Uważaj na szalonych naukowców

Bitwy zamknięte.

Moderatorzy: Puchacz, Aratanooniel

Uważaj na szalonych naukowców

Postprzez Puchacz » 30 wrz 2012, 17:21

Turniej rozegra się na następujących zasadach:

Fandom: brak.
Temat: Szalony naukowiec przeprowadza eksperymenty na faunie i florze. Pewnego dnia popełnia kolosalny błąd. Co z tego wyniknie?
Gatunek: ?trochę horroru, trochę komedii?
Inne wymagania: brak
Długość: 3-10 stron (TMR 12)
Obrazek

Podążaj za białym królikiem.
Modzi widzą przez peleryny niewidki.


Pusia lubiła swój zielony balonik...!
Avatar użytkownika
Puchacz
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 841
Dołączył(a): 11 kwi 2009, 23:05

Re: Uważaj na szalonych naukowców

Postprzez Puchacz » 30 wrz 2012, 17:24

Tekst A


Doktor Jean-Luc de Lourceoux nie był zamożnym człowiekiem. Jego życie było ciężkie i odcisnęło na nim piętno braku poczucia własnej wartości. Uciekał przed ludźmi, chowając się w swoim laboratorium. Owszem, wychodził regularnie na spacery, ale zwykle z nikim nie rozmawiał, a jeśli już, to tematy zwykle dotyczyły pracy lub były zupełnie neutralne. Jean-Luc nienawidził bowiem mówienia o sobie.
Doktor de Lourceoux był osobą bardzo skrytą, to prawda, ale jego największym sekretem była miłość do Annabelle L'Estrouge, najpiękniejszej kobiety Paryża.
Panna Annabelle była rzeczywiście damą nieprzeciętnej urody. Długie, gęste, lściące blond włosy spływały eleganckimi falami, aż do jej talii. Niebieskie oczy spoglądały z bystrością i mądrością osoby młodej, ale jednocześnie bardzo doświadczonej. Blade wargi zwykle były wygięte w tajemniczym półuśmiechu, który można było interpretować zaciekawieniem lub psotliwością. Alabastrowa skóra panny L'Estrouge jaśniała lekko w świetle dnia, pozbawiona najmniejszej skazy.
Młody Jean-Luc wiedział, że do wybranki jego serca zjeżdża cały Paryż, Francja a nawet goście z całej Europy, zabiegając o względy i serce pięknej Annabelle. Lekarz wiedział, że nie ma szans z innymi kandydatami, którzy mieli pieniądze i wpływy, a nie, jak on - tylko dobry wygląd i szeroką wiedzę. Nie chciałby przecież, żeby to kobieta go utrzymywała - Annabelle była bogata i przyzwyczajona do luksusu, którego on nigdy nie mógłby jej zapewnić.
Jednakże życie pisze najdziwniejsze scenariusze i tak jakoś się stało, że Annabelle i Jean-Luc poznali się i szybko wzięli ślub. Doktor całe życie zastanawiał się, co kierowało jego żoną, że upodobała sobie właśnie jego. Cokolwiek to było, niech jednak pozostanie przeklęte i blogosławione za radość i ból, jaki przyniosło ze sobą.
Był późny, jesienny wieczór, kiedy doktor de Lourceoux i panna L'Estrouge się poznali. Owszem, znali się z widzenia na balach, na których lekarz miał rzadką przyjemność być, ale to był pierwszy raz, kiedy zamienili ze sobą słowo poza pysznymi salami balowymi bez tłumu ciekawskich, lekko pijanych gości.
Jean-Luc był zmęczony pracą, nieudanymi eksperymentami i towarzystwem swojego starego, leniwego kocura. Czuł się wypalony, jego pasja i natchnienie znów gdzieś znikły, zostawiając za sobą smutne poczucie samotności. W chwilach takich jak ta, mężczyzna lubił wychodzić na spacer do pobliskiego parku, usiąść na ławce i podziwiać przyrodę. Tak zrobił i tym razem.
Doktor siedział na ławce, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo. Czuł, że znów go dopada melancholijny nastrój, włącznie z myślami samobójczymi. Rzecz jasna, zdawał sobie sprawę, że samobójstwo to głupota, ale jednocześnie miał poczucie, że w zasadzie nie żałowałby, gdyby tego wieczora przytrafiłby mu się jakiś straszny wypadek.
Z rozmyślań wyrwał go dopiero głęboki, kobiecy głos:
- Pan doktor powoli, że tu usiądę? - spytała grzecznie.
Jean-Luc zdziwił się na dżwięk znajomego głosu. Odwrócił się raptownie i zdziwił jeszcze mocniej, widząc, że oto stoi przed nim obiekt jego westchnień.
- Tak. Tak, oczywiście! - zawołał, natychmiast ustępując miejsca Annabelle.
Annabelle usiadła, przyglądając mu się z lekkim rozbawieniem, widząc frustrację na jego twarzy. Nic jednak nie powiedziała, tylko skierowała bystre spojrzenie na granatowe niebo.
- Być może dziwnie to zabrzmi, ale bardzo się cieszę, że nie ma dziś księżyca - powiedziała po chwili.
- Dlaczego? - spytał po chwili Jean-Luc, szczerze ciekaw odpowiedzi.
- Ponieważ bez księżyca, niebo jest ciemniejsze, a więc można podziwiać więcej gwiazd. - odrzekła lekko, tonem sugerującym, że wie, iż doktor ma bardzo podobną opinię.
Siedzieli tak razem dość długo. De Lourceoux opowiadał Annabelle o gwiazdach i planetach - o historiach związadych z imionami gwiazd i konstelacji. Również o tym, jak klasyfikuje się gwiazdy i jak oblicza ich odległość.
Panna L'Estrouge słuchała go z zainteresowaniem i podziwem, od czasu do czasu zadając pytania. Po prawie półtora godzinnej konwersacji Jean-Luc wiedział już, że spotkał swoją bratnią duszę.
- Mam nadzieję, że zobaczymy się niedługo? - zapytała Annabelle z nieskrywaną radością. Stali razem pod drzwiami jej domu, a Jean-Luc czuł na sobie zazdrosne spojrzenia przechodni i sąsiadów.
- Oczywiście. Codziennie wychodzę na spacery mniej więcej o jednakowej porze. Jeśli natomiast będzie pani potrzebować mojej pomocy, proszę nie krępować się zastukać do moich drzwi. Najprawdopodobniej będę właśnie tam. - powiedział szybko, nadal onieśmielony jej obecnością. Miał tylko nadzieję, że nie zabrzmiało to jakoś niegrzecznie z jego strony.
- Z pewnością skorzystam z zaproszenia. Dobranoc, panie doktorze - rzekła, po czym znikła za drzwiami.
- Dobranoc - zdążył jedynie odpowiedzieć. Stał jeszcze chwilę u progu drzwi, trawiąc to, co się właśnie stało i nie mogąc uwierzyć, że miał takie szczęście.
Od tamtego wieczora widywali się w parku regularnie. Z czasem jednak spotykali się w jego domu lub domu Annabelle. W końcu zaczęli spędzać ze sobą całe dnie. Małżeństwo stało się jedynie formalnością.
Po raz pierwszy w życiu Jean-Luc był szczęśliwy. Kontynuował swoje badania. Jego żona często mu pomagała - była bowiem osobą chłonną wiedzy, której lekarz wcale nie miał zamiaru jej zabraniać. Wspólnie dokonali wielu odkryć w dziedzinie genetyki.
Jednak, jak to w życiu bywa - Pan Bóg dał, Pan Bóg zabrał. Po dziesięciu latach szczęścia, doszło do tragedii.
Annabelle od zawsze bardzo chciała mieć dzieci, jednak z jakichś powodów nie udawało im się tego marzenia spełnić. Kiedy w końcu pani doktorowa zaszła w ciążę, zaczęły się jej problemy ze zdrowiem i komplikacje.
Jeździli od lekarza do lekarza, od miasta do miasta, by jej pomóc. Wszyscy jednak jednogłośnie orzekali, że jeśli zdecyduje się zachować dziecko, umrze. Annabelle była jednak nieugięta i dzielnie walczyła o nienarodzonego potomka.
Kiedy udało jej się donosić aż do terminu, im obojgu wydawało się, że nadszedł koniec ich zmartwień. Kiedy zaczęły się bóle, Jean-Luc natychmiast posłał po położną. Była to kobieta w wieku lat pięćdziesięciu, z doświadczeniem i dobrym sercem. Doktor wiedział, że może jej ufać.
De Lourceoux siedział w korytarzu, czekając niecierpliwie. Poród dłużył się niemiłosiernie. W końcu zrozumiał, że musiało coś się stać, bo akuszerka ani żadna ze służących nie wychodziły z pokoju przez długie godziny.
- Doktorze? Przykro mi... - powiedziała położna, wyłaniając się zza drzwi. - Przykro mi. Niczego nie mogliśmy zrobić. Poród trwał zbyt długo. Niestety, pańska żona ani dziecko tego nie przeżyli.
Jean-Luc wstał, kompletnie oszołomiony tą wiadomością. Nie mógł uwierzyć w to, czego właśnie się dowiedział.
- Czy... czy mogę ich zobaczyć? - zapytał, czując jak łzy napływają mu do oczu.
- Oczywiście - odrzekła kobieta, choć z całego serca wolałaby mu tego oszczędzić.
W tamtej właśnie chwili Jean-Luc poczuł się zupełnie sam. Do dnia pogrzebu próbował zachowywać się normalnie. Dopiero po nim zaczęło do niego docierać, że Annabelle już nie ma. Nigdy nie wróci. Że jedyna osoba, którą kiedykolwiek kochał odeszła na zawsze.
Lekarz nie potrafił pogodzić się ze swoją stratą. Całymi dniami siedział w domu, upijając się do nieprzytomności. Z czasem zamienił alkohol na narkotyki. Nierzadko również mieszał jedno i drugie, pijąc i odurzając się coraz mocniej, mając nadzieję, że zginie.
Tak się jednak nie stało. Posunął się do dwóch prób samobójczych, z czego obydwie skończyły się niepowodzeniem.
- Wy, ludzie, jesteście dziwni - odezwał się głęboki, mruczliwy głos.
Lekarz rozejrzał się dookoła. Był przecież sam w domu, a przynajmniej tak mu się wydawało.
- Tu! Tutaj, doktorze - ktoś powiedział jeszcze raz.
Jedyną żywą istotą w pokoju poza nim samym był czarny, gruby kocur. Po śmierci swojego zwierzęcia, Jean-Luc nie przygarnął żadnego innego i niezwykle się zdziwił, widząc kocisko wygodnie umoszczone na fotelu przed kominkiem.
- Odbiło mi! Kompletnie zwariowałem! - zawołał. - Mam halucynacje! Och, Boże! Nie! Nie chcę skończyć z wariatami.
Kot zaś przyglądał mu się bacznym, choć również nieco znudzonym spojrzeniem.
- Tak, zwariowałeś. To akurat prawda - odezwało się po chwili zwierzę. - Ale nie myśl sobie, że słyszysz i widzisz mnie właśnie dlatego. Jestem tu i mówię, bo naprawdę mogę. Wy, ludzie, po prostu nigdy nie słuchacie.
- Kim jesteś? - zapytał doktor, przerażony całą sytuacją. Jego ciało drżało ze zmęczenia i ze strachu.
- Jestem Setrel. I myślę, że mogę ci pomóc w niedoli.
- Jak?
- Och, nie patrz tak na mnie... Nie jestem demonem. - rzekł kot z poirytowaniem. - Wiem, że pasjonujesz się medycyną. Mój poprzedni pan zajmował się alchemią. Myślę, że jeśli będziesz chciał, możesz połączyć te dwie dziedziny, a wtedy...
- A wtedy co?
- Nauczysz się przywoływać umarłych.
Jean-Luc przyglądał się kotu w zdumieniu.
- To dzięki mojemu panu umiem mówić waszą mową. Tak się stało, że umarł i bardzo za nim tęsknię i chciałbym, by wrócił. Ty tęsknisz za żoną i dzieckiem. Jeśli obiecasz mi przyprowadzić mojego pana spowrotem, ja dam ci jego notatki.
Czy Jean-Luc mógł odmówić takiej propozycji? Wiedział, że jest to niemoralne - zakłócać spokój zmarłych, ale w zasadzie było mu to obojętne.
I tak zaczął prowadzić badania nad śmiercią i powrotem z krainy umarłych. Początki były trudne - rozpoczął od przywoływania zdechłych zwierząt, co spotkało niesłychany entuzjazm ze strony Setrela.
- Świeże są smaczniejsze - powiedził kot, kończąc jeść zmartwychwstałego gołębia. - Zawsze trącą odchodami, ale to to już przesada. Nie dość, że śmierdzi, to jeszcze wybucha.
I tak rzeczywiście było. Jean-Luc nieostrożnie zbudził gołębia, gdy ten był jeszcze w stanie stężenia pośmiertnego. Był dziwnie spuchnięty i tylko było czekać aż wybuchnie. Cała podłoga i część ściany była pokryta krwią, piórami i wnętrznościami.
- No, cóż. To się dopiero nazywa bombowa kolacyjka - rzekł lekarz, uśmiechając się. Kot roześmiał się wesoło.
- Twoje poczucie humoru jest naprawdę straszne, Jean... - odrzekł Setrel, nie mogąc przestać się śmiać.
Po wielu miesiącach pracy, nadszedł czas na pierwszą próbę na ludzkich zwłokach. Lekarz czuł się nieco niekomfortowo, zastanawiając się, czy nie czyni wbrew przysiędzie Hipokratesa.
- Jeśli przyjąć, że śmierć to choroba, to tak jakby ich leczysz - powiedział Setrel, próbując ugasić jego poczucie winy. - No, już. Pośpiesz się. Nie mamy całego dnia.
Jean-Luc posłusznie pochylił się nad ciałem, kolejno wstrzykując poszczególne mikstury.
Trup otworzył oczy. Spojrzał na lekarza w bardzo dziwny sposób. Potem wstał i ruszył w kierunku drzwi. Chyba zapomniał jak się je otwiera, bo z wielką zawziętością próbował przez nie przejść. I nie przeszkadzało mu kompletnie, że jest w towarzystwie innych ludzi kompletnie nagi.
- Wiesz, jak tak ma to wyglądać, to ja nie chcę, by mój pan wracał - odezwał się Setrel, przyglądając ze zdziwieniem upartemu nieumarłemu.
- Czemu? - spytał Jean-Luc.
- Wiesz... Mój pan był dość gruby i jeśli miałby dzień w dzień świecić gołym tyłkiem, to chyba ja sam poszedłbym się zakopać do grobu.
- Może masz rację... Czyli co? Rezygnujemy z dalszych badań?
- A co? Chcesz marnować życie na hodowanie armii półgłówków takich jak ten?
Obaj spojrzeli ponownie na trupa, który dla odmiany próbował przejść przez ścianę.
- Nie, chyba nie.
I w ten oto sposób Jean-Luc i Setrel zamieszkali razem z nieumarłym, któremu dali na imię Anthony. W bólach i trudach udało im się go nauczyć ponownie norm podstaw dobrego wychowania. Ostatecznie okazał się być niezastąpionym służącym i królikiem doświadczalnym do eksperymentów doktora. Czy kot i lekarz byli szczęśliwi? Tak. A przynajmniej tak bardzo, jak potrafili.
Obrazek

Podążaj za białym królikiem.
Modzi widzą przez peleryny niewidki.


Pusia lubiła swój zielony balonik...!
Avatar użytkownika
Puchacz
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 841
Dołączył(a): 11 kwi 2009, 23:05

Re: Uważaj na szalonych naukowców

Postprzez Puchacz » 30 wrz 2012, 17:25

Tekst B


Polowanie na wiewiór-ki


Miasto Nutshire, które zawdzięczało swoją nazwę ogromnej liczbie rosnących na jego terenie drzew orzechowych, do tej pory egzystowało z dnia na dzień we względnym spokoju. Świeciło słońce, przesuwały się chmury, wiał wiatr wschodni, niosący ze sobą świeży zapach pobliskiego morza, padał deszcz, śnieg, grad. Zmieniały się pory roku. Spadały liście, kwitły kwiaty, czerwieniały owoce, zamarzała woda. Działo się wszystko to, co zdarzało się również w innych miejscach. Ale tutaj mieszkańcy żyli sielankowo. Bez żadnych zbędnych spalin, czy kwaśnych deszczy. Bez huku samochodów ciężarowych, szumu helikopterów i wycia z kominów lokomotyw.
Miasto nie znało postępu. Bo niby po co? Przecież wszyscy wokół w swoich hucznych miejscowościach wpadali w depresje i inne przykre choroby. Tutaj nie było żadnych podobnych oznak. Uczyniono dla dobra społeczności wszystko to, co potrzebne, lecz w sposób jak najmniej uprzemysłowiony. Polnymi, ubitymi drogami jeździły bryczki zaprzęgnięte w konie i rozwoziły świeże mleko do domów. Inne robiły za policję. Jeszcze inne za straż pożarną i karetkę pogotowia. Kolejne za staromodne taksówki. Karoce zamożniejszych rodzin zdobne były z zewnątrz w różne złocone i pokryte macicą perłową ornamenty. Wnętrze ich obito perkalem i wyłożono miękkimi poduszkami. Stangreci ubierali się na modłę starofrancuską i zawsze mieli dobre maniery. Państwo zaś które miało szczęście być bogate i jeździło tymi karocami, zawsze nosiło fantastyczne ciuchy, sprowadzane z najdalszych zakątków świata. Suknie z gorsetami i rondami zjawiały się na porządku dziennym. Filigranowe pantofelki zrobione z mięciutkiego materiału, idealnie pasowały na stópki pokryte rajstopkami. Damy nosiły też przy sobie ozdobne parasolki, by chwalić się, co która ma lepsze.
Utopia Nutshire nie była jednak do końca tak utopijna, jak by się mogło zdawać biernemu obserwatorowi, przejeżdżającemu przez miasto lub wstępującemu do niego tylko na krótki czas. Co prawda zasady były z reguły restrykcyjnie przestrzegane. Jeśli na przykład gość chciał wjechać do centrum samochodem, był od razu zatrzymywany i wycofywany. Samolotów nie dało się tak kontrolować. Przelatywały co jakiś czas, przyprawiając mieszkańców o silne migreny.
Jeden jegomość niszczył skutecznie czar miasta. Floyd Lyoloyd. Zbudował sobie, mimo sprzeciwów burmistrza i radnych oraz konfliktów z prawem, nowoczesną rezydencję, przy-pominającą z wyglądu fabrykę. Podobno w środku posiadał osobiste laboratorium naukowe, wszyscy bowiem w Nutshire wiedzieli, że jest troszkę postrzelonym badaczem flory i fauny. Każdego dnia budził postrach, kiedy wyczuwało się od niego na odległość co najmniej trzech metrów dziwne zapachy. I najgorszymi wrażeniami węchowymi nie były tutaj bynajmniej zwierzęce odchody. Często Lyoloyd śmierdział czymś bliżej niesprecyzowanym, a był to tak nieznośny smród, że ludzie, kiedy tylko go ujrzeli, uciekali z drogi ? i nie robili tego dyskretnie, choć etykieta wymagała. Kiedyś się starali, ale z czasem nie mieli już siły przestrzegać tak mało ważnych zasad, jeśli każdy w takiej sytuacji postępował zupełnie podobnie.
Floyd Lyoloyd rzeczywiście był naukowcem i rzeczywiście trochę postrzelonym osobnikiem. Jego wygląd kontrowersyjnie współdziałał z zawodem. Miał ciemne, długie, rozczochrane włosy, szczupłą, wydłużoną sylwetkę i kilka blizn na twarzy. Dodatkowo nosił wąsy w stylu XIX-wiecznym i komiczny monokl. Biały, poplamiony i poprzepalany fartuch był jego nieodłączną codzienną szatą. Całości diabelskiego efektu dopełniała zawiązana pod szyją, ni w pięć, ni w dziewięć, czarna muszka.
Rodzice naukowca byli podobni do innych, lecz wyrodny synek zapragnął pójść na studia i wyjechał. Kiedy wrócił, wstrząsnął całym Nutshire. Starsze panie stwierdziły, że ?to przecież kompletny absurd. Jak on może tak wyglądać! I jeszcze ten paskudny fartuch. Ohyda!?. Matka oszalała, kiedy zobaczyła, na co wyrósł jej mały Floyd. Potem udławiła się pestkami przy jedzeniu jabłka i zmarła. Ojciec zaś dostał zawału i zszedł z tego świata szybciej, niż się tego spodziewał. Młody Lyoloyd został sierotą. Zburzył dom rodzinny i na jego miejsce postawił wiadomą rezydencję. Później podróżował do parków i lasów, gdzie obserwował zachowania wiewiórek. Następnie łapał kilka i zabierał do laboratorium. Tam przeprowadzał na nich gruntowne badania, w celu stwierdzenia między innymi, czy potrafią obejść się bez orzechów. Zwierzątka źle znosiły wygłupy świrniętego człowieka. Wyrywały się, wypadała im sierść, a ich ogólny nastrój pogorszył się.
Pewnego dnia uciekły z klatki i rozbiegły się po całym domu. Floyd w złości wyłapał je wszystkie i zarządził przymusową głodówkę. Wiewiórki piszczały, lecz nie miał nad nimi litości. Wreszcie nakarmił je, lecz nie orzechami. Musiał pomóc mieszkańcom. Taki postawił sobie cel. Kobiety bowiem obficie narzekały, że często nie starcza im drogocennych nasion na placka. Futrzaki musiały się odzwyczaić od swojego głównego pokarmu. Nie było rady.
Z biegiem dni Lyoloyd wymyślił dodatkowo miksturę pomniejszającą. Chciał napoić nią zwierzaki, by ich wiecznie głodne żołądki trochę się skurczyły. Wtedy może chociaż w połowie przestałyby plądrować drzewa orzechowe. Tak też uczynił, a potem, po zaopatrzeniu w nadajniki, wiewiórki wreszcie zostały wypuszczone na wolność. Floyd obserwował ich zachowanie i dostrzegł, że rzeczywiście zjadają mniej orzechów. Postanowił więc urządzić polowanie na większą skalę. Biedził się z tym przedsięwzięciem wiele czasu. W końcu wyłapał sporą liczbę wrednych zwierzątek. Umieścił je w specjalnie przygotowanej klatce, a następnie zabrał się za przyrządzanie mikstury. Niestety, nie wiedząc nawet kiedy, pomylił składniki, co miało stać się przyczyną opłakanych w skutkach następstw.
Napełnił gotową miksturą rozpylacz i opryskał nią stado wiewiórek. Te, zamiast skurczyć się, zaczęły nagle rosnąć ? i to niewyobrażalnie dużo rosnąć. Wreszcie klatka pękła pod ich naporem. Floyd z przerażeniem patrzył na ten horror. Mimowolnie zrobił kilka kroków w tył. Zwierzątek było co najmniej sto. Jak tak ciągle miałyby zwiększać swój rozmiar, to wkrótce laboratorium by ich nie pomieściło. Rosły i rosły, piszcząc przy tym niesamowicie. Miały po pół metra wysokości, potem po metr. I wciąż więcej i więcej.
Lyoloyd krzyknął i zasłonił sobie usta drżącą ręką.
? Teraz to narobiłem ? wypsnęło mu się.
Wybiegł z pomieszczenia i zamknął drzwi na zawór. Następnie chciał wezwać policję, straż, kogokolwiek, lecz pomyślał, że oni nie dadzą rady pomóc.
? Nie, nie, nie! ? złapał się za głowę ? Co ja najlepszego zrobiłem?
W laboratorium rozległ się brzęk tłuczonego szkła. Drzwi zaczęły niepokojąco skrzypieć. Rozległ się ryk.
? O matko? ? Floyd stwierdził, że sprawa jest poważna. Teraz dodatkowo zaczął zastanawiać się, co jeszcze, mogło się wewnątrz wydarzyć, co jeszcze gigantyczne wiewióry zjadły tudzież wypiły.
Ściana nad drzwiami zaczęła pękać. Lyoloyd natychmiast odwrócił się na pięcie i wybiegł czym prędzej z rezydencji. Niedługo potem budynek rozsypał się w stertę gruzu, a ze środka wyszła cała armia wiewiórozilli. Gorzej, niektóre futrzaki potrafiły latać; te wzniosły się pod niebo i z rykiem jako pierwsze rzuciły się na drzewa orzechowe. Wyrywając je z korzeniami, połykały je w całości. Mina szalonego naukowca wyrażała coś w stylu: ?Co jest grane??. Stał kilka minut i oglądał dziwaczny spektakl. Robił to dopóty, dopóki wiewióry biegające nie zauważyły go i nie uznały za coś do jedzenia. Wtedy puścił się biegiem w bliżej nieokreślonym kierunku, byle najdalej stąd.
Ryk przywołał na ulicę ciekawych gapiów. Kobiety, widząc potwory potrafiące rozburzyć ogonami dom, mdlały na rękach swoich mężów. Dzieci wyły, nie mogąc się uspokoić.
Wiewiórki wkroczyły do miasta. Deptały wszystko, co nawinęło się pod ich łapy. Niektóre z nich próbowały wskakiwać na drzewa, lecz zawsze spotykały się z zawodem, kiedy drewno łamało się jak zapałka czy wykałaczka.
Jedna babcia wybiegła w swej zwiewnej sukni i objęła na ogrodzie swojego orzecha.
? Nie oddam go wam, potwory! Muszę zrobić placek na uroczystość jubileuszową klubu sadzonek! Pożryjcie raczej mnie, ale drzewa nie ważcie się tknąć!
Jeden szybki ruch najbliższej wiewiórki wyrwał orzecha z korzeniami. Babcia omal nie upadła na ziemię. Po chwilowej utracie równowagi złapała się mocniej i z bojową miną zeskoczyła w odpowiednim momencie z drzewa tuż na puszystą szyję futrzaka. Od razu zaczęła okładać go pięściami po głowie, lecz skończyło się to dla niej źle. Rozwścieczony zwierzak szybko pozbył się staruszki, jednym ciosem pnia przerabiając ją na miazgę. Sztuczna szczęka uderzyła głucho o ziemię.
Wokół rozlegało się wycie ludzi z pogotowia, straży pożarnej i policji. Próbowali oni naśladować syreny. Bryczki zaprzęgnięte w konie jeździły szybko i raz po raz zgarniały rannych lub gasiły nagłe pożary.
Ktoś krzyknął:
? To z pewnością sprawka tego zwariowanego Floydusia Lyoloydusia! Jestem pewien, że to wszystko on nam sprezentował. Patrzcie ? wskazał na miejsce, gdzie wcześniej stała okazała willa. ? Teraz tam jest ruina. To stamtąd te potwory wylazły. Musiał je specjalnie powiększyć, by nas sterroryzować, byśmy zapłacili za nasz brak akceptacji co do jego osoby. Jejku, kiedy nam będzie dane zjeść placek orzechowy?


[center]***[center]


Flojd Lyoloyd znał tylko jedną osobę, która mogła uratować Nutshire. Tylko jedną, znającą się na podobnych dziwactwach. Tylko jedną, dzielącą z nim zainteresowanie florą i fauną? Calenhildę Łopacińską, wiedźmę z zawodu i zamiłowania, największą mistrzynię w warzeniu tajemnych mikstur i rzucaniu zaklęć, czy klątw. Jej dom był oddalony od miasta o jakieś dwie mile. Floyd biegł więc tak szybko, jak tylko mógł, by zdążyć na czas. Wiewiórozilli było tak wiele, że Nutshire mogło paść w dziesięć minut. Tuż po tym, jak ostatnie orzechowe drzewo zniknie z powierzchni tej części globu można zacząć się lękać o przyszłość.
Latający futrzak przemknął tuż obok, łamiąc po drodze brzozy, klony, dęby? Lyoloyd mimowolnie odsunął się i zboczył nieco ze ścieżki. Wyrzucał sobie własną głupotę i próby uszczęśliwienia mieszkańców, którzy go nienawidzili i się go bali. Postęp był jak najbardziej wskazany, ale to miasto, jak żadne inne, opierało się urbanizacji skutecznie. Chciał zacząć od oszczędzania na orzechach, ale jak zwykle mu nie wyszło. Teraz nie tylko Nutshire, ale cały świat był zagrożony. Zwłaszcza od latających potworów. Te mogły pokonać kilometry w parę minut. Zasiedlając się w innym mieście w poszukiwaniu pożywienia, zdolne były zniszczyć wszystko na swojej drodze.
? Calenhildo! ? krzyknął Floyd, dostrzegając już z oddali drewnianą, zmurszałą chatkę. ? Calenhildo!
? Kto się tak drze, do cholery? ? wrzasnęła ciemnowłosa wiedźma, wychodząc na zewnątrz. ? Floyd, ty pokurczu! ? rzekła ujrzawszy swego przyjaciela. ? Coś znowu zmalował?
? Calenhildo, ratuj! ? wykrztusił zasapany, dobiegłszy do chatki. ?Jak zwykle?, burknęła pod nosem czarownica. ? Powiększyłem wiewiórki.
? Że co?!
? Po mieście grasuje cała armia wiewiórozilli. Pomóż mi, bo pożrą wszystkie drzewa orzechowe i zniszczą świat.
? Och, ty zawsze się w coś wpakujesz, idioto! I co ja mam na to poradzić?
? Nie wiem. Wymyśl coś. Przecież jesteś wiedźmą. W tobie cała nadzieja dla świata i?
? Dla twojego zasranego tyłka? ? Floyd nieznacznie skinął głową. Calenhilda pokręciła swoją ze złośliwością. ? A skąd wiesz, że ja będę chciała ci pomóc?
? Bo jesteś? dobra i wspaniałomyślna? I? mądra?
Łopacińska machnęła ręką.
? Pfft. Co jeszcze, paskudny lizusie?
? Bardzo mnie lubisz?
Mina czarownicy wyrażała wielką dezaprobatę, co nie znaczyło, że nie zgadzała się z Ly-oloydem. Naukowiec chyba o tym wiedział, bo nagle złapał ją ręką za kibić i namiętnie pocałował. Calenhilda wyrwała się.
? Hej! W co ty pogrywasz? ? rzekła z fałszywą złością. Nie chciała tego po sobie pokazywać, ale widać było, że jest zadowolona. Jej brązowe oczy pełne były satysfakcji.
Floyd uśmiechnął się. Bardzo lubił się droczyć z tą swoją cichą miłością. Po chwili milczenia wiedźma uległa.
? Dobrze. Pomogę ci ? stwierdziła, siląc się na wyniosły ton. ? Chodź do środka.
Weszli do chatki, w której pełno było dziwnych substancji. Słoiki z uszami, oczami, pazurami i innymi częściami ciała różnych stworów spoglądały na przybysza z niektórych półek. Na innych spoczywały szklane pojemniki z tajemniczymi proszkami w dziwacznych kolorach oraz fiolki i kolby z eliksirami. Obok drewnianego posłania z siennikiem stało kilka kociołków w różnych rozmiarach. Nad nimi na wieszakach wisiały chochle i inne przyrządy nieznanego przeznaczenia. Z sufitu zwieszały się na hakach skóry zwierząt. Na drewnianym stoliku stał pięcioramienny świecznik i drewniany pojemnik z recepturami.
? Rozgość się ? rzekła Łopacińska, wskazując na jedno z dwóch stojących też w chatce krzeseł.
Lyoloyd pokręcił głową.
? Nie ma na to czasu. Musimy działać. Nie wspomniałem, że niektóre potwory potrafią latać?
? Co takiego? To czym żeś ty je nafaszerował?
? Tylko miksturą, która miała pomniejszać, a przez pomyłkę powiększyła? Później same musiały porozbijać jakieś inne fiolki i nafaszerować się ich zawartościami?
? Jesteś nieodpowiedzialny. Masz jakiś plan?
? Pomyślałem, że może znasz jakieś zaklęcie pomniejszające?
? Owszem, jest takie, ale można go użyć, jedynie mając cel w pobliżu. A jeśli dopadniemy jedną wiewiórozillę, to inne w tym czasie nas zmiażdżą?
? No tak?
? Ale eliksir pomniejszający zadziała. Musimy go tylko rozpylić z dużej wysokości. O to się nie martw. Mogę załatwić smoka.
? Prawdziwego smoka?
? Tak. Moja stara kumpela z budy wyhodowała jednego. Nazywa się Mr. Sharky.
? I możesz go załatwić?
? Tak. Moje fluidy z pewnością już do niej dotarły. Powinna go przysłać za chwilę teleportacją.
Nagle rozległ się trzask, a potem stukot uderzania olbrzymiego cielska o ziemię. Łopacińska wyjrzała przez okno.
? O, widzisz? Właśnie dotarł. Idź się nim zaopiekować, a ja w tym czasie zrobię odpowiednią ilość eliksiru. Masz szczęście, że warzy się go niedługo.
? A czy ten smok jest? łagodny? W końcu ma takie groźne imię?
? To dla zmyłki. Nie skrzywdziłby nawet muchy. A na deser lubi żuć owocową gumę balonową mojego autorstwa. Właśnie, dasz mu jedną, a od razu cię polubi. ? I z tymi słowami podała Floydowi ogromny kawał słodkiego przysmaku.
Lyoloyd wyszedł na zewnątrz i wręczył różowemu smokowi jego przysmak. Mr. Sharky chwilkę żuł, a potem puścił ogromny balon. Naukowiec nie mógł się powstrzymać i wskoczył na gumową trampolinę, która wydała się dość stabilna.
Po dwudziestu minutach zabawy z chatki wyszła Calenhilda. Sprowadziła uczonego dosłownie i w przenośni na ziemię, po czym obydwoje wraz z kotłem wzlecieli na smoku i udali się w kierunku miasta. Tam widok przedstawiał się tragicznie. Wiewiórozille fruwały i biegały, niszcząc wszystko, co napotykały na swej drodze. Ludzie krzyczeli wniebogłosy i przeklinali ten dzień. Łopacińska szepnęła jakieś zaklęcie, a wtedy z kotła, który trzymała, zaczął unosić się, a następnie opadać niebieski dym. Nutshire wkrótce ogarnęła prawie zbawienna mgła, która zmniejszyła wszystko, co dotknęła swą konsystencją. Także ludzi i domy.
? Calenhildo ? krzyknął Floyd. ? Zwariowałaś? Jak my ich teraz powiększymy?
? Już ty się tym nie martw, złotko.
I pocałowała szalonego naukowca w usta, a wtedy przez jego fryzurę przeszedł prąd, czyniąc ją jeszcze bardziej rozczochraną.
? Razem tworzymy niezły duet, nie sądzisz ? spytała nieprzyzwoitym głosem.
? Myślimy o tym samym?
? Chyba tak.
I zawrócili w stronę chatki Łopacińskiej, gdzie razem zamieszkali, w krótkim czasie biorąc ślub. Potem doprowadzili Nutshire do porządku, zmieniając nieco mentalność mieszkańców. Teraz miasto było najbardziej prężnie rozwijającym się ośrodkiem. A jedna niepomniejszona, do tego fruwająca wiewiórozilla, stała się niegroźną dla ludzi atrakcją turystyczną. Dlaczego? Bo zawsze przywozili kilogramy orzechów. I tak do końca czasów, które Mr. Sharky mierzył średnicą gumowego balona.
Obrazek

Podążaj za białym królikiem.
Modzi widzą przez peleryny niewidki.


Pusia lubiła swój zielony balonik...!
Avatar użytkownika
Puchacz
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 841
Dołączył(a): 11 kwi 2009, 23:05

Re: Uważaj na szalonych naukowców

Postprzez Luelle » 04 paź 2012, 12:12

I. Zgodność z warunkami turnieju:
- Tekst A ? 4 - Szalony doktorek jest, eksperymenty też, pomieszanie horroru z komedią również, ale gdzie w tym tekście jest ten kolosalny błąd? I jego konsekwencje?
- Tekst B ? 5 - Wszystko jest.

II. Pomysł:
- Tekst A ? 6 - Pomysł całkiem niezły, chociaż nieco gorzej z jego wykonaniem. Zdecydowanie powinno być więcej opisów. Wszystko dzieje się za szybko. A już w szczególności eksperymenty doktorka na zwłokach powinny być mocniej zaznaczone.
- Tekst B ? 8 - Podobało mi się. Tekst jest pokręcony, ale naprawdę zabawny i dobrze napisany. Już na pierwszy rzut oka widać, że autor dobrze przemyślał cały tekst.

III. Strona techniczna:
- Tekst A ? 5 - Może i nie zauważyłam w tekście jakichś rażących błędów, jednak tekst jest chaotyczny i mało spójny. Opowiadanie aż prosi się o całkowite przeredagowanie.
- Tekst B ? 8 - Błędów jako takich nie zauważyłam. W kilku miejscach zabłąkały się niepotrzebne myślniki. W tym zdaniu:
Państwo zaś które miało szczęście być bogate i jeździło tymi karocami, zawsze nosiło fantastyczne ciuchy, sprowadzane z najdalszych zakątków świata.

Zgrzytnęło mi słowo "ciuchy". Całość jest napisana konkretnym stylem, do którego to słowo kompletnie mi nie pasuje i burzy cały opis Nutshire.

IV. Punkty dodatkowe:
- Tekst A ? 1 - Za Setrela, który przypomina mi Salema z Sabriny :)
- Tekst B ? 2 - Za fanatyczną miłość do placka orzechowego i Mr. Sharky'iego z gumą balonową.

Razem:
Tekst A ? 16
Tekst B ? 23
"Skrwawione ręce, opalone skrzydła -
Anioł usłyszał - "Odejdź! nic nie wskórasz."
I już nie błyszczą srebrne w słońcu pióra,
Lecz czarna wstaje przeciw chmurze chmura..."
(Maria Pawlikowska - Jasnorzewska)

Lady in black ]:P
Avatar użytkownika
Luelle
Administrator
Administrator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 515
Dołączył(a): 14 mar 2008, 12:14

Re: Uważaj na szalonych naukowców

Postprzez psota » 05 paź 2012, 18:33

Zgodność z warunkami turnieju
- Tekst A - 4 - wszystko się zgadza poza kolosalnym błędem. Po zastanowieniu się jestem w stanie uznać, że tym błędem było wskrzeszanie, ale nie jest on przedstawiony jakoś drastycznie i kolosalnie.
- Tekst B - 5 -zgadza się wszystko.

Pomysł
-Tekst A - 6 - pomysł jest banalny, ale w jakimś sposób mnie ujął swoją naiwnością. Historia ma morał i pokazuje, że pewnych rzeczy zmienić nie możemy, a nawet jak mielibyśmy taką możliwość to przecież byłoby to złe i miało katastrofalne konsekwencje. I zgodzę się z tym. Całość traktuję jako bajkę, coś w stylu obrazka. Brakowało mi jednak pokazania jakiś głębszych relacji z kotem. Wszystko jest takie proste, lekarz wierzy bez podstaw, chociaż to może być akt desperacji. Całość jest po prostu sympatyczna, ale nic więcej.
- Tekst B - 9 - bardzo fajny tekst, lekki i w sam raz na ponure popołudnie. Fanastyzm mieszkańców uderza, ale jednocześnie wzbudza sympatie. Szalony naukowiec jest o wiele bardziej szalony niż w tekście A i ma w sobie tę nutkę "bycia stukniętym". Jego wybranka wydaje się być rozsądniesza, ale za to "wiedzmowata". Wszystko kończy się bardzo pozytywnie, co również kojarzy mi się z bajką.

Strona techniczna
- Tekst A - 6 - czyta się lekko, swobodnie. Zdania nie doprowadzają człowieka do rozpaczy. Brak tylko ekspresji - szczególnie przy dramacie po stracie żony i dziecka.
Spoiler: pokaż
spowrotem,

z powrotem
norm podstaw dobrego wychowania.

Albo norm albo podstaw

- Tekst B - 8 - czytało się bardzo fajnie, zdania są "przyjemne", nie wymagają łamigłówek mózgowych. Opisy są zgrabne i w pewnym stopniu urocze.

Punkty dodatkowe
- Teks A - 1 - za kota - których nie lubię albo nie przepadam, na końcu wyobraziłam sobie, jak odchodzą razem i ten kot tak faluje ogonem - być może ten tekst mnie do tego skłonił.
- Tekst B - 1 - za gumę dla smoka.

Ogółem
- Tekst A - 17
- Tekst B - 23

Oba tekst są "lekkie" i przyjemne. A także oba kojarzą mi się z bajkami. Gratuluję.
Psota
psota
Administrator
Administrator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 425
Dołączył(a): 11 lut 2008, 21:11
Lokalizacja: Stalowa Wola

Re: Uważaj na szalonych naukowców

Postprzez Tetris » 25 paź 2012, 13:39

1. Zgodność z warunkami turnieju
- Tekst A ? 3,5 ? brak kolosalnego błędu i jego skutków
- Tekst B ? 5 ? wszystko się zgadza

2. Pomysł
-Tekst A ? 6,5 ? pomysł całkiem fajny, mimo że mogłoby się wydawać, że dość popularny. Bardzo mi się spodobał. Aczkolwiek wydarzenia następują po sobie bardzo szybko; bardzo krótko jest to wszystko opisane, co uważam za minus, bo z chęcią weszłabym w szczegóły tego opowiadania.
- Tekst B ? 8,5 - pomysł jest bardzo, bardzo fajny, przede wszystkim oryginalny, trochę śmieszy i zabawny, ale jak najbardziej trafiony. Początkowy opis miasta skojarzył mi się ze starym filmem kostiumowym. Tekst nadaje się szczególnie dla kogoś kto chciałby sobie poprawić humor.

3. Strona techniczna
- Tekst A ? 6 ? czyta się w miarę przyjemnie, tekst jest pisany prostym, zrozumiałym językiem, choć niektóre zdania albo się ze sobą nie łączą, albo powtarzają ten sam sens tylko w innych słowach ? to nie jest fajne. Poza tym temat turnieju kojarzy mi się z większym dramatyzmem, zaskakującą akcją, dynamizmem. A tu tego nie ma.
- Tekst B ? 8 - tekst płynny, pisany bardzo ładnym stylem, bez większych zastrzeżeń. Jak dla mnie więcej tu komizmu, ale to akurat jest na plus. Groza też jest, wtedy kiedy trzeba, z czego wynika dobre wyczucie potrzebnych emocji.

4. Punkty dodatkowe
- Teks A ? 2 ? za to, że akcja dzieje się w Paryżu ? i za imie Annabelle, które mnie urzekło
- Tekst B ? 2,5 - za te gorsety i suknie, za smoka lubiącego balonową gumę do żucia i za nazwę miasta, która jest tajemnicza

Ogółem
- Tekst A ? 18
- Tekst B ? 24
Przestańmy rozliczać świat, a zacznijmy rozliczać siebie.
Tetris
Współczesny Niemowlak
Współczesny Niemowlak
 
Posty: 15
Dołączył(a): 20 cze 2012, 16:44

Re: Uważaj na szalonych naukowców

Postprzez Puchacz » 27 paź 2012, 01:49

Oficjalne rozstrzygnięcie:

Tekst A (Dream Slayer) - 51 punktów

Tekst B (Rigeric) - 70 punktów

Wygrywa Rigeric.
Gratulacje!

Życzymy uczestnikom wena na przyszłość.
Obrazek

Podążaj za białym królikiem.
Modzi widzą przez peleryny niewidki.


Pusia lubiła swój zielony balonik...!
Avatar użytkownika
Puchacz
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 841
Dołączył(a): 11 kwi 2009, 23:05


Powrót do Bitwy - Różne

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron