[M] Polowanie na wiewiórki

Tekst turniejowy z małymi poprawkami :).

Wasza twórczość.

Moderatorzy: Matylda, sile

Polowanie na wiewiórki

Postprzez Rigeric » 06 lis 2012, 13:45

Polowanie na wiewiórki


Miasto Nutshire, które zawdzięczało swoją nazwę ogromnej liczbie rosnących na jego terenie drzew orzechowych, do tej pory egzystowało z dnia na dzień we względnym spokoju. Świeciło słońce, przesuwały się chmury, wiał wiatr wschodni, niosący ze sobą świeży zapach pobliskiego morza, padał deszcz, śnieg, grad. Zmieniały się pory roku. Spadały liście, kwitły kwiaty, czerwieniały owoce, zamarzała woda. Działo się wszystko to, co zdarzało się również w innych miejscach. Ale tutaj mieszkańcy żyli sielankowo. Bez żadnych zbędnych spalin, czy kwaśnych deszczy. Bez huku samochodów ciężarowych, szumu helikopterów i wycia z kominów lokomotyw.
Miasto nie znało postępu. Bo niby po co? Przecież wszyscy wokół w swoich hucznych miejscowościach wpadali w depresje i inne przykre choroby. Tutaj nie było żadnych podob-nych oznak. Uczyniono dla dobra społeczności wszystko to, co potrzebne, lecz w sposób jak najmniej uprzemysłowiony. Polnymi, ubitymi drogami jeździły bryczki zaprzęgnięte w konie i rozwoziły świeże mleko do domów. Inne robiły za policję. Jeszcze inne za straż pożarną i karetkę pogotowia. Kolejne za staromodne taksówki. Karoce zamożniejszych rodzin zdobne były z zewnątrz w różne złocone i pokryte macicą perłową ornamenty. Wnętrze ich obito per-kalem i wyłożono miękkimi poduszkami. Stangreci ubierali się na modłę starofrancuską i zawsze mieli dobre maniery. Państwo zaś które miało szczęście być bogate i jeździło tymi karocami, zawsze nosiło fantastyczne ubrania, sprowadzane z najdalszych zakątków świata. Suknie z gorsetami i rondami zjawiały się na porządku dziennym. Filigranowe pantofelki zro-bione z mięciutkiego materiału, idealnie pasowały na stópki pokryte rajstopkami. Damy nosiły też przy sobie ozdobne parasolki, by chwalić się, co która ma lepsze.
Utopia Nutshire nie była jednak do końca tak utopijna, jak by się mogło zdawać biernemu obserwatorowi, przejeżdżającemu przez miasto lub wstępującemu do niego tylko na krótki czas. Co prawda zasady były z reguły restrykcyjnie przestrzegane. Jeśli na przykład gość chciał wjechać do centrum samochodem, był od razu zatrzymywany i wycofywany. Samolo-tów nie dało się tak kontrolować. Przelatywały co jakiś czas, przyprawiając mieszkańców o silne migreny.
Jeden jegomość niszczył skutecznie czar miasta. Floyd Lyoloyd. Zbudował sobie, mimo sprzeciwów burmistrza i radnych oraz konfliktów z prawem, nowoczesną rezydencję, przy-pominającą z wyglądu fabrykę. Podobno w środku posiadał osobiste laboratorium naukowe, wszyscy bowiem w Nutshire wiedzieli, że jest troszkę postrzelonym badaczem flory i fauny. Każdego dnia budził postrach, kiedy wyczuwało się od niego na odległość co najmniej trzech metrów dziwne zapachy. I najgorszymi wrażeniami węchowymi nie były tutaj bynajmniej zwierzęce odchody. Często Lyoloyd śmierdział czymś bliżej niesprecyzowanym, a był to tak nieznośny smród, że ludzie, kiedy tylko go ujrzeli, uciekali z drogi ? i nie robili tego dyskret-nie, choć etykieta wymagała. Kiedyś się starali, ale z czasem nie mieli już siły przestrzegać tak mało ważnych zasad, jeśli każdy w takiej sytuacji postępował zupełnie podobnie.
Floyd Lyoloyd rzeczywiście był naukowcem i rzeczywiście trochę postrzelonym osobni-kiem. Jego wygląd kontrowersyjnie współdziałał z zawodem. Miał ciemne, długie, rozczo-chrane włosy, szczupłą, wydłużoną sylwetkę i kilka blizn na twarzy. Dodatkowo nosił wąsy w stylu XIX-wiecznym i komiczny monokl. Biały, poplamiony i poprzepalany fartuch był jego nieodłączną codzienną szatą. Całości diabelskiego efektu dopełniała zawiązana pod szyją, ni w pięć, ni w dziewięć, czarna muszka.
Rodzice naukowca byli podobni do innych, lecz wyrodny synek zapragnął pójść na studia i wyjechał. Kiedy wrócił, wstrząsnął całym Nutshire. Starsze panie stwierdziły, że ?to przecież kompletny absurd. Jak on może tak wyglądać! I jeszcze ten paskudny fartuch. Ohyda!?. Matka oszalała, kiedy zobaczyła, na co wyrósł jej mały Floyd. Potem udławiła się pestkami przy jedzeniu jabłka i zmarła. Ojciec zaś dostał zawału i zszedł z tego świata szybciej, niż się tego spodziewał. Młody Lyoloyd został sierotą. Zburzył dom rodzinny i na jego miejsce po-stawił wiadomą rezydencję. Później podróżował do parków i lasów, gdzie obserwował za-chowania wiewiórek. Następnie łapał kilka i zabierał do laboratorium. Tam przeprowadzał na nich gruntowne badania, w celu stwierdzenia między innymi, czy potrafią obejść się bez orze-chów. Zwierzątka źle znosiły wygłupy świrniętego człowieka. Wyrywały się, wypadała im sierść, a ich ogólny nastrój pogorszył się.
Pewnego dnia uciekły z klatki i rozbiegły się po całym domu. Floyd w złości wyłapał je wszystkie i zarządził przymusową głodówkę. Wiewiórki piszczały, lecz nie miał nad nimi litości. Wreszcie nakarmił je, lecz nie orzechami. Musiał pomóc mieszkańcom. Taki postawił sobie cel. Kobiety bowiem obficie narzekały, że często nie starcza im drogocennych nasion na placka. Futrzaki musiały się odzwyczaić od swojego głównego pokarmu. Nie było rady.
Z biegiem dni Lyoloyd wymyślił dodatkowo miksturę pomniejszającą. Chciał napoić nią zwierzaki, by ich wiecznie głodne żołądki trochę się skurczyły. Wtedy może chociaż w poło-wie przestałyby plądrować drzewa orzechowe. Tak też uczynił, a potem, po zaopatrzeniu w nadajniki, wiewiórki wreszcie zostały wypuszczone na wolność. Floyd obserwował ich za-chowanie i dostrzegł, że rzeczywiście zjadają mniej orzechów. Postanowił więc urządzić po-lowanie na większą skalę. Biedził się z tym przedsięwzięciem wiele czasu. W końcu wyłapał sporą liczbę wrednych zwierzątek. Umieścił je w specjalnie przygotowanej klatce, a następnie zabrał się za przyrządzanie mikstury. Niestety, nie wiedząc nawet kiedy, pomylił składniki, co miało stać się przyczyną opłakanych w skutkach następstw.
Napełnił gotową miksturą rozpylacz i opryskał nią stado wiewiórek. Te, zamiast skurczyć się, zaczęły nagle rosnąć ? i to niewyobrażalnie dużo rosnąć. Wreszcie klatka pękła pod ich naporem. Floyd z przerażeniem patrzył na ten horror. Mimowolnie zrobił kilka kroków w tył. Zwierzątek było co najmniej sto. Jak tak ciągle miałyby zwiększać swój rozmiar, to wkrótce laboratorium by ich nie pomieściło. Rosły i rosły, piszcząc przy tym niesamowicie. Miały po pół metra wysokości, potem po metrze. I wciąż więcej i więcej.
Lyoloyd krzyknął i zasłonił sobie usta drżącą ręką.
? Teraz to narobiłem ? wypsnęło mu się.
Wybiegł z pomieszczenia i zamknął drzwi na zawór. Następnie chciał wezwać policję, straż, kogokolwiek, lecz pomyślał, że oni nie dadzą rady pomóc.
? Nie, nie, nie! ? złapał się za głowę ? Co ja najlepszego zrobiłem?
W laboratorium rozległ się brzęk tłuczonego szkła. Drzwi zaczęły niepokojąco skrzypieć. Rozległ się ryk.
? O matko? ? Floyd stwierdził, że sprawa jest poważna. Teraz dodatkowo zaczął zasta-nawiać się, co jeszcze, mogło się wewnątrz wydarzyć, co jeszcze gigantyczne wiewióry zjadły tudzież wypiły.
Ściana nad drzwiami zaczęła pękać. Lyoloyd natychmiast odwrócił się na pięcie i wybiegł czym prędzej z rezydencji. Niedługo potem budynek rozsypał się w stertę gruzu, a ze środka wyszła cała armia wiewiórozilli. Gorzej, niektóre futrzaki potrafiły latać; te wzniosły się pod niebo i z rykiem jako pierwsze rzuciły się na drzewa orzechowe. Wyrywając je z korzeniami, połykały je w całości. Mina szalonego naukowca wyrażała coś w stylu: ?Co jest grane??. Stał kilka minut i oglądał dziwaczny spektakl. Robił to dopóty, dopóki wiewióry biegające nie zauważyły go i nie uznały za coś do jedzenia. Wtedy puścił się biegiem w bliżej nieokreślonym kierunku, byle najdalej stąd.
Ryk przywołał na ulicę ciekawych gapiów. Kobiety, widząc potwory potrafiące rozburzyć ogonami dom, mdlały na rękach swoich mężów. Dzieci wyły, nie mogąc się uspokoić.
Wiewiórki wkroczyły do miasta. Deptały wszystko, co nawinęło się pod ich łapy. Niektóre z nich próbowały wskakiwać na drzewa, lecz zawsze spotykały się z zawodem, kiedy drewno łamało się jak zapałka czy wykałaczka.
Jedna babcia wybiegła w swej zwiewnej sukni i objęła na ogrodzie swojego orzecha.
? Nie oddam go wam, potwory! Muszę zrobić placek na uroczystość jubileuszową klubu sadzonek! Pożryjcie raczej mnie, ale drzewa nie ważcie się tknąć!
Jeden szybki ruch najbliższej wiewiórki wyrwał orzecha z korzeniami. Babcia omal nie upadła na ziemię. Po chwilowej utracie równowagi złapała się mocniej i z bojową miną ze-skoczyła w odpowiednim momencie z drzewa tuż na puszystą szyję futrzaka. Od razu zaczęła okładać go pięściami po głowie, lecz skończyło się to dla niej źle. Rozwścieczony zwierzak szybko pozbył się staruszki, jednym ciosem pnia przerabiając ją na miazgę. Sztuczna szczęka uderzyła głucho o ziemię.
Wokół rozlegało się wycie ludzi z pogotowia, straży pożarnej i policji. Próbowali oni na-śladować syreny. Bryczki zaprzęgnięte w konie jeździły szybko i raz po raz zgarniały rannych lub gasiły nagłe pożary.
Ktoś krzyknął:
? To z pewnością sprawka tego zwariowanego Floydusia Lyoloydusia! Jestem pewien, że to wszystko on nam sprezentował. Patrzcie ? wskazał na miejsce, gdzie wcześniej stała okaza-ła willa. ? Teraz tam jest ruina. To stamtąd te potwory wylazły. Musiał je specjalnie powięk-szyć, by nas sterroryzować, byśmy zapłacili za nasz brak akceptacji co do jego osoby. Jejku, kiedy nam będzie dane zjeść placek orzechowy?


***



Flojd Lyoloyd znał tylko jedną osobę, która mogła uratować Nutshire. Tylko jedną, znają-cą się na podobnych dziwactwach. Tylko jedną, dzielącą z nim zainteresowanie florą i fau-ną? Calenhildę Łopacińską, wiedźmę z zawodu i zamiłowania, największą mistrzynię w warzeniu tajemnych mikstur i rzucaniu zaklęć, czy klątw. Jej dom był oddalony od miasta o jakieś dwie mile. Floyd biegł więc tak szybko, jak tylko mógł, by zdążyć na czas. Wiewióro-zilli było tak wiele, że Nutshire mogło paść w dziesięć minut. Tuż po tym, jak ostatnie orze-chowe drzewo zniknie z powierzchni tej części globu można zacząć się lękać o przyszłość.
Latający futrzak przemknął tuż obok, łamiąc po drodze brzozy, klony, dęby? Lyoloyd mimowolnie odsunął się i zboczył nieco ze ścieżki. Wyrzucał sobie własną głupotę i próby uszczęśliwienia mieszkańców, którzy go nienawidzili i się go bali. Postęp był jak najbardziej wskazany, ale to miasto, jak żadne inne, opierało się urbanizacji skutecznie. Chciał zacząć od oszczędzania na orzechach, ale jak zwykle mu nie wyszło. Teraz nie tylko Nutshire, ale cały świat był zagrożony. Zwłaszcza od latających potworów. Te mogły pokonać kilometry w parę minut. Zasiedlając się w innym mieście w poszukiwaniu pożywienia, zdolne były zniszczyć wszystko na swojej drodze.
? Calenhildo! ? krzyknął Floyd, dostrzegając już z oddali drewnianą, zmurszałą chatkę. ? Calenhildo!
? Kto się tak drze, do cholery? ? wrzasnęła ciemnowłosa wiedźma, wychodząc na ze-wnątrz. ? Floyd, ty pokurczu! ? rzekła ujrzawszy swego przyjaciela. ? Coś znowu zmalował?
? Calenhildo, ratuj! ? wykrztusił zasapany, dobiegłszy do chatki. ?Jak zwykle?, burknęła pod nosem czarownica. ? Powiększyłem wiewiórki.
? Że co?!
? Po mieście grasuje cała armia wiewiórozilli. Pomóż mi, bo pożrą wszystkie drzewa orzechowe i zniszczą świat.
? Och, ty zawsze się w coś wpakujesz, idioto! I co ja mam na to poradzić?
? Nie wiem. Wymyśl coś. Przecież jesteś wiedźmą. W tobie cała nadzieja dla świata i?
? Dla twojego zasranego tyłka? ? Floyd nieznacznie skinął głową. Calenhilda pokręciła swoją ze złośliwością. ? A skąd wiesz, że ja będę chciała ci pomóc?
? Bo jesteś? dobra i wspaniałomyślna? I? mądra?
Łopacińska machnęła ręką.
? Pfft. Co jeszcze, paskudny lizusie?
? Bardzo mnie lubisz?
Mina czarownicy wyrażała wielką dezaprobatę, co nie znaczyło, że nie zgadzała się z Ly-oloydem. Naukowiec chyba o tym wiedział, bo nagle złapał ją ręką za kibić i namiętnie poca-łował. Calenhilda wyrwała się.
? Hej! W co ty pogrywasz? ? rzekła z fałszywą złością. Nie chciała tego po sobie poka-zywać, ale widać było, że jest zadowolona. Jej brązowe oczy pełne były satysfakcji.
Floyd uśmiechnął się. Bardzo lubił się droczyć z tą swoją cichą miłością. Po chwili mil-czenia wiedźma uległa.
? Dobrze. Pomogę ci ? stwierdziła, siląc się na wyniosły ton. ? Chodź do środka.
Weszli do chatki, w której pełno było dziwnych substancji. Słoiki z uszami, oczami, pazu-rami i innymi częściami ciała różnych stworów spoglądały na przybysza z niektórych półek. Na innych spoczywały szklane pojemniki z tajemniczymi proszkami w dziwacznych kolorach oraz fiolki i kolby z eliksirami. Obok drewnianego posłania z siennikiem stało kilka kociołków w różnych rozmiarach. Nad nimi na wieszakach wisiały chochle i inne przyrządy nieznanego przeznaczenia. Z sufitu zwieszały się na hakach skóry zwierząt. Na drewnianym stoliku stał pięcioramienny świecznik i drewniany pojemnik z recepturami.
? Rozgość się ? rzekła Łopacińska, wskazując na jedno z dwóch znajdujących się też w chatce krzeseł.
Lyoloyd pokręcił głową.
? Nie ma na to czasu. Musimy działać. Nie wspomniałem, że niektóre potwory potrafią la-tać?
? Co takiego? To czym żeś ty je naszpikował?
? Tylko miksturą, która miała pomniejszać, a przez pomyłkę powiększyła? Później same musiały porozbijać jakieś inne fiolki i nafaszerować się ich zawartościami?
? Jesteś nieodpowiedzialny. Masz jakiś plan?
? Pomyślałem, że może znasz jakieś zaklęcie pomniejszające?
? Owszem, jest takie, ale można go użyć, jedynie mając cel w pobliżu. A jeśli dopadniemy jedną wiewiórozillę, to inne w tym czasie nas zmiażdżą?
? No tak?
? Ale? pomyślmy. Sądzę, że eliksir pomniejszający zadziała. Musimy go tylko rozpylić z dużej wysokości. Jednak o to akurat się nie martwmy. Mogę załatwić smoka.
? Prawdziwego smoka?
? Tak. Moja stara kumpela z budy wyhodowała jednego. Nazywa się Mr. Sharky.
? I możesz go załatwić?
? Tak. Moje fluidy z pewnością już do niej dotarły. Powinna go przysłać za chwilę tele-portacją.
Nagle rozległ się trzask, a potem stukot uderzania olbrzymiego cielska o ziemię. Łopaciń-ska wyjrzała przez okno.
? O, widzisz? Właśnie dotarł. Idź się nim zaopiekować, a ja w tym czasie zrobię odpo-wiednią ilość eliksiru. Masz szczęście, że warzy się go niedługo.
? A czy ten smok jest? łagodny? W końcu ma takie groźne imię?
? To dla zmyłki. Nie skrzywdziłby nawet muchy. A na deser lubi żuć owocową gumę ba-lonową mojego autorstwa. Właśnie, dasz mu jedną, a od razu cię polubi. ? I z tymi słowami podała Floydowi ogromny kawał słodkiego przysmaku.
Lyoloyd wyszedł na zewnątrz i wręczył różowemu smokowi jego ulubiony deser. Mr. Sharky chwilkę żuł, a potem puścił ogromny balon. Naukowiec nie mógł się powstrzymać i wskoczył na gumową trampolinę, która wydała się dość stabilna.
Po dwudziestu minutach zabawy z chatki wyszła Calenhilda. Sprowadziła uczonego do-słownie i w przenośni na ziemię, po czym obydwoje wraz z kotłem wzlecieli na smoku i udali się w kierunku miasta. Tam widok przedstawiał się tragicznie. Wiewiórozille fruwały i biegały, niszcząc wszystko, co napotykały na swej drodze. Ludzie krzyczeli wniebogłosy i przeklinali ten dzień. Łopacińska szepnęła jakieś zaklęcie, a wtedy z kotła, który trzymała, zaczął unosić się, a następnie opadać niebieski dym. Nutshire wkrótce ogarnęła prawie zbawienna mgła, która zmniejszyła wszystko, co dotknęła swą konsystencją. Także ludzi i domy.
? Calenhildo! ? krzyknął Floyd. ? Zwariowałaś? Jak my ich teraz powiększymy?
? Już ty się tym nie martw, złotko.
I pocałowała szalonego naukowca w usta, a wtedy przez jego fryzurę przeszedł prąd, czy-niąc ją jeszcze bardziej rozczochraną.
? Razem tworzymy niezły duet, nie sądzisz ? spytała nieprzyzwoitym głosem.
? Myślimy o tym samym?
? Chyba tak.
I zawrócili w stronę chatki Łopacińskiej, gdzie razem zamieszkali, w krótkim czasie biorąc ślub. Potem doprowadzili Nutshire do porządku, zmieniając nieco mentalność mieszkańców. Teraz miasto było najbardziej prężnie rozwijającym się ośrodkiem. A jedna niepomniejszona, do tego fruwająca wiewiórozilla, stała się niegroźną dla ludzi atrakcją turystyczną. Dlaczego? Bo zawsze przywozili kilogramy orzechów. I tak do końca czasów, które Mr. Sharky mierzył średnicą gumowego balona.
Oś czasu dla ciała poety zmierza nieubłaganie w prawo, oś czasu dla jego duszy biegnie tylko w dół lub w górę, lecz wiecznie jest młoda...

Poezja nie jest dla poetów.
Poezja jest dla adresatów...
Avatar użytkownika
Rigeric
Antyczny Władca Czasu
Antyczny Władca Czasu
 
Posty: 122
Dołączył(a): 11 cze 2012, 13:53
Lokalizacja: Rzeszów ;).

Powrót do Opowiadania

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość