przebrać, więc na przedzie nadal widniała plama, wyraźnie widoczna, mimo że ubranie było czarne. Poza tym pobrudziłeś sobie także dłonie i czerwony kolor na palcach nie pozostawiał cienia wątpliwości. Nawet deszcz nie zdołał go zmyć.
? Coś ty zrobił? Coś ty znowu zrobił?! ? Od początku nie znosiłeś jej histerii, piskliwy głos nieprzyjemnie świdrował w uszach. Wyminąłeś ją wówczas bez słowa, żeby uniknąć konfrontacji, ale głupia kobieta ośmieliła się chwycić cię za ramię, zatrzymać, patrzeć oskarżycielsko oczami pełnymi żalu i złości?
? Puść. ? Twój głos to ledwie groźny szept, wtedy już doskonale wiedziałeś, że zwykle właśnie ten ton działa lepiej niż krzyk. W czasie służby nauczyłeś się wielu takich drobnych sztuczek. Rzeczywiście, twoja żona wzdrygnęła się zauważalnie. Ale mimo to nie straciła jeszcze całkowicie odwagi.
? Nie puszczę cię, dopóki nie wyjaśnisz mi wreszcie, co się dzieje. ? Z trudnością opanowywała drżenie głosu. ? W coś ty się wpakował? Nie poznaję cię! Ja nie umiem tak żyć, rozumiesz?!
? Nikt ci nie każe! Chcesz, to odejdź. ? Odepchnąłeś ją z dużą siłą, nie zważając na to, że jest o wiele drobniejsza od ciebie. Upadła, uderzając o ostry kant szafki. Z rozciętego policzka popłynęła krew, plamiąc dywan. I już nie tylko ty byłeś nią umazany. Na krótką chwilę poczułeś strach, przecież nie chciałeś jej skrzywdzić. Nie ją, w końcu była twoją żoną i jeszcze nie tak dawno temu ją kochałeś, nadal gdzieś w tobie czaiło się przywiązanie i poczucie obowiązku. Wyciągnąłeś rękę, żeby pomóc jej wstać, ale ona odsunęła się od ciebie. W ten sposób stałeś się katem także dla własnej rodziny. Podniosła się samodzielnie i uciekła, a ty zostałeś w korytarzu, wpatrzony w plamę czerwieni na podłodze. Umoczyłeś w niej palce i uniosłeś do ust. Po raz pierwszy poczułeś czyjąś krew na języku i spodobał ci się ten słodkawy, metaliczny smak, nieprawdaż? Uśmiechałeś się.

A więc to nie to.

Płacz.
Ostatni raz płakałeś jako dziecko. Dorosły mężczyzna nie okazuje przecież swoich uczuć w taki sposób. Ale łzy towarzyszyły ci niezmiennie przez całe dojrzałe życie, choć nigdy nie należały do ciebie. Płaczący mugole i czarodzieje, przerażeni i bezsilni wobec potęgi Czarnego Pana i jego zwolenników. Dziesiątki, a może nawet setki postaci, kulących się pod zimnym spojrzeniem i skierowaną w ich stronę różdżką, szloch wywołany bólem, upokorzeniem, strachem? Pamiętasz tych ludzi. Niektóre twarze rozmyły się wraz z upływem czasu, ale inne nadal pozostały wyraźne, by od czasu do czasu przypominać o sobie w snach. Problem polega na tym, że tak właściwie wszystkie są do siebie podobne. Mężczyźni nie różnią się od kobiet, jasne włosy wyglądają tak samo jak ciemne? Skoro ich życie nic dla ciebie nie znaczyło, to jakbyś mógł przejąć się zwykłymi łzami? Robiąc to, co ty robiłeś, nabiera się odporności. Tak właściwie podobały ci się ich reakcje, lubiłeś to. Przemoc ma w sobie coś fascynującego i wciągającego, a płacz ofiar jeszcze cię pobudzał. Była to jedynie oznaka ich słabości - ty nigdy nie byłeś słaby, żaden z was nie był. To oni powinni się wstydzić tego braku opanowania.

A więc to nie to.

Strata.
To właśnie od tego się zaczęło, prawda? Stałeś na cmentarzu nad grobem swojej matki, która zginęła w tak głupi, bezsensowny sposób. Czarodziejka zabita przez dziwną, mugolską machinę, zwaną samochodem. Tak się kończy pomieszanie dwóch światów, które powinny żyć w izolacji? Zatuszowanie tej sprawy, gdy już wmieszała się w nią policja i lekarze, nie było łatwe. Brygada z ministerstwa musiała użyć kilku silnych zaklęć zapomnienia i iluzji, żeby ci głupi ludzie wreszcie oddali ciało i zaprzestali śledztwa. I wtedy po raz pierwszy poczułeś pewność, że mugole i czarodzieje nigdy nie będą żyć w zgodzie, że są jak dwa zupełnie różne gatunki, pomiędzy którymi krzyżowanie się powinno być niemożliwe. Oczywiście, już wcześniej się nad tym zastanawiałeś, w młodym umyśle rodziło się wiele pytań i wątpliwości. Z wypiekami na twarzy czytałeś w książkach historycznych opisy procesów czarownic z Salem, niemal czułeś smród ludzkiego mięsa palonego na stosie. Nadal pamiętasz opowieści dziadków o prześladowaniach, które wieki temu dosięgały także członków twojej rodziny. Czystokrwiści wbrew pozorom wcale nie mieli łatwo? Matka zawsze powtarzała, że to stare dzieje, skaza na historii, która nigdy już się nie powtórzy. Rzeczywiście, z pewnością nie w takiej postaci, co najwyżej role mogą się odwrócić? Czego dowodem jest ta wojna. Twierdzisz, że teraz czarodzieje są mądrzejsi i wiedzą, że najlepszą obroną jest atak.

Śmierć jednej z najbliższych ci osób może być tym najgorszym wspomnieniem, to byłoby logiczne. Szkoda tylko, że ty już dawno temu przestałeś kierować się logiką. Ten dzień na zawsze pozostanie dla ciebie Dniem Decyzji, momentem, który odmienił całe twoje życie. Jeszcze tego samego wieczoru skontaktowałeś się z przyjacielem, który miał cię we wszystko wprowadzić. Żal i ból straty zamieniłeś w działanie. Nie żałujesz tego, prawda? W tamtym momencie byłeś z siebie dumny.

A więc to także nie to.

Godność.
Rośliście w siłę, podobnie jak wasi wrogowie. Ruch oporu nie ustawał, Zakon Feniksa, umiejętnie prowadzony przez Dumbledore?a, urządzał coraz śmielsze polowania na Śmierciożerców, a ty po raz pierwszy poczułeś, jak to jest stanowić dla kogoś zwierzynę. I tym bardziej chciałeś pokazać, że nadal możesz być łowcą. Wielu potężnych czarodziejów nie uginało się przed potęgą Czarnego Pana. Głupcy, do których zaliczaliście także i nas ? aurorów, za sprzeciw często płacili własnym życiem. Nazwisko McKinnonów coraz częściej pojawiało się jako przykład tych, których należy jeszcze ukarać. Wypowiadano je z nienawiścią, ale też pewnym strachem. Z nimi nie będzie łatwo, szeptaliście między sobą. Starannie zaplanowaliście atak. Ciemna, bezksiężycowa noc wydawała się wręcz idealna.
? Są sami. ? Czarodziej wysłany wcześniej na zwiady relacjonował swoje spostrzeżenia. ? Ale dom jest porządnie chroniony. Bariery są rozciągnięte na budynek oraz przyległy ogród i nie przepuszczają nikogo, kto nie zostanie zaproszony przez właścicieli. Kominek także zablokowali, zapewne tylko kilka zaufanych osób ma do niego dostęp.
W swojej pysze nie wahaliście się zaatakować i rzeczywiście po pół godzinnym wysiłku udało się wam przełamać zabezpieczenia i wejść do środka. Tylko że klęska potrafi przybierać różnorodne kształty? Tym razem był to kot śpiący spokojnie na dywaniku pod drzwiami. Nadepnąłeś mu na ogon, więc zerwał się z głośnym piskiem. Jeden dźwięk, który ucichł zaraz po tym, jak kopnąłeś wydające go zwierzę i posłałeś kruche ciałko na najbliższą ścianę, jednak to wystarczyło, by domownicy się obudzili. I o cichym morderstwie i szybkiej ucieczce nie było już mowy. Ta bitwa należała do najtrudniejszych, bo wszystko co mówiono o potędze McKinnonów okazało się prawdą. Jednak nie na darmo było was tak wielu ? dobrze wyszkolonych i bezwzględnych.

? To nic ci nie da? Możesz zabić nas wszystkich, ale zawsze znajdzie się ktoś nowy, kto nadal będzie walczył. To się nie skończy, nieważne ilu dokonacie morderstw.
Pulchna kobieta w średnim wieku patrzyła na ciebie hardo, pomimo krwi spływającej jej z kącika ust. Nie bała się. Kilka metrów dalej, na podłodze, leżały zwłoki jej męża. Żałowałeś, że wykończyłeś go tak szybko, tracąc jedyny sposób na wywołanie w niej emocji. Jednak McKinnon naprawdę dał ci się we znaki, jego klątwy były zbyt celne, musiałeś to skończyć, gdy tylko mogłeś. Ale teraz? Teraz ta twarz bez cienia strachu wydawała się nie do zniesienia. Złamać? Jedyna myśl, która krążyła ci po głowie, kiedy pozostali Śmierciożercy krzyczeli, byś się pospieszył, to przemożne pragnienie ujrzenia jej upokorzonej, zbolałej, naprawdę pokonanej. Inaczej triumf nie byłby pełen. Rzuciłeś więc zaklęcie, potem następne i kolejne. Krzyczała, po jej policzkach spływały łzy wywołane bólem, ale spojrzenie ciągle nie traciło blasku. Za to ty traciłeś panowanie nad sobą. Wiesz na czym polega różnica między wami? Marlena McKinnon* naprawdę była wielką czarownicą, w przeciwieństwie do ciebie, jej siła nie była tylko pozorna. Potrafiła zaakceptować śmierć. Wiedziała, że jeśli boisz się śmierci i trzymasz się kurczowo życia, to możesz tylko patrzeć jak demony ci je wyrywają, ale jeśli pogodzisz się ze śmiercią, to demony stają się aniołami, które uwolnią cię od życia na ziemi.** I ty byłeś dla niej takim demonem i aniołem w jednym. Jej godność w umieraniu przerażała cię, nadal przeraża, gdy tylko przypomnisz sobie tamtą noc. Owszem, w końcu rzuciłeś zaklęcie uśmiercające, jednak ta akcja okazała się dla ciebie ostateczną porażką. Czy tak trudno było przewidzieć, że na pomoc McKinnonom ruszy całe Biuro Aurorów wspomagane przez Zakon Feniksa?
? Travers! Ani drgnij, chyba że chcesz oberwać Avadą. Odłóż różdżkę.
Mój szef ledwo nad sobą panował, celując ci w plecy. Miał ochotę to zrobić, wiem, że miał, ale na szczęście jest bardzo opanowanym człowiekiem. Chociaż myślę, że i tak nikt by go nie winił.

W ten sposób znalazłeś się tutaj, po to, byśmy czytali w twym umyśle, jak w otwartej książce. Zdumiewające, że właśnie wspomnienie bystrego, pozbawionego strachu spojrzenia Marleny, będzie dla ciebie tym ostatnim, które pozostawią po sobie dementorzy. To, że do końca się nie ugięła, nadal stanowi dla ciebie zagadkę, prawda? W końcu ty sam cały czas składałeś pokłony, byłeś sługą i miałeś Pana. Nie wiesz, co znaczy prawdziwa godność.

*Marlena McKinnon została zamordowana przez Traversa wraz z całą rodziną w lipcu 1981r. Przelotnie wspomniana w pierwszym tomie przez Hagrida opowiadającego Harry?emu o Sami-Wiecie-Kim oraz w tomie piątym przy opisie fotografii z pierwszymi członkami Zakonu Feniksa.
**Ludwig Erhard (sentencja minimalnie zmieniona na potrzeby tekstu)

Tekst C

"Takie noce"
małe, parszywe bydle

(grudzień 1981)
Nad Londynem zapada jedna z tych dziwnych nocy, podczas których niebo jest czarne jak słoma.
Księżyc jest tylko rogalikiem i jest tak blady, że go prawie nie ma, gwiazdy pościerano gumką i jest tylko to niebo - zero źródła światła, Alecto ślizga się na starych liściach, a w oczy siąpi jej lodowaty deszcz.
Na głównych ulicach trwa wigilijna noc - w oknach widać blaski choinkowych lampek a z radioodbiorników sączą się ckliwe tony kolęd. Wystarczy jednak skręcić w lewo, w jeden z zaułków, aby poczuć gryzący swąd dymu i pogrążyć się w ciemności.
Kot prycha na widok kobiety. Szelest jej peleryny może go drażnić, woń niedokładnie zmytej krwi z rąk wwiercać się we wrażliwe, kocie nozdrza, a miękkie plaśnięcia butów doprowadzać do białej gorączki. Jestem tu panem - zdaje się mówić, najeżając się - to moje terytorium. Moje, tak?! Zwierzę usztywnia łapy, cofa się w cień, a w mroku błyszczą tylko jego zielone oczy.
Różdżka tnie powietrze, a kot pada martwy.
- Mały bydle - syczy Alecto, wyginając wargi. Nieruchome, butelkowozielone oczy zdają się patrzeć na nią z odrazą, a futerko pokrywa się cienką warstwą szronu. - Małe, parszywe bydle - powtarza, a jej głos zdaje się wibrować pośród brudnych ścian.
Otula się ciaśniej peleryną, chucha na skostniałe dłonie i opiera się jedną z nich. Smoliste niebo wydaje się być bardzo blisko, być może styka się z dachem tamtego wysokiego budynku wysuniętego na zachód. Alecto przymyka oczy, czując ostre, mroźne powietrze.
Kiedyś ktoś opowiadał jej o takich nocach - przesyconych czarną magią. Wtedy niebo czernieje aż do bólu, znikają gwiazdy, rozmywa się księżyc a blada smuga Drogi Mlecznej odpływa we wszechświat. Jest tylko czerń, która, zdaje się, może pochłonąć wszystko - i domy, i kościoły, i wszystkie brudne szlamy, a nawet wielkich czarodziejów. Bo smoliste niebo jest tylko o krok, jeden malutki ruch wprzód, żeby móc otworzyć usta, dobrze pogryźć i pochłonąć świat w całości.
Alecto boi się takich nocy. Boi się, chociaż nie powinna, śmierciożercy wznoszą wtedy różdżki w górę, z łatwością ciskają zaklęciami, wystarcza tylko smagnięcie różdżką, zero woli, zero skupienia, bo czarna magia aż iskrzy w powietrzu. Czarny Pan ma w takie noce głośny śmiech, taki głęboki, mocny, złowróżbny, oczy przemieniają się w szparki, a usta są wargami węża.
A Alecto boi się, zaciska palce na różdżce bojaźliwie, kurczowo, stopy stawia uważnie, żeby nikt nie zobaczył jak jej drżą. Jest przerażona, ponieważ w takie noce zmysły są naostrzone, działają szybko, sprawnie - Alecto czuje wonie tego zaułka; kocie odchody, kurz i rozlana wódka wsiąkająca w ziemię; ale czuje też zapach gruszek. Słodki pośród tego całego ohydztwa, wdzierający się w nozdrza i dający metaliczny posmak na języku. Alecto drży zawsze, kiedy go poczuje, a gdyby Czarny Pan to zobaczył, spojrzałby swoimi czerwonymi ślepiami w jej brązowe, przerażone i przechylił głowę w bok, przypatrując się jej z zaciekawieniem. A kobieta zacisnęłaby palce na różdżce, której i tak nie mogłaby użyć.
W oknie naprzeciw miga światło świec i Alecto rozgląda się przerażona.
Wtedy orientuje się, że Czarnego Pana już nie ma i odczuwa jednocześnie rozpacz i ulgę. Uczucia przebiegają po jej rękach niczym wiązki żywej magii i kobieta drży ponownie.
Idzie powoli, uważa żeby się nie poślizgnąć i nie upaść na zmarzniętą ziemię. Wodzi palcami po ścianie, czując jak ociera sobie delikatną skórę. Odrzuca czarne włosy na ramiona. Zwierzęcy pisk, dobiegający zewsząd, kojarzy jej się z barwą głosu Bellatriks Black.
Widzi jej twarz w tafli lodu - ciężkie powieki, gęste włosy, szyderczy uśmiech, różdżka ciska strumieniami świateł, usta otwierają się szeroko i wydobywa się z nich ostry, gardłowy śmiech.
- Och, pani Alusia? - syknęła kiedyś Bella, a okiennice stukały o ściany. - Znów spieprzyła pani zadanie?
Wcale nie - chciała powiedzieć Alecto, ale to wyszłoby zbyt dziecinnie, słowa zabrzmiałyby piskliwie, a wargi mogłyby wygiąć się w podkówkę. I już różdżka cięła powietrze, już Alecto rozpadała się na kawałki, jej różdżka turlała się po podłodze, już śmiech dźwięczał w uszach i...
I właśnie ta Bella, ta wariatka dała się zamknąć w Azkabanie.
Wszyscy powinniśmy tak zrobić - myśli czasem Alecto, kiedy niebo czernieje na zachodzie - I Malfoy, i Nott, i Crabbe, i wszyscy inni, którzy wpełzli pod ochronne skrzydła kłamstwa.
- Klątwa Imperius - mówi pewnie Lucjusz Malfoy, głos mu nie drży, oczy patrzą w oczy rozmówcy i nie ma żadnych, absolutnie żadnych podstaw do Veritaserum, ależ Lucjusz jest perfekcyjnym kłamcą. - Oczywiście stosownie zadośćuczynię za wyrządzone przeze mnie krzywdy - dopowiada jeszcze, a przesłuchujący już słyszy w uszach brzęk złota, czuje zapach... Jaka, kurwa, klątwa Imperius? - chciałaby wykrzyczeć Alecto, ale sama nigdy nie będzie miała okazji, bo nawet nie stanie przez urzędnikiem Ministerstwa Magii.
Boi się Azkabanu.
Azkaban oznacza dementorów, a dementorzy oznaczają złe wspomnienia, a złe wspomnienia oznaczają starą, londyńską kamienicę, w której akustyka wzmaga dźwięk krzyków. Koszmary to jej brat, bijący ją po twarzy - jesteś tylko małą, głupią suką, która nie wie, co to czarna magia - i jeszcze raz, i jeszcze. Braciszku kochany, co przychodziłeś kiedyś i gładziłeś mnie po plecach, którego kocham najbardziej na świecie, czy możesz iść do diabła?
Alecto bierze głęboki oddech, już trzyma rękę na klamce, ale przed wejściem jeszcze raz zerka w niebo - czarne, zaiste bardzo czarne, może teraz poprzetykane iskrami z różdżek głupców, którzy ze szczęścia wznoszą ręce do nieba, ale Czarny Pan nie zginął, skoro niebo nie pobielało.
W mózgu bucha jej przez chwilę świadomość własnej potęgi, różdżka drży w kieszeni, a niebo przybiera barwę brudnego złota.
Drzwi obskurnego, mugolskiego baru otwierają się z obrzydliwym chrzęstem.
Czasem Alecto myśli, że ma w sobie coś z Lucjusza - to zamiłowanie do luksusu, odrazę do brudu, do zakurzonych uliczek i pełnych smug kieliszków pełnych wina. Mogłaby być królową w czerwonej sukience, może nawet czerwonej od krwi, siedzieć na tronie i wydawać rozkazy. Mogłaby, ale nigdy tak się nie stanie.
- Whisky - mówi, siadając na okrągłym krześle. Stół barowy klei się i pozostawia brudne ślady na jej czarnych rękawach.
Sącząc alkohol, błądzi wzrokiem po brzydkim barmanie, kiczowatych obrazach na ścianie i butelkach pełnych wina.
- Jeszcze raz podwójnie - mówi obcy głos, a Alecto nieruchomieje na swoim stołku. W kieszeni zaciska palce lewej dłoni na gładkim drewnie i odwraca się powoli. W głowie już jej trochę szumi, obrazy są mniej wyraźne, oczy się kleją, a gardło pali.
Facet jest na tyle nijaki, że Alecto mogłaby go nie poznać za godzinę. Przechyla głowę na bok, nieświadomie imitując Voldemorta, i mruży wargi. Mężczyzna uśmiecha się kącikiem warg.
Śmierdzi potem, wódką i starym mięsem.
Uśmiecha się lubieżnie, a ona mogłaby uderzyć go w twarz.
Ale tego nie robi.

(czerwiec 1995)
Stoi naga przed wielkim lustrem w łazience - po skórze spływają jej wielkie krople lodowatej wody, a kłęby pary osiadają na suficie - kiedy po raz pierwszy od czternastu lat pali ją lewe przedramię.
Wiele razy wyobrażała sobie ten ból; kiwając się na kamiennych schodkach, obserwując smętny rogalik księżyca czy pochłaniając gruszki z okolicznych lasów. Czuła ogień na ręce, który palił jej skórę, pełzł z krwią do mózgu i kazał wracać. Amycus często znajdował ją w konwulsjach, zlizującą krew z opuszek palców.
Niech on wreszcie zapłonie! - błagała w myślach, wyrywając się bratu. Słońce ironicznie paliło jej skórę, a znak błyszczał w świetle - bledszy, ledwie widoczny, brzydki.
Podczas pełni księżyca narastało w niej coś groźnego, wilkołaczego, kładła się w szczerym polu, kłosy kuły ją w odsłonięte ramiona, i wycinała maleńkim nożykiem Mroczny Znak. Kropelki krwi zbierały się wokół rany, a ona z sykiem cięła wciąż, głębiej, mocniej, do żywego mięsa, aż księżyc znikał za horyzontem, gwiazdy bledły i robiło się całkiem ciemno. Kiedy nad osadą wschodziło słońce, skóra była jasna i nienaruszona, a Mroczny Znak zdawał się uśmiechać - bezczelny, nie do zniszczenia.
Ogień na skórze oznaczał wolność, koniec raju który stał się więzieniem, koniec spacerów po lesie, który nie ma końca, powrót do domu - do Anglii. Kiedy Alecto myślała o Anglii, czuła zapach świeżych bananów i krwi.
Ból biegnie po skórze - dużo mocniejszy niż podczas jej napadów, bo taki ból jest nie do wyobrażenia. Pulsuje przez ramiona, Alecto ugina kolana i upada na mokre kafelki. Trzęsie się konwulsyjnie, a nad ich drewnianym domkiem zapada noc - ciemniejsza i bardziej głęboka niż kiedykolwiek wcześniej, bo Voldemort wyrwał się z nicości. Kobieta obserwuje Znak, który czernieje, nabrzmiewa i z bólu nie może się ruszyć. Pierwsze krople deszczu stukają o szyby, kiedy Amycus głośno krzyczy.
Alecto wstaje, walcząc z bólem, i śmieje się głośno, jak nigdy wcześniej. Wybiega z łazienki, za nią biegną kłęby pary i przez moment kobieta widzi małego Amycusa wyskakującego z balii. Jego małe stópki zostawiają słodkie ślady na drewnianych panelach.
Kobieta skacze po schodach, czując się trochę jak mała dziewczynka i nie wiedząc nawet dlaczego. Dom pachnie intensywniej - Alecto wyczuwa zapach liści herbaty, gorącego polana i letniego deszczu. Sięga do szafy, przy akompaniamencie jęków brata i wyjmuje dwie czarne szaty. Zbiega ze schodów, ledwie dotykając stopni i klęka przy Amycusie.
- Braciszku - szepcze, a on patrzy na nią nieprzytomnie. - Pan wrócił, rozumiesz? Nie będę już szczurem.
Przez chwilę mierzą się wzrokiem, a znak pulsuje na ich przedramionach. W końcu Amycus uśmiecha się. Alecto wtóruje mu obłąkańczym rozciągnięciem warg.
- I znowu będziesz zabijać.
Już się nie śmieją.
To taka noc, podczas której nie powinno się śmiać.
Kiedy już stoją wraz zresztą wokół idealnie okrągłego koła, a Czarny Pan ich ignoruje, Alecto ma ochotę wyć do księżyca. Trochę jak wilkołak.

(listopad 1997)
- A ile mugolskiej krwi płynie w tobie i twoim bracie?! - Słowa tną powietrze, a Alecto odwraca się w ułamku sekundy.
To ten Longbotomm - myśli, mrużąc oczy - ten pucułowaty, gruby, ohydny, głupi... Szybko kończą jej się inwektywy, a palce zaciskają na różdżce.
Chłopak patrzy na nią bez lęku, niemal z zainteresowaniem, głowę ma wychyloną do przodu, jakby analizował każdą jej emocję. Nogi mu nie drżą - stoją prosto i pewnie, plecy nie są zgarbione, a ręce wiszą luźno, ale z typową dla nastolatków nonszalancją. A za nim - cały tłum - oczy wlepione w nią, te dziecięce, uważne, pełne kpiny.
I Alecto myśli, że minęła już wieczność, odkąd to pytanie wisi w powietrzu. Że wszyscy już wiedzą, że w jej oczach odbija się widmo jej ojca, że Longbotomm już wie, że trafił w czuły punkt.
Mnóstwo siły wkłada w szeroki, szyderczy uśmiech i zbliża się do chłopaka, kołysząc biodrami. Jedną rękę chowa do kieszeni, żeby nikt nie ujrzał drżenia, a drugą przyciska na chwilkę do policzka. Gorąco drażni skórę na dłoni.
Ręka opada szybciej, niż Longbotomm mruga oczami, na jego twarzy odbija się zaskoczenie, a potem ból, kiedy ostre paznokcie wbijają się w policzek. Alecto czuje skórę, która wchodzi jej pod paznokcie, czuje krew spływającą jej po dłoni, słyszy jak skapuje na podłogę.
Chłopak syczy i chwyta się za krwawiący policzek.
- Koniec lekcji - szepcze Alecto, a wszyscy patrzą na nią z przerażeniem.
A kiedy drzwi zamykają się za dzieciakami, kobieta wymiotuje na podłogę. Policzki bledną, oczy puchną, Alecto targa się za włosy i wyrzuca z siebie całą treść żołądka jakby chciała być pusta w środku, bez niczego, jakby chciała być tylko sobą i niczym więcej.
Ptak uderza w okno, piszczy i upada na ziemię. Macha rozpaczliwie skrzydłami, ale główkę ma całą we krwi, a jedno skrzydło ma złamane i już nie ma siły utrzymać się w powietrzu. Spada jak kamień, a część jego piór zostaje na szybie. Córeczka moja kochana, córeczka moja najsłodsza...
-... co ma oczy jak czarne węgle rzucane do pieca - mówi bezgłośnie, a portrety na ścianach groźnie na nią patrzą.
- Ile mugolskiej krwi...? - Już miał przewagę, już wiedział, musiał zobaczyć to w jej oczach, w jej zaciśniętych dłoniach. -...płynie w tobie i w twoim bracie?!
Mogła smagnąć różdżką i cisnąć nim o ścianę, wrzasnąć: a w tobie ile, charłaku? Bella, o tak, Bella właśnie tak by zrobiła, nawet jakby była szlamą.
Alecto pochyla się, włosy plączą się między rękami i wymiotuje jeszcze raz. Czuje ostry, kwaśny smak w ustach.
- Alecto? - Od drzwi dobiega ostry głos. Kobieta go poznaje, ten tembr głosu, ta barwa, to musi być Amycus.
Rzeczywiście, zza drzwi wychyla się jego czupryna poprzetykana siwizną. Brat przygląda jej się, marszcząc brwi jak ojciec.
I może widzi w niej tę małą, zapomnianą dziewczynkę o zakrwawionych warkoczykach i w brudnej koszuli nocnej, a może teraz jej włosy są we krwi, a może usłyszał jak ptak pisnął, uderzając w okno
Deszcz stuka o szyby - jak zawsze nieznośnie, tak cholernie jednostajnie, choć z pasją - kiedy Amycus ją obejmuje.

Severus Snape wspina się po schodach.
Nogi stawia równo, buty głucho stukają o kamień, dłoń ślizga się po metalowej obręczy.
To był fatalny dzień: ta mała Weasley znowu zasłużyła na Cruciatus, a potem patrzyła na niego błagalnymi oczyma. Jej włosy zdawały się być mniej ogniste niż zazwyczaj; takie przesuszone, wypłowiałe, a skóra bledsza.
- Co, Severusie? - zapytała Alecto Carrow, cmokając ustami (jej usta zawsze są takie ohydne - nabrzmiałe i pomalowane na ognistą czerwień). W jej głosie brzmiała ironia, głowa przechylała się nieco na bok, a ciemne włosy nabrały głębszej barwy, trochę tak jak u metarfomaga. - Nie potrafisz rzucić marnego cruciatusa na tę biedną, małą, zepsutą zdrajczynię krwi?
I wtedy wszystkie oczy odwróciły się w jego stronę: wyłupiaste i olbrzymie, jak te Luny Lovegood, czy piwne i uważne, jak Ginewry Weasley. A wtedy...
Nucenie na szczycie Wieży Astronomicznej przybiera na sile - jest już trochę jak melodia pijanej uczennicy, głośna, odpychająca, a jednocześnie miękka i na swój sposób piękna. Małe palce nastolatki muszą prześlizgiwać się po barierce, oczy zwrócone są na księżyc - okrągły i błyszczący - a nogi plączące się nieporadnie. Może ma długie, rude włosy: stop!
Ręka naciska klamkę, metal drażni spoconą skórę, na zatęchły korytarz wpływa świeże, nocne powietrze.
Severus przez chwilę stoi w bezruchu, drzwi lekko skrzypią, a Alecto Carrow zdaje się nie zwracać na niego uwagi: tańczy. Włosy ma czarne i gęste, usta bez śladu szminki, oczy szeroko otwarte, a twarz bez wyrazu. W ręku ściska nadtłuczony kieliszek z pękniętą ścianką, pojedyncze krople wina spływają po nóżce, przypominając krew.
- Och, Severus! - piszczy Alecto, a mężczyzna ma dziecinną ochotę zatkać uszy, odwrócić się i biec po schodach na sam dół, słysząc jak stopy głucho uderzają o kamień.
Czarownica uśmiecha się szeroko, trochę pijacko, a trochę prawdziwie - z mdłym świetle księżyca nie widać zębów, wnętrze jej ust jest całkiem czarne. Severus skina głową i cofa się na korytarz. Uśmiech Alecto spełza jak odorosok.
- Nie - Słowo brzmi głucho w ciszy nocy.
Alecto patrzy na niego błagalnie, płaczliwie, kieliszek drży w jej dłoni, a wino z przewróconej butelki moczy jej bose stopy.
Przez chwilę Snape delektuje się widokiem wraku człowieka, ale potem uderza go pewna myśl: po raz pierwszy widzi ją prawdziwą, nie pozującą na Bellatriks, czy kogoś tam jeszcze. Patrzy w księżyc.
- Nie, Severusie - szepcze. - Mam urodziny. Napijesz się ze mną.
Mężczyzna ma ochotę wyśmiać jej słowa, ale wzrok sam kieruje się ku czerwieni wina. Podchodzi powoli i zabiera kieliszek z jej rąk. Być może przecina jej skórę.
Upija łyk i upuszcza szkło na ziemię: odłamki ranią jej stopy, ale ona nie krzyczy, nie drży - patrzy tylko na niego, bawiąc się czarnymi włosami. Musi być kompletnie pijana.
- Kiedy się boję, czuje zapach gruszek.
Severus mógłby ją zrzucić z Wieży Astronomicznej - byłoby o jednego śmierciożercę mniej - ale coś mu na to nie pozwala.

(maj 1998)
Kiedy Czarny Pan umiera, Alecto wciąż wydaje się, że jest owinięta raniącą siecią.
Patrzy jak wszystko się zatrzymuje, nieprzytomnie rozcierając sobie zdrętwiałe dłonie - Potter trzyma rękę w górze, a na twarzy przewija mu się błysk zrozumienia, ten Potter, którego widziała przywiązanego do nagrobka: małego, bezbronnego, kwilącego przez zakrwawione ramię. Zwłoki Bellatriks Black leżą pod jej stopami i mogłaby podeptać jej twarz, usta, włosy, ale tego nie robi. Rozciera sobie skórę na rękach - suchą, zaczerwienioną i jeszcze nie dociera do niej, że musi uciekać.
Kiedy Czarny Pan umiera, słońce pojawia się na linii lasu: to tylko bladoróżowe pasmo, ale przyciąga wzrok Alecto rozciągając się nad szczytem drzew. Wszystkie oczy kierują się w tamtym kierunku, bo na chwilę czas się zatrzymuje i można stać i gapić się na wschód słońca.
Kiedy Czarny Pan umiera, do Alecto nie dociera, że wszystko się dla niej skończyło: jeszcze czuje popiół czarnej magii na dłoniach, jeszcze widzi błysk czerni na lewo, ale to już koniec, koniec. Porusza się, uchyla przed pierwszym zaklęciem, a wtedy Wielką Salę obiega wrzask radości: echo kroi jej bębenki na małe kawałeczki.
A może to nie tak?
Mechanicznie podwija rękaw szaty i ukazuje się...
Mroczny Znak pali ją w ramię - brzydki, z trupią czaszką i krwawą pręgą odbitą na jej białej skórze. Jest tylko małą dziewczynką, tak, małą dziewczynką, ma tylko siedemnaście lat i czasem chciałaby się wycofać, a wtedy w jej oczach błyszczy złoto, czego nie widać, ale można odczytać Legilimencją.
Wieje silny, zachodni wiatr i targa jej włosy, włosy zawsze miała ładne - długie, czarne, gładkie, ktoś mógłby powiedzieć; aksamitne, ale zawsze wszyscy milczą. Wzgórze jest rzadko porośnięte jasną trawą, kamienie staczają się na dół - raz, dwa, stuk i brzdęk. Alecto nie może nawet zadrżeć, choć bardzo by chciała.
Przed nią stoi mała dziewczynka - jeszcze mniejsza od niej, wytrzeszczone oczka i jasne blond włoski. Dziecko wygląda jak aniołek. Ale nie jak zwyczajny aniołek, ale jak aniołek złamany, zraniony, z warg spływają krople krwi i moczą jasną sukienkę, bielutkie buciki toną w błocie. Deszcz miesza się z krwią i łzami, a dziecku robi się gorąco ze strachu, choć nie wie, co się dzieje - jakaś pani celuje patykiem, rączki bolą, a usta są spierzchnięte.
- Do mamy - szepcze dziecko, a Czarny Pan patrzy na Alecto uważnie, szukając strachu na jej twarzy, łez, chęci ucieczki, krwi z gryzionej wargi.
Dziecko zaczyna płakać, a dziewczyna musi ją zabić.
- Avada Kedavra!- a może to zły wybór? Znowu ma podkulony ogon, potargane włosy i posiniaczoną twarz i, błagam, żeby zaklęcie zadziałało, żeby było wystarczająco silne. I uczucie lęku odpływa, już nie ma żadnych wątpliwości, bo czarna magia szumi w mózgu, gruszki barwią się czerwienią, a mała dziewczynka umiera w ciszy.
Deszcz nie przestaje padać.

- Alusia? - To była noc tak odległa, że aż nierealna. Czasem Alecto myśli, że to się nigdy nie wydarzyło.
Katie uśmiechnęła się szeroko, obciągając jasną sukienkę wzdłuż kolan. Powoli otworzyła okno, a Alecto patrzyła na nią uważnie. Na korytarz wpełzło ostre powietrze, przesycone ozonem, takie zaraz po burzy i dziewczyna zadrżała.
- Nie bój się - powiedziała wtedy Katie, stukając palcami o parapet. Księżyc na krótką chwilę oświetlił jej twarz i Alecto właśnie tak pamięta przyjaciółkę: w białej sukience, w potarganych włosach i twarzy oświetlonej księżycowym światłem. Z czasem zapominała coraz więcej szczegółów - oczy mogły być równie dobrze zielone, jak i piwne, a skóra ciemna lub jasna - ale księżyc zawsze pada we wspomnieniach na tę nieokreśloną twarz.
- Nie bój się - powtórzyła Katie szeptem, uśmiechając się. - Okien nie trzeba się bać. Tak samo jak gruszek, węży i kota.
Alecto biegnie, a wiatr tarmosi jej włosy.
Płacze: łzy spływają jej po policzkach, sól szczypie w usta, a woda moczy czarną szatę. Płacze po raz pierwszy od bardzo wielu lat, gałęzie pękają pod jej stopami, a liście szeleszczą. Biegnie, nie patrząc, i może wpaść w drzewo czy cokolwiek innego, bo łzy mglą obraz, a i tak pod powiekami widzi tylko Amycusa: z taką nienawistną miną, kiedy go zostawiła, bo tak bardzo bała się trafić do...
Azkaban oznacza dementorów, a dementorzy oznaczają złe wspomnienia, a złe wspomnienia oznaczają starą, londyńską kamienicę, w której akustyka wzmaga dźwięk krzyków. Koszmary to jej brat, bijący ją po twarzy - jesteś tylko małą, głupią suką, która nie wie, co to czarna magia - i jeszcze raz, i jeszcze. Braciszku kochany, co przychodziłeś kiedyś i gładziłeś mnie po plecach, którego kocham najbardziej na świecie, czy możesz iść do diabła?
Nie braciszku - chciałaby powiedzieć Alecto, ale już nie może - wcale nie chciałam, naprawdę.
Słońce oślepia ją, ale kobieta się nie potyka.
Z mądrości moderatorskich: Oczywiste oczywistości nie istnieją. Zrób facepalm i ruszaj dalej.
Nielusiowe tworki|Nielusiowa zupka|Niela czyta Puella bella
Akcja KDT
Obrazek
Aratanooniel
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 523
Dołączył(a): 01 maja 2009, 13:58
Lokalizacja: Rzeszów

Re: [TT]Śmierciożerca dla Matyldy

Postprzez Draconia Maleficia » 14 wrz 2010, 22:18

Tekst A

Zgodność z warunkami: 4/5
Wystąpiła burza, może nie dosłownie, ale była o niej mowa.

Pomysł: 10/10
Bardzo mi się podobał. Nie sposób nie skojarzyć bohatera tego tekstu z żołnierzem - zwykłym, szeregowym żołnierzem, "mięsem armatnim". Mało kto widzi, że owo "mięso" ma swoje życie,, marzenia, rozstrki... Piękny tekst.

Strona techniczna: 10/10
Nic nie zgrzytnęło.

Punkty dodatkowe: 5/5
Za zdanie: Jest przyjemnie tak długo, jak w myślach paruje ci kubek kakao.



Tekst B

Zgodność z warunkami: 5/5

Pomysł: 10/10
Także urzekający tekst. Pokazuje mechanizm zmiany normalnego zdawałoby się, człowieka,. w potwornego sadystę, napawającego się ludzkim bólem - i nie mającym do takiej zmiany praktycznie żadnych powodów.

Strona techniczna:10/10

Punkty dodatkowe: 5/5
Za doskonałą psychologię tekstu oraz zdanie:
Wiedziała, że jeśli boisz się śmierci i trzymasz się kurczowo życia, to możesz tylko patrzeć jak demony ci je wyrywają, ale jeśli pogodzisz się ze śmiercią, to demony stają się aniołami, które uwolnią cię od życia na ziemi.**

Tekst C

Zgodność z warunkami: 3,5/5
Tu też pojawił się motyw burzy. W dodatku była mowa o winie, a miała wystąpić whisky.

Pomysł: 10/10
Bardzo... Psychologiczny tekst. Normalnośc miesza się tu z szaleństwem. Słodycz owoców i dzieciństwa z metalicznym smakiem krwi. Krwi dziewczyny, która w wieku 17 lat musiałą popełnić swoje pierwsze orderstwo. Ile tu świadomego okrucieństwa a ile chęci udowodnienia bratu, że nie jest gorsza?

Strona techniczna: 10/10
Nie zauważyłam błędów.

Punkty dodatkowe: 5/5
Za opis "nocy czarnej magii". Niesamowity:)

Podsumowanie:
Tekst A - 29 pt
Tekst B - 30 pt
Tekst C - 28,5
Draconia Maleficia
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 386
Dołączył(a): 08 mar 2010, 00:59
Lokalizacja: Józefów

Re: [TT]Śmierciożerca dla Matyldy

Postprzez Astaraela » 24 wrz 2010, 18:54

Zgodność z warunkami turnieju:
Tekst A ? 4
Zacznijmy od tego, że na pierwszy rzut oka widać, iż ten tekst jest za krótki. Word potwierdził ? tylko trzy strony. Śmierciożercę, kota, deszcz, whisky ? stwierdzono. Była burza, której być nie powinno, ale za to Potter jako auror się nie stawił, zgodnie z życzeniem. Kanoniczność. Bezimienny Śmierciożerca, trudny do zinterpretowania na podstawie krótkich czarnych włosów jego ukochanej, przebywania w Hogwarcie, a potem też i w Azkabanie (prawdopodobnie). Kanoniczność...?

Tekst B ? 5
Wszystko, co być miało jest ? a co być nie miało, nie ma. :D

Tekst C ? 5
Tak, jak wyżej.


Pomysł:
Tekst A ? 8
Myślałam i myślałam, jak mi się pomysł opowiadania podoba i na ile punktów go wycenić. (Nie wiem, czy to jest już dokładnie to). Pomogłam sobie przy tym warunkami turnieju. Bo ogólnie źle nie jest. Bardzo fajnie jest opisany Śmierciożerca, taki szary, nie będący ani prawą ani lewą ręką, czy nawet stopą Voldemorta. Ale w kontekście tego konkretnego turnieju, nie bardzo leży mi ta praca. Oddzielnie całkiem nieźle by się sprawdziła, w tym turnieju jest tak troszkę poza kategorią.

Tekst B ? 10
Strasznie podoba mi się kompozycja tekstu ? poszczególne sceny z życia Śmierciożercy, w których szukana jest ta jedna, najgorsza. I Travers, postać, o której praktycznie nikt nie pisze (o ile pisze ? jeszcze nigdy nie trafiłam na ff o nim). I to wypaczenie uczuć! Och, miodzio praca. :)

Tekst C ? 8
Zacznę od pilnego apelu: Kotów nigdy, ale to nigdy nie można zabijać. Nawet w opowiadaniu, jasne? :P :D I niech autorka za karę na kolanach dookoła Hogwartu się przespaceruje, o! :D
Jeśli chodzi o opowiadanie. Podobało się mi, aczkolwiek podczas czytania czułam, jakby pomysł nie został dostatecznie rozwinięty. Jakby był tu zrealizowany ogólny zarys, bez wgłębiania się w szczegóły. Scenki, mimo że ciekawe, były w pewnym sensie ubogie, urwane. Widziałabym tę pracę rozwiniętą to kilkunastu stron, by zamiast zarysowanej Alecto, dostać jej pełen obraz.

Strona techniczna:
Tekst A ? 9
Większych zastrzeżeń nie mam. Są ładne zdania, ale są też lekko przekombinowane. Mignęła mi gdzieś literówka.
Spoiler: pokaż
Wciskasz nos pomiędzy kolana, starasz się poczuć jedynie ten zapach.

Czy tylko mi się to brzydko kojarzy? *udaje niewiniątko*:D


Tekst B ? 10
Nic nie zgrzytało i nie potykało się. Czytało się płynnie i przyjemnie.

Tekst C ? 9
Aj, było parę zgrzytnięć. Tu zła odmiana wyrazu, tam źle dobrane słowo, powtórzenia.

Punkty dodatkowe:
Tekst A ? 4
Za zdania perełki, a w szczególności za: ?Jesteś tylko szarym żołnierzem, rozkazują ci ludzie, którzy widzieli Pana ledwie kilka razy.?

Tekst B ? 4
Za kompozycję, za najgorsze wspomnienie i za Traversa, jako takiego, bo jest on rzadkością w ff.

Tekst C ? 4
Za noc stworzoną do czarnej magii. Za nienawiść do Bellatriks i wzorowanie się na nie.

RAZEM:
TEKST A ? 25
TEKST B ? 29
TEKST C ? 26
Avatar użytkownika
Astaraela
Antyczny Władca Czasu
Antyczny Władca Czasu
 
Posty: 146
Dołączył(a): 31 maja 2008, 11:40
Lokalizacja: Warszawa

Re: [TT]Śmierciożerca dla Matyldy

Postprzez Luelle » 26 wrz 2010, 20:53

Zgodność z warunkami turnieju(0-5):
Tekst A - 3,5 pkt - Tekst jest za krótki (3 strony), była burza (dwa razy wspomniana), której być nie powinno i jak dla mnie nie można mówić o kanoniczności, jeżeli nie wiadomo kim jest główny bohater. Reszta jest taka jak być powinna.
Tekst B - 5 pkt - Wszystko jest.
Tekst C - 4,5 pkt - Była burza.

Pomysł (0-10):
Tekst A - 9 pkt - Bardzo podobał mi się pomysł na ten tekst i jego ogólna forma. Wtrącenia wspomnień dodają smaczku. Na plus jest tutaj także spojrzenie na śmierciożercę, całkowicie odmienne od tego, co spotykałam do tej pory. W końcu sługi Czarnego pana to nie tylko Krąg i jego najbliżsi współpracownicy.
Tekst B - 10 pkt - Naprawdę dobry tekst. Wszystko jest bardzo realne, wspomnienia, etapy przemiany w "idealnego śmierciożercę". Gratuluję też wyboru bohatera, jeszcze go nie spotkałam w żadnym ff.
Tekst C - 9 pkt - Pomysł naprawdę dobry, szalona Alecto, której rzeczywistość miesza się z wspomnieniami. Szkoda tylko, że przez to "szaleństwo" w niektórych miejscach ciężko się czyta.


Strona techniczna (0 - 10):
Tekst A - 9 pkt - Kilka literówek i topornych zdań.
Tekst B - 10 pkt - Nie zauważyłam żadnych błędów.
Tekst C - 8 pkt - Sporo literówek, źle dobranych słów, powtórzenia.


Punkty dodatkowe (0 - 5):
Tekst A - 4 pkt - Za klimat i kilka naprawdę świetnych zdań.
Tekst B - 4 pkt - Za głównego bohatera, Marlenę McKinnon i całokształt.
Tekst C - 4 pkt - Za gruszki, noc stworzoną do czarnej magii i końcowy fragment o Azkabanie, który przewinął się jeszcze gdzieś wcześniej.


Podsumowanie:
Tekst A - 25,5 pkt
Tekst B - 29 pkt
Tekst C - 25,5 pkt

Gratuluję wszystkim uczestniczkom!
Lu
"Skrwawione ręce, opalone skrzydła -
Anioł usłyszał - "Odejdź! nic nie wskórasz."
I już nie błyszczą srebrne w słońcu pióra,
Lecz czarna wstaje przeciw chmurze chmura..."
(Maria Pawlikowska - Jasnorzewska)

Lady in black ]:P
Avatar użytkownika
Luelle
Administrator
Administrator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 515
Dołączył(a): 14 mar 2008, 12:14

Re: [TT]Śmierciożerca dla Matyldy

Postprzez Binia » 27 wrz 2010, 19:58

1. Zgodność z warunkami turnieju:
Tekst A - 4/5 - burza i za krótko
Tekst B - 5/5
Tekst C - 4,5/5 - burza

2. Pomysł:
Tekst A - 8,5/10 - Bardzo spodobało mi się spojrzenie na Śmierciożercę. Nie jako na machinę do zabijania, ale jako na człowieka, który przecież żyje i ma uczucia.
Tekst B - 10/10 Tak, troszkę przypomina mi ten tekst, takie spojrzenie psychologiczne. Opisane jest jak sie zmienia zachowanie i myślenie Śmierciożercy w kolejnych etapach. Jest to takie, stopniowe i naturalne, że wręcz wydaje się możliwe.
Tekst C - 8/10 - postać Alecto jest według mnie niedokończona, tak jakby była tylko w połowie postacią, a szkoda,

3. Strona techniczna:
Tekst A - 9,5/10 - kilka literówek
Tekst B - 10/10 gdyby nie tematyka to można by powiedzieć: lekko, płynnie i przyjemnie a tak to zostają dwa ostatnie
Tekst C - 8,5/10 - kilka zdań, było troszkę ciężkich, jak chodziło o szaleństwo Alecto

4. Punkty dodatkowe:
Tekst A - 4,5/5 - za tych kilka wyjątkowych zdań
Tekst B - 4,5/5 - za głównego bohatera i nic więcej nie trzeba mówić
Tekst C - 4,5/5 - za noc i jej czarną magię

Podsumowując:
Tekst A - 26,5
Tekst B - 29,5
Tekst C - 25,5

Gratuluję wszystkim uczestniczką, za tak wspaniałe teksty i życzę Weny do dalszych!
Avatar użytkownika
Binia
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 638
Dołączył(a): 02 lip 2009, 20:40
Lokalizacja: Poznań

Re: [TT]Śmierciożerca dla Matyldy

Postprzez Aratanooniel » 27 wrz 2010, 20:04

Rozstrzygnięcie pojedynku:
Tekst A - 106 - Aratanooniel
Tekst B - 117,5 - deedee
Tekst C - 105,5 - Matylda

Gratulujemy i życzymy Weny!
Z mądrości moderatorskich: Oczywiste oczywistości nie istnieją. Zrób facepalm i ruszaj dalej.
Nielusiowe tworki|Nielusiowa zupka|Niela czyta Puella bella
Akcja KDT
Obrazek
Aratanooniel
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 523
Dołączył(a): 01 maja 2009, 13:58
Lokalizacja: Rzeszów


Powrót do Bitwy - Harry Potter

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron