[M] O brakach i czynieniu wbrew

Wasza twórczość.

Moderatorzy: Matylda, sile

O brakach i czynieniu wbrew

Postprzez Aratanooniel » 15 maja 2015, 21:46

Ten tekst powstał na potrzeby akcji Miłosne Bingo 2015 na forum Mirriel
Wybrane prompty: Miłość, bezpłodność, podziemne miasto, farbowana koszulka, 05... 04... 03...
Wylosowana tabelka:
Spoiler: pokaż

Betowała Morwena

Dla W. (jesteś nieskończonym źródłem inspiracji)

O brakach i czynieniu wbrew

0.
Starszyzna mówi często o loterii genowej. O tym, że trzeba dbać, by Społeczność zawsze wygrywała.
Marianna myśli czasami o tym świecie, w którym przyszło jej żyć. O świecie, który mówi jej, że przegrała już wszystko, że przegrała wszystko, bo los postanowił z niej zakpić.
Czasami zastanawia się, czy można zawsze i wszystko wygrywać, jak chce Starszyzna. I czy może właśnie dlatego ona przegrała – by ktoś inny nie musiał się tym martwić.
Wygrywa każdego poranka, gdy wmawia sobie, że jest silniejsza, niż jest.
Czasami Łukasz tuż przed zaśnięciem zastanawia się, jak długo może to jeszcze trwać. Jak długo mogą utrzymywać się na powierzchni, żyjąc pod ziemią. Jak długo jeszcze będzie potrafił wykonywać swoje obowiązki, wychodzić na zewnątrz do tego tak bardzo nieznajomego świata, który z każdym dniem staje się mniej przyjaznym miejscem.
Czasami nie ma ochoty wstać z łóżka. Czasami ma ochotę przegrać.

1.
Przychodzi do niej jednego z tych ciemnych dni, gdy nowe świece są jeszcze zaledwie marzeniem, a stare trzeba sobie wydzielać jak powietrze pod wodą. Przychodzi ze świecznikiem. Przychodzi z trzema świecami. Marianna ma ochotę wrzasnąć i zdmuchnąć je wszystkie. Albo zostawić tylko jedną. Są zbyt cenne, by tak je marnować w tym świecie bez słońca, w tym podziemnym życiu.
- Witaj – mówi on, posyłając jej blady uśmiech znad światła. Marianna podrywa się z taboretu, mierzy go szybko spojrzeniem i odpowiada na powitanie.
- Witaj i ty, przybyszu. Co cię tu sprowadza? Nieczęsto miewam gości.
- Starszyzna – odpowiada Łukasz, Marianna drętwieje.

2.
Płomień świecy pełga niespokojnie, choć tutaj - pod ziemią - nie ma wiele wiatru. Powietrze jest nieruchome, zastygłe tak jak oni.
- Kto to właściwie jest? – pyta Łukasz, niezbyt zadowolony z nowego rozporządzenia rady. Z drugiej strony... wszystkie jego polowania zostały skrócone o dwie godziny, by przez jakiś czas mógł ją odwiedzać. To czternaście godzin w tygodniu, których nie musi poświęcać na oglądanie tego, co zostało ze świata na górze.
- Marianna? Maluje. Głównie słońce. Drzewa. Morze. Wszystko, czego nam brakuje. Starszyzna przerzuca ją między kuchnią a przedszkolem – wyjaśnia jeden z pomocników Rady. Wygląda, jakby zbliżał się do trzydziestki. Jeśli nikt ze Starszych nie umrze w tym lub kolejnym roku, nie dostanie miejsca w Radzie. Zostanie bez posady.
- Przerzuca? Jak to? – pyta zdziwiony Łukasz, wciąż podążając za płomykiem świecy. Korytarze są długie i ciemne. Świeca to tylko pewien rodzaj umowy, która mówi im, że jest jasno.
- Marianna nie może mieć dzieci. Nie ma posady. Gdyby nie jej malunki, byłaby całkowicie bezużyteczna – tłumaczy beznamiętnie.
- Bezużyteczna? – powtarza jak zacięty mechanizm. Nie do końca interesuje go los jakiejś malarki. Bardziej zajęty jest cieniami w swojej głowie. Podobno jej obrazy mają go wyleczyć.
- Tak. Wiesz przecież, jak podchodzimy do kwestii reprodukcji. To nasz najważniejszy obowiązek. To i dobre geny. Jakie są twoje?
- Drugi stopień – odpowiada nieuważnie. Czuje zbliżającą się falę zobojętnienia.
- Gratuluję. Będziesz miał kiedyś piękne małżeństwo. A Marianna... w sumie jej życie zależy pośrednio od ciebie.
- Ode mnie? – Łukasz wie, że jako członek Gildii Żywności powinien czuć się odpowiedzialny za przetrwanie całej społeczności. Ale coś w głosie rozmówcy mówi mu, że to nie tylko kwestia jego zwykłych obowiązków.
- W razie klęski głodu ona będzie pierwsza.
- Do obcięcia racji żywnościowych?
- Na początek.

3.
Jej pracownia to raczej klitka. To raczej dziura w ścianie, nie przypomina niczego, co znał do tej pory.
- Więc masz przychodzić tutaj i oglądać moje prace? – Patrzy na niego z wszystkowiedzącą miną. – Nie będziesz pierwszy. W godzinach, które wyznaczyła ci Rada, nie mam w zwyczaju używać świec. Musisz przynosić własne.
- Tak, po to mnie tu wysłano. Nie obawiaj się o świece. Nie wiem, jak to ma mi pomóc, ale skoro Rada tak chce... – zawiesza głos. Dziwnie się czuje, gdy ona patrzy na niego takim pełnym obojętności wzrokiem. A jednocześnie jest w jej spojrzeniu coś, co mogłoby zahipnotyzować kogoś, kto żyłby bardziej niż on. Jej standardowy strój, wydawany wszystkim kobietom, wygląda, jakby rozbiła się na nim gwiazda. Kolorowe okręgi tworzą zawiły wzór, który przedstawia wszystko i nic.
- Postanowienia Rady są święte. Ale nie myśl, że to się stanie bez twojego udziału. Możesz godzinami oglądać słońca, które namalowałam, a nigdy nie zobaczyć światła.
- Po prostu pokaż mi te obrazy – mówi płasko. Nie ma ochoty z nią rozmawiać. I sam dobrze wie, że to nic nie pomoże. Marianna na początek wyjmuje plik kartek. Na każdej z nich błyszczy coś żółtego. Wschód słońca. Zachód słońca. Słońce w zenicie. Trochę księżyca. Morskie fale pochłaniające różane niebo.
Łukasz patrzy. I czuje, że jest tylko gorzej.

4.
Korytarze z każdym dniem wydają się ciemniejsze. Łukasz ma wrażenie, że nawet tu, pod ziemią, nad jego głową zebrały się chmury. Choć wiele by dał za deszcz. Od bardzo wielu dni nie padało.
- Co, Łukasz? Dziś znowu zerwiesz się wcześniej? – zagaduje jeden z niższych łowców. Coś w jego dziarskim kroku oburza Łukasza. Ma ochotę powiedzieć mu, że to tylko kwestia dwóch, może trzech lat, nim i jego to dopadnie. I niech lepiej modli się, by do tego czasu awansować. Czymś się przysłużyć. Inaczej nikt nie zadba o pomoc dla niego. Nikt nie wyśle go do oderwanej od życia malarki słońc. Patrzy, jak chłopiec wspina się powoli po zardzewiałej drabinie. A może w nim nie zgaśnie radość życia?
- Tak, to polecenie Rady – mówi zimno i stawia stopy na pierwszym stopniu. Świat na górze z każdym dniem przeraża go bardziej. Gdyby znał kogoś, przy kim mógłby się prawdziwie rozpaść, zapłakałby, prosząc, by nie musiał tam wracać.
Wróci. Zawsze wraca.

5.
Zgodnie z obietnicą za każdym razem przynosi świece. Jest coś pocieszającego w tym, że przynosi jej światło. Dobrze jest być kimś, kto potrafi wygonić ciemność z tej jej klitki. Choć na chwilę.
- Skąd mam wiedzieć, że to właśnie jest słońce? – pyta któregoś razu zapatrzony w jeden z jej obrazów. Marianna patrzy na niego z politowaniem.
- Mam kilka zdjęć. Obrazów. Są książki – mruczy, mieszając farby. Łukasz wciąż milczy. –Ale wiesz, wcale nie musisz mi wierzyć. – Podaje mu miseczkę pełną pomarańczowej farby.
- Ja?
- Ty! – mówi, dotykając jego policzka brudnymi palcami. – Jesteś słońcem, widzisz?
Czyta jej na głos. Opisy słońca. Opisy lasów, rzek i pól. Nieba. Czyta jej świat. A wtedy jej palce umaczane w farbie przesuwają się szybko po płótnie, papierze, drewnie.
Oboje najbardziej lubią małe, cienkie książeczki dla dzieci. Są ilustrowane.
Mijają kolejne dni, a Marianna zaczyna kojarzyć go nie tylko ze światłem, które przynosi, ale też z ciepłem. To dziwne, ale nie roztrząsa tego.

6.
Godziny, które spędza na czekaniu, są najciemniejszymi w jej życiu. Po omacku gotuje, po omacku wyciera dzieciom nosy i uczy je czytać. To dziwne, że potrafią rozszyfrować literki, podczas gdy ona ledwo widzi swoje dłonie bez jego spojrzenia.
Potem wraca, palcami szukając ścian korytarzy, tak wilgotnych i zimnych jak nigdy przedtem. A może po prostu nigdy do nikogo się nie spieszyła, nigdy tęsknota nie odbierała jej tchu. Marianna nie podejrzewała nawet, że kiedyś ją to spotka. Słodki ucisk w piersi, radosne oczekiwanie przeplatane zwiastującym chwilę zwątpienia kłuciem między piątym a szóstym żebrem.
Wraca tak szybko, jak może, w pracowni zapala jedną z bezcennych świec, siada przed sztalugą i moczy palce w farbie. Chciałaby namalować jego portret – zmierzwione łobuzersko włosy, błyszczące z każdym dniem jaśniej oczy, uśmiech wyginający wargi w najpiękniejszy łuk na świecie. Ale nie może tego zrobić, Rada uznałaby, że marnuje farby. Żaden ze Starszych nie potrafiłby dostrzec, że teraz tak właśnie wygląda słońce.
I mając przed oczami jego dłonie, nos, szyję, nabiera na palce żółtą farbę i maluje słońce, takie jak opisano je w książkach, które stoją w równych rządkach na półkach.
Potem, gdy kończy, świat znów pogrąża się w ciemności za sprawą jej oddechu.
Czeka.

7.
- Masz takie gładkie ręce – mówi Łukasz, wędrując opuszkiem palca po wnętrzu jej dłoni. Marianna patrzy na niego, na jego spracowane dłonie i uśmiecha się. – Jak perły. Jak wygrzane w słońcu perły – powtarza on i składa pocałunek na jej nadgarstku. Wędruje ustami tam, gdzie chwilę temu wędrował palcem.
Żadne z nich nigdy nie widziało prawdziwych pereł, nie mieli okazji oplatać ich białymi sznurami rąk i szyj. Słońce znają tylko z opowieści i jej obrazów. A jednak coś sprawia, że to wyznanie wcale nie traci na autentyczności.

8.
- Mam wrażenie, że jestem płaska. Że cała ta ziemia napiera na mnie, że już ledwo oddycham – mówi Marianna z nosem gdzieś pomiędzy jego szyją a ramieniem. Zdaje się jej, że tylko tam jest czyste powietrze, czysty tlen, czysty cud. Łukasz kładzie dłoń na jej unoszącej się klatce piersiowej, zahacza koniuszkami palców o jej ostre obojczyki.
- Oddychajmy razem, dobrze? Wdech i wydech – proponuje on. W ciemności ledwo widzi białka jego oczu. Zdaje się jej, jakby jego głos otulał ją ciaśniej niż jego ramiona. To dobre uczucie.
- Czy my jeszcze istniejemy? Czy ten świat jest czy po prostu był?
- Marianno... To właśnie są świat i słońce, i morze, i drzewa... – mówi Łukasz, a potem jego usta odnajdują jej zaciśnięte wargi. A ona wie, że to prawda. Bo czuje sól i wiatr, i ciepło, słyszy ptasi śpiew.

9.
Staje w jej drzwiach, a na ustach igra mu najbardziej chłopięcy uśmiech, jaki kiedykolwiek widziała. A widziała w swoim życiu wiele dzieci.
- Zgadnij co! – mówi psotnie. Dźwięk jego głosu rozjaśnia jej pracownię. Marianna patrzy na niego, mrużąc oczy. On czasami naprawdę jaśnieje.
- Co? – pyta w końcu. A wtedy Łukasz wyjmuje ręce z kieszeni. Ręce pełne owoców, drobnych, słodkich, pełnych słońca owoców. Marianna podrywa się z taboretu, by zawiesić nos nad jego dłońmi. Tak pachnie światło i ciepło.
- Spróbuj, Marianno.
- Dobrze wiesz, że nie mogę. To twoja porcja witamin. Musisz być zdrowy i silny, żeby polować.
- Możliwe, że to nielegalnie zebrane owoce... - Łukasz zawiesza głos. A potem ujmuje między palce jedną z malin i przysuwa do jej ust. To prawie jak pocałunek.

10.
Wezwanie przed oblicze Rady przynosi mu ten sam mężczyzna, który kilka miesięcy temu powiedział mu, czym zajmuje się Marianna. Na jego widok Łukasz myśli, jak niewiele wtedy o niej wiedział. Jak ubogie były te informacje – do tego stopnia, że prawie nieprawdziwe.
Przecież ona jest największym skarbem, który mógłby dostać od życia. Nie zna bardziej wartościowego człowieka w całym tym chorym świecie. Bo to ona jest tym, co powstrzymuje ten świat od zapadnięcia się w sobie.
- Dostałeś przydział. Geny pierwszego stopnia. Gratuluję w imieniu Rady. W swoim powiem, że jest piękna, będziecie mieć zdrowe dzieci.

00.
Czasami Łukasz chciałby myśleć, że pokazał światu, że wygrał wszystko, choć skazano go na niepowodzenie.
Ale sam nie wie, czy to prawda.
Czasami Marianna tęskni za słońcem. Ale wtedy dotyka wszystkich książek, które razem przeczytali. Patrzy na wszystkie obrazy, które dla niego namalowała. Wodzi opuszkami palców po zastygłej farbie.
Wtedy wmawia sobie, że to wystarczy. I jest wdzięczna.
Nie może kochać jej z bliska. Więc robi wszystko, co tylko leży w jego zasięgu. Przejmuje władzę w Gildii. Dba, by do miasta nigdy nie zawitał głód.
Co jakiś czas posyła jej ciepły uśmiech zamiast tego codziennego, pełnego rezygnacji.
Z mądrości moderatorskich: Oczywiste oczywistości nie istnieją. Zrób facepalm i ruszaj dalej.
Nielusiowe tworki|Nielusiowa zupka|Niela czyta Puella bella
Akcja KDT
Obrazek
Aratanooniel
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 523
Dołączył(a): 01 maja 2009, 13:58
Lokalizacja: Rzeszów

Re: O brakach i czynieniu wbrew

Postprzez Tristan » 16 maja 2015, 19:30

Bardzo fajny pomysł z tym bingo.
Realizacja też ciekawa.
Jedyne uwagi, to na początku strasznie dużo przewija się "wszystko", "przegrała", "czasami".

Historia ciekawa, piękna i smutna. niewielu słowach opisałaś świat w którym żyją bohaterowie, a właściwie sprawiłaś, że czytelnik sam go sobie wykreował.
Piękna historia choć strasznie smutna.
Gratuluję, bardzo się wzruszyłam.
T jak Tristan, T jak terrorysta
Tristan Zabójczy Terrorysta
Za tytuł serdecznie dziękuję Morwenie!
Słowo honoru, że zrobię wszystko by na niego zasłużyć.
Tristan
Administrator
Administrator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 711
Dołączył(a): 11 lut 2008, 16:46
Lokalizacja: Warszawa


Powrót do Opowiadania

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron