Morrrdercze wyzwanie

Bitwy zamknięte.

Moderatorzy: Puchacz, Aratanooniel

Morrrdercze wyzwanie

Postprzez Aratanooniel » 25 wrz 2012, 19:41

Kto: Dream Slayer, Fantasmagoria., Wolfiak, shantipriya, Rigeric, Satanachia.
Fandom: Brak. Tekst ma być własny.
Temat: Seryjny morderca
Gatunek: (do wyboru) kryminał/horror
Długość: minimum 3 strony TNM (Times New Roman) rozm. 12
Termin daty pojedynku: 25.09.2012
Z mądrości moderatorskich: Oczywiste oczywistości nie istnieją. Zrób facepalm i ruszaj dalej.
Nielusiowe tworki|Nielusiowa zupka|Niela czyta Puella bella
Akcja KDT
Obrazek
Aratanooniel
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 523
Dołączył(a): 01 maja 2009, 13:58
Lokalizacja: Rzeszów

Re: Morrrdercze wyzwanie

Postprzez Aratanooniel » 25 wrz 2012, 20:01

Tekst A


Kiedy w końcu udało mi się obudzić, dookoła mnie panowała ciemność. Nie wiedziałam, gdzie jestem. Wirowało mi w głowie i czułam, że zbiera mi się na wymioty. Próbowałam oddychać równo i głęboko, by opanować mdłości i szalejące serce, ale mi się nie udało. Wymiociny podbijły mi do gardła prawie natychmiast po tym, jak próbowałam usiąść. Zapach pomieszczenia stał się jeszcze gorszy. Byłam zmęczona, wystraszona i wychłodzona - i choć zdawałam sobie sprawę, że sen w takim momencie może kosztować mnie życie, uznałam, że nie mam w zasadzie nic do stracenia.
Nie wiedziałam ile czasu upłynęło do momentu, kiedy znów odzyskałam przytomność. Czułam się tak samo paskudnie, jak poprzednio i ponownie zwymiotowałam. Tym razem udało mi się zwalczyć senność. Znów próbowałam metody głębokich oddechów - tym razem z powodzeniem.
Opierałam się o lodowatą, ceglaną ścianę, myśląc o tym, jak bardzo będę mieć chore nerki po tym, jak już się stąd wydostanę. Bo przecież to jasne, że uda mi się uciec. Prawda?...
Gdy moje oczy w końcu przywykły do ciemności i udało mi się stwierdzić, że jestem zamknięta w piwnicy starego budynku lub w bunkrze. Nasłuchiwałam dźwięków dochodzących z zewnątrz - słyszałam śpiew ptaków, bardzo donośny. Brak warkotu silników ani jadących pociągów. Pozostawiało mi to dwie możliwości - las, albo bardzo zapuszczony park na granicy miasta.
Wstałam na chwiejnych, rozedrganych nogach. Bolały mnie mięśnie i stawy. To z kolei sugerowało, że spędziłam w tej pozycji bardzo dużo czasu. Zdrętwiałe nogi ugięły się pode mną. To straszne uczucie. Aż zaczynałam się zastanawiać, czy kompletnie nie zsiniały i nie nadają się już do niczego więcej, tylko do amputacji i wtedy zostanę tam na zawsze.
Powoli ogarniała mnie panika, kiedy po kilku minutach drętwienie nadal nie ustąpiło. Jednak ja się nie poddawała,. Zaczęłam się modlić i nagle sprawność znów powróciła do moich kończyn.
Pomieszczenie, w którym mnie zamknięto miało tylko jedno okno - a raczej jeden mały, zakratowany otwór, znajdujący się prawie pod sufitem. Wiedziałam, że jest wysoko i prawdopodobnie go nie dosięgnę, ale mimo wszystko próbowałam. Wzięłam rozbieg i spróbowałam wspiąć się po ścianie, jednakże okienko jest stanowczo za wysoko, abym mogła się do niego dostać.
Po jakiś dwóch godzinach bezsensownej walki, w końcu się poddałam i zaczynam szukać innego wyjścia.
Podeszłam do ciężkich, drewnianych drzwi. W ciemności mogłam jedynie stwierdzić, że drewno jest dość stare i spróchniałe. Dotknęłam ich, by się upewnić. Moja dłoń spotykała też mocno zardzewiałe, stalowe zawiasy. Po prawej stronie, moja ręka natknęła się na starą klamkę, podobną do tej, którą moja babcia miała w piwnicy.
Dzięki wieloletniej wprawie w rozprawianiu się z zamkami wszelkiej maści, potrafiłam stwierdzić ile zamknięć i jakiego typu użyto do zamknięcia drzwi. (Zawsze miałam dziwną tendencję do bawienia się we włamywaczkę i do dnia dzisiejszego mi to zostało). Chwyciłam mocno za klamkę i mocno szarpnęłam. Drzwi uchyliło się lekko i poczułam opór gdzieś z okolic pod klamką. A więc pojedyncza kłódka. Na wszelki wypadek szarpnęłam jeszcze kilka razy, aby się upewnić.
Dość długo zajęło mi szukanie słabego punktu drzwi. Były bardzo ciężkie. Wiedziałam, że jeden ze słabych punktów leży na wysokości mojej głowy, a więc poza moimi możliwościami kopania. Pracowicie szukałam kolejnego i udało mi się, chociaż nie był tak dobry, jak poprzedni.
Chwalcie niebiosa tego, kto wymyślił glany. To moje ukochane buty, a nagle stały się mi jeszcze droższe. Bo wielokrotnym impakcie z ciężkim drewnem, były w dość nie najlepszym stanie, ale zwyciężyły z parszywymi drzwiami.
Powitał mnie korytarz oświetlony świecami. Małe kandelabry były przytwierdzone do ścian. W zasadzie zwrot ?oświetlony świecami? to mocna przesada - większość świec już dawno się wypaliła i były tylko rozjaśnione płaty w różnej odległości.
Próbowałam wydedukować, w którą stronę mam iść. Logika podpowiadała, że tam, gdzie płomyczki dochodzą głębiej. Dla świętego spokoju jednak, poszłam sprawdzić ?krótszą? stronę.
Trzęsłam się na całym ciele i próbowałam nie popaść w hiperwentylację. Szłam tak cicho, że aż nie mogłam uwierzyć, że potrafię się tak dobrze skradać. Chwyciłam jedną z mniej wypalonych świec i ruszyłam przed siebie, modląc się, by nikt nagle nie wyskoczył. Szukałam też jakiegoś rodzaju broni - pręta, deski, o czymś lepszym nie wspominając. Na razie jednak byłam zdana tylko na swoje ręce i nogi, nadal obciążone narkotykiem i stresem.
Na końcu korytarza czekała mnie pusta ściana. Po obu stronach korytarza widziałam co najmniej 8 par drzwi, ale zza żadnych nie wydobył się żaden dźwięk. Zastanawiałam się czy lepsza jest cisza, czy jakakolwiek oznaka życia.
Zawróciłam się i już nieco śmielej podążyłam w przeciwną stronę.
Nie wiem czy to była kwestia lęku, czy ten korytarz faktycznie był ogromny, bo wydawał się nie mieć końca. Szlam wciąż przed siebie, szukając wyjścia.
Nagle zza drzwi jednego z pomieszczeń dobiegł mnie szloch. Zbliżyłam się do drzwi. Przez szparę między deskami widziałam oko więźnia. Mówił coś do mnie, ale nie byłam w stanie zrozumieć jego języka. Brzmiał podobnie do hiszpańskiego, ale głową ręczyć nie mogłam.
- Szzzz! - uciszyłam go, kładąc palec na ustach. Próbowałam wydobyć z siebie jakiekolwiek słowa i przypomnieć najprostsze zwroty po angielsku, lecz nagle wydawały mi się być bardzo odległe w mojej pamięci. - Mówisz po angielsku?
- Si... znaczy, zna-aczy tak. - odezwał się cichy, przerażony głos. - Pomóż mi... Ja. Ja nie chcę. Umierać.
- Nie umrzesz. Obiecuję. Postaram się ci pomóc, dobrze? - mówiłam bardzo starannie, by mnie zrozumiał. - Nie mogę cię wydostać, ale ucieknę i sprowadzę pomoc.
- Nie! - zawył. - Nie zostawiaj mnie tu!
Patrząc na jego rozpacz, czułam jak serce rozdziera mi się na kawałeczki.
- Musisz mi zaufać. To nasza jedyna szansa. - powiedziałam, próbując go uspokoić. - Jak się nazywasz?
- M-Marcus. Nazywam się Marcus. A ty?
- Angela.
- Angela... Anioł. - zaśmiał się, jakby moje imię przyniosło mu odrobinę nadziei. - Aniele, czy przysięgniesz na swoje imię, że mnie stąd wydostaniesz?
- Nie. Ale przysięgam na swoje imię, że zrobię wszystko, aby tak się stało.
Roześmialiśmy się. Chyba tylko i wyłącznie dlatego, że nie czuliśmy się sami.
- Muszę już iść. Wrócę po ciebie. I dopadnę tego gnoja, który nas tu zamknął.
Marcus pokiwał głową. Nagle dobiegł mnie odgłos kroków i krzyk więźnia.
- Angela, uważaj!
Odwróciłam się, ale nie zdążyłam przyjrzeć napastnikowi. Znów ogarnęła mnie ciemność.

***

Z ciemności wyciągnął mnie straszny ból głowy. Potem zaczęły mnie dobiegać czyjeś krzyki. Chyba to był chłopiec. Tak, z pewnością chłopiec.
Ostrożnie rozchyliłam powieki w obawie, że światło jeszcze mocniej rozsierdzi niewyobrażalny ból.
Kiedy wizja zyskała na ostrości, zobaczyłam naprzeciw mnie chłopaka, być może piętnastoletniego, przywiązanego do krzesła. Łzy ciekły po jego policzkach, spływając dalej na zakrwawioną klatkę piersiową. Na rękach i nogach miał obtarcia po linie tak głębokie, że było widać mięso.
- Witaj. Cieszę się, że w końcu się obudziłaś. - odezwał się nieznany mi głos z dziwnym akcentem. Bez wątpienia należący do mężczyzny. Odwróciłam się głowę, by sprawdzić. do kogo należał.
- Wypuść nas. - zażądałam, posyłając mu mordercze spojrzenie.
- Obawiam się, że to nie jest takie łatwe... - odrzekł, siadając na fotelu obok mnie. - Nie mogę cię tak po prostu wypuścić. Czyż złodzieje nie zasługują na karę?
Poczułam, jak krew odpływa z mojej twarzy. Skąd o tym wiedział? Przecież nie mógł wiedzieć!
- T-ty jesteś... Ty jesteś Pan Kara. - wymamrotałam, nie mogąc uwierzyć. Pan Kara był powszechnie znany w mediach ze swojej chorej sprawiedliwości, stawiając ofiary przed moralnie niemożliwym wyborem. Innymi słowy wiedziałam, że mam przejebane. I to jak w ruskim czołgu. Natychmiast straciłam nadzieję, że ujdę stamtąd żywa.
- Tak. To ja. - powiedział, uśmiechając się niemalże przyjaźnie. - Widzisz... Tak, zasługujesz na karę. Ale również na możliwość odkupienia swoich win, jak każdy inny człowiek.
Nie odezwałam się. Pozwoliłam mu kontynuować i wyłożyć mi zasady gry.
- Wielokrotnie okradałaś ludzi z ich własności. Zabierałaś im nie tylko przedmioty materialne, ale również ich nadzieje i marzenia, gniotąc je swoim realizmem. Oszukiwałaś ich, karmiąc kłamstwami, które podawałaś jako najświętszą prawdę. Czyż tak nie było?
Czułam, że cała drżę. Nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Odwróciłam wzrok od mojego oprawcy i ze schizofreniczną fascynacją przyglądałam się własnym kolanom.
- Pytam... - odezwał się ponownie, nadal skurwysyńsko miłym głosem. - czy to prawda?
- T-tak. To prawda. - wyszeptałam, ale tak, by usłyszał.
- A więc przyznajesz, że jesteś złodziejką i szulerką, pasożytującą na tych, którzy chcą dla ciebie dobrze?
- Przyznaję.
- I przyznajesz, że stawia cię to w pozycji nawet gorszej od najlichszego robaka?
Gdzieś z głębi mojego umysłu, słyszałam głos mojej dumy, który żądał, bym zaprzeczyła. Kusił mnie, by go zwyzywać od najgorszych. Wyrwać się z więzów i rozpłatać sukinsynowi gardło. Ale jednak tego nie zrobiłam. Wiedziałam, że jestem śmieciem.
- Tak. Przyznaję się. Jestem nikim. - odrzekłam i brzmiało to szczerze. Wyraźnie go to zadowoliło.
- W takim razie może zaczniesz zmianę już dziś? Możesz ocalić tego uroczego chłopca. ale chcę czegoś w zamian.
- Czego takiego?
- Powiedzmy... życia twojego brata.
Zdębiałam. Kochałam mojego brata nad życie. Nie było mowy, bym pozwoliła go skrzywdzić.
- Nie.
- Nie? - spytał, udając zdziwionego.
- To jedyna osoba, którą kocham. Nie oddam ci go. N-nie mogę...
Mój głos drżał. Spojrzałam Marcusowi w oczy. Oboje byliśmy zrozpaczeni, ale widziałam, że rozumie.
- A więc... Nie dość, że nie chcesz oddać swojego brata, to jeszcze chcesz, bym zabił niewinnego chłopca w imię twoich korzyści, czy tak?
Milczałam. Na usta siliło mi się tylko jedno słowo, ale nie mogłam go wypowiedzieć, czując na sobie spojrzenie przeraźliwie niebieskich, wystraszonych oczu piętnastolatka.


- Zadałem ci pytanie! Odpowiadaj - wrzasnął. Po raz kolejny przeszył mnie lodowaty dreszcz.
- Tak, tego właśnie chcę! - odrzekłam szybko.
- Niech będzie. Jestem hojny, więc dam ci to, czego chcesz... - wziął do ręki nóż i przyłożył do gardła Marcusa.
- Przepraszam! Proszę, wybacz mi! - zawołałam. Łzy płynęły po moich policzkach.
On natomiast uśmiechnął się i chciał jeszcze coś powiedzieć, ale uciszyło go ostrze noża przeszywające głęboko jego gardło.
Krzyczałam i płakałam. Próbowałam się wyrwać, ale bezskutecznie.
- Proszę, wypuść mnie... Błagam... - wyłam. Tak bardzo chciałam się stamtąd wydostać...
Pan Kara zastanowił się chwilę.
- Dobrze, ale muszę znów cię poprosić o coś w zamian.
- Nie... nie oddam ci nikogo z moich bliskich...
Mężczyzna zaśmiał się.
- Nie chodzi mi o twoich bliskich.
- A więc o co?
- Chcę twoje oczy. Są dla ciebie bezużyteczne. Nie widzą dobrych rozwiązań. Mylą cię. Zagłuszają właściwe widzenie. Odbierając ci je, w zasadzie robię ci przysługę.
Znów mnie zaskoczył. Życie za wzrok? Może i gówniane będzie to życie, ale zawsze życie.
- Niech będzie.

***

Wiele lat zajęło mi nauczenie się życia w ciemnościach. Musiałam zaufać innym ludziom, że wiedzą, co jest dla mnie dobre. Musiałam też poznać zmysły zapachu, dźwięku, smaku i dotyku, by móc stworzyć świat od nowa. Była to ciężka, ale owocna praca.
Dla większości śmiertelników Pan Kara był zbrodniarzem. Dla mnie zaś to wybawca. Dzięki niemu poznałam odpowiedzi na pytania, których kiedyś bałam się zadać. Zobaczyłam więcej, niż ci, którzy mają wszystkie pięć zmysłów. Dziś już wiem, że mój moment próby zawaliłam. Za późno zrozumiałam, że Pan Kara nigdy nie zabiera, tylko daje. Nigdy nie zabiłby mojego brata, a ja i Marcus wyszlibyśmy cało. Przez resztę życia próbowałam odkupić swoją winę, ale nigdy nie było dość. Nie mogłam zaznać spokoju.
Dziś już nadszedł czas mojego odejścia z tego świata. Doczekałam późnej starości, męża, dzieci i wnuków. Postanowiłam żyć i za siebie, i za Marcusa. Wiem, że gdyby nie Pan Kara i on, nie miałabym tego wszystkiego.
Tak. Pan Kara pokazał mi, że każde zło można zamienić w dobro. Nawet jeżeli siedzi głęboko w człowieku.
Z mądrości moderatorskich: Oczywiste oczywistości nie istnieją. Zrób facepalm i ruszaj dalej.
Nielusiowe tworki|Nielusiowa zupka|Niela czyta Puella bella
Akcja KDT
Obrazek
Aratanooniel
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 523
Dołączył(a): 01 maja 2009, 13:58
Lokalizacja: Rzeszów

Re: Morrrdercze wyzwanie

Postprzez Aratanooniel » 25 wrz 2012, 20:04

Tekst B


Zaginiona fotografia


Rating: NC-17

sex: 8
przemoc: 9

Ostrzeżenia: Występują sceny brutalne, momentami yaoi.

Wszystko było niemal gotowe, doskonale zaplanowane i praktycznie zapięte na ostatni guzik. Nie mogło się nie udać. Po prostu nie istniała nawet taka opcja na świecie tak skonstruowanym. Za dużo ćwiczył, za dużo zdobył już doświadczenia życiowego, by móc ponieść porażkę. Tak to nie działało. A jednak miał wątpliwości i musiał cały czas zapewniać swój durny umysł, że podoła nowemu zadaniu.
Pamiętał bowiem ostatnią ofiarę. Była taka bezbronna, zupełnie jak i inne, ale jednocześnie kompletnie różna od nich. Kobieta. Piękna kobieta. Barbara. Takiej wcześniej nigdy nie zabił. A przynajmniej żadna nie zapadła mu tak bardzo w pamięć, jak ona. Po ostatnim tchnieniu, jaki wydała ze swej piersi, kiedy zaciskał mocno na jej szyi swe łapska, poczuł, że coś w nim pękło. Odezwał się w nim cień litości i bardzo wczesne, szczęśliwe lata dzieciństwa, kiedy to biegał po łąkach i lasach, wchodził na drzewa i słuchał śpiewu ptaków. Dawno temu już zabił w sobie tamte piękne chwile. Nie miał więc pojęcia, czemu nagle odezwały się w nim na nowo i czemu zatęsknił do nich.
Tamtego dnia wrócił prędko do domu, poinformował zleceniodawcę, że zadanie wykonał i że czeka na szmal we wcześniej ustalonym miejscu. Zrobił to jednak dziwnie drżącym głosem, bez poprzedniego chłodu i wcale nie bezlitośnie, jak zazwyczaj.
W jego głowie nieboszczka mrugnęła nieprzyzwoicie swym dużym, umalowanym okiem, zatrzęsła pośladkami. Ogarnęła go fala pożądania, która jednak szybko minęła, gdyż kobieta nagle zaczęła wrzeszczeć, robić wyrzuty, że miałby ją, gdyby tylko o to poprosił. Miałby ją, gdyby tylko oszczędził jej życie. Tak, zdradzała już męża wielokrotnie. Czemu więc nie mogłaby zadowolić i jego ? tego, który ma rozkaz ją sprzątnąć ? w zamian za nietykalność? O, tak! Mógłby wziąć nawet forsę za rzekomy mord, a ona zwiałaby do innego kraju, gdzie mściwy małżonek by jej nie dopadł.
Los potoczył się jednak inaczej. Barbara spała już snem wiecznym i nie mogła się z nikim przespać, nie mogła więcej się uśmiechnąć, nie mogła oddychać, bo zmiażdżył jej krtań. Jej delikatne ciało prześladowało go od tamtej pory dość często. Co z tego, że miał na głowie już co innego, a o poprzedniej sprawie powinien był dawno zapomnieć? Co z tego, że przygotowywał się do nowego zlecenia? Wyrzuty nieraz nie dawały mu spokoju. A może ona nie była wyrzutem, a niespełnioną miłością? W końcu nigdy wcześniej się nie zakochał. Miał tak bardzo poranioną duszę, że na nikogo nie mógł spojrzeć z podziwem. Nie wiedział więc, co znaczy inny niż fizyczny pociąg do kogoś. Czyżby właśnie teraz się o tym dowiadywał?
Nieee, gdzie tam. On, Cleve Hay, znany w przestępczym światku jako DevKiller, najbardziej bezlitosny seryjny morderca w Północnej Carolinie, miałby się zakochać? Toż to śmieszne. Wstał z drewnianego krzesła, na którym cały czas siedział, i podszedł do metalowej szafki w lewej części obszernego pomieszczenia, robiącego za jego prywatny magazyn broni. Otworzył drzwiczki i spojrzał z uwielbieniem na różnego rodzaju pistolety, których nieraz już używał w zależności od okoliczności. Wyjął jeden, pokaźnych rozmiarów i przyjrzał mu się dokładniej.
? Moje śliczności ? pogłaskał lufę. ? Czy chcesz mi pomóc? Czy jesteś głodny na senatora i jego rodzinę? Ach, nie, nie poradzisz sobie ? odłożył pistolet na miejsce. ? A może ty? ? rzekł słodko, biorąc inny. Po chwili stwierdził, że on również jest nieodpowiedni i zamknął szafkę.
Tutaj trzeba było czegoś potężniejszego, czegoś efektywniejszego, a jednocześnie efektowniejszego; czegoś, co kolejny raz osławi imię Cleve?a Hay?a alias DevKillera. Nieczęsto trafia się tak smaczny kąsek, jak gruba ryba. Trzeba to wykorzystać. Plan był prawie gotowy. Termin ustalono na pojutrze. Biedny senator nic nie wiedział o tym, że jego wrogowie w końcu postanowili się go pozbyć na dobre. Oferowali sporą sumkę, którą nie pogardziłby żaden szanujący się płatny morderca. Za każdego członka rodziny po sto tysięcy dolców! Z latarnią szukać takich zleceń, a rodzinka liczy sobie sześć osób. Toż to fortuna, nie jakieś marne grosze. I wybrano właśnie jego. Renomę musi mieć naprawdę ogromną.
Otrząsnął się ze zgubnego samouwielbienia i odszedł od szafki. Przemieścił się wzdłuż stalowego blatu, na którym znajdowały się różne straszne przedmioty, przywodzące na myśl średniowieczną salę tortur. Zaśmiał się na ich widok złym śmiechem i spojrzał ponad blat. Na ścianie wisiała cała masa zdjęć przedstawiających różne osoby. Niektóre podpisano numerkami. Cleve przez dłuższą chwilę przyglądał się tym swoim wszelkiego rodzaju ? wzrostu, wieku, koloru skóry, dawnym i mniej dawnym ? ofiarom. Nie poruszyły go za specjalnie. To były nic nie znaczące cienie; przedmioty, za których zniszczenie zyskał niemałą fortunę. Pojedynczo się nie liczyły. Nabierały ważności dopiero jako zbiorowość, jako jedna wielka całość.
Kto by się przejmował każdym z osobna? Monicą, Joshuą, Matthew, Benedictą, Jimmym? A jednak jedna piękna dziewczyna stała się wszystkim. Hay baczniej przyjrzał się fotografiom. Szukał i szukał wzrokiem swej niedoszłej kochanki, ale zdjęcie jakby się rozpłynęło.
? Dziwne? ? mruknął. ? A przysiągłbym, że jeszcze wczoraj gdzieś tutaj była!
Wyszedł z magazynu smutny i zniesmaczony. Udał się do pracy w domu senatora.


***



Olbrzymi kawał szarlotki z cynamonem i cukrem pudrem wylądował na wyciągniętej dłoni ośmioletniego chłopca o brązowych włosach i piwnych oczach. Starsza kobieta wytarła nóż w ścierkę i odłożyła go na kredens. Spojrzała na wnuczka i uśmiechnęła się do niego. Kochała go rozpieszczać. Ktoś musiał, kiedy matka zajmowała się trudami wychowania, a ojciec był prawie że nieobecny.
Dziecko przez parę sekund jadło placka łapczywie, a potem podziękowało i szybko wybiegło z domu na dwór.
? Mamo! ? rzekła z wyrzutem stojąca obok Alice Hay. ? Nie możesz mu tak ciągle dogadzać. Przecież wiesz, że nie powinien jeść tyle słodkiego.
? Ależ córciu! ? obruszyła się Margaret Woodwick. ? Przecież czymś muszę mu zastąpić ojca, którego stale nie ma, a jeśli jest, to urządza sobie całodniowe libacje! Nie moja wina, że zapomniał o istnieniu syna.
Młoda kobieta zbladła.
? On o nim pamięta?
? Tak? Jakoś od paru dobrych lat nie miałam okazji tego dostrzec.
? Och, ale to musi być z mojej winy?
? Z twojej winy? Ciekawe, w jaki sposób! Po prostu wyszłaś za mąż za urodzonego nieudacznika. I to był twój błąd. Nic innego.


***



Ośmioletni Cleve Hay siedział na trawie na rozległej łące pełnej kwitnących maków i chabrów. Smak wspaniałej szarlotki cały czas trwał jeszcze w jego buzi. Kłębiaste chmury leniwie poruszały się po błękitnym, słonecznym niebie, tworząc różne dziwne obrazki. Chłopiec co jakiś czas próbował zgadnąć, co natura ?namalowała?. Miał w swojej młodej główce wiele propozycji. Raz udało mu się wyłowić wzrokiem ojca trzymającego za rękę swojego syna. Twarze, jak to na pejzażach z chmur, pozostawały nieme i bez wyrazu, lecz wizualnie całość bardzo zapadała w pamięć. Cleve niewiele jeszcze rozumiał. Wiedział jednak, że jego taty nie ma obok niego i niemożliwe było na razie spełnienie owego obrazka w otaczającej rzeczywistości. Ojciec musiał wszak stale gdzieś przebywać. W jakimś mało sprecyzowanym, zapewne niezbyt odległym, miejscu, bo przecież czasami wracał! Powroty te nie należały, co prawda, do zbyt przyjemnych, ale Cleve na nie czekał. Racja, bał się ich, bo nieraz już skończyły się dla niego siniakiem na tyłku lub w inny miejscu, ale nie potrafił nie oczekiwać spotkania z tym, który powinien być w domu cały czas i wspierać członków rodziny, którą założył. Chłopiec jeszcze nie rozumiał tego wszystkiego tak klarownie. Do podobnych wniosków dochodził z upływem lat. Na razie zależało mu na tym, by tata go przytulił i by obrazek z chmur w końcu się spełnił?
Dwa tygodnie później nadarzyła się ku temu okazja. Ojciec wrócił. O dziwo był trzeźwy, choć w ręku dzierżył reklamówkę z której przy zatrząśnięciu wydobywały się odgłosy uderzania o siebie szklanych butelek.
Mały Cleve siedział z mamą i babcią przy stole w kuchni, jedząc zupę, kiedy tata przekroczył próg. Gdy Alice Hay dostrzegła go, zastygła z uniesioną łyżką, z wzrokiem pełnym tajonego lęku, a jednocześnie czułości. Margaret pełna była oschłości i zażenowania. W końcu Jacob wracał nie pierwszy raz. Cleve ucieszył się. Pierwszy wstał z krzesła i z lekkim strachem podszedł do ojca i wtulił się w niego, rozbrajając napiętą atmosferę. Mężczyzna nadal stał ze spuszczonymi rękoma. Chyba nie miał zamiaru uścisnąć syna. Chłopiec po paru sekundach zrozumiał to i wrócił zawiedziony do stołu. Zaczął jeść, nie mogąc się jednak powstrzymać od częstego zerkania na tatę.
Kobiety podniosły się jedna po drugiej. Milczenie trwało cały czas. Alice postanowiła je przerwać. Zaproponowała mężowi zupę. On burknął coś w odpowiedzi i zasiadł na miejscu żony. Margaret natychmiast wyjęła z szafki kuchennej talerz i nabrała trochę zupy metalową chochlą. Alice postawiła talerz przed Jacobem. Zaczął jeść.
Gdyby młoda kobieta tak nie cieszyła się z powrotu męża, z pewnością poczułaby to, co Margaret i Cleve wkrótce po tym, jak odszedł niepocieszony od taty. Mianowicie okropny smród, jaki unosił się od mężczyzny. Z pewnością musiał się sporo czasu nie myć. Po posiłku Margaret niechętnie zaproponowała mu kąpiel. On po chwili namysłu zgodził się i wyszedł do łazienki. Gdy dał się słyszeć szum płynącej wody, Alice wybuchnęła rozdzierającym płaczem. To wszystko było dla niej zbyt trudne. Szczęście powrotu męża osłaniała jego oschłość i brak zainteresowania rodziną. Cleve odwrócił wzrok; również zaczął łkać cichutko. Nie tego się spodziewał. A może inaczej ? oczekiwał, że w końcu ojciec da mu poznać, że go kocha?
Margaret poczuła, że musi pocieszyć dwoje strapionych. Podeszła do każdego z osobna i mocno przytuliła. Nic więcej w tej sytuacji nie potrafiła zrobić. Choćby nawet coś powiedziała, nie zmieniłoby to w niczym trwającej od tylu lat niewygodnej sytuacji.
Wieczorem rozpoczęło się ?przedstawienie? w stałym już repertuarze, z tą zmianą tylko, że Jacob schlał się na miejscu i to tu, w domu, z w miarę łagodnego człowieka stopniowo, kiedy procenty zaczynały mu uderzać do głowy, zmieniał się w niezrównoważonego psychicznie i fizycznie potwora. Wszystko zaczęło się od niewinnych pijackich bełkotów. Potem przerodziły się one w ostre dywagacje, a wreszcie w otwartą kłótnię z żoną i teściową. Cleve cały czas był przy tym. Siedział niespokojnie na wersalce, z bladą twarzą, nieprzytomnymi oczyma i zaciśniętymi piąstkami. W końcu nie wytrzymał i ruszył się z miejsca. Zapragnął uciec z tego domu wariatów, usiąść na łące i oglądać przy wtórze rechotu żab i cykania świerszczy niebo pełne gwiazd. Jacob w tym momencie zauważył go jednak i, nie wiedzieć czemu, stanowczo zakazał mu ruszać się z miejsca. Chłopiec zastygł i czekał w napięciu. Alice stanęła w jego obronie:
? Przestań! Jesteś kompletnie pijany! ? skarciła męża. ? Pozwól dziecku wyjść. Może nie chce tego wszystkiego słuchać.
? Cicho, kobieto! ? odburknął Jacob, wstając z krzesła. Natychmiast zatoczył się, omal nie upadając. Kiedy odzyskał równowagę, złapał się najpierw za głowę, a następnie za brzuch, tak jakby zbierało mu się na wymioty. ? Chodź tutaj! ? rozkazał groźnie żonie. ? Będę cię pieprzyć. No już!
Alice drgnęła, lecz nie wstała. Margaret nie wytrzymała.
? Ty opętany alkoholem bydlaku! Przestań mówić o takich rzeczach przy dziecku!
? Zabronisz mi, stara krowo!? Już dawno powinienem był cię uciszyć!
? Grozisz mi?
? Tak, grożę! Rzeknij jeszcze słówko, a przysięgam, że wezmę siekierę i rozłupię ci łeb, gdy nie będziesz widzieć.
Margaret nie przestraszyła się. Wiele razy już słyszała od zięcia podobne obelgi.
? Ooo, nie! Tego już za wiele! ? rzekła, po czym ruszyła w stronę aparatu telefonicznego. Podniosła słuchawkę, chcąc wykręcić numer policji. Zastygła tak. ? Nie każ mi tego robić, Jacob.
? A dzwoń sobie, gdzie tylko chcesz. Mnie to zwisa. ? Odwrócił się w stronę Alice. ? No, miałaś tu przyjść i mnie zadowolić. Jesteś moją żoną. Rób, co ci każę!
Młoda kobieta wciąż siedziała, czekając na najgorsze. Nie miała zamiaru spełnić rozkazu męża, zwłaszcza, że w pokoju był Cleve.
? Nie przyjdziesz!? ? wrzasnął, częstując otoczenie wyziewami alkoholowymi. ? To ja sam się tobą zajmę. ? Ruszył w kierunku Alice, zataczając się. Kobieta uciekła pod ścianę, krzycząc.
? Nie rób tego ? błagała. ? Nie przy twoim synku.
W tym momencie Cleve podjął szybką, acz bardzo desperacką decyzję. Podbiegł jak najprędzej do mamy i zasłonił ją sobą. Jacob osłupiał.
? Nie krzywdź mamusi, tato? ? powiedział chłopiec, cichutko łkając.
? Ooch! ? zawył alkoholik. ? Czemu zakazujecie mi tego, na co mam ochotę!?
Zapewne nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co robi, rozpiął spodnie, szybko zsunął je na ziemię i rzucił się na Cleve?a. Dziecko nie wiedząc, co się dzieje, zaczęło piszczeć i wyrywać się. Kobiety zawtórowały mu. Alice spróbowała pomóc synkowi. Mężczyzna był jednak silniejszy. Gwałcił chłopca i gwałcił. Margaret zdążyła w tym czasie zawiadomić policję i wyciągnąć z szafki patelnię. Teraz próbowała unieszkodliwić nią zięcia; ten jednak, jakby złączywszy już fakty w swej pijanej głowie, nagle przerwał swe zbrodnicze czyny i wybiegł z domu z szybkością, na jaką go tylko było stać w amoku alkoholowym. Kobiety nie goniły go. Stwierdziły, że to nie ma sensu, bo Jacob naprawdę był od nich silniejszy. Postanowiły pomóc chłopcu i okazać mu należytą po przejściach czułość.
Dziecko całą noc łkało, nie mogąc do końca zasnąć. To zdarzenie, choć zupełnie teraz niezrozumiałe, miało na nim wycisnąć piętno na całe życie?
Policja przybyła za późno, a że w tamtych czasach nie dysponowała odpowiednimi środkami, nie udało jej się namierzyć i odnaleźć Jacoba Haya. Zniknął na dłuższy czas, co nie oznaczało wcale, że nie miał pewnego feralnego dnia powrócić.
Czas uciekał szybko. Cleve nie mógł dojść do siebie, mimo starań mamy i babci. Po traumatycznych przejściach stracił kompletnie wiarę w miłość swojego ojca. Margaret przez wiele dni namawiała córkę na przeprowadzkę; to w razie, gdyby Jacob miał znowu przyjść i narobić nowych okropieństw. Alice jednak nie chciała o tym słyszeć. Musiała być albo kompletną wariatką, albo osobą zupełnie zaślepioną miłością do męża. Ona wciąż twierdziła, że to wszystko jej wina. Że nie dopilnowała Jacoba, nie okazywała mu dostatecznie swych uczuć, nie dbała o niego i zrzędziła mu za uszami. Nie chciała kochać się z nim tak często, jak tego pragnął?
Zostali więc i żyli tak z dnia na dzień w ciągłym strachu. Alice wszakże wciąż miała nadzieję, że jej mąż kiedyś wróci zupełnie odmieniony; taki, jaki był na początku ich związku.
Cleve dorastał i z biegiem czasu zaczął coraz bardziej przypominać mężczyznę. Psychika jego jednak pozostała zraniona. Nie widział już świata w tak optymistycznych, ciepłych barwach, jak przed gwałtem. Miał nadzieję na lepsze jutro, lecz jednocześnie czuł się wyzuty ze wszelkich twórczych pragnień, ze wszelkich marzeń, jakie kiedyś posiadał. To było straszne ? pozostawać w takiej pustce. Nawet przyjaciele, których nawiasem mówiąc miał niewielu, nie byli w stanie ukoić jego steranej duszy. Szukał stale czegoś i szukał. Pragnął zapomnienia i wymazania tej strasznej plamy, która na nim ciążyła. Próbował alkoholu, choć wcale tego nie chciał, wcale nie miał zamiaru być podobnym do ojca. Ale ci znajomi powiedzieli, że to dobry sposób na pozbycie się problemów?
Jacob nie wracał. Mijały lata, a jego wciąż nie było. Z tej jednej rzeczy Margaret i Cleve byli bardzo zadowoleni, Alice troszkę mniej. Dziwne, że wciąż potrafiła darzyć miłością takiego bydlaka, który do tego skrzywdził jej dziecko. Może to dlatego, że wyznawała zasadę dawania człowiekowi drugiej szansy? Nikt poza nią nie mógł tego wiedzieć.
Cleve skończył piętnaście lat. Po tak długim czasie żadne z trójki nie miało zbytnich złudzeń co do tego, że Jacob jeszcze kiedyś przybędzie. Jednak stało się inaczej. Nadeszła jesień. Temperatura powietrza znacznie się obniżyła, liście na drzewach zaczęły żółknąć i powoli spadać na ziemię, coraz częściej padał też deszcz. Jednego z cieplejszych jesiennych dni Margaret upiekła ulubioną szarlotkę wnuczka. Ukroiwszy trzy pokaźnych rozmiarów kawałki placka i położywszy je na talerzykach, zaprosiła rodzinę do ogrodu. Ciasto było jak zwykle pyszne. Z każdym kęsem kruchego biszkoptu poprzetykanego kwaśnymi jabłkami z cynamonem i słodkim cukrem pudrem wyzwalały się słowa, jeśli nie podziwu dla Margaret, to po prostu słowa zwyczajnej rozmowy na bieżące życiowe tematy. Sielanka trwała dłuższy czas. Wtem jednak rozległ się brzęk tłuczonego szkła, a po nim stek stłumionych przekleństw. Alice, Margaret i Cleve spojrzeli po sobie i natychmiast ruszyli ostrożnie w stronę domu. Gdy przekroczyli próg tylnych drzwi i weszli do salonu, ujrzeli to, czego obawiali się najbardziej.
? Przyszedłem sprawdzić, czy jeszcze o mnie pamiętacie ? odezwał się Jacob, nieogolony, brudny, śmierdzący, gdy tylko ujrzał swoją rodzinę. W rękach trzymał przedmioty, które wyzwoliły w mieszkańcach lęk ? w jednej siekierę, w drugiej pistolet. U jego stóp leżały porozrzucane porcelanowe skorupy
? Czego chcesz!? ? spytała Margaret ? Dobrze nam było bez ciebie!
? Spokojnie. Nie denerwuj się tak, księżniczko. Pragnę się trochę z wami zabawić.
? W końcu postanowiłeś nas zabić?
? Mamo! ? zaprotestowała Alice.
? Nie widzisz, że ma broń?
? Spokojnie ? skwitował Jacob. ? Potrzebuję tylko trochę forsy. I seksu.
? Zapomnij, bydlaku! ? wrzasnęła Margaret. ? Już nie pamiętasz, co zrobiłeś swojemu synowi ostatnim razem, kiedy wypiłeś za dużo? Dzwonię na policję! ? i ruszyła w stronę aparatu telefonicznego.
? Ejże, nie denerwuj mnie, stara dziwko! Jestem cierpliwy, ale nie zapominaj, że mogę spełnić groźby, które tyle razy ci dawałem.
? Spróbuj! ? stara kobieta nie bała się. Dziarsko zaczęła wykręcać numer, cały czas kątem oka zerkając na zięcia. Gdy skończyła, przyłożyła słuchawkę do ucha.
Nie zdążyła jednak się dodzwonić, bo?
? Ty idiotko! ? wrzasnął Jacob i ruszył na nią z uniesioną siekierą.
Kobieta instynktownie zasłoniła się ręką, lecz niewiele to dało. Bryznęła krew, rozległy się wrzaski Alice i Cleve?a, którzy podbiegli, by ratować ukochaną osobę. Margaret była już jednak martwa. Oprawca szybko podniósł wiszącą, oklejoną słuchawkę i odłożył ją na miejsce.
? Aaach! ? krzyknął rozdzierająco. ? Widzicie, do czego mnie doprowadziła ta baba?
Alice zawyła, Cleve pozostał poważny, z bladą twarzą. Cudowne popołudnie już zamieniło się w koszmar. Nie chciał wiedzieć, co jeszcze nastąpi. Pragnął uciec. Poruszył się nawet, ale ojciec zatrzymał go, grożąc pistoletem.
? Hej! ? ostrzegł. ? To, że zabiłem tamtą wariatkę, nie oznacza wcale, że was puszczę wolno, dopóki nie spełnicie moich oczekiwań. Forsę poproszę.
? Ale? skąd ci mamy ją wziąć? ? wykrztusiła z trudem Alice.
? Z tego, co wiem, mamuśka miała sporą emeryturkę.
? Ależ z tego żyjemy. Ledwie nam wystarcza do następnego miesiąca. Wiesz przecież, że ja nie mogę znaleźć pracy.
? W takim razie zabiorę sobie trochę waszej biżuterii i pamiątek.
? Nie! Stłukłeś już cenną wazę po pradziadkach ? wskazała na skorupy leżące na podłodze. ? To ci wystarczy.
? A odwal się! Ja tu rozkazuję! ? sięgnął po leżące na regale różne drogocenne rzeczy.
Alice podbiegła do niego, próbując zapobiec jego działaniom. Wtedy on uderzył ją z całej siły w twarz. Kobieta jęknęła. Cleve drgnął i z trudem powstrzymał się przed pobiciem ojca. Jego oczy błysnęły gniewem i nieprzebraną furią.
? Dlaczego to robisz, skoro jesteś trzeźwy? ? zawołała Alice.
? To się wkrótce zmieni ? burknął nieco wymijająco, wyjął zza pazuchy flaszkę i pociągnął z niej potężnym haustem. Później obtarł niechlujnie usta rękawem.
? Jesteś obrzydliwy ? wykrztusił Cleve.
? A ty się nie wtrącaj, jak rodzice rozmawiają ? odparł i pociągnął następny łyk wódki. ? No, skoro nie chcecie dać forsy, to przejdźmy do drugiej prośby.
? Zapomnij! Mogłabym się z tobą kochać, ale nie przy dziecku. Byłeś mi tak bliski - rozpłakała się Alice.
Jacob zaśmiał się sarkastycznie.
? Ty myślałaś, że chodzi o ciebie? Obrzydłaś mi już dawno. Miałem na myśli Cleve?a!
Słowa te wywołały u młodej kobiety nową falę łez. Oczy chłopca zaś rozszerzyły się ze strachu i obrzydzenia.
? O, nie! Nie skrzywdzisz go kolejny raz ? Alice rzuciła się na męża z pięściami.
Ten odepchnął ją i wycelował w nią pistoletem.
? Chcesz, żebym i ciebie zabił? ? pociągnął kolejny łyk wódki. Widać było, że procenty powoli już wyzwalały w nim alkoholową agresję.
? Sama już nie wiem.
Cleve nie miał pojęcia, co ma zrobić, by uratować siebie i matkę. Jak zauważył, ona była kompletnie bezbronna i to on musiał wziąć sprawy w swoje ręce. Dać gwałcić się ojcu nie zamierzał. Już raz to przeżył i wystarczająco dużo bólu aż do teraz mu sprawiło. Nie miał za dużo czasu. Stwierdził, że musi czymś ogłuszyć prześladowcę. Gorzej, że niczego dostatecznie ciężkiego nie było pod ręką, a Jacob cały czas miał w pogotowiu zarówno siekierę, jak i pistolet.
? No, chodź tutaj, Clevuś, słońce, zabawimy się ? rzekł mężczyzna, przywołując chłopca kiwaniem palca wskazującego. Pistoletem, trzymanym w drugiej ręce, wciąż celował w żonę.
? Ani mi się waż! ? wrzasnęła Alice i kolejny raz rzuciła się na męża.
Nagle rozległ się huk strzału i jęk. Kobieta złapała się za brzuch i padła na ziemię drżąc w konwulsjach.
? Nie! ? krzyknął Cleve i podbiegł do umierającej matki. Złapał ją za rękę, chcąc przynajmniej w małej cząstce osłodzić jej tę straszną chwilę.
? Odsuń się! ? rzucił niedbale tyran i odepchnął chłopca. ? Skrócę jej cierpienia.
Kobieta zajęczała mocniej, kiedy jej mąż uniósł siekierę. Wiedziała już, co ją czeka. Mężczyzna po chwili namysłu, czy wahania, opuścił z impetem narzędzie zbrodni i ciął żonę mocno w głowę, rozłupując czaszkę. Więcej nie wydała już z siebie odgłosu. Później, jak gdyby nigdy nic, Jacob rzucił zakrwawioną siekierę na ziemię i pociągnął z flaszki.
Z oczu Cleve?a wreszcie popłynęły słone łzy.
? Ty? ty?
? No ? czknął ojciec ? wykrztuś z siebie, jakim jestem pierdolonym chujem, jak bardzo cię skrzywdziłem. Wykrztuś z siebie.
? To określenie jest dla ciebie za łagodne.
? Hardyś! I takich lubię. Zobaczysz. Świat jeszcze nauczy cię, że trzeba postępować, jak tato.
? Nigdy!
? A alkoholu próbowałeś? Może się ze mną napijesz?
Cleve przypomniał sobie swoje chwilowe zauroczenie tym cholernym napojem. Ojciec nie wiedział nawet, jak bardzo tymi słowami go ubódł.
? Nie chcę być taki jak ty, rozumiesz!? ? wrzasnął.
? Oj, ale mi cię szkoda ? rzekł obrzydliwie i kolejny raz pociągnął z flaszki.
? Przestań!
? No doobra, będę milszy. Opowiem ci coś ? czknął. ? Tylko słuchaj.
? Nie mam ochoty.
? Ale to będzie też o tobie. Takie, powiedzmy, małe przygotowanie gruntu. Zresztą ? nie masz większego wyboru. Chyba chcesz żyć, prawda? ? podniósł pistolet, a potem siekierę, by przypomnieć chłopcu, jak bardzo jego życie jest zagrożone.
Cleve postanowił więc słuchać. Co innego mógł zrobić?
? Tak że wiesz, po tym incydencie ponad siedem lat temu stwierdziłem, że nie mogę szybko wrócić, hic!, bo wysłalibyście za mną list gończy. Ale to były dla mnie dobre lata, dobrze przeżyte. Po tym, jak twoja matka mnie odrzuciła i nie chciała się ze mną pieprzyć, hic!, postanowiłem popieprzyć się z kim innym. I co za szczęściem dla mnie było to, że ty się tamtego dnia nawinąłeś. Wiesz?
? Nie przypominaj mi! ? krzyknął Cleve.
? Dobrze już dobrze, nie przesadzaj. Przecież musiało ci być dobrze.
? Co ja wtedy z tego rozumiałem, człowieku?
? Oj, na pewno było ci dobrze, nie pieprz. No ale nie przerywaj mi już. Nieładnie tak ojcu przerywać, gdy mówi, hic! No więc, po incydencie z tobą stwierdziłem, że bardzo mi się podoba zabawa z chłopcami. Nie, nie potępiaj mnie za to. Po prostu wydało mi się to czymś nowym, świeżym. Stwierdziłem, że z kobietami już tyle spałem, że znam ich cipy na wylot. A tu proszę, jakaś odmiana. Tak więc, hic!, zacząłem spotykać się z różnymi młodymi chłopaczkami, którzy chcieli zakosztować życia i seksu z prawdziwym mężczyzną. Oczywiście brałem od nich kasę. Nie ma nic na tym świecie za darmo, hic!, oj, nie ma. I tak za te pieniądze żyłem. I miałem na wódę. Aż w końcu rodzice jednego z tych młodocianych gejów odkryli, co synek robi i miałbym nieźle przechlapane, lecz postanowiłem się ulotnić w odpowiednim momencie. I tak oto jestem.
? Przybyłeś, żeby rozpieprzyć mi życie po raz drugi, co? Tym razem już tak porządnie?
? E, gdzie tam, hic! Te dziwki żyłyby dotąd, gdyby nie były zbyt narwane. My, faceci, nigdy się tak nie zachowujemy ? i dlatego nam w życiu lepiej. ? przerwał na moment i pociągnął z flaszki. ? No chodź - kontynuował. ? Co ci szkodzi? Zrób to z własnej woli. Będzie miło.
? Zapomnij! Siłą i terrorem mnie weźmiesz, nie inaczej. Wolę kobiety, przykro mi.
? Twoja sprawa. Nawet mnie podnieca to, że nie chcesz. A teraz podejdź, bo jak nie to ? tu podniósł do góry pistolet ? sam wiesz?
Cleve podszedł. Co miał innego uczynić, skoro nóż ?przesuwał? mu się po gardle? Robiąc te kroki w otchłań ciemności, już czuł obrzydzenie do samego siebie. Nie miał zamiaru jednak poddać się bez walki. Idąc, rozglądał się dyskretnie na boki, szukając czegoś, czym mógłby ogłuszyć ojca. Nie znalazł jednak niczego odpowiedniego w zasięgu rąk.
Masakryczny spektakl rozpoczął się. Śmierdzący alkoholik odłożył obie bronie na stojący w pobliżu stolik, złapał rękami swojego bezbronnego syna i zaczął wpychać mu smakujący wódką język do ust. Cleve wyrywał się, próbował gryźć zębami, ale niewiele to dało; gdy udało mu się już ugryźć mężczyznę, ten przywalił mu z całej siły pięścią w twarz. Chłopiec zachwiał się, lecz nie zemdlał. Pomyślał wszak, że może omdlenie byłoby najlepszym wyjściem z tej całej sytuacji; przynajmniej niczego by nie czuł. Chciał więc już znowu czymś sprowokować tyrana, lecz nagle stwierdził że lepiej jednak pozostać przytomnym. Kto wie, co patologicznemu ojcu mogłoby przyjść do głowy? Może by go nawet zabił?
Koszula została siłą zdarta z jego młodego ciała. Facet też zdjął swoją. Dotyk obleśnych dłoni był zimny, dotyk był zły. Palce przesuwały się po klatce piersiowej i brzuchu ? w kierunku spodni. Chłopiec zaczął mocniej się wyrywać, ale alkoholik już dorwał się do jego krocza, jednocześnie posuwając go przez ubranie od tyłu. Rozsunął rozporek, lecz wtedy Cleve nie wytrzymał i wpił zęby w jego rękę. Mężczyzna zawył i zaczął szybciej wykonywać swe zbrodnicze czynności.
? Nie powstrzymasz mnie, wypierdku! ? krzyknął. ? Będę cię pierdolił, dopóki mi się nie znudzi. O, tak!
Chłopiec wykorzystał jednak ten moment i zdążył zabrać ze stołu pistolet. Zaczął szarpać się z ojcem, chcąc ogłuszyć go uderzeniem, jednak po paru sekundach rozległ się huk. Lufa wypaliła, bryznęła krew. Gwałt skończył się; Jacob ze strasznym spojrzeniem upadł na podłogę. Flaszka z wódką rozbiła się, a ciało ogarnęły konwulsyjne drgawki.
? Zabiję cię? gówniarzu! ? wykrztusił. ? ZABIJĘ!
Cleve nie przejął się zbytnio zajściem. Tak nienawidził ojca, iż stwierdził, że nawet cieszy się z takiego obrotu sytuacji. Teraz przynajmniej mógł być pewien, że nie grozi mu już z jego strony żadne niebezpieczeństwo. Zasuwając rozporek i narzucając na siebie podartą koszulę rzekł mściwie:
? Giń, bydlaku! Zobacz, jak to jest, kiedy się cierpi.
? Aaa! Zamknij się, zamknij! Stul pysk!
? Role się odwróciły. Teraz ja mam nad tobą władzę. Jeden ruch i mogę cię dobić, jak ty przedtem matkę.
? Spierdalaj! Ani się waż mnie tknąć, bo pożałujesz!
? Tak? A co mi zrobisz? I niby jak?
Ta mściwość była dla Cleve?a dziwna. Sprawiała mu nieprzyzwoitą przyjemność. Wymawiając te wszystkie straszne słowa, chwilami bał się samego siebie. Ale nie przestawał.
? Moi przyjaciele cię znajdą! ? wykrztusił Jacob.
? Ty nie masz przyjaciół ? odparł chłopiec, biorąc do ręki siekierę.
? Zdziwiłbyś się!
? Nie wiesz, co to przyjaźń. ? Zamachnął się.
? Nie! Nie rób tego! Nie wolno ci zabijać ojca!
? To za mamę i babcię. ? ciął w łydkę lewej nogi alkoholika.
Mężczyzna zawył i instynktownie chciał złapać się za bolące miejsce, ale rana po postrzale nie pozwoliła mu na to. Spróbował przeczołgać się w stronę wyjścia. Bezskutecznie.
? To za gwałty, które mi sprezentowałeś ? ciął w drugą łydkę. Znowu rozległo się wycie.
? Przestań? ? wymamrotał Jacob. ? Lepiej mnie już zabij!
? O, nie. Nie będzie tak łatwo. Musisz wpierw zapłacić za grzechy ? zaśmiał się mściwie. ? Teraz za krzywdy, jakie wyrządziłeś wszystkim innym osobom ? ciął w nadgarstek lewej ręki. I znów wycie.
? ZABIJ MNIE! ? krzyknął mężczyzna i nagle zaczął wymiotować krwią.
Cleve nie przejął się. Wpadł w pasję.
? To za twój wieczny alkoholizm i za to, że nie było cię przy mnie, kiedy cię najbardziej potrzebowałem ? ciął w drugi nadgarstek; zakrwawiona dłoń odpadła na bok. Wycie zamieniło się w jęk pełen chrząknięć. ? I to za to, że tak obrzydziłeś mi podejście do świata, oraz za przyszłość, jaką mi zgotowałeś ? ciął w brzuch. Krew trysnęła obficie, obryzgując chłopca.
Mężczyzna był bliski śmierci. Męka, jaką przyszło mu znosić, była dla niego zbyt ogromna. Zanim padł ostatni cios w serce ? ze słowami: ?A teraz giń!? ? zdołał wydusić z siebie jeszcze ciche: ?Wybacz mi??.
Cleve nie zdążył zatrzymać i cofnąć siekiery, choć ta skrucha poruszyła go do głębi. Kiedy ojciec był martwy, odrzucił ze wstrętem narzędzie zbrodni, siadł w chwili bezsilności na podłodze i rozpłakał się potwornym, rozdzierającym płaczem, co nigdy wcześniej mu się nie zdarzało.
? Dlaczego powiedziałeś to tak późno!? ? krzyknął w stronę trupa. ? Dlaczego!? Och! Mogło być tak dobrze! Przecież wybaczyłbym ci! Wybaczyłbym?
Wycie chłopca rozlegało się w domu jeszcze przez długi czas. Kiedy było już kompletnie ciemno, pozbierał się wreszcie, przytulił trupy mamy i babci i poszedł do łazienki. Prędko wskoczył do wanny i wziął długą kąpiel. Musiał zmyć z siebie to wszystko, co w nim narosło. Ręcznikiem wytarł się aż do krwi. Potem ubrał czyste ciuchy, spakował trochę potrzebnych rzeczy do walizki i uciekł z domu. Nie mógł tutaj dłużej przebywać. Po prostu nie mógł. Nie potrafiłby ?posprzątać? trupów, nie dałby rady wezwać policji i zdać jej szczegółowej relacji z wszystkiego, co zaszło. To było ponad jego siły.
Noc nie należała do najcieplejszych, ale Cleve czuł się zdeterminowany. Postanowił poszukać szczęścia gdzie indziej, gdzieś, gdzie będą bardziej przyjacielsko nastawieni ludzie, nie pragnący zgwałcić go jak ojciec i nie grożący mu siekierą.
Znalazł schronienie najpierw u starszej pani, która przygarnęła go do domu znajdującego się we wsi parę kilometrów dalej. Szybko jednak doszło pomiędzy nimi do licznych awantur, bo chłopiec nie chciał zdradzić historii swojego życia. Kobieta skończyła ze skręconym karkiem, a Cleve ruszył dalej.
Spał na ławce w parku, pod mostem, w schronisku dla bezdomnych. W końcu, jako, że zaczęła się o niego dopytywać policja(znaleziono jego odciski palców w obu miejscach zbrodni), zamelinował się w jakiejś podłej dzielnicy Wilmington i zamieszkał na dłużej w piwnicy jednego z bloków. Tam rozejrzał się w mieście za pracą, by móc zarobić na stałe utrzymanie i poprawić swój nieszczęsny byt. Jako że był jednak młodzieńcem bez wyższego wykształcenia, udawało mu się dostawać tylko dorywcze roboty i do tego niezbyt dobrze płatne. Miał co jeść, głodny nie chodził, jednak powoli tracił cierpliwość do codziennego smrodu, wilgoci i biegających w ciemności szczurów.
Pewnego dnia wybrał się na kobiety. Jego żądze seksualne bowiem zaczęły rosnąć. Momentami rozumiał teraz ojca i jego agresywny popęd. Czasem sam czuł się jak zwierzę. Dorosłość była do dupy już w tym momencie, choć nie pochłonęła go jeszcze do końca swymi sidłami. Coraz bardziej wszak brzydził się sam sobą. Pieprzył się z dziwkami za kasę ? prawie jak wyrodny tatuś. Co za paranoja. Nie potrafił jednak pokochać dziewczyny i każdą traktować zaczął jak przedmiot, który mógł mu dać tylko szybką i łatwą przyjemność.
Kiedyś, podczas jednego wieczoru w towarzystwie prostytutek, stwierdził na swoją zgubę, że sam zacznie handlować swoim ciałem. W końcu one tyle zarabiały! Czyż to nie łatwe i miłe pieniądze? Trzeba łączyć przyjemne z pożytecznym. Męska dziwka była dziwnym i mało powszechnym zjawiskiem, lecz przecież nadziane panie też czasem pragną za dużą sumkę oderwać się od monotonii życia z mężem i spróbować młodego chłopca. Cleve korzystał, ile tylko mógł. Kiedy stał się pełnoletni, wynajął całkiem miłe mieszkanko w pobliżu nocnego klubu. Wydawał się być szczęśliwy i w końcu spełniony, ale w chwilach samotności jego duszę i umysł coś rozdzierało na wszystkie strony. Mimo, że w towarzystwie sprawiał wrażenie twardego faceta, w tych trudnych momentach z oczu obficie ciekły mu łzy. Nie rozumiał wciąż świata, nie rozumiał życia. Czasami chciał przestać, ale jednak ciągle brnął od nowa i od nowa w to gówno. Z czasem nawet do królowej-prostytucji, nie wiadomo kiedy, dołączyli się król-alkohol i książęta-narkotyki. Wszystko wskazywało na to, że Cleve Hay będzie prawie kompletnie podobny do ojca. A to było takie straszne uczucie ? przecież tak bardzo pragnął dla siebie innego losu!
Z heroiny i innych paskudnych dragów pewnego dnia zechciał wyciągnąć go niejaki Shai-su, Chińczyk z pochodzenia, znany w Północnej Carolinie seryjny morderca, który zabijał swe ofiary w różnych rytualnych czynnościach. Cleve nie wiedział, czemu ten człowiek tak bardzo się nim zainteresował. Proponował mu jednak inne życie, mniej hańbiące od tego, które teraz prowadził. Czy nie warto było się zgodzić i spróbować? Co mu szkodziło? Dziwki już spowszedniały, sam seks zresztą też. A tutaj propozycja Shai-su brzmiała zachęcająco.
? Jestem w tym klubie już którąś noc z rzędu i widzę, chłopcze, jak się marnujesz w narkomanii, dziwkarstwie i całym tym podłym biznesie ? rzekł tamtego dnia do Cleve?a, siedząc obok niego przy barze. ? Dragi to syf. Zapamiętaj. Co do kobiet, to można się na nie czasem wybrać, i owszem. Kto ci broni? Ale żeby samemu na tym zarabiać? Samemu się pieprzyć za kasę? Eee, gdzie tam. Uwierz mi, są lepsze sposoby na szybką i grubą forsę.
? Jakie? ? spytał Cleve niepewnie, acz z niemałym zaciekawieniem. Zamówił sobie piwo i właśnie pociągał łyk z kufla. Strój miał niezbyt przyzwoity.
? A wiesz, kim ja jestem? ? Chińczyk też zamówił sobie browara.
? Coś słyszałem?
? No więc? ? drążył, spijając pianę, kiedy barman podał napój.
? Zabójcą?
? Owszem. A to jest akurat jeden z niewielu klubów, w których mogę się czuć swobodnie. Tutaj nikt na mnie nie doniesie psom ? zaśmiał się.
Przez chwilę milczeli, popijając w spokoju piwo. W końcu Shai-su przemówił znowu:
? Więc skoro wiesz, czym mniej więcej się param, to ja jeszcze uściślę. Zabijam dużo i skutecznie ? dla równie dużych pieniędzy ? z reguły na zamówienie. Myślę, że stałem się już profesjonalistą. Ty też możesz, jeśli chcesz. A inicjację, to jest pierwsze morderstwo, już chyba przeszedłeś, więc zawód nie byłby ci straszny.
? Skąd pan wie o zabójstwie?
? Jestem Shai-su, nie jakiś ?pan?. To tytuły dla grzecznych chłopców, a mnie tylko zmniejszają renomę. Co do wiedzy, to pamiętaj na przyszłość, że dziwki szybko roznoszą plotki i nie warto im mówić więcej, niż to potrzebne ? pociągnął łyk. ? Ach, musisz się jeszcze sporo nauczyć.
? Co mi więc proponujesz? Morderstwa na koncie mam już dwa, nie jedno.
? Tym lepiej. Będziesz wytrzymalszy. Na początek wprowadzę cię do towarzystwa, co byś zapoznał się z kilkoma nadzianymi zleceniodawcami. Potem dostaniesz jakąś łatwą propozycję, już ja o to zadbam. Pociągnie się za odpowiednie sznurki.
? Czemu mi chcesz pomóc? Wy, prawdziwi przestępcy, nie możecie być bezinteresowni.
? Uwierz, czasami nam się zdarza w przypływie dobroci. Po prostu zrobiło mi się ciebie szkoda już wtedy, gdy pierwszy raz ujrzałem, co robisz. Nic innego. Korzystaj, póki możesz, póki jestem na to otwarty. To jak, umowa stoi?
? Stoi.
Uścisnęli sobie dłonie, a następnie przybili kuflami i wypili piwny toast na znak zawarcia porozumienia.
Z mądrości moderatorskich: Oczywiste oczywistości nie istnieją. Zrób facepalm i ruszaj dalej.
Nielusiowe tworki|Nielusiowa zupka|Niela czyta Puella bella
Akcja KDT
Obrazek
Aratanooniel
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 523
Dołączył(a): 01 maja 2009, 13:58
Lokalizacja: Rzeszów

Re: Morrrdercze wyzwanie

Postprzez Aratanooniel » 25 wrz 2012, 20:05

***



Anastasia Markdoor miała trzydzieści pięć lat, długie brązowe włosy i zielone oczy. Na zdjęciu, które Cleve dostał od Shai-su, wyglądała dość przyzwoicie, ale podobno była straszną dziwką i zdradzała męża, z kim tylko popadło. Z relacji Chińczyka wynikało, że Philip, małżonek, nakrył ją pewnego dnia na gorącym uczynku i od tego moment zapragnął zemsty. Gościu był całkiem nieźle nadziany. Za fatygę oferował pięć tysięcy dolców.
Cleve zakupił sobie długi, ostry nóż. Stwierdził bowiem, że na słabą kobietę i na pierwszy raz taka broń powinna wystarczyć. I była tania. Po namyśle dokupił jednak jeszcze trochę chloroformu, co by zlikwidować Anastasię w bardziej zacisznym miejscu.
Kiedy nadszedł planowany dzień morderstwa, Haya ogarnęła trema i chwilami chciał się wycofać. W końcu poprzednie osoby zabił w amoku lub dla swojej obrony, a teraz zadanie miał wykonać z zimną premedytacją. Kasa była wszak pociągająca i to ona ostatecznie przekonała go, że musi zrobić to, co postanowił.
Gdy o godzinie osiemnastej słońce chyliło się ku zachodowi i powoli zapadał zmrok, Cleve podjechał wypożyczonym od Shai-su samochodem pod biurowiec, w którym pracowała Anastasia. Siedział pewien czas w aucie, oczekując na ofiarę. Podczas tych minut oglądał zdjęcie i myślał. Jego członki zaczęły się nakręcać, adrenalina uderzyła mu do głowy, w której dodatkowo zrodził się dosyć niecny pomysł.
O wpół do siódmej kobieta wyszła z budynku i ruszyła w stronę parkingu. Hay znał markę i rejestrację jej samochodu, toteż zaparkował swój pojazd w pobliżu. Uchylił drzwi, nasączył szmatkę chloroformem i czekał aż Anastasia go minie. Wtedy wolno wysiadł i z dużą zwinnością zaczął za nią podążać. Kiedy dotarła do drzwi swojego auta, zaszedł ją od tyłu i szybko przyłożył szmatkę do jej twarzy. Zemdlała i padła w jego ramiona. Wtedy przyjrzał się jej ciału. Była bardzo zgrabna, a ciuchy, które miała na sobie, dodatkowo uwydatniały jej piękne kształty. Powstrzymał się przed dotknięciem krągłych piersi i zaniósł ją na tylne siedzenie swojego samochodu. W pierwotnym zamiarze chciał umieścić ją w bagażniku, ale teraz nie miał serca.
Zajechał pod blok, w którego piwnicy kiedyś przez pewien czas mieszkał. Zaniósł ofiarę właśnie tam. Położył ją na podłodze i zapaliwszy światło chwilę wpatrywał się w nią. W jego głowie pożądanie biło się ze skutecznością. Jedno mówiło, że przed zabójstwem trzeba się trochę zabawić, drugie ? że najlepiej załatwić sprawę szybko, nim ktoś przyjdzie i nakryje na gorącym uczynku.
? Jedno wcale tak bardzo nie wyklucza drugiego! ? stwierdził w końcu stanowczo.
Wyjął z kieszeni nóż i rzucił go na podłogę. Następnie szybko zdjął bluzę, koszulkę i spodnie. Inną szmatką, którą miał pod ręką, zakneblował dziewczynie usta, by nie mogła wrzeszczeć. Potem przybliżył się do niej i klepnął ją w policzek. Ocknęła się wolno. Gdy zobaczyła, gdzie jest i co się dzieje, chciała krzyknąć, ale wydobyła z siebie tylko jęk. Wtedy łzy pociekły jej z oczu i zaczęła się rzucać i wyrywać. Cleve jednak trzymał ją mocno i już zdzierał z niej spódnicę, a potem rozpoczął zabawę jej piersiami. Pojękiwała trochę w przerwach pomiędzy wyciem.
? Cicho ? rzekł Hay. Ogarnęła go znowu ta fala mściwości, która od momentu zabójstwa ojca pojawiała się zawsze, gdy ktoś przeszkadzał mu w osiągnięciu celu. ? I tak nikt ci już nie pomoże.
Dziewczyna zawyła głośniej, lecz Cleve wtedy ją spoliczkował. Następnie zdarł jej majtki i zanurzył rękę w mięsistej, śliskiej pochwie. Napawał się tym obmacywaniem, wzniecał. Jego penis stwardniał. Postanowił go uwolnić i rozpocząć stosunek.
Gwałt trwał kilka minut. Kobieta wciąż wyrywała się, ale powoli traciła już siły i poddawała się mimowolnie złemu losowi. W końcu Hay z jękami rozkoszy doszedł, jego nasienie spoczęło w pochwie ofiary. Wtedy sięgnął po nóż i przyłożył go do jej szyi.
? A teraz, moja droga, zdradzę ci, skąd to całe zamieszanie, co byś nie miała do mnie pretensji ? rzekł do bólu słodkim głosem. Anastasia wyła w błaganiach o oszczędzenie jej życia. ? Ćśś, ćś? nie płacz. Możesz być winna tylko samej sobie. Trzeba było pierdolić się z kim popadnie, dziwko? Wiedziałaś, że twój mąż Philip nakrył cię pewnego dnia! I dalej robiłaś swoje. To właśnie on zechciał się o ciebie zatroszczyć i to jemu bądź wdzięczna. Co do gwałtu, to mogę cię pocieszyć, że i ja to kiedyś przeżyłem. Z chuja własnego ojca.
Kobieta jęczała coraz mocniej. Tak chciała żyć! Myśl o tym, że za chwilę umrze napawała ją panicznym lękiem.
? Tak więc, moja droga Anastasio ? kontynuował niewzruszenie Cleve ? nie stało ci się nic tak bardzo strasznego, jak by mogło. Żegnaj!
Kobieta ostatni raz jęknęła, nim nóż wpił się w jej krtań, usypiając ją snem wiecznym. Hay zadbał trochę o higienę po seksie, po czym ubrał się. Wytarł narzędzie zbrodni i schował je do kieszeni bluzy, następnie włożył na trupa ciuchy, wziął go na ręce i wyszedł z piwnicy na świeże powietrze. Najpierw rozejrzał się po okolicy, a gdy stwierdził, że nikogo nie ma, szybko podszedł do samochodu. Kobietę tym razem umieścił w bagażniku. Potem usiadł za kierownicę i pojechał w umówione z Philipem i Shai-su miejsce. Było to w pobliżu rzadko uczęszczanego brzegu rzeki. Kiedy dojechał do celu, dostrzegł już z oddali obydwu mężczyzn. Zaparkował i wysiadł. Podeszli do niego.
? Wszystko załatwione? ? spytał Shai-su.
? Tak ? odparł.
? Pokaż ? rzekł Philip, wskazując prawą ręką na auto. W drugiej trzymał niewielką, czarną walizkę.
Cleve podszedł do bagażnika, otworzył go i zaprezentował zawartość.
? Dużo cierpiała dziwka? ? spytał mściwy mąż.
? Tak. Trochę się z nią zabawiłem ? zainscenizował krótko scenę seksu.
? To dobrze. Należało jej się. Wrzucamy ją do rzeki. ? Wziął razem z Shai-su ciało dziewczyny i pozbył się go. ? No, teraz nikt nie pomyśli, że to nasza sprawka. O ile nie utknie na mieliźnie, to pewnie znajdą ją dopiero jakieś kilkadziesiąt kilometrów dalej. ? Zwrócił się teraz do Haya. ? No, dobrze się spisałeś, młodzieńcze, jak na pierwsze zadanie. Shai-su mówił mi, że jesteś początkujący w tej branży. Może jeszcze kiedyś się do ciebie zwrócę. A teraz proszę, tu jest twoja nagroda. ? Podał Cleve?owi walizeczkę. ? Wszystko skrupulatnie przeliczone.
? Dziękuję.
Pożegnali się z Philipem i odjechali we dwóch w stronę centrum miasta.
? To co, idziemy na piwko? ? spytał Shai-su.
? Jasne ? uśmiechnął się Hay. ? Mówię ci, seks z dziwką nie jest tak przyjemny, jak ten, który przeżyłem dzisiaj.
? Widzisz? Miałem rację, wyrywając cię z tego błędnego koła.
? Tak, wszystko się zgadza.


***



Od pierwszego zabójstwa Cleve?a Haya, za które wziął kasę, minęło siedem lat. Liczył sobie teraz dwadzieścia sześć wiosen i wyglądał już jak prawdziwy facet z krwi i kości. Znacznie zmężniał, uroda chłopięca odeszła w dal. Na koncie miał już ponad sto pięćdziesiąt morderstw i stał się dzięki nim dużo bogatszy. Przestał wynajmować mieszkanie i wyprowadził się do nabytej za grube pieniądze rezydencji na peryferiach Wilmington. Tam wreszcie poczuł się jak w prawdziwym domu. Wszelkie przedmioty codziennego użytku ustawił wedle własnego uznania. Zorganizował sobie też kryty basen i saunę. Mógł być w końcu szczęśliwy.
By uczcić przeprowadzkę, zadzwonił do burdelu i zamówił sobie na wieczór najdroższą dziwkę, jaka tam pracowała. Pragnął się zrelaksować, razem popływać, wypić drinki z parasolkami, a potem przeżyć wspaniały seks. Zdecydowanie brakowało mu prawdziwego odpoczynku. Dziś mógł się wreszcie trochę bardziej zabawić.
Minął wieczór, minęła noc. Wstał nowy dzień dla przestępczego światka Wilmington. Wśród kumpli po fachu rozniosła się straszna wiadomość. Shai-su zginął podczas akcji. Cleve?a na tę nowinę ogarnął smutek. Ten wspaniały Chińczyk zrobił dla niego bardzo dużo. Nie mógł tak po prostu odejść? A jednak. Pogrzeb odbył się w dwa dni potem. Był cichy i raczej kameralny. Hay później wrócił do domu jak struty. Zabijanie nagle straciło dla niego sens. Bez Shai-su to nie było to samo. Kto teraz miał zatroszczyć się o nowe zlecenia? Zawsze wszystko załatwiał Chińczyk. Trzymał w dłoniach tyle sznurków, że mógł pociągnąć za każdy, gdy tylko było to potrzebne. A obecnie? Miała nastać era posuchy?
? Nie! ? Cleve otrząsnął się. ? Muszę poradzić sobie sam. Teraz jest przecież o wiele łatwiej o robotę. Przecież znam więcej osób?
I rzeczywiście następnego dnia nie musiał się nawet rozglądać, bo zlecenie przyszło samo. Dostał zadanie zamordowania w okrutny sposób pięciu kochanków żony pana George?a Jacobsona. Ta misja miała być znamienna w skutkach, bo dzięki niej Cleve Hay dostał w przestępczym światku miano DevilKillera(Demona Zabójcy), w skrócie DevKillera. Do zamordowania delikwentów bowiem użył dziwacznych instrumentów, stylizowanych na średniowieczne: między innymi Żelaznej Dziewicy w wersji nowoczesnej z elektrycznymi ?zabawkami?, zgniatacza głowy i drewnianego pala, na który spuścił z kilku metrów jednego kochanka, by się nań nadział.
Kolejne zadania były także ciekawe, ale aż dotąd żadne nie wymagało równie wielkiego okrucieństwa, co tamto. Dopiero pięć lat później, gdy Hay skończył trzydziesty pierwszy rok życia, ktoś zapragnął pozbyć się rodziny senatora. Miała ona zginąć efektownie.
Cleve spotkał się ze zleceniodawcą, Markiem Hillerem, w parku, by obgadać szczegóły.
? Muszą być wszyscy razem w domu ? rzekł mężczyzna. Wyglądał jak ochroniarz. ? To tam proszę ich zabić. Ale w taki sposób, by długo cierpieli. Jestem zawzięty na tego senatorzynę. Zalazł mi za skórę.
? Dobrze. Myślę, że jestem w stanie to zrobić ? odparł Hay. ? Tylko najpierw trzeba się chyba pozbyć ochroniarzy i wyłączyć wszelkie alarmy. Mam rację?
? Tak. To jest niezbędne. Ale mam znajomego speca od elektroniki, który może panu pomóc. Co do goryli, to jestem w stanie udostępnić wyszkolonych ludzi, którzy prędko się ich pozbędą, umożliwiając panu swobodę działania. Proszę tylko najpierw zbadać teren, najlepiej zatrudniając się jako lokaj, czy ogrodnik. Potem trzeba w jakiś sposób zebrać rodzinkę w jednym pokoju. Liczę na pańską inwencję.
? Yhy, zrozumiałem. Jakiego mogę spodziewać się wynagrodzenia?
? Oferuję sto tysięcy dolarów za każdego członka rodziny.
? Ile!?
? Sześćset tysięcy dolców za sześć martwych osób.
? Toż to majątek! Tyle nie zarobiłem za pięćdziesiąt ofiar? Przyjmuję zadanie.
Podali sobie ręce, by zawrzeć kontrakt. Hiller podszedł wtedy do Haya dziwnie blisko, a potem szybko włożył obie ręce do kieszeni swojej bluzy, ale tamten nie zwrócił na to uwagi. Na pożegnanie Mark wręczył jeszcze Cleve?owi fotografię całej rodziny senatora. Potem rozeszli się w różnych kierunkach.
Zdobycie pracy, w celu zbadania gruntu, nie należało do najtrudniejszych spraw. Hay szybko został lokajem. Nazajutrz udał się więc na miejsce ? do pięknej rezydencji na peryferiach. Wygląd willi robił na patrzącym ogromne wrażenie. Miała ona pokaźny rozmiar i stylizowana była na średniowieczny zamek. Otaczający ją ogród był perfekcyjnie utrzymany. Pełen pięknych drzew i kwiatów, cieszył wzrok. Ogrodzenie wykuto z najlepszej stali i ozdobiono fikuśnymi ornamentami. Bramę otwierano elektrycznie. Trzeba było więc wcześniej zapowiedzieć się przez domofon.
Gdy Cleve?a wpuszczono, przeszedł wolno przez ogród i od razu zakodował sobie, że jest tutaj cała masa kryjówek, co ułatwiało zadanie. Kiedy dotarł na taras wyłożony terakotą i zadzwonił dzwonkiem do drzwi, ujrzał zawieszone pod sufitem dwie kamery, bacznie lustrujące otoczenie.
? Trzeba będzie się ich pozbyć ? pomyślał. ? Ale to już zadanie speca od elektroniki.
Drzwi otworzyła pokojówka wystrojona w średniowieczne wdzianko z gorsetem.
? Dzień dobry! Ja?
? Pan nowy lokaj, czy tak? ? spytała wzniośle, nie dając Hayowi dokończyć. Sprawiała wrażenie cudzoziemki.
? Tak. To ja.
? No to proszę, proszę! ? odsunęła się na bok, by Cleve mógł wejść. Seryjnemu mordercy wydała się dosyć upierdliwa i w tym momencie miał ochotę ją udusić. Powstrzymał się jednak. Przecież to nie o nią chodziło.
Przekroczył próg i rozejrzał się po wnętrzu. Od razu w oczy rzuciło mu się dwóch goryli stojących w pobliżu, ubranych w garnitury i czarne okulary. Sprawiali wrażenie silnych. Dalej dostrzegł białe jak śnieg kolumny i zawieszone w ich pobliżu kolejne kamery.
? Nie będzie łatwo ? burknął.
? Czy coś pan mówić? ? zatrajkotała pokojówka.
? Nie, nic.
Hay następnie stwierdził, że ściany obwieszone licznymi dziełami sztuki muszą być grube, żeby utrzymać bardzo wysokie sufity. Podłogę w różnych miejscach wyłożono płytkami lub panelami, w zależności od przeznaczenia pomieszczenia. Im dalej seryjny morderca szedł, tym bardziej jego oczom jawiło się bogactwo grubej rybki. Zewsząd spoglądały kryształowe żyrandole, złocone ramy obrazów, świeczniki, a w jadalni nawet okrągły, mahoniowy stół.
? Proszę, pan pójść za mną ? rzekła w końcu pokojówka, wyrywając Cleve?a z podziwu.
Udali się do małej, nieco brzydszej garderoby. Po drodze pojawiało się coraz więcej kamer, co nie wróżyło nic dobrego. Wewnątrz pomieszczenia dziewczyna wręczyła Hayowi jakieś tandetne, średniowieczne wdzianko, które podobno w tym domu musi nosić. Mężczyzna przebrał się, podszedł do znajdującego się tam lustra i stwierdził, że nie jest to szczyt mody. Co miał jednak zrobić? Musiał przecierpieć.
Wyszli z garderoby i udali się w inną część domu, gdzie pokojówka tym razem dała Cleve?owi kartkę ze spisem czynności, jakie będzie musiał wykonywać w swojej pracy. Później zostawiła go samego, zapowiadając na pożegnanie, że za niecałą godzinę, to jest o szesnastej, planowany jest wspólny obiad(Hay został zatrudniony na etat jednozmianowy, z zaznaczeniem, że ma pracować na drugiej zmianie). Mężczyzna usiadł przy stoliku, który stał w pobliżu i zerknął na listę. Tak, miał podać do stołu. Ucieszył się z tego powodu, bo mógł wtedy przyjrzeć się rodzince i jej zachowaniom.
Kiedy wybiła szesnasta, kucharz zadzwonił dzwonkiem. Cleve udał się za dźwiękiem, sądząc, że to właśnie jego wzywają. Kiedy przekroczył próg kuchni, jego nozdrzy doszły cudowne zapachy potraw. Na stole leżały przygotowane talerze z rosołem.
? Monsieur!* ? odezwał się kucharz, zapewne Francuz z pochodzenia, bo wyraźnie akcentował ?r?. ? Proszę zanieść te dania do jadalnia.
Hay skinął głową i zabrał się do pracy. Kiedy przyniósł pierwsze dwa talerze, przy mahoniowym stole siedziała już cała rodzina: senator z żoną, starsza kobieta i troje dzieci ? mały chłopiec i dwie nastoletnie dziewczyny.
? Dzień dobry ? przywitał się grzecznie Cleve, stawiając talerze najpierw, jak wypadało, przed senatorstwem.
Pan domu wraz z żoną uśmiechnęli się życzliwie, choć nieco sztucznie, a obie dziewczyny zachichotały.
? Patrz, nowy lokaj. Jaki przystojny ? szepnęła jedna do drugiej, na tyle jednak głośno, by Hay mógł słyszeć. Mężczyzna od razu zrozumiał, że obydwie najchętniej zaraz by się z nim przespały. Spojrzał na nie ? miały śliczne twarzyczki.
? Mirando! ? skarciła wnuczkę babcia. ? Dość tych bzdur. Pan ma swoje lata i poważanie. Na pewno nie interesują go takie małolaty, jak wy.
Dziewczęta spaliły starszą kobietę wzrokiem, a Cleve poczuł się urażony tym, jak został podsumowany.
Reszta dnia upłynęła we względnym spokoju. Dziewczęta tylko co jakiś czas śledziły Haya i wzdychały do niego. On podjął decyzję, że jeżeli tylko zapragną, to da im to, czego chcą. Około dwudziestej drugiej wyszedł z rezydencji i spotkał się z Hillerem w parku. Opowiedział mu ze szczegółami wszystko, co rozeznał dzisiejszego dnia. Zleceniodawca oznajmił Cleve?owi, że ustala termin morderstwa na czwartek, to jest za trzy dni. Po tych słowach rozstali się i DevKiller wrócił do domu. Tradycyjnie zamówił sobie na noc dziwkę. Okazało się, że przyjechała jakaś nowa, której jeszcze nie znał. Jej wygląd był dla niego zgubny. Przypomniała mu bowiem poprzednią ofiarę, w której się zakochał. Ze smutku zapłacił jej za to, że się fatygowała, ale nie przespał się z nią. Nie byłby w stanie tego uczynić. Dziewczyna wyszła z willi trochę zła. Hay zaś położył się spać. Był niespokojny całą noc i prawie nie zmrużył oka.
Nazajutrz po wizycie w swoim magazynie broni udał się do senatorstwa. Tam chodził jednak jak struty i zrezygnował z umizgów dziewcząt. Odprawił je z kwitkiem, mówiąc, że ma żonę i chce pozostać jej wierny. Miranda i Kirsten odeszły obrażone.
Czas zleciał szybko. Znowu wspólny obiad, później kolacja i fajerant. Hay wrócił do domu i zabrał się za gruntowne poszukiwanie fotografii Barbary. Niestety, nie udało mu się jej odnaleźć. Postarał się więc zastanowić jakoś nad sposobem zamordowania senatorstwa i pozostałych członków rodziny. Nic ciekawego nie przychodziło mu jednak do głowy.
? Jak wykonać efektowne morderstwo? ? myślał. Wyszedł na dwór i zapalił papierosa. Niedawno zaczął to robić, ale podobało mu się. I wtem przyszła mu do głowy znamienna myśl. ? Ogień! ? krzyknął.
Rzucił niedopalonego papierosa na trawę i zgniótł go butem. Następnie prędko pobiegł do magazynu broni.
? Gdzieś tu powinien być mój miotacz płomieni ? mówił, przeszukując stalowe szafki.
W końcu go znalazł. Upewnił się, czy działa i wyszedł z magazynu.
Nazajutrz umówił się w parku z Hillerem. Chciał objaśnić mu swój plan.
? Najpierw ja, jak gdyby nigdy nic, pójdę do pracy ? rzekł, gdy usiedli na ławce w mało uczęszczanym miejscu. ? Później twój spec od elektroniki musi wyłączyć urządzenia alarmowe i kamery. Da się zrobić, prawda?
? Tak ? odparł Mark.
? Dobrze. Więc gdy już nie będzie nam grozić niebezpieczeństwo ze strony zabezpieczeń, twoi wyszkoleni ludzie wkroczą i pozbędą się goryli. Jak już przedwczoraj mówiłem, jest ich sześciu ? po dwóch przy każdym wyjściu z rezydencji. Musisz więc przygotować odpowiednią ilość swoich. Przy wchodzeniu na teren willi będą mogli schować się w bujnym ogrodzie, a potem zakraść do odpowiednich drzwi. Trzeba też zlikwidować służbę. ? Hiller kiwnął głową. ? Wszystko wykonamy w momencie obiadu, to jest około godziny szesnastej, kiedy to cała szóstka naszych delikwentów zgromadzi się w jadalni na posiłku. Jako, że jestem tam lokajem, to zacznę znosić potrawy. Wtedy w pewnym momencie wyciągnę miotacz płomieni i podpalę całe pomieszczenie. Zadaniem twoich ludzi po pozbyciu się goryli będzie obstawienie z zewnątrz, a nawet wewnątrz całej rezydencji, żeby nikt przypadkiem nie uciekł. I tak rodzinka senatora pożegna się z życiem. Ja w międzyczasie ucieknę. Zakupię jeszcze krótkofalówki dla ciebie, speca i przynajmniej jednego z twoich ludzi, żebyśmy mogli się porozumieć. Aha, i jeszcze jest kwestia policji. Sąsiedzi mogą ją wezwać, więc będziemy musieli się sprężyć. Zrozumiałeś plan?
? Tak, wszystko jasne.
? To dobrze. Widzimy się jutro około wpół do trzeciej w pobliżu rezydencji.
Mężczyźni rozstali się. Hay pojechał do pracy. Na miejscu rozejrzał się jeszcze trochę, by rzeczywiście wszystko się udało. Potem, około godziny dwudziestej trzeciej, po szybkiej kolacji i kąpieli, udał się do snu, by nazajutrz być wyspanym.
I wreszcie nadszedł ten ważny dzień. Rano Cleve zjadł lekkie śniadanie w postaci wafla ryżowego z jogurtem, bo z nerwów nie był w stanie wcisnąć w siebie nic więcej. Potem zabrał z magazynu broni miotacz płomieni i nóż oraz krótkofalówki. Zapakował to wszystko do czarnej walizki i czekał.
Do rezydencji senatora dotarł za pięć wpół do trzeciej. Osoby wtajemniczone w akcję już czekały w dwóch ciężarówkach. Hay przywitał się i rozdał krótkofalówki odpowiednim ludziom. Dał wszystkim wszelkie instrukcje, a ze specem od elektroniki porozmawiał trochę dłużej. Informatyk miał włamać się do komputerów w rezydencji i za ich pośrednictwem sterować alarmami i kamerami. Obecnie był bliski osiągnięcia celu. Hay poprosił go, by dał znać, kiedy mu się uda. Potem pożegnał się i ruszył w stronę bramy. Miotacz zostawił na miejscu. Jeden z podwładnych Hillera miał mu go dać później, bo teraz przy wejściu do willi ochroniarze mogli się przyczepić, zarekwirować broń i wszcząć alarm. Nóż jednak wziął ze sobą. Wolał być zabezpieczony na zaś.
Pokojówka ze swoim zwykłym trajkotem wpuściła go do środka. Dziś miała skończyć nieznośne gadanie. Hay postanowił zlikwidować ją osobiście. W garderobie przebrał się. Dziewczyna czekała na zewnątrz, by wręczyć mu nową listę zajęć, ponieważ coś podobno się zmieniło. Było to wszak teraz mało ważne. Przeglądnąwszy się w lustrze otworzył drzwi. Pokojówka już chciała coś zatrajkotać, ale Hay zasłonił jej usta i wciągnął ją do pomieszczenia. Zamknął drzwi i korzystając, że nie ma tu kamer, wyjął z kieszeni nóż i poderżnął jęczącej gardło. Padła martwa na ziemię. Cleve zaciągnął ją do kąta garderoby i przykrył jakimiś ciuchami. Potem wziął z podłogi lekko zakrwawioną kartkę i, wytarłszy w nią narzędzie zbrodni, złożył ją w kostkę i schował do kieszeni. Nóż wylądował obok. Hay usiadł na podłodze i przez krótkofalówkę zgłosił się do speca. Ten oznajmił, że wszystko gotowe.
Po kilkunastu minutach rozległ się stały dzwonek z kuchni. DevKiller wyszedł więc z pomieszczenia i udał się po potrawy. Na miejscu kucharz strzelił swoją zwykłą gadkę i odwrócił się plecami. Cleve wykorzystał to i wbił mu ukradkiem nóż w plecy, w miejscu, gdzie powinno być serce. Francuz nawet nie jęknął. Krzątający się w pobliżu pomywacz na szczęście przez kilka sekund nic nie zauważył. Hay zdążył doń podbiec i również zasztyletować. Obydwa trupy wsunął pod stół kuchenny. Potem obmył w zlewie ręce i odetchnął z ulgą. I tu, na całe szczęście, nie było kamer. Usiadł na krześle i wyjął krótkofalówkę. Zgłosił się do człowieka, który miał jego miotacz i spytał, czy goryle załatwieni. Otrzymał twierdzącą odpowiedź. W związku z tym kazał mężczyźnie czekać z bronią przy głównym wejściu. Następnie schował aparat do kieszeni, wziął pierwsze dwa talerze i udał się do jadalni. Na miejscu rodzinka siedziała przy stole i rozmawiała, jak gdyby nic się nie stało. DevKiller stwierdził, że ludzie Hillera muszą być prawdziwymi profesjonalistami, skoro nie narobili prawie żadnego hałasu. Uśmiechnął się w duchu i wrócił do kuchni po następne talerze. Zaniósł je i dał Mirandzie i Kirsten. Dziewczyny wciąż były na niego obrażone, więc przyjęły posiłek z chłodem i wyniosłością. Nie zwracając na to większej uwagi, udał się pod drzwi główne i odebrał miotacz. Jednocześnie nakazał obstawić rezydencję od zewnątrz. Potem wrócił do kuchni, gdzie zostawił broń i zabrał ostatnie dwa talerze. Zaniósł je starszej pani i chłopcu, po czym znów wrócił, tym razem po miotacz. Zanim wyszedł, skontaktował się z Hillerem.
? Mark?
? Tak, to ja.
? Słuchaj, wszystko na razie idzie jak z płatka, ale proszę cię, byś lepiej sprawdził sąsiadów, by nam nie sprowadzili psów na głowy. Zajmij ich czymś.
? Okej, postaram się.
W krótkofalówce pykło i rozmowa dobiegła końca.
? A teraz najważniejsza część zadania ? rzekł do siebie Hay. ? Skup się.
Zabrał broń i wolno udał się do jadalni. Gdy tam wszedł, rodzina właśnie kończyła zupę.
? Drodzy państwo ? przemówił nieco drżącym głosem. Wszyscy spojrzeli na niego z uwagą. ? Teraz przed nami atrakcja dzisiejszego dnia. ? Pokazał rodzinie miotacz.
? A cóż to? ? zdążyła wykrztusić senatorowa, nim fala ognia zalała pokój i rozległy się wrzaski.
W rezydencji rozpoczęła się prawdziwa krwawa łaźnia. Mahoniowy stół i różne obecne tu ozdoby szybko zajęły się ogniem. Cała szóstka również płonęła. Każdy biegał jak ogłupiały, szukając czegoś, czym mógłby ugasić swe parzące ciuchy. Pierwsza na podłogę padła babcia. Nie miała wystarczającej ilości sił, by się ratować. Zmarła szybko.
Dalszej części spektaklu Hay nie zobaczył, bo odwrócił się na pięcie i pobiegł ile miał sił w nogach do głównych drzwi. Tam jednak spotkała go niemiła niespodzianka. Ludzie Hillera nie chcieli go wypuścić.
? Co jest? ? spytał, nie mogąc złapać tchu.
? Ty tu zostajesz ? odparł jeden.
? Jak to? Co jest, kurwa, grane?
? Nasz pan zabronił cię wypuszczać.
Cleve, słysząc to, wpadł w szał. Wyjął z kieszeni nóż i z wrzaskiem: ?HIIILLEEER!!!? rzucił się na mężczyzn. Jednego udało mu się dźgnąć, ale inny natychmiast wyrwał mu nóż i odepchnął go. Potem drzwi się zamknęły. DevKiller wstał i zaczął tłuc w drewno i ciągnąć za klamkę, lecz bezskutecznie. Postanowił więc spróbować innymi drzwiami, gdyż okien nie mógł rozbić; trajkocząca pokojóweczka zdradziła mu wczoraj w sekrecie, że szyby są ze szkła pancernego i nie da się ich wybić. Uchylały się zaś dopiero te okna, które były bardzo wysoko.
Ogień szybko się rozprzestrzeniał. Hay przemknął jakoś jednak obok pojękujących jeszcze niektórych członków rodziny senatora. Wszędzie było piekielnie gorąco i duszno. Drugie drzwi również zostały obstawione.
? Cała nadzieja, że z trzecimi sobie odpuścili ? pomyślał Cleve.
Niestety, i one były zagrodzone. Ludzie Hillera musieli się przemieszczać.
? Aaa! ? wrzasnął rozdzierająco morderca. ? Ja nie chcę umierać. Nieee! Hiller! Jesteś mi winny sześćset tysięcy dolców! Nie możesz mnie tutaj tak po prostu zabić! Nieee!
DevKillerowi nagle przyszło na myśl okno kuchenne. Rzucił się więc czym prędzej biegiem w stronę kuchni. Dostęp do drzwi zagradzał jednak płomień.
? Nieee! Myśl, myśl. Tylko spokojnie.
Krótkofalówka w jego kieszeni zaczęła pykać.
? Hay? ? odezwał się mściwie Mark Hiller.
? Tak, popaprańcu! ? krzyknął Cleve. ? To ja! Wypuść mnie stąd i oddawaj mi moją forsę!
? Ha, ha, ha, zapomnij. Taki był mój plan od początku. Pozbyć się ciebie.
? Dlaczego, kurwa?
? Nie wiesz, dlaczego? Nie tylko ja chciałem cię zlikwidować. Po śmierci Shai-su pięć lat temu zacząłeś zgarniać najlepsze zlecenia. Twoich towarzyszy po fachu ogarniała złość i zazdrość, że Chińczyk zrobił ci tak dobrą renomę. Wiedz, że możesz mu zawdzięczać wszystko. Także to, że teraz spłoniesz, ha, ha, ha!
? Spierdalaj i wypuść mnie stąd, psychopato!
? O, nie, nawet o tym nie myśl. To twój koniec. Mnie dodatkowo ubodłeś. A wiesz, dlaczego? Zabiłeś moją najlepszą dziwkę! Najpiękniejszą i potrafiącą mnie najbardziej zadowolić.
? Niby kogo, kurwa!?
? Barbarę! Tę śliczną i bezbronną kobietę. Nigdy ci tego nie wybaczę!
? To ty ukradłeś mi jej zdjęcie!
? Tak, ja, ha, ha, ha. Wtedy, gdy dawałem ci zlecenie. Pamiętasz, jak przysunąłem się do ciebie? Fotografia Barbary wystawała ci z kieszeni. Zauważyłem ją i stwierdziłem, że muszę ją mieć. Pewnie nie spostrzegłeś braku, bo w zamian dostałeś tę z rodzinką senatora, ha, ha, ha.
? Wal się! Mnie też się podobała i żałuję, że ją zabiłem!
? To dobrze, pokarało cię. A teraz ? słodkich snów, DevKillerku.
? Wypuść mnie! ? wrzasnął, ale w krótkofalówce pyknęło i Mark rozłączył się.
Płomień rozprzestrzeniał się jeszcze bardziej. Było coraz duszniej i goręcej.
? Nie, nie, nie? ? mówił z rozpaczą, a łzy bólu pociekły mu z oczu. W końcu krzyknął: ? Tato! Dlaczego zgotowałeś mi taki los? Czemu mnie gwałciłeś? Mogłem być dobrym i przykładnym obywatelem! ? płomienie zaczęły go parzyć. ? Aauuć! ? wrzeszczał.
Płonął tak parę minut. W końcu ucichł na wieki. Hiller ze swoją bandą i ze specem uciekli z miejsca zbrodni. Rezydencja świeciła ogniem jeszcze przez pewien czas. W końcu ktoś wezwał straż pożarną i policję.
Na zgliszczach odnaleziono siedem zwęglonych ciał. Wśród nich poszukiwanego od lat mordercę Margaret Woodwick, Alice i Jacoba Hayów oraz włoszki ? Gianny Bagliato, starszej kobiety z pobliskiej wsi, w której domu znaleziono odciski palców Cleve?a. Nigdy nie dowiedziono, że pierwszych dwóch zabójstw dokonał wyrodny ojciec, a nie biedny, gwałcony chłopak. Nigdy też nie poznano całej historii życia sławnego DevKillera. Wszyscy uznali go za zniszczonego od razu, za kogoś kto już taki się narodził. Nikt nie pomyślał, że to bidne dziecko, mogło wziąć przykład z góry.
Ludzie są tacy naiwni. A świat jeszcze bardziej, ponieważ myśli, że wszystko można znieść, wszystko przetrzymać. To nie tak. Czasem potrzeba kogoś bliskiego, kto cię wysłucha. I zrozumie.
Cleve Hay alias DevKiller poniósł porażkę, lecz wielu się jeszcze takich pojawi. Wielu, których życie w mniejszym lub większym stopniu zostanie zniszczone przez błędy innych. Tylko czy ktoś potrafi pójść pod prąd i opatrywać rany, zamiast je zadawać?


* Monsieur! (fr.) ? Proszę pana!
Z mądrości moderatorskich: Oczywiste oczywistości nie istnieją. Zrób facepalm i ruszaj dalej.
Nielusiowe tworki|Nielusiowa zupka|Niela czyta Puella bella
Akcja KDT
Obrazek
Aratanooniel
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 523
Dołączył(a): 01 maja 2009, 13:58
Lokalizacja: Rzeszów

Re: Morrrdercze wyzwanie

Postprzez Aratanooniel » 25 wrz 2012, 20:09

Tekst C


?Mała Czarna?

Jest ciemna noc. Przemierza ulice Bombaju w poszukiwaniu kolejnej ofiary. Tak kolejnej, bo było ich już wiele. Nienawidzi ich wszystkich. Wszystkich bez wyjątku, z całego serca. Zawsze było to samo. Dwa, trzy spotkania, potem przymuszanie do seksu. A kiedy w końcu ulegała, odchodzili tak szybko jak się zjawili. Kiedyś musiała powiedzieć dość, przecież to nie mogło trwać w nieskończoność. Kątem oka zauważa przechodzącego gora. Zielone oczy, kasztanowe włosy?tak, zna ten typ. Takich nie znosi najbardziej. Przygląda się z obrzydzeniem głupawemu uśmieszkowi mężczyzny. Już zaciera ręce na myśl o chwili, kiedy mu go zmaże z tej podłej gęby. Odruchowo zaciska palce na rączce sztyletu schowanego w kieszeni szalwar. Przechodzi przed nieznajomym niby mimochodem rzucając mu rozochocone spojrzenie. Jak się okazuje, młody dryblas dość szybko podchwyca gierkę, brnąc za nią przez tłum. Wchodzi do baru po drugiej stronie ulicy, który pełen jest tych zapijaczonych świń. I nawet nie udaje zdziwionej widząc wchodzącego niedługo po niej do baru młodzieńca. Nie ma dzisiaj na to czasu. Już od wczoraj wszystko w niej aż kipi, musi zobaczyć i skosztować choćby kropli męskiej krwi. Chowa ręce pod stół, żeby nikt nie zauważył ich drżenia, gdy nagle słyszy:
-Cześć, jestem Mark. Wiesz może, czy dają tu dobre jedzenie? Nie chciałbym się struć w pierwszym dniu wycieczki.
-Oczywiście, to jeden z najlepszych barów w całym Bombaju. Przysiądziesz się? Doradzę ci co zamówić.
-A, chętnie. To w takim razie co polecasz?
-Na kolację kurczaka w curry z dhaalem, a na śniadanie ćapati z chutneyem mangowym, co ty na to?
-Brzmi smakowicie.
I znów ten obleśny, wszystkowiedzący uśmieszek. Chciało jej się wymiotować na ten widok. Oczywiście nie patrzył jej prosto w oczy kiedy z nią rozmawiał, o nie. Dla niego najważniejsze w tym momencie były jej jędrne piersi nie całkiem przykryte lekko odstającym pallu. Doskonale znała to spojrzenie, dręczyło ją każdej nocy. Nie umknął jej uwadze również fakt, że mężczyzna dyskretnie oblizywał wargi kiedy nie patrzyła wprost na niego. Zamówiła dla niego wcześniej ustaloną potrawę a dla siebie dhaal z roti. Podczas jedzenia obydwoje ukradkiem co chwila na siebie spoglądali, najwyraźniej nie mogąc się doczekać dalszej części wspólnego wieczoru. Kiedy skończyli jeść, lekkim gestem dłoni przywołała kelnera.
-Możemy prosić rachunek?
-Oczywiście, smakowało?
-Arrey haan, było mast.
-Bardzo się cięszę, zaraz przyniosę rachunek.
Milczeli chwilę, uśmiechając się do siebie nieznacznie, ciszę jednak przerwał kelner, który właśnie wrócił, niosąc w ręku mały, wymięty świstek.
-Może zaproponuję coś do picia?
-Nie, nie, dziękujemy. -Szybkim gestem dłoni odprawiła kelnera czekającego najprawdopodobniej na napiwek, i już miała sięgnąć do torebki po portfel, kiedy młody mężczyzna powstrzymał jej rękę.
-Ja zapłacę, o to się nie martw.
-Naprawdę?-rzekła z udawaną grzecznością-Skoro tak wolisz i nie sprawi ci to problemu? To co, idziemy?
-Tak, oczywiście, tylko jeszcze zapłacę i się zbieramy.
-Czekam?
?Faktycznie mu się spieszy? Szkoda tylko, że nie wie, że do grobu? ? pomyślała, widząc jego niecierpliwe ruchy i nerwowe gesty. Na taką myśl aż się roześmiała sama do siebie.
-Co cię tak rozbawiło?- Mhm, oczy mu się niebezpiecznie zwęziły w szparki, trzeba uważać?
Kiedy wyszli nie mówił praktycznie nic, zadał tylko jedno pytanie, jak każdy z nich:
-To co, jedziemy do mnie, czy do ciebie?
Uśmiechnęła się pod nosem.
-Do mnie, chodź, riksza już czeka.
W drodze również niewiele rozmawiali. Widać było, że obojgu zależy tylko na osobistym interesie.. Jemu-na seksie, jej-na zabiciu jego. A jako, że dodatkowo delikwent okazał się być niesamowicie nudny, więc rozmowa nie kleiła się zupełnie. Tak jak przewidywała już od progu zaczął ją rozbierać.
-Łaał, zwolnij tygrysie, po co ten pośpiech? Cieszmy się chwilą.
-Okeeeej, jak wolisz.
?Mmm, nawet całkiem niezłe ciało?-przeszło jej przez myśl, kiedy ściągnął koszulkę.
-Masz ochotę zabawić się dzisiaj w więzienie?-zapytała lubieżnie wydymając wargi.
-A nauczysz mnie?
-Oczywiście, z przyjemnością.
Wzięła chustę leżącą na szafce nocnej i przewiązała mu nią oczy. Potem popchnęła go na łóżko i ściągnęła z niego bokserki. Przesunęła językiem po jego klatce piersiowej aż do podbrzusza, gdzie zatrzymała się na dłużej. Potem wzięła jego członka do rąk, delikatnie przesuwając palcami z góry na dół.
-Weź go do ust..ooochh-zajęczał.
Chociaż nie planowała, spełniła jego prośbę. Musiała przyznać sama przed sobą, sprawiało jej tą przyjemność. Cholernie wielką przyjemność.
-Poczekaj, mam tu coś jeszcze.- Powiedziała wyjmując spod poduszki czerwone pluszowe kajdanki z sex shopu. Przykuwając go do ramy łóżka czuła dziką satysfakcję. Wygrała! Znowu jej się udało! Z tymi właśnie radosnymi myślami wprowadziła w siebie jego penisa i zaczęła rytmicznie, powoli poruszać biodrami.
-Ooochh
-Aaaaa
Krzyczeli w ekstazie dłuższą chwilę, dopóki jednocześnie nie osiągnęli szczytu. Potem ona wyciągnęła z fałd leżących obok wcześniej schowane ostrze, ze zdobioną drewnianą rączką. Przejechała nim po brzuchu mężczyzny.
-Ej, a co to, jakaś nowa zabawa?
-Tak, zaraz zobaczysz.-powiedziała uspokajająco-podniecającym tonem i z tymi słowami zatopiła ostrze w trzewiach chłopaka.
-Tyyyy?-zdążył wyjąkać, nim krew całkowicie zalała mu usta. Wbiła sztylet głębiej i zaczęła rozcinać brzuch młodzieńca. Kiedy już wszystkie wnętrzności były dobrze widoczne zatopiła w nich dłonie, dopiero w tym momencie doznając ekstazy i pełnego szczęścia. Przyniosła z kuchni duży nóż służący do krojenia chleba i zaczęła odcinać po kolei głowę i kończyny od tułowia, bawiąc się przy tym niezrównanie. Na sam koniec zostawiła odcięcie swojej głównej zmory, czyli, jak lubiła to nazywać ?fujarki?. Z chirurgiczną precyzją, mięsień po mięśniu, kawałek po kawałku skóry pozbawiła nieboszczyka jego męskości. Przeszył ją dreszcz rozkoszy. Jak ona to uwielbiała! Teraz trzeba tylko było narysować na lustrze wiszącym na ścianie lotos. To był właśnie jej symbol. Za każdym razem po skończonej robocie zostawiała znak, taki sam jak ten, który widniał na jej plecach. Malując kwiat szminką w kolorze krwistej czerwieni zauważyła, że tego samego koloru lakier na jej paznokciach trochę już poodpryskiwał. ?Cholera, przecież dopiero co je malowałam! Jak to możliwe??- myślała. Po chwili jednak jej umysł zaprzątnęło pakowanie rzeczy oraz hałasy dochodzące z hotelowego korytarza. ?Rani Jannat*?- zaśmiała się w duchu, ?To dopiero się ubawią szukając Królowej Życia!? Zawsze podawała to samo fałszywe nazwisko, delikatną grę imienia i tytułu. Ogromnie spodobała jej się taka zabawa z policją w kotka i myszkę, do tego stopnia, że trudno byłoby jej z tego zrezygnować. Zabijała, cięła, pakowała rzeczy i znikała, zanim ktokolwiek zdążył zauważyć. Przy okazji mogła też zarobić, okradając nieboszczyków, którym przecież pieniądze nie były już potrzebne. Wychodziła oczywiście przez okno, wsiadała do taksówki i jechała przed siebie szukając kolejnego nazbyt napalonego błazna do kolekcji. Tym razem zrobiła tak samo, jednak po chwili zastanowienia stwierdziła, że weźmie sobie członka truposza na pamiątkę, schowała trofeum do torby i wyskoczyła przez okno. Riksz jak zwykle o tej porze roku w Bombaju było pełno, wsiadła więc w jedną z nich i rozpoczęła kolejną podróż w nieznane.

***


W tym samym czasie, kiedy nasza przyjaciółka świetnie bawiła się przymierzając stroje na Chori Bazaar, komendat Shehkar Singh wściekle uderzał pięścią w stół słuchając głosu swojego podwładnego w słuchawce:
-Co?! Ta sali* znowu to zrobiła? Ty behenćodzie*, miałeś ją rozszyfrowywać!!! Co ja teraz powiem Kalimowi Bhai?! Dobra, a jak to wszystko wygląda? Aha.. Chłopaki zbierają odciski? Okej. Co? Czerwony lakier? Taki sam jak szminka? Dobrze, dajcie to do analizy, niech sprawdzą jakiej to było firmy. Ta cutija* już nam się nie wymknie. Przesłuchałeś rikszarzy? W którą stronę pojechała? Chori Bazaar? Dobra, już tam jedziemy. Pilnuj jej! Nie pozwól, żeby zwiała z jakimś facetem do hotelu, inaczej będziesz miał pozamiatane, rozumiesz?! A chłopaki niech zbierają dowody szybko. No. Wierzę w ciebie, nie daj się! Dobra, chal*
Shehkar odłożył z zadowoleniem słuchawkę. Porwał klucze od swojego vana i poszedł zbierać ludzi na obławę. Naprawdę miał już dość tego kurwiszona-mordercy. Odkąd szef zaczął mu wiercić dziurę w brzuchu z powodu tej małej samozwańczej zabijaki, Rani Jannat spędzała mu sen z powiek. Nikt nie wiedział, jak ona wygląda, wiadomo było tylko, że ma czerwone paznokcie, najprawdopodobniej używa intensywnie czerwonej szminki i ma gęste, czarne włosy. Tyle było wiadomo z analizy znalezionych wcześniej próbek oraz dzisiejszych nowin Rajesha. On sam uznał ją już dawno za bardzo niebezpieczną i przede wszystkim miał na uwadze jej spryt. Zawsze starał się być o krok przed nią, jednak udało mu się dopiero, kiedy spotkał człowieka, który twierdził, że ją zna. Mało tego, najprawdopodobniej znał jej prawdziwą tożsamość i mógł doprowadzić ich do niej. Typ wyglądał na podejrzanego, barczysty łysol, zawsze mający przy sobie szablę i glocka. Oczywiście pierwszą rzeczą jaką Shehkar zrobił było sprawdzenie go w bazie danych. Jednak nazwisko i dokumenty, które podał nie figurowały na liście potencjalnych zbrodniarzy. To nie był wystarczający powód, żeby mu ufać, to jasne, ale mieli związane ręce, a poza tym bardzo wszystkim im już dokuczała ta mała złośliwa jędza. Za wszelką cenę chciał ją dorwać i powyrywać wszystkie kudły z jej plugawego łba, włosek po włosku, milimetr, po milimetrze pokryć sińcami całe jej kurewskie ciało.
***

I znów ten sam ciemny pokój. Odrapane ściany w kolorze khaki, przywodzącym na myśl wymiociny. Zresztą nie tylko wygląd tego pomieszczenia powodował u niej zawsze mdłości. Po części była to też wina odoru bhangu* i saaki* zmieszanego z daalem nie pierwszej świeżości. Do tego opary beedi* i odgłosy spluwania betelu*, wszystko odstręczało biedną, czternastoletnią wówczas Lakshmi. I nagle plamę księżycowego światła zasłania cień wysokiego, postawnego mężczyzny.
- Na łóżko suko!
Ojciec pchał ją na materac, służący dziewczynie za posłanie, dysząc jej w uszy lubieżnie:
-Lubisz, jak tatuś tak cię pieści, prawda?
Z tymi słowami jedną rękę wkładał jej pod spódnicę, przybrudzoną, czerwoną ghagrę, drugą ręką rozszarpując jej czerwono-złote choli. Czując obślizgłe usta na swoich piersiach Lakshmi z trudem opanowywała torsje, odwracając z obrzydzeniem głowę, a po policzkach strumieniami spływały jej łzy. Łzy wstydu, upokorzenia i bolesnego, nagłego uświadomienia. Czekała na ostatni skurcz, wstrząsający jej ciałem, potem ojciec podnosił się z niej i wychodził dalej bawić się z przyjaciółmi. A ona, skulona w samym kącie pokoju na zbroczonym krwią materacu szlochała, przeklinając po tysiąckroć dzień, w którym się urodziła.

***


Szedł, popychając na boki wszystkich tych nieudaczników, którzy śmieli stanąć mu na drodze. Poruszając zamaszyście ramionami wytężał wzrok, próbując dojrzeć w tłumie tą małą Sali, Lakshmi. Co ta suka sobie myślała, że może pogrywać sobie z kimś takim jak on, Chand Bhaiiya*? Był największą niepisaną szychą wśród mafiozów Bombaju, a ona nie wiadomo kiedy zdołała wkupić się swoją urodą w jego łaski. I to po co? Sprytna smarkula ubzdurała sobie, że wykradnie największe tajemnice jego ostatniego, super dochodowego interesu. Chciała zagarnąć ogromną forsę tylko dla siebie, nie przewidziała tylko jednego: Chand Bhaiiya miał konszachty dosłownie wszędzie. Całe Indie, od parlamentu po slumsy były naszpikowane jego ludźmi. Płacił im wszystkim sporo, i sowicie wynagradzał za wykonane misje, służyli mu więc wiernie. To zadanie jednak postanowił wykonać osobiście. Chciał sam dopaść tą cutiję, a kiedy dowiedział się, że policja wie, gdzie ona jest, zobaczył w tym swoją, być może ostatnią szansę na rozwalenie łba tej wścibskiej kurwie. Dlatego właśnie zdecydował się z początku współpracować z psiarnią, by uzyskawszy od nich informacje odłączyć się i wziąć sprawy w swoje brudne łapska. Teraz krążył po Chor Bazaar, gdzie według danych Shehkara miała czaić się na swoją kolejną ofiarę. Swoją drogą Shehkar wydał mu się od początku śmieszny ze swoim rozdmuchanym ego. Takiemu lalusiowi nigdy w życiu nie udałoby się schwytać Rani Jannat. Pomimo takiej pewności siebie i odwagi, wiedział o niej jeszcze dużo za mało. Akurat w tej kwestii musiał oddać pokłon sprytowi i przebiegłości Lakshmi. Nagle błysk tryumfu rozświetlił jego twarz na widok znajomego szalwar kamizu. Zaczął coraz zacieklej przedzierać się przez tłum, aż w końcu dopadł szczupłego ramienia znajomej.
-Chand Bhaiiya? Czyżby zakupy dla kurtyzan?- odwróciła głowę, przechylając ją przekornie i hardo spoglądając dryblasowi w oczy.
-Coś w tym stylu, słuchaj, a ty nie miałabyś ochoty spędzić miłego wieczoru tylko we dwoje? Widzę, że chyba się nudzisz? ? zapytał unosząc brwi.
-Właściwie zgadłeś, choć uprzedzam, że jestem dziś trochę zmęczona, kochanie.
-Nie bój się, nie zamierzam dręczyć cię przez całą noc, wiesz, nie młodnieję..
-Dobrze, dobrze, taki kit to możesz sobie wciskać małolatom nie znającym twojego półświatka, ale nie wspólniczce w doli. To dokąd pójdziemy? Znasz jakiś miły zakątek niedaleko?
-Taak, wiesz, że znam to miasto jak własną kieszeń.
-W takim razie prowadź.
W czasie drogi niewiele rozmawiali, wymienili tylko spostrzeżenia na temat nowo podbitych terenów Chanda i nowych ofiar Rani. Kiedy tylko weszli do bogato zdobionego pomieszczenia mężczyzna przyparł ją brutalnie do ściany i wpił się ustami w jej usta. Poczuła ukłucie wewnętrznego sprzeciwu. Ta dominująca siła płynąca z ramion Chand Bhaiiyego przypominała jej całe zło którego doznała z rąk mężczyzn. Odruchowo sięgnęła do rękojeści sztyletu i zacisnęła na nim pięść. Nie umknęło to jednak uwadze opryszka, który widząc na co się porywa ta mała, niepozorna kobietka wpadł we wściekłość. Uderzył ją na odlew.
-Ty ździro, coś ty sobie myślała, że dasz radę komuś takiemu jak ja? Wydaje ci się, że zapomniałem, co chciałaś kiedyś zrobić. Oderżnę ci łeb ty plugawa szmato!
I z tymi słowami chwycił za szablę, jednym sprawnym ruchem oddzielając głowę dziewczyny od tułowia. Kopnął lekką teraz ja piłka czaszkę w okolice łóżka, splunął pod nogi trupa i wyszedł głównym wyjściem, zatrzymując się na chwilę przy pokojowym lustrze i wsadzając za jego ramę kartkę, na której z liter wyciętych z gazet układało się jego imię. Wcześniej też wyrył na nagich plecach kobiety półksiężyc. Po drodze poinstruował obsługę hotelu co do odpowiedzi na pytania policjantów, gdyby się zjawili. Z uspokojonym sumieniem, zadowolony z dobrego obrotu spraw wsiadł więc potem do rikszy i odjechał w nieznane, zostawiając za sobą pełne pytań spojrzenia ludzi.

***


Kiedy Chand Bhaiiya był już daleko, na miejsce dotarł duży policyjny van, z którego wysiadł zdenerwowany do granic możliwości komendant Shehkar wyzywający swoich ludzi.
-Ruszać się, psy, nie mamy czasu! No już, na co czekacie, wparowywać do pokoi!- pokrzykiwał.
Poszukiwania trwały dłuższą chwilę, jako że hotel był jednym z największych w całym Bombaju. W końcu jednak zdyszany Rajesh przybiegł zdyszany, nie mogąc wydusić z siebie ani słowa.
-Shehkar Saab, oni? Ktoś nas uprzedził?Ona tu była, z Chandem Bhaiiyą, musisz to zobaczyć!
Pobiegli więc co sił w nogach na miejsce zdarzenia. Pokój wyglądał jak pobojowisko, podłoga była zalana krwią młodej dziewczyny, której głowa i tułów leżały ułożone obok siebie na łóżku. Shehkar odgarnął włosy denatki. Tak jak się spodziewał, na jej karku widniał tatuaż przedstawiający kwiat lotosu. Obrócił głowę i jego oczom ukazały się umalowane na krwistoczerwony kolor wargi. Wziął do ręki zimną dłoń nieboszczki i od razu zauważył rzucającą się w oczy czerwień paznokci.
-Saab, jest jeszcze coś, proszę spojrzeć na lustro i jej plecy. To on musiał to zrobić, ten facet, który chciał z nami współpracować, tylko on wiedział, że ona dzisiaj będzie w okolicy. Widziałem taki tatuaż na jego ramieniu.
-Maderćod*! Drań nas wykorzystał! Obstawić wszystkie wyloty z Bombaju i nadać komunikaty do wszystkich jednostek i riksz. Mają mi go przyprowadzić, żywego czy martwego, jeszcze dziś, rozumiesz?! A teraz wypierdalać mi stąd i do roboty! No co się tak gapisz?! Głuchy jesteś?! WYPIEPRZAJ SZUKAĆ TEGO BEHENĆODA!!!!!!!
Pozbywszy się podwładnych nakrył folią ciało denatki, spoglądając ze współczuciem na jej pokaleczone plecy. Usiadłszy na przeklętym łóżko zakrył twarz dłońmi i z autentycznym żalem w głosie powiedział:
-Co, mała, znalazł się wreszcie ktoś, kogo nie byłaś w stanie przechytrzyć? Widzisz, takie jest już życie, karma powróciła, teraz przyszło ci zapłacić drogo za twoją nienawiść i twoje cierpienie.
I, westchnąwszy, wyszedł z pokoju trzaskając drzwiami z wściekłości.

Przypisy:
*beedi (hindi): hinduskie papierosy.
*behenćod (hindi): skurwysyn, właść. Siostrojebca.
*betel (hindi): słodkie zawijątko do żucia, znajdują się w nim oprócz ziół i owoców np. substancje halucynogenne. Z samych liści rośliny betelu produkuje się napój alkoholowo- halucynogenny bhang.
*bhang i saaki (hindi): nazwy własne hinduskich alkoholi, bhang dodatkowo posiada w sobie substancje narkotyzujące i halucynogenne.
*Chand Bhaiiya (hindi): również gra słów, Chand bowiem, jak poprzednio, może być brane za imię oraz słowo ?księżyc?, natomiast Bhaiiya znaczy zarówno brat, jak i przywódca gangu dosłownie. Takie złożenie słów możemy więc w Indiach wziąć za imię i nazwisko lub po prostu tytuł ?Szef mafii Księżyca?.
*chal (hindi): na razie, trzymaj się.
*cutija(hindi): szmata.
*Maderćod (hindi): skurwysyn, właść. Matkojebca.
*sali (hindi): dziwka.
*Rani Jannat (hindi): Rani to imię, ale znaczy również ?królowa?, natomiast Jannat mogące uchodzić za nazwisko oznacza także ?życie?. Złożone zatem razem w hindi może brzmieć jak imię i nazwisko albo jak samozwańczy tytuł ?Królowa Życia?.
Z mądrości moderatorskich: Oczywiste oczywistości nie istnieją. Zrób facepalm i ruszaj dalej.
Nielusiowe tworki|Nielusiowa zupka|Niela czyta Puella bella
Akcja KDT
Obrazek
Aratanooniel
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 523
Dołączył(a): 01 maja 2009, 13:58
Lokalizacja: Rzeszów

Re: Morrrdercze wyzwanie

Postprzez psota » 03 paź 2012, 12:12

Zgodnie z obietnicą:

Zgodność z warunkami turnieju;
Zbyt wymagające nie były : )
- Tekst A ? 5 - morderca jest, tekst własny jest, kryminał też.
- Tekst B ? 5 ? jak wyżej.
- Tekst C ? 5 ? jw.

Pomysł
- Tekst A ? 3 ? przykro mi, ale jak dla mnie pomysł na całość jest kiepski i w dodatku w jakimś stopniu powielony z ?Piłą?. Jakoś ciężko mi oderwać jedno od drugiego, chociaż przecież różnice są wielkie. Nie ma zachwytu. Pan Kara ? sam z siebie i jego ?tytuł? mnie rozśmieszył, co nie wypada, jeśli idzie o kryminał albo horror. Sceny są nieprzemyślane, napisane na szybko i niedokładnie. Śmierć chłopca nie wzruszająca, postawa Pana Kary w trakcie zabijania ? zero mroku i dreszczu emocji. Skrucha dziewczyny ? banalna. Jedyny plus za jakiś ideał tego, że czasami to, co wydaje się nam złe, może obrócić się w dobre. Cóż? uczymy się na własnych błędach, prawda?
- Tekst B ? 6 ? pomysł jest ciekawy, szczególnie na tle tego, jak można stać się mordercą, albo raczej co powoduje, że ludzie stają się takimi bestiami, bezdusznymi osobami, które nie mają litości. Jednakże scena z ojcem i gwałtem zwyczajnie mnie rozśmieszyła ? ta druga. Powiedz mi Autorze, czy ktoś wdaje się w dyskusje w takich momentach? Stoi i poddaje się? Poza tym sceny zabójstwa obu kobiet są śmieszne, nie czuję tego dramatyzmu sytuacji. Jak dla mnie to jest bardzo mało wiarygodne i w dodatku śmieszne. Potem akcja zmienia swój bieg, są zlecenia ? które w jakimś stopniu mnie fascynują. Nutka fanatyzmu jest, końcówkę da się przewidzieć ? szczególnie, jak przyjmuje to zlecenie odnośnie rodziny senatora, ale to nie sprawia, że czuje się rozczarowanie. Ujął mnie początek z ową kobietą, miało to w sobie kawałek dobrze zapowiadającego się kryminału.
- Tekst C ? 5 ? podobał mi się najbardziej jako szybki kryminał, a przy tym lekki i bez namysłu i zmuszania do myślenia. Nic nadzwyczajnego tak naprawdę. Mimo to akcja jest wartka, zabójstwa szybkie i sprawne, chociaż odcinanie męskiej, wrażliwej części ciała wzbudziło mój śmiech ? szczególnie jak wylądowało w torebce. Klimatu dodaje nazewnictwo, jest ciekawie i tak egzotycznie, a tak miało być prawda? Obawiam się jednak, że zapomnę szybko o tym tekście.

Styl
- Tekst A ? 4 ? tekst jest niedopracowany przez co technicznie też kiepski. Opisy nie powalają, przecinki skaczą? A przekleństwa nie dodają uroku.
Spoiler: pokaż
?Jednak ja się nie poddawała,.?
poddawałam
?co najmniej 8 par drzwi,?
Tekst literacki, więc piszemy słownie.
?Szlam wciąż przed siebie?
szłam
?Nagle zza drzwi jednego z pomieszczeń dobiegł mnie szloch. Zbliżyłam się do drzwi.?
Powtórzenia
?- Angela... Anioł. - zaśmiał się,?
Albo z kropką i z dużej, albo bez.
? Cieszę się, że w końcu się obudziłaś. - odezwał się nieznany mi głos z dziwnym akcentem.?
To samo ; ) I takich przypadków jest dużo więcej
? Możesz ocalić tego uroczego chłopca. ale chcę czegoś w zamian.?
Przecinek?

- Tekst B ? 7 ? stylowo dużo lepiej niż tekst A, początek, jak już wspominałam, jest nastrojowo dobry, resztę czyta się całkiem zgrabnie, chociaż miałam momenty, gdy wydawało mi się, że wkrada się ?kwiecistość? tak na siłę.
Spoiler: pokaż
?Zaśmiał się na ich widok złym śmiechem?
Masło maślane?

- Tekst C ? 8 ? czytało mi się najlepiej, jest ma w sobie jakiś nastrój, akcja jest szybka, bez dodatkowych smętków. Błędy uszły mojej uwadze.

Punkty dodatkowe
- Tekst A ? 1 ? łaskawe spojrzenie na pomysł, choć jego realizacja jest bardzo słaba.
- Tekst B ? 1 ? za początek.
- Tekst C ? 1 ? za klimat Bombaju.

Ogół:
- A ? 13,
- B ? 19,
- C - 19.

Przyznam szczerze, że spodziewałam się ciekawszych kryminałów, bo mieliście swobodne pole popisu. Ciężko był mi wybrać między B i C, bo trudno je porównywać, a jeszcze trudniej wybrać, co liczy się bardziej w kontekście kryminału - czy wartka akcja, czy skupienie się na psychice bohatera.

Psota
psota
Administrator
Administrator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 425
Dołączył(a): 11 lut 2008, 21:11
Lokalizacja: Stalowa Wola

Re: Morrrdercze wyzwanie

Postprzez Kostucha » 11 mar 2013, 02:08

Co prawda nigdy nie lubiłam poddawać prac innych punktowej ocenie, ale spróbuje to zrobić skoro co poniektórzy tak ładnie proszą :) Proszę tylko pamiętać, że to są moje osobiste odczucia i nie wszyscy muszą się z nimi zgadzać. ^^

Zgodność z warunkami turnieju:
A – 5
B – 5
C – 5

Pomysł:
A – 2 – Pomysł mnie nie zachwyca. Znany z wielu filmów i książek motyw seryjnego mordercy, uważającego się za jedynego sprawiedliwego i jednocześnie kata, mi osobiście się przejadł. Próba wywołania szoku śmiercią nastolatka, jeśli takie było założenie, na mnie nie zadziałała. Wszystko dzieje się za szybko, zbyt pobieżnie, a postacie są, albo niedopracowane w pierwotnym pomyśle, albo nie do końca opisane w tekście. Nie udało mi się ani utożsamić z żadną postacią, ani nawet poczuć do niej sympatii.
B – 3 – Hmm…Nastawiłam się na kryminał/horror, a więc w moim mniemaniu coś, co sprawi, że włosy zjeżą mi się na karku. Nie wyszło. Sam pomysł mordercy wykreowanego przez rodzinną patologię był dobry. Motyw zemsty kolegi po fachu też, chociaż był przewidywalny. Zabrakło za to dopracowania szczegółów pomysłu, zagłębienia się w temat. Zamiast czystego kryminału wyszła taka trochę biograficzna retrospekcja głównego bohatera. Bez urazy, pomysł dobry acz niedopieszczony w szczegółach sprawił, że wyszedł z tego „Kwiat Pustyni” z Leonem Zawodowcem w roli głównej, przy czym główny bohater wcale nie wydaje mi się zawodowcem… Przy obmyślaniu swoich planów postać, popełniała całą masę błędów, których nawet ja, nie będąc zawodowym mordercą, bym nie popełniła. Masę niedociągnięć ma też motyw z ojcem. Mam wrażenie, że autor opowiadania nie zainteresował się tym, jak naprawdę działa psychika i jak zachowują się dzieci z tak patologicznych rodzin i po takiej traumie jak gwałt. Zachowania postaci matki, dziecka i babci są momentami kompletnie nielogiczne, nawet, a wręcz zwłaszcza, gdy weźmie się pod uwagę ich uczucia. Po prostu tekst jest niedopracowany, a przez to kompletnie nierealistyczny. Przy kryminałach i horrorach, które nie zawierają elementów fantastyki to, co najbardziej wprowadza mnie w nastrój i wywołuje dreszcze jest prawdopodobieństwo zaistnienia opisanego zdarzenia w rzeczywistości. Tego zabrakło. A motyw z Barbarą, która poruszyła serce bohatera, mógł całość podratować, ale został prawie niewykorzystany, użyty zaledwie jako marny pretekst zaistnienia końcowych wydarzeń.
C – 8 – Pomysł był super. Co prawda motyw kobiety mordującej mężczyzn dla zemsty na tym jednym, który ją w przeszłości skrzywdził, nie jest dla mnie niczym nowym, ale jest to jeden z moich ulubionych wątków. Kreacja głównej bohaterki – świetna, można się z nią łatwo utożsamić i jest to postać wyrazista. Niestety jakoś nie mogę powiedzieć tego o reszcie postaci, które stworzyły dla mnie bezbarwne tło, a wydaje mi się, że przynajmniej Pan Głowa Mafii zasługuje na większą uwagę. Całość zgrabnie, nie męcząco opisana. Zwrócono uwagę zarówno na styl działania głównej postaci, jej przeszłość jak i poczynania oponentów. Niestety końcówka mnie zawiodła. Koniec był za szybki, niedokładny, napisany jakby w pośpiechu. Dobrze wykreowana postać zadłużyła na coś więcej niż: CIACH – nie żyje.

Strona techniczna:
A – 1 – Kompletnie bez polotu i w dodatku z błędami.
B– 8 - Czyta się dobrze, płynnie, mimo, że tekst dość długi. Błędów jakoś nie wyłapałam, a opisy, zwłaszcza te groteskowe przy postaci Ojca, nawet mi się podobały. Nawet, jeśli temat tekstu był niedopracowany ze strony technicznej nie mam zastrzeżeń.
C – 9 – Bardzo dobrze się czytało. Błędy, nawet, jeśli były, to przegapiłam. Jedyne zastrzeżenia to:
1) Nieco za mało rozbudowane makabryczne czy traumatyczne sceny ( moja uwielbiająca horrory psychika domaga się więcej krwi i szczegółów ), było dobrze, ale mogłoby być wstrząsająco, gdyby Autor poświęcił na nie więcej tekstu.
2) Lekkie nadużycie obcych wyrazów. Ubarwiają opowieść i tworzą klimat, ale ich znaczenie nie jest gładko przedstawione/wytłumaczone w tekście, a zmusza do uciekania się do odsyłaczy i słowniczka, co z kolei nie pozwala lekturze w pełni mnie pochłonąć i po chwili zaczyna irytować.

Punkty dodatkowe:

A – 0 – Przykro mi, ale nie było nic, co by mnie urzekło.
B – 2 – Za pomysł z rodzinną patologią. Nadała postaci głównego bohatera głębi, a autorzy nie zawsze mają odwagę na dokładne opisanie takich scen.
C – 3 – Za postać, która wykreowana jest niemal na mój ulubiony typ bohaterek. ;)


W sumie:
A – 8
B – 18
C – 25



Oceniłam zgodnie ze swoim sumieniem ^^ Mam nadzieję, że wyraziłam się czytelnie i nikt się nie pogniewa.
Przez noc droga do świtania - Przez wątpienie do poznania - Przez błądzenie do mądrości - Przez śmierć do nieśmiertelności.
Avatar użytkownika
Kostucha
Przejściowy Pokój
Przejściowy Pokój
 
Posty: 29
Dołączył(a): 05 mar 2013, 23:28

Re: Morrrdercze wyzwanie

Postprzez FanaticHuman » 17 mar 2013, 12:54

;) w moich odczuciach (przytakując idei, że jesteśmy tylko ludźmi i możemy się mylić)

Zgodność z warunkami:
Tekst A - 5
Tekst B - 5
Tekst C - 5

Pomysł
A - 5. Tekst nie jest zły, ale nie najlepszy z prezentowanych. Jakoś denerwował mnie przykry symptom wymiotowania głównej bohaterki
B - 9 Najbardziej mnie urzekł. Autor tekstu trafił w mój gust. Ciekawa lekkość relacjonowania zdarzeń, ciekawa historia, dobre zakończenie i dobre morderstwa a podsumowanie tej opowieści takim pytaniem retorycznym jak dla mnie jest genialne. Jedyny minus jaki Ci daje to za ten miotacz płomieni bo w tym tekście jak dla mnie odstaje i brzmi dość surrealistycznie;D
C -6 też mi się podoba, kobieta bierze sprawę w swoje ręce i zabija. Podoba mi się cyniczność bohaterki, osobowość bardzo silna, zabija sobie, bawi się flakami a jest wkurzona, że odprysł jej lakier do paznokci i kolekcjonuje penisy;D

Styl
A - 5
B - 6
C - 7

Punkty dodatkowe
A - 0
B - 3 za motyw patologii, kreacje głównego bohatera i yaoi
C - 2 za kreacje bohaterki i orientalne wstawki

Ogół
A - 15
B - 23
C - 20

Życzę weny;)
"Nawet jedna z niepozornych istot może zmienić bieg przyszłości"
Avatar użytkownika
FanaticHuman
Przejściowy Pokój
Przejściowy Pokój
 
Posty: 28
Dołączył(a): 25 sty 2013, 22:46
Lokalizacja: Lublin

Re: Morrrdercze wyzwanie

Postprzez Puchacz » 19 mar 2013, 23:41

Oficjalne rozstrzygnięcie

tekst A: Dream Slayer (36 punktów)
tekst B: Rigeric (60 punktów)
tekst C: Shantiprya (64 punkty)

Wygrywa Shantiprya i jej opowiadanie "Mała Czarna" (C).
Gratulacje!

serdecznie gratulujemy wszystkim uczestnikom,
życzymy wena na przyszłość
Obrazek

Podążaj za białym królikiem.
Modzi widzą przez peleryny niewidki.


Pusia lubiła swój zielony balonik...!
Avatar użytkownika
Puchacz
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 841
Dołączył(a): 11 kwi 2009, 23:05


Powrót do Bitwy - Różne

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Google [Bot] i 1 gość

cron