[NZ] Tenere 47/63 [Kuroshitsuji]

Moderator: Al

[NZ] Tenere 47/63 [Kuroshitsuji]

Postprzez Noire_mort » 27 sty 2010, 20:51

Z podziękowaniami dla Daiquiri i Morweny, bez których pomocy by się nie obeszło, a którym tłumaczenie wiele zawdzięcza.

Autor: GoodbyeMyHeart
Tytuł oryginału: Tenere
Adres oryginału: http://www.fanfiction.net/s/5108636/1/Tenere
Zgoda: jest
Tłumacz: Noire_Mort
Beta: Morwena i Daiquiri - do 32 rozdziału
Gatunek: Romance/Mystery
Ostrzeżenia: wulgaryzmy, sceny tortur, przemoc; od 16 lat
Tytuł: Wybór(łac.)
Przemoc: 8
Sex: 2



Rozdział 1
"Sebastian"



- No, proszę. Mamy tu malutkiego panicza.

Jego oczy są czerwone. Lśnią w ciemnościach słabym, żarzącym się światłem.

Stojący za nim zamaskowani ludzie sapią cicho, jakby się bali, że będą usłyszani.

Jego głos to jedwab. Jest wszystkim tym, co jasne i czyste, a wypływając z jego ust, staje się bluźnierstwem. Jego głos nie jest stąd. On nie jest stąd.

- Wezwałeś mnie. To prawda niezmienna od wieków. Co zostanie poświęcone, nigdy nie powróci.

Uśmiech pojawia się na jego twarzy. Ma kocie zęby. Koci uśmiech.

- Teraz wybieraj ? mówi, unosząc do warg długi, zakończony czarnym paznokciem palec.

- To rozkaz - odpowiada głos z głębi ciemności. - Zabij ich!

***

Kiedy sięga w dół, a jego długie palce ocierają się o moją skórę poniżej prawego oka, nie wzdrygam się.

- Fiolet - mówi łagodnie, głosem, od którego czuć śmierć ? pasuje do twojej cery.

Mimo potwornego gorąca bijącego od jego ciała, drżę.

Zaciska usta, ukrywając zęby.
- Ludzi tak łatwo zranić. To takie żałosne. - Rzuca okiem na blizny pokrywające moją pierś. - Powinieneś być silniejszy, prawda?

Spoglądam w dół i widzę krew na grzbiecie jego dłoni. Płynie wolno, formując znak gwiazdy wewnątrz koła. Pentagram.

- Możesz krwawić - zauważam cichym głosem. Nie doszedłem jeszcze całkiem do siebie.

- Oczywiście - odpowiada. - Dlaczego nie powinienem?

- Nie jesteś z tego świata - mówię.

- Mądry chłopiec - stwierdza ironicznie. ? Widzisz, demony są tylko aniołami, których skrzydła zostały nieco podcięte. A których apetyty trochę... urosły.

Przy ostatnim słowie oblizuje wargi i wpatruje się we mnie.

- Co masz na myśli?

- Spójrz na to. - Unosi lewą dłoń, na której jego czarna krew właśnie skończyła tworzyć na bladej skórze pentagram. - To jest kontrakt. A w twoim oku znajduje się drugi, taki sam. - Jego czarne paznokcie znowu muskają moją twarz. - Ponieważ mnie wezwałeś, ty i ja jesteśmy od teraz połączeni.

- Co to oznacza?

- Widzę, że twoja duma i arogancja szybko wróciły. Dobrze. ? Uśmiech znowu wpełza na jego usta jak gąsienica. Odgarnia włosy z mojej twarzy, odsłaniając moje oczy. - Od tej chwili aż do dnia twojej śmierci jestem twoim pokornym sługą. Jeśli mi coś rozkażesz, jak to właśnie zrobiłeś, kiedy zabiłem tych żałosnych błaznów, muszę przestrzegać kontraktu. A... w zamian...

Jego usta uchylają się, ukazując zęby.

- Gdy umrzesz... nie pójdziesz ani do nieba, ani do piekła. Pochłonę twoją duszę, młody panie, jak kęs mięsa, łyk wina, okruch, kropelkę. Będziesz dla mnie smacznym posiłkiem. Wprost nie mogę się już doczekać, żeby cię skosztować.

Moje usta otwierają się, ale nie wydobywa się z nich żadne słowo.

- Dokąd cię teraz zabrać? - pyta. - Nie sądzę, byś chciał tu dłużej przebywać.

- Rezydencja Ph-Phantomhive ? jąkam się. Wciąż nie mogę pojąć tego, co zostało mi wyjawione.

- Rezydencja! Bogaty, mały panicz! - Śmieje się i sięga w dół, biorąc mnie w ramiona. - A kim ja będę dla ciebie? Tak dla formalności?

- Kamerdynerem - wymyślam. Jest to pierwsza rzecz, jaka przychodzi mi do głowy. On uśmiecha się z wyższością.

- Czy będę posiadał imię?

Wbrew sobie układam się w jego ramionach.

- Sebastian - mówię wolno. - Sebastian... Michaelis.

W jakiś sposób wydaje się zmniejszać, gdy wypowiadam to imię; pazury przestają być ostre, a oczy nie żarzą się taką czerwienią.

- A komu mam przyjemność służyć? - mruczy. Jest kotem.

- Cielowi Phantomhive?owi - odpowiadam.

I z tymi słowami wraca moja godność, nawet jeśli w niewielkiej części.

***

Budzę się w jego ramionach. Idzie powoli drogą, której nie poznaję, tak jakby trzymanie krwawiącego dziecka było najzwyczajniejszą czynnością podczas spaceru.

- Nie śpisz - mówi łagodnie, nie patrząc na mnie.

Jego czarne włosy skróciły się, on sam wygląda bardziej ludzko. Czarne buty na wysokim obcasie stukają o bruk, jak gdyby odmierzały czas.

- Posiadłość ? mamroczę. - Spalona.

- Szkoda - odpowiada.

Nie wiem, co jeszcze mógłbym powiedzieć.

Złoto i oranż zabarwiają niebo, słońce zachodzi. Nawet nikła poświata uraża moje nienawykłe oczy. Minęło sporo czasu, od kiedy ostatnio widziałem światło dnia.

- Tutaj powinno być dobrze, paniczu.

Spoglądam w górę na Sebastiana, tak, tak właśnie go nazwałem. Nie patrzy na mnie, ale schodzi z drogi i zatrzymuje się pod drzewem, olbrzymim, rozłożystym dębem.

- Czemu się zatrzymaliśmy? - pytam, mój głos jest odrobinę głośniejszy od szeptu.

- Oczywiście - mówi Sebastian, - żeby cię umyć, mój paniczu.

- Chcesz mnie... umyć?

Sebastian delikatnie sadza mnie na ziemi i dopiero wtedy uświadamiam sobie kilka rzeczy. Po pierwsze, jestem wciąż nagi. Po drugie, być może, by uratować resztki godności, które mi pozostały, Sebastian okrył mnie czymś w rodzaju peleryny, czymś czarnym i miękkim.
Nie nosiłem żadnych ubrań od ponad miesiąca, a myśl, że Sebastian widzi mnie nagiego, jest upokarzająca.
Sebastian klęka przede mną i spokojnie zsuwa pelerynę z mojej klatki piersiowej, jego twarz jest pozbawiona wyrazu. Krzyczę i szarpię materiał w dół, okrywając dolne partie mojego ciała i wpatruję się w niego. Unosi brew.

? Mam nadzieję, że nie jesteś tak wstydliwy, paniczu. Możesz być pewny, że cię nie skrzywdzę.

- Skąd mam wiedzieć, czy mogę ci ufać? - Słowa, które kłębiły się w moim umyśle od czasu przebudzenia, w końcu wydostają się z moich ust.

Wpatruje się we mnie przez chwilę, a następnie uśmiecha się łagodnie i uprzejmie.

- Paniczu, pamiętaj, że to ty sporządziłeś kontrakt. Dlatego też twoim obowiązkiem jest mi zaufać.

Patrzę na niego stanowczo. Wzdycha.

- Ojej - potrząsa głową i przysiada na piętach. - Nie powinieneś się mnie wstydzić, paniczu. Skoro mam być twoim lokajem, cóż, o ile w ludzkim świecie te sprawy nie zmieniły się drastycznie i bardzo nagle, uważam, że praca kamerdynera polega na pomocy panu przy ubieraniu, rozbieraniu i myciu. I zapewniam cię, że nie mam żadnej korzyści ze skrzywdzenia cię ani z czynienia ci niewygód, paniczu.

Kurczowo ściskam pelerynę, ale stopniowo się rozluźniam.

- Dobrze. Ale włożę ubranie, gdy tylko...

Uderza mnie pewna myśl. Kazałem mu zabrać się do Posiadłości Phantomhive, ale...

Przepadła.

Spłonęła z moimi rodzicami w środku ponad miesiąc temu.

A potem?

Potrząsam głową, usuwając wspomnienia. Sebastian unosi brew.

- Ach, tak. Czy nie wspominałeś, że twoja rezydencja się spaliła, paniczu? - Sebastian łagodnie zsuwa czarną pelerynę z mojego ciała, wyciąga chustkę z kieszeni na piersi ? od kiedy ma normalne ubranie? ? i zaczyna wycierać krew wokół cięć na mojej klatce piersiowej. - Dokąd mam cię zabrać?

Myślę przez chwilę.

- My... Matka i ojciec... Mieliśmy kamienicę w Londynie...

- Bardzo dobrze. - Uśmiecha się, zamykając oczy, jakby chciał ukryć, że uśmiech do nich nie sięga. - Muszę zapytać, paniczu, chociaż to może być trudne... Twoja rodzina. Czy mieszkają w pobliżu?

Otwiera oczy i bada moją twarz. Już zna odpowiedź.

- Moi rodzice nie żyją - oznajmiam oschle.

- Ach.- Ponownie spogląda w dół na moją klatkę piersiową. ? Masz jakichś krewnych?

Opieram się o drzewo, wygładzając pelerynę Sebastiana wokół moich nóg.

- Ciotka Angelina - mówię wolno. - Ludzie nazywają ją Madame Red...

- Interesujące. Odwiedzimy ją, kiedy dotrzemy do Londynu, a ty wystarczająco wydobrzejesz, paniczu.

Kiwam głową.

Milczymy. Gorące letnie powietrze wydaje się odpływać ku słońcu osadzonemu gdzieś w oddali, a przyjemny chłód napływa z doliny i lasu za naszymi plecami. Ptaki śpiewają głęboko w ciemnościach.

To naprawdę koniec. Przez cały ten czas zamknięty w ich klatkach, słuchając krzyków innych dzieci, słuchając ciemności, słuchając ich kpiących śmiechów i sadystycznej rozkoszy z naszego cierpienia.

Drżę i Sebastian spogląda w górę.

- Marzniesz, paniczu?

Nie czeka na moją odpowiedź, tylko ponownie okrywa mnie całego peleryną i podnosi. Już zaczynam czuć się w jakiś sposób bezpieczny w kołysce, jaką stanowią jego ramiona.

Ukrywam głowę w jego ramieniu i zamykam oczy.

- Odpoczywaj - zaczyna Sebastian, jakby czuł potrzebę mówienia do mnie. - Będziemy w Londynie, kiedy się obudzisz, paniczu.

- Dziękuję, Sebastianie ? mamroczę.

Nic nie odpowiada, ale czuję, że się uśmiecha tak, że przez moje ciało przechodzi dreszcz.
Ostatnio edytowano 14 sty 2013, 11:59 przez Noire_mort, łącznie edytowano 46 razy
London Bridge Is Falling Down, My Fair Lady!
Avatar użytkownika
Noire_mort
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 170
Dołączył(a): 08 wrz 2009, 22:09

Re: [NZ] Tenere 2/63 [Kuroshitsuji]

Postprzez Noire_mort » 27 sty 2010, 21:42

Rozdział 2
?Znak?


Gdy się budzę, jestem w białym pokoju, w łóżku tak miękkim, że mam wrażenie, jakbym unosił się wraz ze światłem gwiazd błyszczących za oknem.

Słyszę stłumione dźwięki dochodzące z ulicy. Londyn.

- Witam z powrotem w budzącym się świecie, paniczu.

Podskakuję. Sebastian stoi przy łóżku. Kiedy wszedł?

Uśmiecha się.

- Skontaktowałem się z twoją ciotką, złożyłem zamówienie na odpowiednie ubranie, zaparzyłem herbatę i przygotowałem kąpiel. Wypijesz najpierw herbatę, czy wolisz kąpiel?

Opada mi szczęka. Od mojego zaśnięcia nie mogła minąć więcej niż godzina.

- K-kąpiel ? mówię. Wciąż jestem zdziwiony, że zdołał zrobić tak dużo.

- Oczywiście. - Sebastian wskazuje drzwi. ? Zakładam, że dotrzesz do wanny, paniczu?

Siadam i ześlizguję się powoli na podłogę. Twarde drewno zdaje się przechylać i załamywać, prawie upadam, ale łapie mnie za rękę.

- Widzę, że odzwyczaiłeś się od chodzenia. - Sebastian pomaga mi odzyskać równowagę. - Musisz mieć poranione nogi.

Spoglądam w dół. Moje kolana drżą, a stopa obrócona jest pod dziwnym kątem. Zapewne nie zauważyłem tego, że jestem ranny, ponieważ nie miałem ostatnio powodu do chodzenia.

- Jutro zdobędę dla ciebie kulę - mówi spokojnie Sebastian i po prostu podnosi mnie raz jeszcze, zanosząc do wanny.

***

- No, no, drogi paniczu. Jesteś raczej brudny.

Ciepła woda z jednego z wiader spływa szerokim strumieniem po mojej głowie, a ja parskam, gdy rozpryskuje się wokół mnie.

Sebastian cmoka, stawia wiadro i podciąga rękawy koszuli.

- Brud, sadza, krew, martwy naskórek ? to może trochę potrwać.

Piorunuję go wzrokiem. On jedynie uśmiecha się, podnosi szczotkę o grubej rączce i zabiera do mycia i zeskrobywania miesięcznego brudu.

Jest dokładny, przyznaję.

Gdy skóra jest wystarczająco różowa i wrażliwa, wylewa jeszcze parę kubłów wody na moją głowę i odbiera mi gąbkę.

- Przywyknij do tego, paniczu - mruczy.

Gdy staje za mną, by umyć mi plecy, opieram głowę na kolanach. Nigdy nie byłem tak czysty. To takie dobre uczucie.

Wtedy jego palce dotykają piętna, a wszystkie przyjemne uczucia znikają.

Odwracam się i odtrącam dłoń, piorunując go wzrokiem.

- Nie dotykaj tego!

Wygląda na zdziwionego.

- Paniczu - mówi. ? Ja?Wybacz mi.

- Nigdy tego nie dotykaj - syczę, po trosze z gniewu, w większości z bólu. Piętno jest wciąż świeże - ma jedynie kilka dni - i boli.

Sebastian wpatruje się we mnie przez dłuższą chwilę, a następnie odpręża się.

- Wybacz moją ignorancję, paniczu - mówi. Wstaje i obchodzi mnie, by umyć mi włosy. - Nie wiedziałem.

Uważa, by nie dotknąć już tej nocy kręgu spalonej skóry na moich plecach, a kiedy owija mnie ręcznikiem i układa do łóżka, dając mi najlepszą herbatę, jaką kiedykolwiek piłem, jest łagodniejszy niż powinien być.

***

Trzy dni później

- Ciel! Och, mój kochany bratanek!

Prawie spadam z krzesła, kiedy zostaję pochłonięty przez ogromną ilość czerwonego materiału.

- Witaj, Madame Red - odpowiadam stłumionym głosem. Sebastian śmieje się łagodnie.

Ciotka Angelina odsuwa się, wlepiając we mnie błędne spojrzenie, jej jaskrawoczerwone włosy zmierzwiły się i opadają na twarz.

- O, Boże! Jejku! Gdzie byłeś cały ten czas? Tak się o ciebie martwiłam, kochany Cielu! Och, mój bratanku! - Tuli mnie mocno raz jeszcze. - Więc?! Gdzie byłeś?

Rzucam okiem na Sebastiana, mając nadzieję, że zauważy moje spojrzenie mówiące: ?Pomóż mi?.

Sebastian kłania się jej, jedną dłoń trzymając na sercu.

- Madame. Panicz kurował się po tragedii z pożarem w szpitalu w Longbourn. Pomyślał, że najlepiej będzie, jeśli nie skontaktujemy się z tobą do czasu, gdy mu się nie polepszy.

Ciotka Angelina wydaje się dostrzec go dopiero teraz.

- Och! A kto to jest, kochany Cielu? ? Wstaje, wygładzając sukienkę oraz włosy i uśmiecha się ujmująco do Sebastiana. - Jest raczej przystojny, nieprawdaż?

- Bardzo taktownie, Madame Red - mamroczę. - To jest Sebastian. Mój kamerdyner.

Ciotka Angelina ściąga swoje jaskrawe, szkarłatne wargi.

- Ach. Rozumiem. ? Kłania się, a Sebastian uśmiecha się nerwowo, jakby nie był pewny, co dalej robić. - Wspaniale.

Odwraca się do mnie, a jej spojrzenie zatrzymuje się na bandażach na moim prawym oku. Natychmiast sapie i klęka ponownie przede mną.

- Dziecino! Co się stało?

Ponownie zerkam w stronę Sebastiana, a on znowu się kłania.

- Młody panicz został straszliwie ranny w pożarze. Sądzimy, że oślepł na prawe oko, Madame.

- Och, to okropne! Ale, Ciel, kochanie, wiesz, że jestem lekarzem, muszę to zobaczyć. - Sięga do bandaży, a ja trzepię ją po ręce.

- Nie. Jest w porządku, ciociu. ? Czuję, jak Sebastian dotyka mojego ramienia, a ciotka Angelina podnosi się zaskoczona. - Zagoi się i tyle.

Ciotka Angelina wodzi wzrokiem ode mnie do Sebastiana, a następnie wzdycha.

- Ach, tak. Cóż. - Odchrząka i podnosi z podłogi kapelusz, który spadł tam, gdy mnie objęła. - Ciel, kochanie... Przepraszam. Wiesz, że się o ciebie martwię... Po pożarze i wszystkim. Ty... Przypominasz mi tak bardzo kochanego Vincenta... A twoja biedna mama...

Spuszczam wzrok. Pociąga nosem, a następnie prostuje się, biorąc wydech z długim westchnieniem.

- Powinnam iść - mówi. - Cudownie było cię zobaczyć całego, Ciel... I poznać twojego... Kamerdynera...

Dyga przed Sebastianem i przede mną, po czym wychodzi.

- Interesująca kobieta - zauważa Sebastian.

- Dla ciebie Ciotka Angelina - mamroczę.
Ostatnio edytowano 08 lip 2010, 10:58 przez Noire_mort, łącznie edytowano 1 raz
London Bridge Is Falling Down, My Fair Lady!
Avatar użytkownika
Noire_mort
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 170
Dołączył(a): 08 wrz 2009, 22:09

Re: [NZ] Tenere 3/63 [Kuroshitsuji]

Postprzez Noire_mort » 04 lut 2010, 20:05

Rozdział 3
"Nauka chodzenia"

Tydzień później


Przypuszczam, że zaczynam się przyzwyczajać, nawet jeśli tylko trochę.

Posiadanie przy sobie Sebastiana jest niezwykle wygodne. Zważając na to, że nie mogę sam chodzić i nie mam bladego pojęcia jak się samodzielnie ubrać, jego obecność jest wielkim odciążeniem.

Codzienna rutyna na ogół wygląda tak: Sebastian budzi mnie, odsłaniając zasłony, by wpuścić do środka pierwsze promyki słońca, podaje mi herbatę, ubiera w dzienny strój i serwuje śniadanie. Skoro jeszcze nie potrafię przyjąć do wiadomości, że jestem hrabią Cielem Phantomhive?em i muszę wypełniać wszystkie obowiązki związane z tym tytułem, nie mam nic do zrobienia. Sebastian zdecydował, żeby zatrudnić jakieś guwernantki, kiedy życie wróci do normy, ale teraz leniwa dziedzina blasku słońca i błękitu nieba pomiędzy jawą a snem jest rozległą doliną nudy.

Kiedy zapada noc, podawana jest kolacja. Sebastian kąpie mnie, ubiera do snu i otula kołdrą, patrząc nieustannie radosnym wzrokiem i z nieskrywanym uśmiechem na ustach.

***

- Wypróbujemy to, paniczu?

Teraz ten tytuł brzmi znajomo. Patrzę z powątpiewaniem na to, co trzyma Sebastian.

Laska jest doskonale dopasowana długością do mojego ciała. Ciemny, drewniany trzonek zakończony jest złotym ornamentem w kształcie ukwieconej czaszki. Siadam na skraju łóżka, moje nogi zwisają z jego boku; nie chodziłem sam od długiego czasu.

Wyciągam rękę i dotykam laski, biorę ją z rąk Sebastiana i stawiam na podłodze. Przyciskam dłoń do uśmiechniętej czaszki, dźwigam się powoli i ostrożnie na drewnie.

Wolną dłonią chwytam się łóżka, a Sebastian delikatnie przytrzymuje mój łokieć, gotów podeprzeć mnie, gdybym upadał. Moje stopy dotykają drewnianej podłogi, a lewa kostka odwraca się do wewnątrz, ale nie upadam, moje kolana pozostają proste.

Sebastian uśmiecha się i cofa swoją dłoń.

- Bardzo dobrze, paniczu - mówi delikatnie.

Patrzę na jego bladą, piękną twarz, szukając śladu sarkazmu, który zawsze czai się w kąciku jego uśmiechu, ale nigdzie go nie znajduję.

Sebastian prostuje się i wyciąga dłoń w kierunku drzwi.

- Teraz następny krok?

Patrzę na podłogę. Moje stopy nie sprawiają wrażenia wystarczająco stabilnych, by mnie utrzymać, ale wysuwam prawą, napieram laską naprzód i ciągnę za nią lewą.

Wtedy staje się to, czego się obawiałem. Jest tak, jakby laska znikła, a moja lewa stopa wykręcała się. Laska wypada z mojej dłoni, a ja uderzam z krzykiem o podłogę, ból rozsadza moje ramię, kiedy ląduję.

- Paniczu. - Sebastian w jednej chwili znajduje się tuż obok, podnosząc mnie. - Wszystko w porządku?

- Znakomicie ? gderam.

Wciska mi laskę w dłoń, patrząc na mnie poważnie.

- Musisz spróbować ponownie.

Ból w ramieniu rozprasza, denerwuje i zniechęca. Pozwalam lasce upaść na podłogę i nie wykonuję żadnego ruchu, by wstać raz jeszcze.

Sebastian czeka przez chwilę. Siadam - moje nogi rozciągają się boleśnie - odmawiając patrzenia na niego.

- Paniczu - mówi w końcu, podnosząc laskę. - Musisz spróbować nauczyć się chodzić na nowo.

- Stałem - odpowiadam, wydymając wargi. ? Nie wystarczy na dziś?

Oczy Sebastiana ciskają iskry.
- Nie dla mnie. - Łapie mnie pod ramiona i podnosi; instynktownie opieram się, wijąc. Nie cierpię być dotykanym w taki sposób.

- Spróbuj ponownie, paniczu. ? Znowu wpycha mi laskę w dłoń, podtrzymując mnie od tyłu.

Przez moment myślę o odmowie, ale jego spojrzenie mówi jasno, że nie mam wyboru.

Staję na zdrowej nodze, trzęsąc się nadal, ale Sebastian jest za mną i wiem, że nie pozwoli mi upaść. Stawia krok razem ze mną, naśladując mój rytm: prawa, laska, lewa. Prawa, laska, lewa. Potykam się raz czy dwa, ale on trzyma mnie mocno. W końcu docieramy do drzwi.

Spoglądam do tyłu. Sebastian uśmiecha się i tym razem w jego ciemnoczerwonych oczach widać odrobinę dumy.

- No i jesteśmy - mówi.

***

Następnego wieczoru

- W górę i na zewnątrz, paniczu, jeśli byłbyś łaskaw.

Chwytam się brzegu wanny i wchodzę prosto w olbrzymi, biały ręcznik, który trzyma Sebastian, czekając na mnie. Jest zajęty osuszaniem mnie, zawsze w pogotowiu na wypadek, gdybym upadł. Staram się uczyć stać bez laski.

Jak zawsze postępuje niezwykle ostrożnie, żeby nie trącać piętna na moich plecach. Przestało kłuć przy dotykaniu, ale skóra jest wciąż podrażniona. Ku wielkiemu rozczarowaniu Sebastiana odmawiam owinięcia piętna bandażem.

Mierzwi moje włosy, by je wysuszyć, a ja z jakiegoś powodu przypominam sobie pierwszy raz, kiedy przez to przechodziliśmy - on dotknął piętna, a ja na niego krzyknąłem. Ta myśl napełnia mi pierś poczuciem winy.

- Sebastianie.

- Tak?

Otulam się ręcznikiem, kiedy on sięga po opaskę na moje oko - miękką i czarną - leżącą na umywalce. Zawiązuje ją wokół mojej głowy, ściskając mocno.

- Tamtego dnia, gdy nakrzyczałem na ciebie za dotknięcie... tamtej... rzeczy - mówię powoli, niepewny jak przeprosić. ? Przepraszam, że... Nie powinienem... Nie wiedziałeś.

- Och, nie trzeba przepraszać, paniczu. - Sebastian okrąża mnie i wygładza opaskę, upewniając się, że ukrywa fioletowy pentagram tak, jak powinna. - Byłem nieostrożny.

- Nie to w rzeczywistości masz na myśli - mówię łagodnie.

Uśmiecha się, prostując plecy.
- Stajesz się coraz lepszy w odczytywaniu moich emocji, paniczu. Możesz dojść do sypialni?

- Myślę, że tak. - Podaje mi laskę, która stoi oparta o ścianę, i powoli, lecz pewnie pokonujemy drogę do sypialni.

Siadam na łóżku, kiedy Sebastian wyjmuje moje nocne ubranie z szafy. Ubiera mnie w ciszy, bez wyrazu na twarzy.

- Czy bardzo bolało, paniczu? - pyta delikatnie, kiedy zapina guziki mojej koszuli nocnej. - Mam na myśli piętno.

Patrzę na jego palce, niezdolny do spojrzenia mu w oczy.
- Tak - odpowiadam. - Myślałem że umrę... tak bardzo bolało.

- Naprawdę powinniśmy to zabandażować - mówi lekko zirytowanym głosem. - Nie chcemy, żeby wdało się zakażenie.

- Nie chcę, by cokolwiek tego dotykało - mówię stanowczo.

Wzdycha, układając kołnierzyk, jakby było ważne, czy dobrze wyglądam, idąc spać.

- Mogę przynajmniej na to spojrzeć? ? pyta. ? By się upewnić.

Wzruszam ramionami. Wstaje i podaje mi ze stolika nocnego filiżankę herbaty, a następnie sztywno siada przy mnie. Sięga skraju mojej koszuli i unosi ją, bacznie przyglądając się moim plecom.

Czuję na sobie jego oczy, są jak rozżarzone węgle. Sztywnieję, sącząc herbatę.

- Interesujący symbol - zauważa.

Nie odzywam się. Nie chcę wiedzieć, jaki straszliwy znak na mnie wypalili.

- Jeśli wiem coś o ludzkiej historii tych czasów - mówi Sebastian cicho ? i jeśli się nie mylę, sądzę, że zostałeś napiętnowany Znakiem Bestii.

Z trudem powstrzymuję się przed wypluciem herbaty. Odstawiam filiżankę na spodek i odwracam się, wytrzeszczając oczy.

- Sz-szatana? - bełkoczę. Sebastian zerka na mnie kątem oka, jego twarz jest pusta. ? Znak diabła?

- Tak przypuszczam - odpowiada łagodnie.

Nagle czuję się cały brudny. Stawiam filiżankę na blacie stolika nocnego; tak bardzo dygoczę, że porcelana aż cała drży. Kładę moje trzęsące się ręce na kolanach i spuszczam wzrok, niepewny, co powiedzieć.

Sebastian obserwuje moją twarz. Pozwala spokojnie opaść koszuli na znamię i dotyka mojego ramienia.

- Jeśli to cię jakoś pocieszy, paniczu - zaczyna ciepło, a w miarę mówienia jego głos nabiera pogardy, - nie mam absolutnie ani krzty szacunku dla Jego Książęcej Mości. Żadnego.

- Ale jesteś demonem - mówię.

Uśmiecha się.
- Chyba nie myślisz, że wszyscy mu służymy, prawda? - rozprasza wątpliwości, ściskając mnie za ramię i wiem, że mówi prawdę. - Możesz o mnie powiedzieć... samotnik, tak przypuszczam. Nie mam żadnych powiązań z szatanem.

Wypuszczam powietrze. Co za ulga, myślę, wiedzieć, że Sebastian, nie ma żadnych więzi z piekłem.

- Czemu nie? - pytam.

Jego oczy błyszczą ciemną czerwienią.
- Nie mogę zdradzić ci zbyt wiele, ale powiem jedno: demony takie jak ja nie mają żadnego pana, jedynie służą z wyboru, a ta więź jest wieczna. A czy jesteś tak naznaczony, czy nie, mój panie, mogę cię zapewnić ? żaden demon nie ośmieli się położyć na tobie ręki. Nawet sam szatan.

Spoglądam w górę. Jego twarz jest śmiertelnie poważna; zimny dreszcz przebiega po moim kręgosłupie.

- Ponieważ szatana przerażają ci - wyjaśnia cicho Sebastian, - których nie kontroluje.

Uśmiecha się. Uczucia łamią maskę powagi, która teraz spada z jego twarzy, a pokój nagle wydaje się bardzo ciepły.

- Teraz. - Sebastian nagle wstaje, sięgając węzła przytrzymującego opaskę na mojej głowie. - Czas spać, paniczu.

Jak każdej nocy naciąga na mnie okrycia i utula mnie, zdmuchuje świeczki i z cichym kliknięciem zamyka drzwi; ale tym razem coś się między nami zrodziło, cicha, niewidoczna nić, pierwsze poczucie bliskości, zażyłości.
Ostatnio edytowano 07 sie 2010, 19:55 przez Noire_mort, łącznie edytowano 1 raz
London Bridge Is Falling Down, My Fair Lady!
Avatar użytkownika
Noire_mort
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 170
Dołączył(a): 08 wrz 2009, 22:09

Re: [NZ] Tenere 4/63 [Kuroshitsuji]

Postprzez Noire_mort » 24 lut 2010, 18:00

Rozdział 4
?Lizzy?


- Dzień dobry, paniczu.

Jak zawsze poranne słońce razi mnie w oczy przysłonięte jeszcze powiekami. Przewracam się na drugą stronę i zagrzebuję twarz w poduszce, mamrocząc.

- Jest wcześnie, Sebastianie...

- Przeciwnie. Pozwoliłem spać ci za długo - mówi Sebastian. Ściąga ze mnie kołdrę, a ja zwijam się w kulkę, próbując zatrzymać ciepło snu. - Mamy dziś napięty harmonogram, paniczu.

- Co ja właściwie mogę mieć do zrobienia? - jęczę. Jest zbyt jasno, a ja nadal czuję zmęczenie...

- Będziemy mieli dziś gościa, paniczu - oznajmia radośnie Sebastian. Przewraca mnie na plecy, a ja niechętnie otwieram oczy. - Młoda dama. Przyjedzie z wiejskiej posiadłości rodzinnej. Jest bardzo podekscytowana tym, że cię zobaczy.

- Młoda... dama? ? Wysilam umysł, próbując przypomnieć sobie młodą damę, którą mogłem znać i wtedy sobie przypominam.

Siadam sztywno wyprostowany na łóżku.
- Nie. Nie. Ona tu nie przyjeżdża...

Sebastian uśmiecha się, udając niewiniątko.
- Kto taki tu nie przyjeżdża?

- Elizabeth, prawda?

Sebastian przekrzywia głowę.
- Ależ tak.

Moja głowa opada do tyłu, jęczę.
- Odeślij ją, Sebastianie, nie chcę jej widzieć.

- Ojej. Jesteśmy dziś uparci, nieprawdaż. - Podchodzi do szafy i przetrząsa wiszące w niej ubrania. - Panienka Elizabeth zjawi się pomimo twojego sprzeciwu, paniczu. Jej list był... raczej nieczytelny, sądzę, że to z podekscytowania.

- Skąd wie, że tu jestem?

Sebastian uśmiecha się.
- Być może, jeśli chciałeś trzymać z dala panienkę Elizabeth - mówi żartobliwym głosem, - nie powinieneś zapraszać Madame Red.

- Cholera. ? Przebiegam dłonią przez twarzy. - Ona jest koszmarna, Sebastianie. Nie chcę jej tu. Jeszcze nie czuję się wystarczająco dobrze, by ją znieść.

- Przeciwnie, sądzę że wyzdrowiałeś już wystarczająco dobrze, by spotkać się z panienką Elizabeth. Teraz do dzieła. Który żakiet chcesz dziś ubrać?

- Czerwony - mamroczę z roztargnieniem. Nagle zaabsorbowało mnie szukanie sposobów na uniknięcie duszących uścisków Lizzy i jej piszczących okrzyków.

- Myślę, że będzie pasował biały fular. - Sebastian podchodzi z moim ubraniem przewieszonym przez ramię. - Wychodź z łóżka, paniczu.

Piorunuję go wzrokiem.
- Z jakiegoś powodu nie sądzę, bym chciał.

Sebastian przechyla głowę.
- Zamierzasz na zawsze odgrodzić się od społeczeństwa, paniczu? To nie wydaje się być stosowne ze strony hrabiego takiego jak ty.

- Nie zaakceptuję, że jestem hrabią, dopóki nie wrócę do rezydencji Phantomhive - mówię. - A nie sądzę, żeby to szybko nastąpiło.

Powieki Sebastiana opadają lekko na jego ciemne oczy.
- Możesz być zaskoczony. Teraz naprawdę, paniczu, sugeruję, żebyś przestał zachowywać się jak rozpieszczone dziecko i wstał, bym mógł cię ubrać. Nie chciałbyś przecież przyjąć panienki Elizabeth, będąc w pościeli.

Widzę, że donikąd to nie prowadzi. Niechętnie zsuwam się z łóżka, opieram się o ścianę, kiedy Sebastian ściąga ze mnie nocną bieliznę i wsuwa na mnie strój dzienny.

Na koniec - jak zawsze - przewiązuje moje prawe oko czarną opaską. Zastanawiam się przez moment, co pomyśli Lizzy. Zapyta, czy może zobaczyć moje ?niewidzące? oko? Co odpowiem, jeśli to zrobi?

- Paniczu, muszę zapytać. ? Mocno związuje opaskę i ją wygładza. ? Co łączy cię z panienką Elizabeth?

- Jest moją narzeczoną - odpowiadam niechętnie. ? Nie żebym się z tego powodu cieszył.

Uśmiecha się.
- Tylko dziesięciolatek, a już zaręczony! Jak uroczo.

To niezwykle ludzka opinia. Unoszę brew, ale on wydaje się tego nie zauważać.

- Gotowe - mówi, sięgając w bok i chwytając opartą o ścianę laskę. Wciska mi ją w ręce, uśmiechając się. - Jeśli zejdziesz teraz do jadalni, paniczu, przez jakiś czas będę tam z tobą.

- Kiedy ona przyjdzie? - pytam.

- O dwunastej w południe - odpowiada.

- A którą teraz mamy?

Uśmiecha się z wyższością.
- Wpół do dwunastej.

- Że co?! - krzyczę. - Czemu nie obudziłeś mnie wcześniej?

Uśmiech Sebastiana zmienia się na złośliwy.
- Wyglądałeś na zmęczonego - odpowiada niewinnie. - Pomyślałem, że pozwolę ci jeszcze pospać.

Piorunuję go wzrokiem; uśmiecha się.

- Teraz zapraszam do jadalni, jeśli można ? mówi, wskazując drzwi.

Mamrocząc pod nosem, kuśtykam przez pokój: prawa, laska, lewa.

***

Wkracza w obłoku różowego szyfonu i wstążek oraz z burzą kręconych blond włosów.

- CIEL!

Siedząc na krześle, zbieram się w sobie, by przyjąć uderzenie, a Lizzy przecina powietrze, pędząc w moim kierunku. Ląduje na mnie, jej wzdymana, falująca suknia prawie mnie dusi.

- Ciel! Ciel! Och, jak zawsze jesteś słodki! - piszczy. Robię głęboki wdech i uśmiecham się, mam nadzieję, miło.

- Witaj, Lizzy - mówię przez zaciśnięte zęby. - Cudownie cię widzieć.

Kątem oka zauważam, jak Sebastian chichocze. Będę musiał to zapamiętać, by później go zganić.

Lizzy wypuszcza mnie ze swojego ciasnego uścisku, zdyszana. Jej blade policzki są czerwone z podniecenia, a jej jasne, zielone oczy aż błyszczą. - Tęskniłam za tobą, Ciel! Ani trochę się nie zmieniłeś! I wciąż jesteś taki uroczy!

Mrugam, próbując się opanować.
- Dziękuję, Lizzy... Czy mogłabyś być tak miła i ze mnie zejść...

- Och, oczywiście! ? Odskakuje, kręcąc się wokół własnej osi, suknia powiewa razem z nią. - To takie cudowne móc cię znów zobaczyć! Jestem tak podekscytowana, że ledwie mogę to wytrzymać!

Usadawiam się wygodniej na krześle, czując ulgę po uwolnieniu się z jej okropnego uścisku. Lizzy przechodzi do podziwiania jadalni z każdej możliwej strony, papla bezmyślnie o wspaniałej porcelanie i kretonowych zasłonach. Posyłam Sebastianowi spojrzenie, które wyraźnie mówi, że to on zapłaci za wpuszczenie jej do tego domu, w odpowiedzi uśmiecha się, ciesząc się moim dyskomfortem.

***

Po jakichś dwóch godzinach Lizzy w końcu wychodzi po zbadaniu kamienicy od góry do dołu, piszcząc przy wszystkim z radości. Kilka razy Sebastian musiał mnie powstrzymać przed huknięciem jej mocno w czoło moją laską. On zdaje się nie rozumieć, jak koszmarnie denerwująca jest ta dziewczyna.

Kiedy dochodzę do siebie po jej wizycie i uroczystym lunchu, Sebastian staje obok mojego krzesła, śmiejąc się cicho.

- Co cię tak śmieszy? - warczę.

- Panienka Elizabeth jest w tobie całkowicie zakochana - odpowiada.

- Być może. - Trę odsłonięte oko. ? Mimo to nadal jest utrapieniem.

- Oszukujesz się, paniczu - mówi beztrosko. - Też jesteś w niej zakochany.

- C-co? ? pytam, rumieniąc się wbrew własnej woli. - Nie wiem, o czym ty mówisz. Nie mogę jej znieść.

- To jasne jak słońce. Może to być niechętna miłość, ale miłość, a o to przecież chodzi. - Rzuca na mnie okiem. - Może jest uciążliwa, ale nie możesz się powstrzymać przed lubieniem jej.

- Może - narzekam, zły, że zostałem przejrzany.

Sebastian uśmiecha się chytrze.

- Swoją drogą, paniczu. - Sebastian spogląda na swój zegarek kieszonkowy i sięga w dół, żeby posprzątać naczynia. - Powinieneś być przygotowany, by niedługo wyjechać z Londynu. A właściwie już jutro.

Spoglądam w górę.
- Czemu? Nie mam dokąd iść.

- Prawdę mówiąc, masz. Powiedziałeś mi, że Posiadłość Phantomhive spłonęła, nieprawdaż? W międzyczasie zatrudniłem robotników, by odbudować ją ? dokładnie tak jak wyglądała, zanim strawiły ją płomienie.

Wpatruję się w niego.
- Bez mojej zgody?

- Z całym szacunkiem, paniczu. - Układa porcelanę w stos na swoim ramieniu, odwracając się, by ją zabrać. - Rodzina Phantomhive?ów ma wystarczająco duży majątek ? koszty odbudowy były śmiesznie małe w porównaniu z wielkością twoich funduszy. Nie uznałem tej sprawy za wystarczająco ważną, by wymagała twojej uwagi.

Powinienem go ukarać. Powinienem zganić za pożyczenie rodzinnych pieniędzy bez mojego pozwolenia ? ale...

Rezydencja została odbudowana zgodnie z tym, jak wyglądała wcześniej. Mój gniew na jego zuchwałość jest mało ważny, skoro zrobił coś takiego. Pomyśleć, że mogę spacerować po domu, jak robiłem to wcześniej; spać w pokoju, który pamiętam; biegać po ogrodzie, jak robiłem to z mamą nie tak dawno temu?

Nic nie mówię, tylko wstaję; wracam do sypialni i wyciągam ze schowka zakurzony kufer, potykając się o swoje chore stopy i pakuję ubrania jedno po drugim, myśląc o domu.
London Bridge Is Falling Down, My Fair Lady!
Avatar użytkownika
Noire_mort
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 170
Dołączył(a): 08 wrz 2009, 22:09

Re: [NZ] Tenere 5/63 [Kuroshitsuji]

Postprzez Noire_mort » 07 mar 2010, 15:49

Dedykacja: dla Daiquiri za nieocenioną pomoc

Rozdział 5
?Dom?


Dwa dni później

Zamykam oczy, kiedy powóz pokonuje drogę do domu. Jestem w nim sam, usadowiony niewygodnie na czerwonych, pluszowych siedzeniach, laska obija się o moje udo.

Sebastian zatrzymuje powóz; szarpie mną w przód i w tył, a konie parskają i ubijają kopytami ziemię. Sekundy później drzwi otwierają się z cichym skrzypnięciem i słyszę śmiech w głosie Sebastiana.

- Dojechaliśmy, paniczu.

Niechętnie otwieram oczy. Pomaga mi zejść z wysokiego stopnia na ziemię. Zatrzymuję wzrok na polnej drodze pod naszymi stopami, jestem prawie wystraszony tym, jakie wspomnienia napłyną do mojej głowy, gdy tylko się rozejrzę.

Sebastian chichocze delikatnie, widząc przygnębienie w moich oczach.
- Cóż, nie ma niczego interesującego do oglądania na ziemi, paniczu. Dom jest wyżej.

Jego palce zahaczają o mój podbródek, delikatnie unosi moją twarz na spotkanie rezydencji.

Wpatruję się w nią, oniemiały.

Białe ściany rozciągają się między drzewami okalającymi drogę; kolumny pną się w górę, jakby próbowały dosięgnąć nieba. Okna błyszczą, a drzwi wyglądają solidnie i zapraszająco.

- Nieprawdopodobne - szepczę. To wszystko, co jestem w stanie powiedzieć.

Ostrożnie ? ponieważ bałem się podejść bliżej i rozwiać ten podobny do snu widok ? ruszam w stronę posiadłości, pochłaniając każdy szczegół. Sebastian nie kłamał. Jest perfekcyjna, dokładnie, dokładnie tak jak pamiętam ? zanim płomienie strawiły ściany, zanim komnaty wypełnił krzyk.

Sebastian zostawia mnie z tym sam na sam. Stoi przy powozie, trzymając ręce za plecami i uśmiechając się delikatnie, kiedy odwracam się do niego zaskoczony.

- Witaj w domu, paniczu - dodaje cicho.

***

Oszołomiony błąkam się po komnatach, z każdym krokiem zyskując pewność, że to wszystko jest prawdziwe. Wszystko ? aż po lekkie zadrapania na gzymsach, rzeźbione poręcze, miękkie dywany pod stopami ? wszystko jest dokładnie takie, jak to pamiętam, jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło, jak gdyby?

Gdybym mógł zmienić ten kąt w pokój Mamy i zobaczyć ją siedzącą przy oknie, czytającą Króla Jakuba i uśmiechającą się do słońca.

Gdybym mógł zejść po schodach i zobaczyć Ojca, smukłego, młodego i przystojnego, palącego swoją fajkę, posyłając kłęby dymu pod sufit.

Gdybym nie był napiętnowany, przerażony, gdybym ponownie był niewinny...

Muszę zatrzymać się na głównych schodach; opieram się o poręcz, niezdolny do całkowitego przyjęcia tego wszystkiego do wiadomości. To jest przytłaczające.

Jestem w domu.

Jedynym gorzkim faktem jest to, że?

Jestem w domu, ale jestem w nim sam.

Nie ma tu Mamy i Taty.

Są zakopani na którymś z cmentarzy, nie pamiętam jego nazwy, został sam popiół w ich urnach.

Nagle dom wydaje się ogromny, pusty, ponury i zimny.

Już nie tak wspaniały.

Słyszę za sobą kroki. Sebastian.

- Paniczu, wszystko w porządku?

Dotyka mojego ramienia, wyraźnie zaniepokojony.

Podnoszę wzrok. Pospiesznie przecieram oczy rękawem. Nie mogę pozwolić, by widział moje łzy.

Wyraz lekkiego szoku przebiega przez jego twarz.
- Czy coś się stało?

Pociągam szybko nosem, żeby nie mógł usłyszeć.
- Nie. Nic. Wszystko w porządku. - Biorę głęboki oddech i rozglądam się. - Czy nie jest? nieco duży?

Sebastian nie odpowiada na pytanie. Obserwuje mnie swoimi ciemnoczerwonymi oczami, szukając na mojej twarzy oznak tego, co mogło być źle.

Wyciąga rękę i dotyka mojego policzka, skierowując moją twarz ku sobie. Strząsam jego dłoń, zły za bycie dotkniętym i odwracam się od niego, ale nie wystarczająco szybko, by nie widział moich łez.

- Wspomnienia? - pyta cichym głosem. Nie reaguję.

Wzdycha. Przechodzi obok mnie, ściągając z dłoni swoje rękawiczki.

- Zaniosę twój kufer do sypialni, paniczu.

Znika za wejściowymi drzwiami. Patrzę za nim, zły na siebie, że okazałem w jego obecności taką słabość

Pies może być tylko tak silny, jak jego pan.

Odwracam się na schodach, oddychając głęboko, by powstrzymać łzy. Przechodzę obok sypialni rodziców, nie otwierając drzwi ze strachu przed duchami, które mogłyby się stamtąd wydostać.

***

To, co zaszło między mną a Sebastianem na schodach, wydaje się zniknąć, kiedy wchodzi, ciągnąć za sobą mój kufer.

Sumienny jak zawsze zaczyna doprowadzać moją sypialnię do znośnego stanu i w ciągu półgodziny wszystko jest jak trzeba. Przyglądam mu się, kiedy pracuje, siedząc na łóżku, które ? jak wszystko inne w domu ? jest takie samo, jak było kiedyś.

Gdy kończy, starannie umieszcza kufer w szafie i wstaje, otrzepując spodnie z kurzu.

- Cóż, paniczu ? mówi. ? A więc jesteśmy tu i już się ulokowaliśmy.

Patrzy na mnie spod rzęs i wiem, że sprawdza, czy doszedłem do siebie.

- Co w ciebie wcześniej wstąpiło? - odzywa się nagle, prawie rozkazująco.

Patrzę w górę.
- Co?

Spodziewam się uśmiechu, ale jego twarz pozostaje spokojna i bez wyrazu.
- Nie myśl, że nie zauważyłem - mówi chłodno. - Płakałeś, paniczu.

- Zamknij się - syczę. Jak śmie się odzywać do mnie w ten sposób? - To nie twoja sprawa.

- Och, przypuszczam, że jednak jest, paniczu. - Unosi głowę i patrzy mi w oczy. - Twoje samopoczucie to jak najbardziej moja sprawa. Czy teraz zamierzasz powiedzieć mi, dlaczego byłeś taki podłamany?

Przyglądam mu się zdziwiony jego zuchwałością. Jest nieugięty, stojąc po drugiej stronie pokoju, z rękami starannie założonymi na piersi, nie mrugając.

-Ja?

Jego mocne spojrzenie wytrąca mnie w równowagi. Spuszczam głowę. Nie mogę dłużej z nim rywalizować.

- Ja?

Pusty dom wydaje się kurczyć, wszystkie oczy na ścianach zdają się patrzeć na mnie, czekając na odpowiedź.

- Tęsknię za Matką - szepczę.

To naprawdę wychodzi z moich ust bez przemyślenia. Kiedy słowa opuszczają moje usta, w oczach ponownie pojawiają się łzy; ze wstydem przygryzam wargi, starając się opanować.

Jeśli wypłyną z moich oczu, stracę kontrolę.

Sebastian widzi je i dwoma krokami przemierza pokój. Klęka przede mną, chwytając moje dłonie, zanim mogę się zorientować, a jego zaniepokojone, ciemne, piękne oczy są właśnie rzeczą sprawiającą, że łzy wydostają się z moich oczu.

Płaczę.

Płaczę i zamykam oczy, zaciskając paznokcie na kolanach. Sebastian waha się przez dłuższą chwilę, a zaraz potem delikatnie otacza mnie ramionami, opierając moją głowę na jednym z nich.

Jest ciepły i miękki, a jego ubrania mają przyjemny zapach - zapach ciemnej, mrocznej czekolady. Jak kurz na mahoniu. Oddycham nim i znajduję ukojenie dla mojego drżącego serca.

Sebastian nie porusza się i nic nie mówi. Trzyma mnie delikatnie, jakby bał się mocniej mnie przytulić, po prostu pozwala mi kulić się przy nim w smutku.

Łańcuch między nami, lśniąca nić babiego lata, która pojawiła się tej nocy, kiedy opowiadał mi o piętnie, wydaje się ściskać moją pierś i wzmacniać. Może on naprawdę się o mnie troszczy, a jego maska obojętności nie jest prawdziwa?

Ta myśl osusza ostatnie łzy. Sebastian uwalnia mnie z uścisku i uśmiecha się delikatnie, smutno, pocieszająco.

- Trochę lepiej, paniczu? ? pyta cicho. Kiwam głową, a on ściska moją rękę. ? To dobrze.

Wychodzi, by przygotować popołudniową herbatę. Siedzę w sypialni, obserwując grę słońca padającego przez zasłony, otoczony jego ulatniającym się zapachem.

***

Tego wieczoru

- Poczekasz przez chwilę, zanim zaśniesz?

Pytanie jest takie nieoczekiwane. Patrzę zaciekawiony na Sebastiana i kiwam głową, wsuwając się w objęcia nieznanego łoża.

Sebastian uśmiecha się i wychodzi z pokoju. Przez kilka cichych, migotliwych chwil leżę tam i czekam, a kiedy wreszcie wraca, trzyma coś w odzianej w rękawiczkę dłoni.

- Chyba znalazłem coś, co sprawi, że poczujesz się lepiej, paniczu ? mówi, siadając na łóżku obok miejsca, gdzie leżę. Podnoszę się, a on otwiera dłoń.

Leży na niej pierścień, ciężka, srebrna obręcz, owinięta wokół perfekcyjnie oszlifowanego i błyszczącego niebieskiego diamentu.

- To? należało do mojego ojca.

- Tak. Wiem.

Sebastian chwyta moją dłoń i wsuwa pierścień na mój kciuk; pozostałe palce są zbyt cienkie, by go utrzymać. Przesuwa się po mojej skórze, chłodny i migotliwy, gnieżdżąc się pomiędzy moimi stawami, jak gdyby zawsze było tam jego miejsce.

- Gdzie go znalazłeś? ? Podnoszę dłoń do lichtarza na stoliku nocnym, obserwując refleksy światła odbijające się w srebrze.

- W tym, co zostało po starej rezydencji ? odpowiada. On również przygląda się pierścieniowi.

Opuszczam rękę na kolano. Pierścień mojego ojca, bezcenne dziedzictwo sprzed wielu pokoleń; zawsze przypuszczałem, że dostanę go, kiedy będę wystarczająco dorosły, ale? To mój ojciec miał być tym, który mi go przekaże, wsunie go na mój palec.

Zamiast tego dał mi go Sebastian, a mój ojciec jest zakopany w urnie pod ziemią.

- Dbaj o niego, paniczu. ? Głos Sebastiana wyrywa mnie z zamyślenia, a ja ponownie witam się z rzeczywistością. ? Jest bardzo cenny.

- Wiem.

- Teraz będziesz mógł spokojnie zasnąć, jak sądzę?

Wstaje i podnosi lichtarz.

Układam się na powrót, obracając pierścionek z niebieskim diamentem wokół mojego kciuka, starając się przyzwyczaić do jego ciężaru.

- Sebastianie?

Odwraca się.

- Możesz wyświadczyć mi przysługę?

- Oczywiście.

Muszę zapytać. W przeciwnym razie nigdy nie będę mógł spokojnie odpocząć w tym domu; nigdy nie będę mógł w nim zasnąć, nie będę mógł chodzić jego korytarzami ani w nim żyć, chyba że to dla mnie zrobi.

- Zapieczętuj pokoje należące do moich rodziców ? mówię cicho. ? Nie chcę, by kiedykolwiek były otwierane.

Patrzy na mnie przez chwilę, potem kłania się elegancko z ręką na sercu.

- Oczywiście. Zrobię to.

Zdmuchuje świece, wciąż trzymając świecznik w górze, i odwraca się do wyjścia.

- Przyjemnych snów, paniczu.

Drzwi zamykają się, a ja pogrążam się w mroku.
Ostatnio edytowano 31 sie 2010, 19:56 przez Noire_mort, łącznie edytowano 1 raz
London Bridge Is Falling Down, My Fair Lady!
Avatar użytkownika
Noire_mort
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 170
Dołączył(a): 08 wrz 2009, 22:09

Re: [NZ] Tenere 5/63 [Kuroshitsuji]

Postprzez NNRiddle » 10 mar 2010, 19:51

Hm...
Kroshitsuji to moje ulubione anime, szczególnie od kiedy oglądnęłam całą serię. Ciel, Sebastian, Grell, Undertaker...
To tłumaczenie... Nie, opowiadanie:
Poważne. Ograniczone do dwóch głównych postaci. Nostalgiczne, trochę przytłaczające. Zionie bólem...
Nie jestem przyzwyczajona do takich opowiadań. Wolę ironię, sarkazm, erotyczne podteksty, śmiech i wesołą atmosferę... Nie, nie lubię żyć w różowym świecie. Śmierć, gwałty, mrok... To uwielbiam. Ale nie od początku do końca, przez cały czas.
Nie mówię, że mi się nie podoba, tylko, że nie jestem przyzwyczajona. Tenere ma swój urok, który doceniam. No, i wyjaśnia to, czego w anime nie było - co się dokładnie działo z Cielem po pożarze domu, aż do powrotu do zdrowia.
Jedyne co... Relacja Ciel - Sebastian jest... inna. Demon... pozwala sobie na więcej, tak czuję... Zachowuje się bardziej swobodnie. A Ciel jest zbyt mało arystokratyczny. Jednak w obecnej sytuacji jest to zupełnie zrozumiałe.
Nie czytałam oryginału, ale wydaje mi się, że nie ma błędów w tłumaczeniu. Zdania są zrozumiałe. Ortografia, interpunkcja? W porządku.
No więc... Czekam na następny rozdział ;)

NNRiddle
Ostatnio edytowano 05 maja 2010, 21:45 przez NNRiddle, łącznie edytowano 1 raz
Older than ealier but still weird.
Avatar użytkownika
NNRiddle
 
Posty: 8
Dołączył(a): 02 cze 2009, 15:13
Lokalizacja: Kraków

Re: [NZ] Tenere 6/63 [Kuroshitsuji]

Postprzez Noire_mort » 31 mar 2010, 23:39

Życzę wszystkim wesołych świąt i dziękuję za pomoc Daiquiri i Morwenie.

Rozdział 6
"Wtorkowa audiencja"


Kilka tygodni później

Sprawy nabrały szybkiego tempa.

Bez niczyjej pomocy nauczyłem się samodzielnie pokonywać niewielkie odległości. Mam teraz dwie guwernantki, miłe kobiety, których, niestety, za bardzo nie lubię. Sebastian zatrudnił kucharza - raczej niekompetentnego, młodego człowieka o imieniu Bardroy - ale nie chce mi powiedzieć, gdzie go znalazł. Podobnie przedstawia się sytuacja młodej pokojówki, którą przyjęliśmy ? dziewczyna jest dalekowidzem i wydaje się być przywiązana do mnie z powodu pary okularów czy czegoś innego.

***
- We wtorek mamy audiencję w Londynie, paniczu.
- Hmm?
Sebastian odkurza regały z książkami w gabinecie, drobinki kurzu szybują wysoko w ruchliwym, nasłonecznionym powietrzu. Siedzę przy biurku, popijając popołudniową herbatę.
Kiedy do mnie mówi, nie przerywa swojej pracy, lecz kontynuuje sprzątanie.
? Królowa została poinformowana o twoim powrocie do społeczeństwa i pragnie cię widzieć. Nie mówiłeś mi, że twoja rodzina utrzymywała kontakty z rodziną królewską, paniczu.
Ta wiadomość jest zaskakująca, ale zachowuję spokój.
? Tak. Phantomhive`owie od zawsze służyli rodzinie królewskiej.
- Na czym polega ta służba? ? Sebastian przebiega palcem wzdłuż grzbietu książki.
- Cóż, jesteśmy detektywami, nieprawdaż?
- Czy to nie Scotland Yard się tym zajmuje?
- My służymy królowej w szczególnych przypadkach.
-Podziemie?
-Mmm. Można tak to nazwać.
- Nadal intrygujesz mnie na każdym kroku, paniczu.
Zerkam w górę. Sebastian zdaje się nie zwracać uwagi na to, co właśnie powiedział.
- Intryguję?
Sebastian uśmiecha się w milczeniu.
Przez chwilę wpatruję się groźnie w jego silne plecy i wzdycham.
- A zatem. ? Upijam łyk herbaty. ? Sądzę, że nie mam wyboru, muszę teraz stać się? hrabią Cielem Phatnomhive?em.
- Nie, nie sądzę, byś miał wybór w tej sprawie.

***
Następnego dnia

Sebastian siedzi obok mnie w powozie, kiedy woźnica wyjeżdża z gościńca. Zauważyłem niedawno, jak sztywno siedzi, jak gdyby bał się zrelaksować.
Przed nami długa droga - co najmniej półtora dnia, zanim zobaczymy panoramę Londynu. Nie mogę się doczekać, kiedy znowu zobaczę miasto, ale do tego czasu nie mam nic do roboty oprócz siedzenia tu, gapienia się przez okno i dumania nad tym, co też takiego może mieć do powiedzenia jej wysokość.
Sebastian zauważa moje zamyślenie. Obserwuje mnie kątem oka, kiedy podskakujemy na wyboistej drodze, a kielichy delikatnie stukają o siebie na kanapie powozu.
- Jesteś zdenerwowany? ? pyta. ? Nie sądzę, byś kiedykolwiek wcześniej sam stał przed jej wysokością.
- Nie, nigdy. ? Odwracam się w stronę okna i opieram się o czerwoną, aksamitną kanapę, słuchając tętentu końskich kopyt.
- Cóż, masz cały jutrzejszy dzień na nerwy, paniczu ? mówi, wcale mnie nie uspokajając; unoszę brew. ? Teraz możesz się odprężyć.
- Dlaczego więc sam tego nie zrobisz, Sebastianie? ? Opieram dłonie na sięgającej podłogi lasce, podziwiając złotą czaszkę. ? Naprawdę. Wyglądasz, jakbyśmy w każdym momencie mogli zostać napadnięci przez bandytów.
Uśmiecha się, nie patrząc na mnie, nadal wyprostowany tak sztywno jak zawsze.
? Nigdy nic nie wiadomo.
- Cóż. Stwarzasz ciężką atmosferę, siedząc w taki sposób. Odpręż się. ? Stukam laską w podłogę powozu.
Sebastian wzdycha i wypełnia polecenie, opierając plecy o kanapę.
- Jesteś dziś dość stanowczy, paniczu. Przyzwyczajasz się do posiadania władzy nad innymi?
- Mmm.
Dziwny uśmiech wykrzywia jego usta. Wie, że odpowiedź brzmi: ?tak?.
- Dopóki jesteśmy przy temacie rozkazywania - mówi lekko, - mogę zabrać chwilę, by powiedzieć ci coś o naszym kontrakcie? Przypuszczam, że kiedyś o tym wspominałem, ale byłeś wtedy raczej wstrząśnięty wezwaniem kogoś takiego jak ja.
- Hmm... ? Umieszczam laskę między kolanami i zaplatam na niej palce.
- W sytuacji, w której muszę być niezawodny, paniczu, wymagane jest, żebyś wydał mi swego rodzaju rozkaz, co mam uczynić.
- Rozkaz?
- Tak. ? Odwraca się do mnie, jego twarz zalewają cienie światła wpadającego przez okno powozu. ? Być może nie pamiętasz pierwszego rozkazu, jaki mi wydałeś.
Przez chwilę myślę o klatkach, pochodniach, zamaskowanych ludziach leżących wszędzie wokół we własnej krwi. Przełykam ciężko, a temperatura powietrza w powozie zdaje się spadać o kilka stopni.
- Więc pamiętasz ? mówi delikatnie Sebastian.
- Czy te rozkazy mają tak ogromną moc? ? szepczę.
Uśmiech Sebastiana nie rozgrzewa otaczającego nas powietrza.
- Rozkazy - mówi - są wszechpotężne.
Później odwraca ode mnie twarz i nie mówi nic więcej.

***
Wtorek

Pomimo faktu, że spędziliśmy w Londynie dobre pół dnia, przez pobyt tutaj z każdą minutą staję się coraz bardziej nerwowy.
Kamienica wygląda tak samo jak wtedy, gdy ją opuściliśmy, ale wydaje się pusta bez Maylene i Barda w pobliżu. Stoję w sypialni, wysoko unosząc ramiona, tak, by Sebastian mógł zapiąć mój płaszcz.
Nigdy nie nosiłem ubrań tak dobrej jakości. Nie mam bladego pojęcia, gdzie Sebastian je zdobył. Z dotyku i wyglądu sprawiają wrażenie wystarczająco kosztownych, żeby przez nie mój lokaj prawdopodobnie znowu uszczuplił majątek rodziny.
Zajmuję się tymi nieprzyjemnymi myślami, kiedy on zawiązuje mój fular i wygładza go, uśmiechając się jak zawsze.
? No, przynajmniej teraz jakoś wyglądasz.
Jedynym elementem stroju, który nosiłem wcześniej, jest moja opaska na oko. Dotykam jej delikatnie.
- Sebastianie ? zaczynam. - Co jeśli królowa zapyta, czy może zobaczyć moje oko?
- Nie zapyta. To byłoby niewłaściwe.
- Hmm? - Mam nadzieję, że ma rację. Nie mogę sobie wyobrazić, co pomyśli królowa, jeśli zobaczy fioletowy pentagram wpisany w moją źrenicę.
Sebastian wyćwiczonym ruchem wyciąga swój zegarek kieszonkowy i sprawdza godzinę.
? Lepiej już chodźmy, jeśli nie chcemy się spóźnić.
Biorę głęboki wdech i podnoszę moją laskę.
? Racja. Chodźmy.

***
Królowa z całą pewnością nie wygląda tak, jak ją pamiętam.
Spotkałem ją tylko raz, gdy byłem bardzo mały, ojciec zabrał mnie wtedy z sobą w interesach. Była wówczas nieco młodsza, a na jej miłej i życzliwej twarzy zawsze gościł uśmiech.
Teraz jednak w ogóle nie widzę jej twarzy. Spowija ją czarny welon - symbol żałoby po zmarłym przed dwoma laty mężu. Siedzi na niewygodnie wyglądającym szezlongu z dłońmi starannie ułożonymi na kolanach. Młody chłopak w białym garniturze stoi niezgrabnie obok niej, patrząc ostrożnie na Sebastiana, kiedy wchodzimy.
- Ach, młody hrabia Phantomhive. Proszę, usiądź.
Przynajmniej jej głos pozostał taki sam. Wydaje się zbyt lekki i jasny w stosunku do jej stroju, jak gdyby żałoba była tylko na pokaz; chociaż ? z tego, co słyszałem ? nadal bardzo przeżywa odejście męża.
Posłusznie zajmuję miejsce naprzeciwko niej na podobnym szezlongu. Sebastian staje posłusznie przy moim ramieniu, uśmiechając się do skrępowanego, młodego sługi, asystującego królowej.
- To zaszczyt móc cię zobaczyć ? mówię, rozluźniając się dzięki jej życzliwemu powitaniu. ? Wasza Wysokość. Czy mogę zapytać, dlaczego mnie wezwałaś?
- Jaki gentelman i to dopiero dziesięcioletni! ? wykrzykuje królowa. Odwraca się do swojego sługi, szepcząc z zachwytem. ? Czyż nie przypomina drogiego Alberta?
Sługa rozważa swoje możliwości odpowiedzi, jak gdyby w obawie przed zepsuciem czegoś.
? Tak sądzę, wasza wysokość.
Królowa wzdycha ciężko i wyjmuje z mufki chusteczkę, unosząc ją do oczu ukrytych za woalką. Jej sługa wygląda na przerażonego tą gwałtownością i pochyla się, delikatnie dotykając jej ramienia.
? Naprawdę, wasza wysokość, nie ma potrzeby? proszę, moja pani, mamy gości?
Spoglądam na Sebastiana. Unosi brew. To zbyt wiele na udawaną żałobę.
Jej wysokość ociera oczy, a następnie zbiera się w sobie, oczyszczając gardło.
? Wybacz mi. Przejdźmy do rzeczy. Chciałam po prostu przywitać cię wśród społeczeństwa, mój drogi hrabio. I wyrazić moje najgłębsze kondolencje? z powodu tragedii, która niedawno cię dotknęła.
Spuszczam wzrok.
? Dziękuję, Wasza Wysokość.
Kiwa głową. Jej sługa zdaje się odprężać, kiedy nie zauważa już żadnych oznak płaczu.
- Z pewnością zostałeś wcześniej zapoznany ze swoimi towarzyszami? ekhm? ?złymi szlachcicami?, jak to osobliwie ujmują miastowi, hrabio Phantomhive.
Spoglądam w górę.
? Słucham?
Królowa delikatnie oczyszcza gardło.
? Z twoimi kolegami po fachu, mój drogi.
- Z pewnością nie mam pojęcia, o czym mówisz, wasza wysokość ? odpowiadam nerwowo. Spoglądam na Sebastiana z niemą prośbą o pomoc, lecz on tylko bezradnie wzrusza ramionami.
- Cóż, nie może tak być! - krzyczy królowa. Przez moment boję się, że może być na mnie zła i sztywnieję, lecz ona wcale nie brzmi na bardzo rozgniewaną. ? Jeśli chcesz zając miejsce ojca w mojej służbie, musisz poznać swoich towarzyszy!
Patrzę na nią i jej sługę, który wygląda na zdziwionego, a w następnej chwili jak strzała wybiega z sali.
- Wróci z adresem głównego współpracownika, hrabio Phantomhive. Widzisz, pełni głównie funkcję tajnego informatora. Nie jest uroczym człowiekiem, ale jest znośny. ? Znowu kasła delikatnie, jak gdyby przechodząc do sedna sprawy. ? Niestety, wiele z moich ?psów stróżujących? niedawno mnie porzuciło, a twoja rodzina jest jedną z ostatnich, które pozostały. Ufam, że podołasz swoim obowiązkom, mój drogi?
Kiwam głową.
? Oczywiście.
Sługa wpada na salę i zatrzymuje się obok jej wysokości, wręczając jej kartę pergaminu. Królowa czyta, a później wyciąga rękę w moją stronę.
Sebastian odbiera kartkę i podaje ją mnie. Spoglądam na imię: Grabarz.
- Grabarz? ? pytam.
- Ten Grabarz1 - poprawia mnie jej wysokość. ? Ojciec nigdy ci o nim nie mówił?
- Nigdy - odpowiadam. Sebastian odbiera kartkę i umieszcza w kieszeni na piersi.
- Cóż, proponuję się z nim spotkać. Jest wartościową osobą. ? Kiwa palcami, wskazując drzwi. ? Miło było cię zobaczyć, hrabio Phantomhive. Mam nadzieję, że wkrótce znowu porozmawiamy.
- Dziękuję, wasza wysokość. ? Wstaję i kłaniam się; Sebastian robi to samo i wychodzi za mną z sali.


1 nieprzetłumaczalna gra słów; w języku polskim nie ma przedimków odpowiadających angielskim ?an? (nieokreślony), ?the? (określony).
"An undertaker?" I ask.
"The Undertaker," corrects Her Majesty. "Did your father never speak of him?"
Ostatnio edytowano 31 sie 2010, 19:55 przez Noire_mort, łącznie edytowano 2 razy
London Bridge Is Falling Down, My Fair Lady!
Avatar użytkownika
Noire_mort
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 170
Dołączył(a): 08 wrz 2009, 22:09

Re: [NZ] Tenere 6/63 [Kuroshitsuji]

Postprzez NNRiddle » 01 kwi 2010, 17:51

Och tak, spotkaj się z Grabarzem!
W koooońcuuuu :D Tyle czekałam na Undertaker'a... *ach, jak ja nie lubię tłumaczenia tego na polski*
Zanim zapomnę - raz "wasza wysokość" jest z małej, raz z dużej.
I, hm... Zachowanie królowej zdawało mi się nie pasować do jej roli, stanowiska. Była, jak dla mnie, zbyt wybuchowa.
Po drugie, trochę nie poznaję twojego... "stylu". Wprawdzie nie znam go dokładnie, ale ten rozdział różnił się od poprzednich. Może to dla tego, iż dawno czytałam poprzedni rozdział? Nie wiem, ale wydaje mi się inny.
Co do treści, to, pomijając już moją euforię odnośnie Undertaker'a, cieszę się, że akcja się rozkręca... Zaczną się zlecenia, dziwne sprawy do rozwiązania... A przynajmniej taką mam nadzieję. No i... może trochę "zła" ;) Mimo że nie jest sielankowo, to nie jest też przerażająco... A mi trochę brak tego dreszczyku i przemocy ;)

NNRiddle
Older than ealier but still weird.
Avatar użytkownika
NNRiddle
 
Posty: 8
Dołączył(a): 02 cze 2009, 15:13
Lokalizacja: Kraków

Re: [NZ] Tenere 6/63 [Kuroshitsuji]

Postprzez Noire_mort » 01 kwi 2010, 18:18

NNRiddle,
Dziękuję za komentarze. Styl opowiadania tylko w pewnej części zależy ode mnie. Jest przecież jeszcze beta i autorka. To tylko tłumaczenie. Mimo wszystko cieszę się, że zwracasz na to uwagę. Akcja faktycznie toczy się powoli, ale za to jest ciekawa i trzyma w napięciu. Mam nadzieję na kolejne komentarze i z góry dzięki.
London Bridge Is Falling Down, My Fair Lady!
Avatar użytkownika
Noire_mort
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 170
Dołączył(a): 08 wrz 2009, 22:09

Re: [NZ] Tenere 7/63 [Kuroshitsuji]

Postprzez Noire_mort » 12 kwi 2010, 21:23

Daiquiri i Morwenie bez których tempa pracy by się nie obeszło.


Rozdział 7
?Choroba?


- Jest dość dziwny, nieprawdaż?

- Można tak powiedzieć. Aczkolwiek ja raczej go polubiłem, paniczu.

Przedzieramy się przez ulice, wolno pokonując zakręty, odcięci od zgiełku dzięki grubym zasłonom w oknach powozu. Sebastian trzyma kartkę, którą dała mi jej wysokość, obracając ją w palcach i podziwiając kwieciste, odręczne pismo.

- Polubiłeś go?

Na zewnątrz konie rżą głośno. Odwracam się do niego zdziwiony.

Właśnie opuściliśmy sklep Grabarza. Delikatnie mówiąc, była to krępująca wizyta; ani Sebastian, ani ja nie spodziewaliśmy się, że przywita nas, wyskakując z trumny. Podał nam herbatę w kubkach, których czystości nie jestem pewien, i chichotał przez większość czasu, kiedy mówił, przez co trudno było go zrozumieć. Być może, jak zasugerował Sebastian po naszym wyjściu, był po prostu podekscytowany spotkaniem ze mną, ale ja jestem innego zdania.

- Muszę przyznać, że tak. ? Sebastian uśmiecha się do mnie. ? To dziwny osobnik, ale sprawia wrażenie wystarczająco przydatnego. I myślę, że ma dobry gust co do dekoracji wnętrz.

- Jeśli pajęczyny i trumny są twoim zdaniem, Sebastianie, przejawem dobrego gustu, martwię się o rezydencję.

Śmieje się lekko i beztrosko, co zaczyna mnie cieszyć.

Opieram głowę o pluszowe wezgłowie, patrząc na trzęsący się sufit. Widzę kątem oka przysuwającego się Sebastiana; pochyla się ku mnie i chwyta za kołnierz, ciągnąc mnie w swoją stronę.

Zaskoczony, chwytam go za ręce.

? Co robisz?!

- Masz pajęczynę na płaszczu, paniczu. ? Sebastian strzepuje szarawe nitki z mojego kołnierza, a później delikatnie zdmuchuje resztę.

Jego ciepły, słodko pachnący oddech owiewa moją twarz, a do mnie dociera, że się rumienię. Co?

Uśmiecha się i wraca na swoje miejsce, jak gdyby nic nadzwyczajnego między nami nie zaszło.

Cóż, to z pewnością było dziwne. Dlaczego się zaczerwieniłem? Odwracam twarz do okna, czując na karku jego uśmiech.

***

Tego wieczoru

Kiedy Sebastian suszy mnie po kąpieli, materiał łaskocze mnie w nos i kicham.

Waha się.

? Na zdrowie, paniczu.

- Czy to na coś pomoże, skoro ty mi tego życzysz?

Śmieje się.

? Nie, nie sądzę.

Sebastian kontynuuje. Z jakiegoś powodu nagle czuję swędzenie w nosie, a przez cały dzień drapało mnie w gardle.

Kicham ponownie i tym razem Sebastian cmoka językiem.

? No, no, paniczu. Wygląda na to, że złapałeś przeziębienie.

- Bez wątpienia to przez ten głupi sklep Grabarza. ? Ciaśniej owijam się ręcznikiem, kiedy Sebastian podaje mi laskę. ? Było tam zimno jak w kostnicy.

- Możliwe.

Ponownie przełykam, kiedy idziemy do sypialni, a ból w moim gardle narasta coraz bardziej. Och, cudownie. Nie mogę być chory. Nienawidzę chorować. Od zawsze.

- Boli mnie gardło, Sebastianie. ? Cholera. Nagle mówienie sprawia ból. Stawiam laskę pod ścianą i stoję, ciaśniej otulając się białym ręcznikiem, kiedy Sebastian wyjmuje z komody moją koszulę nocną.

- Zrobię herbatę, paniczu, a zajmiemy się tym jutro. ? Uśmiecha się pokrzepiająco i delikatnie ściąga ze mnie ręcznik, odkładając go na łóżko.

Nagle przypominam sobie, jak zarumieniłem się w powozie tego popołudnia i sztywnieję, nagle świadomy swojej nagości. Zauważa to, dziwnie zaciskając usta, kiedy wkłada mi przez głowę koszulę nocną.

- Coś się stało?

Rozluźniam się, kiedy ubranie opada na moje nagie ciało, ukrywając mnie przed tymi oczami.

? Nic.

Słowa zgrzytają w moim gardle. Przełykam i krzywię się; boli jeszcze bardziej, jakby w moim przełyku zalegała gruba warstwa brudu. Nagle zaczynam kaszleć, szarpiąc się wprzód, a Sebastian chwyta mnie za ramię.

- Paniczu?

- Au, ach. ? Kaszlę ponownie i ciężko łapię powietrze. ? Sebastianie? boli?

Cmoka językiem, jak gdyby sprawiało to kłopot, ale widzę w jego oczach, że się o mnie martwi. Kładzie mnie do łóżka, odkładając na stół opaskę na oko.

- Przyniosę herbaty - mówi, a ja słyszę nutkę zdenerwowania w jego głosie. ? Być może gorąco uśmierzy ból gardła.

Kiwam głową, wspierając się o poduszki. Sebastian wychodzi, choć nie tak zamaszyście jak zwykle.

Nie wie, jak zajmować się chorym dzieckiem? Ta myśl jest niepokojąca, ale gości w mojej głowie tylko przez moment, dopóki nie wypędza jej kolejny atak kaszlu.

Jęczę cicho, nienawidząc tego nieprzyjemnego uczucia w gardle.

Sebastian wraca, niosąc filiżankę i spodek. Para z herbaty owiewa jego twarz; wręcza mi je i obserwuje mnie, kiedy piję, jego ciemne oczy są zmartwione.

Herbata pali mnie, spływając w dół, a nie łagodzi bólu. Odkrztuszam kolejny łyk, a on odbiera filiżankę, przygryzając dolną wargę.

- Muszę powiedzieć, że nie wyglądasz za dobrze. ? Ściąga rękawiczkę i przyciska wierzch dłoni do mojego czoła. ? Jesteś rozpalony, paniczu. Nie podoba mi się ten kaszel.

Kaszlę ponownie, jakby moje ciało chciało mu odpowiedzieć, nagle mój żołądek zawiązuje się na supeł i czuję podchodzącą pod gardło żółć. Krztuszę się, a Sebastian odskakuje do tyłu.

- Paniczu?

Nie mogę mu odpowiedzieć.

Próbuję zawrócić żółć do żołądka i spoglądam na niego błagalnie, mając nadzieję, że wie, co zrobić. Ale zanim Sebastian może wykonać jakiś ruch, dopadają mnie nudności, ściskając moje zdarte gardło i wymiotuję obrzydliwie, obrzydliwie, obrzydliwie na podłogę pod jego nogi.

***

Kiedy jest po wszystkim, łkam.

Czuję, jakby moje gardło zostało rozszarpane od środka, w ustach mam niezdrowy i nieprzyjemny posmak kwasu. Zginam się wpół na łóżku i głośno płaczę, z trudem łapiąc oddech.

Mam zawroty głowy, obraz wiruje mi przed oczami. O, nie. O, nie... Czuję się tak, jakby ktoś uderzył mnie pięścią w żołądek, wyrzucając moje wnętrzności. I Sebastian widział ? o, nie. ? musi myśleć, że jestem piekielnie słaby.

Mimo to jedyną rzeczą, jaką myślę, że mogę zrobić ? jedyną rzeczą, jaką w ogóle mogę zrobić ? jest wyciągnięcie dłoni do Sebastiana w nadziei, że mi pomoże.

Robi to. Bez wahania obchodzi nieczystości leżące na podłodze i podnosi mnie, układając w swoich ramionach. Chwytam go, nienawidząc siebie za to, że pokazałem mu swoją chorobę i łzy. Nie powinienem być słaby. Nie w ten sposób.

Sebastian trzyma mnie mocno i szepcze wprost do moje go ucha ciche cii. Odwraca się, wynosząc mnie z sypialni, idzie korytarzem do pokoju, którego używał, kiedy ostatnim razem byliśmy w Londynie. Układa mnie tam, we własnym łóżku, nieskazitelnie pościelonym i z pozoru nigdy nie używanym; własną chusteczką oczyszcza moją twarz wokół ust z wymiocin, uciszając mój szloch. Kręci mi się w głowie. Ledwie mogę skupić uwagę na Sebastianie, stojącym bezpośrednio przede mną. Ściskam rękami żołądek, by zmusić nudności do odejścia, przygryzając dolną wargę. Nie, nie, nie. Nie mogę tak się zachowywać.

- Tak nagle zachorowałeś, paniczu - mówi cicho Sebastian, ścierając kciukiem łzy z mojej twarzy. ? Jutro sprowadzę lekarza. Powinieneś się przespać.

- Przepraszam, Sebastianie ? ledwie wykrztuszam. Trudno mi mówić, trudno nawet oddychać. Każdy oddech uraża moją tchawicę, dławi mnie. Jestem zażenowany swoim zachowaniem.

Sebastian przyciska palec do ust i przykrywa mnie swoją kołdrą.

? Zostanę tej nocy z tobą, paniczu. ? Bierze krzesło spod ściany i siada na nim obok łóżka, odgarniając włosy z moich oczu, proste pocieszanie. ? Na wypadek, gdybyś znowu musiał wymiotować. Wszystko w porządku?

Kiwam głową i zamykam oczy. Dzięki niebiosom za Sebastiana.

Uspokajające ruchy jego rąk na mojej głowie szybko sprowadzają na mnie sen, a ja zapadam w jego objęcia.
London Bridge Is Falling Down, My Fair Lady!
Avatar użytkownika
Noire_mort
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 170
Dołączył(a): 08 wrz 2009, 22:09

Re: [NZ] Tenere 7/63 [Kuroshitsuji]

Postprzez NNRiddle » 12 kwi 2010, 23:48

Łał...
Pięknie. Naprawdę, aż czuć ten klimat... Wszystko tak pięknie ubrane w słowa... Jestem zachwycona.
Jest krótko, ale doskonale. Nie wiem, czy to późna pora, czy przemęczenie nauką, ale nie mogę powiedzieć złego słowa odnośnie tego rozdziału. Ha, jasne, że to dzięki wam! Brawo, naprawdę, brawo.
Jedyne, do czego mogę wyrazić moje niezadowolenie, to brak sceny u Undertaker'a. Lecz to nic nie znaczące niezadowolenie.
Skąd ta choroba? Tak nagle, tak poważnie... Ale jest Sebastian. On coś na to poradzi. Pozostaje mi czekać.

NNRiddle
Older than ealier but still weird.
Avatar użytkownika
NNRiddle
 
Posty: 8
Dołączył(a): 02 cze 2009, 15:13
Lokalizacja: Kraków

Re: [NZ] Tenere 8/63 [Kuroshitsuji]

Postprzez Noire_mort » 04 maja 2010, 16:01

Z podziękowaniem dla moich bet.


Rozdział 8

?Powód?

Ranek

Budzę się tak samo nieszczęśliwy jak przed zaśnięciem. Mój żołądek skręca się, wściekły, próbując odnaleźć drogę do moich ust.

Odwracam głowę. Sebastian drzemie na krześle obok łóżka, jego dłoń spoczywa delikatnie na poduszce tuż przy mojej głowie.

Nie myślę o tym, żeby go obudzić. Nigdy wcześniej nie widziałem go śpiącego. Sposób, w jaki jego oczy drgają pod powiekami, jest prawie hipnotyzujący?

Powracam do rzeczywistości, kiedy ostry kaszel wyrywa się z mojego zniszczonego gardła. Sebastian podrywa się, przebudzony, mrugając i spogląda na mnie.

- Jesteś przytomny, paniczu - zauważa, uśmiechając się delikatnie.

- Ledwie - chrypię. ? Nie czuję się dobrze, Sebastianie.

- Wiem. ? Dotyka mojego czoła i potrząsa głową. ? Nie sądzę, by twoja gorączka już spadła. Przez co mogłeś tak nagle się rozchorować, paniczu?

Potrząsam głową. Nie mam pojęcia. Ostatniej nocy w ciągu kilku minut przeszedłem od zupełnie normalnego stanu do wymiotowania na podłogę. Ta myśl przyprawia mnie o dreszcze.

Sebastian zabiera rękę i spogląda przez okno, skąd zaczynają przenikać pierwsze promienie słońca. Wstaje, z powrotem naciągając rękawiczki.

- Wezwę lekarza - mówi. ? Możliwe, że zostaniemy w Londynie dłużej niż przypuszczaliśmy.

Przytakuję słabo, przestraszony tym, że wymagało to tak wielkiego wysiłku.

***

Sebastian szepcze z lekarzem. Sądzą, że nie mogę ich usłyszeć, ale jest inaczej: jedno ucho przyciskam do poduszki, wypełnia je szum mojej pulsującej krwi; drugie przysłuchuje się ich cichym słowom, dobiegającym z korytarza za drzwiami.

- Na pierwszy rzut oka nie można określić, co dokładnie mu dolega. Być może to po prostu silne przeziębienie. Jednakże mogę pana zapewnić, że to nic, co mogłoby być fatalne w skutkach.

- Niedługo? wyzdrowieje, prawda?

- Powinien poczuć się lepiej.

- Co za ulga? Dziękuję panu, sir.

- Niech się pan upewni, że dużo wypoczywa. Proszę podawać mu napoje, jeśli nie będzie miał ochoty jeść. Powinien odzyskać formę w ciągu tygodnia.

Słyszę, jak Sebastian wchodzi do pokoju i zaciskam powieki, udając, że śpię.

- Twój pan ma wielkie szczęście - mówi cicho lekarz ? że posiada sługę tak oddanego jak ty.

Słyszę cichy śmiech Sebastiana, kiedy ten odpowiada.

- Jestem po prostu piekielnie dobrym lokajem - mówi.

Kroki lekarza cichną na korytarzu. Sebastian stoi przez jakiś czas w drzwiach. Czuję na sobie jego spojrzenie.

Wzdycha.

? Nie wiem, dlaczego czujesz potrzebę pozorowania przede mną snu, paniczu.

Przewracam się na plecy i wytężam siły, żeby się podnieść. Moja głowa wydaje się być wypełniona mgłą; pokój przechyla się, kiedy siadam. Jeszcze nie do końca odzyskałem przytomność.

- Przeziębienie? - pytam zachrypniętym głosem.

- Na to wygląda. ? Sebastian siada na krześle przy łóżku. ? Czujesz się trochę lepiej?

- Troszeczkę. ? Jak gdybym sam sobie zaprzeczał, kaszlę lekko, żeby nie zdzierać bardziej gardła.

Sebastian uśmiecha się, tym razem współczująco. Podciągam kolana do piersi i otaczam je ramionami.

Muszę go o coś zapytać, o coś, co siedziało w mojej głowie od dłuższego czasu, ale nie chcę być niezręczny.

- Sebastianie? ? pytam, spoglądając na niego. Podnosi wzrok z miejsca, gdzie z roztargnieniem wygładza prześcieradła.

Robię wdech i wydech, a powietrze świszczy w moim gardle.

- Czemu tak się o mnie troszczysz?

Wygląda na zaskoczonego, uczucie to wygląda całkowicie obco na jego twarzy. Obserwuję go z boku, przyciskając nogi do żołądka, żeby stłumić mdłości.

- J-ja?ee?

Uśmiecham się do siebie, rozbawiony. Nigdy wcześniej nie widziałem, by Sebastianowi brakowało słów.

Wzdycha i uśmiecha się, unikając mojego spojrzenia.

? Dlaczego sądzisz, że się o ciebie troszczę?

Pytanie za pytanie. Kaszlę ponownie i jeszcze raz, a później obracam głowę i kładę ją na kolanach.

- Gdybym miał myśleć obiektywnie - mówię chrapliwie - powiedziałbym, że jesteś moim sługą i to twój obowiązek. Ale nie sądzę, żeby był to prawdziwy powód. Zwykły lokaj po prostu wezwałby lekarza i zostawił mnie samemu sobie. Ale ty zostałeś.

Przełykam ból i sięgam do miejsca na łóżku, w którym on się znajduje.

Koniuszki moich palców dotykają jego, a on drży, myśląc, że nie zauważyłem tak niewielkiego ruchu.

- Zostałeś - szepczę, mój głos zamiera - i pomogłeś mi zasnąć. Czemu mnie tak traktujesz?

Patrzy na mnie, jego oczy są piękne i pozbawione uśmiechu jak zawsze.

Spuszcza oczy, przerywając nasz kontakt wzrokowy.

- Ja? Wiesz, że nie mogę cię okłamać, paniczu?

- Tym lepiej.

Dotyka mojej dłoni, to wystarczy.

- Wobec tego - mówi, podnosząc wzrok, na jego twarz powraca po raz kolejny drwiąca maska - nie mogę teraz odpowiedzieć na twoje pytanie, paniczu, ponieważ nie jesteś gotów na usłyszenie prawdy.

Wstaje i zaciąga zasłony, ograniczając dostęp wczesno popołudniowego światła.

- Sugeruję, żebyś zastosował się do instrukcji dobrego lekarza, paniczu, i odpoczywał.

***

Kilka dni później

Straciłem poczucie czasu. Nie mogę sobie przypomnieć, ile wschodów i zachodów słońca przeszło za zaciągniętymi zasłonami, ile razy się budziłem, by zobaczyć Sebastiana siedzącego obok mnie, czujnego i sumiennego jak zawsze. Nie mogę sobie przypomnieć, ile razy wymiotowałem do miednicy leżącej przy łóżku, ile cichych i delikatnych kołysanek śpiewał Sebastian, by ponownie sprowadzić na mnie sen.

Kiedy budzę się długo po ostatniej kołysance, jest wieczór, a tym razem myślę już jasno. Nie rani patrzenie na świece stojące w lichtarzu ani na Sebastiana; śpi na krześle, jego dłoń delikatnie owinęła się wokół mojej własnej.

Wyswobadzam palce z jego uścisku i cicho siadam. Nie porusza się. Patrzę na jego twarz, nieruchomą i spokojną, znowu jestem zahipnotyzowany drganiem jego śniących oczu.

Nigdy nie przeszło mi przez myśl, że demony mogą spać; to wydaje się taką ludzką czynnością. Wygląda prawie bezbronnie, na tę myśl na moje wargi wypływa uśmiech.

W pokoju panuje półmrok, a cienie wyglądają z kątów. Przypominam sobie, gdzie się znajduję - to pokój Sebastiana. Jest nagi i oszczędnie umeblowany, nie ma tu obrazów na ścianach ani książek na półkach. Jest tak, jak gdyby zatarł wszelką obecność ludzi w tym pokoju, bojąc się jej.

Odrywam wzrok od jego twarzy i spoglądam w dół na jego ręce. Tym razem nie założył rękawiczek, a jego lewa dłoń spoczywa delikatnie obok mojego ramienia.

Po raz pierwszy widzę jego kontrakt, ukończony i na zawsze wyryty na jego skórze. Fioletowy pentagram jest taki sam jak ten w moim oku, gwiazda wewnątrz koła, otoczona przez kolczasty pierścień tego samego koloru. Wyciągam rękę, by delikatnie dotknąć, a jego zimna skóra nagle rozgrzewa się pod moimi palcami.

Sebastian zrywa się, a jego oczy otwierają się szeroko. Zastygam w bezruchu.

Spogląda na mnie i się odpręża.

? Potrzebujesz czegoś, paniczu?

Zabieram dłoń, zszokowany nagłym przepływem mocy przez moje ciało, jaki nastąpił przed chwilą.

? Nie? nie, wszystko dobrze.

- Czujesz się już lepiej?

Kiwam głową.

? O wiele.

Uśmiecha się.

? To dobrze. Dzisiaj skontaktowałem się z posiadłością i powiadomiłem o tym, co się stało.

- Myślę, że jest ze mną wystarczająco dobrze, by wrócić do domu.

Nadal jestem słaby, ale myślę, że zniosę podróż. Nie chcę zostawać tu ani chwili dłużej. Ten pokój jest straszny, pachnie chorobą i potem.

Sebastian przytakuje.

? Zamówię powóz na jutro rano. Przypuszczam, że jesteś głodny, paniczu? Nie jadłeś przez ostatnie trzy dni.

Wpatruję się w niego szeroko otwartymi oczami.

? Trzy dni?

Burczy mi w brzuchu, jakby trafił w sedno. Spoglądam na siebie. To co brałem za nudności, jest tak naprawdę uczuciem głodu.

- Na co masz ochotę? ? pyta.

- Obojętnie - odpowiadam. To prawda. Chcę napełnić czymś mój brzuch, zanim poczuję powracające wspomnienia z poprzedniego miesiąca; zanim Ich twarze wpłyną w prawdziwą jasność w mojej głowie. ? Cokolwiek, Sebastianie. Jest mi to obojętne.

Wstaje i kłania się.

? Natychmiast, paniczu.

Kiedy wychodzi, odwracam się do miski przy łóżku, ale nie wymiotuję, wypluwam tylko rzadki, rozwodniony kwas, duszące uczucie głodu skręca się w moim żołądku jak kot, czekając, by wyszarpnąć wspomnienia z mojej podświadomości na światło dzienne.
London Bridge Is Falling Down, My Fair Lady!
Avatar użytkownika
Noire_mort
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 170
Dołączył(a): 08 wrz 2009, 22:09

Re: [NZ] Tenere 8/63 [Kuroshitsuji]

Postprzez Tristan » 04 maja 2010, 22:09

Tłumaczysz całkiem nieźle i w kolejnych rozdziałach się rozkręcasz.
Udało Ci się zachować klimat opowiadania, choć było kilka zgrzytów. Wbrew temu jak się nazywa tą sztukę: tłumaczenie, czy przekład, to stawiaj zawsze na pierwsze. Przekładać może translator, Ty tłumaczysz co miał na myśli autor. Daje to Ci sporo miejsca na manewry: np. możesz czasem łączyć dwa zdania by zachowały pewien rytm, lub dzielić. Są niektóre słowa, których choć nie ma w tekście oryginalnym, to gdy ich użyjesz bardziej oddasz charakter go.
Tylko troszkę porównam z oryginałem, zaufam Ci w większości i skrytykuję głównie styl, bo to, że tłumaczysz nie zwalnia Cię z obowiązku jego stosowania. Troszkę tez po delektuję się tekstem.

No, proszę. Mamy tu malutkiego panicza.

"Well. Aren't you a very small master."

Mi się wydaje, że Sebastian nabija się ze wzrostu/wieku Ciela więc lepiej by chyba było coś w stylu: No, proszę. Nie jesteś ty nieco mały mój mistrzu?
Błyszczą w ciemnościach słabym, żarzącym się światłem.

Błyszczą? Jak nie poetycznie! Początek powinien zawsze zawierać więcej magii. Może lśnią, jarzą, goreją?
No i to żarzące się światło w ciemności. Może: Lśnią w ciemnościach, rozpraszając słabym światłem ciemność (chociaż to jest mocno naciągane tłumaczenie, ale ile osób Ci spróbuje udowodnić jak zbyt się zaczytają?
Jego głos to aksamit.
Silk to chyba jedwab, wiem bo używam do włosów, świetny na końcówki i do rozczesywania.
Jego głos to aksamit. Jest wszystkim tym, co jasne i czyste, a wypływając z jego ust, staje się bluźnierstwem. Jego głos nie jest stąd. On nie jest stąd.

Prawie idealnie przetłumaczyłaś, tylko za dużo o jeden "głos" spróbuj to nieco zmodyfikować, a poza tym udało Ci się wprawić czytelnika we właściwy nastrój.
To prawda niezmienna od wieków

Pięknie brzmi, ale wydaje się nie pasować. Tu chodziło bardziej chyba o to, że tego już nic nie zmieni. Przemyśl to.
z wnętrza ciemności

z głębi... popracuj nad słownictwem. masz do tego predyspozycje więc nie zmarnuj talentu.
Od tej chwili aż do dnia twojej śmierci jestem twoim pokornym sługą.

Tu nie ma żadnego przecinka? Tylko tak się ptam, bo sama ich raczej nie używam, ale może jednak jakoś złożone te zdanie się wydaje.
JAK
Wszędzie do porównań dajesz jak:
jak gąsienica.

jak kęs mięsa

Postaraj się bardziej literacko - Niczym kęs itd
Wciąż nie mogę pojąć tego, co zostało mi wyjaśnione.

Skoro nie może pojąć to znaczy, że nie zostało wyjaśnione. Może być wyjawione itp. Błąd logiczny.
Wbrew sobie układam się w jego ramionach.

W kostkę? zjadłaś wygodnie.
W jakiś sposób wydaje się maleć, gdy wypowiadam to imię; pazury przestają być ostre, a oczy nie żarzą się taką czerwienią.

Gdy wspomniałam na początku o dzieleniu zdań to miałam na myśli coś takiego właśnie.
Gdy wypowiadam to imię wydaje się kurczyć/ zmniejszać (maleć to za skromnie w stosunku do plugawego demona. Trochę go oddemonia. Pazury na moich plecach (chyba zgubiłaś plecy) tracą ostrość, a oczy nie żarzą się już taką czerwienią.
Takie słówka jak już, sam, sobie itp. możesz dodawać w celu nadania pewnego wyrazu tekstowi. Nie zmienia to treści, a często dodaje tego co w jakiejś potrawie sól. Wzmacnia smak. Polski jest bardzo bogatym językiem, a nasi pisarze nas rozpieścili w słownictwo, więc czasem trzeba nieco podkoloryzować oryginał by nie był zbyt suchy.
- Szkoda - odpowiada.
Takie krótkie, a jak oddaje charakter postaci! Świetne.
- Paniczu, pamiętaj, że to ty sporządziłeś kontrakt. Dlatego też twoim obowiązkiem jest mi zaufać.

Ja na prawdę kiedyś napiszę fik/opowiadanie jak pracują współczesne demony... w dobie prawników, księgowych i innych atrakcji cywilizacji. Ciekawe czy administracja nie została uznana za najniższy krąg piekła?
Nie powinieneś się wobec mnie wstydzić,

Chyba: mnie wstydzić. To wobec mi nie pasuje.
jakby chciał ukryć, że uśmiech do nich nie sięga.

Piękne zdanie. Bardzo wymowne.


Dobrze tłumaczysz. Szybko si uczysz i to widać. Będę śledzić Twoje postępy na bieżąco chętnie Cię pomęczę, bo wydaje mi się, że warto. Dobry tekst wybrałaś, a to sztuka. Zwykle początkujący decydują się na łatwiznę, a tu była skomplikowana narracja i czasy. Przepięknie je utrzymałaś i choć brakuje Ci słownictwa, to masz naprawdę solidne podstawy. Pracuj, ucz się i dodawaj mi więcej tekstów do czytania!
T jak Tristan, T jak terrorysta
Tristan Zabójczy Terrorysta
Za tytuł serdecznie dziękuję Morwenie!
Słowo honoru, że zrobię wszystko by na niego zasłużyć.
Tristan
Administrator
Administrator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 711
Dołączył(a): 11 lut 2008, 16:46
Lokalizacja: Warszawa

Re: [NZ] Tenere 8/63 [Kuroshitsuji]

Postprzez Noire_mort » 05 maja 2010, 12:13

Aż tak długiego komentarza w życiu się nie spodziewałam, pewnie już nikt cię nie przebije ^ ^
Co do drobnych błędów jak jedwab itp., są już poprawione

"No, proszę. Mamy tu malutkiego panicza."

Nasz demon tutaj wyraża się dość pogardliwie i ironicznie zarówno jeśli mowa o wieku Ciela jak i wzroście. Zazwyczaj małe dzieci nie zawierają przecież paktów z demonami, bo i po co?

"Jego głos to aksamit. Jest wszystkim tym, co jasne i czyste, a wypływając z jego ust, staje się bluźnierstwem. Jego głos nie jest stąd. On nie jest stąd."

Nie mogę tu niestety nic zmienić. Za dużo kombinowania, a zdania mogłyby stracić klimat.

"- Wezwałeś mnie. To prawda niezmienna od wieków. Co zostanie poświęcone, nigdy nie powróci."

Tutaj z kolei nie chodzi o to, że nie można odwrócić wezwania. Jest to raczej podsumowanie zdania następnego, i jeśli tak to się przeczyta, naprawdę nabiera sensu.

Jeśli wyłapiesz jeszcze jakieś błędy to pisz. Zobaczę co da się zrobić i może poprawię.
London Bridge Is Falling Down, My Fair Lady!
Avatar użytkownika
Noire_mort
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 170
Dołączył(a): 08 wrz 2009, 22:09

Re: [NZ] Tenere 8/63 [Kuroshitsuji]

Postprzez NNRiddle » 05 maja 2010, 21:44

Ech... No mój komentarz nie będzie tak długi jak Tristan; nie mam w zwyczaju wytykania błędów, chyba że szczególnie mi przeszkadzają, albo rzucają się w oczy.
Hm. Zaczyna się coś dziać, między naszymi kochanymi bohaterami... Kiedy się to rozwinie, nie wiem, ale ma swoje idealne tempo. Cały tekst jest taki, jaki powinien być - spokojny, czasami zaskakujący - arystokratyczny. Dobrze, że Ciel powraca do zdrowia. Czytając o tym... przepływie mocy, pomyślałam, że to może Sebastian go uzdrowił, ale to głupi pomysł ;P
Nadal jestem pod wrażeniem pomysłu skupienia się tylko na dwóch głównych postaciach, a z reszty robiąc coś bardzo pobocznego, epizodycznego. Bo wydaje mi się, że tak jest - autorka skupiła się na chłopaku i demonie, dlatego tak mało jest innych scen, jak na przykład wizyta u Undertaker'a, która została tylko wspomniana *ach, nadal nad tym boleję*.
No, ale nie zapominając o twojej pracy. Może Tristan miała rację, wytykając te błędy, ale jak dla mnie to chce z tego zrobić dzieło roku ;) Ach, nie obraź się, bardzo dobrze, że chcesz, aby inni się rozwijali, naprawdę ;)
Jak zwykle nie wyłapałam jakiś poważnych zgrzytów. Może to przez to, że nie jestem wymagająca, a wdzięczna całym sercem za podjęcie się trudu tłumaczenia. No więc... Powodzenia dalej ;) Brawo dla ciebie, dla twoich bet i każdego, kto cię wspiera. Czekam na następny rozdział... Zrobiłaś mi smaczka ;P
Older than ealier but still weird.
Avatar użytkownika
NNRiddle
 
Posty: 8
Dołączył(a): 02 cze 2009, 15:13
Lokalizacja: Kraków

Re: [NZ] Tenere 9/63 [Kuroshitsuji]

Postprzez Noire_mort » 23 maja 2010, 20:33

Z pozdrowieniami dla moich bardzo zapracowanych bet.

Rozdział 9

?Pocałunek na dobranoc?


Następnego wieczoru

Zasypiam w powozie z głową ułożoną na kolanach Sebastiana. Kiedy się budzę, on śmieje się z rumieńców na mojej twarzy i kładzie dłonie tam, gdzie spoczywała moja głowa.

- Jutro popołudniu będziemy na miejscu, paniczu. Kilka miasteczek stąd znajduje się zajazd, chcesz tam zatrzymać się na noc?

Spoglądam przez okno, żeby ukryć moje płonące policzki.

? Tak. Jestem dość zmęczony.

- Najwyraźniej ? spostrzega beztrosko Sebastian. Piorunuję wzrokiem drzewa rosnące wzdłuż drogi, niezdolny do spojrzenia na niego.

***

Zajazd to względnie miłe miejsce; tutaj przynajmniej w pokojach są kominki.

Córka właściciela zajazdu upiera się, żeby nam usługiwać. Sebastian, który ? z tego, co zauważyłem ? nie lubi się kłócić, siedzi skrępowany, kiedy ona krząta się wokół, by podać nam kolację. Jem, czerpiąc pewną przyjemność z obserwowania jego twarzy. Najwyraźniej nie jest przyzwyczajony do bycia obsługiwanym.

Nie mam już mdłości i czuję się o wiele lepiej. Po kolacji córka właściciela zabiera nasze naczynia i dyga, wychodząc z pomieszczenia.

- Nie jesteś przyzwyczajony do tego, że ktoś ci usługuje, Sebastianie? ? pytam, uśmiechając się znad brzegu filiżanki.

Na jego twarz wpływa zakłopotany uśmiech.

? Jestem przyzwyczajony do usługiwania, paniczu.

Sebastian wstaje, unosząc kieliszek wina, który zostawiła mu dziewczyna. Blask ognia przebłyskuje przez płyn, jak gdyby ten pełen był małych, lśniących rubinów. Opróżnia kieliszek jednym haustem i uśmiecha się do mnie.

- A teraz chciałbym wrócić do moich zwykłych obowiązków - mówi - i do bycia sługą.

- Czujesz się tak bardzo skrępowany? ? pytam. ? Kiedy jesteś panem?

- Oczywiście. ? Sebastian pochyla się, by otworzyć mój kufer, jego czarne włosy wysypują się zza uszu. ? Istnieję po to, by służyć tobie.

Wyciąga moją koszulę nocną z kufra, strzepując z niej kurz. Wstaję, odstawiając mój napój i czekam obok łóżka. W powietrzu wisi coś namacalnego, coś zrodzonego z blasku ognia, mojej choroby i uczucia jego dłoni w mojej własnej.

- Obawiam się - kontynuuje - że jeśli przyzwyczaję się do rozpieszczania, nie będę zdolny do spełniania swojego przeznaczenia. Jestem tutaj, żeby ci służyć, paniczu, dopóki ostatni oddech nie opuści twych ust.

Uśmiecha się poprzez te słowa łagodnym, pełnym ognia uśmiechem, ale jego oczy pozostają bez wyrazu, jak zawsze?

***

Sebastian rozpina mój płaszcz, kamizelkę i koszulę, rozwiązuje mój fular, rozpina spodnie i pozwala mi wejść nago do ciepłego pokoju. Zdaję sobie sprawę, że nie czuję wstydu.

Sebastian zamyka usta, milczymy.

Cisza wisi w powietrzu, łamana tylko przez trzaskający na kominku ogień i dźwięk spokojnej muzyki, dobiegający z piętra niżej. Sebastian bierze moją koszulę nocną i unosi moje ramiona, żeby ją na mnie włożyć.

Otula mnie chłodna tkanina. Z jakiegoś powodu ta chwila, którą przedtem tak często dzieliliśmy, jest teraz zupełnie inna. Wolniejsza, bardziej delikatna.

Sebastian klęczy przede mną dłużej niż powinien, nawet po tym jak guziki są zapięte, a ja ponownie mam na sobie ubranie. Z jakiegoś powodu nie mogę oderwać od niego wzroku, wydaje się że on ode mnie także. Tej nocy jego oczy wydają się mniej przepastne, bardziej dostępne i dotykalne, jak gdyby coś wypełniło go od środka.

Wyciąga rękę, waha się przez chwilą, ale kontynuuje ruch.

Sebastian uśmiecha się swoim kochanym, nieznośnym uśmiechem, odgarniając mi z oczu włosy.

Potem pochyla się i mnie całuje.

To ten rodzaj pocałunku, o którym się nie myśli, który po prostu zdarza się nieświadomie; taki, który jest po prostu dobry, niespodziewany, właściwy gest; czuły drobiazg.

Odsuwa się, nadal delikatnie się uśmiechając na widok mojej zaskoczonej twarzy.

- Miłych snów - szepcze, jak robi to każdej nocy.

- Sebastianie. ? Jego imię jest wszystkim, co w tej chwili przychodzi mi do głowy. Jak można na to zareagować?

Wstaje i pochyla się, żeby zdmuchnąć świece. Wyciągam rękę, niepewny tego, co teraz robię, i chwytam go za rękaw.

Odwraca głowę, żeby na mnie spojrzeć.

- Tak?

- D-dlaczego? Dlaczego ty?

Sebastian dmucha na jedną ze świec; ścieka po niej wosk. Pokój stopniowo pogrąża się w cieniu.

- Dlaczego co, paniczu?

- P-pocałowałeś mnie?

- Owszem. ? Sebastian spokojnie pozwala umrzeć kolejnej świecy.

- Dlaczego?

- Oczywiście - mówi cicho - by życzyć ci dobrej nocy.

Puszczam jego rękaw, zdziwiony. Zdmuchuje ostatnią świecę, jesteśmy teraz skąpani w nocy i gwiazdach.

- Teraz dobrej nocy i najsłodszych snów, jak zawsze, paniczu. ? Jego dłoń muska mój policzek, kiedy pochyla się, żeby ściągnąć nakrycia.

Jestem zmieszany i wstrząśnięty, i? zadowolony, wszystko naraz; przesuwam się na środek nieznajomego łoża, niezdolny do spojrzenia na niego. Dlaczego? Czuję żar na moich wargach, ale jest przyjemny, słodki.

Sebastian patrzy mi w oczy i uśmiecha się, małe wygięcie ust i nic więcej.

- Czy wiesz, jak jesteś piękny, paniczu? ? mówi. ? I jak mi drogi? Nie znam cię długo, ale już? już nie mogę znieść myśli o nie służeniu ci, o rozstaniu się z tobą.

Po tych słowach w milczeniu znika w ciemności. Cienie przesuwają się po ścianach pokoju, zostawiając mnie zastygłego w bezruchu, z jego pocałunkiem i słowami zawieszonymi w powietrzu jak konające gwiazdy.
Ostatnio edytowano 21 cze 2010, 17:15 przez Noire_mort, łącznie edytowano 2 razy
London Bridge Is Falling Down, My Fair Lady!
Avatar użytkownika
Noire_mort
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 170
Dołączył(a): 08 wrz 2009, 22:09

Re: [NZ] Tenere 9/63 [Kuroshitsuji]

Postprzez NNRiddle » 23 maja 2010, 21:21

Łaaaał... Dlaczego tak krótko, a tak pięknie?
Rozczuliłam się... Ten pocałunek był może nie namiętny, ale... Prawdziwy, jeżeli ktoś zrozumie, o co mi chodzi ;)
Ale naprawdę, dlaczego tak krótko? Oj wiem, że to zależało od autorki. Tak sobie tylko narzekam...
Hm. Względnie nie ma co komentować. Oczywiście nad końcową sceną można by się rozpisywać, ale wystarcza mi określenie piękna. Zapowiadająca wspaniałą przyszłość.
Cóż, błędów... Jak nie widzę, tak nie mogę dostrzec. Może Tristan, ona ma do tego oko.
Jedynie tu:
- Czy wiesz, jak jesteś piękny, paniczu? ? mówi. ? I jak mi drogi? Nie znam cię długo, ale już ? już nie mogę znieść myśli o nie służeniu ci, o rozstaniu się z tobą.


(ach, jakże piękne zdanie...) po już, a między trzema kropeczkami wdarła się niepotrzebna spacja.
Pozdrowienia i buziaki ;*

NNRiddle
Older than ealier but still weird.
Avatar użytkownika
NNRiddle
 
Posty: 8
Dołączył(a): 02 cze 2009, 15:13
Lokalizacja: Kraków

Re: [NZ] Tenere 10/63 [Kuroshitsuji]

Postprzez Noire_mort » 12 cze 2010, 16:50

Daiquiri i Morwenie bez których nie moglibyśmy tego czytać w tak dobrym tłumaczeniu.


Rozdział 10

?Nici?


Następnego dnia

Siedzimy z Sebastianem w powozie tak daleko od siebie, jak to tylko możliwe.

Przynajmniej mam dla siebie tyle przestrzeni, ile tylko mogę. Sebastian nie porusza się. Siedzi, spoglądając przez okno, a jego twarz nie wyraża żadnych emocji. Myślę, że on właściwie nie wie, czy powinien ze mną rozmawiać.

Jeśli chodzi o mnie, jestem niezmiernie zdezorientowany. Od ostatniej nocy moje myśli bez przerwy krążą wokół szczegółów naszej rozmowy ? wokół słów Sebastiana, wyrazu jego twarzy, dotyku jego warg?

Przy ostatniej myśli moja twarz staje w płomieniach. Przyciskam czoło do okna powozu, by je ochłodzić.

Dlaczego? Dlaczego ze wszystkich możliwych chwil postanowił pocałować mnie właśnie wtedy? Myślę, analizując tę sytuację pod każdym kątem. Jednak nie mogę znaleźć żadnego wyjaśnienia. To zdarzyło się tak nagle, tak? dziwnie, a jednak? wybrał najlepszy moment, by to zrobić.

Moment, w którym byłem tak podatny na zranienie. Moment, w którym każdy z nas pochłonięty był drugim? Niewytłumaczalny? Nadzwyczajny...

Spoglądam na niego. Na twarzy Sebastiana odbija się coś bolesnego, jak gdyby nie był pewny tego, co zrobił.

***

Kiedy ostatniej nocy Sebastian ułożył mnie do snu, przemierzył pokój i sztywno położył się w swoim łóżku. Patrzyłem na niego przez dłuższą chwilę, czekając, by zobaczyć, czy zaśnie, a kiedy nie zamknął oczu, wstałem z łóżka i podszedłem do niego, powoli szurając stopami po drewnianej podłodze.

Spojrzał na mnie swoimi oczami ? jedynymi mrocznymi gwiazdami w ciemnościach. Nic nie powiedziałem, a zrobiłem to, co dyktowały mi uczucia: wśliznąłem się do jego łóżka i zasnąłem skulony przy jego piersi.

***

Z perspektywy czasu ten prosty gest wydaje się zbyt śmiały. Patrząc na niego, nie mogę pojąć, co sobie myślałem, przyciskając się do tej piersi, zasypiając w tych ramionach... Teraz rozpoznaję wyraz twarzy Sebastiana: jest w nim coś na kształt poczucia winy, niepewności. Nie wie, jak powinien zareagować po tym, co zaszło między nami. Nie wie, jak się do mnie zbliżyć, jak ze mną rozmawiać.

Ogarnia mnie poczucie winy. Ponownie przyciskam moją głowę do okna i delikatnie uderzam w nie czołem, jeden jedyny raz. Robię to, by wbić sobie rozum do głowy. A może, by się rozbudzić? Nie wiem, który powód jest właściwy.

Sebastian słyszy ten dźwięk i spogląda na mnie. Cicho, jak gdyby nie był pewien, co ma zrobić, przesuwa się po siedzeniu, dopóki nie znajduje się naprzeciwko mnie.

- Paniczu?

Zerkam na niego. Poczucie winy i zakłopotanie znikają z jego twarzy albo przynajmniej są ukryte za jego zwykłą maską. Składając dłonie na kolanach, Sebastian opiera się o siedzenie, wracając do poprzedniej pozycji. Noski naszych butów stukają o siebie, trzęsione przez powóz.

- To, co się stało ostatniej nocy?

- To nic takiego, Sebastianie. ? Muszę mu pokazać, że nie jestem poruszony. Oczywiście prawda wygląda zupełnie inaczej. ? Nie myśl o tym.

Uśmiecha się, uspokojony.

? Chciałem powiedzieć - zaczyna - że? nie musisz przejmować się moimi uczuciami, paniczu. Myślę, że była to nasza chwila słabości. Zapewniam cię, że nie przejdzie to do porządku dziennego.

Wpatruję się w niego szeroko otwartymi oczami.

? Nie zamierzasz mnie już więcej całować?

Słowo ?całować? sprawia, że się spina, ale jego uśmiech pozostaje.

? Nie, chyba że chcesz, oczywiście. To moja wina, paniczu. Nie powinienem był ulec pokusie. Oczywiście moje uczucia nie uległy zmianie, ale?

Milknie. Atmosfera w powozie staje się coraz bardziej ciężka i niezręczna.

- Pokusa. ? Przesuwam się na siedzeniu. ? Nie jest to coś, czego pragną demony?

- Ach, o czymś zapomniałeś. ? Sebastian przechyla głowę. ? Nie jestem zwykłym demonem, mój panie.

W jego oczach nie ma już śladów wcześniejszych emocji - winy i niepewności. Wydaje się znowu sobą, a to przynosi ulgę.

- Oczywiście. ? Mój ton jest drażniący, a on to zauważa. ? Mam wrażenie, że zwykły demon zrobiłby więcej, niż tylko mnie pocałował, gdyby tylko miał taką okazję.

- W takim razie zostało mi wybaczone?

- Tak. Tak myślę.

Sebastian kłania się, dotykając dłonią serca.

? Dziękuję, paniczu.

Nie mogę powstrzymać uśmiechu.

Nici zawiązane między znakiem w moim oku a tym na jego dłoni okręcają się wokół siebie, wzmacniając się i świecąc nieco jaśniej w plamach słońca w powozie.
London Bridge Is Falling Down, My Fair Lady!
Avatar użytkownika
Noire_mort
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 170
Dołączył(a): 08 wrz 2009, 22:09

Re: [NZ] Tenere 10/63 [Kuroshitsuji]

Postprzez NNRiddle » 12 cze 2010, 18:33

No... Bu!
Dlaczego ten rozdział jest taki krótki? Ja nie wytrzymuję... Tamten tyci, ten także. Ech.
Zwyczajowo na początku nie wiedziałam, o co chodzi i musiałam wrócić do końcówki ostatniego. To wszystko przez długie przerwy między rozdziałami. Ale, ale, nie będę niczego wypominać - najważniejsze, że tłumaczenie trwa.
Czyżbym znowu nie mogła się rozpisać? Hm. Oczywiście, spodobało mi się to, że Ciel wsunął się do łóżka Sebastiana... Ale czekam na coś bardziej rozbudowanego ;)

NNRiddle
Older than ealier but still weird.
Avatar użytkownika
NNRiddle
 
Posty: 8
Dołączył(a): 02 cze 2009, 15:13
Lokalizacja: Kraków

Re: [NZ] Tenere 10/63 [Kuroshitsuji]

Postprzez Noire_mort » 12 cze 2010, 19:16

Droga NNRiddle,

widzę że przy komentarzach zawsze można na tobie polegac, więc powiem ciekawostkę:
11 rozdział będzie też krótki, ale od 12 znowu się wydłużają. Jednak jak pewnie zauważyłaś nawet tak krótkie,
pozwalają akcji toczyc się dalej jej własnym tempem. Mam nadzieję że ciąg dalszy będzie równie ciekawy
i zajmujący jak dotychczas.

Pozdrawiam
N_M
London Bridge Is Falling Down, My Fair Lady!
Avatar użytkownika
Noire_mort
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 170
Dołączył(a): 08 wrz 2009, 22:09

Następna strona

Powrót do FanFiction

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 0 gości