[NZ] Liliumare

Wasza twórczość.

Moderatorzy: Matylda, sile

Liliumare

Postprzez Kostucha » 06 mar 2013, 15:44

Tytuł: Liliumare ( Tytuł roboczy, po prostu jeszcze nie wpadłam na inne możliwości jako, że praca nad opowiadaniem wre i sama jeszcze nie wiem, co się z tego jajka wykluje.)
Autor: Kostucha
Beta: brak
Gatunek: Ciężko określić. Wszystko po trochu, choć podejrzewam, że głównie komedia fantastyczno-przygodowa.
Rating: PG-16 - trochę wulgaryzmów, przy dalszym rozwoju postaci prawdopodobny rozlew krwi, tortury, sex i możliwe, że trochę zagadnień, które są dla konserwatystów nieco niemoralne. Początek jest delikatny, jeśli w trakcie rozwoju fabuły, ktoś poczuje, że należałoby podnieść poprzeczkę wieku, to się dostosuje. ;) Ja od małego połykałam wszystkie horrory i obrzydliwości.

sex 6
przemoc 6

Od Autora:


Znalazłam to forum, bo szukałam miejsca, gdzie mogłabym umieścić swoje (kolokwialnie mówiąc) wypociny z szansą na to, że ktoś zainteresowany książkami to przeczyta. Od jakiegoś czasu noszę się z zamiarem wysłania paru moich prac do wydawnictw, w celu sprawdzenia, czy może uda się je opublikować, a przy tym, nie oszukujmy się, na nich zarobić. Lubię pisać, daje mi to satysfakcję, powoduje spadek napięcia, a i sama lubię czytać, więc dążę do stworzenia dla siebie "powieści idealnej". Nie piszę jednak z ambicją tworzenia dzieła sztuki, ale właśnie źródła rozrywki. Czyż nie każdy chciałby zarobić na tym, co sprawia mu przyjemność?
Zanim jednak poślę moje "twory" w szeroki świat, chciałabym, żeby były one możliwie idealne. Wiem, że piszę do ludzi oczytanych, znających wartości dobrej lektury i dlatego oczekuje, że tutaj uda mi się doświadczyć czegoś co można nazwać zdrową krytyką. Chcę się dowiedzieć co robię źle, a co dobrze. Na czym należałoby się skupić, co poprawić, a co pielęgnować. Niestety bliskie mi osoby czytające moje prace, być może właśnie ze względu na tą bliskość, od krytyki się wstrzymują, a określenie "no, zajebiste to jest" nic mi do twórczości nie wnosi. Również w większości wydawnictw ostrzegają, że skontaktują się tylko w razie, gdy praca się im spodoba. Nikt tam nie ma czasu pisać recenzji książki, której nie zamierzają wydać.
Dlatego umieszczam tu jedno z moich wielu "dzieci", które zaczęłam pisać wyłącznie na własną potrzebę - nie z zamiaru późniejszego wydania. Twór niedokończony, ale jeśli się przyjmie, chętnie rozwinę go dalej. ;)
Miałam z początku problem z wyborem tematu, pod którym umieścić to opowiadanie. Jest ono silnie inspirowane lekturami, które połykałam będąc młodą, nastoletnią dziewoją, a więc między innymi Harry'm Potterem. Kto go kiedykolwiek czytał zauważy to od razu. Nie mniej wykorzystując motyw zamku, w którym uczą magii itp. tworzyłam zupełnie swój własny świat, więc uznałam, że opowieść to nie jest fanfiction i umieściłam to tu. Jeśli się mylę, poprawcie mnie. :oops:

Życzę miłej lektury.
Kostucha

A tu jakby ktoś chciał zerknąć ---> http://tinypic.com/r/332cvgh/6


Część I

W miasteczku Soleggiato jak zwykle świeciło słońce. Niebo było wręcz nieprzyzwoicie błękitne, skalane tylko jedną bielusieńką, leniwą chmurką. Soleggiato było niewielkie, ale za to czyste, zadbane, pełne małych domków. Marzenie przeciętnej pani domu. Każdy domek był tu z ogródkiem, a sklepiki małe, rodzinne z uśmiechniętymi sprzedawcami. Blisko do przedszkola, szkoły, urzędu. Blisko zasadniczo wszędzie zważywszy na wymiary samego miasteczka. Błękitny Ratusz z wieżyczką zegarową otoczony był parkiem, gdzie mamy przychodziły z dziećmi na nowiutki plac zabaw, by pociechy się wybiegały, a same mamy mogły nieco poplotkować. A co z głowami rodziny? No cóż, do najbliższej metropolii też było blisko. Tam pracowała większość panów, nieposiadających własnego interesu w miasteczku. Tam też te starsze latorośle jeździły na studia, lub by po prostu zaznać nieco wielkomiejskiego zgiełku w dużym domu handlowym czy spotkać się ze znajomymi z wielkiego świata. Przeciętny mieszkaniec Soleggiato mówił o swoim mieście „U Nas”, a na najbliższą metropolię - „w Mieście”
Właśnie po jednej z wizyt w Mieście wracała Kora Tierra na swoim zielonym rowerze. W jej torbie znajdowała się już nowa, świeża gazeta sportowa, która jakoś w kioskach w Soleggiato się nie przyjęła. Kora co tydzień pedałowała po nią do Miasta. Teraz zmierzała z powrotem do domu. Mieszkała przy ulicy Ratuszowej. Miała niedaleko do parku i ratusza. Wjechała na swoje podwórko i zaparkowała przed garażem. Jej dom był nieco inny niż te beżowo-białe w okolicy. Fasada miała kolor bladozielony, a dach był modrozielony. Przed domem była mała psia buda, ale z psem, skocznym spanielem, na spacer wyszła jej młodsza siostra Irmina. Kora wpadła do domu i zatrzasnęła za sobą drzwi.
- Mamo, wróciłam! – krzyknęła w stronę kuchni i podbiegła do stoliczka, na którym zawsze leży świeża poczta.
Z reguły tylko na niego zerka, ale teraz czegoś szukała. Czekała na to już tak długo, i to nie tylko ona. I jest! Mała zgrabna paczuszka ze złotego papieru zaadresowana na jej adres. Na kopercie widniało wyraźne: Szanowna Pani Kora Oliwia TIERRA.
Korze wyrwał się długi, głośny okrzyk radości i jak szalona zaczęła podskakiwać w korytarzu wyśpiewując „Taaaak! Dostałam się! Dostałam!”
Jej matka, Sabina Tierra wypadła z kuchni zaskoczona. Córka rzuciła się jej na szyję.
- Maaaamo, dostałam się! –
- Dziecko, gdzie?! –
- Do szkoły! Dostałam zawiadomienie z Liliumare! –
- Skąd? – zdziwiła się jej matka.
- Mamo, jak możesz?! Przecież to jest ta szkoła, do której chodził tato! Opowiadał ci, prawda? Ta, w której uczą magii! –
- Ależ Kora, magii…? –
- Mamo, rozumiem, że umówiłaś się z Tatą, że po ślubie skończy z TYM, ale mnie to miało nie dotyczyć! Wiesz, jak bardzo chciałam się tam dostać? Tak strasznie o tym marzyłam. Tata tyle mi opowiadał…-
- Spokojnie, kochanie. Rozumiem. Usiądź, opowiedz mi, co to dokładnie jest to Lilim - coś – tam…- matka poprowadziła ją do salonu, posadziła na kanapie.
- Mamooo, Liliumare! To jest prestiżowa szkoła! Najlepsza, która zajmuje się nauką magii. Zobacz. – rozerwała złoty papier i na jej podołek upadło coś metalowego, srebrnego i kilka kartek. Złapała plik w ręce. I zaczęła czytać.
- Wicedyrektor Szkoły Dla Obdarzonej Mocą Młodzieży – Liliumare, ma zaszczyt oznajmić, że Panna Kora Oliwia Tierra, córka Marka Tierry i Sabiny Tierry z domu Incuso została wpisana na listę osób przyjętych na pierwszy rok nauki. Rok szkolny zaczyna się 1 września. Warunkiem wpuszczenia na teren szkoły jest okazanie autentycznego zegara Liliumare określającego Żywioł Przewodni ucznia. Z Poważaniem, Wicedyrektor Kasandra O'Reilly – Kora spojrzała na swoje kolana i podniosła z nich srebrny zegarek kieszonkowy z klapką. Było na nim wygrawerowane po obwodzie klapki: Szkoła Dla Obdarzonej Mocą Młodzieży – Liliumare. Środek klapy był tak gładki, że Kora widziała w nim swoje odbicie. Uniosła klapkę. Zegar miał granatową tarczę w gwiazdy i trzy srebrne, jarzące się wskazówki oraz jedną czerwoną, która się nie poruszała tylko stała w miejscu, gdzie powinna być godzina trzynasta. Kiedy Kora przesunęła palcami po szkle chroniącym tarcze zegar rozbłysnął zielonym światłem.
Mama Kory krzyknęła. Kora uspokoiła ją gestem. Właśnie, dlatego tata obiecał jej mamie, że porzuci czary. Sabina nie potrafiła się w żaden sposób przez pięć lat, które się znali przed ich ślubem przyzwyczaić do „tych dziwnych rzeczy”. Co nie znaczy, że gdy Sabina nie patrzyła Mark nie pokazywał średniej córce, która odziedziczyła po nim zdolności, kilku sztuczek. Czasem wykorzystywał je też w pracy jak nikt nie widział.
Wieko zegara zatrzasnęło się i oczom Kory i Sabiny ukazał się znak, który wypalił się na gładkiej powierzchni klapki. Był to trójkąt odwrócony czubkiem do dołu przecięty przy węższej części linią prostą.
- To znak ziemi! – ucieszyła się Kora. Zgarnęła wszystkie papiery do torby, której nawet nie zdążyła zdjąć i wybiegła na korytarz. – Muszę powiedzieć dziewczynom! –
I wyskoczyła z domu. Biegiem ruszyła ulicą w stronę parku.
Miała trzy bliskie przyjaciółki. Wszystkie cztery były obdarzone mocą i wszystkie liczyły na list z Liliumare. Skoro ona już swój dostała, one też już powinny je mieć.
Przebiegła przez park i ruszyła do domu za ratuszem. Ojciec Salomei Lauffeuer, jej przyjaciółki, był Burmistrzem Soleggiato i z racji tego dostał służbowy dom niedaleko urzędu. Budynek był w tym samym kolorze, co ratusz, tylko dach był czerwony. Kora wpadła przez furtkę i zaczęła maltretować dzwonek u drzwi. Otworzył jej starszy brat Salomei, Kordian.
- Cześć Kora, co tam? – spytał uśmiechając się szeroko.
- Jest Sal? – spytała lekko dysząc.
- Jest. – przepuścił ją w drzwiach. – Zejdź do jej ciemnicy. Powinna tam być. –
Kora od razu ruszyła korytarzem aż do drzwi, które prowadziły do piwnicy. Zbiegła po schodach i ruszyła do jednych z trzech drzwi. Salomea przeprowadziła się tu, ponieważ pokój na górze, nie dość, że dzieliła z bratem to jeszcze był dużo mniejszy niż ten w piwnicy. Pokój Salomei był pomalowany na biało, ale akurat tego nie było widać, ponieważ lampy były zgaszone i jedynym źródłem światła był komputer, przy którym siedziała Sal. Pisała coś zawzięcie śmigając palcami po klawiaturze. Aż język wysunęła z ust.
- SAL!!! – ryknęła Kora, starając się przekrzyczeć muzykę dudniącą w słuchawkach na uszach Salomei.
W końcu ściągnęła jej je z uszu.
- O, cześć…- zaczęła Sal
- DOSTAŁAM!!! – przerwała jej Kora wyciągając z torby złotą kopertę i plik kartek – Dostałam się! –
- SERIO! – Salomea tak przechyliła się do tyłu, że przewróciła się wraz z krzesłem.
- Sprawdzałaś pocztę? Może ty też dostałaś. – Kora aż podskakiwała w miejscu.
Sal zerwała się i zapaliła światło.
- Pokaż to! – dziewczyna złapała za plik kartek i przejrzała je szybko powtarzając wciąż pod nosem – O Boże, o Boże, o Boże… -
Potem szybko wybiegła z pokoju myśląc tylko o tym by jak najszybciej dostać się do skrzynki pocztowej. Wypadła z piwnicy i przebiegła korytarzem tratując brata po drodze i przewracając stojący w przedpokoju stojak na parasole. Kordian złorzecząc na siostrę ledwo zdążył się podnieść, gdy z nóg go zbiła Kora pędząca za koleżanką. Po zderzeniu z chłopakiem, zgrabnie się przetoczyła i przeskoczyła leżący stojak. Wypadła na podwórko zaraz za Salomeą, która właśnie zatrzymywała się chwytając za najbliższe sztachetki płotu. Drżącymi rękoma otworzyła klapkę skrzynki i wyciągnęła cały stos listów. Większość była do jej ojca, Burmistrza. Ludzie potrafili sobie ubzdurać, że jeśli ominą sekretariat ratusza i wyślą list bezpośrednio do ich domu to ich prośba będzie szybciej rozważona. Sal z bijącym szybko sercem zauważyła złoty pergamin wśród wielu listów. Wyłuskała go szybko.
- Jest?! – Kora zajrzała jej przez ramię.
Jednak na kopercie widniał napis: Szanowny Pan Kordian Lauffeuer.
- Cholera. To do Kordiana. Zawiadomienie, że się dostał na następny rok i lista książek… - westchnęła Salomea.
- Może wszystkiego nie wyciągnęłaś? – podpowiedziała Kora.
Sal podała jej naręcze listów i skwapliwie zajrzała do skrzynki. I faktycznie. Daleko, nieco przygnieciona, upchnięta była grubsza złota koperta. Salomea szybko ją wyciągnęła.
- Jeeest!!! Panna Salomea Oktawia Lauffeuer!!! – krzyknęła radośnie rzucając się Korze na szyję i ściskając ją tak, że wyleciały jej wszystkie listy.
A Kora cieszyła się razem z nią. Co to by była za frajda dostać się do wymarzonej szkoły bez przyjaciółek, z którymi o tym marzyła od lat.
Sal pognała do domu i wpadła do kuchni.
- Tato! Mamo! Mam! Dostałam! – krzyczała wymachując złotą paczuszką.
Jej matka, która akurat sterowała strumieniami wody przy zlewie tak, żeby naczynia zmywały się same, spojrzała na nią zaskoczona.
- Dziecko, czemu tak krzyczysz? Umarłego byś na nogi postawiła. –
- Mamo, czy ty nie rozumiesz? Dostałam się do Liliumare! –
Do kuchni akurat wtoczył się nieco poturbowany Kordian.
- Brawo! A już myślałem, że ci się mózg od tego komputera przegrzał i z mocy nici – zakpił siadając przy stole i poprawiając włosy.
- A tak, do ciebie też przyszło zawiadomienie, klocku – Sal pokazała bratu język.
I w tej chwili weszła Kora z listami, które zebrała z podwórka.
- Salomeo! CO to ma być? – Matka Sal i Kordiana podparła się pod boki oburzona zachowaniem córki.
- No co? Chciałam się pochwalić…- bąknęła Sal.
- Dziewczyno! Cała rodzina twojego ojca czaruje, cała moja rodzina czaruje. Marna szansa, żebyś się tam nie dostała dziecko! – warknęła Pani Lauffeuer i już nieco łagodniej spojrzała na Korę. – O ciebie się martwiłam, kochanie. Z twoim tatą chodziłam do jednej klasy, ale twoja mama….no sama wiesz. Może coś zjesz? –
- Nie, dziękuję Pani Lauffeuer…- Kora rzuciła listy na stół – Sal, chodź! Zobaczymy co u reszty! –
- A tak! Idziemy, idziemy – Sal złapała jedno ciastko z talerza, który jej mama postawiła na stole z samego rana i wybiegła za Korą.
Obie pobiegły dalej ulicą w stronę, gdzie zabudowania nieco się przerzedzały. Na końcu ulicy Wilczej Jagody stał spory, stary dom należący od wielu pokoleń do rodziny Pani Mileny. Pani Milena Controvento miała po prawej od ich posiadłości małą kawiarnio-czytelnie, w której serwowała słodycze własnego wyrobu i jednocześnie sprzedawała lub wypożyczała książki. Za to Pan Feliks Controvento po lewej od ich posiadłości miał małą klinikę, w której leczył miejscową ludność.
Pan domu był już w pracy, ale Pani domu z miłym uśmiechem otworzyła im drzwi. Kawiarnię otwierają dopiero o dziesiątej.
- Dzień Dobry, dziewczynki. – przed ich oczami zawisła nagle taca z małymi pralinkami w białej czekoladzie. – Spróbujcie, to mój nowy pomysł. Pomarańczowa marmolada z odrobiną miodu i migdałów. –
Poczęstowały się po jednym. Smakołyki Pani Mileny były tak niebiańsko dobre, że grzechem byłoby odmówić.
- Gdzie jest Lilia? – Spytała Kora oblizując się szybko. – Jest w domu, w ogóle? –
- Tak, jest w sadzie. – Pani domu przepuściła ich w drzwiach i ruszyła do kuchni.
Więc przeszły przez cały dom do tylnich drzwi, które wychodziły do sadu na tyłach domu.
- LILIA!!! – krzyknęła Kora.
- Gdzie ona jest? – burknęła Sal.
Sad był bardzo duży. Przeszły dwiema alejkami.
- LILIA!!! –
- TU!!! – odezwał się głos z rozłożystej gruszy.
Lilianna Controvento siedziała na jednej z gałęzi czytając.
- Złaź Tarzanie, jest news – zawołała Salomea.
Lilia zsunęła się na niższą gałąź, a potem zeskoczyła z niej na trawę.
- Co się stało, drogie panie? – uśmiechnęła się dziewczyna.
Sal pokazała jej jeszcze nieotwartą kopertę z własnym nazwiskiem.
- Ta-dam! –
- Dostałyśmy się! A ty? Dostałaś list? –
Lilia zamyśliła się chwilę.
- Jeśli coś do mnie przyszło to mama na pewno położyła to na moim biurku. – rzuciła jednocześnie spoglądając na dom i na swoje okna, jakby chciała zobaczyć z sadu co leży na jej biurku. – Sprawdźmy –
Weszły, więc do domu i wspięły się po schodach na górę. Na strychu był pokój Lilianny. Duże pomieszczenie o granatowych ścianach. Zawsze pachniało w nim, drzewem sandałowym i pomarańczami. Właścicielka pokoju podeszła do mahoniowego biurka stojącego pod okrągłym witrażowym oknem. Rozejrzała się chwilę po rozrzuconych papierach.
- Mam! Dostałam. – odwróciła się rozpromieniona do koleżanek ze złotą kopertą w dłoni. Niewiele myśląc rozerwała kopertę brutalnie przerywając napis: Lilianna Letycja Controvento. Złapała srebrny zegarek, który od razu zabłysnął oślepiającym białym światłem. Na jego obudowie oprócz napisu: Szkoła Dla Obdarzonej Mocą Młodzieży – Liliumare znajdował się teraz znak niemal taki sam jak ten na zegarku Kory, tylko szczytem do góry.
- Powietrze, tak jak Mama i Tata – zaśmiała się Lilia.
- Jak to powietrze? - spytała Sal.
Kora klepnęła ją w potylice.
- Jak możesz. U ciebie w rodzinie wszyscy czarują, a nie wiesz, że każdy czarodziej ma Żywioł Przewodnik? - prychnęła.
- Oj tam, to szczegół – Sal pokazała jej język i otworzyła swoją kopertę. Wyłuskała z niej zegarek. – O, mój nie ma znaczka…-
Jakby na te słowa zegarek zapłonął na czerwono. Ciekawie pochyliły się nad czasomierzem.
- Eee, to zwykły trójkąt jest…wasze są, chociaż przekreślone. – poskarżyła się właścicielka zegarka.
- Sal, to nie ważne. –
- O ile pamiętam, to jest ogień – rzuciła Lilia stukając w tarczę zegarka Salomei.
- Ogień? Ale jazda. A Kordian ma Ziemie, burak jeden–
- Hej, ja też mam ziemię – Kora sprzedała jej kuksańca.
- Ale, ty nie jesteś burak – wzruszyła ramionami Sal.
Lilianna zastanowiła się chwilę.
- Jak myślicie? Elena też dostała? – spytała pozostałych.
Kora i Sal spojrzały po sobie. Wszystkie trzy pomyślały o tym samym.
- Może go nie dostać. W końcu jej rodzice są niemagiczni… - wypowiedziała na głos ich obawy Kora.
- W sumie nie wiadomo. Jej ojciec jest nie magiczny, ale jej mama zmarła jak El była mała. Może była Czarownicą…- powiedziała Lilia siadając na swoim łóżku.
- Marna szansa. Ojciec mówił, że jej mama powinna być z rocznika naszych rodziców. A żadne jej nie znało…- wtrąciła Kora.
- Liliumare to nie jest jedyna szkoła ucząca magii – zauważyła właścicielka pokoju.
- Nie martwmy się na zapas. Przecież nawet twój tato, Lilia, badał El i stwierdził, że ma moc, nie? – wtrąciła Sal wesoło – Może El będzie miała wodę. Byśmy miały komplet! –
- Byłoby świetnie, jakbyśmy się wszystkie dostały! – Ucieszyła się Kora – Jakby Elena dostała Wodę. Była by Ziemia, Ogień, Powietrze i Woda! Cztery Wspaniałe! –
- I tak jesteśmy wspaniałe – zaśmiała się Lilia pakując list i zegarek do małego plecaka, w którym już miała portfel i telefon komórkowy. Zarzuciła go na plecy i wstała z łóżka – Chodźmy do Eleny. Przekonajmy się czy dostała list. –
Wyszły, więc z domu Lilianny.
- Jedziemy Jeepem? – spytała Lilia.
- A kto będzie prowadził? – zainteresowała się Sal.
- No ja –
- Ale ty, zdaje się, nie masz prawa jazdy – zauważyła Kora.
- No to, co? Do Eleny jest tylko kawałek, a prowadzić potrafię. – westchnęła Lilia idąc w stronę garażu. – Ojciec mi pozwala jeździć, bo według prawa magicznych szesnaście lat to już pełnoletniość. –
- A jak nas złapią? – narzekała Kora wsiadając na miejsce obok kierowcy.
- Co się martwisz? Nie tobie każą mandat płacić – Sal rozwaliła się na tylnym siedzeniu. Po chwili dostała plecakiem Lilianny w brzuch.
- Trzymaj. – rzuciła ze śmiechem Lilia i odpaliła samochód.
Wyjechały przez otwarte drzwi garażu i pognały ulicą.
Salomea w pośpiechu siadła poprawnie i zapięła pasy.
- Rany, jeździsz jak wariatka!!! – krzyknęła patrząc na przemykający za oknem krajobraz.
- Co ty?! – zaśmiała się Lilia skręcając gwałtownie w uliczkę prowadzącą do jedynego w Soleggiato osiedla bloków. Było to raptem pięć budynków w tym jeden apartamentowiec, w którym właśnie mieszkała Elena z rodzinką.
Lilianna przemknęła sprawnie uliczkami pomiędzy blokami i z piskiem zahamowała na wolnym miejscu parkingowym.
- No, cóż…Mimo brawury jedno ci trzeba oddać. – Kora wyskoczyła z ulgą z samochodu. – Prowadzisz wzorowo. Założę się, że można by ci zmierzyć linijką to, że zaparkowałaś w odpowiedniej odległości od samochodów i krawężnika…
- Bez przesady – Lilia machnęła ręką i poczekała aż Sal wysiądzie by zamknąć samochód i włączyć alarm.
Weszły do budynku. Ponieważ był to luksusowy apartamentowiec na parterze była recepcja. Recepcjonistka była miłą panią w podeszłym wieku, za to bardzo skrupulatną. Niemal prześwietliła je wzrokiem, ale kiedy zorientowała się, że to one, uśmiechnęła się łagodnie.
- Dzień dobry dziewczęta – zagruchała.
- Bry, prze Pani! – odparły zgodnie.
Dwaj ochroniarze siedzący w holu razem z recepcjonistką skinęli im głowami.
Dobrze je tu znano. W końcu przychodziły tu odkąd poznały się w przedszkolu.
Wpakowały się do windy, która była przestronna, z lustrami na ścianach i pokrytą pluszem kozetką. Sal od razu na niej siadła. Kora wcisnęła guzik. Elena mieszkała na ostatnim piętrze. Nad jej mieszkaniem był już tylko taras należący do jej rodziny. Kiedy wyszły z windy ich oczom ukazał się krótki korytarzyk prowadzący do dużych białych drzwi. Lilia nacisnęła dzwonek przy drzwiach i dało się słyszeć wewnątrz mieszkania melodię z „Grease”.
Po chwili drzwi otworzyła im macocha Eleny. Była to smukła blondynka, o długich, falujących, prawie białych włosach. Pani Regina Sirop De Grenouille ubrana była w prostą, pastelowo-różową sukienkę, próbującą zdaje się, być zarówno elegancką i słodką zarazem. Miała na sobie też bladoróżowy fartuszek poplamiony nieco fioletową farbą. Uśmiechnęła się do nich błyskając zbyt białymi, zbyt prostymi ząbkami w uśmiechu tak nierealnie serdecznym, że niemal sztucznym.
- Och! Moje ulubione dziewczęta z miasteczka! – zachichotała tak wdzięcznie, że żadna lalka Barbie by się nie powstydziła – Wejdźcie, wejdźcie! Napijecie się czegoś? –
- Nie, dziękujemy. – odparła za Liliannę i Salomeę Kora, której jako jedynej przez pierwsze pięć minut nie zatykało od przesłodzonej doskonałości Pani Reginy (- Mówcie mi Ciociu Regie, kochane! -).
Weszły do apartamentu za macochą Eleny, stukającą po parkiecie obcasami wściekle różowych szpilek. Otwarty hol przechodził tu w salon. Oba pomieszczenia były niesamowicie jasne. Cała jedna ściana salonu była właściwie wielkim oknem, a resztę ścian pokrywała farba w kolorze beżu z bladozielonym roślinnym wzorem. Wszystkie meble były białe, albo bladożółte. Na środku salonu stał szklany okrągły stół, a wokół niego ustawione były białe kanapy i pufy. Pod jedną ze ścian stały sosnowe biblioteczki ze szklanymi półkami. Z góry zwisał rozłożysty kryształowy żyrandol. Dom sprawiał wrażenie zarówno eleganckiego jak i nowoczesnego. Ale wystrój żadnej z nich się nie podobał, a zwłaszcza mieszkającej tu Elenie.
- Siadajcie, dziewczęta. Zawołam Elie – zaćwierkała pani domu.
Przeszły, więc do salonu, który od holu oddzielały dwie kolumny z mętnego, bladożółtego szkła.
- Kochanie Moje!!! – rozległ się okrzyk z głębi salonu i Lilia, która weszła doń pierwsza spięła się jakby miała zostać zaatakowana.
W ich stronę pędził młody chłopak o niemalże białych włosach. Miał na sobie wściekle pomarańczową koszulkę i zielone bermudy.
Ominął Liliannę i rzucił się na stojącą nieco dalej Sal mającą minę pod tytułem: „O nie, tylko nie to”. Mimo zaskoczenia nagłym atakiem dziewczyna usunęła się z toru lotu pomarańczowo-zielonej rakiety i ramiona chłopaka zacisnęły się na stojaku na parasole. Puścił go szybko i zaczął gonić Sal wokół mebli w salonie.
- Salomeo, miłości moja! Tak długo cię nie widziałem! Pozwól się wyściskać! – krzyczał chłopak.
- Oho, - Kora uśmiechnęła się nieco złośliwie. – Chłopcy z Letniego Obozu Sportowego zdaje się już wrócili. A był taki spokój… -
Lilia westchnęła tylko z ulgą, ale jej radość nie trwała długo, bo oto zza drzwi niedaleko nich wyskoczył na nią brat bliźniak chłopaka w pomarańczowej koszulce. Byli identyczni. Mieli tak samo obstrzyżone, białe włosy, tak samo ciemnoniebieskie oczy. Jedyne, co ich teraz różniło był fakt, że drugi brat nie miał pomarańczowej koszulki ani bermudów. Właściwie nie miał nic oprócz białego puchowego ręcznika przewiązanego w pasie.
Jeszcze nieco wilgotny po kąpieli chłopak zwalił ją z nóg na kremowy dywan.
- Lilia! Wiedziałem, że ten słodki zapach to zwiastun twojego nadejścia! Tęskniłaś? –
- Walerian, cholera jasna, złaź ze mnie! – krzyknęła rozpaczliwie dziewczyna starając się wyrwać niemal nagiemu chłopakowi.
- No przyznaj, że tęskniłaś! – chłopak trzymał ją mocno, mocząc jej mokrymi włosami bluzkę na piersiach – Przyznaj, że pragniesz tego wysportowanego ciała. –
Tymczasem pogoń za Salomeą nie miała końca.
- Och, Boże! A było trzy tygodnie spokoju! – jęknęła, gdy cudem wyślizgnęła się chłopakowi przeskakując kanapę – Siad! Do budy! Czy na co ty tam reagujesz…-
- Nie bądź taka, daj mi buzi, ty moja lwico! –
- Walenty, nie…WALNIĘTY idź się utop! Wolę zdechłą żabę w dupę pocałować niż ciebie choćby w policzek! – krzyknęła buntowniczo Sal zasłaniając się przed chłopakiem jakimś wazonem z kwiatkami.
- Och, urocza jak zwykle! –
Kora w tym czasie spokojnie usiadła na jednej z kanap. Spodziewała się tego. Z jakiegoś powodu Walerian i Walenty szaleli za Sal i Lilią. Zaczęło się to jakoś w podstawówce. Około drugiej klasy podstawówki ojciec Eleny, Pan Gracjan Sirop De Grenouille ożenił się po raz drugi z rozwódką Reginą De Rais wprowadzając do rodziny Eleny dwóch braci bliźniaków. Byli oni od Eleny rok młodsi i strasznie kłótliwi. Żarli się ze sobą o wszystko. Nawet, jeśli każdy z nich miał zawsze to samo jedzenie czy identyczną jak drugi zabawkę.
Kiedy się wprowadzali do tego apartamentu, Salomea i Lilianna przychodziły do El na ćwiczenia śpiewu, ponieważ każda z nich miała solówkę w chórze szkolnym. I wtedy się zaczęło. Macocha w ramach kary za następną rozróbę kazała bliźniakom słuchać jak dziewczyny śpiewają i siedzieć cicho. Niespodziewanie chłopcy zupełnie uspokoili się słuchając jak ich przyrodnia siostra z koleżankami śpiewa. Zaczął się czas zapatrzenia. Mimo, że każdemu z nich zawsze podobało się to samo, one były przecież zupełnie inne. Bliźniacy przestali się zupełnie kłócić i we wszystkim stali się zgodni. A ich obsesja (odpowiednio Waleriana do Lilii i Walentego do Sal) równo rosła. Im częściej widzieli je w apartamencie czy w szkole tym bardziej im odbijało. Zaczęło się dokuczanie, potem przyszły listy miłosne, a teraz to już przeszło niemal w molestowanie. Nie pomogło nawet to, że bliźniacy poszli do gimnazjum sportowego w Mieście.
Z drzwi, które prowadziły na korytarz wiodący w głąb apartamentu wyszła Elena. Miała asymetrycznie ścięte włosy ( z przodu dłuższe im dalej w tył krótsze) w kolorze mlecznej czekolady, z kasztanowymi pasmami. Jej smukła sylwetka napięła się widząc jednego z braci w samym ręczniku przyciskającego jej przyjaciółkę do podłogi.
- Ty debilu, złaź z niej natychmiast! –
- Odczep się siostro! To jest miłość mego życia! – prychnął Walerian.
- Nie rozumiesz, co się do ciebie mówi? – warknęła El tupiąc nogą – Do swojej zagrody zboczone świnie! Obie! –
Walenty, któremu właśnie udało się wyrwać Sal wazon spojrzał na Elenę poirytowany.
- Bo co? – prychnęli obaj.
- Bo jak zaraz nie ruszycie dup to nie będę wam pisać prac domowych i wywalą was ze szkoły – syknęła jadowicie dziewczyna mrużąc błękitne oczy.
- Płacimy ci słono za te prace – orzekł z perfidnym uśmiechem Walerian tylko nieco unosząc się z Lilianny, ale ta jak tylko uwolniła ręce walnęła go w nos.
Chłopak złapał się za obolały nos, ale drugim ramieniem pochwycił uciekinierkę.
- Owszem. Ale jak nie wam, to, komu innemu będę prace pisać. Dla mnie żadna różnica. – El splotła ręce na piersi. – W waszej szkole jest wielu bogatych, opóźnionych umysłowo sportowców. –
Bliźniacy spojrzeli po sobie i z ciężkim westchnieniem odsunęli się od dziewczyn. Kiedy Walerian wstawał ręcznik nieco mu się osunął, więc rozwinął go by zawiązać jeszcze raz, wygodniej. Zrobił to jednak specjalnie tak, by tylko Lilia, (która właśnie zbierała się z podłogi) zobaczyła, co ma pod spodem. Dziewczyna krzyknęła, krótko i aż klapnęła z powrotem na dywan rumieniąc się na policzkach. Chłopak tylko mrugnął do niej i wyszedł z bratem.
- Debile, daje słowo – westchnęła Elena.
- Co roku coraz gorzej – zaśmiała się Kora.
Salomea podeszła do Lilianny siedzącej z zaskoczoną miną na dywanie.
- Stara, żyjesz? –
- Tak…Chyba tak – dziewczyna przełknęła ciężko ślinę. Sal pomogła jej się podnieść. – El, masz coś do picia? Jakoś mi tak, w gardle zaschło…-
- Jasne Siostro – Elena uśmiechnęła się do Lilianny. Jeszcze w przedszkolu tak się do siebie przywiązały, że zwracały się do siebie per „siostro” – Zimna cola jak zwykle? –
- Oj, tak, poproszę – wychrypiała Lilia i wraz z Korą i Sal powlokły się do kuchni za Eleną.
Kuchnia była jak salon. Przestronna i jasna. Ściany były niemal cytrynowo żółte. Elena wyminęła swoją macochę zawzięcie malującą fioletowe kwiaty na wielkim transparencie ogłaszającym zbiórkę funduszy na remont wieży zegarowej w szkole podstawowej. Nuciła przy tym wesoło pod nosem. El wyjęła napój i już chciała wyminąć Reginę i wyjść, gdy Pani Domu zagruchała do niej.
- Elie, czemu nie włożyłaś tej pięknej, błękitnej sukieneczki, którą Ci uszyła Pani Orgwood? –
- Bo jest krótka, ma falbanki i przede wszystkim TO SUKIENKA – westchnęła ciężko Elena.
Jeśli chodziło o Elenę to ostatni raz widziano ją w sukience bądź spódnicy na jakimś pogrzebie, 7-8 lat temu. El lubiła ubierać się w ciemne eleganckie spodnie i bluzki z kołnierzykiem. Stylem przypominała ojca – prawnika. Niestety. Była jedyną córką w rodzinie Sirop De Grenouille i jej macocha najchętniej stroiłaby ją w różowe kokardki, delikatne falbanki i hafty i wiązała we włosach wstążeczki ( był to jeden z powodów, dla których Elena trzymała włosy obcięte dość krótko). Macosze Eleny nie można było zarzucić, że jest typową Złą Macochą z opowiadań rodem z Disneya. Pozwalała Elenie na wiele rzeczy, na które nie chciał się zgodzić surowy ojciec. Dbała o nią. Kupowała jej prezenty bez okazji. El była dla niej tą wymarzoną córeczką, której wcześniej nie udało jej się mieć. Niestety ich gusta mijały się bardzo zasadniczo.
- Dziewczynki, namówcie ją chociaż, żeby ją przymierzyła. Na pewno się do niej przekona – zagruchała do nich Ciocia Regie i przybrudziła nos nieszczęsnej Korze stojącej najbliżej fioletową farbą.
- Postaramy się - zaśmiała się Salomea i wszystkie cztery z ulgą opuściły przybytek pracy twórczej Pani Sirop De Grenouille.
Ruszyły korytarzem w głąb apartamentu. Minęły po drodze parę odblaskowo zielonych drzwi ( pokoje bliźniaków), jedne sosnowe lakierowane na ciemno (gabinet Pana Domu), podwójne ( do sypialni Państwa Sirop De Grenouille) aż w końcu stanęły przed wiśniowymi drzwiami pokoju El.
Jej pokój był przestronny i elegancki. Podłoga była marmurowa i miała kolor rdzawy, za to ściany był kremowe oprócz jednej, przy której stało łóżko. Ta ściana była karmazynowa. Przy jednym z okien stał stolik i fotele. Każda miała swój ulubiony. Elena lubiła zasiadać w fotelu z dużym okrągłym oparciem, nasuwającym na myśl tron, albo słońce. Kora siadała na wielkiej pufie nakrytej czerwoną poduchą. Lilianna zapadała się w bujanym fotelu tuż obok Eleny i jednocześnie najbliżej okna. Sal zaś wskakiwała w wiklinowe jajko zwisające z sufitu i kołysała się w nim z uradowaną miną.
- Mamy dla ciebie niespodziankę! – oznajmiła Sal gnieżdżąc się na swojej miejscówce. – Zgadnij, co dostałyśmy? –
- Rozumiem, że nie te zapowiedziane przez moich pseudo braci gorące pocałunki, bo z tego byście się tak nie cieszyły – rzuciła spokojnie Elena rozlewając colę do wysokich szklanek stylizowanych na lodowe sople.
Kora zachichotała nieco złośliwie, próbując zetrzeć z nosa fioletową farbę.
- HA, HA, HA – warknęła nieco zirytowana Sal.
Lilianna wyciągnęła z plecaka swój list i zegarek.
- Dostałyśmy listy ze szkoły. Byłyśmy ciekawe czy ty też dostałaś – wyjaśniła dziewczyna kładąc rozerwaną kopertę przed El.
Elena wzięła kopertę i przejrzała znajdujące się w środku kartki.
- Musimy sprawdzić skrzynkę. – wzruszyła ramionami.
Dziewczyny wyczuły jednak od tej pozornie spokojnej postawy, napięcie.
- No to na co czekamy?! – Salomea zerwała się z wiszącego siedziska i chciała biec do drzwi, ale Lilia złapała ją za pasek.
- SAL! Patrz pod nogi! –
- Co jest? – Sal zerknęła w dół.
Na podłodze siedział uroczy dwulatek. Miał włosy w kolorze zboża obcięte na pazia i wielkie błękitne oczy o podobnym kształcie, co oczy Eleny. Spojrzał ciekawie na Salomeę trzymając czekoladowy wafelek w upaćkanych czekoladą ustach.
- Havel? Jak żeś tu wlazł spryciarzu? –zaśmiała się Elena.
- Hav, dawnośmy się nie widzieli – Lilia wychyliła się z fotela i pochwyciła małego Havela Sirop De Grenouille w ramiona.
- Ciocia Li-la – wyseplenił malec.
- Ja nie wiem jak twojej macosze udało się takie cudo wyhodować - westchnęła Kora. – Jest uroczy, nie to co ta moja domowa łajza Irmina… -
- Tak, udał im się. Nie to co bliźniacy – zaśmiała się Lilianna wycierając chusteczką buzie Havela. Dziecko od razu pochwyciło w rączki jej długi, czarny warkocz i zaczęło bawić się kolorową gumką, którą był związany.
- My tu gadu-gadu, a miałyśmy zobaczyć czy Elena dostała list! – mruknęła Salomea stojąc już pod drzwiami.
Więc podniosły się i wyszły z pokoju. Lilia postawiła najmłodszego brata El na ziemi i malec nieco chwiejnie ruszył przed siebie.
- Ścigamy się? – zaproponowała Kora.
- Tak!- pochwyciła Sal i ruszyła biegiem korytarzem.
Za nią ruszyła Kora. Elena i Lilia spojrzały po sobie, roześmiały się i też pobiegły. Przebiegły korytarzem i prawie tratując po drodze wchodzącego do domu ojca El, wbiegły do windy.
- Biegamy jak jakieś dziesięciolatki – Elena śmiejąc się opadła na pokrytą pluszem kozetkę.
- No to co? Mamy szesnaście lat. Coś nam się z życia należy – wzruszyła ramionami Sal lekko dysząc.
Starszy z ochroniarzy mało nie dostał zawału, kiedy wypadły we cztery z windy ścigając się do stanowiska recepcjonistki.
- Jest coś dla 23.? – wysapała El, którą przydusiła do kontuaru hamująca z rozbiegu Lilia.
- Nie, moje drogie. Nie ma nic do Państwa Sirop De Grenouille - orzekła rozbawiona ich występem recepcjonistka zerkając w przegródki z pocztą.
- Co? Jak to? – stęknęła zawiedziona Sal zerkając kobiecie za kontuar. – Ani jednego? –
- Przepraszam moje drogie, ale jest zupełnie pusto – odparła nieco przygaszona widząc ich ponure miny.
- No nic, dziękujemy – westchnęła Lilia i wszystkie cztery powlokły się z powrotem do windy.
Sal i Elena usiadły na kozetce.
- To by chyba było za piękne, żeby mogło być prawdziwe – jęknęła Kora.
El tylko westchnęła ciężko. Obawiała się właśnie tego, że tylko ona nie dostanie listu. Bo niby na jakiej podstawie? Jej rodzice nie czarują. Ani Ojciec Prawnik, ani Matka, która umarła jak El miała cztery lata. Nie słyszała też żeby ktokolwiek z jej dalszej rodziny choć interesował się czarami. A przecież czary nie były już tabu. Inkwizycja już nie działała. Czarownic nie palono na stosie. Liliumare nie było szkołą ukrytą czy coś. Po prostu nie reklamowała się ze swoim specyficznym sposobem nauczania. Każdy głupi, przeciętny zjadacz chleba mógł się dowiedzieć, że w tej szkole uczą magii, gdyby chciało mu się wnikliwiej poszukać. Ludzie owszem, dalej jakoś w czary nie wierzyli. Po prostu, dla większości było to trochę za dużo paranormalności do przetrawienia, a, że ludzi posiadających faktyczną moc potrzebną do czarów było wciąż niewielu tym łatwiej było postronnym obywatelom wiarę w czary odrzucić.
- Słuchajcie, może to jeszcze dotrze? Zawieruszyło się na poczcie czy coś…- podsunęła w końcu Kora.
- Magowie nie korzystają z poczty…Widziałaś znaczek pocztowy, albo pieczątkę na swoim liście? – Sal podrapała się po głowie – Ojciec dostaje całą kupę listów od czarodziei. Jak nam się popsuła skrzynka na listy i przez tydzień jej nie było, listy i paczki po prostu pojawiały się znienacka w domu. Jedna paczka nawet znokautowała Kordiana jak spał…-
W kompletnej ciszy wyszły z windy i powlokły się do apartamentu.
- Gdzie wy tak popędziłyście dziewczęta? – spytała je uśmiechnięta pani domu.
- Poszłyśmy sprawdzić czy jest jakaś poczta – odrzekła uprzejmie Sal.
- Nie ma na dole poczty – Pani Regina zajęła się układaniem kwiatów w wazonie. – Dziś rano wzięłam pocztę jak wracałam z kółka Gospodyń. Leży na stoliku pod oknem w salonie…-
Ledwo to powiedziała cała czwórka pognała do salonu. Brutalnie wepchnęły stojących im na drodze bliźniaków na kanapy i przeskakując po nich pobiegły za El do stolika na końcu salonu.
- JESSSSSSSST!!! – ryknęła Elena na cały pokój i rzuciła się na Lilię stojącą najbliżej, powalając ją na podłogę. – O matko, dostałam list! –
Walerian spojrzał na siostrę krzywo, wstając z kanapy.
- A jej to wolno…- mruknął z zazdrością patrząc na Liliannę i Elenę tarzające się po podłodze.
Kora właśnie odtańczyła jakiś taniec zwycięstwa, a Sal śmiejąc się radośnie grzmociła Walentego po plecach aż biedak nie mógł się podnieść na nogi.
- Do pokoju! – krzyknęła bojowo Lilia. Salomea i Kora jak na komendę złapały Elenę pod ramiona, poderwały do góry i podrałowały do pokoju zdziwionej dziewczyny, która nawet nie zdążyła jeszcze rozprostować kolan, kiedy wpadły na łóżko, a Controvento zatrzasnęła za nimi drzwi.
- No to otwieraj… - powiedziała Kora zaglądając dziewczynie przez ramię.
El rozerwała kopertę i wysypała zawartość na łóżko. Przejrzała wpierw wszystkie papiery, przebiegając wzrokiem po tekście i w końcu wzięła do ręki zegarek.
- Wy też takie macie? – spytała gładząc powierzchnię klapki.
- Tak, powinien zaraz zareagować…- zaczęła Lilia, gdy oślepiło je błękitne światło bijące z zegarka - …na twoją moc. –
- Czy to…? – Sal wyciągała szyję by przyjrzeć się znakowi na klapie.
- Woda! – ucieszyła się Kora – Idealnie! Mamy Ziemię, Ogień, Wodę i Powietrze! –
Wydały zbiorowy okrzyk radości skacząc jak dzieci po łóżku El, aż w końcu padły zdyszane i roześmiane.
- Wiecie…może być tylko jeszcze jeden kłopot…- przerwała ciszę Elena.
- Co? Jaki znowu kłopot? – jęknęła Sal.
- Nie wiem, co na to mój ojciec… - wyznała cicho – Chce żebym poszła na studia prawnicze… -
- Hej, to twoje życie, kurczę! – krzyknęła Kora.
- Życie może i jej. Ale na szkołę ktoś musi wyłożyć… - zauważyła Sal.
- Właśnie. – westchnęła Elena – niby mam jakieś zaskórniaki, ale nie wiem czy to starczy na wszystko…-
- Nie martw się. Znam idealną osobę do załatwienia tej sprawy! – Lilia zeskoczyła z łóżka i pochwyciła swój plecak. Wyciągnęła z niego telefon i wykręciła numer.
Przez chwilę siedziały w ciszy i nawet słyszały dźwięk sygnału oczekiwania.
- Dzień dobry! Tu Prywatna Klinika Soleggiato! Mówi Ralf Benefacto. W czym mogę pomóc? – odezwał się dziarski głos z telefonu.
- Hej, Ralfie, dawaj Tatkę! – wypaliła Lilianna głosem pasującym raczej do zdania: Ręce do góry! To napad!
- Och! Panienka Livia? Już daję…tatkę – zająknął się głos faceta w słuchawce.
- Lilia, człowieku! LILIA – burknęła dziewczyna. – Mógłbyś chociaż zapamiętać moje imię skoro raczyłeś oznajmić kiedyś mojemu ojcu, że ma mnie dla ciebie trzymać. –
- He he…wiesz, Lilia, to takie żarty były. Za dużo wypiłem i ten…-
- Daruj to sobie zboczeńcu. Wiesz, że nie jesteś w moim typie. Dawaj ojca! –
Chwila ciszy.
- Tak?
- Tato! Mam ważną sprawę! –
- Dziecko, pacjenta mam. Już ci mówiłem. Jak chcesz Jeepa to bierz tylko nie rozbij – odezwał się rozbawiony głos ojca Lilii.
- Daj spokój tatooo…Jeepa już wzięłam! O Liliumare mi chodzi! –
- Dostałaś list? Świetnie, gratuluję. Ale pogadamy w domu. Mam tu młodego Animosa z opuchniętą twarzą i próbujemy dojść do tego, od czego ta opuchlizna.
- Tato! Mówię, że to ważne! Wszystkie cztery dostałyśmy listy, ale El mówi, że tata jej nie puści, bo chce żeby poszła na studia prawnicze! A tym dupkiem, Animosem, się nie przejmuj. Gęba mu spuchła, bo mu Kora przywaliła! Nie chce się dziad przyznać! Zimny okład mu wystarczy. –
Przez chwilę było słychać śmiech Pana Controvento.
- Dobrze, powiedzcie ojcu Eleny co i jak. A ja po pracy wpadnę i z nim to przedyskutuje. – orzekł rozbawiony Pan Controvento.
- Dzięki Tatku! Jesteś Kochany. – ucieszyła się Lilia.
- Jasne, że jestem. Poczekaj tam na mnie to razem do domu wrócimy.
- Dobrze! Pa! – i rozłączyła się z cichym kliknięciem klawiszy telefonu. – Słyszałyście? Będzie dobrze.-
- Myślisz, że twojemu tacie się uda? – Sal władowała się na swoją miejscówkę.
- Jasne! Skoro mój ojciec po Liliumare poszedł na medycynę i zdał z wyróżnieniem to, czemu El miałaby nie pójść do tej samej szkoły, a potem ewentualnie na studia prawnicze? – Lilia nieco brutalnie wrzuciła komórkę do plecaka. – Oprócz oczywiście nietypowych zagadnień wykładanych na Liliumare to przecież tak jakbyś dziewięć lat do liceum ogólnokształcącego chodziła. –
- No niby racja – westchnęła Sal. – No to El, na co czekasz? Leć ojca uświadomić –
Więc Elena poszła do gabinetu swojego ojca, a dziewczyny zostały w jej pokoju. Kora z nudów zaczęła przeglądać papiery z koperty. Oprócz listu powiadamiającego była też ulotka informacyjna o szkole ze zdjęciami i lista przedmiotów potrzebnych na pierwszy rok nauki. Kora rozłożyła ją i zaczęła czytać:
Podręczniki Szkolne:

„Tajniki Eliksirów” Emily Swodniw
„Jak zmienić słowo w materię – Podstawy Zaklęć” Xavier Starsheep
„Rytuały i Zaklęcia w Magii” Henry Milton
”Fauna w małym palcu” Sean O’Doyle
„Flora – Podstawy” Rose Carrera
„Drogi Gwiazd” Ian Facharow
„Mała Encyklopedia Znaków i Omenów” Adrian Devine
„Jak czytać Runy” Eva G. Adams
„Podstawy Numerologii” Uno Amello
„Historia Magii” Richard H. Smart
„Wprowadzenie do Języków Obcych” Eleonore Hronolingue

Poza tym:
♦ Mundurek Szkolny.
♦ Szata robocza zmieniająca kolor (jedna) albo pojedyncze trzy szaty w kolorach czarnym, czerwonym i białym.
♦ Nóż rytualny Athame
♦ Nóż rytualny Bolline
♦ Kadzielnica
♦ Szklany Kielich Rytualny
♦ Różdżka
♦ Kociołek cynowy na trzech nóżkach ( pojemność 3,5 litra)
♦ Wzmacniane rękawice
♦ Luneta
♦ Zestaw Narzędzi Pomiarowych i Kreślarskich do Astronomii
♦ Srebrne Dzwonki (Podstawowy Zastaw)
♦ Podstawowy Zestaw Świec.
♦ Standardowy Zestaw Składników do Eliksirów.
♦ Podstawowy Komplet Narzędzi do Eliksirów.
♦ Zestaw Kryształowych Fiolek do Eliksirów.
♦ Komplet Run.
♦ Talia Kart Tarota.
♦ Zestaw Węglowych Rysików z Drzewa Cedrowego.
♦ Księga Cienia.

Kora aż wytrzeszczyła swoje zielone oczy. Przełknęła ciężko ślinę.
- Dziewczyny, gdzie my kupimy noże rytualne, składniki do eliksirów i Księgę Cienia? – Zerknęła nieco zasępiona na koleżanki. – I co to jest u diabła Księga Cienia? –
- Spokojnie Kora. Pójdziemy na Rynek Czarownic. – zaśmiała się Sal popijając colę z soplowatej szklanki.
- To czarownice mają rynek? – zdziwiła się Tierra.
- Trolle mają swój targ to czarownice nie mogą? – prychnęła Lilianna – Pójdziemy tam z moim tatą. U nas w podwórku jest furtka. –
- Furtka? TA furtka. Jak w Akademii Pana Kleksa? – ucieszyła się Salomea. – Zawsze chciałam przez taką przejść. Przekraczasz próg i BACH! Jesteś na drugiej półkuli. –
- Ale masz porównanie – zaśmiała się Lilia – Ale tak, to coś w tym stylu tylko przeniesie nas na rynek, a nie do baśni Andersena –
- Ale super! Już nie mogę się doczekać! – Kora sięgnęła po ostatni, wąski skrawek papieru.
To był bilet. Bilet na statek wypływający z portu przy Rynku Czarownic. Dok 6.
- Płyniemy Przecinaczem Niebios. – oznajmiła Kora – dziwna nazwa dla statku, ale zawsze lepsza niż Titanic. –
- Serio? – Sal zerknęła Korze na bilet wyciągając się nad stolikiem. – Tata mówił, że to luksusowy Statek. Miał rejs Przecinaczem Niebios, kiedy wezwali go do Komitetu Zjednoczenia Ras na pakty ze Smokami. –
- Ze Smokami?! Serio? Takimi ziejącymi ogniem i tak dalej? – jeszcze bardziej podekscytowała się Kora.
- A bo ja wiem. Żadnego w życiu nie widziałam…- zamyśliła się Sal – W każdym razie ojciec mówił, że to ze Smokami te pakty. –
- Dobra, mniejsza z tym. – westchnęła Lilia – Ważne, żebyśmy wszystkie pojechały –
Elena wróciła po jakiś dziesięciu minutach, nieco zasępiona.
- I co? Tak źle? – spytała Salomea widząc minę gospodyni.
- Jasne, że źle…Już chyba lepiej by zareagował jakbym mu powiedziała, że chce iść do technikum gastronomicznego albo na filozofię – westchnęła El siadając w swoim fotelu i duszkiem opróżniając szklankę z colą – Wyśmiał mnie jakby to miał być żart. A jak mu pokazałam ulotki to zbladł i spytał czy chce go o zawał przyprawić. On chyba myśli, że po takiej szkole to ja mogę tylko wróżką na telefon zostać…-
- Spokojnie. Mój tata to załatwi. – Lilianna poklepała przyjaciółkę pocieszająco po ramieniu. – W końcu jak zobaczy, że mój tata mógł zostać po tej szkole lekarzem, tata Kory został redaktorem naczelnym gazety, a ojciec Sal jest burmistrzem to nie będzie miał argumentów. –
- Mam nadzieję, że tak będzie –

Jak się okazało Lilia nie pomyliła się ani trochę. Pan Controvento przeprowadził z Ojcem El długą rozmowę. Powspominał stare dobre czasy. Przytoczył kilka przykładów, teraz wysoko postawionych kolegów ze szkolnej ławy. Przyznał jak nauka w Liliumare pomogła mu, gdy studiował medycynę. Okazało się nawet, że pan Sirop De Grenouille studiował prawo z jednym z kolegów ze szkoły pana Controvento. Obaj uśmiali się wspominając, co wyczyniał stary, dobry Rodriguez.
Kiedy uśmiechnięty od ucha do ucha Feliks Controvento stanął w drzwiach pokoju El rozgarniając sobie przydługie, czarne włosy dziewczyny poczuły niewymowną ulgę.
- No to co dziewczęta? Cieszycie się, że jedziecie do szkoły całą czwórką? – spytał wesoło.
Ojciec Lilii był wysokim, nieźle zbudowanym mężczyzną, który mimo upływu lat nie stracił dawnego przystojnego wyglądu. A nawet, można było się domyślać, że zestarzeje się pięknie jak Sean Connery. Jego pacjentki szalały za tym wesołym spojrzeniem nefrytowo-zielonych oczu i dziarskim „Dzień dobry, jak się dziś czujemy?” wypowiadanym niskim, przyjemnym głosem na przywitanie.
Teraz właśnie zaparło mu dech, bo cztery nastolatki jakby się zmówiły i rzuciły się na niego wrzeszcząc ze szczęścia.
- No już, dziewczęta, już. Bo mnie udusicie! – śmiał się Pan Controvento. – Zapraszam was do nas na grilla. Musimy to uczcić, nie? I kupimy duże lody. –
To prawdziwy cud, że mimo tych radosnych wrzasków usłyszały cokolwiek, ale cała czwórka balowała tego wieczora do północy.

Ciąg dalszy nastąpi...
Ostatnio edytowano 15 mar 2013, 14:40 przez Kostucha, łącznie edytowano 1 raz
Przez noc droga do świtania - Przez wątpienie do poznania - Przez błądzenie do mądrości - Przez śmierć do nieśmiertelności.
Avatar użytkownika
Kostucha
Przejściowy Pokój
Przejściowy Pokój
 
Posty: 29
Dołączył(a): 05 mar 2013, 23:28

Re: Liliumare

Postprzez Kostucha » 10 mar 2013, 21:33

A oto kolejny fragment. Mam nadzieję, że w końcu ktoś pokusi się o parę słów komentarza ^^



Część II



Miesiąc późnej, dokładnie dwa tygodnie przed pierwszym września Salomea zapukała do drzwi domu Państwa Controvento. Drzwi otworzył pan domu ubrany w sprane jeansy i zamszową marynarkę w kolorze fluorytu.
- Cześć Sal, a gdzie Gerald? –
- Tata? Wygrzebuje się z samochodu – Salomea obejrzała się na ulice gdzie jej ojciec i jednocześnie burmistrz Soleggiato właśnie włączał alarm w samochodzie. Poprawił mankiety białej, luźnej koszuli wsadzonej w spodnie i ruszył do dwójki stojącej w wejściu do domu.
Pan Lauffeuer był mężczyzną średniego wzrostu, o przeciętnej budowie ciała. Ubierał się raczej elegancko, w końcu stołek burmistrza zobowiązuje. W szafie miał komplet garniturów. Był już tak przyzwyczajony do ubierania się bardziej formalnie, że spodnie w kant zmieniał, na coś innego niezwykle rzadko. Mimo wszystko nie był tak sztywny jak kołnierzyki w jego koszulach. Dziś także darował sobie eleganckie czarne spodnie i zamiast nich założył jasne dżinsy, nie odpuścił sobie jednak beżowej marynarki, którą niósł przerzuconą przez ramię.
Gerald miał ciepły wyraz twarzy, ale w orzechowych oczach było widać pewność siebie. W kącikach ust i oczu miał małe zmarszczki od częstego uśmiechania się. Ciemnobrązowe włosy, z zaczątkami łysinki, zaczesał do tyłu mimo twierdzeń Salomei, że wygląda wtedy tak jakby go ulizała krowa.
- Cześć Feliks! Co tam? – Gerald uścisnął dłoń panu Controvento i obaj weszli do środka gawędząc.
Sal nawet się za nimi nie obejrzała. Od razu wbiegła na górę, gdzie był pokój Lilianny. Weszła bez pukania. Lilia i Elena siedziały właśnie na dywanie i zastanawiały się jak się tak wielkie zakupy pomieszczą w ich plecakach.
- Dajcie spokój. Rodzice na pewno mają na to jakieś sposoby. W końcu zwykły uczeń nie udźwignie tych wszystkich rzeczy plus swoje ubrania i tak dalej – prychnęła Salomea.
- Niby racja…- przyznała Lilia.
- A co z Korą? – spytała El sadowiąc się na fotelu przy biurku.
- Lada chwila powinna być. Będzie wracała z ojcem z Miasta. – westchnęła Lilia wybierając w końcu niewielki, granatowy plecak pumy, a resztę chowając do wielkiej szafy.
- Nie ciekawi was, czemu nasi starzy tak się napalili na te zakupy? - zastanawiała się głośno Sal rzucając się na łóżko Lilii. – Moja matka też to próbowała z ojca wyciągnąć. Jak Kordian szedł do szkoły nie robił takiej afery…-
- Och, to akurat proste – zaśmiała się Controvento chwytając szczotkę z biurka. Zaczęła rozczesywać włosy. – Mają pretekst, żeby się we trójkę urwać z domu. Mój ojciec już mi zapowiedział, że da mi kasę w łapę i cytuje „bawcie się w zakupy same” –
Sal się tylko roześmiała. No, to w sumie było do przewidzenia.
Nagle do pokoju wpadła Kora.
- To jak? Gotowe do drogi?! –
- NO BA!!! – krzyknęły zgodnie i ruszyły do drzwi.
Zbiegły po schodach i wypadły na podwórko, przy czym Elena i Lilia przytrzymywały się jedna drugiej by założyć buty w biegu.
Ich ojcowie stali przy altance śmiejąc się wesoło. Do pana Controvento i pana Lauffeuer dołączył ojciec Kory. Pan Tierra był niskim (niewiele wyższym od własnej córki) rozczochranym blondynem w wyświechtanej, brązowej, skórzanej kurtce i fioletowym podkoszulku. Na przynajmniej raz złamanym nosie opierały się oprawki okularów od Calvina Kleina.
- Dzień dobry, panie Tierra! – Lilianna uśmiechnęła się do redaktora naczelnego Wieści z Soleggiato.
- Cześć Młode. Gotowe do wymarszu? – mrugnął do nich ojciec Kory.
- Jasne – Kora podparła się pod boki. – To było głupie pytanie Tato.–
- No to już panienki. Do furtki! – Feliks Controvento wskazał im alejkę prowadzącą w głąb sadu.
Przeszli nią przez cały, rozległy sad państwa Controvento, aż doszli do odległego muru otaczającego ogród. Furtka okazała się być drzwiami, a właściwie wrotami. Prostymi, drewnianymi, dwuskrzydłowymi z okrągłą, szklaną gałką.
Feliks Controvento podszedł do prawego skrzydła i zastukał głośno trzy razy. Rozległ się dźwięk jakby przekręcania klucza w zamku i skrzydło uchyliło się bezgłośnie.
- Zapraszam dziewczęta. Oto Rynek Czarownic – oznajmił teatralnie Pan Feliks.
Więc przeszły nieśmiało przez próg. Od razu uderzył je huk dźwięków, masa kolorów i ogrom zapachów. Aż się kręciło w głowie. Stały na pagórku pokrytym trawą. Tuż z pod drzwi, które z tej strony były właściwie kamiennym łukiem prowadziła w dół po stoku brukowana dróżka. Nieco niżej znajdował się Rynek Czarownic. Być może był to kiedyś tylko rynek, ale teraz było to niemal miasteczko z kilkoma większymi ulicami i mnóstwem małych i wąskich alejek.
- No dziewczęta. Idziemy. Bo jeszcze ktoś tu na nas wpadnie – zaśmiał się pan Gerald i popchnął lekko swoją córkę i El.
Ruszyli wiec dróżką ku pierwszym sklepom.
- Pierwsze musicie kupić szaty i mundurki – westchnął pan Tierra. – Najlepszy będzie sklep Nowe Szaty Króla państwa Princeps –
- A gdzie on jest? – spytała roztropnie Lilia, bo nie bardzo miały pojęcie jak iść.
- Jest przy Srebrnej Alei. – Pan Feliks poklepał córkę po ramieniu – jesteście zdolne dziewczyny, znajdziecie wszystkie sklepy. A w razie co, pytajcie ludzi –
- Dzięki tato – burknęła Lilianna – będziemy miały kupę szczęścia jak się nie zgubimy…-
- W razie, co idźcie w stronę dwóch wież – mężczyzna wzruszył ramionami – Będziemy w pubie Płonący Stos, to obok. –
- Świetna nazwa dla pubu – stwierdziła Elena z kwaśną miną.
- W każdym razie macie kasę i radźcie sobie same. Już jesteście dorosłe, nie? – mrugnął do nich pan Lauffeuer i podał córce pokaźnej wielkości sakwę.
- Drobniej nie było? – zdziwiła się Kora słysząc dźwięk monet.
Jej ojciec podał jej podobnej wielkości woreczek.
- U czarodziejów płaci się monetami z czystego kruszcu. Nie ma czegoś takiego jak papierowa waluta. – wyjaśnił jej pan Tierra.
- Międzynarodowe pieniądze – zaśmiała się Lilia wyjmując ze swojej sakiewki dużą złotą monetę.
Pan Controvento wyjął też drugą taką samą sakwę i podał Elenie.
- Proszę, twój tata dał mi pieniądze, żebym je wymienił na coś, czym możesz tu płacić – orzekł.
El tylko skinęła głową przyjmując bordowy woreczek ciężkiego kruszcu.
- No dobra Panowie – Ojciec Sal zatarł ręce – na nas już czas! Idziemy na Wodę Ognistą! –
I trzej ojcowie ruszyli przed siebie ulicą nucąc melodię z reklamy Wody Ognistej Wodza Cheasequaha. Wyglądali niemal jak trójka studentów, którzy urwali się z wykładów.
Dziewczyny patrzyły na to nieco zmieszane.
- I kto tu, kogo powinien pilnować? – spytała Kora chowając sakiewkę do torby sportowej.
- Przynajmniej możemy same zrobić te zakupy. – El wcisnęła swoją i Lilii sakiewkę do plecaka, który Lilia zabrała z domu.
- Ale ile nam to zajmie skoro nawet nie wiemy gdzie iść? – westchnęła Salomea.
- Mówili coś o Srebrnej Alei. – zauważyła Lilia – Na Rynku są trzy główne aleje. Platynowa, Złota i Srebrna –
- Czyli musimy znaleźć jakąś dużą ulicę tak na początek? – Sal poprawiła torebkę i ruszyła na przód ulicą – to nie może być trudne. –
Faktycznie. Nie było to trudne. Przeszły przez kilka uliczek i trafiły na ulicę Srebrną.
Jak przystało na jedną z głównych alei było tu tłoczno, głośno i kolorowo. Dziewczyny mijały zarówno zupełnie normalne sklepy, jak apteki, sklepy spożywcze czy księgarnie, jak i zupełnie niesamowite: jak Sklep ze Służącymi – Kościotrupami, sklep z eliksirami na wszystko, czy kawiarnie, w której kawę serwowały duchy.
Sal przykleiła się do jednej z witryn, przy której starsza pani kierowała szmatkami by myły okna. Na wystawie spały małe gryfy, wtulone jeden w drugiego.
- Patrzcie, jakie śliczne! – ucieszyła się Lauffeuer.
- Hej, szukamy mundurków, a nie przyjaciela do aportowania – wtrąciła El.
- Ale faktycznie są piękne – oceniła Lilia.
- Dobra, nie ma, co się rozpieszczać. Chodźmy kupić te przymusowe łachy potem rozejrzymy się za czymś fajnym. – Kora złapała Sal za pasek od torby i pociągnęła ulicą.
- Jak ktoś zobaczy Nowe Szaty Króla to niech krzyczy – rzuciła Lilia.
Kilka kroków dalej Kora zaczęła wrzeszczeć jak opętana. Ludzie naokoło spojrzeli na nią zdziwieni.
- Jasny gwint Kora! Co się dzieje? – warknęła Elena.
- No co? Kazała krzyczeć – uśmiechnęła się Kora wskazując im wysoki jakby pękaty budynek. W witrynach pyszniły się suknie, płaszcze i fraki, a nad drzwiami była jasno błękitna markiza ze złotym, napisem „Nowe Szaty Króla”.
- To wygląda niepokojąco pastelowo – zauważyła Sirop De Grenouille.
Lilia pokiwała niemo głową. Jakoś nie miała ochoty tam wchodzić.
- No drogie panie – Sal uwiesiła się na ramionach Lilii i El. – Nie ma co tu stać i podziwiać to brzydactwo. Wkraczamy do jaskini lwa! –
Więc weszły powoli do budynku. W ich nozdrza uderzył mocny, słodki fiołkowy zapach. Kora, która wchodziła pierwsza w początkowym odruchu chciała wyskoczyć z powrotem ze sklepu, ale Elena ją zatrzymała.
- Nie dezerteruj – szepnęła tylko.
- Dzieeeń dooobry! – nagle zza jednego z manekinów wyskoczyła chuda jak wieszak kobieta. Przynajmniej w pierwszej chwili wydało im się, że to kobieta. Uświadomiła je Lilia, która złapała kurczowo Sal za ramię.
- O Bogini! Transwestyta…- wybąkała. – Ona…On…Ono…TO ma jabłko Adama… -
Spojrzały na postać w długiej sukience w kwiatki. Blond włosy upięte miała w misterne koczki po obu stronach głowy, powieki przyrumienione różowym cieniem, a usta przyciemnione karmazynową szminką. Gdyby nie jabłko Adama, brak bioder i biustu, oraz cień zarostu w okolicach gdzie u facetów zazwyczaj są baczki można by go wziąć za kobietę. Może nie specjalnie urodziwą, ale kobietę.
- Och, jakie śliczne dziewczynki – uśmiechnął się do nich – Jestem Leo Princeps, w czym mogę wam służyć piękne panie? –
- Eeee…M-my…ten – wybąkała Sal dolna szczęka jej podejrzanie dygotała.
- Wybieramy się do Liliumare. – przejęła inicjatywę Elena – Potrzebujemy mundurków i szat roboczych. –
Leo klasnął w dłonie cały rozpromieniony.
- Ojej, przyszłe studentki Liliumare! Pięknie, pięknie! Gratuluję! – zapiszczał niemal – Mamooo, maaaamooo! Twoja specjalność! –
Gdzieś od strony schodów w głębi sklepu dało się słyszeć szybkie kroki.
- Liliumare? –
- Eee? T-tak – jęknęła Lilia.
- Och, cudownie! – z pomiędzy manekinów i parawanów wyłoniła się przysadzista kobieta.
Tym razem na pewno była to kobieta. Wydatny biust miała wyeksponowany wydekoltowaną bluzką w paski. A szerokie biodra okryte ciężkim materiałem krwistoczerwonej spódnicy.
W tym samym momencie rozległ się dzwonek oznajmiający ponowne otwarcie drzwi. Na Korę stojącą najbliżej dosłownie władował się wysoki chłopak.
- Co to za zwyczaj stania w drzwiach?! – oburzył się nowoprzybyły.
- Trzeba uważać jak się chodzi, a nie ładować się jak do siebie! – prychnęła Kora nieco odpychając wysokiego chłopaka.
- Jesteś nieokrzesana. – wtrącił się inny głos.
Do sklepu weszło w sumie czterech chłopaków.
- O ja pierdole…klony – syknęła zaskoczona Sal.
Faktycznie. Czterech chłopaków wyglądało jakby ich ktoś skopiował. Byli wysocy na jakieś metr osiemdziesiąt pięć i mieli płowe włosy identycznie przycięte, krótsze z tyłu, nieco dłuższe z przodu i opadające na wysokie czoła. Byli tak samo ubrani: w niebieskie polo i jasne, lniane spodnie. Nawet spojrzenie błękitnych oczu było identycznie wyniosłe. Atmosfera od razu zrobiła się jakaś nieprzyjemna. Chwila ciszy wystarczyłaby jeden z chłopaków charakterystyczny o tyle, że nieco bardziej umięśniony niż pozostała trójka zdecydował się kontynuować spór.
- Nie dość, że nieogarnięta to wulgarna. – ocenił cierpko komentarz Sal.
Sprzedawczyni zareagowała swoim powitaniem na tyle szybko, że nie było czasu na ciętą ripostę. Potem zagarnęła lekkim gestem Lilię, wolnym ramieniem ogarniając łukiem pozostałe dziewczyny. Podekscytowanym głosem mówiła o szatach.
- O, to takie niewychowane czupiradła wzięli do Liliumare? – prychnął jeden z klonów do pleców odchodzących dziewczyn.
Salomea odwróciła się z zaciętą miną.
- Wyobraźcie sobie, że do szkoły nie przyjmuje się po badaniach na wysokość zadufania w sobie. – warknęła dźgając w tors pierwszego lepszego z klonów – trzeba mieć talent po prostu! –
- Szczerze wątpię w ten twój talent. – prychnął inny klon.
- No proszę, ostra dziewuszka! – zaśmiał się ten dźgnięty przez Sal chwytając ją za dłoń. – Jak ci na imię kociaku? –
- To jakaś kpina! – Elena odciągnęła Salomeę gotową chyba odgryźć chłopakowi palce. – Najpierw nas obrażacie, a teraz chcecie się spoufalać? –
- El, lej w mordę to wredne ksero! – skandowała Kora.
Nagle zza parawanu wyskoczyła Lilianna ubrana tylko w bieliznę.
- Jak mamy się bić to poczekajcie na mnie! –
Jej koleżanki bez zdziwienia przyjęły ten entuzjazm, a u panów entuzjazm nastąpił, i owszem – w spojrzeniu błyszczących oczu i uśmiechach – po chwili zaskoczenia. Mimo wszystko nic nie zgasiło werwy Lilii.
- Co młotki, przestraszyliście się? – zakpiła
- Och tak, cały jestem roztrzęsiony – Klon gapił się na nią bezczelnie – Aż mi chyba stanie…serce. –
Kora zerknęła na niego z czystym powątpiewaniem.
- Tobie to stanęły trybiki w głowie. Już chyba od narodzin. – mruknęła, podczas, gdy właścicielka sklepu, z taśmą mierniczą podreptała do Lilii. Ta w międzyczasie zorientowała się, co tak naprawdę wywołuje tematyczne komentarze. Tylko się zarumieniła i to było tyle z jej reakcji. Zażenowanie tylko pogłębiło chęć skopania oponentów.
- Siostro, bo nigdy nie skończymy tych zakupów. – Zgasiła ją Elena. – Poczekamy na ciebie, albo będziemy tłuc na tury –
- Ja pierwsza. – wyburczała Salomea, której adorator bawił się kosmykiem włosów zwisającym jej z ramienia. Ze złością próbowała nadepnąć mu na stopę, ale zręcznie się odsunął. Z twarzy nie schodził mu lekki uśmieszek.
Elena i Lilia spojrzały na siebie porozumiewawczo i Controvento dała się poprowadzić w kąt, gdzie było podwyższenie. Akurat minęła się z Leo, który z werwą zajął się nowymi klientami.
- Witam serdecznie! W czym mogę panom pomóc? – prawie ćwierkał rozkładając szeroko ramiona.
Nowoprzybyłym zajęło chwilę oswojenie się z widokiem ekstrawaganckiego ekspedienta w spódnicy, więc odezwała się Kora wskazując kpiąco brodą na czterech braci.
- Oni chyba po sukienki. –
- Och, dziewczynki, jakie z was żartownisie! – Leo machnął ręką z ogromnymi pazurami. – Tacy przystojni panowie na pewno chcieliby jakiś elegancki garnitur na bal. –
Klony mruknęły z zadowoleniem.
- Przyszliśmy po mundurki do Liliumare – oznajmił dumnie ten największy.
- Skończyły się, wypierdalać! – syknęła Sal.
W tym czasie właścicielka sklepu nieprzyjęta scysją między klientami podsadziła Lilię na podest.
- Jaki jest twój żywioł dziecko? – spytała nucącej coś pod nosem dziewczyny, która lekko kołysała się na podeście przed wielkim lustrem.
- Powietrze – wyśpiewała wesoło.
- Och, to tak jak ja! – roześmiała się cicho kobieta. Ot, odrobina integracji, kiedy uśmiechnęły się do siebie porozumiewawczo.
- Ja też – odezwał się nagle jeden z Klonów stojący najbliżej wnętrza sklepu. Przyjemna atmosfera natychmiast się rozmyła. Na szczęście Leoś szybko zakręcił się za szatą dla chłopaka i dał mu znać, żeby podszedł do drugiego podwyższenia w innej części głównego pomieszczenia sklepu.
- Och, tacy jesteście podobni. Jakby, co protestujcie, gdybym któregoś drugi raz na przymiarkę porwał. – mrugnął On-Ona konspiracyjnie.
- Proszę otworzyć rachunek dla Kertha Tussanda. Myślę, że kupię nieco więcej niż mundurek szkolny. – powiedział Klon. Po samym jego tonie można się było domyślić niewypowiedzianego: że chętnie spędzi tu trochę więcej czasu mogąc tak jak teraz obserwować dziewczynę w bieliźnie i nawet mógłby jej w zamian za dalsze takie pokazy zasponsorować coś odpowiedniego do założenia.
- Mówiłam, skończyły się, wypier… -
- Jak nic kupią sobie po małej różowej – Kora wpadła Salomei w słowo.
- Stroje baletnic z krynoliny sprzedają dwie ulice stąd – prychnęła Lilianna. Wokół niej sam z siebie unosił się, marszczył i przycinał czarny materiał. Nie trwało długo, kiedy przed ich oczami na Lilii pojawił się mundurek składający się z bluzki z rękawem do łokcia i spódnicy nieco nad kolana. Controvento zgrabnie uniosła nogę by czarna materia oplotła ją w roli nadkolanówki.
- Leo! Przynieś srebrne wstążki na wykończenia! – krzyknęła pani Princeps dyrygując wysadzanym koralikami kosturem igłom i niciom latającym w powietrzu.
- Mam nadzieję, że mamy swobodę wyboru koloru – szepnęła Elena do rudej kumpeli, na chwilę odwracając uwagę Sal od pojedynku na wykrzywione miny, który prowadziła z jednym z braci Kertha.
- Z taką mordą to i tak wygrał, jak tylko wszedł do sklepu. – oceniła Kora spokojnie.
Okazało się, że swobody wyboru nie ma. Kolor wstążki, która układała się na krańcu nadkolanówek, kołnierzyka i rękawów wskazywał na żywioł przewodni, tak samo jak grawerunek na klamrze paska identyczny jak na zegarku.
- Bezstresowo – oceniła mimo to Elena krój mundurka przyglądając się niemal gotowej Liliannie.
Lilia jeszcze tylko dostała buty i opaskę do włosów w odpowiednim kolorze, oraz rękawiczki bez palców, na które aż pisnęła z uciechy i była gotowa.
- Uważam, że jest wspaniały! – powiedziała uśmiechając się do krawcowej – Bałam się, że dadzą taki okropny mundurek jak w prywatnych liceach w Mieście. Już lepiej się wygląda w worku. Dziękuję –
I ukłoniła się z wdziękiem.
W czasie dalszej rozmowy ustaliły, że kupią tu od razu szaty robocze. Nie wymagały one aż tak gruntownych przymiarek, jako, że były luźne i proste. Kora następna wskoczyła na podest, żartem prężąc się jak modelka przed lustrem.
- Ziemia sztuk jeden! – zasalutowała krępej kobiecie.
- Dwie sztuki. – Zwrócił na siebie uwagę ignorowany do tej pory umięśniony klon o imieniu Paul. Jego brat otrzymał już właśnie pakunek ze swoim mundurkiem. Kolorami w ogóle nie różnił się od tego Lilii. Spódnica i nadkolanówki zostały jednak zastąpione klasycznymi, czarnymi spodniami ze srebrnymi lampasami i wykończonym srebrną wstążką czarnym frakiem, a dziewczęcą bluzkę z delikatnie bufiastym rękawem zamieniono na srebrną koszule w delikatne czarne prążki. Zamiast ozdobnej apaszki do włosów i rękawiczek panowie otrzymali bolo z herbem szkoły do noszenia zamiast krawatu.
- Bydlaku! Kto ci pozwolił się wtrącać? Nie dysponuj jej kasą – Sal pacyfistycznie wepchnęła na chłopaka najbliższego manekina.
- Ależ Salomeo. Pan chciał tylko spódniczkę dla siebie – rzuciła pojednawczo Elena.
Na szczęście całe zakupy z szyciem włącznie nie trwały w sumie dłużej niż 40 minut.
- Magia to piękna rzecz. Normalnie trzeba by z tydzień czekać na mundurek – oceniła Kora przymierzając swoje czarne rękawiczki bez palców z soczysto zielonym paskiem przy nadgarstku.
Ze sklepu wyszły zaopatrzone w takie same mundurki szkolne z dodatkami różniące się tylko znakiem na klamrze paska i kolorem tasiemki ( odpowiednio powietrze – srebrny, ziemia – zielony, woda – niebieski, ogień – czerwony). Oprócz tego każda miała swoją zmieniającą kolory szatę roboczą (najnowszy fason) i szkolny plecak z zapięciem odpowiadającym danemu żywiołowi.
- Dobra, to co teraz? Księgarnia? – Salomea zarzuciła na ramię mały plecak z zapięciem w kształcie znaku ognia.
- Tak, tak…cholera, aż ciężko uwierzyć, że wszystko ma się tu zmieścić – Kora pokręciła głową.
Ale nie mogła zaprzeczyć, że jej sporo większa torba sportowa z sakwą pełną monet oraz paczki z Nowych Szat Króla zmieściły się w nowym plecaku bez problemu.
W księgarni poszło im dużo szybciej. Przewidujący sprzedawca oferował klientom zgrabne zestawy przygotowanych wcześniej podręczników spiętych purpurową tasiemką z logiem sklepu. Elegancko i wygodnie. I wszystko to też zmieściło się w nowych plecakach, mało tego, wydawały się być prawie puste i odpowiednio do wyglądu lekkie. Następnie należało kupić przyrządy do eliksirów, jak na przykład kotły. Z kolei przy sklepie z różdżkami i kosturami nastąpiło kolejne starcie z braćmi Tussand.
- Śledzicie nas? – prychnęła Lilia na Kertha.
- Od razu śledzicie. A może to przeznaczenie, skarbie. – Kerth mrugnął do niej i cmoknął cicho w jej stronę.
- Aż tak nie zgrzeszyłam – warknęła.
- Przepraszam pana – rzuciła suchym głosem Elena, która pierwsza miała dość niechcianego towarzystwa i próbowała przecisnąć się w stronę drzwi sklepu między klonem, do którego bracia mówili Gordon, a ostatnim z nich Sebastianem. Ruch jednego z nich sprawił, że nagle dziewczynie nie zostało wiele miejsca. Przygnieciona między torsami dwóch braci przez sekundę milczała, nie poruszając się, zaskoczona bezczelnością typa.
- Ależ nie ma za co – wymruczał do niej Sebastian, do którego akurat stała odwrócona twarzą.
- Nagabywanie, kara pieniężna do 1,5 tysiąca. Molestowanie, kara więzienia do lat trzech. – wysyczała Elena unosząc spojrzenie – Nie wiem jakie przewidziano złagodzenia dla czterech kretynów z jednym mózgiem na spółkę, ale mam na to remedium…-
I kolano błękitnookiej zdarzyło się z klejnotami typka. Popełnił klasyczny błąd stając nieuważnie w lekkim rozkroku. Przez chwilę pochylał się, jakby chciał się pożalić bratu. El wysunęła się z pomiędzy nich i tylko jakiś błysk w oczach zdradzał jej nerwy. Spojrzała na koleżanki z przyjaznym uśmiechem.
- Widziałyście? Jaki pech! Tak niefortunnie obić się o moją nogę. Trzeba było pozwolić mi przejść. – pokiwała głową i weszła żwawo do sklepu.
Lilianna przechodząc obok poklepała niby współczująco Sebastiana po plecach i nucąc poszła dalej.
- Z drogi pierdoły! Bo wszystkim wam dyski pokasujemy! – Zagroziła Salomea ciągnąc za rękę rozbawioną Korę.
Dziewczyny weszły spokojnie do sklepu za krótkowłosą Eleną.
- Dzień dobry! My po czarodziejskie kijki! – krzyknęła w głąb ciemnego sklepu Kora.
- Oczywiście panienko, oczywiście – odpowiedziała spokojnie starsza pani, która wyrosła niespodziewanie trzy kroki od nich.
Nie zauważyły jej w pierwszej chwili, podobnej do jednego z wielu cieni między półkami. Starsza pani wyglądała jak zła czarownica z disnejowskiej Królewny Śnieżki, tylko z nieco przyjemniejszą twarzą. Dziewczyny od razu poczuły sympatię do pani o spływających po ramionach siwych, splątanych lokach ubranej w przepastny czarny płaszczu.
- Witam was – uśmiechnęła się ukazując wszystkie trzy zęby, jakie posiadała i podchodząc powoli o lasce…choć biorąc pod uwagę charakter sklepu nie założyłyby się, że to faktycznie tylko laska. – Rozumiem, wszystkie cztery? To wasz pierwszy rok, tak? –
- Aye – palnęła nieopatrznie Salomea.
- Loca, będzie komplet! – krzyknęła staruszka do kogoś w głębi sklepu – Nazywam się Jew, chodźcie za mną. –
Kobieta podeszła do trzcinowego fotela, który stał w rogu pomieszczenia przy oknie, do kompletu z dwoma innymi fotelami i małym stolikiem. Na stole stał już przygotowany dzbanek i filiżanki. Światło w sklepie sprawiało, że bursztynowy w kolorze zestaw stawał się złoty, trochę jak i fotele oraz stolik. Dzbanek uniósł się nieśpiesznie i nalał herbaty do filiżanki. Jew spojrzała na dziewczyny pytająco.
- Ja poproszę – rzuciła Kora patrząc na dzbanek jakby to jego miała prosić.
Zza regału wyłoniła się męska postać. Niesforne włosy, tatuaże wymykające się z kołnierzyka, aż na skraj twarzy. I miły uśmiech. Coś w nim faktycznie było Loca.
- Faktycznie komplet. Dzień dobry – powiedział tylko by zaraz zniknąć w labiryncie półek.
Komplet w tym wypadku oznaczał komplet żywiołów. Dziewczyny spojrzały pytająco na właścicielkę sklepu.
- Widać to po was dziewczęta. – pokiwała głową rozbawiona pani Jew. Wskazała na miedzianowłosą Sal, która rozwaliła się na wolnym fotelu jako pierwsza bębniąc palcami w podłokietniki. – Ogień, na pewno, z jego wspaniałym entuzjazmem. Dalej Ziemia z postawą stabilną, co jej poglądy…Lata praktyki moje drogie. –
- No, trochę już tu pracuje – zachichotał gdzieś dalej mężczyzna, którego widziały przed chwilą.
- Młokosie, ty mi tu nie wypominaj ilości wiosen, bo coś mi się widzi, że szybciej przyniosłabym te próbki niż ty! – zawołała kobieta, a rozlewający herbatę dzbanek zadrżał niezdecydowanie. Nie doczekując się riposty rozmówcy, Jew uniosła dumnie głowę.
Młokos – na oko dwudziestoparoletni - doczłapał do nich niosąc nie tyle małe próbki drewna jak się spodziewały, co coś o wiele większego. W przepastnej skrzyni znajdowała się kamienna misa i cztery sakwy.
- Dobra, która pierwsza? – spytał chłopak.
Pierwsza podniosła się Salomea. Loca wystawił ze skrzyni kamienną misę i ustawił na wolnym stoliku. Wsypał do niej metalowe opiłki, które zalał jakimś płynem i podpalił.
- Na dobrą różdżkę składa się 6 elementów. Ziemia, Ogień, Powietrze, Woda, Metal i Drewno – opowiadała starsza pani dając Salomei znak, żeby stanęła przed misą. – Najpierw wybierzemy dla Ciebie metal. Najlepszym punktem odniesienia będzie właśnie ogień, ponieważ symbolizujesz ten żywioł. Użyjemy też rytuału ognia. Podnieś rękę i pozwól, żeby dym zbierał się pod twoją dłonią. –
Nieco niepewnie Salomea wykonała polecenie. I nawet nie poczuła żaru płomieni. Miała wrażenie, że równie dobrze mogła wsadzić dłoń wprost do płonącej zawartości miski.
- Patrz w dym. Zmysłem ognia jest wzrok. Co widzisz? –
Sal patrzyła, patrzyła i rzeczywiście zobaczyła w dymie formujący się kształt.
- Ja tam nic nie widzę. – oceniła Kora.
- Pewnie dlatego, że twoim żywiołem jest ziemia, łośku – szepnęła Elena
Obraz w oczach rudej sprecyzował się już jednak.
- Eee…widzę gostka z trąbką – wybąkała.
- Co? – odezwała się chórem reszta.
- No…mamy taką ozdobę choinkową w domu. Taki facecik grający na trąbce - mruknęła zażenowana Sal – No co? Lubię tą zabawkę. –
- Z czego jest zrobiona, dziecko? – spokojnie spytała Jew.
- Z mosiądzu -
Starsza pani kiwnęła głową, a Loca zapisał coś w notesie i podał Sal woreczek oznaczony znakiem ognia.
- Wybierz jedną runę – rzekła starsza pani.
Dziewczyna sięgnęła do skórzanej sakiewki i wyciągnęła jeden rubin wielkości nakrętki od butelki.
- Wow! Ale cacko! To musi być droga rzecz – oceniła z cichym gwizdnięciem Kora.
- Dlatego zanim stąd wyjdziecie wszystkie przeliczę – ostrzegł chłopak.
Jew pozostała niewzruszona koncentrując się na swojej pracy.
- Co to za run moja droga? –
- O ile dobrze pamiętam, co mówiła mama to, to jest Mann – Salomea wskazała staruszce rubin z odpowiednim znakiem, a ta pokiwała głową.
- Loca notuj. Użyjemy jako drzewca ostrokrzewu, w Wodzie nadamy kolor purpury, dla Powietrza okadzimy Marzanną. Hmm…a od Ziemi dorzucimy Szpat islandzki. – Jew spojrzała z uśmiechem na Sal – Oczywiście Ogniem wypalimy ci ten run i znak ognia. Wiesz, co znaczy ten run dziecko? –
- Eee…to jest człowiek…nie zaraz, przeznaczenie – zamyśliła się Lauffeuer. Staruszka tylko pokiwała głową.
Loca nagle wcisnął dziewczynie w dłonie długi na pół metra kij z ostrokrzewu, po czym w odpowiednie gniazda w nim wyżłobione przymocował kamienie w kształcie romboedru i zalał purpurową farbą niemal nie oblewając przy tym samej Sal. Mimo, że zrobił to niedbale i spora część płynu wpadła z sykiem do miski, farba jakby sama, równomierną warstwą oblała drewniany trzon. Nagle z syczących płomieni wystrzeliły opiłki mosiądzu, które były w misie, wyłuskując się z pomiędzy innych metalowych skrawków z cichymi uderzeniami powbijały się w drewno tworząc ciekawy motyw na drzewie. Ruda zdążyła tylko krzyknąć krótko. Tymczasem Loca przyszedł spokojnie z dymiącą kadzielnicą i rozżarzonymi do czerwoności metalowymi prętami zakończonymi znakiem Mann i żywiołu ognia. Najpierw odcisnął je w drewnie, poczym szybkimi ruchami okadził różdżkę wraz z właścicielką.
Pachnący dym wirował przez chwilę wokół Sal, a potem wszystkie cztery wrzasnęły głośno, bo oto niespodziewanie kostur stanął w płomieniach.
Równie szybko jednak ogień zgasł i kostur wyglądał wspaniale. Drewno miało głęboki odcień purpury i wyglądało jak polakierowane i wypolerowane na wysoki połysk. Przy końcu, we wgłębieniach osadzone były trzy kryształy przezroczyste jak szkło, w kształcie niemal idealnych rombościanów. Na całej długości układały się przypominające płomienie wzory z błyszczących opiłków mosiądzu. Znak ognia i run pyszniły się między nimi mniej więcej w połowie długości kostura. Co ciekawe mimo, że Sal trzymała cały czas kij w obu dłoniach zarówno farba jak i lakier pokrywały również powierzchnię pod nimi.
- Rany! Jest boska! – dziewczyna zamachała kosturem niczym kijem bejsbolowym. Niesamowicie gustownym, trzeba przyznać.
- To teraz ja! – podekscytowała się Kora i stanęła przed miską, która okazała się teraz pusta. Nawet nie zwróciły uwagi na to, że ogień zgasł, a misa lśniła czystością. – Co jest? –
Loca spokojnie podszedł z brzęczącym woreczkiem i wsypał do miski nową mieszankę metali. Tym razem były to kawałki przypominające duże monety lub może raczej małe nakrętki od słoika. Potem zasypał je białym piaskiem.
- Zgodnie z rytuałem ziemi, której zmysłem jest dotyk odkop swój metal – poleciła Jew.
Kora szybko zaczęła grzebać w ziemi i od razu trafiła na jedną z monet.
- Co to? – spytała podsuwając chłopakowi metalowy krążek pod nos.
Loca zerknął krótko i zapisał coś w notesie.
- Żelazo – rzucił na głos.
- Pasuje dla takiej twardzielki – uśmiechnęła się Lilia.
- A teraz run – poleciła staruszka.
Kora wyciągnęła otoczaka z runem Feoh.
- A więc czarny bez, jasna czerwień, pokrzywa i agat mszysty. – klasnęła w dłonie sprzedawczyni.
I po chwili Kora stała z krótkim kosturem z czarnego bzu, pomalowanym na czerwono. Na jego szczycie przyczepiony był metalowy krążek z osadzonym w nim kamieniem. Tuż pod krążkiem widniały wypalone obok siebie znaki ziemi i runu Feoh.
Loca okadził ją kadzidłem i nagle różdżka pokryła się grubym kamiennym nalotem razem z dłońmi Tierry.
- Cholera! Przyczepiłam się – Krzyknęła Kora machając we wszystkie strony skamieniałym kosturem. Jakby w reakcji na jej krzyk skała zamieniła się w drobny piasek i posypała się wprost do miski znikając razem z będącą tam ziemią i resztą monet. Kostur Kory lśnił nowością.
- Nie no, klasa – stwierdziła z uznaniem blondynka i zakręciła nowym nabytkiem nad głową.
- Dobra, to teraz ja. – Lilianna odsunęła Korę lekko i wyczekująco spojrzała do misy. Tym razem jednak Loca nic tam nie wlał, ani nie wsypał. Podał za to Lilii wiązkę metalowych drutów.
- Zgodnie z rytuałem powietrza, podrzuć te druty tak, by swobodnie opadły do misy. Zmysłami powietrza jest węch i słuch, więc wybierz ten, który wyda ci się najbardziej brzęczący. – Poleciła Jew.
Lilia zrobiła nieco głupią minę i spojrzała na koleżanki. Elena pokiwała głową zachęcająco.
Czarnowłosa zamachnęła się i podrzuciła druty wysoko w powietrze. Różnego koloru druciki opadły z dzwonieniem na dno naczynia. Przypominało to trochę dźwięk dzwonków wietrznych.
Jeden z nich dźwięczał w głowie Lilii szczególnie głośno. Jej zmysły wyostrzyły się i drobny, srebrzysty drucik niemal urósł jej w oczach tak, że wyłowiła go właściwie jeszcze w locie.
- Cyna – określił wesoło Loca – Tak jak moja dziewczyna –
- Kochany, ta uwaga to tak trochę poza tematem. – zwróciła mu uwagę starsza pani, patrząc na chłopaka surowo – Daj Runy –
I dziewczyna dostała woreczek z runami wyżłobionymi na kamieniach księżycowych o biało-błękitno-różowym, bladym odcieniu. Wyłowiła z sakiewki jeden z nich.
- Eolh? Łoś? – jęknęła Lilia.
- Eolh oznacza ochronę – oznajmiła Jew – Loca, tym razem będzie Cis, złoty kolor, zioło Dzięgiel i Ametyst –
Liliannie dostał się smukły, prosty kijek z drzewa cisowego, który Loca polał złotą farbą. Cynowy drucik, który Lilia trzymała w drugiej dłoni jakby ożył i niczym dżdżownica wsunął się po lasce i owinął się u jej szczytu tworząc jakby koszyczek, w którym chłopak usadowił Ametyst wielkości mandarynki.
- Skąd oni biorą te kamienie? – szepnęła Kora do Eleny. Ta tylko wzruszyła ramionami. Wolała też nie wiedzieć ile w końcowym rozrachunku będzie kosztować kostur z taki wielkim kamieniem szlachetnym.
Loca wypalił znak powietrza i run Eolh poczym zaczął okadzać dziewczynę w raz z jej różdżką. Tym razem dym z kadzidła osnuł kostur i ręce dziewczyny gęstym, nieprzeniknionym obłokiem. Gdy dym zniknął różdżka Lilianny okazała się zebranym. Wyglądała jak złota laska z kamieniem w roli głowicy-uchwytu.
- Z taką laseczką to mogę w kabarecie tańczyć – zaśmiała się Controvento.
- Chyba trochę na to za krótka – oceniła Elena stając przed misą.
- Fakt, ma tylko jakieś sześćdziesiąt centymetrów, raczej się o nią nie oprę. – Lilia jednak spróbowała się oprzeć na swoim nowym kosturze, ale tylko wypięła się do Sal, która żartobliwie klepnęła ją w tyłek.
- Auć! – rzekła niby oburzona Lilia.
Loca zachichotał jakoś podejrzanie zbyt optymistycznie.
- Przestań chichotać jak jakiś ułomny – zwróciła mu uwagę Jew.
Chłopak już bez słowa polał wody do miski i wsypał tam próbki metalu dla Eleny.
Starsza Pani podała jej filiżankę ze stołu.
- Napij się. Smak jest zmysłem żywiołu wody, a picie jej rytuałem. –
Elena ostrożnie zanurzyła filiżankę w misce poczym upiła z niej łyka, ale szybko go wypluła.
- Rtęć!? Chcecie mnie otruć?! – krzyknęła wskazując dno filiżanki pozostałym. Na dnie zbierały się krople srebrzystego metalu.
- Spokojnie. To specjalna woda. Tworzy między Tobą, a metalem więź, która cię uodparnia – westchnął Loka zapisując jej wybór w notesie. Potem podał jej sakwę.
Elena wyciągnęła z niej muszelkę z wyżłobionym runem.
- Co to? – spytała głośno.
- Is, drogie dziecko. Oznacza lód i zastój – Starsza pani pokiwała głową – Loka, szykuj olchę, czarną farbę, lulek czarny i kocie oko. –
Loca wykonał polecenie gwiżdżąc cicho. Melodyjka niby przyjemna – mimo, że jednoznacznie rubaszna. Tylko Kora wyrwała go z tej idylli niespodziewanie.
- TY! – wrzasnęła w końcu chyba na pół sklepu, kiedy reszta ekipy patrzyła na różdżkę Eleny: Jasnego drewna nie było widać z pod czarnej farby. Szczyt ozdobiony był wzorem z rtęci ostrymi liniami opadającymi niżej. Kocie oko mieniło się ponad nimi zaraz przy runie Is.
- …A jak ktoś będzie miał taką samą? – kontynuowała Kora z zapałem – Dajcie nożyk, podpiszę sobie…-
- Nie! – wykrzyknęli wszyscy, łącznie ze starszą panią, ale tylko ona tłumaczyła dalej – Różdżka jest właściwie częścią ciebie! Jak możesz chcieć ją niszczyć?! Zawsze ją rozpoznasz, a ona rozpozna ciebie, choćby leżała przy stu identycznych…-
- Są cudowne. Dziękujemy – skinęła pogodnie Elena.
Jew dała im parę rad, dziewczyny zapłaciły za różdżki i przywieszki do paska, za pomocą, których można było je nosić niczym miecz u boku.
Zadowolone wyszły ze sklepu. Poszły kupić lunetę, rękawice, srebrne dzwonki, zestawy świec i inne potrzebne sprzęty. Potem odpoczęły chwilę w kawiarni, gdzie podawali lodowe chmury, z których padała wyborna polewa, unoszące się nad talerzykami.
- Kurna, trzeba się będzie zbierać, bo się ojce popiją na amen i co wtedy? Ja nie będę swojego niosła. – stwierdziła Salomea.
- Fakt. Matka przed wyjściem prosiła, żebym wróciła z ojcem w stanie jeszcze do użytku – westchnęła Lilia.
Elena zaśmiała się lekko, a Kora krzyknęła cicho „fuu”.
- A co ty? Myślisz, że twoi tego nie robią? – prychnęła Lilianna.
- Pewnie, że nie! – fuknęła dziewczyna gestykulując łyżką energicznie – Ja jestem z niepokalanego poczęcia! –
- Jeszcze dwa lata temu utrzymywała wersję z bocianem, więc jest nieźle. Zbliżamy się poniekąd do tematu ciała – mruknęła Elena.
Nie odpoczywały za długo, bo oburzona Kora gotowa była na zaraz – już wyjść z kawiarni. Skończyło się na tym, że kontynuując temat zbliżeń, szybko ruszyły do pubu.
Tam jakże dramatycznie Kora wpadła pierwsza. Jak w zachodnim westernie z potężnym trzaskiem drzwi pojawiła się w progu.
- Tato! Powiedz im! – zażądała głośno, czym wywołała masowe odwrócenie się głów facetów w barze.
- O nie! To one, uciekajmy! – krzyknął Gerard próbując ukryć się za pokaźnych rozmiarów kuflem. Na jego pulchnym obliczu widniały czerwone plamy rumieńców.
Gerard, Mark i Feliks siedzieli w kącie przy stoliku otoczonym miękką kanapą. Cała trójka była już mocno wcięta, ale pan Lauffeuer pobił wszystkich. Miał problemy nawet z siedzeniem prosto i trafieniem kuflem do ust.
- Tato! – Sal przepchnęła się między stolikami – Uchlałeś się jak świnia! Jak mogłeś!? I niby mam cię taszczyć teraz do domu?! –
Pan Controvento uciszył ją gestem odsuwając od siebie butelkę.
- Salomeo, zrozum ojca…- rzekł cicho – w mieście jest Burmistrzem, osobą publiczną. Nie wypada mu iść do baru i się narąbać…brakowało mu tej swobody –
Salomea nieco zmiękła pod łagodnym spojrzeniem Feliksa i rzuciła tylko do ojca.
- Już ci matka da popalić, zobaczysz – I podeszła w nieco cichszy kąt pomieszczenia, żeby zadzwonić do Kordiana. W końcu ktoś musi ich odwieść do domu z pod domu Lilianny. Na piechotę nie pójdzie z burmistrzem w takim stanie, a sama prowadzić nie umiała.
Lilia w tym czasie podeszła do swojego ojca.
- Tato – rzuciła z lekkim wyrzutem w głosie, ale i z uśmiechem, jakby patrzyła na dziecko, które odrobinę narozrabiało, albo zrobiło coś głupiego.
Feliks wolno uniósł na nią spojrzenie i uśmiechnął się szeroko.
- Córuśka moja kochana! – oznajmił jakby nie stała tu od pięciu minut, a pojawiła się nagle po paru dniach nieobecności. Czarnowłosa skrzywiła się na tą córuśkę.
- Chodź tatuśku, wracamy do domu –
Pan Controvento też się skrzywił.
- Dobra, już dobra. Daruj mi tą córuśkę, Lilia – mężczyzna podniósł się i krzyknął na cały bar – Patrzcie! Oto moja piękna i mądra córka Lilianna! Dostała się z koleżankami do Liliumare! Wielkie brawa! –
Rozległo się kilka oklasków od strony rozbawionych obserwatorów.
- Tato, nie rób cyrku. Nie my jedne się tam wybieramy –
- Oj, moja malutka, pozwól tacie być z ciebie dumnym. Jesteś moim oczkiem w głowie… – nagle urwał na chwilę – Jesteś taka piękna…kupię ci zwierzątko, żeby odganiało od ciebie tych napalonych młokosów w szkole. –
- Ale tato! Ja ich nawet lubię. Są śmieszni. Poza tym zamierzam zacząć się umawiać. Chcę mieć chłopaka. Najwyższy na to czas. A ja się jeszcze nawet nie całowałam – oburzyła się lekko. Obejmując ojca w pasie pociągnęła go w stronę wyjścia.
- Matko…gdzie są te czasy, kiedy mówiłaś, że jak dorośniesz to weźmiesz ślub z tatą…-
- O rety…nigdy tak nie było. Jak byłam mała nie myślałam o ślubie. Chciałam zostać astronautą. – zaśmiała się.
- Naprawdę, kupię ci jakieś zwierzątko… -
Elena pomogła Sal wyciągnąć zza stołu jej ojca i ruszyły z nim w drogę powrotną, a za nimi Kora z Markiem.
- Lilia, co powiesz na psa? Takiego trzygłowego? Zawsze chciałem takiego mieć. – ciągnął swoje ojciec Lilianny.
- Nie pozwolą mi trzymać psa w internacie – śmiała się dziewczyna.
- To kupimy do domu –
- Cerbera? A co na to sąsiedzi? –
- Kupimy szczeniaka i będziemy chować go w domu. –
- Przecież jak urośnie będzie miał 6 lub 7 metrów w kłębie, tato. Gdzie chcesz do trzymać w domu? –
- Zrobimy mu leże w piwnicy…-
Resztę rozmowy zagłuszyły piosenki o piratach pana Lauffeura i krzyki Kory, gdy ledwo ciepły pan Tierra próbował jej tłumaczyć coś o pszczółkach i kwiatkach.
- Ona jest z niepokalanego poczęcia – wyjaśniła mu łaskawie Salomea.
Widać smutno jej było być jedyną w towarzystwie, która ma aż tak przechlapane. Tak czy inaczej, po jej wypowiedzi pan Tierra zaczął z zapałem tłumaczyć córce, że to bynajmniej nie było takie niepokalane…na co Kora zawyła jak ranne zwierze i pokazała Sal, że ją udusi.


Kordian i Salomea z pomocą ojca Lilii zapakowali burmistrza do samochodu i wreszcie pojechali do domu. Przez kilka chwil reszta grupy patrzyła jak odjeżdżają. Elena chciała podziękować jeszcze raz panu Feliksowi za interwencję w jej sprawie…ale jakoś nie wzięła poprawki na pijaną serdeczność mężczyzny.
- Ja jeszcze raz bardzo chciałabym panu podzię…-
- Ależ proszę, kochana! – prawie krzyknął rozkładając ramiona – Lilianna nie była by taka szczęśliwa, gdyby was rozdzielili…I to jeszcze z tak głupiego powodu! –
Pan Controvento uściskał Elenę serdecznie, poczym z głośnym cmoknięciem ucałował córkę. Właśnie zabierał się do uściskania Kory kiedy z domu wyszła Milena i tupnęła lekko nogą.
- Kochany, nie zapomniałeś o kimś? – przypomniała ze śmiechem.
- Żoneczko moja, jak zwykle cudownie apetyczna… - zreflektował się błyskawicznie Feliks i dosłownie rzucił się na panią Controvento.
Kora tylko krzyknęła krótkie pożegnanie i pociągnęła ze sobą chwiejącego się Marka.
Lilia i Elena zostały same na uliczce przed domem czarnowłosej.
Chwila ciszy. Lilia zerknęła krótko w stronę domu.
- Odprowadzić cię do domu? – rzuciła.
- Jasne – przytaknęła Elena i ruszyły pustym chodnikiem w stronę osiedli apartamentowców.

Ciąg dalszy nastąpi...
Przez noc droga do świtania - Przez wątpienie do poznania - Przez błądzenie do mądrości - Przez śmierć do nieśmiertelności.
Avatar użytkownika
Kostucha
Przejściowy Pokój
Przejściowy Pokój
 
Posty: 29
Dołączył(a): 05 mar 2013, 23:28

Re: Liliumare

Postprzez Kostucha » 27 mar 2013, 22:19

To kolejny fragment. Niestety bety brak w dalszym ciągu... :) jakby ktoś był chętny to zapraszam.

Część III



Dwa tygodnie później na Przecinaczu Niebios Maksymilian III z rodu Drachenherz męczył w salonie gier automat. Z morderczą precyzją strzelał z plastikowych pistoletów do bandziorów wyskakujących na ekranie w zapomnieniu kopiąc nawet plecak leżący mu pod nogami. Z reguły nawet nie patrzył na takie stare, nieskomplikowane gry jak ta, modne chyba w latach 80-tych, ale był wkurzony i potrzebował brutalnego, nieskomplikowanego wyładowania się. Każdy z zakapiorów na ekranie miał twarz jego ojca.
Była 7:00 i salon gier na statku był jeszcze pusty. Rejs rozpoczynał się dopiero o 7:40.
Drewniane drzwi do salonu z udającym bulaj okrągłym okienkiem otworzyły się cicho.
- Część Max, wiedziałem, że cię tu znajdę – rozległ się wesoły, niski głos.
- Siemka, Orion – mruknął Max kosząc serią meksykańca skaczącego na niego z dachu.
Orion podszedł do kumpla i zerknął na automat.
- Och, cholera…coś się stało? – Odgadł bezbłędnie. Przysunął sobie obite eleganckim, bordowym pluszem krzesło.
Ponieważ salon gier był połączony ze znajdującym się bliżej środka statku kasynem to i tu wystrój przypominał elegancki hotel z meblami a la Ludwik XVI.
- Szkoda gadać. – Max odłożył plastikowy pistolet na automat, kiedy gra przeliczała mu punkty między levelami. – Znów ojciec –
- Co tym razem wymyślił? – Zmarszczył brwi Orion.
- Przeszedł sam siebie. – Drachenherz oparł się o maszynę – Wyobraź sobie, że zaaranżował mi małżeństwo –
- Co?! –
- To co słyszysz, Stary. Przed wyjazdem oznajmił mi, że mam się w szkole porządnie zachowywać, bo będzie tu moja przyszła żona. – Warknął stukając nerwowo palcami w metalową obudowę automatu. – Sprzedał mnie dwa lata temu i dopiero dziś łaskawie oświecił.-
- Sprzedał? –
- A no…ZA POKÓJ. Ślub ma być ruchem dyplomatycznym…Zrobił ze mnie kartę przetargową! –
- Co się dziwisz? Jesteś Królewiczem, następcą swojego ojca, jego jedynym synem. To zobowiązuje do poświęceń – wzruszył ramionami Orion.
- Stary, ja to rozumiem, ale żeby to chociaż była jakaś księżniczka. Odwaliłoby się ten ślub i noc poślubną, potem ona by mieszkała w jednej części zamku ze swoimi dwórkami, ja w drugiej ze swoim haremem i w ogóle byśmy się nie widywali. Chyba, że od święta. I gitara, to bym jeszcze przebolał. –
- To kim jest wybranka? – zasępił się kumpel Maxa.
- Człowiekiem. Ludzka kobieta, łapiesz? Ojciec mnie sprzedał na Konferencji Zjednoczenia Ras! – syknął.
- I co się stresujesz? Ludzie, nawet czarownice, żyją 10-15 razy krócej niż smoki, a wersja z osobnym mieszkaniem i haremem może być nadal aktualna. – Orion poprawił włosy, które spływały mu po ramieniu aż na kolana.
- Nie, Stary, nie może. Znasz przysięgę małżeńską ludzi? –
- Coś w stylu bla, bla…będziesz ją kochał i szanował…bla, bla, bla…na dobre i na złe…bla, bla, bla…i nie opuścisz jej aż do śmierci…Zaraz, i było coś tam jeszcze o zdrowiu i chorobie…. –
- No właśnie! Gościu, przysięgi smoków są wieczne, stałe i nierozerwalne, dlatego nigdy nic nie przysięgamy, jeśli nie mamy 100% pewności, że chcemy przysięgi dochować. Mało tego, jeśli przysięgnę, że zostanę z nią do śmierci i będę jej wierny to będę wierny jak pierdolony kastrat! Nawet mi nie stanie na widok innej. –
- Nawet jak zrobiłeś to pod przymusem? –
- Nazwij to klątwą gatunkową czy jak chcesz, ale jeśli przysięgnę ci, że mi na czole palma wykiełkuje, to za rok będziesz mnie, cholera, podlewał! –
Orion nie wytrzymał i zaczął się śmiać. Max naburmuszył się wyraźnie.
- No, kurwa, bardzo śmieszne! –
- Sorki Max, ale nie mogę sobie wyobrazić ciebie jako mentalnego kastrata. Przecież ty oglądałeś się za dupami już w wieku siedmiu lat, kiedy reszta z nas była zakochana w Pokemonach. –
- No właśnie! Ja muszę być wolny…, a tu mnie w takie bagno wpieprzają. –
- A ładna chociaż jest? –
- A skąd mam wiedzieć? Nigdy jej nie widziałem. – Max wyciągnął z plecaka kopertę. – Ojciec dał mi jej zdjęcie, ale boję się zajrzeć. Jak mi się zdarzy jakaś maszkara to jestem udupiony do końca świata! –
- Do końca świata? Nieee…tylko do jej śmierci – zaśmiał się Orion biorąc kopertę od kumpla i patrząc na nią pod światło jakby chciał obejrzeć tak zdjęcie znajdujące się w środku.
- Nie, Orion. Ludzie po śmierci małżonka zakładają nowe rodziny, ale dla smoka „do śmierci” oznacza do śmierci, do grobowej deski, aż połączą się w glebie prochy naszych kości. W przysiędze nie ma słów „aż do Twojej śmierci”. –
- Uch…- Orion skrzywił się lekko i rozerwał kopertę – Zobaczmy więc o kim będziesz myślał przez jakieś 1000-1500 lat swojego życia. –
Chłopak o długich włosach zerknął na fotkę przedstawiającą dziewczynę stojącą przy ognisku.
- No, Stary. Nie jest źle. Wygląda sympatycznie. –
- Tak? –
- Miss Uniwersum to ona nie jest, ale niebrzydka, zgrabna i nie wygląda na jędzę – wzruszył ramionami Orion – Ale to chyba stare zdjęcie, bo wygląda na jakieś 14 lat –
- Ta. Ojciec mówił, że to zdjęcie dał mu delegat, wtedy na tej nieszczęsnej konferencji. – westchnął Max w końcu spoglądając na zdjęcie – znając moje szczęście, przytyła 40 kilo, wypryszczyło ją czy inna cholera…-
- W takiej sytuacji, radziłbym Ci myśleć raczej bardziej optymistycznie. – Orion poklepał go po ramieniu.
Nagle drzwi otworzyły się znowu i do pomieszczenia weszła jeszcze dwójka chłopaków. Jeden z nich – smukły chłopak w kąpielówkach – miał ciemne włosy spływające mu do ramion wdzięcznymi falami. Wydawały się być czarne, ale kiedy padało na nie światło słoneczne widać było ich modrozielony połysk. W ręku trzymał ręcznik kąpielowy, a na nosie miał nieprzenikliwe lustrzanki w czarnej oprawie.
- Te, Posejdon, odbiło ci? W kąpielówkach będziesz latać? – spytał z szerokim uśmiechem Orion.
- Idę na środkowy pokład na basen – wyjaśnił krótko chłopak. Już dawno przestał reagować na zaczepki długowłosego nazywającego go Posejdonem.
- A wy co tak siedzicie? – Spytał czwarty chłopak stojący pochylony w progu. – Chodźcie, zaraz odpływamy. Nie chcecie pomachać tym na brzegu? –
- Przecież nikogo z naszych rodzin tam nie ma – prychnął Posejdon.
- Oj tam, a ja to lubię. Śmiesznie się zachowują kiedy się macha w ich kierunku. Tak panicznie się rozglądają czy przypadkiem nie stoi obok nich ktoś podobny do mnie. –
- On ma rację. Chodź Max. Zabawimy się trochę zanim do końca życia zakują cię w okowy związku małżeńskiego. – Orion chwycił smoka za przedramię i we czwórkę wyszli z sali gier.
- Ty, o czym on bredzi z tym małżeństwem? - Spytał ciemnowłosy.
- Później wam wyjaśnię, na razie zupełnie nie mam na to siły – mruknął Drachenherz.
Szli właśnie zatłoczonym pokładem obok jednego z trapów, gdy na Oriona wpadła smukła postać krzycząca:
- Ostatnia na górze to trąba! –
Dziewczyna zrobiła nieco zdziwioną minę, gdy w niego uderzyła, ale spojrzała nań tylko przelotnie i pobiegła parę kroków dalej.
- Bardzo przepraszam! – rzuciła w biegu przepraszająco. – Co jest laski?! Ruchy! –
Orion uśmiechnął się tylko spoglądając za dziewczyną. Była raczej niewysoka, choć i nie zupełnie niska. Ładne kształty okrywała biała jak śnieg, krótka sukienka z ażurowym wzorem w chmurki. Długie nogi w czerwonych sandałkach tańczyły po deskach pokładu, a czarne jak noc włosy wiatr częściowo zawiewał na jej twarz ukrywając też czerwoną opaskę z mała kokardką.
Chodź otarła się o niego tylko przez chwilę wyraźnie poczuł otaczający ją zapach bzu, lawendy i drzewa sandałowego z lekką owocową nutą.
Chwilę potem z przejścia wypadły dwie inne dziewczyny i pognały za czarnowłosą. Max, który akurat zdążył się odwrócić od Posejdona dostał po twarzy burzą płomiennorudych loków pachnących cynamonem i wodą różaną.
- Co do diabła!? – mruknął, ale jedyne co zdążył zobaczyć to całkiem zgrabne nogi odsłonięte przez targaną wiatrem sukienkę w czerwone prążki. Za trzema dziewczynami tłum się zastąpił.
- Przepraszam. –
Max spojrzał w stronę spokojnego głosu. Przed nim stała wysoka i szczupła dziewczyna o ciekawie przyciętych włosach, ubrana w lniane spodnie pasujące do beżowych sandałków i błękitną bluzkę zapinaną na guziczki. Pół twarzy zasłaniał jej biały kapelusz z szerokim rondem.
- Trzy wariatki, czarnowłosa, ruda i blondynka, gdzie pobiegły? –
- Ruda pobiegła tam – wskazał jej kierunek.
- Dziękuje – i dziewczyna odeszła niosąc ze sobą cztery plecaki, każdy ze znakiem innego żywiołu.
- Idziemy zobaczyć gdzie poszły? – spytał zaciekawiony Orion.
- Ja idę na basen – mruknął dobitnie Posejdon i zniknął w tłumie.

Lilianna pierwsza wbiegła na najwyższy poziom pokładów, a tam zastała znajome identyczne postacie braci Tussand. Kerth pierwszy obrócił się słysząc czyjeś kroki. Na widok Controvento na jego twarz wpełzł perfidny uśmiech. Szybko zastąpił jej drogę, ale Lilia jak na zwinne powietrze przystało zakręciła się tuż przed nim na jednej nodze i zgrabnie umknęła mu pod ramieniem, po czym wskoczyła na szczebel balustrady.
- Pierwsza! –
Tuż za nią biegła Salomea, ale jej bieg spowolnił Gordon.
- Ależ zatrzymaj się płomyczku, gdzie tak gnasz? –
Przez chwilę uprawiali coś co Kora nazwałaby kiwaniem. Skakali i podbiegali po linii prostej starając się w przypadku Sal – przebiec obok chłopaka, a w przypadku Gordona – pochwycić dziewczynę.
Za to Kora, która wpadła ostatnia z trójki biegała jak byk, prosto, powoli się rozpędzając, więc, kiedy na jej drodze stanął Paul nie zdążyła wyhamować i pełnym pędem władowała się wprost w jego ramiona.
- Puszcza, klocu jeden! – jęknęła ściśnięta przez silne ramiona. Jej nos znajdował się mniej więcej na wysokości jego pach.
- Panowie, patrzcie jaka ptaszynka wpadła mi w ramiona – śmiał się Paul.
- Widać się stęskniła – orzekł nonszalancko oparty o barierkę Sebastian.
Lilia, która stała na barierce widziała całe porwanie Kory chwyciła się dla stabilności jednej z lin i krzyknęła:
- Hej, puszczaj ją drabie, bo jak do ciebie zejdę..! –
- No skacz, skarbie, skacz! – zachęcał ją stojący pod balustradą Kerth.
Chłopakowi podejrzanie błyszczały oczy. Biała sukienka dziewczyny łopotała na wietrze momentami odsłaniając ją aż do pasa, przez co błyskała koronkową bielizną.
Sal słysząc kwestię Lilii odwróciła się by pomóc Korze i wtedy Gordon chwycił ją w ramiona.
- No, nareszcie. –
A w tej samej chwili rozległo się donośne:
- Puść ją! – na ręku Paula wylądowała nagle wielka dłoń. Duże palce ścisnęły mu rękę w nadgarstku tak mocno, że dało się słyszeć chrupot przestawianych kości.
Kora spojrzała na właściciela głosu. Był WIELKI! Nawet przy Paulu, który nie grzeszył nikczemną posturą. Jej wybawca miał przynajmniej dwa metry wzrostu z okładem i był szeroki w barkach jak początkujący kulturysta. Jego mięśnie nie były jeszcze tak przerośnięte i groteskowe, ale na pewno pokaźne i imponujące. W jego budowie było coś pięknego, jak w marmurowym posągu. Jędrne ciało wysadzało prosty, zielony bezrękawnik i postrzępione jeansy sięgające kolan. Ogromny chłopak szarpnął Paulem tak, że ten puścił Korę i prawie wyrżnął się na kolana. To był niedbały ruch, jakby szarpał plastikowym manekinem.
- Zostaw mojego brata mutancie! – Gordon pierwszy otrząsnął się z szoku jakim było pojawienie się ogromnego gościa ( w końcu podszedł do Kory i Paula tak, że żadne z obserwatorów tego nie zauważyło) i zakasał rękawy. Sebastian zastąpił mu drogę.
- Daj spokój. Nie widzisz, że to integracja… - w jego ustach zabrzmiało to jak obelga.
- Integracja? – zaciekawiła się Sal zadowolona, że Gordon zostawił ją w spokoju.
- Tak, integracja. Dyrekcja szkoły jakieś piętnaście lat temu ustaliła, że w Liliumare będzie klasa integracyjna. Z czarownikami magii mają uczyć się istoty nieludzkie. – prychnął Sebastian.
Nowo przybyły warknął gardłowo na ten tekst i nie było to warknięcie, które mógłby wydać z siebie człowiek.
- Patrząc na ciebie, Tussand, poważnie zastanawiam się, kto jest bardziej ludzki – wtrąciła nagle Elena, która pojawiła się równie niepostrzeżenie jak wielki chłopak. Sebastian spojrzał na nią z błyskiem w oku. Nie darował jej jeszcze tego ostatniego kopniaka.
Nieznany chłopak odrzucił Paula jak szmaciany worek, ale o dziwo Tussand szybko podniósł się na nogi i chciał atakować. Olbrzym spiął się odruchowo, gotów przystąpić do walki.
- Syriusz, daj mu spokój. Jeszcze to zabijesz i będą kłopoty. – odezwał się nowy, męski głos. Na pokład wszedł chłopak, w którym Lilianna rozpoznała tego, prawie przez siebie stratowanego przy wejściu na statek. Teraz dopiero mogła mu się przyjrzeć: był wysoki, chociaż oczywiście temu wielkoludowi wzrostem nie dorównywał, dość dobrze zbudowany, ale jego postura miała w sobie coś ze smukłości akrobaty. Ubrany był w proste lniane spodnie i rozpiętą białą koszulę. W jego stroju w oczy rzucał się tylko czarny pasek z klamrą w kształcie uskrzydlonego oka. Lilię jednak zafascynowały jego włosy. Były długie aż za pośladki i białe jak chmurka. W dodatku, kiedy rozwiał je wiatr powstał niesamowity efekt. Końcówki włosów zdawały się znikać, rozpływać w przejrzystym powietrzu jakby i cały chłopak mógł się rozpłynąć gdyby chciał.
- Panowie, idziemy. Dziwadła się schodzą – mruknął tylko wyniośle Kerth i rzucił ostatnie spojrzenie Liliannie – Idziesz z nami, mała? –
- Nie – burknęła tylko na niego Lilia. Bracia zebrali się i odeszli dumni jak pawie.
- Nie musiałeś tego robić – zauważyła nieco sucho Kora patrząc na Syriusza. Mimo chłodnego tonu jej wzrok był pełen podziwu.
- Wiem, ale nie mogłem już słuchać jak ten płowy rozszczepieniec ubliża ci swoim zachowaniem i uwłacza nam, tym dobrze wychowanym gościom. - Olbrzym uśmiechnął się lekko, a jego uśmiechu było coś dzikiego, jak w sumie w całej jego postawie. Miał gęstą grzywę włosów, które można by określić słowem szare, ale nie oddałoby to w pełni mozaiki białych, srebrnych, platynowych, grafitowych, popielatych i czarnych pasm na jego głowie.
Takie kolory mają tylko futra wilków. Również złoto-żółte oczy wskazywały na jego rasę - Wilkołak.
Kora uśmiechnęła się wdzięcznie i zamrugała zalotnie, na co stojącej najbliżej Sal opadła szczęka. Flirtująca Tierra? Było to równie prawdopodobne co usłyszenie dobrego dowcipu od głazu.
- W każdym razie dzięki – rzekła Kora.
Syriusz skinął głową z uśmiechem i z kumplem wyszli na schody na dolny pokład.
Orion posłał mu kuksańca.
- No proszę! Odegrałeś dzielnego rycerza i prawie ją podrywałeś! - śmiał się białowłosy – Jestem z ciebie dumny. –
- Daj mi spokój. Wiesz, że nie jestem dobry w te klocki – zaśmiał się nieco zażenowany Syriusz.

Ale tego dziewczyny już nie słyszały. Lilia zeskoczyła z balustrady.
- Klasa integracyjna, co? – mruknęła do siebie.
- Fajny był. – skomentowała tylko Kora.
- Dobra, chodźmy na dół. Zaraz odpływamy, warto by było starym pomachać. – stwierdziła Sal.
Pięć minut później oparte o burtę wypatrywały chwilę w tłumie znajomych twarzy. Wreszcie to Kora odnalazła grupkę zawzięcie im machającą. Byli tam niemal wszyscy. Byli państwo Controvento objęci lekko jak para nastolatków. Byli też rodzice Salomei, oboje – pan Burmistrz urwał się z ratusza z okazji ich wyjazdu. Co i raz wycierał czoło chusteczką, widocznie oficjalny strój mścił się na nim w tym wrześniowym słońcu…fakt, że prażyło jak sierpniowe – takie wspomnienie zakończonych wakacji. Za to pani Burmistrzowa była świeża i radosna jak poranek. Spokój spokojem, ale aż serce rosło na widok córki w tej jednej z najważniejszych podróży, ramię w ramię z przyjaciółkami. W swojej postawie była podobna do ojca Kory, tak swobodnego, że prawie nonszalanckiego. Wskazał córkę małżonce, która z napięciem przepatrywała ogrom sylwetek i twarzy na pokładzie. Ale bardziej niż ich wszystkich Kora zauważyła ciocię Regie – upakowaną wprost w pastelowo różowy komplet. Potrzebny byłby jej kapelusz podobny do tego Eleny, by zasłonić zapłakane oczy. Jej szeroki uśmiech pokrywał nieco to smutne wrażenie, tak samo jak energiczne machanie nastolatkom. Feerią uczuć nadrabiała brak obecności reszty rodziny.
- Zwierzaki mają własne rozpoczęcie roku…- zaczęła Lilianna oparta o burtę.
- Właściwie to nie o tej porze…Pewnie jeszcze śpią. – Elena uśmiechnęła się do znajomych postaci w dole. - …Tata ma dziś ważną sprawę, konsultację od białego świtu…-
- A gdzie Havel? –
- Pewnie w jednym z naszych plecaków – zażartowała Sal i wszystkie się roześmiały.


- Patrzcie jak wspaniale wyglądają te nasze dziewczynki – pani Controvento popatrzyła na nie z radością.
- Wyglądałyby jeszcze wspanialej, gdyby nie ci wszyscy chłopcy gapiący się na Liliannę. – Odparł jej towarzysz, ani na moment nie pozbywając się miłego uśmiechu.
- Wierzę…Nie, WIEM, że wspaniale sobie poradzą – chlipała jakże dobitnie Regina do Feliksa.
- O nie jestem spokojny… - zaznaczył Mark Tierra spoglądając na wyjątkowo rosłego chłopaka. – Ale za to, że nikt nie będzie zawracał im tam głowy nie dałbym złamanego grosza…-



- Ej, tamten to mnie chyba poznaje, czy co… - Syriusz roześmiał się po swojemu.
- Bo co? Bo patrzy na ciebie…wilkiem? – roześmiał się Orion sam machając jakby w tłumie na dole co druga osoba była ukochanym kuzynostwem.
Już miał paść jakiś zabawny komentarz, gdy ponad zwyczajnym tutaj zgiełkiem rozgorzał nowy, bardziej…krzykliwy i entuzjastyczny. Przez tłum, do samych barierek pomostu, przebiły się dwie postacie, można by powiedzieć dwie krople wody, gdyby tylko tego skojarzenia nie psuły wrzaski, pośpiech i potargane włosy. W pierwszej chwili nikt z ludzi na pokładzie nie rozumiał ich pokrzykiwań. Zrozumieli dopiero, gdy oswoili się z widokiem wymachujących szaleńczo, zgrzanych i potarganych bliźniaków.
- SALOMEA, KOCHANIE…! –
- …UWAŻAJ NA SIEBIE SŁOŃCE! LILIA, KOCHAM CIĘ! –
- BĘDĘ TĘSKNIĆ! PISZ CZĘSTO! –
- CZEKAM NIECIERPLIWIE! WRÓĆ PRĘDKO! –
- …JAKBY CIĘ JACYŚ FACECI ZACZEPIALI TO URWĘ IM…-
- BĄDŹ MI WIERNA SKARBIE! –
Ekipa żegnająca dziewczyny popatrzyła na Walentego i Waleriana oszołomiona, więc nie zaczęli od razu ich uciszać.
- O patrzcie…a jednak nie śpią – pokręciła głową Elena i obejrzała się na Salomeę. Salomeę, która kuliła się teraz przy burcie, podczas, gdy Lilia zamiast machać groziła bliźniakom pięścią. – Co ty robisz? –
Ruda popatrzyła na nią z poziomu desek pokładu. Jakby jeszcze trochę się skuliła to zwinęłaby się w kulkę.
- Jak to co? – mruknęła cicho, jakby bliźniacy na dole mogli ją usłyszeć - sznurówka mi się rozwiązała…-
- …w sandałach na rzepy? Niesamowite. –
Gdzieś z góry dało się słyszeć niski gwizd, znak, że pora pożegnań dobiegła końca – pora odpływać.
Statek odcumował i zaczął powoli oddalać się od barierki ograniczającej brzeg. Orion oparł się wygodnie o burtę obserwując rodziny żegnające swoich synów i córki. Pełni dumy, majestatu jak z nostalgicznego obrazu.
Z tym, że ciężko by było wkomponować w to but, który właśnie wystrzelił zza burty jakieś pięć-sześć metrów od niego i z majestatycznym furkotem przecinając powietrze przeleciał łukiem nad poszerzającym się stopniowo pasem wody między statkiem, a brzegiem. Pasażerowie patrzyli na to zjawisko ze zdziwieniem. W ich umysłach but opadał jakby w zwolnionym tempie, aż w końcu uderzył obcasem wprost w wargi wysyłającego całusy Walentego.
Najbliższe otoczenie dziewczyn wpatrywało się w Sal zamarłą jeszcze w pozycji rzutu. Zreflektowała się szybko, niby to się tylko przeciągając.
- No co się gapicie? Mówiłam, że mi się sznurówka rozwiązała – warknęła w końcu poirytowana.
Kora, Lilia i Elena wybuchły śmiechem i nie mogły przestać ilekroć spojrzały na Sal z jedną nogą bosą.

Syriusz i Orion też się śmiali, a to dlatego, że jako jedni z nielicznych dość wyraźnie widzieli i słyszeli bliźniaków:
- Zobaczy, dała mi prezent. Coś od siebie. Czy to nie kochane? – paplał do brata Walenty.
- Może chce być twoim kopciuszkiem? Któregoś dnia pojawi się w twoim pokoju z jednym bucikiem na nodze…TYLKO z jednym bucikiem na nodze. – podsuwał mu wizje Walerian.
Ku zniesmaczeniu obecnych Walenty zaczął pocierać sandałem Sal o swój krok.
- O bracie, chyba dojdę… -
Na szczęście reszty już nikt na pokładzie nie mógł usłyszeć. Statek wypływał coraz dalej, chociaż bardzo powoli. Z brzegu był jeszcze dobrze widoczny, kiedy Elena stwierdziła ciekawy fakt.
- Lilia, czy mi się wydaje, czy w miarę oddalania od brzegu zanurzenie powinno się zwiększać, a nie na odwrót? – spytała wyglądając ciekawie za burtę.
Czarnowłosa uśmiechnęła się tylko tajemniczo, a Kora też wyjrzała.
- Może tu jest jakaś mielizna czy coś? –
- Bez kitu… - podsumowała Sal – powiększająca się mielizna? –
Teraz już we cztery wyglądały ciekawie przez burtę. Zresztą nie tylko one. Niemal połowa pasażerów z zaskoczeniem patrzyła naj statek coraz bardziej się wynurza.
Ludzie na brzegu zobaczyli to pierwsi - prześwit między falami, a nabierającym prędkości statkiem. Stopniowo ta przerwa powiększała się, aż stała się zupełnie dobrze widoczna. Statek coraz szybciej i wyżej unosił się nad spienionymi falami.
Dla niektórych był to szok. Bliźniakom opadły szczęki i prawie upuścili artefakt w postaci buta. Ciocia Regie tak wytrzeszczyła błękitne oczy jakby miały jej zaraz wyskoczyć i wturlać się do torebki, którą akurat otworzyła w poszukiwaniu chusteczek.
- Lecimy! – oznajmiła (jakby to było potrzebne zbaraniałym pasażerom) uradowana Lilianna.
- Cóż, w końcu to Przecinacz Niebios, nie? – zaśmiała się Sal.
- Coś taka zdziwiona? – Controvento objęła rudą ramieniem – Tata ci nie mówił, że wszystkie statki wypływające z rynku latają? –
Salomea tylko pokręciła głową.
- Wolałabym jednak płynąć – mruknęła Kora, która nieco zbladła.
Salomea tymczasem przechyliła się lekko przez barierkę machając do tyłu bosą stopą.
- Może powinnaś iść zmienić buty…znaczy buta. – zauważyła Elena – No, chyba że wolisz biegać po pokładzie na wpół boso. –
- Długo będziemy płynąć? – spytała teraz już zielona na twarzy Kora.
- Na tyle długo, że dostałyśmy kajutę do dyspozycji. Chodź, położysz się. – Lilia wzięła ją pod rękę. Wszystkie cztery pomaszerowały pod pokład, gdzie znajdowały się kajuty.
- Lilia, mówisz, że już leciałaś czymś takim? –
- A tak. Razem z ojcem zawsze rezerwujemy sobie miejsca na Królowej Tęcz kiedy wybieramy się co wakacje do babci z wizytą –
Elena pokiwała ze zrozumieniem głową podziwiając wyłożone dębową boazerią korytarze. Wszystkie trzy wiedziały, że na początku każdych wakacji Lilia spędzała co najmniej dwa tygodnie u babci od strony ojca.
- Ten statek jest ogromy! Któraś z was zabrała mapę? – rzuciła pytaniem Salomea – Pamiętam, że nasza kajuta miała numer…numer…no, z końcówką 4. –
- Cudnie, jak myślisz, ile zostawia nam to możliwości do wyboru? – zaśmiała się Lilia.
W odpowiedzi Sal pokazała tylko żeby przyśpieszyć kroku: Kora czuła się coraz gorzej. Ich pochód zaczął wreszcie bardziej przypominać bieg. Elena zerknęła na wydobyty z plecaka bilet.
- Numer 229! – zawołała do koleżanek na przedzie.
Te holujące Kore za ramiona skręciły ostro w odnogę jednego z korytarzy. Kierowały się sugestią tabliczek na ścianach. Kora, z rękoma przy twarzy nawet nie zaprotestowała przeciw takiemu traktowaniu.
- Nigdy tak mocno nie odczuwała podróży…- mruknęła ruda nerwowo. Czuła się trochę jak saper przy bombie. Fakt, że ta by ich nie zabiła w razie wybuchu, nie pomagał.
- Trzymaj się Kora, jeszcze trochę! – To Lilia podała dobrą nowinę dostrzegłszy odpowiednie drzwi. Holowanej odbiło się niewyraźnie, a potem im wszystkim zrzedła mina. Oto przed nimi Paul Tussand zamykał za sobą drzwi jednej z wcześniejszych kajut.
- Z drogi!... –
Na widok zielonej na twarzy Kory faktycznie chciał się odsunąć, ale niefortunnie zahaczył krawędzią koszulki polo o klamkę, co zatrzymało go w miejscu.
Tierra zdążyła tylko jęknąć.
- Nie-eee… - i płatki cynamonowe ze śniadania spłynęły strugą wraz z mlekiem i herbatą po koszulce chłopaka.
Elena, Lilia i Sal z trudem powstrzymały śmiech. El i Lilianna złapały Korę pod pachy i popędziły dalej.
- Sorki, ona musi się położyć – rzuciła Sal.
Paul spojrzał na Salomeę krzywo i zerknął na swoją koszulkę.
- Nie łam się, ze wzorkiem jest ładniejsza…tylko zrób coś z tym zapachem, bo zaczyna śmierdzieć – dorzuciła i pobiegła korytarzem za resztą.


Kora usnęła, a Salomea z Eleną postanowiły pójść na basen. Przebrały się w kostiumy i już po chwili zajęły jedne z najlepszych miejsc na leżakach. El zasłonięta cieniem parasola, Sal z zadowoleniem wygrzewająca się na słoneczku.
Wesołe słońce przygrzewało, a woda radośnie chlupotała w basenie rozchlapywana przez pływaków.
- Widziałam. -
- Co? –
- Możesz mieć na nosie te okulary przeciwsłoneczne, ale wiem, że patrzysz do basenu – powiedziała Sal.
- Jeśli nie chcieliby się pokazywać to by się nie rozbierali. – El poprawiła okulary, gdy jeden z osobników wyszedł z basenu i odgarnął ciemne włosy z twarzy. Zaraz poszedł na drugi koniec basenu, żeby wejść na stanowisko do skoków. W całkiem niezłym stylu wykonał skok do wody.
- Może i masz rację – mruknęła Salomea też obserwując osobnika.
- Mam, mam – westchnęła błękitnooka wygładzając czarne pareo, układając się wygodniej.
- …Ten w pomarańczowych kąpielówkach jest super zbudowany. Ciacho. I ten rudy! – kontynuowała śmiało Salomea. – Ty, a ten co dopiero skoczył ma lustrzanki, okulary takie jak twoje… -
- Aha. – Elena nie poruszyła nawet głową wraz z rzucającą pewne spojrzenia Salomeą - Zapomniałaś tylko...że ty ich nie masz. –
Chłopak patrzył w ich stronę zastygły przy krawędzi basenu w pół gestu sięgania po okulary.
- O, on ma niebieskie włosy, czy jakoś… - Sal widać nie czuła żadnej presji.
- Ja widzę zagniewaną postawę, nieco istotniejszą niż kolor czupryny, która notabene jest zielona… -
Elena pominęła fakt, że po przeciwnej stronie basenu dwóch panów oddaje się chyba podobnej dyskusji.


Orion szturchnął lekko Maxa oglądającego się za dziewczyną w kolorowym kostiumie.
- Max, czy to nie twoja luba? – Spytał.
Max natychmiast stracił zainteresowanie blond dziewczęciem i spojrzał w tym samym kierunku co kumpel.
Pod parasolem siedziała dziewczyna w lustrzankach i kapeluszu z ogromnym rondem. Miała świetną, smukła sylwetkę modelki, ale niestety nakryła się w biodrach szerokim pareo. Kostium był ładny, w kolorze laguny z drobnymi paseczkami oplatającymi jej ramiona i brzuch. Po namyśle Max rozpoznał w niej dziewczynę pytającą go wcześniej o koleżanki.
- Ta w kapeluszu? – spytał.
- Nie, ta obok. Ruda. – Orion skinął nieznacznie głową w stronę dziewczyny.
Max przeniósł spojrzenie na towarzyszkę kapeluszowej damy i aż się oblizał. Młoda dziewczyna o burzy rudych włosów nieco ujarzmionych przez żółtą bandamkę przeciągała się prężąc na leżaku niczego sobie ciałko lśniące od olejku do opalania. Złotawy kostium w czerwone kwiaty sprawiał wrażenie jakby miał opaść z właścicielki przy pociągnięciu za odpowiednie wstążeczki znajdujące się na jej biodrach.
- No, nieźle – mruknął Max zadowolony.
- Nie będzie tak źle, co? – zaśmiał się Orion.
- Wygląda zachęcająco, ale żeby od razu oddawać jej resztę życia? – syknął Drachenherz.
- A kiedy ślub? –
- Właściwie to nie znam dokładnej daty…- mruknął smok – pewnie po szkole…-
- No to szalej puki możesz. Taka jest moja rada na ten moment – orzekł białowłosy i poklepał kolegę po ramieniu. Ten burknął tylko pod nosem nieco niezadowolony.
- Swoją drogą, wygląda na zadowoloną – kontynuował swoją obserwację Orion bębniąc palcami w podłokietnik leżaka.
- A ten komentarz co niby miał znaczyć? – oburzył się Drachenherz – Pewnie, że jest zadowolona. To ona wspina się po społecznej drabinie ku zajebistej partii… -
Białowłosy tylko przez chwilę popatrzył na kumpla tak przekonanego o swojej racji, że nie było szans do przebicia się przez jego pewność.
Potem znów popatrzył na rudą narzeczoną smoka. Mówiła coś, gestykulując gęsto, strzelała śmiałym spojrzeniem wokół. Swobodna, wreszcie roześmiana.
- Max, nie mówię, że nie masz racji. Ale popatrz na nią, lepiej znasz się na dziewczynach. Czy tak zachowywałaby się laska świeżo poinformowana o ustawionym ślubie? Nie, założę się, że strzelałaby oczami za… - Orion zamarł na chwilę.
Maksymilian wybuchł niespodziewanie entuzjazmem.
- Zatkało kakao, co, Orion? Chciałeś powiedzieć, że jakby wiedziała to by niepewnie wypatrywała gwiazdy swego życia. Może nawet była by obrażona…A ona się cieszy, skubana… To mnie szuka wzrokiem. To dla mnie się tak pręży na leżaku, ha! –
Tak, ta teoria miała pewne szanse. Jednak Max nie wziął poprawki na inne możliwości jak taka, że narzeczona de facto nie ekscytuje się nim, bo np. wie o sprawie od dawna lub nie wie o niej wcale. Jakiś pomysł, że mogłaby nie wypatrywać jego, nie przeszedł nawet w pobliżu głowy królewicza. Nie, Drachenherz nie był aż tak arogancki, po prostu ta sytuacja źle wpływała na jego percepcję.
- Ty, ona patrzy na Niksa – Orion parsknął śmiechem.
- Co? –


- Serio zielone? –
- Tak. Za długo jesteś na słońcu, oczy są zmęczone ostrym światłem.-
- A fakt, teraz jak jest bliżej, widzę, faktycznie… - Sal przytaknęła pogodnie, jakby podmiot ich rozmowy wcale nie podchodził zdecydowanym krokiem.
- A widzisz, że tu idzie? Jesteś nieuprzejma – uśmiechnęła się Elena.
Niksa nie był zdenerwowany, bynajmniej. Był jedynie zirytowany. Odwykł od takiego bezczelnego gapienia. Ok, innym też się zdarzyło na niego gapić – bywa. Ale te tutaj trafiły na koniec zapasu cierpliwości chłopaka, z tymi ich bezczelnymi pogaduszkami.
Co za dużo to niezdrowo. Zielonowłosy pomyślał, że zaraz ukróci entuzjazm dziewczyn. Przy okazji i reszty obserwatorów. Hmm, ta ruda nawet na chwile nie przestała, bezczelna. Wreszcie stanął przy ich leżakach.
- …i dlatego baseny maluje się na takie kolory. To nie takie zaskakujące. – Dobiegł go głos spod kapelusza.
- Aha-aaa… - odparła jakże elokwentnie ruda.
I zaraz obie popatrzyły na Niksę z uprzejmym zainteresowaniem jakby faktycznie ciekawe, co też tutaj chce. Ale Posejdon nie miał zamiaru dać się zbić z tropu. Popatrzył na rudą ostro, już otworzył usta, żeby ją upomnieć…
- Czy… - zaczął.
- Czy mógłbyś…? – Elena wpadła mu w słowo.
Niksa znów obejrzał się za tym spokojnym głosem. Mimo, że dziewczyna uniosła nieco głowę, kapelusz zasłaniał większość jej twarzy, mimowolnie więc patrzył na jej milczące już usta. Kątem oka uchwycił wskazujący ruch ręką, więc przesunął za nim spojrzeniem. Nie, na pewno nie chodziło o szyję, czy dekolt. Nie o piersi, brzuch…
Elena zniecierpliwiona, poruszyła lekko nogami. Ach, tak, nogi. Z mokrego chłopaka ściekała woda, ściekała na dziewczynę w kapeluszu.
- Przepraszam – mruknął ignorując nawoływania kolegów gdzieś w tle, coraz bardziej upominające.
- No, mów dalej, ten basen… - rzuciła Sal, widząc stagnację obiektu.
- POSEJDON! WODĘ MASZ W USZACH?! –
- ILE MOŻNA WOŁAĆ, STARY! –
Wołany obejrzał się, to na jedną, to na drugą dziewczynę, by po ciężkiej chwili odwrócić się i odejść nim koledzy zmienią krzyki na bardziej niewerbalne metody zwrócenia uwagi.
Na leżakach jeszcze chwilę trwała cisza.
- To było dobre. Koleś stracił wątek – odezwała się ruda konspiracyjnie.
Elena obejrzała się na nią, aż mogła zobaczyć swoje szeroko uśmiechnięte oblicze w odbiciu lustrzanek.
- Żartujesz? Naprawdę mi przeszkadzała ta woda. Tekst ratujący był w przygotowaniu…-


- Posejdon, co mu narzeczoną rwiesz? – to Orion powitał kumpla.
- Ja? Rwę? Którą? – Niksa popatrzył na niego jakby zdecydowanie za długo siedział na słońcu.
- Tamtą na leżaku! – Upomniał smok.
- Max, nie napalaj się tak – wycofał się Orion ze śmiechem. – Spoko, też możesz się zabawiać z innymi, nie? –
- Nikogo nie rwałem…-
- A co to było?! – Smok patrzył na Posejdona coraz groźniej.
- Gapiła się - padła stoicka, spokojna odpowiedź.
- Panowie, no co wy…! – Orion westchnął ciężko.


Ciąg dalszy nastąpi...
Przez noc droga do świtania - Przez wątpienie do poznania - Przez błądzenie do mądrości - Przez śmierć do nieśmiertelności.
Avatar użytkownika
Kostucha
Przejściowy Pokój
Przejściowy Pokój
 
Posty: 29
Dołączył(a): 05 mar 2013, 23:28

Re: Liliumare

Postprzez Kostucha » 03 kwi 2013, 23:20

Fragment nr 4 :) Bety - w dalszym ciągu brak.




Część IV


Ruda poprawiła włosy i bandamkę.
- Swoją drogą ciekawe, co robi Lilia, nie? - Rzuciła.
- Poszła popatrzeć na kurs tańca na innym pokładzie – mruknęła Elena wmasowując trochę olejku do opalania w łydki.
- Po co jej kurs tańca? Tańczyć to ona akurat umie. –
- I właśnie dlatego poszła. Chce się ponabijać z instruktora. Wiesz, na takich rejsach zawsze dają żółtodzioba zaraz po szkole, a ją uczył ojciec, który miał w swoim czasie szanse na złoto w turnieju międzynarodowym – wytłumaczyła Sirop De Grenouille męcząc się z otwarciem tubki natłuszczonymi rękoma.
- To czemu nie wygrał? –
- Pani Controvento zaczęła rodzić w czasie turnieju i pan Feliks to olał, żeby zająć się żoną i dzieckiem. –
- Och – mruknęła ze zrozumieniem Sal – O, o wilku mowa… -
Lilia właśnie wbiegła na pokład z ręcznikiem na ramieniu. Machnęła na koleżanki i od razu ruszyła do skoczni, przy której akurat znowu stał Posejdon.
Klepnęła go znienacka w plecy z wesołym okrzykiem:
- Hej! Jaka woda? –
Chłopak nie miał jednak czasu odpowiedzieć, bo z zaskoczoną miną, niezbyt zgrabnie runął do basenu.
- Ups…A coś ty taki nerwowy… - mruknęła bardziej do siebie niż do niego. Gdy się wynurzył, oburzony, uśmiechnęła się najbardziej niewinnie jak potrafiła – Bardzo cię przepraszam, to nie było zamierzone. –
Jednak szczerość jej przeprosin spaczył gromki śmiech, zarówno ze strony jej koleżanek jak i jego kolegów. Chłopak w basenie miał minę jakby myślał jak ją tu boleśnie ukatrupić i pokroić na dzwonka.
- Serio, naprawdę BARDZO cię przepraszam. – ciągnęła na widok jego miny nachylając się na skoczni.
Wypięła się przy tym do innych uczniów Liliumare leżących na leżakach,a ci z kolei nie byli zawiedzeni widokiem.
Wyraz twarzy chłopaka bynajmniej się nie zmienił, nawet jeśli do uroczego, przepraszającego widoku twarzy dziewczyny dołączył obraz pokaźnego, ślicznego biustu w skąpym przybraniu.
- Ależ nie ma za co – syknął jakoś zajadle i Lilia zdążyła tylko zmienić wyraz twarzy na pytający, gdy chłopak nagle wyskoczył z wody ponad kolana, jakby odbił się od dna, co było przecież niemożliwe na głębszej stronie basenu. W czasie wyskoku chwycił ją za kark i opadł z powrotem do wody już razem z lecącą na twarz Lilią. Zdążyła krótko krzyknąć i na skoczni został już tylko jej smętnie porzucony czerwony ręcznik z napisem „Coca-Cola”.
Dziewczyny zerwały się z leżaków i podbiegły do basenu akurat w momencie jak wynurzyła się Lilia. Złapała oddech z głośnym sapnięciem z twarzą przesłoniętą czarną kurtyną swoich włosów. Rozkaszlała się krótko i to wystarczyło Lauffeuer.
- Ty chamie! – Ryknęła i skoczyła z brzegu prosto na plecy zielonowłosego. Zanurzyli się na chwilę, a gdy znów byli nad powierzchnią kontynuowała niezrażona plując wodą. – Przyjaciółkę chcesz mi utopić?! Przecież cię przeprosiła, ty niewychowany wieśniaku! –
- Złaś ze mn… - chciał krzyknąć, ale dłoń Salomei złapała go akurat pod brodę i z głośnym klapnięciem zamknęła mu szczęki. Zaczęła wcierać mu w czubek głowy pięść, szarpała za uszy i ciągnęła za włosy. Wydawała przy tym okrzyki godne walkirii w szale bojowym.
Lilia odgarnęła włosy z twarzy, co zajęło jej dłuższą chwilę zwarzywszy na ich ciężar i długość.
- SAL! - krzyknęła chwytając koleżankę pod pachy – Na rogi dziadka Lucyfera! Utopisz go! –
- Dobrze mu tak! Mordować moją ekipę! Niech sczeźnie w głębinach! – Nakręcała się Lauffeuer. Miała nogi zaciśnięte wokół klatki piersiowej chłopaka mocno jak imadło i palce wczepione w jego splątane włosy, więc gdy Controvento odciągała ją to ona ciągnęła jego za nimi.
- Lilia! Dawaj z nimi na płytki brzeg! – poradziła Elena, która obserwowała scenę przysiadłszy na brzegu.
- Może byś mi pomogła?! – syknęła Lilianna.
- Żeby i mnie skopała w ferworze walki? – zaśmiała się El widząc jak niczego sobie chłopak próbuje rozewrzeć Sal nogi.
- Salomeo Oktawio Lauffeuer! W tej chwili uspokój się, rozumiesz? On nic mi nie zrobił! Jestem cała, należał mi się! –
- Wcale nie! Ma przeprosić! – Ryknęła Salomea prawie wkładając Posejdonowi palec w oko.
- Posejdon, lepiej ją przeproś – zaśmiał się stojący na brzegu Orion.
- Głupi jesteś? Nie psuj zabawy! – Śmiał się Max widząc, że od tego szarpania rudej rozwiązuje się góra od kostiumu.
Orion jednak zdjął koszulę i w samych bermudach, które włożył do pływania wskoczył do basenu.
Podpłynął do szamoczącej się trójki, która była już na tym płytszym brzegu.
- Rany, Posejdon, przeproś ją i będzie po sprawie – mruknął stając przed kumplem.
- Nie! – Burknął Niksa i zaraz syknął z bólu. Linia czoło-włosy była już czerwona od tego szarpania. – Spadaj, nie potrzebuje twojej pomocy. –
- Oczywiście, jak zwykle – mruknął zrezygnowany, ale zamiast "spadać" chwycił Sal za kostkę i zaczął ją łaskotać w stopę.
- Lilia-aaaa, atakują! – wrzasnęła Sal wierzgając nogami, przez co kopnęła Niksę w splot słoneczny. Potem jednak nie wytrzymała i rozplotła nogi odsuwając je jak najdalej od chłopaków. Nie puściła jednak włosów Posejdona.
- Czekaj no, siwy! Tobą też się zajmę! – Groziła.
- Sal…puść go. Stanik ci się rozwiązuje – powiedziała już nieco spokojniej Lilianna.
Lauffeuer pisnęła cicho i szarpnęła rękoma wyciągając je z plątaniny modrozielonych włosów. Zaraz odwróciła się do chłopaków plecami.
Orion korzystając z okazji odciągnął rządnego mordu Posejdona poza zasięg rąk rudej.
- Przepraszam za to – rzucili jednocześnie Lilia i Orion – Nie ma za co. –
- Ja wam dam: Nie ma za co! Ta ruda hiena prawie mnie utopiła. A to był by nie lada wyczyn! – Warknął Niksa.
- Kolego, ona tylko mnie broniła. Ma bardzo wybuchowy charakter…- tłumaczyła Controvento.
- Ja ci dam rudą hienę, ty nadmuchana żabo.. – krzyknęła Salomea gestykulując tak, że obryzgała ich wszystkich wodą.
Przed rzuceniem się na zielonowłosą żabę powstrzymywała ją tylko Lilia kontrolnie trzymająca ją za wstążkę wiążącą jej biustonosz. Gdyby się szarpnęła góra od kostiumu niewątpliwie zostałaby Controvento w dłoni, ku uciesze śmiejącego się w najlepsze Maxa.
I to właśnie na nim skupiła się irytacja całej czwórki.
- Co się śmiejesz, bucu? – Tym razem zgodny duet tworzyli Posejdon i Sal, a potężny wybryzg wody wysłany przez nich w stronę Drachenherza zwalił smoka z nóg.
- HEJ! – Ryknął oburzony. Jednak jego złość nie zrobiła na nikim wrażenia. Po prostu zmoczony od góry do dołu jak pies na deszczu wyglądał rozbrajająco żałośnie. A jego irytacja sprawiła, że woda zaczęła z niego parować buchając kłębami pary jak w jakiejś kreskówce.
I chyba nic tak go nie wyprowadzało z równowagi jak gromki śmiech Salomei.
- Dobra dziewczyny, potem się integracyjnie popluskacie, mam ochotę na koktajl z palemką – wtrąciła Elena czekając przy wyjściu z basenu z ręcznikami.
- A ja chce taki w łupinie od orzecha kokosowego – oznajmiła Salomea już całkiem spokojna.
Panowie, (poza Maksymilianem, który żył głównie swoją irytacją,) mętnie pomyśleli o szybko rozpalonej i zgaszonej furii rudej dziewczyny. Ogień – nie mieli wątpliwości.
- Wiecie, nie chcę nic mówić, ale nie ładnie byłoby tak zaczynać znajomość z koleżankami z roku – to Orion westchnął proroczo.
- Bo ciebie akurat obchodzi czy ładnie czy nie ładnie – fuknął Niksa, już spokojniej zbierając się po działalnościach wodno-militarnych.
Maksymilian przekrzywił głowę jak zaintrygowany ptak. Z niego złość też szybko uszła, więc błyskawicznie pojął aluzję Oriona.
- Wiesz, Niksa…ze względu na twój status społeczny powinieneś dbać o opinię. A tu takie zachowanie, jak dzikus, nie dżentelmen… - rzucił smok nieśpiesznie. Zielonowłosy popatrzył na nich spod poważnie ściągniętych brwi.
- Jestem grzeczny, gdy ktoś na to zasługuje. A jak chcecie iść z nimi na koktajl to się mną politycznie nie zasłaniajcie! -
Koledzy Posejdona westchnęli ciężko, jakby mieli powiedzieć: popsułeś.

* * *


- …i dlatego raczej nie będą nas uczyć o trupach, no nie? – Roześmiała się Sal.
- Masz na myśli patologię? Byłabym nie bardziej zaskoczona niż nekromancją. –
- Za nim o tym, trzeba by było rozdzielić pojęcia nekromancji od… - Elena popatrzyła tylko na Salomeę, gdy ta sięgając po swój koktajl prawie wytrąciła jej z rąk szklankę.
- Możemy dyskutować, ale i tak nie ma w tym większego sensu, nie leży to w systemie zajęć – dorzuciła Lilianna. – A tak koło tematu trupów, może powinnyśmy przynieść coś Korze? –
- Miętę czy dodatkową miskę? – Sal machnęła swoją łupiną kokosa, podkreślając, że akurat to by jej raczej nie pomogło. – Z innej beczki, to jak te zajęcia z tańca? –
Lilia ochoczo podjęła temat.
- Świetnie! Wyobraźcie sobie, że prowadził je bardzo kompetentny instruktor. Dał nam parę naprawdę pożytecznych rad. Mało tego! Ma nas uczyć w tym roku, a jest młody i przystojny! –
- Ciasteczko? – Elena jakby ciekawie nadstawiła uszu. Lubiły porównywać facetów do słodyczy.
- No, z górą kremu toffi i wisienką na górze – Lilia mrugnęła zalotnie po czym chwyciła wargami słomkę sterczącą z pękatej szklanki napoju.
- No, no, ciekawy roczek się zatem zapowiada. – El uśmiechnęła się do swoich myśli.
- Och, chodźcie! Pokażę wam coś ciekawego, o czym opowiadał mi ojciec – Controvento zeskoczyła ze stołka barowego dzierżąc w dłoni szklankę z koktajlem. Zaciekawione dziewczyny poszły za nią. Lilia podeszła do burty i podała El swoją szklankę.
- Potrzymaj przez chwilę – powiedziała wdrapując się na poręcz ograniczającą burtę.
- Nie uważasz, że jesteśmy trochę za wysoko na takie wygłupy? – Elena spojrzała na nią karcąco – Z tej wysokości, gdybyś spadła do wody to beton wydałby ci się miękki jak poduszka. –
Lilianna nie przejęta stanęła na równych nogach kołysząc się lekko dla utrzymania równowagi.
- Serio Lilia, złaź. Jak spadniesz to koło ratunkowe ci nie pomoże – Sal wyjrzała ostrożnie za burtę. Tak na jej oko byli jakieś tysiąc metrów, może więcej, nad poziomem morza.
- Nie będzie mi potrzebne, patrzcie. – Lilianna rozłożyła ramiona i odchyliła się do tyłu jakby spadała.
Lauffeuer aż krzyknęła krótko, ale ich koleżanka zamiast runąć w dół oparła się na powietrzu, które za nią zrobiło się mętne, jakby zadymione. Lilia oparła się wygodnie jakby opierała się o lekko pochyłą, materiałową ścianę.
- Wow, jak to zrobiłaś? – Sapnęła Salomea – O tym też mi stary nie opowiadał, cham. –
- Ja nic nie zrobiłam, to jest Powłoka Arii – wyjaśniła spokojnie Controvento biorąc od zaciekawionej Eleny szklankę – Bańka z mocy, która otacza cały statek, od momentu wzbicia się w powietrze. Nie pozwala ona niczemu wypaść ze statku, ani wpaść na statek, utrzymuje tu stałą temperaturę i stężenie tlenu mimo, że jesteśmy tak wysoko i zasadniczo jest niemal niewyczuwalna. Wyłącza się dopiero po wylądowaniu lub kiedy kapitan zarządzi jej wyłączenie na mostku. I co najlepsze zaprojektował ją i opatentował Aria Controvento. Brat mojego taty. –
- Fajnie! – Sapnęła Salomea.
- No, to pouczające – Elena napiła się ze swojej szklanki. – Ale i tak czuję pewien dyskomfort jak tak na ciebie patrzę… -
- E tam, El, nie bój się. Bariera nie pęknie – odezwał się nagle za nimi znajomy, męski głos.
- Kordian, na Boga, człowieku, nie skradaj się tak – Sal trzepnęła brata pięścią w pierś – Chcesz, żebym zawału dostała?! –
- Właśnie na to liczę – zażartował Kordian mrugając do Eleny. – Pokażę wam sztuczkę. –
Chłopak nagle odbiegł i zatrzymał się mniej więcej na środku pokładu, po czym pędem ruszył w stronę burty. Szarżował w ich kierunku niczym rudy byk, nabierając prędkości z każdą chwilą. W końcu odbił się od leżaka i skoczył wprost na barierę, a ta zadziałała jak trampolina odbijając go do siebie z siłą katapulty i chłopak z szeroko rozpartymi ramionami przeszybował nad pokładem by po chwili odbić się od bariery po drugiej stronie. Kilku innych chłopaków, gdy to zobaczyło radośnie przyłączyło się do zabawy i po dziesięciu minutach nad pokładem zaroiło się od szybujących w obie strony uczniów.
- Zgraja wariatów – oceniła Lilia patrząc jak dwóch gości, którzy zderzyli się w powietrzu wylądowało w basenie.
- To jest niebezpieczne – mruknęła Elena odstawiając na stolik swoją pustą szklankę.
- MUSZĘ SPRÓBOWAĆ!- Oznajmiła Lauffeuer i rozpędziła się idąc za przykładem brata. Uderzyła w barierę jakiś metr od Lilii i poszybowała zgrabnie w górę krzycząc i śmiejąc się jednocześnie.
Lilianna też krzyknęła, ponieważ bariera za jej plecami zafalowała od uderzenia jak galareta i wepchnęła ją wprost w ramiona stojącej niżej Eleny. Obie zaliczyły dość nieprzyjemny upadek, a szklanka Controvento poszła w drobny mak.
- Normalnie jak ją kopnę w dupę… - burknęła Lilia i wstała z obolałej Sirop De Grenouille.
- Zostaw i mi jeden pośladek do obicia – mruknęła niebieskooka podnosząc się z jękiem do siadu. Może i Lilianna nie była specjalnie ciężka, ale deski pokładu na pewno były z twarde.
- Hej, słońce, nic ci nie jest? – nagle stojącą Lilię otoczyło silne, męskie ramię – Nieźle gruchnęłaś. –
To Kerth zmaterializował się nie wiadomo skąd i najwyraźniej widział całe zajście.
- Jak widać – odparła niezbyt uprzejmie Lilia spoglądając z pode łba na chłopaka, który ją do siebie przygarnął.
Nie mogła powiedzieć, że czułą się specjalnie swobodnie. W dość skąpym bikini czuła się teraz, pod spojrzeniem Kertha, niemal naga. Uczucie to potęgował dotyk nagiej skóry jego torsu, do której niemal przygniatało ją silne ramie.
- Puść mnie – zażądała patrząc w górę, w wąskie ślepia chłopaka.
Była od niego niemal o głowę niższa i wydawała się, przy jego całkiem nieźle umięśnionej posturze, niemal krucha.
- Najpierw daj buziaka w formie myta – uśmiechnął się i nachylił w jej stronę.
Lilia stężała na chwilę. Jeszcze żaden facet ( no może poza Walerianem, ale o nim w tej chwili jakoś nie pomyślała) nie próbował jej pocałować. Już, już, wydawało się, że dopnie swego, kiedy nagle między ich ustami pojawiła się rozczapierzona dłoń.
Controvento zareagowała niemal w ostatniej chwili.
- Nie ma mowy – mruknęła z zacięciem odpychając lekko od siebie twarz chłopaka. Czuła na spodzie dłoni, że się uśmiecha.
- Huragan nie kobieta – powiedział czując jak dwa paznokcie dziewczyny wbijają mu się w polik.
- Lilia-aaa, ręka! – rozległ się okrzyk gdzieś z góry.
Czarnowłosa zadarła głowę i zobaczyła lecącego w ich stronę Kordiana. Bez zastanowienia wyciągnęła rękę.
Elena, która w międzyczasie zdążyła wstać i się otrzepać, spodziewała się, że brat Sal porwie Lilię w powietrze siłą impetu, ale nie. Kiedy chłopak chwycił dłoń Controvento tylko lekko szarpnęło jej ręką, a chłopak zgrabnie wylądował obok.
Lilia sama się zdziwiła. Miała wrażenie, że Kordian nie ważył więcej niż puchowa poduszka.
- Czego chcesz od Lilii wyrostku? –
Kordian objął koleżankę siostry ramieniem i odciągnął od Kertha. Bliźniak zaśmiał się zimno i spojrzał na dziewczynę.
- Co to? Twój chłopak? – rzucił kpiącym głosem.
- A jeśli tak, to co? – Lilia też objęła Kordiana w pasie.
- Już wkrótce zmienisz go na mnie – rzucił z przekonaniem i odwrócił się odchodząc.
- No, no, jaki małolat jest pewny siebie. – gwizdnął pod nosem brat Sal.
- Te typki cholernie mnie zaczynają denerwować – syknęła cicho Lilianna odsuwając się od chłopaka, tym razem bez zbędnych protestów. – Dzięki za pomoc Kordian. –
- Nie ma sprawy – rudzielec uśmiechnął się szeroko, błyskając białymi zębami. – A nawet powiedziałbym, że jesteście dla mnie jak siostry, gdybym swoją choć trochę lubił. Jak tam El? Cała jesteś? –
- W jednym kawałku. Może tylko wzbogacona o ze dwa siniaki. – westchnęła Elena podnosząc z ziemi swój szeroki kapelusz.
- Przepraszam. Nie chciałam gruchnąć w ciebie – Lilia uśmiechnęła się przepraszająco.
- Dobra, całe szczęście, że mało ważysz –
- O, a pro po wagi. – Controvento spojrzała ciekawie na Kordiana – Jak to zrobiłeś, że prawie nic nie ważysz? –
Kordian rozczochrał sobie i tak potarganą czuprynę śmiejąc się lekko.
- Mam moc Ziemi, co pozwala mi w pewnym stopniu kontrolować też wpływ jej grawitacji na mnie – wyjaśnił krótko – latać nie mogę, ale czasem się przydaje jak trzeba podnieść coś ciężkiego –
- Warte zapamiętania – El pokiwała głową – Jak będę potrzebować tragarza to się zgłoszę. –
Nagle na Kordiana rzucił się jakiś inny chłopak o włosach jak ołowiane druty.
- Co jest Kordie? Słyszałem, ze masz nową laseczkę – zarechotał i zmierzył Lilię uważnym spojrzeniem. – Nooo i to całkiem, całkiem… -
Controvento zarumieniła się lekko. I to nie dlatego, że ten koleś zmierzył ją tak bezczelnym spojrzeniem. Po prostu zdała sobie sprawę z faktu, że spora grupa obserwowała tą scenę. Rozglądając się zobaczyła nawet tego wysokiego chłopaka o białych włosach, który patrzył na nią uważnie.
- Co? Zazdrościsz? – zaśmiał się Kordian – Dziewczyny poznajcie mojego współlokatora Lotusa. Lots, to jest El i Lilia. –
- I ty serio przygruchałeś sobie taką apetyczną jagnięcinkę? – spytał Lotus kiedy już skinął im głową na powitanie.
Lilia skrzywiła się na porównanie jej do małej owcy.
- To są koleżanki mojej siostry, trepie – młody Lauffeuer sprzedał kumplowi kuksańca.
- Jedno drugiego nie wyklucza – Lots mrugnął do Lilii konspiracyjnie.
Controvento miała dziwną minę. Elena wiedziała, co ona znaczy.
- Kolego, jeszcze jedna taka uwaga i ona ci przywali – ostrzegło spokojnie.
Chłopak spojrzał na nie nieco zdziwiony, ale zanim zdążył coś powiedzieć Lilię zaczęła wołać grupa ludzi.
- Już masz tu znajomych? – zdziwiła się Elena.
- To ludzie, którzy byli na kursie tańca. Nie znam ich, w sumie. – Lilia uśmiechnęła się szeroko. – Ale chyba najwyższa pora poszerzyć krąg znajomych. Chodź, przedstawię cię! –
I pociągnęła El za rękę w stronę wołającej ją grupy.
Chwile później ku uciesze tłumu na pokładzie rozszalała się impreza. Zaczęło się w sumie od Oriona. Po chwili obserwacji tej ciemnowłosej dziewczyny w ciekawym, srebrzystym bikini, wrócił do kumpli zajmujących miejsca po przeciwnej stronie pokładu.
- O, Orion! Właśnie gadaliśmy o tym, że brakuje tu jakieś muzyczki. Przydałyby się jakieś marynarskie przyśpiewki. Jak szła ta szanta o sztormie – spytał Max siedzący na burcie.
Orion przysiadł się do niego.
- Kiedy szliśmy przez Pacyfik… - zanucił białowłosy.
I potem już poszło. On, Max i Syriusz zaśpiewali sami tylko pierwszą zwrotkę, a potem inni pasażerowie bez krępacji przyłączyli się do nich i śpiew popłynął sam jak liście, które zagarnia wiatr, z każdym podmuchem więcej i więcej.
Potem dwóch chłopaków ze starszych klas wyciągnęło nie wiadomo skąd zestaw ogromnych bębnów, kilka osób miało gitary, ktoś trąbkę, a ktoś inny saksofon i skrzypce.
Nie minęło pół godziny, a na pokład z basenem zamienił się w klub pulsujący od muzyki i śpiewów.
Elena, Lilia i Sal, która w końcu do nich dołączyła siedziały na stołkach przy barze i obserwowały tańczący tłum. Co było niesamowite, nie przypominało to typowej, współczesnej dyskoteki, czyli tłumu niemal spazmatycznie podrygujących ludzi, gdzie każdy tańczy w sumie sam sobie. Nie, wszyscy, którzy byli teraz na parkiecie naprawdę potrafili tańczyć. Wirowali w parch, w rozważnych krokach tańców towarzyskich, a na ich twarzach wcale nie było nerwowego skupienia, a czysta, spontaniczna radość.
- No ja pierdole! Co to? Szkoła baletowa? – Burknęła Salomea chociaż i ona patrzyła z zachwytem na niektóre figury. – Wszyscy potrafią tańczyć jakby się urwali z Dirty Dancing. To chore! –
Podbiegł do nich Kordian z rozradowaną miną.
- El! Widzę, że się nudzisz. Zatańcz ze mną! – Huknął przekrzykując muzykę. Nawet nie czekał na odpowiedź, po prostu pociągnął dziewczynę na parkiet. Lilia śmiała się z niej głośno i szczerze, prawie spadając ze stołka.

Ku niezadowoleniu Posejdona ktoś zamroził wodę w basenie tworząc dodatkową powierzchnie do tańca. Naburmuszony wyczaił w tłumie wielką postać Syriusza i ruszył w jego kierunku przez oblodzony brzeg basenu, kiedy nagle coś zwaliło go z nóg. Kordian ciągnąc El na parkiet wyminął Niksę, ale zdezorientowana Elena nie zdążyła tego zrobić i walnęła z rozpędu prosto w niego. Oboje ślizgiem przejechali przez basen i zatrzymali się przy drugim brzegu.
Posejdon zamrugał zaskoczony. Przed oczami miał czyjś biust. Dziewczyna uniosła się nieco, przez co mógł zauważyć, że siedzi na nim okrakiem. Pareo zostało gdzieś w połowie trasy przejazdu.
Elena klęła cicho pod nosem starając się zaciągnąć z głowy kapelusz, który przesunął jej się na twarz i zaklinował w okolicy oczy. Szarpała się z nim przez chwilę. W końcu udało jej się go ściągnąć. Mrugała przez chwilę oślepiona światłem odbitym od tafli lodu, a gdy w końcu otworzyła oczy…zajrzała wprost w oczy leżącego pod nią chłopaka. Zmarła na chwilę patrząc w tęczówki w kolorze morza podczas sztormu: ciemne, prawie czarne, o wibrującym zielono-szarym odcieniu. Im dłużej w nie patrzyła tym bardziej spodziewała się zobaczyć w nich przebiegającą białą falę, usłyszeć plusk oceanu, słony smak i zapach bryzy, aż rozchyliła usta.
- J-ja…przepraszam – mruknęła cicho.
Przez chwilę trzymała chłodną od lodu dłoń na jego piersi i czuła pod palcami miarowe uderzenia jego serca. I nagle znów pojawił się Kordian z jej pareo przewieszonym przez ramię.
- Tak szybko mi nie uciekniesz, Eleno – zaśmiał się ściągając ją z zaskoczonego Posejdona – To moja partnerka do tańca kolego, wybacz. –
I pociągnął protestującą El dalej. Potem niewzruszony, z jej pareo narzuconym na ramiona niczym peleryna, chwycił ją w stalowy uścisk i poprowadził w tan. Początkowo Elena nieco spięta starała się nie prowadzić w tańcu, co nagminnie narzucała niewielkiej liczbie partnerów, z którymi zdarzyło jej się kiedykolwiek tańczyć. Ojciec nauczył ją podstawowych kroków kilku tańców by nie podpierała ścian na bankietach służbowych, na które był zapraszany razem z rodziną, a ona przyzwyczajona do nich wymuszała na partnerach by poruszali się w rytmie jej kroków.
Potem jednak wyluzował się trochę widząc, że Kordian prowadzi ją pewnym, nieskomplikowanym krokiem, do którego szybko się przyzwyczaiła.
Posejdon obserwował ją przez chwilę. Kiedy zorientował się, że się zagapił, szybko się otrząsnął i wrócił do szukania kolegów.

Do Sal i Lilianny śmiejących się z porwania panny Eleny i odgrażających się, że napiszą o tym opowiadanie, podszedł nieznajomy chłopak. Skłonił się lekko przed Lilią i wyciągnął do niej dłoń.
- Pani pozwoli – rzucił nonszalancko, z uśmiechem.
Controvento zmierzyła go spojrzeniem. Nie był zbyt wysoki, najwyżej parę centymetrów wyższy od niej, ale dobrze zbudowany, o oczach szarych, łagodnych z wesołym błyskiem i włosach w kolorze mahoniu. Lilia uśmiechnęła się i podała mu dłoń.
- Wybacz Sal – rzuciła do koleżanki i dała się poprowadzić na parkiet.
Salomea usłyszała jeszcze tylko.
- Jestem Lilia, a ty? –
- David… -
Ruda westchnęła ciężko i odwróciła się do barmana pokazując pusty kubek z kokosa upominający się o napełnienie.

Do tańczących El i Kordiana podbiegł jakiś chłopak.
- Kordie, mogę wyrwać twoją siostrę do tańca? – Zapytał z proszącym uśmiechem.
- Żartujesz? Ta pokraka nie umie tańczyć. –
- Tym lepiej, będzie ją można trzymać blisko, rozumiesz? – Kumpel posłał mu porozumiewawczego kuksańca.
Kordian aż się obejrzał zobaczyć, czy kolega mówi z takim zainteresowaniem faktycznie o jego siostrze. Wyłowił ją wzrokiem i zorientował się, że nie tylko jego kumpel uznał ją za interesującą. Sal otaczała teraz grupka śmiejących się osób – każda z kokosowym koktajlem. Przedrzeźniali się, koleżeńsko poszturchiwali, wybuchając głośnym śmiechem.
- A rób co chcesz – mruknął Kordian, ale jego znajomy był już w połowie trasy do Sal poprawiając kołnierzyk cytrynowo-żółtego polo.

Tymczasem Max gadający z kumplami napiął się cały. Od jakiegoś czasu obserwował Salomeę kątem oka i zauważył zmierzającego w jej kierunku kolesia w żółtym. Nie podobał mu się wyraz jego twarzy.
- Max? Co jest? – Orion stuknął go w ramie – W ogóle mnie nie słuchasz…-
Smok nie wysilił się nawet na komentarz. Pochłonęła go krótka scena. Widział jak typ wreszcie podchodzi do Salomei i zagaduje krótko, gestykulując. Już z tej odległości Max nawet nie słysząc go, uznał, że na pewno posłał jej jakiś idiotyczny, sztampowy tekst…Fakt, że Salomea po chwili zaskoczenia zaśmiała się nerwowo i obejrzała się, jakby niepewna, czy mówił do niej. Max miał nadzieję, że odwróci się od nieznajomego, albo spławi go siarczyście. Ale po kolejnych krótkich kwestiach chłopaka, wstała by pójść za nim na parkiet. Max zabębnił palcami niecierpliwie. Orion już nie próbował z nim rozmawiać, patrzył ze spokojem na rozwój wydarzeń…

Salomea pomyślała, że jest całkiem w porządku, kiedy zaczęli tańczyć. Ot mała rozrywka nikogo jeszcze nie zabiła. Nawet uśmiechnęła się do partnera. Zaniepokoiła się dopiero, jaki jakoś zbyt natarczywie ją do siebie przyciągnął…Niby nic takiego, ale miała wrażenie, że tulił ją do siebie na upartego, koniecznie i… właśnie tak natarczywie. Może nie znała się na tańcu, ale dość ciężko poruszało się, gdy miało się cały korpus przyciśnięty do partnera. To nie bardzo jej podeszło pod gust.
- Odbijany – usłyszała tylko, nim zaskoczony kolega Kordiana został odepchnięty.
Na jego miejscu pojawił się Maksymilian. Lekko i z wprawą ujął partnerkę. Na jej zaskoczoną minę odpowiedział krótko, zagłuszając przy tym protesty typka w żółtym.
- Wybacz, że tak nagle, ale pomożesz mi prawda? Kolega…- skinął ku odległemu Orionowi - żali się, że sąsiadowi potrącono psa. Pomóż mi nie słuchać tego po raz siódmy. –
Prowadził ją pewnie i szybko dostosowała się do jego kroku. Minę miał niezbyt wesołą. Raczej skupioną. Sam Orion odczytał ją jako: tu nic się nie dzieje… z nutą naburmuszonego chłopca. Smok jednak szybko odzyskał rezon, bo bądź co, bądź zaskoczona Sal mu nie odmówiła. Lekki uścisk bardzo ciepłych ramion zrobił na niej miłe wrażenie. Bliskość chłopaka odczuwała jak ciepłą łunę, co też nie było złe. Przy okazji zupełnie nie pamiętała, że to on się z niej nabijał przy basenowej bitwie. Dała się przez chwilę poprowadzić w ciszy, ale po chwili zaczęła ona drażnić ich oboje.
- Więc…jakiej rasy był ten pies? – Spytała w końcu.
- Eee…a wiesz, że nie wiem…pewnie kundel – wzruszył lekko ramionami i by uniknąć zderzenia z inną parą nieznacznie ją do siebie przyciągnął. Z przyjemnością zarejestrował jak biust dziewczyny napiera przez chwilę na jego tors. Zresztą będąc od niej nieco wyższym miał też bardzo ciekawy widok.
- A jak się właściwie nazywasz? – Sal postanowiła twardo kontynuować pogawędkę. Skoro Lilia może się tak łatwo integrować z przystojnymi facetami to czemu ona nie? Widziała zresztą przez chwilę Controvento tańczącą w jakiś wymyślnych dla Salomei pozach w ramionach tego całego Davida. Widocznie świetnie się bawiła, bo mimo skomplikowanych dla laika figur obojgu nie zamykała się jadaczka i nie przestawali wesoło śmiać się i gawędzić jakby znali się od lat.
Max zastanawiał się przez chwilę czy zdradzić Salomei swoje prawdziwe imię. W końcu jeśli o wszystkim wie szybko się zorientuje z kim ma do czynienia i może nie dawać mu potem spokoju. Z drugiej strony…przez chwilę zezował na uwydatniony odpowiednim biustonoszem biust dziewczyny.
- Jestem Maksymilian III z rodu Drachenherz – odpowiedział w końcu unosząc dumnie głowę.
Salomea zachichotała lekko.
- O rany, ale arystokracją zajechało. A nie wyglądasz na takiego szlachcica, Max – podsumowała go śmiejąc się w najlepsze.
Wewnętrzny ogień dumy smoka przygasł jak przykręcony palnik. Nie dość, że dziewczynie najwyraźniej jego nazwisko zupełnie nic nie mówiło, to jeszcze śmiała się z niego, jakby to był dobry dowcip.
- Normalnie trzeba to gdzieś zapisać. Rudy hrabia z rodu Ą przez Ę III ucieka w tan przed kumplem miłośnikiem kundelków – nakręcała się Sal.
Mimo, że irytowało go kiedy dziewczyna tak bezczelnie się z niego śmiała, zwłaszcza, że nazywanie królewicza hrabią było wręcz obrazą, musiał przyznać, że ładny miała śmiech. W dodatku bardzo zaraźliwy.
Odchrząknął lekko, przez co Salomea trochę się opanowała.
- Ja jestem Salomea Oktawia Lauffeuer. – Przedstawiła się specjalnie zbyt oficjalnie, z wesołymi iskierkami w oczach.
Nawet jej się podobał ten chłopak. Był mocno zbudowany, o pewnej, prężnej postawie. Niezbyt wysoki, ale odpowiednio wyższy od niej. Jego zawadiacko rozczochrane włosy miały kolor dojrzałych pomarańczy, a oczy kolor płomienia świecy – ciepły, nieraz złotawy, nieraz tak ciemnopomarańczowy, że aż czerwony. Właśnie pomyślała sobie, że żaden człowiek nie może mieć oczu w takim kolorze, kiedy zorientowała się, że źrenice tego chłopaka nie reagują na światło zmniejszając się, tak jak jej, ale zwężają się w pionowe kreski jak u gada.
- Nie jesteś człowiekiem, prawda? – Spytała ostrożnie.
Max puścił ją na chwilę jedną ręką by obróciła się zgrabnie.
- Nie, jestem smokiem – westchnął. Jeśli zaraz znów zacznie się z niego śmiać to chyba odmówi współpracy i sobie pójdzie.
- SMOKIEM?! SERIO? – Sal oczy rozbłysły i zmierzyła chłopaka spojrzeniem od góry do dołu jakby zobaczyła go po raz pierwszy.
Max pomyślał, że może ona jednak wie, że jest z jednym z nich zaręczona tylko nie zna go z imienia i nazwiska.
- No, proszę, a myślałam, że wyglądacie bardziej odmiennie…Ojciec był u was na konferencji, ale zupełnie nic nie chciał o was opowiedzieć. –
- Myślę, że będziesz miała sporo czasu by nas poznać – smok uśmiechnął się nieco kwaśno.
- Tak? A co? Jest was tu więcej? – Sal rozejrzała się po parkiecie jakby inny smok miał jej się akurat rzucić w oczy.
- Więcej? Z tego co wiem to nie, ale…- przyciągnął ją nagle mocno do siebie, a w jego oczach niemal zapłonął ogień. – Ja ci nie wystarczam? –
Lauffeuer spojrzała na niego aż rozchylając usta. Z wrażenia, aż zaschło jej w gardle. Siła jego ramion była niezwykła. Jakby mógł ją złamać w pół bez większego wysiłku.
Chłopak jednak zaraz zwolnił uścisk i zaśmiał się krótko obracając tym gestem sytuację w żart. Może gdyby na miejscu Sal był ktoś, kto go znał wyłapałby w tym śmiechu nerwową nutę. Max obrócił to wszystko w żart tak szybko, ponieważ patrząc na rozchylone wargi dziewczyny miał nieodpartą chęć pocałowania jej.

Orion z Syriuszem i Posejdonem obserwowali parkiet z pod burty.
- I on serio jest z nią zaręczony? – Niksa zmarszczył brwi.
- No, niestety serio – westchnął Orion, który streścił kumplom całą zawiłą sytuację małżeńsko-przysięgową, w którą był wplątany Max.
- To straszne – mruknął Syriusz siedzący na poręczy. – Cieszę się, że nie ma wariatów, którzy chcieliby politycznie chajtać się z wilkołakami. –
- Smoki to też nie jest uosobienie piękna i łagodności. A masz, jak śliwka w kompot. – Posejdon machnął ręką na Drachenherza.
- No nie, ale smokołactwem się nie zarazisz pieprząc się ze smoczycą – zauważył Orion i poklepał Syriusza po ramieniu – Za to najstarsze szczenię samca alfa ma spore szanse na zarażenie kobiety, którą sprosi do swego leża. –
Syriusz zaśmiał się krótko co zabrzmiało jak głuche warknięcie.
- To fakt. Ludzie chętnie oddają swoje córy potworom, ale nie są już tacy chętni kiedy istnieje podejrzenie, że ich dziecko również zamieni się w potwora. – Wilkołak z jakąś nostalgią spojrzał w niebo – Po za tym żeby jakaś kobieta chciała wejść do mojego leża to byłby cud. One się mnie boją…-
- Dziwisz się? Jesteś ogromny jak góra, każda by się bała, że ją rozerwiesz – wtrącił Posejdon wycierając włosy ręcznikiem. – A jeszcze jakby zobaczyła to monstrum, które masz w spodniach… -
- Żeby mogła to zobaczyć musiałby się zdecydować je pokazać, a nasz wilkołaczek jest wstydliwy jak cna dziewica – parsknął Orion.
- Też był się bał do nich podchodzić, gdyby uciekały od ciebie z krzykiem – burknął Syriusz.
Jakby na potwierdzenie jego słów zamyślona dziewczyna, która obok nich podchodziła nagle zatrzymała się, gdy padł na nią cień wilkołaka. Krzyknęła krótko i wycofała się chyłkiem. Całej trójce wyrwało się na to głośne westchnienie. To był standard. Zwłaszcza wśród ludzi.
Orion rozejrzał się i jego wzrok padł na aktualnie osamotniony mikrofon ściągnięty z jakiejś sali konferencyjnej, które były na statku.
- Chodźcie, pośpiewamy. – Rzucił do kumpli i ruszył w kierunku prowizorycznej sceny ustawionej ze stolików.

Piosenka skończyła się i Lilia już chciała wracać pod bar.
- Lilia, jeszcze jeden taniec, proszę. – David przytrzymał ją lekko.
Controvento już się w sumie chciała zgodzić, gdy nagle w ramiona wpadła jej nieco zdyszana El.
- Przepraszam kolego, odbijany – mruknęła Sirop de Grenouille i odciągnęła Liliannę parę kroków dalej. – Ratuj mnie. Kordian jest opętany –
- Co? –
- Dopóki muzyka była w miarę spokojna to było do przeżycia, a potem tak zaczął mną miotać po parkiecie, że pogubiłam buty – poskarżyła się Elena faktycznie drepcząc przy Lilii boso.
Lilia zaśmiała się serdecznie odszukując Kordiana wzrokiem. Najwyraźniej postanowił pomęczyć jakąś inną nieszczęsną biedaczkę.
- Chodź, pójdziemy się napić…- zaczęła Lilia.
I nagle urwała w pół zdania. Powietrze wypełnił śpiew. Ale nie byle jaki śpiew. Wszyscy jak jeden mąż spojrzeli na scenę.
Chłopak o długich, białych włosach dzierżył mikrofon. Miał głos niski, pełen magii. Głos, który ocierał się o skórę niczym aksamitna chusta. Głos, który owijał się wokół słuchaczy, otulał ich niczym zamszowa rękawiczka zmarzniętą dłoń.
W tłumie dało się słyszeć grupowe westchnienie. Nikt już nie tańczył. Wszyscy stali zasłuchani w melodię jego słów i choć tylko nieliczni znali język, w którym ktoś napisał tą pieśń jej hipnotyczny, wypełniający ciepłą euforią tekst trafiał do wszystkich.
- Jak pięknie… - szepnęła oszołomiona Lilia.
Białowłosy śpiewał jeszcze przez chwilę, a po tym jak rozbrzmiały ostatnie słowa na pokładzie zapanowała kompletna cisza.
W końcu powoli podniósł się gwar, ktoś zaczął klaskać, aż ostatecznie cały pokład wypełnił się głosami aprobaty i głośnymi oklaskami dla wykonawcy piosenki. Ten zszedł ze sceny nie skinąwszy nawet głową, żeby podziękować za aplauz. Jakby uważał, że mu się nie należał.
- To się nazywa głos z mocą – zaśmiał się ktoś obok Lilii i El.
Elena odwróciła się raptownie i prawie wytrzeszczyła oczy. Przy niej stał wysoki i naprawdę przystojny mężczyzna o śniadej cerze i czarnych włosach. Jego rysy twarzy wskazywały na to, że jego przodkowie byli hiszpanami. Uśmiechnął się do nich oczami o pięknym kolorze ciemnego bursztynu. Wokół mocnego karku owinięty miał niczym szal gruby, długi warkocz.
- Co tam Lilia? Oczarowana? –
- Dziwi się pan, panie Vivocacto? - Lilianna westchnęła cicho. – To było wręcz hipnotyzujące… Och, zapomniałabym. To moja przyjaciółka Elena Sirop de Grenouille, będzie chodziła ze mną do klasy –
- Pewna swego. Pamiętaj, że klasy na jeden rok są dwie – mrugnął do nich Emilio Vivocacto.
- Ona musi być ze mną. Inaczej zrobię awanturę… El to nasz nowy nauczyciel. Ten, o którym ci mówiłam. –
El przemknęło przez myśl tylko krótkie: Faktycznie ciacho.
- Szalenie miło mi pana poznać - wydusiła z siebie w końcu.
Nowy nauczyciel uśmiechnął się do niej serdecznie, a potem krótkim gestem zmierzwił im lekko włosy i odszedł. O dziwo ruch profesora nie zirytował nawet Eleny, która dbała by jej fryzura była możliwie nienaganna.
Obie dziewczyny westchnęły jednocześnie.
- Fajny, nie? – Rzuciła Lilia, kiedy obserwowały profesora już z daleka.
- Taak – przytaknęła Elena jakby zamyślona.
- Chodź, poszukamy twoich butów…-


Max z mieszanymi uczuciami odprowadził wzrokiem Salomeę, która podbiegła do koleżanek.
- Co tam, Max? – Huknął mu nagle nad głową baryton Syriusza. Jak na wilkołaka przystało, mimo gabarytów i masy srebrnowłosy poruszał się niesamowicie cicho.
- Głupi psie! Nie strasz mnie! – Warknął na niego Drachenherz i pchnął go lekko, bardziej w żartach niż na serio, ale wilkołak i tak przesunął się o jakieś dwa metry. Jakaś dziewczyna spojrzała na wyczyn Maxa z uznaniem, ale on nie zwracał na to uwagi. Syriusz ze śmiechem rozmasował ramię. Zdążył się już przyzwyczaić do faktu, że mimo tego iż Max sięga mu mniej więcej do mostka i jest o połowę lżejszy to mógłby chwycić go i bez problemów wrzucić stąd na najwyższy pokład. Pamiętał dzień, kiedy poznał młodego dziedzica smoków i jego dwóch kumpli. Wtedy Max zirytowany faktem, że ojciec nie chce dać mu się przejechać motocyklem jednego z ochroniarzy chwycił ręką limuzynę i przewrócił ją na dach. A wtedy miał raptem dziesięć lat.
- Nie denerwuj się tak. Przyszedłem do ciebie, bo Oriona obsiadło stado dziewczyn – wskazał bliżej nieokreślony tłumek nastolatek.
- Można było się tego spodziewać, skoro pozwoliliście mu śpiewać. Dobrze, że chociaż zrobił to od niechcenia, bo poszczałyby się z wrażenia. – Burknął smok.
Wilkołak zaśmiał się rubasznie.
- Wiesz, jak Orion kocha śpiewać, ale nawet on wie, że gdyby się przyłożył mielibyśmy tu zbiorowy orgazm. –
- Z lekka przesrane, nie? –
- Ty też nie masz lekko. Powiedział nam o rudej. –
Oczy smoka przez chwilę zrobiły się niemal żółte, a z pomiędzy zaciśniętych zębów wymknęła się stróżka dymu.
- Nie przypominaj mi… - mruknął
- No już, nie irytuj się, stary. – Syriusz podniósł ręce w obronnym geście, uśmiechając się wrednie kątem ust.
- Cholerny sierściuch…- burknął poirytowany smok i odszedł do Oriona puszczając z ust kółka z dymu czym wystraszył grupkę dziewczyn zgromadzonych wokół białowłosego. Kilka z nich uciekło wręcz z absurdalnie dzikim piskiem.


Czas na statku mijał nieubłaganie, ale całkiem przyjemnie. Przynajmniej dla dziewczyn. Większość czasu spędziły w barze pijąc napoje mniej lub bardziej alkoholowe i wymieniając się na warcie przy pilnowaniu Kory.
- Jutro rano dobijamy do brzegu, na szczęście –
- Do czegoś będziemy dobijać, ale nie wiem czy do brzegu – powiedziała El delikatnie przypominając, ze statek na którym się znajdują lata.
- Ostatecznie startowaliśmy też od brzegu… -
- Brzeg? – Wymamrotała Kora głosem przepitego marynarza.
- Nie napalaj się, dopiero jutro – Lilia zawiązała końce koronkowej narzutki na ramiona. – Ale widzę, że czujesz się lepiej. Potrzebujesz czegoś? –
- Jeśli niedługo jej nie przejdzie trzeba będzie iść po pl…- kwestię Salomei przerwał jakże wymowny kaszel Lilii.
- Po jakiegoś pluszaka-wilkołaka do opieki? – Podsunęła jej Controvento.
Elena westchnęła cicho, ale i tak zagłuszyło ją gniewne mamrotanie Tierry.
- Naprawdę uważasz, że PLuszak lepiej zadziała niż PLastry na chorobę morską? - Elena nieco zgasiła uśmiech koleżanki.
- …A ty nie? Dysfunkcje żołądka nie są romantyczne, jasne, ale pomoc w potrzebie? Poza tym to raczej choroba wysokościowa, a nie morska. Nie jesteśmy na morzu… –
- Dobra, ja wiem o co chodzi – Sal wstała zagarniając pod ramiona koleżanki. – W razie co to on by ją popilnował, a my.. -
- Czytasz mi w myślach – zaśmiała się nieskrępowanie Controvento.
Nagle, jakby los postanowił pójść im na rękę, drzwi kajuty otworzyły się i stanął w nich nie kto inny tylko sam Syriusz. Spojrzał na nie zdziwiony.
- Eee… - zerknął na numerek na drzwiach kuląc się w progu pomieszczenia. – O przepraszam, pomyliłem pokoje. Już mnie nie ma. –
Lilia otrząsnęła się pierwsza. Podbiegła do drzwi i chwyciła chłopaka za umięśnione przedramię.
- Chwileczkę, chwileczkę, kolego. Może byś wszedł na chwilę? – Uśmiechnęła się do chłopaka zachęcająco, niemal trzepocząc rzęsami. – Porozmawiamy, co? Właściwie, to miałybyśmy do ciebie prośbę. Nie jesteś zajęty, prawda? –
Syriusz dał się wprowadzić do środka kompletnie zbaraniały. Zaskoczyło go zachowanie nieznajomej mu dziewczyny. Bardziej spodziewał się koszmarnego wrzasku już od progu, jakby w drzwiach stanęła postać z horrorów, którą dla ludzi poniekąd był. A ona uśmiechała się do niego mile, gładząc go palcami po przedramieniu. Przy nim jej dłonie wydawały się niczym dłonie dziecka. Zerknął po dwóch innych stojących dziewczynach. Jedna, ruda, którą rozpoznał jako narzeczoną Maxa patrzyła na niego z rozbawieniem i z szerokim uśmiechem na ustach. Druga, wysoka i smukła jak modelka, która dopiero co zeszła z wybiegu spoglądała na niego z ciekawością i uprzejmym wyrazem twarzy. Obie był jednak spokojne, nie przestraszone, jak inni ludzie do tej pory. Do tego nie przywykł.
- Widzisz, mój drogi – kontynuowała z zapałem Lilia widząc, że chłopak nie miga się ani nie ucieka – nasza koleżanka nie czuje się najlepiej. Musimy wyjść, załatwić kilka rzeczy w tym lekarstwa dla niej. Nie chcemy jednak zostawiać jej samej. Pomyślałyśmy, że w miłym towarzystwie przystojnego pana zaraz poczuje się lepiej, więc może zachciałbyś tu na chwilę posiedzieć? Mieć na nią oko, podać szklankę wody, gdy poprosi, dotrzymać jej trochę towarzystwa, co? –
- Wiecie… - Syriusz jeszcze raz spojrzał na dziewczyny. Te jakże solidarnie włączyły postawę łagodnej, przyjacielskiej, ciepłej aury.
Zaskoczonej ofierze - choć ciężko bez względu na sytuację mówić tak o chłopaku, któremu podbródkiem sięga się w okolicę pępka – nie zostało więc wiele wątpliwości.
- Wiecie, jeśli ona nie ma nic przeciwko – rzucił wreszcie, nieco mniej nieśmiało.
- Teraz przyda jej się ktoś zdecydowany, silny…sam rozumiesz. Nawet jeśli ona tego głośno nie powie – machnęła ręką Salomea mówiąc jednak przyciszonym głosem.
Tierra nic nie powiedziała. Nie żeby tak ją zmogło, czy odmówiło współpracy wymęczone gardło. Po prostu nie mogła wykrztusić słowa z oburzenia – jak one mogą ją tak bezczelnie wkręcać?
- No widzisz? Nawet nie protestuje. I zobacz, od razu się uspokoiła jak zobaczyła miłą twarz. – ciągnęła swoje Lilia ciągnąc go jeszcze bardziej na środek kajuty. Sal bez słowa pomknęła, by ochronnie stanąć w drzwiach, a El podstawiła Syriuszowi metalowe krzesełko, bo nie była pewna, czy któraś w razie czego zgodzi się spać na załamanym łóżku.
- Przypomnij mi jak masz na imię, kawalerze? – Elena uśmiechnęła się ciocinym uśmiechem.
- Eee…Syriusz. –
- O, jakie ładne imię – pochwaliła Lilia wciskając chłopakowi w ręce butelkę wody mineralnej i jakąś czystą szmatkę w razie czego.
- Syriuszu, pozwól, że ci przedstawię – Elena odsłoniła twarz blondynki z pod zapoconych włosów – to jest Kora Tierra. –
Syriusza zatkało, kiedy zorientował się, że już spotkał tą dziewczynę. Właściwie teraz przypomniał sobie, że widział je wszystkie kiedy poprztykał się z tą sklonowaną owcą na najwyższym pokładzie.
- No, skoro już wszystko wyjaśnione…- Sal zatarła ręce i dyskretnie, spojrzeniem dała znać dziewczynom, że czas się zmywać.
Nie wiedziałby kiedy wyszły, gdyby się tego nie spodziewał. Jego czuły słuch, nie usłyszał nic poza cichym kliknięciem drzwi. Kora nie doceniała jednak zręczności koleżanek ani przez chwilę. Pomyślała za to krótko o tym jak pozbyć się na tym przeklętym statku trzech sztuk zwłok, bo z pewnością zabije koleżanki. Ona jest ledwo żywa, rzyga dalej niż widzi, a one zostawiły ją przy kolesiu, któremu najmniej chciała się pokazywać w takim stanie. Syriusz jako mało przebywający z płcią przeciwną, nie odczytał dobrze jej spojrzenia.
- Ja też jestem przede wszystkim ziemskim stworzeniem – odezwał się i uśmiechnął niepewnie, co w jego wykonaniu wyglądało jak krwiożerczy grymas nad przyszłą przekąską.
Kora patrzyła na niego przez dłuższą chwilę bez słowa modląc się, żeby motylki, które zatrzepotały jej w brzuchu nie spowodowały nawrotu torsji. W końcu wyciągnęła do niego rękę, ale była w stanie mruknąć tylko:
- Mogę wodę? –

Ciąg dalszy nastąpi...
Przez noc droga do świtania - Przez wątpienie do poznania - Przez błądzenie do mądrości - Przez śmierć do nieśmiertelności.
Avatar użytkownika
Kostucha
Przejściowy Pokój
Przejściowy Pokój
 
Posty: 29
Dołączył(a): 05 mar 2013, 23:28

Re: Liliumare

Postprzez Badziorek » 05 maja 2013, 23:51

Uf, przeczytałem całość z niemałym trudem. I muszę przyznać, że w sumie była to dla mnie droga przez mękę i wymagała sporego samozaparcia. Nie chciałbym Cię urazić, ale wyrażam swoje całkiem subiektywne zdanie.

Większych błędów nie znalazłem, chociaż zdarzyły się połknięte litery, źle odmienione czasowniki, nieprawidłowa interpunkcja, ot, małe niedoróbki. No i "póki" powinno się pisać przez "ó"...

Zdecydowanie najbardziej drażnił mnie styl i pomysł. Co do stylu, to zdania są krótkie, opisy enigmatyczne, a dialogi mnie nudziły. A przechodząc do pomysłu, nie oceniam opisywanego świata, bo stosunkowo niewiele da się o nim powiedzieć. Natomiast kreacje bohaterów przypominają mi popularną literaturę młodzieżową, czyli taką dla świeżo upieczonych gimnazjalistek. Mojej siostrze powinno się spodobać, mnie niesamowicie drażniło. Gdy czytałem o zachowaniu protagonistek, gdzieś w mojej głowie cały czas obijało się wyświechtane określenie "gimbaza... matko, gimbaza..." Kwadrans po przeczytaniu opowiadania nie jestem w stanie przypomnieć sobie imienia ani wyglądu żadnej z bohaterek, nie wspominając już o charakterze czy zachowaniu, ale to akurat może wynikać z mojej nieuwagi.
No i ta erotyka... Będę brutalny, ale szczery - dno i metr mułu. Kontakty damsko - męskie są właśnie jak z gimnazjum. Rozumiem, że wszyscy występujący w tekście są w wieku iluśtam-koło-15, ale matko, kto chce pisać/czytać o napalonych gimnazjalistach - smokach/wilkołakach/klonach? No, chyba że w dalszych częściach tekst staje się opowieścią o dojrzewaniu i odnajdywaniu własnego "ja", w co jednak szczerze wątpię. Nie wiem, ile masz lat i nie chciałbym być wścibski tudzież chamski, ale jak dla mnie, brzmi to jak fantazje dziewczynki w wieku lat 14. Albo i mniej, dzieci teraz ponoć szybciej dojrzewają.

No i mam zastrzeżenia co do oceny seksu w opowiadaniu aż na 6 (jak sądzę, w dziesięciostopniowej skali). Przyznam, po prostu tego nie rozumiem (Matko! Cycek w bikini na basenie! Pornografia wylewa się z ekranu!).

Zastrzeżenia co do "szóstki" dla przemocy są takie same. Jeśli popychanie się nawzajem i jeden kopniak w genitalia tyle dostaje, to ja boje się zamieszczać tu cokolwiek z własnej, jakże radosnej "tfurczości"...

Cóż, opinia to dość krytyczna, ale moja własna. Nie zrażaj się, może to ja się po prostu nie znam. Albo nie jestem targetem.

No i poza tym witam, pierwszy raz coś tu piszę.
Badziorek
 
Posty: 1
Dołączył(a): 08 kwi 2013, 21:34

Re: Liliumare

Postprzez Puchacz » 28 sie 2013, 22:48

Witaj, :- ) musisz porządnie popracować nad swoim stylem, niżej podałam jakie błędy popełniasz. Często posiłkuję się cytatami, gdyż tak najlepiej widać, o czym mówię. Popełniasz mnóstwo błędów, masz problemy z wielką literą, zapisem dialogów, powtórzeniami, składnią…
Wydaje mi się też, że ten pomysł nie był zbyt dobry, spróbuj opublikować coś innego, o innej tematyce. Skoro masz ambitne plany, to ćwicz. Ucz się, pisz więcej.


Każdy domek był tu z ogródkiem, a sklepiki małe, rodzinne z uśmiechniętymi sprzedawcami. Blisko do przedszkola, szkoły, urzędu. Blisko zasadniczo wszędzie zważywszy na wymiary samego miasteczka.”
Nie podoba mi się konstrukcja tych zdań. Domek z ogródkiem, owszem, ale tak jak napisałaś brzmi nieładnie. Nie mogę wymyślić, jak to napisać lepiej, żeby podać przykład. Raczej „przy każdym domku był ogródek”, „sklepiki były małe”, rodzinne – prowadzone od pokoleń przez jeden ród(?). Z każdego miejsca było blisko do… Blisko było zasadniczo…
W tych zdaniach zdaje mi się, że narrator(autor) za bardzo się śpieszył, wyobraził coś sobie i zapomniał, że czytelnik potrzebuje więcej słów niż on.

Mamy o mamach i dzieciach… potem o mężach… a potem znikąd „te” starsze latorośle. Trochę niedopracowany wstęp. Wcisnęło się też trochę błędów. Wstępy są ważne, dlatego że zwykle nudzą, jeśli wstęp zaciekawi czytelnika, to z pewnością odnosi się sukces. Ten jest niedopracowany, możliwe, że poprawiałaś go wielokrotnie i sama się w nim zgubiłaś (to mój bardzo częsty błąd, więc to rozumiem) .

„W jej torbie znajdowała się już nowa, świeża gazeta sportowa, która jakoś w kioskach w Soleggiato się nie przyjęła.”
Nie lubię jak coś jest „jakieś” – jakie? I nie przepadam za szykiem przestawnym – gazeta nie przyjęła się w kioskach Soleggiato. Ale to chyba bardziej moje osobiste spojrzenie niż coś istotnego.

Kora miała niedaleko do parku i ratusza. Przecież to wiemy… Wszędzie było niedaleko.

„Przed domem była mała psia buda, ale z psem, skocznym spanielem, na spacer wyszła jej młodsza siostra Irmina.”
To brzmi trochę w ten sposób: „Mam książkę, ale jej zakończenie mi się nie podoba.” Istnieje taka dysharmonia między jedną częścią a drugą. W pierwszej mówisz, że jest buda, ale z psem (wtrącenie o psie) wyszła siostra. Nie powinnam się chyba tak wielu rzeczy domyślać. Nie chodzi o traktowanie czytelnika jak idioty, tylko o pewną spójność; a tu mamy zbyt dużo treści w jednym zdaniu.

Nie podoba mi się pełna nazwa szkoły, jest dziwaczna, długa i zawiera zbyt dużo wielkich liter.
Wicedyrektor Szkoły Dla Obdarzonej Mocą Młodzieży Liliumare, ma zaszczyt oznajmić, że Panna Kora Oliwia Tierra […] Warunkiem wpuszczenia na teren szkoły jest okazanie autentycznego zegara Liliumare określającego Żywioł Przewodni ucznia. Z Poważaniem, Wicedyrektor Kasandra O'Reilly”…
Nie jestem szaloną feministką, ale mimo to napisałabym „wicedyrektorka”. Sugeruję też wymyślenie innej nazwy.
Nie rozumiem jak warunkiem wpuszczenia(!?) może być pokazanie zegara. Lepiej: uprawnienia do nauki w szkole zdobywa się wraz z nabyciem zegara czy coś w tym stylu.
Z poważaniem (mała literka), zaleca się także rezygnowanie z przecinka.

Mama Kory krzyknęła. Kora uspokoiła gestem.” – powtórzenie; nie widać w tym także dynamiki, żadnej. Wyobrażam sobie to trochę tak sztucznie jak w „Dlaczego ja?”.

„Właśnie, dlatego tata obiecał jej mamie, że porzuci czary.”
Bardzo niezgrabne zdanie, zwłaszcza, że mamy tutaj mnóstwo powtórzeń, zaimków i przez myśl mi nawet przeszło, że ojciec obiecał coś babce Kory (swojej teściowej).
Właśnie dlatego Mark obiecał swojej żonie, że nie będzie czarował. Porzucenie czarów też jest dość niezgrabne.

Sabina nie potrafiła się w żaden sposób przez pięć lat, które się znali przed ich ślubem przyzwyczaić do „tych dziwnych rzeczy”."
Wyszło ci w tym zdaniu „potrafiła się” a to brzmi okropnie. Przez większość zdania nie wiadomo, czego nie potrafiła; w międzyczasie wpychasz dość nieistotne wtrącenia.
Rozbijmy to na kilka zdań:
Sabina nie potrafiła – czego nie potrafiła?– przyzwyczaić się – do czego? - do „tych dziwnych rzeczy” – i dalej np. mimo że miała szansę oswoić się z czarami przez pięć lat, gdy nie była jeszcze żoną Marka.

A u Ciebie wygląda to tak: Sabina nie potrafiła – czego nie potrafiła? – się[!!!] – jak? – w żaden sposób – jak długo? – przez pięć lat – które? – które znali się przed ich ślubem - ee? – przyzwyczaić – do czego? – do tych dziwnych rzeczy.
Chaos.

"Co nie znaczy, że gdy Sabina nie patrzyła Mark nie pokazywał średniej córce, która odziedziczyła po nim zdolności, kilku sztuczek."
Za dużo „nie”. Dlaczego nie napisać tak: Jednak gdy kobieta nie patrzyła, Mark pokazywał Korze niektóre sztuczki.
„Średnia” w jakim sensie? Wieku, wzrostu, umiejętności? W tak zagmatwanym zdaniu dorzucenie „średniości” tworzy dodatkowy chaos.

Trójkąt ma wierzchołki, nie czubki. ;- )

„Miała trzy bliskie przyjaciółki. Wszystkie cztery [?] były obdarzone mocą i wszystkie liczyły na list z Liliumare. Skoro ona już swój dostała, one też już powinny je mieć.”
Wszystkie liczyły na list (jeden?) i powinny je (ale co?) mieć. Bardzo niestarannie budujesz zdania, nie zastanawiając się jak brzmią. Poradzę ci to, co często powtarzam: czytaj to, co piszesz. Będziesz dostrzegała więcej błędów.

Lista wygląda trochę przedszkolnie, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że chcesz poruszać treści erotyczne (6, prawda?) i ma być sporo przemocy, jak uprzedzałaś… Powinnaś pisać zatem poważniej, a jak do tej pory strasznie się nudzę, okropnie to dziecinne i chyba nie skuszę się na przeczytanie kolejnego rozdziału.



„Gracjan Sirop De Grenouille ożenił się po raz drugi z rozwódką Reginą De Rais wprowadzając do rodziny Eleny dwóch braci bliźniaków.”
Dziwaczne imiona i nazwiska źle świadczą o autorze. Zwłaszcza aż tak… i aż tyle…
Bliźniacy, czyli dwaj bracia; to błąd – pleonazm.

Muszę poruszyć kwestię imion, miasteczko ma chyba włoską nazwę, więc osadziłam domyślnie akcję w Italii. Nazwisko Kory jest chyba hiszpańskie, więc zakładamy takie korzenie. Ojciec nazywa się Mark Tierra… (ang.) Mark – czyli polski Marek, włoski czy hiszpański Marco, Marcos. Skąd on się wziął?
Gerard – hiszpański czy włoski Gerardo; Kordian(!!!) – to imię utworzone przez Słowackiego, nie występuje w innych językach; Lilianna – raczej hiszpańska czy włoska Liliana. Podawanie polskich wersji na zasadzie Kore – Kora, jest w porządku; ale skąd Mark? Dlaczego pojawia się tu takie multi-kulti… Mogę uznać, że w ten sposób oddajesz uniwersalizm, niech będzie – dlaczego nie.
“Gracjan Sirop De Grenouille”- Aha.

„Wypadła z piwnicy i przebiegła korytarzem tratując brata po drodze i przewracając stojący w przedpokoju stojak na parasole. Kordian złorzecząc na siostrę ledwo zdążył się podnieść, gdy z nóg go zbiła Kora pędząca za koleżanką.”
Ha? Ha? To miał być komizm sytuacyjny? Takie… kiepskie dość.

Wybrane błędy:

„Sal złapała jedno ciastko z talerza, który jej mama postawiła na stole z samego rana i wybiegła za Korą.” Yyy? Ciastka nie mogły po prostu leżeć? Dlaczego wszystko tak koniecznie chcesz tłumaczyć? Później powstają zawiłe, nielogiczne zdania.

„U Nas” – raczej „u nas”
„Większość była do jej ojca, Burmistrza.” – burmistrza
„ale Pani domu z miłym uśmiechem otworzyła im drzwi.”; - Bry, prze Pani! – odparły zgodnie. – pani
Masa takich błędów!

„Tajniki Eliksirów” - eliksirów; „Rytuały i Zaklęcia w Magii”– dlaczego wielką literą Zaklęcia czy Magia?; „Drogi Gwiazd”– gwiazd; „Mała Encyklopedia Znaków i Omenów”– znaków i omenów; „Jak czytać Runy”– runy; „Podstawy Numerologii”– numerologii, „Historia Magii”– magii; „Wprowadzenie do Języków Obcych” Eleonore Hronolingue[?!] – języków obcych.

Lista też w większości powinna być pisana małą literą np. „mundurek szkolny”. Wymieniając stosuj myślniki, takich znaków raczej się nie stosuje.

„Błękitny Ratusz z wieżyczką zegarową otoczony był parkiem, gdzie mamy przychodziły z dziećmi […] a same mamy mogły nieco poplotkować.”

Teraz fragment, który już komentowałam, ale w nim jest również mnóstwo powtórzeń, które można wyeliminować bez trudu. Nie chciałam zaznaczać ich dodatkowo wcześniej, ponieważ byłoby to bardzo nieczytelne.
„[1.]Kiedy Kora przesunęła palcami (…).
[2. ]Mama Kory krzyknęła.
[3.] Kora uspokoiła gestem.
[4.] Właśnie, dlatego tata obiecał jej mamie (…)
Między "mama" a "mamie" mamy tylko króciutkie zdanie przerwy.
[5.]Sabina nie potrafiła się w żaden sposób przez pięć lat, które się znali przed ich ślubem przyzwyczaić do „tych dziwnych rzeczy”.
[6.]Co nie znaczy, że gdy Sabina
[7.] (...)
[8.] Wieko zegara zatrzasnęło się i oczom Kory i Sabiny”…
Wybacz taki nietypowy zapis, ale chciałam Ci uzmysłowić, jak często pojawiają się te powtórzenia.
Kora - córka, dziecko, pociecha, dziewczyna, przyszła uczennica Liliumare;
Sabina - matka, żona, mama, rodzicielka, kobieta(?);
Mark - mężczyzna, ojciec, tata, mąż, głowa domu czy głowa rodziny;
I ostrożniej obchodź się z zaimkami.

„- Maaaamo, dostałam się! –” to błąd forum czy Twój? Taki zapis jest nieprawidłowy. Jeżeli po wypowiedzi bohatera, głosu nie zabiera narrator, to myślnik jest zbędny:
- Idę.

„ - Mamooo, Liliumare! (…) Zobacz. – rozerwała złoty papier”…
Ten błąd też się powtórzył. Jeśli narrator odnosi się do wypowiedzi bohatera, nie stawiamy kropki. A jeśli bohater mówi, kończy i zaczyna wykonywać czynność, to stawiamy kropkę a zdanie po myślniku piszemy wielką literą.
- Idę – powiedziała.
- Idę. – Uśmiechnęła się.
- Idę – powiedziała, sznurując buty.

„- Oho, - Kora uśmiechnęła się nieco złośliwie.” - bez przecinka.

„Mamo, rozumiem, że umówiłaś się z Tatą”… - t.

„- Tak, jest w sadzie. – Pani domu przepuściła ich[b] w drzwiach i ruszyła do kuchni.”
JE – Kora i Salomea, dziewczynki tj. one, przepuściła[b] je
.

Błędów strasznie dużo. Nieprzyjemnie się czyta, przykro mi to mówić. Przeczytałam pierwszy rozdział i mam zdecydowanie dość. Czytam i się nudzę, bardzo ciężko, opornie mi to idzie.
Mam podobne odczucia do przedmówcy.
Czuję, że to było pisane przez Ciebie dla Ciebie, taka fantazja, którą bardzo chciałaś opisać, urzeczywistnić. Wydaje mi się, że powinnaś spróbować coś innego. Koniecznie popracuj nad stylem i zasadami pisowni.

Pozdrawiam
Puś
Obrazek

Podążaj za białym królikiem.
Modzi widzą przez peleryny niewidki.


Pusia lubiła swój zielony balonik...!
Avatar użytkownika
Puchacz
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 841
Dołączył(a): 11 kwi 2009, 23:05


Powrót do Opowiadania

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron