[Z] Czerwienią barwiąc świat

E1610 (Avengers Ultimate) || Red Skull

Moderatorzy: Atma, Alexsandra

Czerwienią barwiąc świat

Postprzez Satanachia. » 01 lip 2014, 23:20

    Autor: Satanachia.
    Beta: brak (of kors)
    Ostrzeżenia: Są trupy, trochę krwi, trochę zwisającej wątroby i przekleństw. No, to tka w skrócie.
    N/A:
    • Seria powstała z okazji Tygodnia Złoli na Ziemi-75 i liczy sobie 15 części (bonus w drodze, bo Rasp.)
    • Pokłóciłam się z licznikami słów i niektóre części, które na licznikach miały równe 200, 250, 300 słów wyświetla się na niektórych stronach z brakami/nadprogramem. Nie wiem co jest grane, po prostu nie ogarniam.
    • Ponieważ nie mogę sobie przypomnieć czy w komiksie podano imię Red Skulla, a internety milczą, nazwałam go Michael, bo pasowało mi to do jego wizerunku...

Nikt


Michael. Mówią, że nazywa się Michael. Powtarza imię kilkukrotnie, ale w jego ustach brzmi nienaturalnie, a sylaby kaleczą mu język.

— Michael — ponawia szeptem i zbliża się do wiszącego na ścianie owalnego lustra. Przykłada dłoń do szklanej tafli i próbuje jeszcze raz — Michael.

Zza srebrnej tafli wyzierają jasnoniebieskie, nieco przestraszone oczy, przykryte szopą splątanych blond włosów.

Nie wygląda jak Michael.

Chłopak zaciska szczękę i marszczy brwi, próbując nadać twarzy inny wyraz. Bezskutecznie.

Nadal nie wygląda jak Michael. Wygląda jak Steven.

Przesuwa dłoń na środek lustra, zakrywając twarz; szkło pęka pod naciskiem, a kilka odłamków opada na posadzkę.

Wygląda jak Nikt.

[hr]

Renegat


— Teraz unieś — Michael posłusznie podnosi obciążone ręce i staje w pozycji wyprostowanej. Sto kilogramów naprawdę nie jest dla niego wyzwaniem. Nie jest, już nie. Zadowolony lekarz kiwa głowa i mamroce coś pod nosem, zapisując wagę odważników na podsuniętym mu przez pomocnika świstku.

— Dziękuję, to będzie już wszystko — posyła Michaelowi powściągliwy uśmiech, na co ten przekrzywia tylko głowę, co niepokoi doktora. Według utartego scenariusza, Michael powinien teraz uśmiechnąć się w odpowiedzi, odstawić odważniki i pożegnać się ze wszystkimi na sali. Tak go nauczyli. Tak go wytresowali.

— Mój chłopcze, możesz już... — cios odważnikiem przerywa zdanie. Przez chwilę na sali panują nienaturalna cisza i bezruch, które przerywa kolejne uderzenie ciężarkiem, który tym razem rozłupuje lekarzowi głowę; pielęgniarka nieopodal wrzeszczy na widok krwi i kawałków mózgu, a stojący obok niej żołnierz bez wahania sięga po broń. Chłopak podbiega do niego szybko, szybciej, niż mógłby człowiek, błyska jeszcze w umyśle wojaka, nim Michael wyrywa mu pistolet i strzela prosto w twarz. Pielęgniarkę ucisza jednym ciosem i przez chwilę stoi nieruchomo, uspokajając oddech.

Spogląda w wiszące nieopodal lustro i widzi wyłącznie ostre spojrzenie chłodnych, błękitnych oczu. Uśmiecha się kącikami ust i wie, że Michaela już nie ma.

A może nigdy go nie było.

[hr]

Przed/po przeczytaniu zalecam zerknąć na to (spoiler!): 1, 2, 3, 4, 5.

Przepoczwarzenie


Nóż ślizga się w spoconej dłoni, a czubek ostrza drga niebezpiecznie o milimetr od jego oka.
— No już, przecież się zagoi — mamrocze sam do siebie. Chwyta kępkę włosów tuż przy czole i naciąga mocno skórę; poprawia chwyt na nożu i na próbę przeciąga ostrzem po czole. Cięcie nieco piecze, a płynący po policzku strumyczek krwi irytuje, jednak chłopak wie, że od tego nie ma już ucieczki. Sam wybrał i ukształtował swój los.
Rzuca krótkie spojrzenie na leżące nieopodal ciało i przygryza wargę. Sam wybrał.

Następne cięcie jest dokładniejsze, bardziej zaplanowane, a dłoń już nie drży. Jednym pociągnięciem zdziera z czaszki długi skalp, który odrzuca od siebie z obrzydzeniem. Odchyla głowę do tyłu, by spływająca krew nie nakapała mu do oczu, i sycząc z bólu odcina kolejne pasy skóry, a z każdą następną czuje się spokojniejszy; gniew wygasa, zastępowany chłodnym zadowoleniem i czającą się gdzieś na dnie jaźni nienawiścią.

Gdy kończy, opiera się przez dłuższą chwilę o stalowy blat i zezuje na swoje zamazane, szkaradne odbicie.
Uśmiecha się krzywo i z lubością wylizuje do czysta nóż.
Już nigdy nie będzie Nim.
Teraz jest już tylko sobą.

Szaleńczy śmiech rozchodzi się po ośrodku, rozgłaszając zwycięstwo.

W końcu jest tylko sobą!

[hr]

Niepamięć


Pierwszy tatuaż wykonuje niedługo po ucieczce, tuż po pierwszej wizycie w kościele. Za pomocą zaostrzonego drewienka i kawałka blachy, którym wybija rytm, wprowadza pod skórę barwnik i bezbłędnie wykłuwa idealnie prosty, proporcjonalny krzyż, który jasno mówi pamiętaj.
On pamięta. Zawsze pamięta. Ma pamieć ejdetyczną i nie potrafi zapomnieć.
Twarze zabitych przez niego żołnierzy wyświetlają mu się pod powiekami, gdy tylko zamknie oczy. Nie pozwalają mu spać, a jednak nie potrafi ich znienawidzić. Byli tylko psami, tresowanymi psami, takimi samymi, jakim on był przed przemianą.

Powoli kończy tatuaż; ostrożnie odkłada na bok drewienko, odrzuca blaszkę i zakręca słoiczek z pigmentem. Przesuwa dłonią po lekko zaczerwienionej skórze i z fascynacją patrzy, jak tkanka się regeneruje, niemal formuje na nowo w przeciągu kilku minut. To boli, ale to dobry ból. Nie pozwala zapomnieć. Przymyka powieki i przez chwilę, jedną błogosławioną chwilę, widzi tylko ciemność; gdy pojawia się pierwsza twarz, wizerunek młodego szatyna w lekko przydużym hełmie, przykłada ponownie dłoń do tatuażu w niemym geście pamiętam.

Twarz miga i po chwili znika, zastąpiona przez następną, nieco starszą i podziobaną bliznami po trądziku.

Pamiętam.

Dociska mocniej palce, na co gojąca się skóra odpowiada tępym bólem.

Pamiętam.

Nie żałuje. Nie nienawidzi.

Pamięta.

[hr]

Szatan


Tubylcy nazywają go "sọ đỏ", co w wymowie przypomina nieco "szatan", i to pasuje. Jest dla nich szatanem, diabłem, który wyszedł z dżungli i rozszarpuje zębami swych wrogów. Panicznie się go boją i modlą wieczorami do swych bóstw, by tego dnia "szatan" nie przyszedł do ich wioski i nie zażądał wydania zapasów. Mógł to zrobić. Często to robił.

Niczym bóstwo wjeżdżał do wiosek, siedząc na ramie jeepa, i komenderował z góry swoim oddziałem, który starannie wyszukiwał kryjówki z zapasami i mordował kręcących się w pobliżu mężczyzn. Czasami zabijali tylko dla worka ryżu, czasami dla kilku kawałków starej kozy. Ale czasami odnajdywali w dołach broń i wtedy nie szczędzono nikogo - ni młodzieży, ni dzieci, zaś kobiety Demon rozdzielał między swoich podkomendnych, a sam rozsiadał się wygodnie i obserwował widowisko, jak sam zwykł nazywać sceny zezwierzęcenia, w których brali udział jego ludzie.

To głównie stąd wzięła się bojaźń miejscowych — człowiek nie byłby zdolny do obojętności przy takim okrucieństwie, zaś Demon tylko poganiał swoich i komentował ich co ciekawsze pomysły.

Nazywają go Demonem i to pasuje.

Ale gdy podczas powrotu do bazy wypadowej jeden z wcielonych do grupy Wietnamczyków zwrócił się do niego w jego ojczystym języku "Red Skull" — nie oponował.

To też pasowało.

[hr]

Zasady gry


— Po prostu to zrób — mówi wręcz łagodnym głosem i poprawia uchwyt na ryczącym wściekle, szamoczącym się dziecku. Jego pozbawione warg usta układają się w groteskowy uśmiech, od którego stojący najbliżej Rosjanin cofa się o krok i ściska mocniej karabin. — Zrób to. Przecież to nie jest trudne. To tylko kilka ruchów. — Płacząca, dygocząca jak w febrze kobieta zaciska mocniej palce na lekko pordzewiałych nożyczkach i unosi dłonie przygotowując się do ciosu.

— Dalej! — warczy Red Skull i dociska lufę glocka do główki małego — Znasz zasady!

Petra spogląda przez chwilę na przywiązanego do krzesła męża, a gdy ten kiwa twierdząco głową, zaciska wargi i zadaje pierwszy cios, próbując nie zwymiotować ze strachu i zdenerwowania. Nożyczki osuwają się w jej spoconych dłoniach i jedynie wbijają się płytko w ramię Nikolaia. Petra szepcze zdrętwiałymi wargami przeprosiny i nie czekając na następne ponaglenie terrorysty wsłuchuje się w płacz przerażonego synka i uderza ponownie, raz za razem, ignorując coraz cichsze krzyki męża, wręcz wypierając je z umysłu i zastępując dziecięcym kwileniem.

Po niemal godzinie jest już po wszystkim, a Petra odsuwa się od zmasakrowanego ciała, które nie jest, boże, już nie jest Nikolaiem, tym radosnym, nieco rubasznym mężczyzną, z którym spędziła kilka szczęśliwych lat, i podchodzi niezatrzymywana do Red Skulla, i wciąż ściskając śliskie od krwi nożyczki prosi o wydanie syna, bo zna zasady. Red Skull patrzy na nią przez chwilę, niczym wąż na mysz tuż przed atakiem, po czym klaska językiem ukontentowany i odsuwa lufę od chłopca.

—  Brawo, nie spodziewałem się, że będziesz mieć takie jaja. — Petra upuszcza nożyczki i bez dalszych słów wyciąga dłonie po syna.

— Ale  zasady trochę się pozmieniały — odpycha kobietę w stronę towarzyszy i ściska mocniej chłopca — Przecież miałaś pół godziny. —  Jednym ruchem wyrzuca małego przez otwarte okno.
Osiem, siedem, pięć, boże, trzy, Petra szarpie się w uścisku najemników, próbując zbliżyć się do okna, i nieświadomie liczy piętra. Zdusza krzyk, gdy dochodzi do parteru, a z dołu dochodzi głuchy odgłos uderzenia, który przerywa dziecięcy płacz.

— Z wami, babami, tak już jest — kwituje Red Skull — Byle szczeniak, a już świrujecie.

[hr]

Szaleństwo


Gdy jeden z łączników podsyła mu nowe zlecenie, przez kilka długich minut wpatruje się w ekran komputera, nie do końca wierząc, że ktoś może być na tyle szalony, by jawnie zlecać atak na Baxter Building.

"Kiedy?" — pyta, przez  założony naprędce hotmail, czując budujące się na samą myśl o ataku podniecenie. Dawno nie prowadził czegoś tak dużego.

"dwa dni" — przychodzi odpowiedź, a on odchyla się na krześle i ociera spocone dłonie o spodnie.

"Mało"

"wystarczajaco" — Łącznik dobrze zna jego możliwości i najpewniej negocjuje już cenę całego przedsięwzięcia.

Twarz wykrzywia mu groteskowy, zimny uśmiech, którego sam zapewne by się przestraszył, gdyby nie widywał go tak często we własnym lustrze.

Łącznik ma rację — dwa dni to dosyć czasu, by zdobyć sprzęt i przygotować szczątkowy plan, na którym będzie bazował przez całą akcję, poprzez modyfikowanie go w zależności od potrzeb. Był przecież elastyczny.

Kiedy po kilku minutach na ekranie wyświetla się plan budynku i lista technologii do zdobycia, ma już opracowaną metodę przerzutu ludzi i sprzętu. Do tego nie potrzebuje planów — cel to zwyczajny moloch z grubymi ścianami, przez które przebije się w kilka godzin, jest tego pewien.

Jedyny problem mogą stanowić SHIELD i Avengersi, ale to teraz bez znaczenia.

Zupełnie bez znaczenia.

[hr]

Więzy krwi


Pamięta, że coś wrzeszczał, gdy zadawał pierwszy cios, ale słowa utonęły wraz ze zdrowym rozsądkiem w morzu nienawiści, którą poczuł, gdy Kapitan Ameryka, we własnej osobie, stanął na pokładzie śmigłowca.

Pamięta, że po pierwszym ciosie zadał następny, który Kapitan sparował tarczą z widocznym trudem, co dało Red Skullowi pewność, że jest w stanie go pokonać, że będzie mógł wytrzeć tym cholernym żołnierzykiem podłogę i w końcu odpłacić mu za to wszystko. Bo to wszystko było jego winą. Gdyby tylko nie pojechał na wojnę, gdyby tylko nie zostawił wtedy matki...
Gdyby tylko wrócił, wrócił, wrócił, wróciłwróciłwrócił — rozbija mu się po głowie, gdy w amoku, plotąc jakieś nieważne bzdury, okłada brutalnie mężczyznę.

Kiedy odbiera Kapitanowi tarczę, chwyta go za włosy i unosi bezwładnego do pozycji pionowej.

— Zakładam, że zastanawiasz się, kim jestem? Jak to możliwe, że człowiek, którego nigdy wcześniej nie spotkałeś złoił ci skórę? Podejdź bliżej — jego głos robi się cichszy z każdym kolejnym słowem — Powiem ci, Kapitanie...— Red Skull przytula policzek w parodii czułości do policzka Kapitana i szepcze miękko. — Jestem twoim synem — żołnierz drętwieje w wyraźnym szoku, a terrorysta odpycha go od siebie i ponownie uderza pięścią.

— Czy to nie interesujące — kpi i wypycha go ze śmigłowca.

[hr]

Coś specjalnego


— Zastanawialiśmy się nad twoją motywacją, Skull — mówi Komandor, prowadząc go do zajmującego niemal pół sali urządzenia — Być może dopuściłeś się tych wszystkich okrutnych czynów, ponieważ czułeś, że nie mógłbyś sprostać reputacji swego ojca?

— Nie — odpowiada nieco rozbawionym tonem zapytany i pochyla się nieznacznie w stronę Komandora — Robię to wszystko, ponieważ mnie to bawi, oraz dlatego, że mój Łącznik zapewnia mi niesamowicie wysokie wynagrodzenie.

Komandor wygląda na zdenerwowanego, co jeszcze bardziej poprawia humor Red Skullowi.
Oczywiście, A.I.M do tego momentu nawet nie pomyślało o tym, że wpuszcza do swej siedziby węża, a przecież są tacy inteligentni.

Najgłupsi geniusze na świecie, myśli, a na głos pyta o stan budowy Sześcianu.

— Zostało czterdzieści osiem godzin do aktywacji — odpowiada Komandor i zagłębia się w nieistotne szczegóły, dotyczące wierzeń, które A.I.M planuje wprowadzić po opanowaniu Sześcianu, a Skull słucha tej paplaniny jednym uchem, wpatrując się z fascynacją w świetlistą kostkę, unosząca się kilka metrów od nich.

— Prawdopodobnie mógłbym wam pomóc — przerywa monolog Komandora i odsuwa się od niego o krok, dając swoim ludziom czyste pole strzału, które ci od razu wykorzystują, przestrzeliwując Komandorowi oba kolana. Mężczyzna upada na śliską od własnej krwi posadzkę i, drżąc z bólu, próbuje jak najszybciej odpełznąć od swoich katów.

— Mój Łącznik obiecał mi coś specjalnego za to zlecenie — rzuca konwersacyjnym tonem Red Skull i wyciąga z obszernej kieszeni płaszcza broń; leniwie ją odbezpiecza i wcelowuje w głowę Komandora. — I wiesz co?

Proszę, czekaj! — Ciało Komandora drży konwulsyjnie, gdy przeszywa je kula.

— Nie żartował.

[hr]

W pół drogi


Czekając na ukończenie procesu tworzenia Sześcianu, opiera się o zimną, metalową ścianę, pozwalając podkomendnym uprzątnąć bałagan po Komandorze. Najemnicy szybko i sprawnie wynoszą owinięte w plastikową płachtę ciało, a po upewnieniu się, że w sali znajdują się odpływy, jeden z nich zalewa zasychająca krew kubłem wody z dodatkiem jakiegoś rozpuszczalnika, dzięki czemu po chwili z plamy zostają tylko brązowe zacieki, które leniwie spływają do kratek kanalizacyjnych.

Red Skull odprawia go ruchem dłoni, a ten wychodzi bez ociągania, pogwizdując jakąś skoczną melodię, co nawet Skullowi wydaje się nieco groteskowe, bo facet niesamowicie fałszuje.

Przez kilka minut słychać tylko jednostajny szmer pracującej maszynerii, co pozwala mu się odprężyć, po raz pierwszy od czasu nawiązania współpracy z A.I.M.

— Ile jeszcze — burknął w bliżej nieokreślonym kierunku, ale komputer i tak to wychwycił, i wyświetlił na przeciwległej ścianie przewidywany czas oczekiwania. Osiem godzin.

Osiem godzin to zdecydowanie nie ponad czterdzieści, o których pieprzył Komandor.

Pewnie myśleli, skurwysyny, ze uda im się wymigać od zapłaty — nie z nim te numery.

Odepchnął się od ściany i powoli podszedł do nabierającej coraz wyraźniejszych kształtów kostki.

Uśmiechnął się krzywo i zbliżył dłoń do Sześcianu.

Dotąd mógł niemal wszystko, ale za osiem godzin... za osiem godzin będzie bogiem.

[hr]

Demiurg


Gdy zamyka palce na Sześcianie, nie czuje nic i przez chwilę jest to co najmniej niepokojące. Owszem, nie spodziewał się fajerwerków czy jakiś wybitnie odznaczających się zmian, jednak sądził, że poczuje coś. Coś, cokolwiek, co da mu znać, że Sześcian działa.

Ściska mocniej kostkę i nawet przez skórzaną rękawiczkę czuje jej ciepłe, rytmiczne pulsowanie, co nieco go uspokaja. Po chwili pulsowanie zmienia rytm, a Sześcian nabiera intensywnej, czerwonej barwy, prześwitującej między palcami krwawą łuną. Tylko chwilę zajmuje mu zauważenie, że pulsowanie dopasowało się rytmem do jego pulsu, a Sześcian nieznacznie zmienił swój rozmiar i układa się lepiej w dłoni.

— Sprawdźmy, czy działa — rzuca konwersacyjnym tonem do najemnika A.I.M, który wkroczył do sali, by zameldować wykonanie rozkazu.

— Musiało być ci ciężko — zaczyna Red Skull, przekładając Sześcian do kieszeni.

— Ciężko? — Mężczyzna wpatruje się w niego zdezorientowany.

— Kiedy zginął twój brat. Przecież byliście bardzo zżyci — wyjaśnia cierpliwie Skull i przez chwilę na twarzy najemnika miga ból. — Najgorsze jest to, że ten, który go zabił wciąż nie poniósł kary. — Żołnierz zagryza wargi i gniewnie kiwa głową. — Po prostu to zakończ — radzi mu, a tamten wybiega z pomieszczenia, ściskając mocniej karabin, co daje Skullowi jednoznaczny dowód, że Sześcian działa.

A on może już wszystko.

[hr]

Plac zabaw



Krocząc między pożartymi niemal w całości ciałami ludzi A.I.M, odczuwa mieszaninę ekscytacji i fizycznej przyjemności. Gdzieniegdzie niektórzy bojownicy wciąż podgryzają swych niedawnych towarzyszy, wydając z siebie mlaszczące, pełne zadowolenia odgłosy, od których przechodzi go dreszcz.

Nieświadomie muska palcami ukryty w kieszeni Sześcian i nachodzi go myśl, że jednak AIM miało rację — atak na Baxter Building, pod nieobecność Fantastycznej Czwórki, było więcej niż dobrym pomysłem. Było genialnym pomysłem, bo bez większych problemów umożliwił przechwyt planów "klejnotu koronnego" wśród wynalazków Richardsa — kosmicznego Sześcianu, zdolnego manipulować rzeczywistością zgodnie z wolą posiadacza, a który AIM chciało wykorzystać do przejęcia kontroli nad światem.

Według Red Skulla było to nieco infantylne, bo skoro Sześcian umożliwia wszystko to dlaczego od razu sięgać po władzę nad światem, który przecież o wiele zabawniej jest niszczyć.

Skull klepie po hełmie jednego z najemników, który wgryza się właśnie w brzuch innego, nie zauważając nawet, że ten próbuje odciąć mu nogę pod kolanem krótkim, wojskowym nożem.

Tak, o wiele zabawniej było niszczyć.

Żołnierz unosi głowę; z jego ust zwisa coś, co było najpewniej kawałkiem wątroby.

A jeśli otrzymywało się w darze cały świat na własność, jako prywatny plac zabaw, to było lepsze lepsze niż władza. Było lepsze niż wszystko.

[hr]

Zabawmy się


Wie o ich przybyciu, jeszcze zanim postawią pierwszy krok na terenie bazy. Krótki rozbłysk energii, który odczuwa nawet wewnątrz budynku, i delikatne drżenie Sześcianu jasno go o tym informują.

Idioci, pewnie myślą, że Sześcian wciąż nie jest gotowy i mają szanse na jego odbicie. Niedoczekanie.

Zaplata dłonie na plecach, automatycznie się prostując, i spokojnym krokiem kieruje się w stronę wyjścia z baraku, by przywitać gości.

— Czujniki wyłapują tylko jeden puls... — słyszy metaliczny głos i podążając za nim, natyka się na oddział.

— Chyba mój. — Avengersi nie kłopoczą się odpowiedzią i dwoje z nich od razu otwiera ogień. Skull zaciska mocniej palce, czując pod nimi Sześcian, który najwidoczniej przemieścił się z kieszeni w jego dłonie, gdy wystrzelone pociski odbijają się od niego, nie dziurawiąc nawet płaszcza, i z brzękiem opadają na posadzkę.

— O nie — słyszy i pozwala sobie na imitację uśmiechu.

— O tak — poprawia i wyciąga zza pleców kostkę — Jeszcze niedawno moglibyście mnie w ten sposób nawet zabić, jednak to magiczne pudełko sprawia, że równie dobrze możecie obrzucać mnie konfetti.

— Rozkazałem ludziom AIM, żeby się nawzajem pozjadali i zrobili to.

Red Wasp blednie pod maską. Wydaje się przerażona.

— Witaj, Petro — zwraca się bezpośrednio do niej — To wspaniale znów cię widzieć.

*

Przenosi ich krótkim skokiem poza bazę, która niemal w tym samym momencie wybucha, powalając Avengersów, zaś Skulla omiatając tylko strumieniem ciepłego powietrza, od którego faluje jego płaszcz.

— Chyba nie myśleliście, że to koniec — mówi i zbliża się do Red Wasp — Przecież muszę trochę potrenować, a kto nada się na króliki doświadczalne lepiej, niż wy? — Unosi Sześcian, ale gdy jest już o krok od podnoszącej się ze śniegu kobiety, wpadają na niego dwie tony żelastwa, którymi jest Iron Man. Z wściekłym okrzykiem, zniekształconym nieco przez urządzenia modulujące , wbija go w pobliski pagórek.

Więc tak chcą się bawić, myśli Red Skull.

Wyśmienicie.

[hr]

Upadek


Walka z Avengersami przypomina oganianie się od natrętnych much. Spadające na niego to z jednej, to z drugiej strony kule, wystrzeliwane przez bardzo mobilnych Hawkeye'a i Red Wasp drażnią, niczym ukłucia komarów, a ciskane co jakiś czas przez Nerd Hulka głazy naprawdę irytująco przysłaniają mu widok.

Iron Man nie popisał się jak dotąd niczym więcej, poza początkowym obaleniem go na ziemię i kilkuminutowym okładaniu stalowymi pięściami. Gdyby wciąż był człowiekiem, zapewne zostałaby z niego krwawa miazga, którą trzeba by było zdejmować ze zbroi skrobaczką, ale Skull stara się o tym nie myśleć, bo od dzisiejszego dnia nie dotyczą go już żadne ograniczenia ani słabości.

— Urozmaićmy to nieco! — Machnięciem dłoni zmienia otaczające go kule w niewielkie, wyraźnie dziecięce kości, na co Barton ściska mocniej karabin.

— Ty chory skurwysynu — warczy przez zaciśnięte zęby i Skull wie, że dobrze wybrał.

— Och, zapomniałem, że masz dzieci — zaczyna, zaś kosteczki zaczynają  składać się w pionowe, ludzkie kształty, które zbliżają się do Hawkeye'a. — Wybacz, miałeś -- poprawia się, a Barton wymienia wściekle magazynek, by go ponownie ostrzelać, jednak wystrzał z repulsorów Iron Mana uprzedza go, wytapiając lej dookoła Skulla.

— Słabiutko — cmoka Skull i unosi Sześcian nad głowę — Zobaczmy, co ja mogę... — ból w piersi paraliżuje go i uniemożliwia skończenie zdania. Ruga się w myślach, bo już dawno nie czuł czegoś tak intensywnego, ale nim zdąży pomyśleć nad odwetem, zauważa, że jest nadziany, na kurewski dziób samolotu.

— Ja to wezmę — słyszy, nim ktoś zabiera mu Sześcian ze zdrętwiałej dłoni. Przez chwilę krztusi się krwią, próbując coś odpowiedzieć, jednak silny cios w kark niemal odbiera mu przytomność.

— Nie martw się, to nie tak, że od tego umrzesz... — rzuca jeszcze pilot  i wyskakuje z kokpitu. Przez chwilę Skull widzi niebieskie, łuskowate spodnie, bo to takie oczywiste, że do jego śmierci przyczyni się własny ojciec.

Takie oczywiste.

[hr]

Prostując świat


Przebudzenie boli i nie jest to dobry ból; dziura w piersi pulsuje tępo w rytm jego serca, a dziwne uczucie naciągnięcia gdzieś w okolicach nogi uświadamia mu, że kończyna jest pewnie mocno pogruchotana.

Domyśla się, że podali mu etorfinę, którą jego organizm — sądząc po jakimkolwiek czuciu — już niemal spalił. To nie jest przyjemna myśl, bo zapewne nie dostanie jej drugi raz, a nigdy nie lubił bólu. Wbrew powszechnym opiniom wcale nie jest masochistą.

Z trudem unosi powieki i odczekuje chwilę, by oczy przyzwyczaiły się do otaczającego go ostrego światła. Z zaskoczeniem zauważa, że jest w szpitalu, prawdopodobnie jednym z SHIELD-owskich, bo w rogu pokoju miga czerwona dioda kamery.

— Nasza śpiąca królewna się obudziła — słyszy gdzieś z boku kpiący, męski głos i przenosi wzrok ma jego właściciela.

— Fury — nawet w swoim stanie, potrafi wydobyć z siebie odpowiednie, choć nieco świszczące tony, przez które wypowiedziane nazwisko brzmi jak obelga.

Fury uśmiecha się nieznacznie i bez słowa ustępuje miejsca stojącej tuż za nim Red Wasp. Kobieta wygląda na skrajnie wykończoną, jednak wręcz emanuje determinacją.

— Och, Petra, pszczółko — kpi Skull, zsuwając z ust zawadzającą mu maskę tlenową. Nie musi dbać o natlenienie, skoro wie, że nie wyjdzie stąd o własnych siłach, o ile w ogóle wyjdzie. — Nie sądziłem, że tak bardzo będziesz chciała mnie jeszcze zobaczyć.

— Ciekawią mnie trochę twoje motywy — wcina się Fury i przysiada na brzegu łóżka — Chyba nie chciałeś spalić świata, prawda?

— Oczywiście, że nie -- chrypi Skull — Chciałem go naprostować.

Fury nie wygląda, jakby rozumiał, a Skull wcale nie planuje mu tego wyjaśniać — dla niego nie ma tutaj nic do wyjaśniania.

— Skoro chciałeś go naprostować, to nie obrazisz się, że i my coś naprostujemy. — Wstaje z łóżka i kiwa dłonią w kierunku Skulla, co najwidoczniej jest zachętą, bo stojąca dotąd na uboczu, milcząca Petra zbliża się do łóżka.

— Wierzysz w szczęśliwe zakończenia? — pyta retorycznie i przykłada mu broń do czoła. — Ja chyba zaczęłam. — Pociąga za spust.
Obrazek

Nocnych zjaw głos w oddali gdzieś,
Słychać jak śmieją się, maszerują już.
Jestem tak bezsilny, by obudzić się
Koszmarne sny w ogniu topią mnie.
Avatar użytkownika
Satanachia.
Tłusty Aniołek Barokowy
Tłusty Aniołek Barokowy
 
Posty: 73
Dołączył(a): 08 gru 2011, 00:06

Re: Czerwienią barwiąc świat

Postprzez sowa101 » 02 lut 2015, 21:49

Dawno nie czytałam tak mrocznego i mocnego tekstu. Jednak - o zgrozo! - podobało mi się. Miałaś bardzo dobry pomysł by pokazać rzeczywistość od strony Czaszki. W dodatku wykonanie jest pierwszorzędne. <grt> Mimo, że nie lubię horrorów i chorych akcji (wydarzenia u AIM takie były) całość czyta się szybko i łatwo można się wczuć w klimat. Zaś szaleństwo Skrulla wręcz wylewało mi się z ekranu (biedny Joker jest zazdrosny) Mimo, że nie sądzę abym kiedyś wróciła do tego opowiadania (nie moje klimaty) to uważam że jest naprawdę dobrze napisany tekst.
pozdrawiam i życzę weny
Ravenclaw i szczęśliwe zakończenia górą ;)
Avatar użytkownika
sowa101
Nektar Młodości
Nektar Młodości
 
Posty: 36
Dołączył(a): 26 lip 2012, 13:45


Powrót do FanFiction

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron