[NZ] Zmartwychwstali

Wasza twórczość.

Moderatorzy: Matylda, sile

Zmartwychwstali

Postprzez Kostucha » 15 mar 2013, 21:50

Po długich namysłach postanowiłam, że wstawię tu początek do mojego najnowszego opowiadania. Mam nadzieję, że ktoś się skusi, przeczyta i podpowie mi jak się to się zapowiada. ^^ Liczę na szczerość.

Tytuł: Aktualnie brak, więc roboczo "Zmartwychwstali"
Autor: Kostucha
Beta: brak
Gatunek: Ciężko określić. Wszystko po trochu. :)

sex 0
przemoc 0
- Na razie 0, jak się coś zmieni i trzeba będzie wprowadzić ograniczenia wiekowe to dam znać. ^^


Prolog




Wyobrażaliście sobie kiedyś swoją śmierć? Co spodziewacie się ujrzeć, kiedy wasze powieki opadną na zawsze? Światło w tunelu? Anioła o białych skrzydłach lub mężczyznę z długą brodą, trzymającego klucze do bram nieba? A może odwrotnie, piekielne czeluście pełne ognia, siarki lub być może lodowatej, wiecznej pustki? Cóż, ja na pewno nie spodziewałam się, że skończę stojąc w szpitalnym korytarzu, w mojej ulubionej piżamie, patrząc w oczy, których kolor przywodził na myśl wypolerowane kulki obsydianu. I będę miała ochotę się śmiać…

Ale może zacznę od początku. Cała historia zaczęła się, kiedy skończyłam osiemnaście lat. Zachorowałam. To była głupota. Dopadła mnie jedna z tych dziecięcych chorób - Różyczka. Byłam u małej kuzynki w odwiedziny razem z rodzicami i TRACH, jakiś czas później leżałam cała w czerwonej wysypce. I zaczęły się problemy. Kłujące bóle w okolicach klatki piersiowej, duszności, kołatania serca. Na pewno nie pomógł fakt, że byłam osobą o znacznej nadwadze. W końcu padła diagnoza: Zapalenie mięśnia sercowego spowodowane wirusem różyczki i ciężka niewydolność serca. Rozwiązaniem miał być przeszczep. Lekarz zadzwonił pewnej niedzieli po czternastu miesiącach od wpisania mnie na listę oczekujących. Nie mogę powiedzieć, że nie byłam szczęśliwa, przynajmniej przez jakiś czas. Lekarz kazał mi przestrzegać naprawdę ciężkiej diety i stosować odpowiednie ćwiczenia, żeby zrzucić wagę przed przeszczepem. Przy każdym wyjściu z domu i zbiegnięciu po schodach zastanawiałam się, czy to nie będzie ten ostatni raz. I w końcu się udało. Operacja przebiegła planowo i przez pierwsze pięć dni nic nie wskazywało na to, że coś się schrzani. Byłam mocno osłabiona i karmiono mnie dożylnie, ale miałam przed sobą perspektywę dalszego życia. Przynajmniej tak mi się wydawało.
A potem mój organizm zaczął odrzucać przeszczep. Zmieniano leki immunosupresyjne, zwiększano dawki i nic. W końcu mój lekarz pojawił się przy mnie i mojej rodzinie oznajmiając, że zrobili już wszystko, co mogli zrobić. Mój organizm dalej odrzucał przeszczep, a w dodatku od tych wszystkich leków zaczęła mi szwankować wątroba. To była tylko kwestia czasu, ale moje serce stanie…
To co działo się potem pamiętam najmniej. Och, oczywiście, byłam załamana. Miałam niecałe dwadzieścia lat. Przede mną powinno być jeszcze całe, długie życie. Płakałam, chciałam rwać włosy z głowy i rzucać się, ale prawdę mówiąc nie miałam na to siły. Moja mama też płakała tuląc głowę w moją pościel. Wplotłam wtedy palce w jej włosy, pachnące szamponem grejpfrutowym i zaczęłam się uspokajać. Powoli. Jaśniej zaczynam pamiętać dopiero to, co działo się wieczorem. Było u mnie moje rodzeństwo. Mój młodszy, piętnastoletni brat, którego zawsze uważałam za tępego, ale w głębi ducha poczciwego faceta, patrzył na mnie z oczami pełnymi smutku, ale i buntu. Jakby myślał: Nie wierzę, że umierasz. Chcesz mnie nabrać. Razem z nim odwiedziła mnie dwuletnia siostra, która jest jeszcze za mała, żeby cokolwiek z tego zrozumieć. Już nie rozpaczałam, nie wściekałam się na los. Ogarniał mnie tylko smutek. Nigdy nie zobaczę, jak mój brat pozbywa się młodzieńczych pryszczy, idzie na studia, znajduje sobie dziewczynę. Nigdy nie będę miała okazji widzieć mojej siostry jako nastolatki, czy dorosłej kobiety. Nie dowiem się, jaka będzie.
Patrzyłam na nich i na moich rodziców. Na moją mamę, niewysoką kobietę o żelaznym charakterze. Kochałam ją najmocniej na świecie. Mimo, że z rodziców, to ona była tą najbardziej surową. To jej bałam się, gdy coś przeskrobałam i starałam się jej nie zawieść. Przy mnie była mała, drobna i czego jej zazdrościłam najbardziej – szczupła. Wydawałam się przy niej wielka, otyła i niezdarna. Nie była już młoda, ale i tak wydawała się młodsza niż wskazywał wiek w jej dowodzie, a mi zawsze dodawali lat. A jednak, nie mogłybyśmy się siebie wyrzec. Z twarzy byłyśmy bardzo do siebie podobne. Jak siostry – tyle razy nam to mówiono. Teraz miała zaczerwienione oczy pełne łez. Wargi jej drżały uwydatniając zmarszczki przy ustach. Ręce jej się trzęsły. Czy myśli o tym co ja? Że nigdy nie zobaczy jak staje się kimś sławnym? Jak znajduje mężczyznę swojego życia, wychodzę za mąż? Czy myśli o tym, że nie będzie mogła przytulać moich dzieci, swoich pierwszych wnuków? Że nigdy nie odwiedzi mnie w moim własnym domu, czy mieszkaniu?
Ojciec nie bardzo nadawał się na pocieszyciela. Siedział obok niej na krześle i cicho szlochał.
W ciągu następnych dni, było chyba trochę lepiej. Nie z moim nowym sercem, ale ze mną. W nocy nie spałam i mogłam myśleć tylko o tym, że mogę rano nie otworzyć oczu. W końcu doszłam do wniosku, że może to nie było takie złe. To chyba była ta faza akceptacji, chociaż nie przypominam sobie, żebym przechodziła przez inne fazy umierania, poza depresją. Nie zaprzeczałam temu, wiedziałam, że umieram. Nie było we mnie gniewu, jedynie smutek. Faza negocjacji? W coś wierzyłam, ale sama nie byłam pewna w co. Moi rodzice byli katolikami, ale ja wcale nie czułam się ograniczona do ich religii. Nie byłam ateistką. Wręcz przeciwnie, wierzyłam w możliwość istnienia, każdego boga, w którego wierzyli ludzie. Szanowałam inne religie. Ale nie wierzyłam, że jakieś negocjacje mają tu sens. Jeśli siła wyższa istnieje, nie negocjuje. Trzyma się swojego planu.
A ja nie miałam planu na życie, więc miało się ono skończyć. Odkąd skończyłam piętnaście lat dręczyło mnie przeświadczenie, że nie wiem co chciałabym robić w życiu. Czy potrafiłam coś, co wniosłoby jakąś wartość do świata? Nie byłam mądra. Prześlizgiwałam się z klasy do klasy na nędznych dwójach i trójach. Może byłoby nieco lepiej, gdyby moje lenistwo nie powodowało, że olewałam szkołę. Ale na wagarach też nie robiłam nic twórczego. Oglądałam telewizję, a najczęściej spałam odsypiając noce zawalone na czytaniu powieści fantastycznych i horrorów. Cóż, za ich pochłanianie w hurtowych ilościach nie da się zarobić milionów. W dodatku nie wyrobiłam sobie chyba dobrego gustu, bo podobały mi się najbardziej te, które nie wymagały wiele myślenia. Żadne tam skomplikowane psychologiczne zagadki, a proste szlachtowanie ludzi przez potwory typu wampiry, demony, wilkołaki. Na krytyka się nie nadawałam.
Lubiłam słuchać muzyki, bo pomagała mi marzyć. A w marzeniach byłam dobra. Moje rozmarzenie mogło mnie wyrwać ze świata na parę godzin, albo władować na drzewo podczas spaceru. Ale za marzenie o pierdołach i niestworzonych rzeczach nie płacą, a moja znajomość muzyki była mierna. Kojarzyłam utwory, ale artystów czy pochodzenie muzyki już nie, nie mówiąc już o jej tworzeniu. Nie potrafiłam zagrać nic poza paroma nutami kolędy na flecie, a śpiewałam tak przeciętnie, że wywalili mnie z chóru w podstawówce.
Właściwie, we wszystkim co robiłam byłam przeciętna. Lubiłam malować, szło mi dobrze i rzeźbić mi się czasem zdarzało…ale nie byłam geniuszem, nie miałam nawet wielkiego talentu. Wszystko co robiłam było przeciętne – ładne, ale żadne dzieło sztuki. Wiedziałam, że na tym nie zarobię i nie utrzymam się, więc nawet nie starałam się dostać na Akademię Sztuk Pięknych. Ktoś mi kiedyś podpowiadał, że powinnam się może wziąć za grafikę komputerową, bo to i tworzyć można i zarobić się da. Ale miałam tyle styczności z komputerem co sprawdzanie skrzynki mailowej i ściąganie notatek do referatów z internetu. Nie lubiłam nawet grać w gry komputerowe jak reszta moich rówieśników. Programy graficzne nieskończenie mnie irytowały i nie mogłam ich rozgryźć, a w końcu powodowały tylko tyle, że tęskniłam za zwykłą kartką i ołówkiem.
Czasem próbowałam też pisać opowiadania, bo czemu nie? W końcu tyle czytam, powinnam wiedzieć jak napisać dobrą książkę. Leżąc plackiem w szpitalu czy w domu miałam czas pisać. Zaczynałam tysiąc razy, setki różnych historii. Niektóre urywały się po jednej stronie, inne po trzydziestu rozdziałach. Miałam mnóstwo pomysłów, niestety przeważnie nie do tej książki, którą już zaczęłam pisać, ale do jakiejś nowej. I przeskakiwałam tak z jednej niedokończonej książki na drugą, zapominając w końcu, co powinnam pisać w tej pierwszej. I kiedy już napisałam coś więcej po miesiącu czytając to byłam zdołowana swoim żałosnym poziomem. Co niestety potwierdził mój znajomy, któremu po wielkich namowach postanowiłam dać przeczytać fragment. Ocena: Zaczyna się jak głupia historia dla cukierkowych nastolatek nie była werdyktem, który chciałam usłyszeć.
Poza tym jedyne co robiłam w miarę dobrze i co lubiłam, to gotowanie. Niestety też bez żadnego specjalnego talentu. Moje dania były dobre, co mogło wskazywać na to, że będę dobrą panią domu, bo łączyło się z tym, że lubiłam trzymać jako taki porządek. Niestety żaden super szef kuchni też się ze mnie nie zapowiadał. Podejrzewam, że nie zatrudniliby mnie nawet w przeciętnej restauracji… No i moje eksperymenty kuchenne doprowadziły mnie do ogromnej nadwagi.
Nie zapowiadałam się na żadnego wartościowego dla świata człowieka. Może tylko zajmowałam tu miejsce dla jakiegoś geniusza? A nawet jeśli nie, to czy dla mnie jako osoby nie było lepiej zakończyć to tu i teraz skoro i tak nic się nie zmieni? Bo cóż mogłam osiągnąć? Sądząc po praktykach z moją młodszą siostrą i bratem to żadną przebojową mamusią w przyszłości bym nie była. Nie przepadam za dziećmi i nie umiem z nimi wysiedzieć przez dłużej niż trzy godziny. Nie byłam też duszą towarzystwa. Prawdę mówiąc byłam artystyczną duszą na tyle, żeby być lekkim introwertykiem. Miałam całe dwie dobre przyjaciółki i paru znajomych, których widywałam najczęściej 2-3 razy w roku. Ciężko nazwać mnie imprezową i towarzyską. Żadna społeczna kariera też mnie nie czekała. Może skończyłabym studia na jakiejś administracji, albo polityce społecznej i skończyłabym jako referent w jakimś biurze. Nielubiany przez nikogo urzędas za szybą odrabiający latami te swoje osiem godzin robiąc w kółko to samo. Oczywiście, żadna praca nie hańbi i taka kariera nie jest zła, o ile się ma jakąś odskoczenie i nie ma bardzo wygórowanych ambicji. Cóż, moje ambicje popiskiwały niezadowolone na myśl o takim życiu. Życie od pierwszego do pierwszego, może z mężem i dziećmi…Nie, to nie było dla mnie i jakaś siła wyższa o tym wiedziała. Chciała mi tego oszczędzić.
W pewnym sensie byłam wdzięczna. Ból po środkach przeciwbólowych był znośny. Wyglądałam i tak przez większość życia okropnie, więc i teraz nie przejmowałam się swoim coraz gorszym wyglądem. Zresztą, nie miałam lustra, żeby móc to zauważyć. Było mi tylko bardzo smutno z powodu rodziny. Chciałam wiedzieć, co z nimi potem będzie. Wiedziałam, że poza zranionymi uczuciami rodzinnymi i straconą miłością moja śmierć nie będzie dla nich wielką tragedią. Nie byłam ich jedynym dzieckiem, wciąż będą mieli pociechę z brata i siostry, a oni z rodziców. Będą się wspierać. Rodzice będą o nich dbać, a oni zaopiekują się nimi jak przyjdzie starość. Sytuacja majątkowa może nigdy nie przedstawiała się w naszej rodzinie specjalnie super, ale nie mieliśmy długów, mogliśmy pozwolić sobie na drobne luksusy w postaci wakacji i nigdy nie brakowało na jedzenie, a teraz przy stole nie będzie już pięciu, a cztery osoby, więc będzie nawet lżej. Ja sporo jadłam.
Już wcześniej poprosiłam moje przyjaciółki by pod pretekstem przyniesienia mi paru rzeczy do szpitala weszły do mojego pokoju i zabrały z niego to, czego nie chciałam, by rodzice oglądali. Parę pamiątek chciałam, żeby wzięły dla siebie, ale nie chciałam by moja załamana matka znalazła niedługo po pogrzebie na przykład wielki, różowy wibrator, który moi znajomi podarowali mi na osiemnastkę. Wtedy to było zabawne, po mojej śmierci już raczej nie będzie. Niektóre zdjęcia z imprez, parę moich prywatnych listów. Pamiętniki, w których wyżywałam się na ludziach, którzy mnie wkurzali. Po co moja rodzina ma to widzieć? Chciałam im to ułatwić.

Noc, kiedy to się stało, była zwyczajna. Wieczorem pożegnałam się z rodziną. Tego dnia były u mnie moje dwie babcie i ten jeden dziadek, który jeszcze żył. Nie mogę powiedzieć, że było wesoło, ale…było miło. Mama ucałowała mnie w czoło na dobranoc, przez co poczułam się przez chwilę jak mała dziewczynka. Kiedyś często tak robiła, a ja kładłam się do łóżka z książką i zazwyczaj zasypiałam w trakcie czytania. Poczułam takie wzruszenie, że musiałam ją uściskać. Kochałam moją mamę jak nikogo na świecie. Prawie się popłakałam, kiedy wychodziła. Potem, kiedy zostałam sama, wszystko było takie zwyczajne i ciche. Szum maszyn, do których byłam podłączona i dźwięki samochodów wpadające przez uchylone okno ukołysały mnie do snu niespodziewanie szybko w porównaniu z ostatnimi dniami.
W nocy obudził mnie dziwny, monotonny pisk. Otworzyłam oczy i przez chwilę w ciemności próbowałam zlokalizować źródło dźwięku. Na początku mi się to nie udawało, oczy odmawiały współpracy, wszystko było rozmazane. W pierwszej chwili pomyślałam, że pewnie ktoś ściągnął mi okulary, gdy zasnęłam. Miałam dużą wadę wzroku, a wszystko wydawało się rozmazane. Ale potem nagle drzwi do pokoju otworzyły się i wpadli do środka lekarze zapalając światło, a mój wzrok się wyostrzył. Zrozumiałam, co mnie obudziło. Na jednym z monitorów przy moim łóżku jasna, prosta kreska z piskiem informowała, że moje serce stanęło.
Przez noc droga do świtania - Przez wątpienie do poznania - Przez błądzenie do mądrości - Przez śmierć do nieśmiertelności.
Avatar użytkownika
Kostucha
Przejściowy Pokój
Przejściowy Pokój
 
Posty: 29
Dołączył(a): 05 mar 2013, 23:28

Re: Zmartwychwstali

Postprzez Oria » 18 mar 2013, 00:34

Hmm... Dawno nie komentowałam na tym forum, a już szczególnie dawno nie komentowałam prozy w ogóle. Głównie siedzę w fandomach niż w tekstach własnych, ale postanowiłam, że skoro dawno mnie tu nie było, a i czas jakoś mam to przydałoby się skomentować jakiś tekst i akurat padło na Twój.

Sam tytuł nie za wiele mi powiedział. Na początku skojarzyło mi się z jakimiś wampirami, które to dopiero zaczynają swoją wampirzą karierę. Nie wiem dokładnie o czym będzie to opowiadanie dalej, naprawdę, nie mam w ogóle pomysłu. Bo mamy tutaj dziewczę, które umiera i dopiero z rozdziału pierwszego będę mogła więcej wydedukować, a przynajmniej mam taką nadzieję :)

Prolog jakoś mnie za bardzo nie zachwycił. Może dlatego, że nie jestem jakąś wielką fanką wewnętrznych monologów, bardziej wolę dialogi i jakąś wartką akcję. Główna bohaterka, której imienia nie znamy, momentami mnie męczyła tym, że nie nadaje się na śpiewaczkę, kucharkę itd. Ja rozumiem, że to jest straszny moment dla niej, kiedy dowiaduje się, że umrze młodo, ale nie spodziewałam się takiej reakcji. Trudno mi sobie wyobrazić nawet taką sytuację, kiedy osoba w białym kitlu oznajmia mi, że nie długo umrę. Nie jestem pewna, ale chyba w takiej chwili bym się załamała psychicznie, może bym wrzeszczała? Wpadła w histerię? Albo patrzyła bezmyślnie w ścianę z cieknącymi po policzkach łzami? Może miałabym pustkę w głowie, albo myślała o tym ile mnie ominie, ale myślenie w takiej chwili głównej bohaterki nieco mnie zaskoczyło. Myślała o tym, jakiej profesjii nie mogłaby wykonywać i, żeby koleżanki zabrały z jej pokoju wibrator i pamiętniki, no a zwłaszcza, że bez niej będzie lepiej. Nie wiem, może ja tego nie potrafię zrozumieć, ale dla mnie to brzmi trochę jak myśli samobójcy. Dużo jem, umrę, to rodzina będzie miała więcej jedzenia. Brakowało mi w tym wszystkim jakiś uczuć. Wszystko jest takie suche, bez wyrazu. Przecież wiadomość, że się umiera jest straszna, a czasami czułam w wypowiedziach bohaterki tak, jakby wiadomość o zbliżającej się śmierci ją obeszła. Jest w tekście napisane, że popadła w depresję, ale ja jej nie widzę, widzę natomiast użalanie się nad sobą.

Jak wspomniałam, albo i nie, nie czuję się jakoś w tym temacie i nie wiem, co w takiej chwili myśli umierający. Ja inaczej to sobie wyobrażam, tyle.

Co do strony technicznej to hmm... Momentami masz taki męczący styl tzn. jest bardzo dużo zdań krótkich. Ja wiem, że łatwiej je się pisze (samej mi się zdarza, teraz próbuję nad tym zapanować), ale źle czyta :) Masz trochę powtórzeń, czasami przecinki gdzieś szwankują, ale to wystarczy przeczytać tekst kilka razy, a powinnaś wszystko wyłapać.

Kostucha napisał(a):To była tylko kwestia czasu, ale moje serce stanie…

Tu zamiast ale pasowałoby mi bardziej kiedy.

Kończąc mój chaotyczny komentarz to uważam, że tekst nie jest zły. Naprawdę. Wybrałaś sobie trudną tematykę i nawet idzie odnieść wrażenie, że inspirowałaś się twórczością Jodi Picoult (ale to tylko wrażenie, bo nie wiem jak jest w istocie), po prostu póki co to do mnie nie przemawia, ale do kogoś innego może. Widzę w tym tekście jednak potencjał. W każdym bądź razie czekam na pierwszy rozdział, bo jak już wspomniałam, nie mam pojęcia czego się spodziewać, a ja z natury jestem strasznie ciekawska :)

Pozdrawiam i życzę weny,
Oria
Avatar użytkownika
Oria
Pozytywista Z Monoklem
Pozytywista Z Monoklem
 
Posty: 43
Dołączył(a): 26 kwi 2011, 21:09
Lokalizacja: Szczecin

Re: Zmartwychwstali

Postprzez Kostucha » 18 mar 2013, 19:27

Dobra, oto rozdział I. Mam nadzieję, że bardziej się spodoba niż prolog, chociaż raczej wątpię ^^"

Beta: W dalszym ciągu brak chętnych, ale jakby się ktoś skusił to będę radosna jak skowronek, bo mimo moich wysiłków tekst potrzebuje korekty xp



I



Mój słuch zaczął szwankować i nie do końca rozumiałam, co krzyczą lekarze. Ich głosy raz były wyraźne, raz jakby zagłuszone przez wypełniającą mi uszy watę, czasami nic nie słyszałam. Jeden z nich krzyczał do uwijającej się przy kroplówce pielęgniarki, żeby mi podać jakieś leki. Kiedy odzyskałam słuch padło:
- Defibrylator! –
Pomyślałam, że to bez sensu. Czułam się ogólnie dobrze i wcale nie czułam się umierająca. To była pewnie awaria maszyny. Przecież gdyby mi serce stanęło czułabym ból, widziałabym i słyszała coraz gorzej aż straciłabym przytomność, a tymczasem ja się rozbudziłam i nawet te drobne początkowe dolegliwości zniknęły. Chciałam powiedzieć, że nic mi nie jest, ale nagle nie mogłam zmusić warg, żeby się poruszyły. Próbowałam chwycić pielęgniarkę za rękę, ale moje kończyny leżały jak kłody na pościeli i nie reagowały. Owszem, czułam je, nie były ani zdrętwiałe, ani mnie nie bolały, po prostu nie chciały słuchać. No pięknie, sparaliżowało mnie, a oni zaraz porażą mnie prądem, bo jakaś głupia maszyna musiała popsuć się akurat teraz. Sekundy leciały i obserwowałam jak lekarz zbliża się do mnie. Próbowałam dać jakiś znak, cokolwiek: mrugnąć, gwizdnąć, poruszyć biodrami, kolanami…nic. Pośpiesznie rozpięto mi górę od piżamy i lekarz przyłożył urządzenie do mojej piersi. Nic nie poczułam. Widziałam tylko jak całe moje ciało podskakuje spazmatycznie. Raz, Drugi, Trzeci.
- NIC MI NIE JEST DO CHOLERY!!! CHCECIE MNIE POPARZYĆ?!! – Krzyczałam, ale nikt nie słyszał.
W końcu wszyscy się uspokoili, a ja odetchnęłam z ulgą. A potem padło.
- Czas zgonu: 19 lipca, godzina 2:20 –
- CO?! Ja żyję! – Krzyczałam.
Zero reakcji. Popili się wszyscy na tej zmianie?
Jakaś siwa pielęgniarka odłączała mnie od rurek. Przeraziło mnie to. Głąby pomyślały, że nie żyje i zaraz faktycznie mnie zabiją. Ale prawdę mówiąc nie czułam żadnej różnicy. Leżałam oszołomiona, gdy dwóch salowych przerzuciło mnie na łóżko z kółkami i zakryło prześcieradłem.
- To żart? Przecież ja żyję. – Spytałam jednego z nich, Marka. Poznałam go już w czasie mojego pobytu w szpitalu, był sympatyczny, wesoły, chociaż akurat nie w tej chwili.
Nic nie powiedział.
Jedna z pielęgniarek nakryła mi twarz prześcieradłem.
- No nie! Dość tego! – Próbowałam zmusić swoje ręce, żeby się ruszyły i ściągnęły mi materiał z twarzy, nie dało rady.
Zirytowałam się. Co to za głupi żart?! Sparaliżowali mnie jakimś narkotykiem i próbują wmówić mi, że umarłam! Zebrałam całą swoją siłę woli i zmusiłam się do podniesienia się do siadu. Udało się! Prześcieradło już nie zakrywało mi twarzy, a ja patrzyłam na Marka prowadzącego powoli wózek w stronę wind.
- Marek, nie wygłupiaj się. To świństwo przestało działać, a wasz żart nie był śmieszny. – Rzuciłam poirytowana. – Ile mój brat zapłacił ci z kieszonkowego za ten numer? Matka go zabije…-
Nawet nie uniósł głowy. Zmarszczyłam brwi.
Spojrzałam na swoje nogi. Nadal nie chciały się poruszyć. Leżały jak dwie drewniane kłody nakryte prześcieradłem. I wtedy coś mnie zaniepokoiło. Czy podnosząc się do siadu nie powinnam zrzucić z siebie prześcieradła tak, że znajdowałoby się teraz zrolowane na moich udach i brzuchu? Tymczasem ono leżało gładko jakby wycięta była w nim dziura, przez którą wystawał mi korpus. Powoli obróciłam się do tyłu i opadła mi szczęką. Usiadłam, owszem, ale moje ciało nadal spoczywało nieruchomo na wózku. Widziałam swoje ciemnobrązowe włosy i fragment czoła wystający z pod materiału. Zresztą sam materiał był na tyle cienki, że rozpoznawałam pod nim kontur swojej twarzy.
I wtedy dotarło do mnie, że ja naprawdę umarłam. Przez dłuższą chwilę o niczym nie myślałam, po prostu patrzyłam otępiała na swoje ciało.
Dojechaliśmy do drzwi windy, akurat gdy ktoś wysiadał.
- Marek! Idziemy na kawę? – Spytał pielęgniarz z podkrążonymi oczami.
- Jasne, tylko podrzucę tą małą do kostnicy – Marek zręcznie wprowadził wózek do windy.
Słysząc to ocknęłam się, natychmiast zeskoczyłam na podłogę i wyszłam z powrotem na korytarz. Nie ma mowy, żebym pozwoliła się zawieść razem ze swoim ciałem do lodówki!
To było takie dziwaczne, patrzeć jak drzwi windy zamykają się oddzielając cię od twoich zwłok. A było to tym dziwniejsze, że w ogóle nie czułam się martwa. Nie czułam się duchem. Miałam wrażenie, że jestem kompletnie materialna.
Nie będę oszukiwać, przez ten czas odkąd dowiedziałam się, że umrę wyobrażałam sobie, jak to jest być martwym. Nie byłam ani przezroczysta, ani eteryczna, miałam dokładnie swój kształt, taki jaki zapamiętałam z życia i czułam się tak, jakbym nadal miała ciało. Kiedy znajdowałam się na łóżku, w tamtym ciele, które umarło, nie mogłam nim ruszyć, ale teraz, gdy je opuściłam czułam się tak, jak motyl, który wyszedł z suchego kokonu: żywa i zdrowa. Materialna. Z tym, że nikt mnie nie widział. Wiedziona ciekawością poszłam do poczekalni, w której wisiało lustro i przejrzałam się w nim. Na szczęście widziałam swoje odbicie, chociaż pani, która obok poprawiała sobie błyszczyk najwyraźniej nie widziała mnie w lustrzanej tafli. Wyglądałam jak zawsze: gruba dziewczyna o szaro-zielonych oczach i długich do pasa, ciemnobrązowych włosach. Ubrana byłam w jedną z moich ulubionych piżam – beżowe długie spodnie i czerwona zapinana na guziki koszula z długimi rękawami. Piżama była nieco dziecięca, bo na klatce piersiowej wyszyte były trzy pingwiny w czapkach i szalikach. Nie mniej uwielbiałam ją, odkąd znalazłam ją dwa lata temu pod choinką. Materiał był ciepły i miękki, przypominał w dotyku polar, ale był dużo lżejszy. No i było to lepsze niż te szmaciane koszule szpitalne, jakie się widzi w amerykańskich serialach o szpitalach. Kaftan wiązany z tyłu i odsłaniający plecy i tyłek bezbronnego pacjenta. Dziękowałam opatrzności, że być może spędzę wieczność w ulubionej piżamie zamiast w takim kretyńskim wdzianku. Szkoda tylko, że nie wyszczupliło mnie trochę, skoro już nie żyję i nie mam cielesnej powłoki.
Kiedy tylko o tym pomyślałam moje odbicie w lustrze się zmieniło. Moja sylwetka się wyszczupliła, a ciało wyraźnie ujędrniło. Nagle miałam figurę dokładnie taką, o jakiej całe życie marzyłam. Wąską talię, zgrabne, kształtne biodra i ramiona, a jednocześnie zachowałam swój pokaźny biust tylko on jakby podniósł się i ujędrnił. Przez chwilę gapiłam się na siebie oniemiała.
- Wow…więc tak bym wyglądała jakbym trzymała dietę? –
To nadal byłam ja, te same oczy, włosy, twarz. Teraz jeszcze bardziej przypominałam mamę. Szkoda, że mnie teraz nie widzi.
Ale może tak miało właśnie być? Może miałam cieszyć się nowym wyglądem i jednocześnie cierpieć nie mogąc pokazać się nikomu w takim stanie. Kurcze, nawet piżama dopasowała się do mojego nowego rozmiaru. Przez chwilę podziwiałam się w lustrze, badając nowymi, szczupłymi palcami, które teraz wydawały mi się niesamowicie długie swój idealny, płaski brzuch. Żadnych obleśnych opon wokół pasa. Potem jednak rozejrzałam się niepewnie. Co teraz?
Spodziewałam się jakiegoś jasnego światła, może anioła przewodnika, czegokolwiek, jakiejś wskazówki gdzie iść, co robić. Czas mijał, a ja szwendałam się po salach szpitala licząc, że zdarzy się cokolwiek, choćby ziemia się miała rozstąpić i ognie piekielne miały mnie pochłonąć.
Zaczął się nowy dzień. Widziałam swoich rodziców i brata, którzy przyjechali do szpitala zobaczyć mnie. Tą martwą, bladą, chłodzącą się w kostnicy. Mojej siostry nie było, pewnie została z dziadkami. Ciężko, żeby oglądała zwłoki swojej siostry. Serce mi się krajało na widok mojej matki szlochającej rozdzierająco i chciałam ją przytulić, ale skończyło się na tym, że przeleciałam przez nią. To było jak przejście pod gorącą wodą lecącą z prysznica. W końcu i oni odjechali. Przyszedł wieczór, a po nim kolejny. Zanim się obejrzałam minął tydzień. Dwa razy byłam w domu, ale w końcu postanowiłam się tam więcej nie pokazywać, bo wszystko przypominało mi o moim życiu i smutek mnie ogarniał, gdy widziałam moją rodzinę snującą się w żałobie. Matkę wybierającą, w czym mnie pochowają i pakującą moje rzeczy do kartonów. Moją małą siostrę pytającą, co i raz, kiedy wrócę i niewierzącą, kiedy tłumaczono jej, że nigdy. Nawet moja biedna kotka, jako jedyna dostrzegająca mnie w domu miauczeniem prosząca bym ją pogłaskała czy dała jej jeść sprawiała, że chciało mi się płakać. Zrozumiałam w końcu, że najwyraźniej moje życie po śmierci będzie tak właśnie wyglądać. Będę snuła się po świecie jak duch, którym w końcu przecież byłam, aż za jakiś czas, może za sto, może za pięćset lat coś się w końcu zdarzy. Odrodzę się jeszcze raz, albo w końcu trafię do nieba, czy gdzie tam trafiają takie średniej jakości duszyczki jak ja. Nie wiedziałam gdzie idą dalej tacy przeciętniacy jak ja. W swoim wyobrażeniu nie zasługiwałam na piekło, ale i na niebo też nie specjalnie, więc nie wiedziałam, co się ze mną stanie. Na razie nic się nie działo.
Minął tydzień od mojego pogrzebu. Nie byłam na nim, ale widziałam klepsydrę na swoim bloku. W przeciwieństwie do tego, co opisują w książkach, nie miałam problemów z pojęciem czasu. Wszędzie były przecież zegarki, na witrynach kiosków gazety z datą, mogłam liczyć każdy dzień od mojej śmierci. Początkowo nie wiedziałam, co mam ze sobą robić. Ludzie mnie nie widzieli, za to zwierzęta jakoś mnie wyczuwały. Nie widziałam innych duchów, więc przypuszczałam, że każdy zmarły ląduje w swoim własnym wymiarze po śmierci i nie spotykamy się ze sobą. Sporo czasu spędzałam w szpitalu, zwłaszcza za dnia. Właściwie można powiedzieć, że tam zamieszkałam. Byłam niemą asystentką przy każdej operacji, patrzyłam jak zszywają ludzi na ostrym dyżurze, a jak mi się znudziło w pokoju socjalnym pielęgniarek oglądałam telewizję. Na szczęście nikogo nie dziwiło, że telewizor chodzi włączony. Dość szybko zresztą odkryłam, że przedmioty mogą być dla mnie materialne jak zechcę. A raczej, przedmioty są dla mnie materialne jak zawsze chyba, że akurat chcę, dajmy na to, przeniknąć przez ścianę, albo nie chcę, żeby lecąca piłka grzmotnęła mnie w głowę. Nie dotyczyło to jednak ludzi, nadal nie mogłam nikogo dotknąć, bo moja ręka przełaziła przez ludzi na wylot.
Nocami chodziłam do kina na nocne seanse, albo włamywałam się do księgarni żeby poczytać - co było łatwe, bo śmierć obdarzyła mnie umiejętnością czytania w ciemnościach i wyleczyła z wady wzroku. Nie czułam głodu, pragnienia, ani potrzeby snu czy korzystania z toalety. Nie czułam się też brudna, chociaż lubiłam nocami korzystać z prysznica, bo czułam ciepło wody na skórze, czy czymkolwiek innym była moja nowa powłoka. Mimo, że nie czułam głodu, czasem jadłam, od tak, dla przyjemności. Raz ugryzłam gruszkę faceta w stołówce przy szpitalu. Zabawną miał minę widząc odcisk moich zębów.
Próbowałam się oswoić z myślą, że tak już będzie zawsze, że będę cichym światkiem ludzkiego życia, w którym nie będę mogła już uczestniczyć. Oczywiście jak w wielu innych sprawach, myliłam się.

Dzień zapowiadał się normalnie, o ile normalnie może zapowiadać się dzień dla nieboszczyka. Odwiedzałam właśnie jeden z budynków szpitala, w którym znajdował się zakład dla psychicznie chorych. Lubiłam ten oddział. Psychiczni bywali zabawni. Oczywiście nie ci zamknięci na oddziale o zwiększonym rygorze. Ale lubiłam odwiedzać tych, co byli na tak zwanym oddziale otwartym. Znajdowali się tu z własnej woli, lub wysłani na przymusowe leczenie za jakieś drobne przewinienia. Ludzie z nerwicą natręctw, autyzmem, schizofrenią, histerią, depresją czy anoreksją. Nie no, oczywiście, nie wszystkie przypadki były śmieszne.
Cztery dni temu przywieźli na oddział chłopaka po wypadku. Z tego co wiem wypadek był zwyczajny, potrącono go na przejściu dla pieszych. Z tym, że nie każdy pieszy wyskakuje pod koła samochodu w ataku szału i próbuje się siłować z pędzącym samochodem. Chłopak wyraźnie miał coś z głową, ale szybko polubiłam przebywanie z nim. Dlaczego? Bo miał zwyczaj gadania do siebie. A może nie do siebie, a do kogoś kto przebywał z nim w pokoju i czasem miałam przez to wrażenie, że mówi do mnie. To była miła odmiana. Chociaż kiedy zorientowałam się, że to nie do mnie kieruje słowa czułam się zawiedziona, już zaczęłam myśleć, że ktoś mnie widzi. Niestety bardzo często Aleks, czyli ten właśnie konkretny pacjent, mówił i patrzył w zupełnie innym kierunku. Czy kogoś tam widział, nie wiem. Czasami miałam wrażenie, że on sam nie wie, do kogo gada. Nie zwracał się do niego jakimś konkretnym imieniem i miałam wrażenie, jakby ten ktoś nie odpowiadał mu słowami, a jedynie jakimiś gestami. Aleks nigdy nie sprawiał wrażenia, że słucha, raczej wczuwał się i przyglądał. Może ten jego widmowy przyjaciel był niemy? Ale jeśli tak, to czemu Aleks czasem gadał do niego, chociaż nie patrzył w żadne konkretne miejsce? Cóż, nie byłam psychologiem, nie ja miałam zrozumieć, co chodzi po głowie temu chłopakowi. Miło było czasem obejrzeć z nim film na laptopie i usłyszeć pytanie: Ten film był niezły, nie?, albo gdy czasem rysował, a naprawę potrafił czasem naszkicować zwykłym ołówkiem prawdziwe cudo, pytał: I jak? Podoba ci się?
Oczywiście ja i jego niewidoczny przyjaciel nie zawsze się zgadzaliśmy, ale cieszyłam się tą namiastką rozmowy, nawet, jeśli Aleks właściwie nie mówił do mnie. No i nic go nie dziwiło. Kiedyś, jak pielęgniarka wywiozła go do łazienki na wieczorną toaletę wzięłam ołówek i poprawiłam kilka jego szkiców. Przyłapał mnie na tym. Nawet, jeśli pielęgniarka mogła uznać, że jakiś niewyczuwalny wiatr przekręca kartki w notatniku pacjenta to sam Aleks widział, że jego rysunki się pozmieniały. Pewnie wziął mnie za swoje kolejne urojenie, ale przyjął to ze spokojem. I całe szczęście, bo z tego co wiedziałam z rozmów pielęgniarek i lekarzy, czasem miewał okropne ataki i nie chciałam niechcący ich u niego wywołać.
Właśnie szłam w stronę jego pokoju, kiedy zorientowałam się, że coś jest nie tak. Dobra, było dość wcześnie i naprawdę zdziwiłyby mnie tłumy, ale w tej chwili na ogromnym, szerokim korytarzu nie było nikogo. Ani jednej, żywej duszy, tylko jedna moja, już nie żywa. Gdzie pielęgniarze i pielęgniarki? Gdzie salowe? Odwiedzający? A pacjenci? Przecież nie wszyscy śpią do południa, niektórzy z nich cierpią na bezsenność, a ci z nerwicą natręctw są na nogach od piątej lub szóstej rano. Coś było nie tak. Jakieś napięcie wiszące w powietrzu.
Pomyślałam, że to może właśnie to. Może zaraz wydarzy się coś, co zdefiniuje jakoś moje przyszłe nie-życie.
Sama nie wiem, czego oczekiwałam. Diabła, który wyskoczy na mnie zza rogu? Otwarcia się bram niebieskich? Pojawienia się schodów do nikąd na środku korytarza? Oj, naczytałam się w życiu sporo fantastyki, wyobrażałam sobie różne rzeczy, od potworów, po kostuchę w czarnej szacie z kosą. Ale na pewno nie spodziewałam się, że drzwi na końcu korytarza otworzą się i przejdzie przez nie zupełnie zwyczajny chłopak.
W pierwszej chwili pomyślałam, że coś mi się pokręciło, a to był pewnie normalny odwiedzający. Chłopak, mniej więcej w moim wieku, dość niski, może odwiedza swoją dziewczynę-anorektyczkę? Przyglądałam mu się przez chwilę. Miał czarne, krótkie włosy lśniące jakby je czymś nabłyszczył, choć nie były posklejane, ani ulizane od żelu. Sterczały mu na głowie niechlujnie - nie jak uczesanie, ale jakby dopiero co ściągnął z głowy czapkę i nawet nie zawracał sobie głowy poprawieniem włosów. Oczy miał czarne lub ciemne, z tej odległości ciężko mi było orzec, ale jako, że cerę miał bardzo bladą jego oczy zdawały się skupiać całą uwagę, gdy patrzyło się na twarz. Na czubku prostego nosa opierały mu się okulary przeciwsłoneczne typu lenonki, ale w tej chwili zupełnie nie przesłaniały oczu. Ubrany też był zwyczajnie: proste, lekko znoszone jeansy, granatowy podkoszulek i skórzana kurtka.
Dopiero po minucie zorientowałam się, że chłopak stanął i wyraźnie mi się przygląda. Mi, duchowi. Rozejrzałam się jeszcze wokoło, żeby zobaczyć, czy coś innego mogło przykuć uwagę tego gościa, ale nic innego w korytarzu ciekawego nie było i nikt poza mną i nim się tu nie znajdował.
Ten koleś naprawdę patrzył na mnie. I najwyraźniej mnie widział, bo powoli ruszył w moim kierunku. To dopiero było dziwne. Pomijając fakt, że mnie widział, to na korytarz wszedł normalnie, ale idąc do mnie poruszał się powoli, jakby starał się wyglądać majestatycznie, wolno rozłożył ramiona jakby się ze mną witał i cieszył się na mój widok.
- Moje drogie dziecko… – odezwał się głosem niezbyt umiejętnie modulowanym tak, żeby zabrzmiał niżej niż zwykle.
Nie mogłam się powstrzymać i parsknęłam śmiechem. Po takim czasie spodziewałam się wszystkiego, ale to?
- Dziecko? Nie wyglądasz na starszego ode mnie – odparłam zatykając sobie usta dłonią, żeby zatuszować chichot.
Między brwiami chłopaka pojawiła się pojedyncza zmarszczka. Widać nie takiej reakcji się spodziewał, a ja nie chciałam go rozgniewać. To pierwsza osoba, która faktycznie mnie widziała i chciała rozmawiać.
- Kim jesteś? Dlaczego mnie widzisz? – Spytałam cicho.
- Jestem Archaniołem, przybyłem po ciebie. – Powiedział ciągle tym niepotrzebnie modulowanym głosem.
Spojrzałam na niego sceptycznie. Archanioł? Dobre sobie. Nie tak wyobrażałam sobie anioła. Może to jakiś nowy pacjent szpitala i ma tak pomieszane we łbie, że widzi umarłych.
- Jak ci na imię? Którym z Archaniołów jesteś? – Spytałam krzyżując ręce na piersi.
- Eee… - zamyślił się na chwilę. Chyba nie był przekonany, co do swojego bycia archaniołem, skoro nawet nie pamiętał jak ma na imię. – Jestem Rafael, tak... Archanioł Rafael. –
Znowu zaczęłam się śmiać, po prostu nie mogłam się powstrzymać. Facet był tak kiepskim aktorem, że głowa mała i gdybym nie była martwa pewnie umarłabym ze śmiechu.
- A gdzie twoje skrzydła aniele? –
- Mam skrzydła, nie widzisz? – Rozłożył teraz ramiona szeroko, jakby się przeciągał. Tym razem nie potrafił powstrzymać grymasu irytacji z faktu, że się z niego śmieje, przez to zgubił też gdzieś swój modulowany głos. – Czego rechoczesz?! –
Wyprostowałam się starając powstrzymać śmiech. W sumie rozumiem jego irytację, nikt nie lubi jak się z niego śmieją, a ja nie chciałam go do siebie zrazić, być może był jedyną osobą, z którą dane mi będzie jeszcze kiedykolwiek pogadać. Chociaż powinien oczekiwać, że się będą z niego śmiać, jeśli podchodzi do nich w zwolnionym tempie udając archanioła Rafaela z nieudolną chrypką jak w czasie młodzieńczej mutacji.
- Wiesz, nie wiem co chciałeś osiągnąć tą parodią jeśli nie śmiech, ale podpowiem ci coś. Zacznij od ubrania. Żaden człowiek nie uwierzy, że archanioł tak się ubiera. Skrzydeł najwyraźniej jednak zapomniałeś zabrać z nieba aniele, bo ja ich nie widzę. A i z trzech najpopularniejszych archaniołów wybór akurat Rafaela był pomysłem strasznie nietrafionym. – wyjaśniłam siląc się na spokój.
Spojrzał na mnie krzywo.
- Dlaczego? –
- Bo czci go się jako patrona aptekarzy, chorych, lekarzy, emigrantów, pielgrzymów, podróżujących, uciekinierów, wędrowców, żeglarzy, policjantów i terapeutów. Jego imię oznacza: Bóg uzdrawia. Rozumiałabym, gdybyś podał się za Gabriela, bo jest aniołem zwiastowania, zmartwychwstania, miłosierdzia, zemsty, śmierci i objawienia. Od biedy mógłbyś się podać za Michaela, bo u pisarzy kościelnych uchodzi za księcia aniołów, archanioła, który stoi u wezgłowia umierających, którym następnie towarzyszy w drodze do wieczności. Łączy się z tym jego patronat nad kaplicami cmentarnymi, a artyści przedstawiają go z wagą do odmierzania dobrych uczynków. – tłumaczyłam spokojnie. Tak, może nie miałam się za czystej krwi katolika, ale czytałam biblię i swego czasu interesowałam się mitologią chrześcijańską, zresztą żydowską, prawosławną i islamską też, bo przynajmniej w niektórych aspektach opierają się na podobnych wierzeniach. Cóż, nie powiem, żeby ta wiedza do czegoś mi się w życiu przydała.
- Przynajmniej wiesz, że umarłaś…to już coś…- mruknął przybysz pod nosem jednocześnie ramiona opadły mu ze zrezygnowaniem.
- Ciężko, żebym się nie zorientowała skoro umarłam ponad dwa tygodnie temu – westchnęłam ciężko. – Dobra, ale tak serio. Nie to żebym narzekała na to, że mogę w końcu z kimś pogadać, ale kim ty jesteś i czego chcesz? –
Chłopak przekrzywił lekko głowę.
- A kogo widzisz jak na mnie patrzysz? –
To było niewątpliwie dziwne pytanie, ale może tak już jest po śmierci. Przyłazi do ciebie facet i zadaje głupie pytania. Co ja mogłam wiedzieć, tylko raz w życiu umarłam.
- Widzę niewysokiego kolesia w skórzanej kurtce, któremu zaraz okulary roztrzaskają się na podłodze, jeśli ich nie poprawi na nosie. – Rzuciłam z uśmiechem. Nie mogłam opanować mimiki twarzy, usta same mi się uśmiechały. – Gościa, który zdaje mi się, chciałby mieć niższy głos niż ma, ale mu to nie wychodzi i mimo niechlujnego stroju i zwyczajnego wyglądu próbuje zgrywać anioła. I to nie tego, co potrzeba. –
Wyraz jego twarzy zmienił się tak diametralnie jakby ktoś czarodziejską różdżką nałożył mu na twarz maskę. Mieszanka wściekłości, irytacji, jakiegoś głębokiego zawodu. W tej chwili ten niewysoki, zwyczajny chłopak wydał mi się tak przerażający jak najgorszy koszmar i nieprzewidywalny jak arabski terrorysta przypięty do beczki trotylu. Odruchowo cofnęłam się o trzy kroki. Na pewno kłamał mówiąc, że jest archaniołem, ale gdyby teraz przyznał, że jest samym szatanem uwierzyłabym mu od ręki.
Przez noc droga do świtania - Przez wątpienie do poznania - Przez błądzenie do mądrości - Przez śmierć do nieśmiertelności.
Avatar użytkownika
Kostucha
Przejściowy Pokój
Przejściowy Pokój
 
Posty: 29
Dołączył(a): 05 mar 2013, 23:28

Re: Zmartwychwstali

Postprzez Kostucha » 29 mar 2013, 18:59

Beta: Brak. W dalszym ciągu poszukiwany/na ;) Rozdział tym razem z Jego perspektywy.


II



Zerknąłem jeszcze raz na skąpą rozpiskę, którą dostałem w głównym budynku – to był kiepski pomysł, bo nie zwróciłem uwagi na światła i prawie władowałem się pod jadące BMW. Bym się zabił - znowu - tym razem już na amen. Głęboki oddech. Trzeba wziąć się w garść. Byłem stanowczo zbyt podekscytowany. Musiałem przyznać przed sobą, że miałem ogromne nadzieje związane z tą wycieczką w miasto. Znaleźli nowego, świeżego ducha, którego można by rekrutować, a teraz moja kolej, jako przywódcy drużyny, iść go powołać do służby. Nie to, żebym się cieszył, że to akurat ja jakieś świeżo zmarłej duszyczce będę tłumaczył, na czym świat stoi. Zazwyczaj to piekielnie irytujące zajęcie, bo świeżo zmarli, którzy nadają się do powołania do służby muszą być młodzi i pełni życia zanim umrą. No cóż, to jakby nie patrzeć ostro ogranicza sposób, w jaki umierają – 90% to ofiary wypadków, katastrof, klęsk żywiołowych, morderstw itp. Niestety, ci nagle wyrwani z życia zazwyczaj są tak ogłupiali, że nie są świadomi, że nie żyją. Kłócą się z tobą, że to nie prawda, że są sztywni. Albo jeszcze gorzej, próbują się z tobą targować, żebyś odesłał ich z powrotem do ich dawnego życia, co jest niemożliwe.
Kiedy znalazłem się po drugiej stronie ulicy jeszcze raz przyjrzałem się kartce papieru wręczonej mi w sekretariacie. Suche wypunktowane dane, na podstawie, których miałem się domyślić, jak mam postępować z nowym zmarłym. Pochodzenie: Polska - naprowadziło mnie na ten kraj. Według naszego wywiadu, duch najczęściej przebywa w szpitalu, w którym umarł. Nic nowego, większość martwych ludzi nie jest w ogóle świadoma faktu, że może się poruszać poza obrębem miejsca, w którym wyzionęło ducha. Niektórzy łażą za swoim ciałem, a potem siedzą na własnym nagrobku i nie ruszają się z niego. Ja bym się chyba zanudził na śmierć. No, ale to byłoby ciężkie, gdy jest się już martwym. Nic dziwnego, że większość w końcu zżerają Pożeracze Zmarłych, skoro tylko siedzą w miejscu i pachną Straconym Życiem.
Nie było mi ich żal. Większość w ogóle się nie nadawała do rekrutacji. Potrzebowaliśmy nie tylko młodych ludzi, którzy zginęli w wypadkach. Najważniejsze było, by mieli pewne predyspozycje, które zwracały uwagę naszych przełożonych, a mianowicie: bujną wyobraźnię. Za życia nie zawsze się przydawała, ale po śmierci można było ją przekształcić w moc. Człowiek, który umarł i zmartwychwstał dosłownie mógł sprawić, żeby słowo stało się ciałem. I takich było nam trzeba. Oczywiście ograniczała go jego własna wyobraźnia i siła woli.
A mi konkretnie trzeba było wojownika. Zostałem dowódcą drużyny piątej jakieś cztery lata temu i była to dosłownie niedźwiedzia przysługa ze strony moich przełożonych. Już sam fakt, że ciągle nazywają nas Drużyną Piątą jest pewnym wskaźnikiem mojego niepowodzenia. Kiedy drużyna zasłużyła sobie jakimiś osiągnięciami, szczególnymi cechami czy umiejętnościami to zyskiwała sobie nowy przydomek. Mieliśmy Amazonki, Pogromców Smoków, Władców ognia. Całe szczęście, że jeszcze nie wpadli na to żeby nas oficjalnie nazwać zgrają łamag, maminsynków i dziwaków. Nie mówię, że goście z mojej ekipy byli źli. Przy bliższym poznaniu okazywali się mili i zabawni. Ale nie jesteśmy od tego by być mili i zabawni, a skuteczni, sprawni, zdyscyplinowani. Potrzebny mi był do drużyny ktoś pokroju gości z Pogromców Smoków, tylko mniej wredny. Ktoś duży, silny, sprawny i posłuszny. Ktoś, kto pomoże mi jakoś wywindować w górę nasz oddział. Żebyśmy nie robili samych najgorszych, najbardziej posranych misji, przy których większość roboty odwalam sam.
Zatrzymałem wzrok na punkcie Rodzina na liście z sekretariatu. Przy Rodzinie był dopisek: Wyznanie Rzymsko-Katolickie.
Westchnąłem. Nie jest tak źle. Coś niecoś wiem o chrześcijaństwie. Gorzej jakby się buddysta znowu trafił.
Była jeszcze jedna rzecz, która mnie irytowała w świeżo zmarłych. Zmarli widzą świat przez pryzmat swoich wyobrażeń. Dla nich to, co sobie wyobrażą może być rzeczywiste, a więc, gdy podświadomie zaczynają rozumieć, że nie żyją obraz ich rzeczywistości zaczyna dostosowywać się do tego, co sobie wyobrażają o zaświatach. Mogą dalej się sprzeczać, że nie powinni umrzeć i chcą wracać, ale zamiast mnie, będą widzieć jako swojego oponenta świętego Piotra, albo innego Anioła, albo boską światłość. To zależy od ich wyobraźni i wierzeń. To nieważne, jak uda mi się doprowadzić ich do głównego budynku to tam dadzą im nowe ciało i zaczną dostrzegać rzeczywistość poprawnie. Dawno nauczyłem się, żeby nie sprzeczać się z ich wyobrażeniami tylko je podsycać. To sprawia, że są spokojniejsi i łatwiej wierzą w to co mówię.
W końcu znalazłem się pod bramą na teren szpitala. Były tu trzy ogromne budynki. Dobrze, że nie musze szukać tej duszyczki łażąc na piechotę po całym kompleksie. Wyjąłem z kieszeni mały okrągły kamyk, który nazywamy szperaczem. Szperacz jest koloru tęczy, czy raczej wielokolorowy, bo tęcza ma kolorów tylko siedem, a kamienna kulka mieni się wszystkimi barwami jakie przyjdą ci do głowy. Im bliżej jest jakiegoś ducha tym intensywniej widać jakiś pojedynczy kolor, w zależności od jego aury. Rzuciłem szperacz przed siebie, a on zniknął. Tak, zniknął. Wcale nie opadł na ziemię, a pomknął przez powietrze do najbliższego ducha. Przy nim rozpłynie się w powietrzu sprawiając przy tym, że w przeciwieństwie do martwej istoty, wszystkie żywe stworzenia uciekną z tego obrębu. Ludzie nie będą tego świadomi. Po prostu poczują, że aktualnie nie chcą przebywać w tym miejscu i wolą się zająć czymś gdzie indziej, albo na przykład poczekać zanim wejdą coś zrobić w danym pomieszczeniu. A ja z kolei, jako zmartwychwstały wyczuje to miejsce jako obszar chłodu i nie będę musiał szukać ducha łażąc na oślep.
Szybko poczułem chłodny powiew na karku. Trochę zmartwiło mnie, że dobiegał on ze strony psychiatryka. Miałem szczerą nadzieję, że to nie jest żaden wariat, który tam umarł, a jedynie szwenda się po tym budynku dla zabicia czasu. Niestety w moich skąpych notatkach zapisano tylko, że przyczyną śmierci była choroba. Samo to było niezwykłe. Osoby chorujące mają zazwyczaj masę czasu, żeby pogodzić się z losem, przez co bardzo szybko przechodzą później do innego stanu bytu, już dla nas nieosiągalnego. Ale jeśli ten duch był chory psychicznie i na przykład przedawkował leki, albo nałykał się szkła czy wykrwawił, bo jakieś urojenia kazały mu dźgać się nożem…
Wolałem nawet nie myśleć o tym, że dostanie mi się kolejny oszołom do drużyny. Dlaczego ten wywiad nie piszę nic o cechach tego zmarłego? Gdybym miał opis w stylu: Były sportowiec, dwa metry wzrostu, biceps wielkości mojej głowy, przyjęty do służby wojskowej z kategorią A to wiedziałbym, po co się fatyguję. Co prawda nie zawsze jest tak, że rekrut chce należeć akurat do drużyny tego dowódcy, który go powołał, ale w większości przypadków tak właśnie jest. A Bogowie mi świadkami, że potrzebny mi w drużynie ktoś taki.
Ducha zlokalizowałem w pierwszym korytarzu już na parterze. Z oddzielających korytarz drzwi buchało takie zimno, że zacząłem się cieszyć ze swojego gapiostwa - zapomniałem, że w europie środkowej na przełomie lipca i sierpnia bywa bardzo gorąco i założyłem kurtkę. Otworzyłem drzwi i wszedłem na korytarz. Ducha zlokalizowałem natychmiast, bo stał centralnie na środku korytarza. Z zaskoczenia aż okulary zsunęły mi się na czubek nosa. Nie wiem czy najpierw poczułem zawód, bo niewątpliwie duch nie był dwumetrowym sportowcem, przyszłym żołnierzem, a zwykłą dziewczyną, czy może szok wywołany faktem, że była tak wyraźna, że mógłbym ją wziąć za żywą. Duchy nie są wyraźne. Dla normalnego, ludzkiego oka duchy są właściwe niewidoczne, czasem widzą coś, jak zafalowanie powietrza nad gorącym asfaltem. Dla zmartwychwstałych, duchy są dużo bardziej widoczne. Zaraz po śmieci są jak mglisty zarys. Im dłużej nie żyją tym są wyraźniejsze, jaskrawsze, aż w końcu znikają w rozbłysku światła i przechodzą dalej. Ta tu, była tak wyraźna jakby zaraz miała buchnąć światłem i zniknąć. Najwyraźniej przyszedłem w ostatniej chwili. Była jak żywa. Miałem wrażenie, że gdybym złapał ją za rękę dotknąłbym żywego ciała. Jedyną oznaką śmierci, były oczy, one nigdy nie stają się wyraźne, zawsze są rozmazane, jak pasek cenzury w wywiadach z ludźmi chcącymi zachować anonimowość. Ciężko nawet było określić jaki mają kolor, bo zdawało się, że bije z nich łagodna światłość. Mimo wszystko nie trudno było zauważyć, że patrzy na mnie. No dobrze. Przedstawienie czas zacząć.
Ruszyłem powoli w jej stronę, majestatycznie unosząc ramiona. Jest katoliczką, więc pewnie widzi mnie jako wyobrażenie świętego, w białej todze, pewnie z długą siwą brodą. Jeden z moich podwładnych powiedział mi kiedyś, że kiedy zobaczył mnie po raz pierwszy wyglądałem jak swój pradziadek ze złotą aureolą nad głową.
Starałem się przemówić do niej niższym, poważniejszym głosem.
- Moje drogie dziecko… - zacząłem. Ze zgrozą przypomniałem sobie co się działo, kiedy Alto, mój kolejny podwładny po usłyszeniu podobnych słów rzucił mi się na szyje uważając, że widzi swojego zmarłego ojca.
Dziewczyna jednak wyraźnie nie miała podobnych skojarzeń, bo parsknęła śmiechem, który zaraz próbowała zagłuszyć dłonią przyciśnięta do ust.
- Dziecko? Nie wyglądasz na starszego ode mnie – odparła rozweselonym głosem.
Zmarszczyłem brwi. Dobra, rzadko zdarzało się, żeby zmarły tak reagował, ale jeśli faktycznie widziała mnie jako młodą osobę…
W takim razie musiała mnie widzieć jako anioła. Inna opcja dla katolika nie przychodziła mi do głowy. Nie sprawiała wrażenia osoby, która mogłaby się spodziewać diabła. Raczej byłaby przestraszona, gdybym ukazał jej się jako diabeł.
- Kim jesteś? Dlaczego mnie widzisz? – spytała cicho.
- Jestem Archaniołem, przybyłem po ciebie. – powiedziałem ciągle starając się brzmieć spokojnie i przekonująco.
Spojrzała na mnie sceptycznie. Nie wiem jak mogłem to określić nie widząc wyrazu jej oczu, ale właśnie tak czułem, że patrzy na mnie pełna sceptycyzmu.
- Jak ci na imię? Którym z Archaniołów jesteś? – spytała krzyżując ręce na piersi.
- Eee… - zamyśliłem się na chwilę. Jak tam się nazywali ci archaniołowie? Kurde, mogłem pomyśleć o tym wcześniej. W końcu przypomniałem sobie, że był Michael, Rafael i jeszcze jakiś na G, ale nie mogłem sobie przypomnieć co to za imię. Michael chyba był żołnierzem, raczej walczył z diabłem niż zajmował się duszami, chyba…
- Jestem Rafael, tak... Archanioł Rafael. – odparłem w końcu.
Zaczęła się śmiać. Aż się skuliła trzymając się za brzuch jakbym jej opowiedział świetny dowcip.
- A gdzie twoje skrzydła aniele? –
- Mam skrzydła, nie widzisz? – rozłożyłem teraz ramiona szeroko, jakbym się przeciągał. Jej wyobraźnia powinna jej podsunąć widok moich skrzydeł. Powinna dostosować obraz, do tego co mówię. Jednak ta dziewczyna dalej zanosiła się śmiechem, tak jakby miała się zaraz popłakać. Zirytowałem się. – Czego rechoczesz?! –
Wyprostowała się starając powstrzymać śmiech. Jej pełne usta nadal się jednak uśmiechały. Miała całkiem ładny uśmiech szkoda, że z jakiegoś powodu śmiała się ze mnie.
- Wiesz, nie wiem co chciałeś osiągnąć tą parodią jeśli nie śmiech, ale podpowiem ci coś. Zacznij od ubrania. Żaden człowiek nie uwierzy, że archanioł tak się ubiera. Skrzydeł najwyraźniej jednak zapomniałeś zabrać z nieba aniele, bo ja ich nie widzę. A i z trzech najpopularniejszych archaniołów wybór akurat Rafaela był pomysłem strasznie nietrafionym. – wyjaśniła mi wyraźnie siląc się na spokój.
Spojrzałem na nią z pode łba.
- Dlaczego? –
- Bo czci go się jako patrona aptekarzy, chorych, lekarzy, emigrantów, pielgrzymów, podróżujących, uciekinierów, wędrowców, żeglarzy, policjantów i terapeutów. Jego imię oznacza Bóg uzdrawia. Rozumiałabym, gdybyś podał się za Gabriela, bo jest aniołem zwiastowania, zmartwychwstania, miłosierdzia, zemsty, śmierci i objawienia. Od biedy mógłbyś się podać za Michaela, bo u pisarzy kościelnych uchodzi za księcia aniołów, archanioła, który stoi u wezgłowia umierających, którym następnie towarzyszy w drodze do wieczności. Łączy się z tym jego patronat nad kaplicami cmentarnymi, a artyści przedstawiają go z wagą do odmierzania dobrych uczynków. – tłumaczyła spokojnie.
No pięknie. Tylu jest zagorzałych chrześcijan, co to dobrze dziesięciu przykazań nie są w stanie zapamiętać, a ja musiałem trafić na chodzącą encyklopedię teologiczną. Dobrze jednak, że skojarzyła po co miałby się u niej zjawić anioł. Najwyraźniej jest już świadoma, że nie żyje. Nic dziwnego, że jest tak wyraźna.
- Przynajmniej wiesz, że umarłaś…to już coś…- mruknąłem pod nosem z rezygnacją. Jedna godzina tłumaczenia mniej.
- Ciężko, żebym się nie zorientowała skoro umarłam ponad dwa tygodnie temu – westchnęła ciężko. – Dobra, ale tak serio. Nie to żebym narzekała na to, że mogę w końcu z kimś pogadać, ale kim ty jesteś i czego chcesz? –
Popatrzyłem na nią z zainteresowaniem przyglądając się jej uważniej. Ot, zwyczajna dziewczyna średniego wzrostu, a właściwie dokładnie mojego wzrostu, ale ja niestety jestem kurdupel. Miała ciemno brązowe, proste włosy sięgające jej do pasa i była boso, ubrana tylko w śmieszną, nieco dziecięco wyglądającą, ale luźną piżamę z pingwinami na klatce piersiowej. Wyglądała na spokojną. Mówi, że umarła ponad dwa tygodnie temu to sporo jak na ducha, a w dodatku świadczyło o tym, że miała dobre poczucie czasu. Duchy przeważnie znikają jakieś pięć dni po swojej śmierci, albo są zjadane przez Pożeraczy Zmarłych. A ta dziewczyna nie wyglądała na wystraszoną, jakby spędziła dwa tygodnie uciekając przed potworami. Na szaloną też nie wyglądała.
- A kogo widzisz jak na mnie patrzysz? – spytałem w końcu.
To było niewątpliwie dziwne pytanie. Ale może jej wyobrażenia są skrajnie inne. Jeśli ma taką wiedzę teologiczną mogła widzieć mnie jako jakąś konkretną postać biblijną.
- Widzę niewysokiego kolesia w skórzanej kurtce, któremu zaraz okulary roztrzaskają się na podłodze, jeśli ich nie poprawi na nosie. – rzuciła z uśmiechem.– Gościa, który zdaje mi się, chciałby mieć niższy głos niż ma, ale mu to nie wychodzi i mimo niechlujnego stroju i zwyczajnego wyglądu próbuje zgrywać anioła. I to nie tego, co potrzeba. –
To było jak cios młotkiem w żołądek. Ona widziała mnie dokładnie takiego, jaki jestem w rzeczywistości. To było niemożliwe, chyba, że za życia była kompletnie pozbawioną wyobraźni realistką. Poczułem się tak jakby ktoś rozpalił mi ogień w czaszce. Znowu mi to zrobili! Znowu podrzucili mi zgniłe jajo. Ta dziewczyna nie dołączy do mojej drużyny. Jeśli nie ma odpowiednio dużej wyobraźni to nie ma też mocy, a skoro tak nie nadaje się do nas. W najlepszym wypadku, jeśli nie pozwolą jej pójść dalej trafi do wywiadu. Byłem tak wściekły, że czułem jak twarz mi się wykrzywia aż do bólu. Aż dziewczyna cofnęła się ode mnie. Chyba ją przestraszyłem, ale miałem to teraz gdzieś. Tyle nadziei! I po co? Żeby się z nią męczyć nie dla swojej sprawy? Na oko widać, że dziewczyna lada chwila ruszy dalej. Cholera, musiała być tak pozbawiona życia, pogodzona ze śmiercią i mieć tak słabą energię, że nawet Pożeracze Zmarłych jej nie wywęszyli wśród tylu żywych. A jednak widziała mnie, rozmawiała ze mną i już nie mogę się wycofać. Muszę ją zaprowadzić do budynku głównego, co za strata czasu.
Wziąłem głęboki oddech dla uspokojenia, potem drugi.
- Eee…dobrze się czujesz? – spytała robiąc w końcu krok w moją stronę.- Mmm…mogę cię o coś spytać? –
Popatrzyłem na nią chwilę. Kurde, wystraszyłem porządnie biedaczkę, a to w sumie nie jej wina, że narobiłem sobie złudnych nadziei.
- Pytaj – rzuciłem. Niedobrze, zabrzmiało jakbym się złościł.
- Wiem, że aniołem nie jesteś. Ale…nie jesteś przypadkiem jakimś demonem, co? – teraz już podeszła całkiem blisko. Gdyby jej oczy nie były takie niewyraźne pewnie widziałbym jej rzęsy.
- Co? Nie! Co za pomysł? – oburzyłem się, ale na szczęście powoli zacząłem się uspokajać.
- No, bo wiesz…zasadniczo… Sporo czytam. I wiem, że demony przybierały ludzką postać… Ty wyglądasz całkiem zwyczajnie, a jednak mnie widzisz…i w ogóle.- zamachała rękoma w jakimś nieokreślonym geście aż obszerne rękawy jej piżamy zafurkotały w powietrzu. Dotarł do mnie jej delikatny zapach, słodki zapach jak połączenie wanilii i musu brzoskwiniowego, a jednocześnie w jakiś sposób rześki jak wiatr, czysta woda i konwalie. Nie, zaraz, duchy nie powinny mieć zapachu. To musiało być coś innego. Ale co? W pustym korytarzu, który pachniał tak, jak pachnie każdy szpital…
- Hallo? Jesteś tam? – spytała machając mi dłonią przed oczami.
- Obiecuje ci na wszystkie świętości, że nie jestem diabłem. Jestem Zmartwychwstałym.-
Zrobiła zabawną minę. Jej usta ułożyły się w idealne kółko.
- Zmartwychwstałym?...Hmm…ostatecznie to chyba bardziej wiarygodna wersja niż ta z aniołem…- mruknęła jakby do siebie. – I…i czego chcesz ode mnie? –
Pod pewnym względem to było łatwiejsze niż udawanie, że jest się aniołem i prowadzi się ją ku zbawieniu. Właściwie mogłem powiedzieć jej prawdę. Najwyraźniej miała na tyle otwarty umysł, by uwierzyć.
- Chcę, żebyś ze mną poszła – rzuciłem chowając ręce do kieszeni i miętosząc w niej tą głupią notatkę wywiadu. – Ty też będziesz miała szansę zmartwychwstać. –
Teraz zaniemówiła na dobrą minutę. Kiedy się w końcu odezwała mówiła zabawnie piszczącym głosem.
- Serio? Mogę zmartwychwstać? –
- Tak. O ile zgodzisz się potem dla nas pracować – uściśliłem. – Oczywiście o kontaktach ze swoim dawnym życiem nie będzie mowy. –
- Tego się domyśliłam…- mruknęła krótko – Ale kim wy jesteście i jak ja mogę się wam przydać? –
Poczułem jak żółć mnie zalewa ze złości, bo znów przypomniałem sobie, że tak czy owak ona nie trafi do mojej drużyny. A świeża krew by się przydałam nawet jeśli nie była dwumetrowym wojownikiem. Wywiad na pewno o tym wiedział i powiedział tym na górze. Ale mnie już, łajzy, nic nie powiedziały!
- Nie mam czasu się teraz rozpowiadać, więc postaram się streścić. Po śmierci człowiek przestaje egzystować w ludzkim wymiarze i trafia do świata między światami. Jest to nie tyle miejsce fizyczne w znaczeniu innego świata, a raczej stan bytu. To w tym stanie świadomości znajduje się ludzka jaźń, gdy marzy, medytuje czy umiera. Tu mieszkają nasze ludzkie słabości i strachy. W tym wymiarze siła woli jest możliwa do zmierzenia niczym siła fizyczna. W większości przypadków jest to stan przejściowy. W końcu przestajemy marzyć, budzimy się ze snu, a strach przed ciemnością przepędza światło. W przypadku duchów, prędzej czy później odrywają się one od swojego ziemskiego życia i mogą przejść dalej. Gdzie, nie pytaj, bo nigdy tam nie dotarłem. Duch powoli zapomina to kim był. Pamięta tylko dobre lub złe emocje, przestaje kojarzyć twarze, nawet swoją. Zapomina jak się nazywał i w końcu staje się cielesny dla tego świata, co jest oznaką przejścia. Są jednak istoty mogące na stałe przebywać w tym stanie jednymi z nich są Zmartwychwstali, a innymi na przykład
Stworzeńcy
. To istoty powstałe z ludzkich marzeń, wyobrażeń, strachu. Tak jak mówiłem, ludzka wyobraźnia i siła woli ma tu moc twórczą - tłumaczyłem. Dziewczyna nie przerywała mi, patrzyła na mnie intensywnie. Jedno trzeba jej przyznać, była dobrym słuchaczem. - Tak jak mówiłem, stan, w którym się obecnie znajdujesz jest stanem przejściowym. Wyobraź go sobie, jako korytarz między światem ludzi żyjących, a dalszym etapem podróży po śmierci. Ten korytarz wypełniony jest Stworzeńcami, istotami powołanymi do życia przez ludzkie lęki i wyobraźnię ze wszystkimi cechami, które ludzie im nadali, czyli między innymi sprytem, żarłocznością, skrajną złośliwością, krwiożerczością. A ich ulubionym pożywieniem są…-
- Ludzie. – dokończyła kiwając głową. – Logiczne. Najbardziej boimy się tego, co może skrzywdzić nas i naszych bliskich. –
- Tak. Dlatego większość ze Stworzeńców, bo oczywiście nie wszystkie są złe, nazywamy Pożeraczami Zmarłych. Polują na dusze zawieszone przez jakiś czas w tym stanie przejściowym, bo pachną Straconym Życiem, czyli tym, co obawiali się stracić tworząc w swojej wyobraźni Stworzeńców. Ale nawet to, że pożerali dusze po śmierci nie było takie najgorsze. W pewnym momencie namnożyło się tałatajstwa tyle, że co sprytniejsze zorientowały się, że przejście można wykorzystać w obie strony. Zaczęły przedzierać się do świata żyjących. Co z kolei sprawiało, że legendy o nich coraz bardziej się rozpowszechniały tworząc ich nowe wyobrażenia, a nawet mutacje, bo w swoich opowieściach ludzie zawsze lubili dodać coś od siebie... - Poprawiłem w końcu okulary, bo już zaczęły mi spadać. Na szczęście dziewczyna była tak wyraźna, że było ją widać nawet przez przyciemnione szkła. - No i to wkurzyło Władców. Nie wiem, co prawda dokładnie jak to jest urządzone, ale po wymiarze przejściowym dusza trafia do wyznaczonego przez siebie miejsca, podejrzewam, że opartego głównie na tym w co wierzyła za życia. Nie bardzo chcą z nami o tym gadać, żeby nam niczego nie sugerować…W każdym razie te miejsca po stanie przejściowym mają swoich Władców. Myślę, że ludzie nazwaliby ich bogami. No i władcy wkurzyli się, że Stworzeńcy nie tylko pożerają podróżujących, ale wręcz przedostali się do świata żywych pożerając ich bezpośrednio i niekontrolowanie się mnożąc. Posłali, więc jednego ze swoich, żeby założył Armię, Strażników broniących porządku w tym świecie przejściowym. Nazywa się Mictlan. Postanowił wykorzystać tych z ludzi, którzy zmarli w młodym wieku mając jeszcze w sobie dużo życia. Najczęściej ofiary wypadków. Poza tym młodzi ludzie obdarzeni są zazwyczaj wielką wyobraźnią, co z kolei przekłada się na ich siłę w tym świecie. W zamian za pomoc w ogarnięciu tego bajzlu oferuje nowe ciało i możliwość pożycia jeszcze w tym świecie. –
- Och, i ja miałabym dla was pracować? – podrapała się z frasunkiem po głowie. – Ale żaden ze mnie wojownik! -
- Nie potrzebujemy tylko wojowników. Każdy ma jakieś umiejętności, które mogą się przydać. – westchnąłem ciężko zaciskając zęby ze złości. To nie jej wina, że nie jest wojownikiem, którego potrzebowałem. – Posłuchaj. Pozwól się zaprowadzić do naszej bazy. Tam wszystko ci wyjaśnią. Jeśli zdecydujesz, że chcesz już teraz iść dalej, a widać, że właściwie jesteś już na to gotowa, to nikt cię na siłę nie będzie zatrzymywał. –
Patrzyła na mnie krótką chwilę, wyraźnie rozważając moje słowa.
- Dobra. Przejść się i posłuchać zawsze można. – wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się lekko.
Odetchnąłem. Łatwo poszło. Dziewczyna była otwarta na nowości, to dobrze świadczy o jej ewentualnym przystosowaniu się do tej rzeczywistości. Naprawdę szkoda, że prawdopodobnie nie ma mocy i nie trafi do drużyny. W wywiadzie chyba nie jest tak źle. Brak mocy utrudnia znalezienie cię przez Stworzeńców, ale członkowie wywiadu pracują zwykle sami. Podróżują i obserwują pisząc dla nas raporty. To raczej dość…samotna perspektywa.
- To prowadź. – odezwała się nagląco dziewczyna. Chyba się zamyśliłem.
- A tak. –
Ruszyłem w stronę drzwi. Dziewczyna szła ze mną ramię w ramię bez trosko machając rękoma jakby wybierała się na popołudniowy spacer. Naprawdę była pogodzona ze śmiercią. Właściwie, co było nieprawdopodobne, wyglądała na zadowoloną z sytuacji, w jakiej się znajdowała. Chwyciła jedną z klamek dwuskrzydłowych drzwi w tym samym momencie, co ja chwyciłem drugą, więc otworzyliśmy je jednocześnie na pełną szerokość i razem przeszliśmy przez próg. Popatrzyłem na nią zbaraniały.
- Dotknęłaś klamki i otworzyłaś drzwi! – powiedziałem zaskoczony. Duchy nie powinny potrafić tego zrobić. Nie powinny móc dotknąć materialnych elementów otoczenia. – Dlaczego przez nie po prostu nie przeszłaś? –
- Och, mogłabym, fakt. Ale to kwestia przyzwyczajenia. Poza tym dziwnie się czuje przenikając przez ściany. Czuje te wszystkie molekuły, smak tynku w ustach. Jak nikt nie patrzy wolę robić takie rzeczy po staremu. – machnęła ręką zatrzaskując za sobą drzwi, jakby nie wymagało to od niej wysiłku. Widziałem duchy zmagające się z własną siłą woli przez trzydzieści minut, by być w stanie unieść piórko.
Wyciągnąłem z kieszeni długopis.
- Możesz to unieść? – spytałem wskazując jej przedmiot.
Nie widziałem jej oczu, ale chyba uniosła brwi i przyglądała mi się jakbym powiedział coś dziwnego. Rozchyliła usta jakby chciała coś powiedzieć, ale w końcu zrezygnowała i chwyciła dwoma palcami długopis.
- Proszę. Podniosłam. I co w tym dziwnego? –
Musiałem mieć oczy jak spodki. Wyrwała mi z rąk mały przedmiot jakby była żywa, a teraz bez wyraźnych oznak skupienia obracała go w palcach jak małą batutę. To było niemożliwe. Zwłaszcza, że była tak wyraźna…im bliżej przejścia tym trudniej powinno być jej robić takie rzeczy.
- Czy ludzi też dotykasz? – spytałem starając się by głos mi się nie trząsł. Może jeszcze sprawa nie jest przegrana. Wyobraźnia, wyobraźnią, ale ta dziewczyna musi mieć żelazną siłę woli.
- Nie…Nie wiem czemu, ale przez ludzi przenikam – lekko zmarkotniała i podała mi długopis. Położyła go na mojej otwartej dłoni specjalnie muskając palcami jej wnętrze. Opuszki jej palców niemal niewyczuwalnie zagłębiły się w moją dłoń.
- Dobra, nieważne, zbadają to na miejscu. – schowałem długopis do kieszeni.
Ruszyliśmy nieśpiesznie głównym korytarzem do wyjścia.
- Hej, mogę cię o coś spytać? – spytała nie przerywając marszu.
- Jasne…Ale wiesz, większość rzeczy wyjaśnią ci na miejscu – mruknąłem niechętnie. Prawdę mówiąc nie lubiłem tłumaczyć tych wszystkich rzeczy.
- Nie no…spokojnie. Zastanawiałam się jak to zrobiłeś, że nikogo nie było na korytarzu. Bo to ty zrobiłeś, nie? –
- No, pośrednio ja. Taki efekt daje zastosowanie szperacza. Wzmacnia aurę twojego Straconego Życia, przez co wszyscy żywi instynktownie unikają wejścia do pomieszczenia, w którym się znajdujesz. Ja jako zmartwychwstały mogłem cię odnaleźć po zimnej aurze. –
- Często używacie tych szperaczy? Bo wiesz, ludzie, którzy zajmują się łapaniem duchów często gadają o takich zimnych miejscach. –
Parsknąłem śmiechem. Tak, wiedziałem o tych samozwańczych duchołapach i strasznie mnie śmieszyli. Człowiek, który chciałby złapać ducha, dobre sobie. Fakt, że niektórzy jeszcze za swojego życia, tego pierwszego życia mają predyspozycję do lepszego widzenia zmarłych, ale próba złapania ducha jest tak prawdopodobna jak próba zatrzymania wody w sitku o oczkach wielkości ziaren fasoli.
- Nie, nie często. Wiesz, nie rekrutujemy ludzi za często. Mamy swój wywiad, ale wypadku czy katastrofy, w którym giną ludzie w młodym wieku nie da się od tak przewidzieć. Zanim uda nam się takiego ducha namierzyć z reguły zdąży już przejść dalej. – westchnąłem lekko. Dlatego nie ma nas wcale tak dużo. Kilka drużyn, w których jest od 3 do 15 osób, a misje mamy na całym świecie.- Zauważ, że ciebie też udało nam się namierzyć dość późno. Dwa tygodnie…już cię tu nie powinno być… A co do zimnych punktów to czasem zdarza się, że gdy duch już opuści dane miejsce, szukacz zaczyna emanować chłodem, który wyczuwają też żywi, ale zazwyczaj nie utrzymuje się to dłużej niż dobę. Łowcy duchów to mogą w zimnych punktach łapać, co najwyżej przeciągi. -
Pokiwała głową ze zrozumieniem.
- Czy Stracone Życie ma jakiś konkretny zapach? – pytała dalej. Właśnie wyszliśmy z budynku wprost na słońce. Zaczynałem żałować, że mam na sobie kurtkę, ale nie lubiłem mieć zajętych rąk, więc wolałem ją nosić na plecach niż w rękach.
Niesamowite, ta dziewczyna nie straciła na wyraźności nawet w pełnym słońcu, które powinno prześwietlać ja jak figurkę z kolorowego szkła.
- Zapach? No nie wiem. Ja nigdy nie czułem zapachu Straconego Życia, ale wiem, że Pożeracze Zmarłych wyczuwają to trochę tak, jakby węszyli, więc może i ma…Czemu pytasz? –
- Bo…to trochę dziwne, ale teraz w sumie wszystko wydaje mi się dziwne…Wiesz, jak gadaliśmy tam w korytarzu to zdałam sobie sprawę z faktu, że czuje swój zapach. A wcześniej kompletnie go nie czułam. Myślałam, że to przez ten szperacz może. –
Zatrzymałem się na środku placu przed budynkami.
- Czułaś swój zapach? –
- Znaczy wiesz… - zaśmiała się lekko – Swojego zapachu nie da się poczuć, nie? Ludzie tak się do niego przyzwyczajają, że przestają go dostrzegać. Ale jak rozmawialiśmy to poczułam nagle zapach swojego brzoskwiniowego szamponu, i zapach mojego ulubionego, waniliowego balsamu do ciała. Trochę się zdziwiłam…no, bo wiesz…nie mam już ciała, które mogłabym smarować balsamem, nie? –
Mus brzoskwiniowy i wanilia. Ja też to poczułem w korytarzu. Jeśli to były jej ulubione zapachy…mogły być zapachem jej Straconego Życia. Ale jak to możliwe, że jej zapach stał się tak intensywny, że poczuliśmy go oboje? Przecież gdyby pachniała tak mocno Pożeracze Zmarłych pojawiliby się tu w parę sekund. Jeśli chodzi o zapach Straconego Życia to mają o tysiące lepszy węch niż my. Szperacz wzmacnia aurę Straconego Życia, ale czemu miałby teraz zadziałać aż tak mocno?
Pokręciłem głową. Nie czas się teraz nad tym zastanawiać. Jeśli tak mocno teraz pachnie zwabi tu zaraz Pożeraczy.
I zupełnie jak na moje życzenie doszedł nas zwierzęcy ryk zbliżający się zza budynków szpitalnych.
- No cudnie!...Spadamy! –
Przez noc droga do świtania - Przez wątpienie do poznania - Przez błądzenie do mądrości - Przez śmierć do nieśmiertelności.
Avatar użytkownika
Kostucha
Przejściowy Pokój
Przejściowy Pokój
 
Posty: 29
Dołączył(a): 05 mar 2013, 23:28

Re: Zmartwychwstali

Postprzez Kostucha » 07 kwi 2013, 22:39

Beta: Nadal niestety brak. :(

III


Od dwóch tygodni marzyłam o tym, żeby coś się zaczęło dziać. Nie zdążyłam się jeszcze, co prawda jakoś strasznie znudzić moim łażeniem po mieście jako duch i obserwowaniem ludzi, ale oczekiwałam, że w końcu coś się stanie. Jednak teraz stwierdziłam, że chyba jednak wolę wróć do mojego spokojnego nie-życia.
Stałam na środku placu przed budynkami szpitala, z gościem, który oznajmił mi, że zmartwychwstał i co najlepsze, że ja też mogę zmartwychwstać. Nie powiem, to mnie ucieszyło. Chciałam jeszcze trochę pożyć na tym świecie, nawet, jeśli miałam zacząć od nowa jako inna osoba. Bo czego ja zakosztowałam w życiu przez te moje niecałe dwadzieścia lat? Zadałam, mogłoby się wydawać, całkiem błahe pytanie, a potem się zaczęło. Napłynął do nas ogłuszający warkot. Warczenie, jak wściekły pies, albo wilk. Coś zaczęło majaczyć pomiędzy budynkami i ryknęło gniewnie.
- No cudnie!...Spadamy! – Krzyknął chłopak i ruszył w stronę bramy.
Nie trzeba było mi powtarzać. Choć ruszyłam za nim z jakimś dwudziesto sekundowym opóźnieniem szybko się z nim zrównałam. Też byście gnali na łeb na szyję, nawet, jeśli bylibyście duchami, gdybyście zobaczyli, że w waszą stronę idą zjeżone, warczące, parskające śliną wilki wielkości terenowych SUVów. W dodatku nazywane Pożeraczami Zmarłych, co samo przez się, nawet bez wcześniejszego tłumaczenia nasuwa wniosek, że bycie duchem nie zwalnia cię z możliwości bycia przekąską. A coś czułam, że z brzucha takiego czegoś nie ma drogi do nieba.
Powiem jedno - jeśli nie lubi się biegać, a chciałoby się polubić to trzeba zostać duchem. W życiu mi się tak wspaniale nie biegało. Fakt, że ciężko być sprinterem jak się musi biegać ważąc sto kilo. W dodatku zawsze miałam problem z równym oddechem, przez co szybko zaczynały mnie boleć płuca. Teraz nie musiałam myśleć o równym oddechu, nie miałam mięśni, które mogłyby się męczyć, ani wagi, którą musiałabym taszczyć. Kroki wychodziły mi długie, równe i sprężyste, na oko mogłam ocenić, że moim nauczycielom od wychowania fizycznego portki by pospadały z wrażenia na szybkość, którą mogłam wyciągnąć. Jakby na potwierdzenie tego przebiegłam obok jadącego rowerzysty, który tylko śmignął mi obok.
Co ciekawe ten chłopak biegł równo ze mną, a jego płuca pracowały miarowo i głęboko jak miechy. Nie było po nim widać oznak zasapania, poruszał się jak dobrze naoliwiona maszyna.
Obejrzałam się za siebie. Niestety nasza prędkość na wielkich, owłosionych czworonogach nie robiła najmniejszego wrażenia. No, ale jeden ich sus to około 5-6 moich.
- Tutaj! – chłopak wskazał mi dziurę w płocie ogradzającym jakąś budowę.
To nie była duża wyrwa, ot półtora metra wysokości na może pół metra szerokości, a jednak chłopak wskoczył w nią mieszcząc się idealnie, nawet nie zwalniając. Usłyszałam tylko delikatny świst, gdy jego kurtka gładko prześlizgnęła się między deskami. Ja się nie bawiłam w dziury, po prostu przeniknęłam przez płot. Pobiegłam za nim w stronę żurawia budowlanego, który stał przy niskiej kamienicy. Przypomniałam sobie, co to za budowa. Przerabiali stare, walące się kamienice na muzeum. Chłopak zręcznie wskoczył na drabinkę z boku dźwigu i ruszył w górę. Nie pytałam, co robi, po prostu zaczęłam wspinać się za nim. To było niesamowite, sprawiał wrażenie jakby w ogóle nie stawiał nóg na szczeblach, chwytał się po prostu dłońmi brzegów drabiny i wciągał się w górę szybciej niż winda. Ledwo zdołałam utrzymać to tempo, mimo, że z nas dwojga, to ja się już nie męczyłam.
Pożeracze wpadły na plac budowy jeszcze mniej subtelnie niż my. Po prostu stratowały płot rozwalając kawałki desek we wszystkie strony, wyginając i łamiąc metalowe rury podtrzymujące konstrukcje płotu jakby to były plastikowe słomki. Ryjąc pazurami ziemię rzuciły się w naszą stronę gryząc się jednocześnie z pobratymcami o pierwszeństwo do zdobyczy. Jeden z nich nie wyrobił się przed dźwigiem i uderzył w niego bokiem z ogromnym hukiem sprawiając, że cała długa konstrukcja żurawia zaczęła kiwać się jak trzcina na wietrze. Przerażona przylgnęłam do drabinki, bo wszystko zaczęło się huśtać i byłam pewna, że lada chwila dźwig runie.
- Skacz na dach!!!- krzyknął chłopak i sam dał susa na dach remontowanej kamienicy. Lądując zdewastował parę dachówek i zrobił nogą dziurę w dachu, ale ogólnie dałabym mu za ten skok złoty puchar.
Łatwo było powiedzieć: Skacz na dach. Ale ja znajdowałam się niżej niż on kiedy skakał i żeby nie walnąć twarzą w fasadę budynku musiałam wejść jeszcze parę stopni wyżej, a tymczasem stado śliniących się sierciuchów napierało na dźwig z taką siłą, że bałam się oderwać ręce od tego jednego szczebelka, którego się trzymałam. Moje stopy, co chwila zsuwały się z rurki i majtały w powietrzu jakbym była chorągiewką.
Zebrałam się w sobie, ostrożnie puściłam się jedną ręką i wyciągnęłam ją w górę do następnego szczebla. I w tym momencie dźwig przechylił się za bardzo i zamiast tak jak wcześniej powrócić w końcu do pionu, zaczął opadać ku ziemi. Z wrażenia zapomniałam nawet jak się krzyczy. Cała konstrukcja z jękiem metalu zaczęła powoli zmierzać ku dołowi.
- Trzymaj! – Okrzyk chłopaka oderwał moją uwagę od zbliżającego się gruntu.
Wyciągał w moją stronę długą rurkę z PCV. Musiała walać się gdzieś po dachu.
Za życia nawet bym nie próbowała jej łapać. Pod moim ciężarem złamałaby się jak nic, a i jeszcze pewnie wcześniej pociągnęłabym chłopaka za sobą w dół. Ale nie żyłam i miałam nadzieję, że w obecnej formie moje czarnowidzenie się nie sprawdzi. Chwyciłam rurkę, a chłopak szarpnął nią do góry. W tym momencie przypomniałam sobie jak się krzyczy. Rurka wygięła się lekko, raczej pod własnym ciężarem niż pod moim, ale uniosła się w górę pociągając mnie za sobą. Kiedy mój nowy znajomy postawił rurkę pionowo obok siebie zsunęłam się po niej jak strażak, tylko lądowanie miałam miej zgrabne, bo wylądowałam na dupie.
- Jak to dobrze, że duchy nic nie ważą – odetchnął chłopak. Rozległ się łoskot lądującego na ziemi dźwigu, a wokoło nas uniosły się tumany ziemi, kurzu i pyłu ceglanego. Zakrył usta i nos krańcem kurtki. – Musimy biec dalej. Ten budynek jest dość niski, prędzej czy później wdrapią się na niego. –
Nie kłóciłam się z nim. Bądź, co bądź właśnie uratował mi…hmm…moją duszę? To chyba nawet więcej warte niż życie. Podbiegliśmy do przeciwnej krawędzi dachu. Wilki, czy co to tam było, błyskawicznie obiegły budynek. Na ich sierściach osiadły grube warstwy kurzu, które unosiły się przy każdym ruchu przez co Pożeracze wyglądały trochę tak jakby się dymiły. Jednak ich obnażone zęby były śnieżnobiałe i groźne jak naostrzone kuchenne noże. Potwory natychmiast zaczęły orać pazurami tynki, próbując wspiąć się do nas po oknach i parapetach.
- Czy nikt ich nie widzi? Ludzie nie widzą tych zniszczeń? – spytałam, bo oto jeden z balkonów urwał się pod ciężarem wielkiego, wilczego cielska.
- Ludzie widzą je tylko wtedy, gdy spodziewają się ujrzeć coś takiego, lub gdy nie są już w stanie inaczej sobie wyjaśnić tego co się dzieje. Ludzki mózg próbuje zawsze dostosować obraz do wyobrażeń o rzeczywistości. Pewnie powiedzą, że te wszystkie uszkodzenia to przez upadek dźwigu…- wyjaśnił dość spokojnie, cały czas czujnie się rozglądając. – Musimy skakać na tamten dach. –
Popatrzyłam w kierunku, który wskazywał. Zamrugałam zaskoczona i już chciałam powiedzieć: Jasne, jak tylko będę umiała grać na organach kościelnych to wezmę się za naukę latania. Budynek, który wskazywał znajdował się naprzeciwko tego, na którym byliśmy, z tym, że pomiędzy nimi była sześciopasmówka podzielona szynami tramwajowymi, skwerem, a o dwóch szerokich chodnikach po obu stronach jezdni nie wspomnę. Pewnie normalnie popatrzyłabym na niego jak na kretyna, ale oto na widoku pojawiło się kolejne monstrum i nagle stwierdziłam, że właściwie to mogę się nauczyć latać w pięć sekund, byle by stąd spadać. Na chodnik przed kamienicą wskoczył nagle potwór, który wyglądał trochę jak ewolucja tych wilkowatych Pożeraczy Zmarłych. Jak cholerne, kolejne stadium rozwoju krwiożerczego pokemona. Był jakieś trzy razy większy od tych wilków i wyglądał jak połączenie wilka z nosorożcem, albo jak wilk w pancerzu. Nie wiem, co lepsze. Brzuch, ogon i pysk najeżony zębiskami wielkimi jak sztachety od płotu miał pokryty gęstą, grafitową sierścią, a łapy, plecy i szczyt łba między uszami pokryty zrogowaceniami wyglądającymi trochę jak kamień, trochę jak metal. Miedzy uszami, w połowie drogi do żółtych, jarzących się oczu wyrastał mu ogromny ostry jak szpikulec róg dłuższy od mojego tułowia.
I nie musiałam mieć zmysłu architekta, żeby wiedzieć, że ten oto stwór z łatwością wdrapie się na walącą się kamienice.
Chłopak cofnął się na szczyt wzniesienia dachu widocznie z zamiarem wzięcia rozbiegu. Dobra, jeśli on uważa, że może doskoczyć, to mi jako duchowi powinno być jeszcze łatwiej. Co prawda nie próbowałam, ale może jako duch będę umiała polecieć.
Stanęłam obok niego i przyszykowałam się do startu.
- Gotowa? – Spytał cicho, ale przysięgłabym, że słyszałam w jego głosie nutkę wesołości. Jakby gdzieś głęboko pod skórą podobało mu się, że ma skoczyć z budynku na główkę.
- Ani trochę – przyznałam, ale w sumie i ja czułam jakieś głęboko osadzone podniecenie. To niewątpliwie był najbardziej szalony pomysł, który kiedykolwiek przyszło mi zrealizować, jak do teraz.
Ruszyliśmy jednocześnie, jakby padło między nami niewypowiedziane: START. W kilku szerokich krokach pokonaliśmy długość dachu i odbiliśmy się od krawędzi.
To było niesamowite! Nie, nie leciałam, ale było to chyba najbliższe szybowaniu. Po prostu wystrzeliłam do przodu nie czując w ogóle ciężaru, jakby grawitacja na mnie nie działała. Czułam się jak pocisk wystrzelony z pistoletu, przecinałam powietrze, a pęd przygładzał mi włosy i szarpał piżamą. Czułam się tak, jakbym mogła tak lecieć nawet na dwukrotnie większy dystans. Miałam trochę czasu żeby się rozejrzeć. Chłopak wyskoczył z dachu trochę inaczej niż ja. Ja przecinałam powietrze jak torpeda, on wyskoczył tak jakby chciał przeskoczyć kałużę. Nogi miał rozstawione jakby dawał susa przez drobną przeszkodę, a tymczasem szybował nad jezdnią.
Wilki szybko zajarzyły, że nie ma nas na dachu i z okropnym wyciem rzuciły się za nami. Wbiegając na jezdnię wywołały ogromny karambol, ale nie wszystkie się tym przejęły. Część wyskakiwała w górę próbując nas pochwycić, a część, o zgrozo, wyjadała przerażonych ludzi z wraków samochodów. Ten widok zmroził mi nieistniejącą krew w żyłach. Stworzenia rozrywały ludzi na kawałki i wcale nie z zamiarem zjedzenia ich do ostatniej kosteczki, a żeby wyciągnąć z nich wrzeszczącą, wierzgającą kończynami duszę jak wyciąga się mięso ze skorupiaka.
Na szczęście dach przybliżył się już na tyle, że miałam pretekst by oderwać wzrok od tych dantejskich scen. Wylądowałam na dachu amortyzując upadek wyciągniętymi rękoma, przez co wyszło mi coś w rodzaju przewrotu, bo nogi przeleciały mi nad głową. Usiadłam lekko oszołomiona. Chłopak miał jeszcze jakieś cztery metry do krawędzi. Wystartowaliśmy jednocześnie, ale ja pokonałam tą trasę jakoś szybciej. Choć powoli opadał coraz niżej, jak to przy skoku, nie miałam wątpliwości, że spokojnie dotrze do krawędzi. Przypominało to trochę sceny z filmu Matrix i było wręcz fascynujące.
A potem nagle ten największy z wilków skoczył wyżej niż inne i trącił go łapą. Nie urwało mu na szczęście nogi, ale jeden z pazurów zahaczył przez chwilę o nogawkę jego spodni, przez co obniżył lot chłopaka. Ciężka, opancerzona bestia szybko runęła z hukiem z powrotem na jezdnię, a chłopak w ostatniej chwili chwycił się jedną ręką gzymsu klnąc pod nosem.
Odruchowo doskoczyłam do niego i próbowałam go złapać za rękę by pomóc mu wejść, ale moje dłonie przeniknęły przez jego rękę.
- Cholera – mruknęłam i zaczęłam rozglądać się po dachu za czymkolwiek, czym mogłabym chłopakowi pomóc tak jak on wcześniej pomógł mi tą rurą z PCV. Niestety ten dach był cały, czysty i zadbany. Nie było nawet kawałka anteny w pobliżu, żebym mogła ją wyrwać.
Przyklękłam przy krawędzi patrząc bezradnie jak chłopak siłuje się z własnym ciężarem i stara się podciągnąć. Niestety ciężko mu to szło. Trzymał się samymi opuszkami palców ukruszonego fragmentu gzymsu, przez co nie miał nawet, czego złapać drugą ręką. Tymczasem na dole wielki, opancerzony wilk otrzepał się krótko i zaczął przedzierać przez tłum tych mniejszych torujących mu dojście do zdobyczy. Pożeracze kłębiły się pod kamienicą, a niektóre doskakiwały tak wysoko, że chłopak zdołał kopnąć jednego w wielki nochal. Tylko patrzeć jak któryś odgryzie mu nogę. O ile wcześniej nie dotrze tu ten ogromny. Sądząc po jego rozmiarach szybko dosięgnie wiszącego na gzymsie chłopaka. Muszę go jakoś wciągnąć na ten głupi dach. Rozglądałam się rozpaczliwie za czymkolwiek, co mogłoby mi pomóc i powoli ogarniała mnie panika. Co dziwne, chłopak w ogóle nie prosił o pomoc, wiedział, że nie mogę go wciągnąć i jakby w ogóle na to nie liczył. Jakby zawsze musiał radzić sobie sam. Próbował się podciągnąć wdychając i wydychając z sykiem powietrze przez zaciśnięte zęby. Raz musiał naprawdę wysoko podciągnąć nogi, bo ogromna szczęka kłapnęła mu prawie na wysokości uda.
Że też nie mogę dotykać ludzi! To było takie głupie. Z niczym nie miałam takiego problemu. Wszystko co było materialne mogło być dla mnie stałe w dotyku. Pamiętałam dotyk metalu, plastiku, drewna. Niczym nie różniły się dla mnie za życia jak i po śmierci. Dlaczego nie mogłam dotknąć ludzkiej skóry?
Może…może jakbym wyobraziła sobie, że go dotykam. Przypomniała sobie, jaka w dotyku jest ludzka skóra, może to by pomogło. Spróbować można, zwłaszcza, że Wielki Opancerzony był coraz bliżej. Pochyliłam się nad krawędzią, przy której klęczałam i skupiłam wzrok na jego dłoni. Myśleć o dotyku ludzkiej skóry: gładka faktura, ciepło, sprężystość.
Spróbowałam go dotknąć, ale moje palce znowu zapadły się w jego dłoń.
Skupić się! Zaczęłam przywoływać z pamięci obrazy dłoni, które ściskałam w życiu – ręce ciepłe i chłodne, suche i spocone, spracowane i gładkie, kobiece, męskie, dziecięce dłonie mojej siostry… a potem nie tylko dłoni. Przywołałam z pamięci dotyk obejmujących mnie ramion matki, koleżeńskiego uścisku kolegów i koleżanek, uczucie delikatnego mrowienia na dłoni, gdy zdarzało mi się żartobliwie poklepać kumpla po policzku.
W skupieniu przymknęłam powieki tak bardzo, że widziałam dłoń chłopaka tylko przez wąskie szparki między powiekami. Powoli jeszcze raz wyciągnęłam rękę w jego stronę i dotknęłam wierzchu jego dłoni. Moje palce znowu zaczęły się w nią zapadać. Zagryzłam zęby ze złości. Dlaczego nie mogę dotknąć dłoni tego chłopaka i go uratować?! Miał takie ładne, męskie dłonie. Mimo, że nie był kolosem jego dłonie były duże, jakby miały należeć do kogoś większego. Silne palce, lekko drżały, ale w dalszym ciągu utrzymywały jego ciężar. Na wierzchu dłoni pojawiły się wyraźne niebieskie żyłki. Chciałam poczuć je pod opuszkami palców!
Nagle moje palce coś popchnęło tak, że wynurzyły się z jego dłoni i w sekundę zdałam sobie sprawę z tego, że go dotykam. Udało się! Nie czekając aż moja koncentracja pryśnie chwyciłam go za nadgarstek otwierając szeroko wcześniej zmrużone oczy.
- Mam Cię! – Krzyknęłam w stronę jego zaskoczonej twarzy, bo fakt, że go dotknęłam odwrócił jego uwagę od tego, że bestie na dole chcą go zjeść.
Zaparłam się kolanami o krawędź dachu i zaczęłam go ciągnąć do góry. Przytomnie pomagał sobie zapierając się stopami o ścianę. Pomogłam mu chwycić się obiema rękoma krawędzi i zaczęłam wciągać go za kurtkę na barkach. W końcu niezgrabnie runął na dach dysząc ciężko. Właściwie runął na mnie, ale nie przejęłam się tym, bo gdy tylko znalazł się na dachu straciłam koncentrację i przeleciał przeze mnie.
- Jak to zrobiłaś?! Dotknęłaś mnie…- spytał siadając i łapiąc głębokie oddechy. Zaczął rozcierać najwidoczniej zmęczoną rękę.
- Musiałam się skupić... Ale nie wymagaj tego ode mnie więcej, jeśli jeszcze raz spróbuje się aż tak skoncentrować to chyba głowa mi wybuchnie – mruknęłam. Nie żartowałam. Od tego całego skupiania się aż kręciło mi się w głowie.
Pokiwał tylko lekko na znak, że rozumie. Wyjrzeliśmy za krawędź dachu gdzie stwory niezrażone dalej próbowały nas dosięgnąć.
- Tak w ogóle to dzięki za pomoc. – odezwał się po chwili ciszy.
Popatrzyłam na niego i uśmiechnęłam się lekko.
- Jesteśmy kwita – mrugnęłam do niego i podniosłam się na równe nogi. – To gdzie teraz? –
Też się podniósł.
- Musimy dostać się na najbliższy cmentarz – odpowiedział otrzepując kurtkę z tynku. Wskazał kierunek. – Najbliższy jest tam. Stamtąd po ciebie wyruszyłem, ale tym razem nie możemy po prostu wsiąść do autobusu. –
- Przez te wilki? –
- Tak. Ludzie ich nie widzą i dopóki nie obawiają się o swoje życie nie pachną dla nich apetycznie. Ale jeśli goniąc nas przewrócą autobus i spowodują kolizję…-
- Ludzie zaczną się bać i padną ich ofiarą jak ci tam…- dokończyłam wskazując głową zamieszanie na dole. Zjechała się policja, karetki, prasa.
Wilki najwyraźniej straciły zainteresowanie ofiarami karambolu, bo duża grupa ratowników najwyraźniej nie bała się o swoje życie, a kto z uczestników kraksy miał być zjedzony to już został pożarty. I wszystkie śmierci zwalą na wypadki samochodowe.– Nie możemy narażać ludzi na takie…coś…-
Pokiwał głową z zadumą na twarzy.
- Tak, nie możemy…-
- Czy nie możemy skakać po dachach, tak jak przed chwilą? – Spytałam z nadzieją. Teraz kiedy byliśmy w nieco mniejszym niebezpieczeństwie pomyślałam, że fajnie byłoby wypróbować jeszcze parę razy nową umiejętność szybowania.
- Raczej nie…- westchnął ciężko. – Te wilki to nie jedyne z Pożeraczy Zmarłych w okolicy. Mają najlepszy węch, więc przybyły pierwsze, ale twój zapach zwabi inne, a niektóre z nich latają. Na dachu będziemy idealnym celem. Tu jeszcze chronią nas budynki w centrum. One nie lubią się zapuszczać między wieżowce. Ale cmentarz jest na obrzeżach miasta. Tam mogą nas łatwo zaatakować z góry…-
- Och…- popatrzyłam w niebo niepewnie. Jeszcze tego brakowało, żeby mnie jakieś potwory z lotu ptaka atakowały. – To co proponujesz…eee… jak ci właściwie na imię, bo raczej nie Rafael? –
Udało mi się wywołać na jego twarzy lekki uśmiech.
- Nie, nie Rafael. Na imię mi Morion. –
- O, ciekawe imię! A ja jestem…- zaniemówiłam na chwilę. Cholera, nie pamiętałam jak mam na imię! Jak to możliwe?
Spojrzał na mnie ze współczuciem.
- Nie pamiętasz, prawda? To jedna z pierwszych rzeczy, które zapominamy. –
- Jak można własne imię zapomnieć?! Jeszcze tydzień temu pamiętałam. –
- I tak dobrze, że po takim czasie pamiętasz cokolwiek, ze swojego życia. Jeszcze się przekonasz, że jest więcej rzeczy, których nie pamiętasz, chociaż wiesz, że to było coś miłego, lub odwrotnie, nieprzyjemnego. Ale nie bój się. Jak się zdecydujesz na zmartwychwstanie to zachowasz tą cześć wspomnień, których udało ci się nie stracić. –
Pokręciłam głową z niedowierzaniem, ale wolałam teraz nad tym nie dyskutować.
- Morion to nie jest polskie imię, nie? A mówisz tak płynnie, bez akcentu – zauważyłam.
- Nie jestem Polakiem. Nie wiem czy istnieje w świecie żywych imię Morion w jakimś języku. Takie imię mi nadano przy zmartwychwstaniu – wzruszył ramionami, jakby to było w sumie coś nieistotnego. – A płynnie mówię we wszystkich możliwych językach. Na zmartwychwstałych nie ciąży klątwa Babelu. Mówimy językiem, który wszyscy rozumieją i my rozumiemy każdy współczesny język. –
- Współczesny? –
- Taki, w którym ludzie myślą i posługują się nim. Martwe i starożytne języki to, co innego. –
- Aha…zaraz, klątwa Babelu? Mówisz o wieży Babel? –
- Tak i o pomieszaniu języków. To nie legenda. To się stało naprawdę. Każdy zrodzony z ojca lub matki człowieka przejmuje tą klątwę. Ale nie mamy czasu się teraz nad tym rozwodzić. –
- To co robimy? –
- Przeskoczymy jeszcze parę dachów póki latających maszkar nie widać, a potem będziemy musieli zejść na dół i biec – westchnął i ruszył w stronę przeciwnej krawędzi.
Wycie, warczenie, czasem i skamlenie wciąż było wokół nas słychać. Sądząc po innych odgłosach, gdybyśmy postanowili zostać tu dłużej wilki zburzyłyby w końcu tą kamienicę.
Czułam się trochę tak, jakbym brała udział w filmie akcji. Dalekie skoki z dachu na dach, wciąż z goniącym nas przeciwnikiem na ogonie. W końcu dotarliśmy do granicy dzielnicy, gdzie znajdowały się magazyny.
Morion wypatrzył coś na błękitnym niebie. Nie wiem do końca, co on tam widział, ale najwyraźniej zmierzały do nas siły powietrzne Pożeraczy Zmarłych.
- Musimy zejść – oznajmił w końcu.
- Będziemy skakać? – Spytałam niepewnie wychylając się za krawędź budynku. Wszędzie pełno było warczących stworów.
- Nie, zejdziemy po schodach wewnątrz budynku. Może uda nam się wymknąć, zanim nas wywęszą. Na razie są zajęte próbą dostania się na dach. –
Pokiwałam głową. Tak, to było zdecydowanie lepsze rozwiązanie niż skakanie na główkę z budynku. Morion otworzył metalowy właz znajdujący się na dachu. Pod nim znajdowała się drabina prowadząca na jeden z metalowych mostów unoszących się nad halą magazynową. Chłopak dosłownie zjechał po drabinie w dół w parę sekund trzymając się tylko dłońmi boków drabiny. Ja tak nie potrafiłam. Schodziłam najszybciej jak mogłam stawiając nogi na szczeblach. Kiedy znaleźliśmy się na moście szybko zeszliśmy po najbliższych schodach na dół hali. Morion bez słów wskazał mi drzwi prowadzące na dwór, przy których najwyraźniej nie dostrzegł Pożeraczy. Podkradliśmy się do nich cicho. Nie miałam wątpliwości, że jakikolwiek hałas szybko zaalarmuje owłosione bydlaki informując o tym, że jedzonko nie jest już na dachu, a dużo bliżej.
Morion uchylił delikatnie drzwi i wyjrzał na dwór, poczym gestem dał mi znać, że można iść. Wyszedł pierwszy i pobiegł kawałek by ukryć się w cieniu innego magazynu. Szybko go dogoniłam.
- Dobra, nie bawimy się w skradanie. Biegniemy jak najszybciej – powiedział rzeczowo. – I tak zaraz zorientują się, że nasz zapach się oddala. Lepiej, żebyśmy mieli nad nimi jak największą przewagę. –
Skinęłam głową. To brzmiało logicznie. Nie wiem, kim był ten chłopak, ale niewątpliwie sprawiał, że człowiek miał ochotę go słuchać. Pobiegliśmy ukryci w cieniu budynku. Udało nam się odbiec jakieś trzy budynki dalej, kiedy wściekłe wycie poinformowało nas, że oto napastnicy zorientowali się, że ich jedzenie zwiało.
- Szybciej! – Ponaglił i pobiegł za załom najbliższego budynku.
Biegliśmy wzdłuż jednego z magazynów. Miałam nadzieję, że Morion miał lepszą orientację w terenie niż ja, bo kiedy zeszliśmy z dachu, zdążyłam się pogubić i nie wiedziałam już, w którą stronę jest cmentarz.
Nagle za zakrętu wypadł ten opancerzony olbrzym i zagrodził nam drogę. Zamurowało mnie na chwilę. Teraz wydawał się jeszcze większy, niż kiedy stałam na dachu. Jego cuchnący oddech unosił się przy pysku w kłębach zielonkawej pary.
- Biegnij na wschód! – Krzyknął Morion i zrobił dziwny gest polegający na skrzyżowaniu równolegle przed sobą rąk w łokciach. Dopiero kiedy błysnęło jasne światło i dosłownie znikąd pojawiły się w jego rękach dwa ogromne, obsydianowe sejmitary zrozumiałam, że był to gest sięgania do dwóch niewidzialnych pochew po miecz.
- Eee…jak ty to? –
- BIEGNIJ – wrzasnął i ruszył w stronę olbrzyma.
To wyrwało mnie z zaskoczenia. Morion odwrócił swoim atakiem uwagę stwora, a ja przemknęłam się jakoś bokiem i pognałam na wschód. A w każdym razie miałam nadzieję, że to był wschód, bo moja orientacja w terenie jest iście żałosna. Całe życie, wszędzie gdzie szłam trafiałam na instynkt, czyli przeważnie fartem, no chyba, że ktoś mnie najpierw zaprowadził. Teraz nie miałam czasu się zastanawiać.
Nagle coś mignęło mi, kiedy przebiegałam obok muru otaczającego magazyny. Jakby poruszenie powietrza, lub załamanie obrazu, kiedy ktoś poruszy taflą jednego z ustawionych obok siebie luster. Zatrzymałam się w ostatniej chwili, bo niespodziewanie wystrzelił w moją stronę strumień żółtej mazi.
- Co do… -
Część muru zamigotała, zamrugała na mnie ogromnymi oczami i błysnęła gigantycznymi zębami, a potem coś jak ogromny kameleon straciło kamuflaż i stało się wściekle czerwone. Nawet nie wiedziałam, do czego to porównać. Wyglądało jak wielki, galaretowaty ślimak bez muszli z wielkimi zębami i pluł we mnie czymś, co wypalało dziury w asfalcie. Wolałam nie sprawdzać czy to coś rozpuszcza także duchy. Uskakiwałam przed strumieniami cuchnącej, żółtej mazi myśląc o tym jak przedrzeć się obok tego dziwnego stwora. Jednocześnie zastanawiałam się, co dzieje się z Morionem. W końcu to on miał mnie eskortować w bezpieczne miejsce. Bez niego mogę co najwyżej dostać się na cmentarz i czekać, aż te potwory mnie dogonią i zeżrą.
Przy kolejnym odskoku wylądowałam na kupce starych cegieł, usypanej przy fragmencie otaczającego magazyny muru, który się rozsypał. Zanim się podniosłam straciłam parę cennych sekund i Pożeracz plunął śliną prosto w moją stronę. Nie trafił jednak we mnie, a w cegły pod moimi stopami, które z głośnym sykiem zaczęły się rozpuszczać jak lody w mikrofalówce. Najwyraźniej galaretowate bydle nie było wstanie podnieść łba. Jego strzały szły tylko po linii prostej. Nie czekałam, aż rozpuści wszystkie cegły i jednocześnie sprowadzi mnie do parteru, w strefę strzału. Szybko wdrapałam się po górze cegieł na mur. Z wysokości muru widziałam grzbiet stwora walczącego z własną fizjonomią o to by unieść część ciała, która była łbem do góry. Nie przyglądałam się jednak dłużej. W każdej chwili stwór mógł wpaść na to, że może zniszczyć mur i tym samym ściągnąć mnie z niego. Na szczęście murowane ogrodzenie było grube na prawie pół metra i spokojnie mogłam biec nim jak ścieżką.
- Dobra, gdzie ten Morion? – Mruknęłam do siebie, przebiegając koło budynku stojącego tak blisko muru, że ocierałam się o niego ramieniem. Kiedy budynek się skończył odsłaniając mi fragment terenu między magazynami znalazłam Moriona. Nie zazdrościłam mu położenia. Był przyparty do muru, dosłownie. Stał z wyciągniętymi sejmitarami, czujnie obserwując otoczenie, a do niego zbliżały się powoli zjeżone, toczące pianę z pysków, gigantyczne wilki. Między nimi był też ten ogromny, opancerzony. Na moje oko dzieliło go jakieś parę sekund od rozerwania na strzępy. Przystanęłam zastanawiając się co robić. Na szczęście wiatr wiał mi w twarz, a więc mój zapach nie dolatywał do Pożeraczy, byłam względnie bezpieczna. Ale co z tego, skoro chłopak zaraz skończy jako przekąska watahy. Był moją przepustką do nowego życia, musiałam coś zrobić. Nie miałam żadnej broni, nawet cegły czy kawałka pręta. Mur miał jakieś trzy metry wysokości, za dużo, żeby zeskoczyć i poszukać jakiejś broni, nie będąc jednocześnie zauważoną. Gdybym krzyknęła, może odwróciłabym uwagę wilków od chłopaka, ale ściągnęłabym ją na siebie, a przeskoczenie trzymetrowego muru i pochwycenie mnie to pewnie dla nich betka. Nie miałam jednak wiele czasu na rozmyślanie, bo nagle ten największy z napastników ruszył powoli w stronę chłopaka, a głuche warczenie narastało. Musiałam coś zrobić TERAZ. Niewiele myśląc pobiegłam murem w stronę, gdzie ogrodzenie zbiegało się w róg, i gdzie stał Morion, po czym z dzikim okrzykiem na ustach skoczyłam na największego stwora.
Przez noc droga do świtania - Przez wątpienie do poznania - Przez błądzenie do mądrości - Przez śmierć do nieśmiertelności.
Avatar użytkownika
Kostucha
Przejściowy Pokój
Przejściowy Pokój
 
Posty: 29
Dołączył(a): 05 mar 2013, 23:28

Re: Zmartwychwstali

Postprzez Morwena » 31 maja 2013, 13:41

Dość długo zbierałam się w sobie, żeby coś napisać. Chyba chciałam poznać jak najwięcej części.
Wyjątkowo zacznę od strony technicznej.

Niestety muszę z żalem stwierdzić, że w Twoim opowiadaniu znajduję każdy możliwy do popełnienia błąd językowy. W dodatku znakomita większość tych błędów nie występuje jednokrotnie, lecz powtarza się w kolejnych częściach. Również wyjątkowo nie wypiszę przykładów ze względu na ich ilość i częstość występowania.
Tekst po prostu wymaga gruntownego sprawdzenia i większej staranności, bo błędy drastycznie obniżają jakość piśmiennictwa
i negatywnie wpływają na odbiór.
Kusi mnie też, żeby odesłać do poprawki styl (uwaga na mieszanie stylu niskiego z wysokim bez wyraźnej i uzasadnionej potrzeby!), ale nie wiem, czy wynika to z występowania błędów stylistycznych czy też to osobna kwestia. W tej chwili trudno mi to ocenić.

Strona fabularna prezentuje się moim zdaniem lepiej. Kiedy już uda mi się wyciąć w gąszczu błędów jakąś ścieżkę, czyta mi się całkiem nieźle i chciałabym wiedzieć, co będzie dalej, być może dlatego zwlekałam z komentarzem.
Mam pewne natrętne skojarzenia co do niektórych motywów tekstu, chociaż nie wiem, czy mają cokolwiek wspólnego z rzeczywistością: otóż nie mogę pozbyć się wrażenia, że czerpiesz inspiracje z Bleacha. Nie mogę i koniec. Ciągle widzę jakieś przywiązanie dusz do miejsca śmierci, potworki mające chętkę na te dusze, jakichś strażników, hmm.
Co do prologu - zgadzam się z Orią. Główna bohaterka wydaje się być zbyt... rozmemłana, naprawdę. Z jednej strony szkoda jej ukochanej matki, z drugiej prowadziła tak nijakie życie, że niczego jej nie szkoda. Wyznaję pogląd, że kiedy ma się odpowiednie warunki dorastania, szczególnie rodzinne (a u tej dziewczyny nie widziałam większych przeszkód, może poza zdrowotnymi, ale są ludzie, którzy taki powód by beztrosko wyśmiali, ujeżdżając wózkiem inwalidzkim boisko do kosza), życie jest w 93% tylko i wyłącznie winą żyjącego. Dlatego bohaterka ma minus za bycie wegetującą kluską, a Ty za uczynienie jej tak beznadziejnie niezainteresowaną własnym życiem. Depresja teoretycznie może przejawiać się różnie, według niektórych nieskończoną nieporadnością również, ale ja miłośnikiem diagnozowania depresji (szczególnie permanentnej) nie jestem, dlatego oceniam sprawę po swojemu.

Pojawienie się tego Zmartwychwstałego kołka (nie powiedziałam tak przypadkowo, chłopak zachowuje się tak sztywno, że czasem to wręcz urocze) jest oczywiście ożywcze, w końcu dość trudno napisać dobre opowiadanie tylko o duchu, nie dokonując przy tym wnikliwego rozbioru psychologicznego. A przynajmniej ja takiego nie chciałabym czytać. Jego wielkie wejście wyszło naprawdę dobrze, podobnie jak reakcja dziewczyny. Poza tym polubiłam wszystkie fragmenty, w których narzeka na administrację i przydział ludzi. Z ostatnimi kwestiami wiążą się moje wewnętrzne pytania do tego tekstu, to wydawało mi się dość interesujące.

Pozdrawiam i życzę natchnienia!
M.
Kobieto, puchu marny, ty jesteś jak zdrowie...
Avatar użytkownika
Morwena
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 718
Dołączył(a): 29 cze 2009, 16:15


Powrót do Opowiadania

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość